Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Van Cortlandt Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Van Cortlandt Park   Wto Mar 11, 2014 5:48 pm

First topic message reminder :


Ulokowany na Bronxie trzeci pod względem wielkości park Nowego Jorku, w którym znajduje się między innymi Muzeum Van Cortlandta - najstarszy budynek Bronxu - oraz największe w mieście jezioro słodkowodne. Park zawiera wiele atrakcji, na przykład basen publiczny, liczne place zabaw, pola przeznaczone pod grillowanie lub uprawianie różnych sportów, takich jak koszykówka, piłka nożna, krykiet, jazda na łyżwach, golf i wiele innych.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Jolt

avatar

Liczba postów : 22
Data dołączenia : 31/05/2016

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Pon Kwi 03, 2017 2:10 am

(Przeprosiłabym za zwłokę, ale widzę, że się zajęliście sobą, więc poczucie winy ze mnie spadło ;p Zresztą i tak nie mam nic do wniesienia ^^)

Ojej, madame? Jak... wyrafinowanie. Poczuła się jak jakaś szlachcianka. Aż trochę głupio jej się zrobiło.
-Niemniej jednak doceniam gest. -uśmiechnęła się do niego ponownie. -Miło, że ktoś oferuje bezinteresowną pomoc innym. To chyba rzadkość ostatnio. Pewnie 'zwabiłam' Pana swoją ślepotą, czy tak? -spytała, pokazując od niechcenia swój ślepy kijek, oparty o huśtawkę. Teraz to ona chciała niejako wynagrodzić mu swoje zachowanie, nawiązując luźną rozmowę.
Usłyszała zbliżające się kroki, a później jej rozmówca zwrócił się do kogoś per doktor. Doktor zaś odpowiedział tytułem wojskowym. Kurcze, a więc miała do czynienia z żołnierzem! Do tego sierżantem!
-Służył Pan w armii? -spytała. -To znaczy, jeśli można spytać. -to by sporo tłumaczyło. Głos pewnie miał zdarty od krzyczenia rozkazów. No i ta chęć pomocy. Jeśli jest weteranem, a nie czynnym żołnierzem, to może chce jakoś odkupić okropieństwa, do których zmusiła go wojna.
-Przepraszam, że się wtrącam. -powiedziała uprzejmie, wstając i podchodząc bliżej nich. -Jest Pan naukowcem? Z jakiej dziedziny? ja sama studiuję na politechnice, więc... Może by Pan coś doradził. -uśmiechnęła się. Miała wrażenie, że trochę im przeszkadza, ale... pal to sześć. Wyłapie to w ich tonie. Albo może będą bardziej bezpośredni i najzwyczajniej w świecie ją spławią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bruce Banner

avatar

Liczba postów : 110
Data dołączenia : 26/09/2012

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Sro Kwi 05, 2017 5:39 pm

Drgnął lekko, kiedy jego rozmówca stwierdził, że podejdzie bliżej, ale nie cofnął się. Nie żeby coś, ale pomimo zapewnieni Capsa, że Bucky to dobry człowiek, to jednak gdzieś z tyłu kołatały mu się dokonania Winter Soldiera. Ale czy Bucky to Winter Soldier? Tak samo jak spytać, czy Banner to Hulk. Zabawne w jak podobnej sytuacji są. Obydwaj mają drugą osobowość, która jest niszczycielska. Jedna wykreowana przez nieudany eksperyment, a druga przez piorących mózgi ruskich.
Kiwnął głową na potwierdzenie. Wiedział jak to jest być na celowniku. Czy agencji czy wyrzutni rakiet. Czy działa czołgowego. Czy karabinów. Czy... nach, za długo by wyliczać.
- Ja nigdy nie jestem sam - odpowiedział lekko rozbawionym tonem głosu. W jego oczach można było przez ułamek sekundy dostrzec jakiś błysk. Niebezpieczeństwa? Ciężko stwierdzić.
Przerzucił swój wzrok na dziewczynę i jeszcze raz się jej przyjrzał. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jest ona niewidoma. Dlatego zdziwiły go jej słowa o studiowaniu na politechnice. O ile nauka z książek mogła i być ułatwiona przez przeróżnego rodzaju syntezatory i książki przepisane na język Braille'a jednak nie wyobrażał jej sobie na zajęciach praktycznych. Może jednak jest na jakimś kierunku, gdzie nie ma dużo laboratoriów? No, przynajmniej tych, na których nie znajdzie się stężonych kwasów i laserów.
- Doktor Bruce Banner - przedstawił się podchodząc parę kroków do ławki i wyciągając do dziewczyny rękę. W tym samym momencie zorientował się jaką głupotę popełnił. Uśmiechnął się zażenowany (czego oczywiście też nie mogła zobaczyć) i znowu schował rękę do kieszeni. - Doktorat mam z fizyki jądrowej jednak ostatnimi czasy bliżej mi do genetyki i biologii molekularnej.
Nie, wcale nie dlatego, że chce się pozbyć Zielonego. W ogóle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Winter Soldier

avatar

Liczba postów : 98
Data dołączenia : 21/12/2012

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Czw Kwi 06, 2017 6:18 pm

Nigdy nie jestem sam.Zupełnie tak jak Bucky, który codziennie od swojej ucieczki z HYDRY, walczył z Winter Soldierem w swoim umyśle. Czasem miał ochotę się poddać, pozwolić aby ta natura przejęła kontrolę. W końcu Zimowy Żołnierz nie czuł, wykonywał tylko polecenia. To byłoby takie...łatwe. Odsunąć się, pozwolić aby programowanie wygrało, dać się pokonać uwarunkowaniu. Nie mógł jednak tego zrobić. Musiał walczyć dla Capsa i dla samego siebie. Nie chciał w końcu być znowu bronią. Nie chciał być narzędziem w rękach ludzi, którzy go zniszczyli, zabrali mu normalne życie.
- Domyślam się. - Przyznał, zaraz przenosząc wzrok na młodą kobietę, której chciał wcześniej pomóc. Zakrywanie przewinień poprzez dobre uczynki, też coś. To działa tylko w książkach. Obserwował ją przez chwilę, kiedy rozmawiała z doktorem Bannerem. Pozostał jednak czujny, gotowy reagować jak ktoś chciałby go jednak zaatakować.
- Nie przywykłem do widoku młodej kobiety całkowicie pozbawionej towarzystwa. - Odpowiedział na jej pytanie dyplomatycznie, w końcu jakoś czarował kobiety te siedemdziesiąt lat temu, nadal miał w sobie ten urok, ukryty pod maską Zimowego Żołnierza. Słysząc pytanie o armię, minimalnie się skrzywił, czego ona oczywiście nie mogła zobaczyć. Nie pamiętał jeszcze tak wielu rzeczy sprzed frontu jak i z niego samego. To mu doskwierało.
- Służyłem...bardzo dawno temu. - Właściwie nie skłamał. Służył w końcu w armii, nawet dostał własną wystawę w muzeum.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bruce Banner

avatar

Liczba postów : 110
Data dołączenia : 26/09/2012

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Nie Kwi 16, 2017 6:31 pm

Wyprostował się, znowu schował ręce do kieszeni i spojrzał na Winter Soldiera. W tym samym momencie uderzyło go jak bardzo są podobni. Obydwaj uciekają od swojego drugiego, niszczycielskiego ja. Mają wyrzuty sumienia przez tego drugiego. I obydwaj muszą chować się przed ludźmi, którzy wykorzystaliby tego drugiego do nie za bardzo dobrych czynów. Rozumiał więc go chyba bardziej niż inni ludzie. Bardziej niż jego mogłaby zrozumieć Betty czy Tony, a Bucky'ego Steve.
- Masz ochotę na kawę? - zapytał nim w sumie pomyślał, co robi. - Macie ochotę na kawę? Ja stawiam - cóż, jak się powiedziało A to i trzeba B. Dziewczynę zaprosił tylko z kultury. Średnio jakoś ją widział w tej rozmowie. Chociaż, kto wie? Znając życie to by siedzieli i milczeli jak zaklęci, od czasu do czasu rzucając coś zdawkowego. Dziewuszka zaś wyglądała na gadatliwą. Możliwe, że ona trzymałaby jakoś tę konwersację.
- Tutaj niedaleko jest bardzo fajna kawiarnia. Znaczy się była. Kiedyś - powiedział drapiąc się po brodzie. Cóż, dawno tam nie był. Możliwe, że nie przetrwał, kiedy zielony latał w samych gaciach po Nowym Yorku. A jak wtedy to podczas inwazji chitauri mógł zostać uszkodzony. - To jak?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Winter Soldier

avatar

Liczba postów : 98
Data dołączenia : 21/12/2012

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Pon Kwi 17, 2017 3:58 pm

Przechylił lekko głowę, analizując sytuację. Zwykły wypad na kawę, jak starzy znajomi i wcale nie osoby, które mogą być poszukiwane przez wrogów. W sumie...tego mogło mu brakować. Tej normalności, której nie doświadczył od tak dawna.
- Brzmi dobrze. - Stwierdził po chwili. Musiałby tylko zachować nadzwyczajną czujność, ale czy to coś nowego? Ciągle uważał, analizował ludzi. Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy błąd. To mogło kosztować go nie tyle życie, co wolność. Nie chciał tej ponownie stracić.
- Mam nadzieję, że będziemy mogli tam porozmawiać w ciszy i o tej porze nie będzie zbędnego...tłoku. - Poprawił kurtkę, jakby podświadomie zasłaniając swoją rękę, która była jego przekleństwem. Nie umiał patrzeć na nią inaczej niż z pogardą. Tyle krwi przelało się przez te segmenty, tyle niewinnych osób straciło życie pod uściskiem tych chłodnych palców...Zacisnął dłoń w pięść, zaraz wkładając ją do kieszeni kurtki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bruce Banner

avatar

Liczba postów : 110
Data dołączenia : 26/09/2012

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Sro Kwi 19, 2017 3:04 pm

Kiwnął głową. Dobrze, to teraz tylko obrać kierunek. Rozejrzał się przypominając, która droga byłaby najkrótsza. W końcu zdecydowała, że ta, którą przyszedł.
- Idziemy? - zapytał, ale nie za bardzo oczekiwał odpowiedzi. Ruszył nieśpiesznym krokiem w kierunku kawiarenki.


//zt+WS -> Kawiarnia
Jako, że Jolt nie odpowiada to ją pomijam. Jak będzie chciała to dołączy ;)

Ale dłuższe posty, minimum to sześć linijek.
~ Loki
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jolt

avatar

Liczba postów : 22
Data dołączenia : 31/05/2016

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Sro Kwi 19, 2017 3:27 pm

-[color:a984=#darkred]Laureline Pelham, miło poznać. -również wyciągnęła rękę. Nie widziała jego, po prostu tak się robi, jak się człowiek przedstawia. -Ten Bruce Banner? -spytała, chodź było to raczej pytanie retoryczne. -Kurcze, nie sądziłam, że poznam taką sławę w parku. Co prawda ja siedzę... heh, siedzę, studiuję, elektronikę. Budujemy transformersy i takie tam. -zaśmiała się. -Ale mam kilku znajomych na wydziale biologii. Kurcze, ale im szczena opadnie, jak im powiem.
-Dość często spędzam czas sama. -zwróciła się do drugiego mężczyzny. -Nie, żebym nie lubiła towarzystwa, po prostu jego brak nie doskwiera mi. Aż tak. -no fakt, duszą towarzystwa to ona nie była. Ale umiała się rozerwać, nie myślcie sobie.
-No to, oddaje honory. -zasalutowała, chociaż nie była pewna, czy zrobiła to poprawnie. I czy ex-żołnierz nie uzna tego za obraźliwe.
-Właściwie chętnie. Jeśli nie będę wam przeszkadzała. Wydaje się, że się znacie, nie chciałabym się... wpraszać. -szkoda, że nie studiuje biologii, miała by o czym porozmawiać z doktorem. Podeszła do ławki i wzięła swoje rzeczy. -Gotowa. Prowadźcie. Wypiję i zostawię panów samych. -uśmiechnęła się serdecznie

ZT -> kawiarnia
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sabretooth

avatar

Liczba postów : 59
Data dołączenia : 11/02/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Nie Kwi 30, 2017 9:16 pm

Opuściwszy restaurację Victor stracił cały humor i zapał na całonocną zabawę. Coś go tknęło, zaczął zastanawiać się na tym kogo właściwe spotkał. Skoro nie była to istota ludzka, to kto? Może demon, albo kosmita? Przecież nie od dziś wiadomo, że takie istoty kręcą się po ziemi.

Pogrążony we własnych myślach rozpoczął samotną wędrówkę po mieście. Nie zauważywszy kiedy zawędrował do jednego z parków. Było tu spokojnie - chicha noc, on i nieliczni ludzie przechadzający się gdzieniegdzie. Z lekkim uśmiechem na twarzy Creed skierował się do miejsca, gdzie drzewa były gęstsze, dostrzegł ławkę umieszczoną pośród zarośli. Ze spokojem usiadł na niej, po czym rozpiął dwa górne guziki w koszuli - uwierała go, nie pasowała do niego i była ogółem niepraktyczna. Mimo, iż była wykonana z dobrego rodzaju materiału to jednak czegoś w niej brakowało. Wtedy to Victor pomyślał to tych koszulach, które nosił za młodu. Cóż, może i te produkowane w końcówce dziewiętnastego wieku nie były tak elegancie jak te obecne, jednak były o wiele bardziej praktyczne. Szerokie, luźne, wygodne - w takich było wygonie polować jak i pracować, nie to, co dzisiejsze.

Wtem z zamyśleń coś go wyrwało, jakieś drobne i ciche popiskiwania. Odwracają głowę w bok dostrzegł wiewiórkę wpatrującą się w niego z jednej z gałęzi. Victor uśmiechnął się prezentując jej swoje zęby. Mały zwierzak chyba wyczuł, że nie powinien wpatrywać się w drapieżnika i przeszkadzać mu w sentymentalnych wspomnieniach, więc uciekł dość szybko kryjąc się zapewne w jednej z dziupli, lub koronie drzewa.

Teraz Creed mógł spokojnie powrócić do swoich rozmyślań. Choć właściwie nie wiedział czemu wzięło go na wspominki akurat teraz i czemu właśnie na temat starych ubrań. Teraz jego myśli skupiły się na innych częściach garderoby. Spodnie, one też kiedyś były lepsze.....
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Nie Kwi 30, 2017 10:08 pm

Jak tylko wyszedł z klubu, od razu udał się w stronę domu. Rozglądał się przy tym, co jakiś czas czując czyjś wzrok na sobie. Nie podobało mu się to za cholerę, zwłaszcza, że ktoś przysłał mu smsa ze zleceniem na jego prywatny telefon komórkowy. Coś było naprawdę nie w porządku. Mimo to, chciał brnąć w to, co niebezpieczne. Może tym razem uda mu się dorwać tego zdrajcę, jakim był jego brat. Tylko dlatego, był teraz kimś takim. Najemnikiem, który kierował się swoimi zasadami, nie stojąc po żadnej ze stron. Tym jednak razem jednak, prawdopodobnie wszystko się zmieni. Zważywszy na to, że osoba, dająca mu zlecenie oferowała sporą sumę pieniędzy. Musiał jednak uważać, gdyż oznaczało to, że prawdopodobnie, ktoś dowiedział się, że Crimson Hutner to właśnie on.
Przede wszystkim, udał się we wskazane miejsce w smsie. Musiał jednak się uprzednio przygotować. Przebrał się w swój strój, zabrawszy to, co uznał za potrzebne jak magiczna kusza, zwykła kusza oraz bełty do obydwu broni, igły do rzucania i ewentualnie do szybkiego zabicia, dwa zestawy do zabijania w pudełku, lornetka kompaktowa, no i oczywiście dokumenty. Miejscem spotkania okazał się pokój hotelowy, w którym nie zastał zleceniodawcy, a samą kopertę oraz walizkę ze sporą sumą pieniędzy. Głównym obiektem obserwacji, przynajmniej na razie był niejaki Sabreooth. Miał, póki co zdobyć zaufanie jegomościa, zbliżyć się do niego. Dostał także wytyczne, na co ma uważać, jeśli chodzi o tego całego faceta. Alexander zmrużył oczy. Dziwne to było zlecenie, ale dla takiej kasy było warto. Poza tym, czuł, że może będzie o krok bliżej swego brata.
Zatem, żeby poznać swój obiekt będzie musiał go obserwować przez jakiś czas. Tak też zrobił i przez kolejne kilka miesięcy obserwował swój cel. Zawsze też, dostawał małe wsparcie poprzez wiadomość sms, co tym bardziej utwierdzało go w przekonaniu, że ktoś go po prostu rozpoznał i albo sprawdzał w jakiś sposób, albo co gorsza próbował władować gówno.
Tego dnia śledził Sabre z daleka. Nie zbliżał się póki co. Doszedł za nim, aż do parku. Czuł ulgę, bo nie musiał obserwować tych rozmów w restauracji. Zabawne, że taki wielki hm...potwór potrafił wcisnąć się w garnitur.
Alexander dotarł za Sabrem, aż do parku. Nadal trzymał się na dystans, starał się iść pod wiatr, aby nie dało się go wyczuć. On również dostrzegł wiewiórkę, która kręciła się obok wielkoluda. Pod maską, Alex zmarszczył brwi. Nadal nie miał pomysłu, jak podejść do wielkoluda. Widząc jednak, że ten się nieco zamyślił, postanowił to wykorzystać. Dzięki przeszkoleniu, przekradł się z drzewa na drzewo. Zagrzał miejsca, na dość wysokiej i solidnej gałęzi. Usiadł tak, aby jedna noga mu zwisała. Poruszał nią na prawo i lewo.
-Ładną dzisiaj mamy noc, czyż nie, wielkoludzie?-rzucił krótko, zerkając w dół.-Taka spokojna i przyjemna. Idealna na spacer lub odpoczynek, najlepiej u boku ukochanej kobiety, o ile się takową ma.-Crimson Hunter rozsiadł się wygodniej, nie spuszczając wzroku z Sabre.
Mierzył go uważnie wzrokiem, chcąc zapamiętać jak najwięcej detali. Musiał wiedzieć, co dokładnie ma przy sobie jego cel obserwacji oraz czym może wyrządzić mu ewentualną krzywdę.
Więcej, póki co się nie odezwał. Siedział sobie wygodnie na drzewie, poruszając prawą nogą do przodu i do tyłu.
Liście oraz noc pozwalała mu na połowiczne ukrycie się, więc nawet jeśli Sabre spojrzał w górę, to dostrzegłby tylko część sylwetki Crimson Huntera, a dokładniej tylko jego nogi oraz pas. Reszta jego postury została zakryta cieniem padającym z blisko rosnących siebie liści, które szumiały w rytm podmuchów wiatru.
Powrót do góry Go down
Sabretooth

avatar

Liczba postów : 59
Data dołączenia : 11/02/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Nie Kwi 30, 2017 11:31 pm

Spodnie też były kiedyś lepsze - bardziej wytrzymałe i na pewno wygodniejsze. Tak, kiedyś ubrania wytrzymywały nawet po dwadzieścia lat. Przechodziły z ojca na syna.
Rozmyślania Victora nadal snuły się po starych, dobrych czasach. Może to głupie, ale czuł sentyment -wolał, gdy życie było prostsze. Bez tej całej elektroniki, czujników i skomplikowanej broni. Wystarczyło po prostu wykonywać zlecenia nie martwiąc się o konsekwencje ze strony rządu i strachu przed namierzeniem przez satelity i inne takie.

Jednak jego podróż po wspomnieniach została znów zakłócona - coś wdrapało się na drzewo i było to coś sporego. Zupełnie jak człowiek. Choć trzeba mu przyznać, że usiłował zachowywać się cicho. W pewnym momencie tajemnicza postać siadła na gałęzi tuż za Victorem. Był uzbrojony? Tego nie wiedział, postanowił jednak na razie nie reagować.

Słysząc słowa tajemniczego osobnika uświadomił sobie, że ma do czynienia z mężczyzną na dodatek dość młodym. Jednak czego mógł chcieć? Był nieświadomy do kogo się zakrada, czy może jednak wiedział i był na tyle głupi, aby to robić. Mniejsza z tym, na razie postanowił się do niego nie odwracać.
- Jesteś aż tak głupi, czy lubisz ryzyko młodzieńcze? - wypowiedział nie odwracając się. Zamiast tego patrzył w standardowo zasnute chmurami niebo.
- Ostatni, który czuł się tak pewnie skoczył jako karma dla kruków - przypomniał sobie podobną sytuację z Korei. Choć wtedy napastników było pięciu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Pon Maj 01, 2017 5:18 pm

Owszem, jak najbardziej był uzbrojony w niezbędne mu rzeczy. Nie miał jednak zamiaru ich wykorzystywać. Chyba, że ktoś go zmusi do tego.
Przyglądał się uważnie Sabretoothowi. Musiał przyznać, że facet był naprawdę wielki. Zapewne, co za tym idzie i wolny, więc prawdopodobnie pod tym względem miał przewagę nad siedzącym na ławce. Na pewno też, ten tutaj miał siłę w łapie, więc musiał na to uważać. Nie chciałby mieć przemeblowanego ryja przez kogoś takiego, jak ten bysiorek.
-Park to miejsce publiczne, zatem wolno mi tutaj przebywać i spędzać czas, tak samo jak i tobie.-Alex patrzył uważnie na jegomościa-Poza tym, z tego drzewa jest najlepszy widok na miasto i park.-w sumie to nie minął się zbytnio z prawdą.
Jego niebieskie oczy wodziły po okolicy. Musiał przyznać, że mimo chmur widok był dość intrygujący.
-Młodzieńcem to już dawno nie jestem.-zaśmiał się pod nosem.
Wszak już dwieście lat to na karku miał i dobrze o tym wiedział. Niemniej, nazwanie go młodzieńcem, wprawiło go w nie lada rozbawienie.
-Od kilku lat nikt mnie tak nie nazwał.-odkalsznął-Swoją droga, co tak elegancko ubrany facet, robi sam w parku? Dziewczyna dała ci solidnego kosza?-jakby nigdy nic, Alexander mówił do Sabre.
Wiedział jednak, że musi uważać. Ten tutaj facet, z informacji jakie miał, wprawdzie były niekompletne, był niebezpieczny. Brał, to cały czas pod uwagę. Dlatego też, póki co siedział na drzewie. Odległość, taki dystans zawsze dawał niejako przewagę.
Alexander dalej poruszał lewą nogą, w przód i w tył. Z jednej strony delektował się panującym tutaj spokojem, z drugiej zaś obserwował Sabre.
Zastanawiał się, czemu ktoś, za tyle pieniędzy chciał, aby zbliżył się do tego faceta. Nie wychodziło mu to z głowy, od dnia tamtego pamiętnego smsa. Zawsze, jak mu się coś nie spodoba, to przecież będzie mógł zrezygnować ze zlecenia. Tylko, tak czy siak będzie musiał się dowiedzieć, nie ważne jak, kim jest owa osoba dająca mu zlecenie. Trochę się tym martwił, ale teraz musiał odgonić te myśli. Pod swoimi nogami miał faceta, który w każdej chwili mógł chcieć rozerwać mu gardło.
Powrót do góry Go down
Daken

avatar

Liczba postów : 33
Data dołączenia : 19/08/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Pon Maj 01, 2017 9:48 pm

Nowy Jork. Miasto, którego rozedrgany trel brzmiał w ludzkich uszach. Niespokojny jak tafla wody, która tknięta opuszkiem palca faluje wraz z kolejnymi kręgami, rozpływającymi się po niej w synchronicznym układzie. Wbrew pozorom, w tej głośnej kakofonii jaką miejska dżungla tworzyła, dało się odnaleźć pewien rodzaj harmonii i ukojenia na nerwach. Człowiek, kiedy pierwszy raz zagłębiał się w centrum tej metropolii mógł zostać przytłoczony przez różnorodność dźwięków dochodzących zewsząd i wielobarwność kolorów zalewających każdy budynek, każdy billboard, każdy samochód, każde światło pochodzące od neonowego szyldu jakiejś knajpy czy też po prostu świateł migoczących na dyskotece. Ale po pewnym czasie, kiedy dał się wciągnąć w rutynę miasta i w jego chaos, przestał zauważać ten zgrzyt, a zaczął dostrzegać pewną melodię jaką wszystko razem tworzyło.
Tak samo było ze smrodem jaki uderzał w nozdrza za pierwszym razem, w plątaninie spalin samochodowego paliwa, spalonej gumy i brudów ulic wytwarzających niemiłe zapaszki. Po jakimś czasie dało się wyczuć przyjemniejsze wonie jedzenia, perfum i ubogiej flory umiejscowionej w miejskich parkach. Jednak od siły i natężenia toksyn w powietrzu można było na chwilę zostać otumanionym, szczególnie jak się posiadało zbyt wyostrzony zmysł węchu. A taki zmysł posiadał Daken. Mierzący około 176 cm Japończyk o delikatnych, zachodnich rysach twarzy i niebieskich, przechodzących prawie w szarość tęczówkach oczu. Przetaczał nimi z pewnym lenistwem i zerowym zaciekawieniem po mijanych budynkach, ludziach spieszących w swoich kierunkach i autach, głównie taksówkach, które co chwila ich mijały. Ich - jego i kierowcę prowadzącego jeden z tych pojazdów o mocnym kolorze wymieszanej żółci z pomarańczem. Połączenie dające coś pomiędzy obiema barwami.
Siedział na tylnym siedzeniu jadącego powoli środka transportu, wyglądając przez szybę na otaczający go świat z pewnej formy braku zajęcia, odkąd jego kierowca został pochłonięty przez rozmowę ze swoim przyjacielem, przerywając tym samym ich rozmowę, również taksówkarzem, co wyłapał mimochodem uchem. Gadali o bzdurach, mało interesujących Dakena, typu jak minął dzień w pracy, co robią w następny weekend, co w rodzinie, kiedy mecz jakiejś drużyny z NBA. Przyziemne sprawy przyziemnego człowieka. Uśmiechnął się kącikiem ust na to stwierdzenie jakie utworzyło się w jego głowie i odruchowo spojrzał na wszystkich przechodniów drepczących w różnym tempach po chodniku. Wszyscy byli tu zwykłymi, szarymi ludźmi, których życie nie opierało się na niczym innym jak dom, praca, dom czy może nauka, zabawa, praca, zabawa, dom, zabawa i tym podobnych schematach życiowych. Pewnego rodzaju czuł dumę z bycia ponad tym wszystkim i bycia wolnym. Wolnym na sposób, którego oni nie doznają, ale z tą wolnością wiązały się inne problemy, bardziej niesympatyczne.
W końcu taksówka skręciła w jedną z mniej zatłoczonych ulic i skierowała się na bronx, a dokładnie do jednego z tych rejonów parku o dumnym mianie "Von Cartlandt Park", trzecim co do wielkości terenem rekreacyjnym w mieście. Zaczęli zapuszczać się na coraz mniej zaludnione na chodnikach tereny miejskie z cichym pomrukiem silnika, miło wzbudzającym samochód w delikatne drżenie. Ale ten został nagle urwany jakby za sprawą jakiejś magicznej mocy, co poprzedził cichy pisk opon, hamujących przy bramie prowadzącej na połacie zieleni, teraz skąpane w mroku, gdzieniegdzie lekko rozświetlone dzięki świecącym latarniom po obu stronach żwirowatej dróżki.
Pasażer taksówki wysiadł z auta i stanął na chodniku, pozwalając sobie na chwilowe przeciągnięcie się i pobudzenie mięśni. Po jego ciele rozlało się miłe ciepło, wywołujące pełen zadowolenia uśmiech majaczący mu na twarzy. Kierowca już włączał z powrotem silnik do pracy, po przeliczeniu kwoty banknotów oddanych mu w celu zapłaty za przejazd, i już był bliski odjechania, kiedy jeszcze zdążył rzucić do słuchawki w uchu:
-Już jestem. Musiałem wysadzić pasażera. Jakiego? Z zagranicy. Chyba. Japończyk albo Chińczyk z ogromnym irokezem na głowie. Nie wiem, jakiś Azjata, wszyscy są podobni do siebie. A Ty kogo miałeś?
Oczywiście Daken to usłyszał, ale nie raczył tego jakkolwiek skomentować, bo i po co. Jedynie ruszył przed siebie, ubrany w czarną koszulę z podwiniętymi rękawami i fioletowym krawatem, ciemne spodnie i wygodne eleganckie półbuty, wchodząc z chrzęstem na żwir pod nogami. Za sobą usłyszał oddalającą się żółtą taksówkę i jakby w odpowiedzi na słowa kierowcy, które teraz akurat brzmiały mu w głowie, przeczesał swoją grzywę niedbałym ruchem.
Była już noc, tak więc na niebie widniał jasno świecący księżyc, jak ten król najznamienitszy z otaczającej go świty, w tym wypadku gwiazd, wbudowanej w orszak rozciągnięty na cały nieboskłon, który co chwila był przesłaniany przez jakąś pojedynczą chmurę lub parę, tnących powietrze w zbitej kupie. W parku, w przeciwieństwie do świata znajdującego się na zewnątrz jego murów, było cicho i spokojnie. Jedynie gdzieś daleko w oddali słychać było trąbienia samochodów i zgiełk przechodniów, ale pomimo to nie mąciły te dźwięki panującego tu poczucia wyciszenia. A tego mu było teraz potrzeba. Krążył w ostatnich godzinach po mieście od klubu do klubu, zabawiając się z bawiącymi się tam panienkami, czasem również mężczyznami, chcąc na chwilę odciąć się od poszukiwań pewnego osobnika, z którym musiał się spotkać z tylko sobie znanego powodu. Jak na razie jego poszukiwania nie były aż na tyle owocne, oprócz jednej informacji o pewnym ośrodku dla mutantów, który go dość zainteresował. A teraz przyszedł czas na odświeżenie się na powietrzu i zaczerpnięcia trochę tlenu wytwarzanego z pobliskiej roślinności. Nagle do jego nozdrzy, kiedy tak kluczył alejkami, doszedł dziwny i ostry zapach, który pojawił się jakby znikąd. Wyczuwał w nim coś znajomego i podobnego, ale i niebezpiecznego. Jakby miał już z nim styczność i miał dość ważne dla niego znaczenie. Marszcząc czoło i ściągając brwi do siebie, lekko w dół, odchylił głowę delikatnie do tyłu, chłonąc nowy zapach z nowym ożywieniem. Dochodził z zachodu gdzie prowadziła mniejsza z alejek, chowająca się w gąszczu bujnych krzaków, gdzie panowało ponad nimi paręnaście drzew, tworzących coś na kształt mini lasku. Obrócił łeb w tamtą stronę i mrużąc oczy jakby chcąc dopatrzyć się czegoś więcej, ruszył po chwili na przełaj, po trawce, ku źródle nietypowej woni. Przedarł się przez krzaki najciszej jak potrafił, wiedząc, że ma punkt zaskoczenia ze swojej strony, jako, że od odkąd nauczył się panować nad feromonami, szkoląc się w ich obłaskawieniu, w rutynę weszło mu zacieranie swojego zapachu, wręcz stłumienie do formy prawie nie wydzielania go, co było przydatne w jego sposobie życia, kiedy mógł zostać wystawiony jako cel do tropienia.
Nie chciał wychodzić odsłonięty na pustej ścieżynie. Wolał mieć w razie czego wokół siebie drzewa i nie to, że się bał. Oj nie, strach go raczej w tym momencie nie dotyczył. Raczej był w duchu mocno zaintrygowany i pobudzony, bowiem wiedział, że ten zapach ma dużo wspólnego z jego Ojcem. Pomimo, że jeszcze nigdy nie dane było im się spotkać, to wiedział, że to musiało być to.
Jedną dłoń wysunął z kieszeni spodni, zaciskając Ją parę razy w pięść dla własnego sprawdzenia jej stanu. Poczuł pod skórą pazury, które w przypływie delikatnej nuty adrenaliny leciutko postąpiły do przodu, ale powstrzymał się. Nie był pewien kto to jest i nie wiedział czy chce go od razu atakować. Do tego wyczuł w międzyczasie drugą osobę, mężczyznę, a po chwili do jego uszu doszły dźwięki rozmowy. Spotkanie było przypadkowe i para się nie znała, tak samo będzie w jego przypadku. Pozwolił sobie na chwilę obserwacji dwójki, starając wykorzystać nabyte przez lata umiejętności krycia się. Najbardziej interesowała go ta sporych rozmiarów bestia, siedząca na ławie i obserwująca panujące nad nimi niebo.
Wyszedł, postąpił parę kroków wprzód i oparł się barkiem o pień drzewa najbliżej wysuniętego do krawędzi ścieżki, przekrzywiając głowę delikatnie na bok, z wykrzywionymi ustami w protekcjonalnym uśmiechu. Podrapał się po podbródku i zamruczał pod nosem, wbijając swoje ślepia w mutanta.
-Ciekawy masz zapach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sabretooth

avatar

Liczba postów : 59
Data dołączenia : 11/02/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Pon Maj 01, 2017 11:44 pm

Nadal wpatrując się w zakryte smogiem niebo, Victor usiłowań usłyszeć choćby najcichszy ruch wyciąganej broni, czy cokolwiek innego. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego musiał słuchać jak ów młodzieniec skrzeczał zza jego pleców. Nie miał pewności, czy jest to zwykły matoł szukający zaczepki, czy może chciał okraść "samotnego eleganckiego gentlemana". Jednak z perspektywy Creeda obydwa wyjścia byłyby dość głupie i zapewne nie skończyłyby się dobrze dla napastnika.
- Masz ciekawy akcent, chłopcze - to ostanie słowo podkreślił szczególnie chcąc choć trochę sprowokować mężczyznę. - Wschodni, rzadko spotykany. Na pewno nie jesteś Rosjaninem. Ich znam zbyt dobrze. - to Victor zaczął się chwilę zastanawiać. Słyszał już kiedyś podobny akcent na ulicach Nowego Jorku, głównie u imigrantów.
- Polak? - spytał z lekkim uśmiechem na twarzy. Oczywiście nieznajomy nie mógł tego dostrzec. - A co do dziewczyny.... Cóż, okazała się być kimś, kogo się nie spodziewałem spotkać. - kontynuował, nawet lekko się uśmiechnął na myśl o tajemniczej kobiecie spotkanej w restauracji.
- Sądzę, że wygodniej byłoby rozmawiać w cztery oczy. Nie sadzisz? - rzucił tym razem odrywając spojrzenie od nieboskłonu. Miał nadzieję, że tajemniczy osobnik zechce zejść do niego. Wolał uniknąć ataku zza pleców, a w razie czego mieć prostszą drogę do złapania go i rozerwana na strzępy.
Jednak chwila... Coś przykuło uwagę Victora. To "coś" znajdowało się w krzakach i zdecydowanie usiłowało uniknąć niepotrzebnej uwagi. Czyżby tajemniczy mężczyzna nie był sam? Czyżby to była pułapka? Tak, miał wielu wrogów, którzy tylko czekali na jego drobny błąd. Wiedział też, że pewne osoby są skłonne poświęcić swych najlepszych żołnierzy, aby tylko dorwał jego głowę jako trofeum.
Nie czekając na reakcję będącego za plecami mężczyzny odskoczył na drugi koniec alejki. Skoku dokonał niemal z miejsca, aby użyć wykorzystać efekt zaskoczenia.
- Przyszedłeś z kumplami? - takie samo pytanie zadał we wspomnianej już wcześniej sytuacji z Korei. Czyżby szykowała się powtórka?
Skupiając swój węch. Była to słaba woń, jednak podobna do tej, która Victor czuł tak wiele razy. Jednak nie było to dokładnie "ten" zapach. Woń była na tyle słaba, że Łowca nie potrafił jej zlokalizować, jednak doskonały słuch świetnie w tym pomagał.
Nie chcąc wystawić się na atak tej dwójki, Creek asekuracyjnie wysunął wszystkie dziesięć szponów u dłoni. Walka chyba była nieunikniona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Wto Maj 02, 2017 12:07 pm

-Nazywanie kogoś, kto ma dwieście lat na karku chłopcem, nie jest zbyt uprzejmie, wielkoludzie.-Alex skierował wzrok na Sabretootha.-Pozwolisz, że nie odpowiem na to pytanie.-nie miał zamiaru odpowiadać, gdyż przeszłość nie było czymś o czym chciał dyskutować.-Tak to już bywa, z kobietami.-przechylił się nieco, więc Sabre mógł dostrzec jego brązową maskę -Zdecydowanie, mogłoby być lepiej, ale nie mam pewności czy mnie nie posiekasz, niczym kiełbaskę.-usiadł na gałęzi przodem, tak by Sabre mógł go bez problemu dostrzec.
Jednak osoba, która patrzyła od strony drogi, nie była w stanie go dostrzec. Idealnie ukrywały go rosnące gęsto liście.
Alexander również poczuł, że ktoś przysłuchuje się ich rozmowie. Czyżby ktoś go śledził? Patrzył uważnie po okolicy. Musiał rozpracować, w którym miejscu usłyszał męski głos.
-Żarty sobie stroisz. Nie potrzebuję *** ogona, który będzie mi się kręcić pod nogami.-najemnik nasłuchiwał okolicy, a także przyglądał się uważnie.
Kroki, łamanie gałęzi pod stopami, oparcie się o korę drzewa.
Byli w parku, nie było tu praktycznie nikogo. Wystarczyło się skupić na dźwiękach, jakie otaczały okolice.
Widzą reakcje Sabretootha, sięgnął za plecy, po swoją zwykłą kuszę. Nie miał zamiaru się ujawniać, ze swoją drugą bronią. Poczeka na to. Załadował bełt, po czym przygotował się do strzału.
Jak tylko dostrzegł wyłaniający się cień, blisko ścieżki znieruchomiał. trzymał osobnika na celowniku. Przeszkolenie wojskowe pozwalało mu odpowiednio zachować się do zaistniałej sytuacji i zamierzał skorzystać z tego, czego go nauczono.
Póki co siedział na drzewie, skryty między liśćmi, przygotowany do ataku. Miał jednak nadzieję, że obejdzie się bez rozlewu krwi. Nie miał ochoty na jakiekolwiek potyczki. Miał robotę, która zameirzał należycie wykonać.
Powrót do góry Go down
Daken

avatar

Liczba postów : 33
Data dołączenia : 19/08/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Wto Maj 02, 2017 8:21 pm

Uniósł delikatnie jedną z brwi w odpowiedzi na reakcję jasnowłosego mutanta, poprawiając się w swojej pozycji przez niemiło kującą korę. Reakcja jakiej był świadkiem ze strony celu jego oczu, na którym zawiesił swój przenikliwy i zaciekawiony wzrok, wprawiła go w pewnego rodzaju rozbawienie i zaskoczenie. Od tak silnego osobnika nie spodziewał się przejawu jakiegokolwiek zdenerwowania, czy też spięcia. Nie spodziewał się nawet zbytniego zaskoczenia pojawieniem się nowoprzybyłego, ba, był wręcz pewny, że mężczyzna siedzący na ławce pozwoli sobie na wdanie się w nim w dyskusję, trzymając wszystko pod kontrolą, przynajmniej ze swojej strony. Najwidoczniej przecenił mutanta, a po jego słowach jakie padły, mógł jedynie parsknąć niewymuszonym śmiechem. Czyli tak się sprawy miały.
Zerknął z pewnym przekąsem na drugiego mutanta schowanego w koronie drzewa, oddalonego nie tak daleko i pokręcił jedynie głową w chwilowym przejawie dezaprobaty. Zarejestrował dźwięk wyciąganego jakiegoś przedmiotu, czy też może broni, co ocenił po ledwie słyszalnym odgłosie naciąganej cięciwy. Westchnął cicho pod nosem, kształtując usta w dziubek. Wyciągnął drugą rękę z kieszeni i wystawił ją nad głowę, opierając o drzewo, pozwalając sobie na rozluźnienie nadgarstka. Ogółem przyjął całkiem spokojną i wyluzowaną pozycję, bez żadnych oznak wrogości, choć mogła ona być myląca. Od lat szkolił się w różnych sztukach walki i sposobach zabijania. Poznał wiele stylów i potrafił z na nic niewskazującego baranka, zamienić się w szalejącego tygrysa. Chociaż w tym wszystkim, patrząc po zebranych w tej części parku, można było spokojnie stwierdzić, że całokształtem tę dziką bestię przypominał mutant z wysuniętymi i gotowymi do zadawania cięć pazurami.
W końcu przymykając na chwilę oczy i skupiając się w sobie, zaczął wypuszczać feromony towarzyszące zazwyczaj poczuciu spokoju. Miał nimi zamiar przekształcić panującą sytuację na swoją korzyść, nie dopuszczając do jak na razie niepotrzebnego rozlewu krwi. Nie był pewien czy dosięgną one mężczyznę stojącego w pewnej odległości od niego na alejce, ale był przekonany, że uda mu się nimi dotrzeć do mężczyzny usadowionego w zielonym listowiu drzewa. Rozwierając powieki oczu, skierował ich wzrok z powrotem na tą bestyjkę.
-Panowie, proszę. Bez zbędnej agresji. Chyba nie chcemy, by doszło do burdy w tej pięknej alejce. Chyba jesteśmy wszyscy pokojowo do siebie nastawieni, prawda?
Uśmiechnął się szeroko z widoczną fałszywą szczerością.
-A przynajmniej na razie takowi powinniśmy być.
Mruknął, zmieniając na chwilę swój ton głosu na niższy i poważniejszy.
-Ja żadnej broni nie posiadam, w przeciwieństwie do Pana w tamtej koronie drzewa, mierzącego do mnie, jak mi się wydaje, z kuszy? Chyba tak. Nie chcesz strzelać, to Ci od razu mówię.
Zaśmiał się do siebie po wypowiedzeniu tych słów, ale nie był to dobry śmiech. Był na pewien sposób... niepokojący.
-Więc jak? Pogadamy? Czy od razu chcemy się sobie rzucić do gardeł?
Tutaj pozwolił sobie na znaczące spojrzenie w kierunku kolesia z wysuniętymi pazurami, na które przeniósł po chwili swój wzrok, dając mu do zrozumienia o co mu chodziło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sabretooth

avatar

Liczba postów : 59
Data dołączenia : 11/02/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Czw Maj 04, 2017 12:05 am

Cała sytuacja zmieniła się dość szybko - widząc z kim przyszło mieć do czynienia, Victor ani na chwilę nie spuścił z tonu. Odsunął się jeszcze dalej, aby mieć całą dwójkę na widoku. Dość szybko się domyślił, że ta dwójka raczej nie miała o sobie pojęcia, choć może....
Potrząsnął głową, aby zgarnąć z czoła włosy, które zdążyły zasłonić mu włosy. Spojrzał jeszcze raz na dwóję tajemniczych przybyszów. Pierwszy z nich kogoś mu przypominał - nie tyle z wyglądu, co zapachu. Sprawiał wrażenie osoby, którą już kiedyś widział, lecz nie był nią. Chodziło oczywiście mu o swego nemezis - Logana zwanego Wolverinem. Czyżby był to ktoś mu bliski, ktoś kogo powinien znać.
Drugi zaś - jak już wcześniej zauważył był Polakiem, do tego - jak sam twierdził - żyjącym już ponad dwieście lat. Dostrzegł też trzymaną przez niego broń - zwykła archaiczna kusza, nic wielkiego. Lustrując go dokładnie lekko się zaśmiał. Zwykły człowiek uzbrojony w kuszę. Tak, na pewno człowiek - w jego zapachu nie było nic podejrzanego.

Cóż, pewność siebie podpowiadała Victorowi, że bez trudu poradziłby sobie z tą dwójką. Jednak rozsądek podpowiadał, aby ich nie lekceważyć. Nigdy nic nie wiadomo, z resztą już kilka razy przekonał się, że instynkt nie zawsze mówi mu prawdę.
Chcąc uniknąć ewentualnej konfrontacji, Creed odstąpił jeszcze kilka kroków w tył. Wolał mieć miejsce na ewentualną szarże, a także możliwość odwrotu. Musiał kalkulować.
Jednak widział też plusy - obydwaj z ewentualnych rywali byli mutantami (odgadł to po zapachu dziwnie ostrzyżonego i słowach Polaka). Więc może - o ile są to osoby godne - nadadzą się do koncepcji jego planu?
Tego musiał się dowiedzieć. Musiał ich wybadać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Nie Maj 07, 2017 12:47 pm

Patrzył uważnie na obydwu mężczyzn. Sabre wydawał mu się bardziej skory do rozmowy. Już liczył na miłą pogawędkę, kiedy ten tutaj młodzik przylazł i wszystko popsuł.
Już sam wygląd nowo przybyłego dał mu ostrzeżenie w głowie. Żółta lampka, delikatnie migotała, aczkolwiek w cudzysłowiu.
-Nikt nie uczył cię kultury, młodzieńcze?-wyjął bełt, który został schowany do kabury-Jeśli ktoś rozmawia, nieładnie się tak wtrącać w rozmowę.-kusza wróciła na swoje miejsce-Jeśli ktoś zapewnia, że broni nie posiada to takową posiada.
Crimson usiadł wygodniej, póki co nie miał zamiaru schodzić. Dzięki temu wszystko dobrze widział, będzie go trudniej trafić, a i on będzie miał większą szansę na ulotnienie się, w razie czego.
Na słowa Dakena, a o tym, że nie chce strzelać, wziął do ręki jeden ze swoich noży do rzucania. Spojrzał uważnie w jedno miejsce, na drzewo rosnące za stojącym. Skupił się, po czym srebrne ostrze przeleciało obok ucha Dakena i wbiło się w korę drzewa. Nóż przebił siedzącą na roślinie ćmę. Hunter zeskoczył z drzewa, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Minął Dakena, podszedł do drzewa i wyjął nóż.
-Nie masz styczności z amatorem, chłopcze.-Crimson Hunter stanął obok Sabre-Wielkoludzie, wysłuchajmy go. Może powie nam coś, ciekawego.-schował ostrze.-Proponuję się zatem przenieść w jakieś, bardziej dogodne miejsce.-jego oczy lustrowały to Dake, to Sabre-Może jakiś stary magazyn lub opuszczony budynek, będzie dobrym miejscem?-wsadził ręce do kieszeni-Park, może i jest dobrym miejscem, ale nie do rozmów o interesach.-ostatnie słowa skierował do nowo przybyłego.
Pozostało mu czekać na to, co zrobią dwaj inni mutanci.
Powrót do góry Go down
Daken

avatar

Liczba postów : 33
Data dołączenia : 19/08/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Pon Maj 15, 2017 11:38 pm

Zerwał się dość mocny, chłodny wiatr i poruszył pobliską roślinnością w silnym podmuchu, uginając delikatne gałązki drzew na bok, razem z uczepionymi do nich liśćmi. Te zaszeleściły pocierając się o siebie nawzajem i paru z nich udało się uwolnić z więzów trzymających je z drzewem, by wylądować na trawniku pod i zgnić za jakiś czas lub wysuszyć się na wiór.
Daken beznamiętnie obserwował drogę jednego z tych liści, który odpadł od pobratymców poprzez poruszenie się jednego z dwójki nowych znajomych japończyka, mianowicie mężczyzny skrytego na jednej z gałęzi drzewa. Nie odprowadził jednak wzrokiem listka do końca jego wędrówki, ponieważ wtedy rozległ się głos nieznajomego, który wprawił jego mimikę twarzy w chwilowe zachwianie panującego na niej rozbawienia. Słowa jakie usłyszał, były jak dla niego nie na miejscu i wzbudziły w nim... chyba jeszcze większą chęć parsknięcia na głos. Spojrzał prosto w miejsce, w którym powinien się znaleźć mężczyzna i pomachał mu prawie niezauważalnym ruchem dłoni.
-Kultura to moje drugie imię.
Odkleił się od powierzchni drzewa i sięgnął do tylnej kieszeni spodni, gdzie znajdował się jeden papieros jakim został poczęstowany na imprezie jaka odbyła się wcześniej tej nocy, w jednym z klubów. Chyba dała mu go jakaś niebieskooka blondynka, bodajże francuzka. Albo może niemka? Była zza granicy. Albo może była ruda? Nie ważne. Palcami wymacał mały zwitek papieru z tytoniem wpakowanym do środka i wyciągnął go na świeże powietrze, by je przytruć zaraz. Wsadził go sobie w kącik ust nie czekając i zaczął się obmacywać po kieszeniach, teraz w poszukiwaniu zapalniczki. Ale tej nie nigdzie nie było. W sumie nigdy nie nosił ze sobą tego przedmiotu.
Wtedy tuż koło jego ucha przeleciało coś szybko, ciągnąc za sobą zimny, i szczególny podmuch śmierci, jaki mogły pociągnąć za sobą tylko szczególnie przedmioty, lub też zwykłe rzucone z odpowiednimi umiejętnościami i intencjami, i dzięki temu wiedział, że to nie jakaś wiewiórka mu przefrunęła obok, a narzędzie. I jak dobrze zarejestrował kątem oka, było to ostre narzędzie. Upewniło go w tym następujące zaraz potem głośne stuknięcie, kiedy nóż wbił się w drewno. Nie zerknął za nim, tylko podniósł głowę i spojrzał na nadchodzącego w jego kierunku postawnego mężczyznę. Górował nad nim o głowę i był szeroki w ramionach, jednak nie wprawiło to Dakena w jakiekolwiek zwątpienie, również mając w pamięci jego rzut jaki wykonał przed chwilą. Bo sam Daken rzucał lepiej, dokładniej. Bo on nie pudłował, a trafiał. Prosto w głowę.
Kiedy go minął, zerknął na Sabre'a, który nie ruszył się ze swojego miejsca na brukowanej kostce od dłuższego czasu i można by było pomyśleć, że zastygł, wręcz sparaliżowało go. Ale nie. Napotkał wzrokiem swoich oczu, wzrok jego. Złowrogich i dzikich, penetrujących jego i tego drugiego nieprzyjemnym spojrzeniem przyczajonego drapieżnika. Zdecydowanie on go bardziej interesował, niż ciemnowłosy, posługujący się nożem do popisu. Tutaj już na samym początku można było ich podzielić, co Akihiro zrobił w głowie. Ciemnowłosy należał do tych, co musieli udowodnić swoje umiejętności poprzez pokaz, natomiast wielkolud należał do tych, gdzie nie musiał robić nic, by wzbudzić w przeciwniku dreszcze. Bardzo niemiłe dreszcze.
Zerknął na zdecydowanie młodszego mutanta z wyglądu od tej bestyjki, przy której się znalazł.
-Możemy iść w jakieś zaciszne miejsce, ale niech on jeszcze powie czy się zgadza.
Kiwnięciem łba wskazał na "przyjaciela" kusznika. Nagle jednak przypomniał sobie o swojej fajce w kąciku ust jak tak się odezwał i ostatni raz przeczesując kieszenie, zwrócił się do dwójki jak do zwykłych znajomych.
-Macie może ogień?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sabretooth

avatar

Liczba postów : 59
Data dołączenia : 11/02/2013

PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   Wto Maj 16, 2017 3:17 pm

Przyglądając się bacznie całemu rozwojowi sytuacji gdzieś we wnętrzu Victora pojawił się wewnętrzny uśmiech. Bawiła go ta dwójka dzieciaków - jednej próbował udawać poważnego, a drugi groźnego. Jednak cóż, żaden z nich nie dorównywał w obydwu kwestiach dla niego. Bo kim oni byli? Jeden zapewne był którymś z bękartów Logana, a drugi.... najemnik, czy inny płatny zbir. Żaden z nich nie robił na nim wrażenia i wiedział, że w razie konieczności jest w stanie rozpłatać ich zanim zdążą mrugnąć. Jednak może mieli coś więcej do zaoferowania, niż obecna poza? Hmmm, musiał ich sprawdzić.

Słuchając słów "tego drugiego, co udawał poważnego" uświadomił sobie, że taki ktoś też się przyda. Młodzieńczy entuzjazm i odrobina taktu w jego wykonaniu były w sam raz. Sprawiał pozory ułożonego i - może - zdolnego. Jednak pochodzący ze wschodu europy młodzieniec - czy ile tam lat miał, dla niego był zwykłym szczeniakiem z bronią - nadawał się świetnie na mięso armatnie i idealną osobę do noszenia bagaży. Obydwaj byli mu potrzebni. Przecież jego tajny i misterny plan sam się nie wykona. Potrzebne były - jak to mawiał jego dawny pracodawca - ofiary na rzecz lepszego jutra wszystkich mutantów. Gdyby tylko dobrze nakierować tę dwójkę, to czemu nie? Mogliby razem wprowadzić porządek, doprowadzić ich doskonały gatunek do władzy.

Jednak coś mu przeszkodziło w rozmyślaniach. Kroki zbliżające się do niego po ścieżce były spokojne i miałowe, a zarazem lekkie i pewne. Węch mówił, że zbliża się do niego najpierw poznany mężczyzna. Ze spokojem go nasłuchiwał nie spuszczając wzroku z drugiego. Powoli zaczynał wracać do "względnie normalnej" postawy. Cóż, nie było tak źle. Co prawda bawiły go popisy dwójki, jednak zdawali się oni wyczuwać zagrożenie i żaden z nich nie odpowiadał na zaczepki drugiego. To podobało się Victorowi.

Widząc, że stojący w pewnej odległości chłopak wyciągnął papierosa lekko się uśmiechną - tym razem nie tylko we wnętrzu. Skoro miał tylko jedną sztukę było wiadome, że nie pali zazwyczaj, choć skoro był jednym z bękartów Logana.... Jaki ojciec taki syn. Jednak reszty dobre serca, która jakimś cudem zachowały się w jego wnętrzu nakazywały dać mu coś do podpalenia, choćby żeby zobaczyć jak ten dławi się dymem. Lecz czy to na pewno było dobre serce? Czy może jednak inny poziom zepsucia i ironii? Mało ważne. Wyciągając z kieszeni paczkę - znów nostalgia - zapałek rzucił je w jego stronę tak, aby tamten złapał.
Dobrze, skoro przyjemności mamy za sobą, to może czas się bliżej poznać dzieciaki - mówił tonem ociekającym wręcz sarkazmem i ironią - Skoro chcesz udać się w bardziej odosobnione miejsce.... - tu się powstrzymał, aby nie nazwać go bękartem Logana - To proponuję coś, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzać. Oczywiście nie będę nas tam ciągnął na siłę. - po czym się odwrócił i powolnym krokiem ruszył przed siebie. Oczywiście nasłuchiwał kroków pozostałych.
Wystarczy, że pójdziecie za mną.... - tu urwał - I nie wbijecie mi nic w plecy, nie polecam
Lekko przyspieszył kroku. Reszta mogła zostać tam - choć pewnie przy ich zapale i chęci do działania zabiliby się dość szybko - lub iść za nim. Oczywiście ta dwójka mogła zginąć również w miejscu, do którego się udawali. Jednak tam nie zauważyłby tego postronny przechodzień, który oczywiście również musiałby zginąć.

ZT/ Dla mnie i widzimy się tu. Ewentualnie dla wszystkich.
http://theavengers.forumpolish.com/t1459-stary-wiatrak
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Van Cortlandt Park   

Powrót do góry Go down
 
Van Cortlandt Park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
 Similar topics
-
» Van Cortlandt Park
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: