Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Empire State Building

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Go??
Gość



PisanieTemat: Empire State Building   Sro Cze 27, 2012 4:44 pm



    Najwyższy budynek w Nowym Yorku. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta i całego kraju. Wielu ludzi przychodzi i zwiedza go. Nie raz, nie dwa po to aby obserwować przepiękną panoramę miasta.W nocy widok ten jest jeszcze piękniejszy. Miejsce dosyć niezwykłe i dość ciche. Budynek ów był również świadkiem wielu samobójstw. W końcu wznosi się on wysoko ponad wszystkie inne budowle w NY.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Noc w Nowym Jorku to przepiękny widok. Tym bardziej gdy niebo jest bezchmurne i widać każdą gwiazdę. W dole śmigają samochody. Miasto żyje non stop. Nawet teraz. Alice zerknęła na zegarek. Była już 22. W sumie powinna już wracać do swojej siedziby. Tyle, że wcale nie była zmęczona. Rozpierała ją energia. Chciała tu być, chciała patrzeć. Jej oczy powoli przesunęły się po mieście. Nic się nie działo. Znowu. Westchnęła cicho. Jej wzrok padł na Bar 13. Doskonale widziała jego dach. Pełen był ludzi, którzy przyszli się bawić. W sumie ona jako tako również wyszła się zabawić, a siedzi i rozmyśla nad sensem życia na ESB. Black 2 zaskrzypiał delikatnie gdy wyprostowała rękę. Kostium idealnie przylegał do jej ciała. W tym mroku, pod wpływem alkoholu, nikt nie mógł jej dostrzec. Westchnęła cicho. Przed ponad tydzień nie miała okazji latać. Teraz gdy w końcu wcisnęła się w B2 siedziała i nic nie robiła. Marnowanie czasu! Denerwowała ją bezczynność, ale z drugiej strony obecny tutaj spokój dawał jej sporą przyjemność. Z dala od firmy, problemów, denerwujących ludzi. Sam na sam z B2. Bystry, trzeźwy obserwator mógł dostrzec 3 kropki siedzące na niższej partii budynku. Do ziemi było nie daleko. Gdyby się wychyliła mogłaby obserwować jak ludzie mkną do swoich spraw nie zwracając na to, iż czarny IM obserwuje ich bez większego zainteresowania. Strój znów wydał z siebie charakterystyczny łoskot. Wstała, wyprostowała się. Ręce ustawiły się w pozycji. Teraz tylko znany jej ruch i... Wystartowała. Trzask, wybuch i została po niej biała smuga. B2 śmignął nad ulicami miasta. Zrobiła kilka kółek wokół ESB. Nie działo się nic interesującego. W każdym razie ona nic nie wyłapała. W pewnej chwili zapikowała i przeleciała jakieś 5 metrów nad poziomem ulicy. Po chwili była już ok. 50 metrów nad nią i kierowała się do ESB. Nie reagowała na krzyki i reakcje ludzi, którzy zdołali ją dostrzec na tle nieba. W końcu białe linie na czarnym stroju rzucały się w oczy. Wylądowała na dachu budynku. Lot trwający nie cała minutę, a dawał jej tyle przyjemności, że mogłaby to robić niemal codziennie.Czasami jednak brakowało czasu albo sił. Strój znów zaskrzypiał, a ona ponownie przykucnęła. Ponownie zanurzyła się w otchłań kontemplacji. Od czasu do czasu przesuwała wzrok szukając ciekawszego celu do obserwacji. Jak na razie noc zapowiadała się na spokojną.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Sob Cze 30, 2012 9:13 pm

Noc w Nowym Yorku? To poniekąd niebezpieczne zajęcie, no ale ktoś taki jak Shadow z pewnością nie będzie świadkiem jakichś nieprzewidywalnych rzeczy. Wyszedł na miasto wyłącznie w celach znanych tylko mu, prawdopodobnie była to jego zachcianka, przechadzka po mieście. Widać, miał bardzo dużo czasu, skoro marnował go na zwykłe spacerki. Otóż ostatnie zlecenie jakie otrzymał, było dosyć dawno, jednakowoż pieniądze jakie za nie otrzymał z pewnością wszystko załatwiają. Wyszedłszy ze swojego mieszkania na Bronxie, udał się do Manhattanu, szybką piechotą. Jak wiadomo, dla niego krok to 200 kroków zwykłego człowieka, a to za sprawą jego super-zajebistej mocy. Oczywiście, do swojego paska miał przypięte pochwy z jego niezawodnymi P226, z którymi się praktycznie nie rozstawał. Zawsze przecież mógł komuś strzelić nimi w głowę, co było przez niego bardzo lubianym zajęciem. Spacer rozpoczął od przechadzki kilkoma głównymi ulicami Bronxu, potem zaś na niewidoku poszedł skrótami, które dzięki zawrotnej prędkości jego kroków oraz jego jakże wspaniałej orientacji w terenie, prowadziły go dwa razy dłużej, aniżeli główne ulice. Świetny skrót, prawda? Bądź co bądź, dotarł w końcu pod Empire State Building, rozejrzał się wokoło i nie widząc żadnego zamieszania, poszedł znaleźć jakieś ciche miejsce, w którym nie można było spotkać ludzi. Gdy już takowe znalazł, natychmiast poleciał na dach jakiegoś większego budynku nieopodal ESB. Usiadł na krawędzi dachu i patrzył na ogromną budowlę z perspektywy kogoś siedzącego na dachu.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 01, 2012 3:48 pm

Ciszę i kontemplację przerwał radar. Coś, poruszającego się niezwykle szybko, znalazło się w jej zasięgu. Czarny strój zaskrzypiał cichutko gdy Alice zaczęła nerwowo spoglądać po okolicy. Na niebie nic się nie ukazało, toteż spojrzała w dół. Mogła uznać to za motocykl, ale na ulicach był zbyt duży ruch aby pozwolić sobie na takie szaleństwo. Po za tym zaraz zostałby zatrzymany za przekraczanie dozwolonej prędkości. Jej wzrok przez dłuższą chwilę błądził po budynkach, ulicach i ścieżkach. W końcu coś śmignęło jej przed oczami. Nie trzeba był długo czekać aby B2 wziął go na celownik. Cel kręcił się ze sporą prędkością w pobliżu ESB przez dość krótki czas. Obiekt zatrzymał się na dachu jednego z budynków i spoglądał w kierunku budowli, aktualnie okupowanej przez Alice. Aramarath w tym czasie uważnie przyjrzała się dziwnej postaci w stroju z maską. B2 siedział nieruchomo i wpatrywał się przez kilka sekund w mężczyznę. Po chwili odwrócił głowę, ale tak naprawdę wciąż miał na oku Shadowa. Ciężko było określić charakter owego mężczyzny. Przez ten czas zachowywał się spokojnie. Kostium wprawdzie nie wskazywał na aniołka, ale nie można się nim sugerować. Alice nie chciała ryzykować, toteż B2 znów cichutko zaskrzypiał, a płyty na przedramieniu wysunęły się i ułożyły w nieco innej pozycji niż wcześniej. Tak na wszelki wypadek. Lufy karabinów nie był zbyt dobrze widoczne. Aramarath miała ochotę polatać po mieście, ale jak na razie spoglądała z zaciekawieniem na Shadowa. Od czasu do czasu 4 "lampki" (czyt. Black 2) poruszały się raz w jedną, raz w drugą stronę. Alice przekopywała swój dzienniczek w poszukiwaniu danych na temat osoby w ten sposób ubranej. Jak na razie bez powodzenia.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Pon Lip 02, 2012 6:12 pm

Można by uznać, że oglądanie panoramy miasta z dachu to debilizm, no ale on się zdaniem nikogo nie będzie przejmować. Prawdę mówiąc, wyznawał taką zasadę, iż każdy powinien martwić się swoimi sprawami. Tak jest lepiej, bez znaczenia czy chodzi tu o codzienne sprawy, czy też o coś takiego jak teraz. Od początku swojego pobytu na dachu wieżowca, czuł, że jest obserwowany. Ludzie po prostu tak mają, że przeważnie wiedzą o tym, iż ktoś ich śledzi, czy też ma złe zamiary wobec nich. Teraz nie mógł jednak jednoznacznie tego stwierdzić, gdyż priorytetem było znalezienie ciekawskiego, chodź w tym wypadku raczej powinienem powiedzieć ciekawskiej. Ustał na krawędzi dachu i rozejrzał się po całej wolnej przestrzeni powietrznej, nikogo nie zauważył. Swój wzrok następnie skierował w stronę ESB. Tutaj jeszcze ciężej było mu kogoś dostrzec, jednakowoż widział jakieś niewyraźne kontury na samym szczycie budowli. Nie mógł czekać na to, aż nieznajoma raczy się do niego zbliżyć, sam postanowił udać się na samą górę Empire State Building. Z jego prędkością cała podróż zajęła mu dosłownie sekundę. Lądując na dachu wiedział, że to był właśnie ten obserwator. Wyglądał dość... dziwnie, a to za sprawą metalowego kostiumu. Bądź co bądź, Shad też na normalnego nie wyglądał, paradując w jakiejś piżamie na dachach najwyższych budowli w Nowym Yorku.
- Dobry wieczór... - widać było na jego twarzy malutki uśmiech, nawet przez tą maskę, widać była idealnie przystosowana do kształtu twarzy Fernandesa. Nie szukał kłopotów, ale warto było poznać tego kogoś, bądź co bądź w przyszłości lepiej jest posiadać wiedzę o jeszcze większej liczbie chociażby pseudobohaterów. Jak narazie zanosiło się na stosunkowo krótką wymianę zdań, ale kto wie czy czasem Shadow nie zyska swego rodzaju sojusznika.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Sro Lip 04, 2012 7:00 pm

Wielkie poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem. Ani w jej zapiskach, ani w dziennikach ojca nie odnalazła słowa o dziwnym nieznajomym. Media nie podawały także żadnych interesujących ją informacji. Nie była to zbyt dobra wiadomość. Po za tym Alice nie utrzymywała kontaktów z innymi bohaterami, toteż nie miała jak dowiedzieć się o świeżych nabytkach. W ciągu kilku chwil nieznajomy najwyraźniej zorientował się, że kilka lampek to tak naprawdę czarny Iron Man siedzący na dachu. Ona sama raczej nie miała zbytnio ochoty zbliżać się do Shadowa. Nie mogła wiedzieć jakie ma zamiary, toteż tylko obserwowała. Wtedy mężczyzna najwyraźniej zorientował się, że jest obserwowany i nieznajomy w ciągu sekundy przebył dzielący ich odcinek. Black 2 przekrzywił nieco głowę. Alice zlustrowała go, a maszyna w tym czasie spisała jego wzrost i w przybliżeniu wagę. W między czasie robiła notatki na temat wyglądu kostiumu. W końcu takie dane mogą się przydać. Jak na superbohatera nie byli źli. Jedni paradują w majtkach na rajtuzach, drudzy latają w metalowym kartonie po mleku, a trzeci preferują piżamy. Każdy ma swoje dziwactwa.
- Dobry wieczór. - metaliczny, niski głos przerwał szum wiatru. Gdyby dziewczyna podarowała najpiękniejszy uśmiech jaki była wstanie wykrzesać, to i tak Black 2 pozostałby bez wyrazu "twarzy". Przez kilka sekund panowała cisza. Jeżeli Shadow się nie odezwał miał szansę usłyszeć kolejne słowa.
- Piękna noc, nieprawdaż? Pierwszy raz Cię widzę w tej okolicy, nieznajomy. - padły kolejne słowa. Nie raz, nie dwa brak emocji u B2 denerwował Alice. Nie mogła manipulować przeciwnikiem, flirtować czy też stosować sarkazm. B2 miał bardzo ograniczone możliwości pod względem kontaktu z ludźmi. Mógł się zaśmiać, krzyknąć, ale nie mógł przesyłać drobnych sygnałów, które odczytuje się z ruchów ciała. Był po prostu nieruchomym posągiem, który rzucał słowami.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 08, 2012 10:57 am

Cóż, nie był napewno aż tak znanym superbohaterem, ale ci którzy trochę poszukają być może znajdą coś na jego temat, chociażby w gazetach. Nie znał się zbyt dobrze na technologii, z której został zrodzony Ironman, ale wiedział, że ta osoba naprzeciwko to napewno nie jest on. Widać to chociażby po mrocznych kolorach stroju, gdzie przecież Stark nosił czerwono-żółty kombinezon. Teraz podstawowym celem Shad'a było, uzyskanie jak najwięcej informacji na temat osoby z naprzeciwka. Musiał to zrobić delikatnie, psychologicznym podejściem, a najlepiej zaprosić na ostry melanż... No dobra, nie, to głupi pomysł. Schował ręce do specjalnie przygotowanych do tego kieszeni i utrzymywał delikatny uśmiech.
- Tak, zgadzam się. Noc zajebista. - w swoich wypowiedziach zawsze był dosadnie szczery, walił prosto z mostu, nawet jeśli komuś było to nie na rączkę. Tak też było i teraz, chodź bardziej przypominało to wypowiedź od niechcenia, aniżeli zainteresowanie dzisiejszą pogodą.
- Pewnie dlatego, że rzadko tutaj bywam. A tobie co, nudzi się oglądanie telewizji, toteż idziesz sobie poskakać po dachach? - jak już wcześniej wspomniałem, Shad nie kręci, tylko mówi to co myśli. Niekiedy można uznać go za osobę chorą psychicznie, no ale mu to nie przeszkadza, grunt, że nikt nie wiem kim on jest.
- Powiedz mi, to zbroja Starka, czy twój własny projekt? - był poniekąd tego ciekaw, bo te cacko było dosyć fajne. Mroczne i napewno bardzo silne. Miło by było wiedzieć, czy czasem nie potrafi połamać kręgosłupa jednym uderzeniem, takie informacje z pewnością prędzej czy później się przydadzą.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 08, 2012 6:15 pm

Alice lustrowała postać nieznajomego. Czuł się całkiem dobrze w towarzystwie obcej osoby. Nie zachowywał się jak jakiś sztywniak. W przeciwieństwie do niej mógł zrobić w sumie wszystko. Ona miała ograniczenia i nie mogła chociażby założyć nogi na nogę podczas siedzenia. Alice zależało na informacjach. Najbardziej interesowały ją moce Shadowa. W końcu mogą kiedyś stanąć naprzeciw siebie. Trochę szkoda, bo nawet jej przypadł do gustu. Mogłaby go zaprosić na popijawę, którą akurat lubiła. Oczywiście, pod warunkiem, że jest w dobrym, znanym jej towarzystwie. Temat o pogodzie chyba od zawsze był na odwal się. Alice nigdy specjalnie go nie ciągnęła, a co dopiero zaczynała. Nie zdziwiła ją odpowiedź nieznajomego. Nie każdy lubił tego tematu. Od czegoś jednak trzeba było zacząć. Drugie zdanie jako tako zignorowała, chociażby, że zabrzmiało dla niej jak pytanie retoryczne. Zaśmiałaby się gdyby tylko mogła, bo w końcu mogła powiedzieć to samo o nim. Ostatnie pytanie jednak nie zbyt jej się spodobało. Chciał wyciągnąć od niej informacje. Ona w sumie też chciała wiedzieć co nieco o nim. Trzeba to ładnie rozegrać.
- Na to pytanie mogę odpowiedzieć zarówno tak jak i nie. Zauważ, że nasz drogi Tony pilnuje się ze zbrojami. Nie można jednak stworzyć maszyny, która nie potrzebuje energii. - Odparła, odsłaniając niewielki rąbek tajemnicy. Maszyna wyprostowała się, a płyty na rękach poruszyły się po chwili. Skryła lufy. Nie uważała go za zagrożenie. W końcu miał szansę już wcześniej ją zaatakować.
- Widzę, że jesteś niezwykle szybki, ale czy i równie silny? - dodała po kilku chwilach lustrując go wzrokiem. Nie spuszczała go z oczu od dłuższego czasu. Radar ciągle jednak był w pełnej gotowości.
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 08, 2012 6:50 pm

Na tych wysokościach silny wiatr był czymś normalnym, lecz niemalże pod każdym względem istniały pewne rozsądne granice i ten nie był wcale wyjątkiem od reguły. Z każdą chwilą wiało coraz mocniej i mocniej, a gdyby Alice i Shadow spojrzeli teraz w dół, to przekonaliby się o tym, że w niższych partiach sytuacja nie wygląda wcale inaczej. Powiewy powietrza - chłodnego powietrza, warto dodać - przemykały między budynkami i innymi obiektami, wywracając co lżejsze przeszkody, w tym niejednokrotnie napotykanych na swej drodze ludzi. Zaczynało to już wywoływać niemałą panikę - szczególnie, że informacje o ostatnich kataklizmach wciąż były świeże w umysłach wielu mieszkańców miasta.
Dzięki niesionym przez wiatr obiektom widać było, że miejscami podmuchy okręcają się wokół własnej osi, tworząc niemalże coś na kształt miniaturowych tornad - choć oczywiście słabszych od ich prawdziwych, wielkich kuzynów. To samo - choć w sposób właściwie niewidoczny gołym okiem - działo się także i na górze, w bezpośrednim pobliżu dwójki bohaterów.
Wraz z powiewami zimnego powietrza przybyło coś jeszcze. Na niebie stopniowo pojawiało się coraz więcej ciemnych punkcików, nadciągających przynajmniej po kilka w grupie. Póki co utrzymywały się stosunkowo wysoko i w pewnym oddaleniu od Alice i Shadowa, zataczając nad miastem kręgi o bardzo różnych promieniach. Niby nic niezwykłego - ot, ptaki...

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 08, 2012 7:32 pm

Ta rozmowa była dosyć dziwna. Nie polegała ona na zawieraniu nowych znajomości, tylko na wzajemnym badaniu drugiej osoby, kto jaką ma moc, kto jak jest wyposażony, kto lubi sernik z rodzynkami, a kto bez. Z pewnością i takie pytania pojawiłby się w dalszym toku rozmowy, gdyby nie to, że ktoś bądź coś na siłę próbowało przerwać tą rozmowę. Zdążył jednak odpowiedzieć na wcześniejsze pytania, niech jej tam będzie, niech się czegoś o nim dowie.
- Silny? Cóż, do mientkich nie należę, ale do najsilniejszych chyba trochę mi brakuje. - odpowiedział pełen szczerości, gdyż nie był wcale taki słaby. Ba! Był nawet bardzo silny, tylko że nie mógł się równać z kimś pokroju Bannera. Być może siłą dorównywał Kapitanowi Ameryce, no ale póki co nigdy nie mieli okazji się zmierzyć, toteż trudno określić czy prezentują ten sam poziom muskułów, czy też któryś z nich jest bardziej wyćwiczony. Delikatny uśmiech zniknął z jego twarzy, wraz z zerkaniem na niebo. Coś było nie tak, zapewne nie tylko on to zauważył.
- Widzisz, tak się kończy rozmowa o pogodzie. - zaśmiał się cicho, jednakże natychmiast spoważniał. Była to swojego rodzaju ironia, no ale on ze wszystkiego potrafi się śmiać. Czasami można by było mówić, że to chory psychicznie człowiek, a on po prostu chciał pogadać o pogodzie. Jak narazie trzeba było czekać na rozwój sytuacji, nie mógł nic poradzić na to, że ten na górze postanowił pohuhać sobie na Nowy Jork. Jednakowoż, jeśli pogoda się uspokoi, ten napewno zaprosi blaszaka do pubu, aniżeli będą dalej gadać na tym dachu. Jak rozpoczynać znajomość, to dobrą, nigdy złą.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Pon Lip 09, 2012 6:19 pm

Robiło się już nawet przyjemnie i zapowiadała się całkiem fajna popijawa gdyby nie fakt, iż pogoda nagle się zepsuła. W sumie nie powinno im to przeszkadzać, bo w końcu mogli znaleźć jakiś fajny barek. Problem mogły stanowić pieniądze, których na "wierzchu" Alice nie miała. Owszem w jej kieszeni można było znaleźć kilkadziesiąt dolarów, ale musiałaby się odsłonić aby je móc wyciągnąć. Wprawdzie nikt nie ośmieliłby się żądać pieniędzy od niej w B2, ale wolała unikać nieprzyjemnych sytuacji. Z odpowiedzi wywnioskowała, że nie przekracza granic ludzkich. Była to dla niej dobra wiadomość. Alice spojrzała na niebo. Radar milczał co ją denerwowało. Nie podobało jej się to co się działo. Chair mode activated. Zaśmiała się w duchu, a strój zaskrzypiał po komendzie. Płyty na ramionach poruszyły się. Podobnie z pancerzem na stopach i dłoniach. Nie było to normalne zjawisko, toteż szykowała się do walki lub ucieczki.
- To nie wygląda dobrze. - powiedziała. Jej głos był pełen powagi, ale jak zwykle B2 powiedział to bez emocji.
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Wto Lip 10, 2012 2:22 pm

Pogoda najwyraźniej nie miała póki co najmniejszego zamiaru ulec poprawie; wręcz przeciwnie, zapowiadało się raczej na sporą wichurę, może wręcz nawet huragan - jeśli to wszystko w dalszym ciągu rozwijało się będzie w tak zawrotnym tempie. Oczywiście takie zjawiska zdarzały się w Nowym Jorku, lecz w tym wypadku było to o tyle dziwne, że meteorolodzy niczego nie przewidzieli - i właśnie dlatego sytuacja zdawała się o wiele niebezpieczniejsza. Chmury gnały po niebie w zawrotnym tempie - a te świeżo nadciągające były ciemne i wyraźnie zapowiadały deszcz, o ile nie w ogóle burzę. W tej chwili jednak jeszcze nie padało.
Panika na ulicach rosła. Mieszkańcy miasta w większości starali się ukryć w dowolnych budynkach, choć niektórzy najwyraźniej planowali oddalić się ku - prawdopodobnie - własnym mieszkaniom i domostwom... Bardzo niemądra decyzja z ich strony. Silne podmuchy powietrza poczynały sobie coraz bezczelniej - w końcu uderzyły w jeden z samochodów na tyle mocno, że ten przewrócił się na dach i przy okazji uderzył w swojego sąsiada. Spowodowało to kolejną falę krzyków i pisków - ale nikt jakoś nie kwapił się, aby pomóc nieszczęśnikom, których to spotkało. W takich chwilach każdy dba o siebie, to aż nazbyt oczywista zasada.
Przy takich warunkach atmosferycznych niesamowitym i podejrzanym było, że krążące wysoko ptaki nie zdawały się być miotane wiatrem, a wprost przeciwnie - przemieszczały się swobodnie, być może korzystając z jego powiewów, aby szybować z gracją ponad całym tym zamieszaniem... A może nie? Być może w grę wchodziło coś zupełnie innego? Z tej odległości trudno było to jednoznacznie orzec.
Nagle jedno z owych stworzeń skierowało się praktycznie pod kątem prostym w dół, osiągając przy tym zawrotną prędkość - TO już nie powinno być zresztą możliwe, gdyż podmuchy powietrza winny skutecznie zbić je z obranej trasy. W ślad za pierwszym ptakiem podążyły następne i stopniowo coraz więcej z nich nurkowało ku ulicom Nowego Jorku. Po drodze mijały Alice i Shadowa, dzięki czemu ci mogli lepiej się im przyjrzeć.
Trzeba przyznać, że zwierzęta były całkiem ładne: wielkości przeciętnego łabędzia, może trochę większe - i z takąż właśnie długą szyją. Skrzydła miały mocne; najwyraźniej natura świetnie wyposażyła je na okoliczność zmagania się z nieprzychylną pogodą. Ich upierzenie wahało się między różnymi odcieniami szarości, lecz zdarzały się i osobniki niemalże całkiem białe lub czarne. Niektóre posiadały na swych ciałach skomplikowaną mozaikę tych kolorów. Z tego obrazka wybijały się jednak szpony i dzioby - te bowiem pasowałyby bardziej do ptactwa drapieżnego. Ostre i silne, właśnie takie sprawiały wrażenie.
Do lotu poziomego ptaki te podrywały się mniej więcej metr, może dwa nad podłożem. Już samo ich pojawienie się wzmogło tylko chaos i panikę ludności, lecz na tym nie miało się to wcale zakończyć. W towarzystwie miniaturowych - wysokich na około sześć, siedem stóp - tornad skrzydlate utrapienia przystąpiły do atakowania tych mieszkańców, którzy nie zdążyli się jeszcze ukryć. W ruch poszły szpony i dzioby - tak, teraz już z całą pewnością można było stwierdzić, że są to prawdziwe drapieżniki, świetnie wiedzące jak dokładnie posługiwać się swoimi atutami. Ptaki uderzały także i w samochody, starając się wybić ich szyby, aby dostać się do przerażonych pasażerów. To samo podjęły w stosunku do przeszklonych powierzchni budynków - o ile widziały za nimi ludzi.
W pewnym momencie silniejszy podmuch wiatru uderzył także i w miejsce, w którym znajdowali się Alice i Shadow. Wokół nich również poczęły tworzyć się mini-tornada i to o takiej mocy, że wchodzące w ich skład powietrze zapewne bez trudu rozcięłoby materiał ubrania i skórę... Przynajmniej jeśli sądzić po tym, że bez większego trudu uszkadzały fragmenty budynku.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Sob Lip 14, 2012 6:40 pm

Kolorowo, bardzo. Alice postanowiła działać. Po pierwsze nie mogła siedzieć bezczynnie w miejscu, ponieważ ptaki lub wiatr zaraz by się do nich dorwały. B2 od razu zaznaczył pozycję wszystkich wirów oraz ptaków, w promieniu kilku kilometrów od nich. Gdy tylko punkty pojawiły się na radarze zaraz opracowała prawdopodobną drogę lotu wirów. Wyprzedzała ona o kilka sekund prawdziwe punkty, ponieważ te nie kręciły się bez określonych zasad. Po chwili gdy wszystko było gotowe zaznaczyła wszystkich odsłoniętych ludzi. Trwało to może około minuty. Czarny Iron Man wstał i ruszył ku krawędzi. Ciężkie buty uderzały miarowo o dach budynku pozostawiając za sobą wgłębienia. Wyskoczyła zza krawędzi. Shadow miał okazję dostrzec jak kopie w powietrze nogami. Odrzutowce zaraz się odezwały, a B2 zapikował ostro w dół. Odrzutowce w rękach stabilizowały lot, toteż po kilku sekundach wylądowała na ulicy. Jej celem była grupka ludzi do których doleciały ptaki. B2 dopadł do nich i pchnął ludzi ku najbliższemu budynkowi.
- Biegiem! - krótki, jasny przekaz od czarnej maszyny dotarł do ludzi. Gdy tylko ludzie ruszyli Alice obróciła się w stronę ptaków. Jej dłoń zacisnęła się w pięść, a z przedramienia ruszyła seria z karabinu. Jeżeli ptaki zbliżyły się mogły poczuć na sobie ogień z miotaczy. Gdy tylko ludzie wejdą do budynku ruszy wesprzeć innych. Nie powinno ich być wielu. Jeżeli wszystkie ptaki postanowią się na nią rzucić wzbije się w powietrze i spróbuje je wyprowadzić z miasta racząc je kulami i ogniem.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Wto Lip 17, 2012 12:17 pm

Jak widać, dzisiejszy spacerek zamieni się w zabawę, a to za sprawą kilku trąb powietrznych i jakichś małych kanarków, które próbowały dziobać na śmierć ludzi. Widząc reakcję Alice, na jego twarzy pojawił się mały uśmieszek, symbolizujący zadowolenie. Czyżby podobało mu się to, że ludzie mogą zaraz zginąć? Nie. Tu chodziło o to, że przynajmniej nie będzie się nudzić. Po dość krótkiej kontemplacji, ruszył w stronę miejsca, z którego może swobodnie zeskoczyć z dachu. Tak też zrobił i robiąc salto w powietrzu, poraz kolejny uruchomił swój tryb władania w przestworzach. Natychmiast wyciągnął swoje "gloki" i natychmiast zaczął strzelać w ptaki, które atakowały ludzi. Dzięki swojej umiejętności, która polegała na 100% celności, nawet w ciągłym ruchu, potrafił zabijać ptaki z odległości kilkuset metrów. Jeśli któryś z nich, zbliżył się do niego, on natychmiast albo ciął go mieczem, albo po prostu kopał w powietrzu, czy też uderzał swoimi P226. Po wylądowaniu na ziemi, stanął wyprostowany i niszczył coraz to kolejne czarne zwierzęta. Bądź co bądź, przyda mu się taki trening, ruchome cele, to o ciupińkę trudniejsze cele.
Powrót do góry Go down
Rudolf von Schrecken



Liczba postów : 6
Data dołączenia : 17/07/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Wto Lip 17, 2012 8:40 pm

Dziwnie wyglądający mężczyzna przechadzał się jedną z ulic tak swobodnie, jakby cała obecna sytuacja nie miała miejsca. Krocząc tak czuł wiatr na twarzy, lecz nie przeszkadzało mu to w najmniejszym stopniu. Czuł również, że ów wiatr szarpie jego błękitną pelerynę, co było dość irytujące. Rudolf nie należał do potężnie zbudowanych, dlatego innych mogło dziwić to, z jaką łatwością przechadza się w kierunku przeciwnym do tego, który obrał wiatr. Lekko zgarbiony szedł z dzikim uśmiechem na twarzy. Bez chwili zastanowienia sięgnął po jedno ze swoich cygar, po czym zarzucił peleryną w ten sposób, że przez chwilę chroniła go ona przed wiatrem. W tym momencie mężczyzna zdołał zapalić swoje cygaro. Ptaki były dla niego dość intrygującą zagadką, lecz nie miał on najmniejszego zamiaru chronić przed nimi ludzi. Wręcz przeciwnie! Śmiał się złośliwie, gdy raz po raz któryś z uciekających ludzi oberwał dziobem bądź też szponami. Rudolf postanowił, że nie będzie działać dopóki sam nie zostanie zaatakowany. Nie należał do tych, którzy przejmowali się losem innych. Wydmuchując szary dym cygara z ust skoczył tak wysoko, że po chwili znalazł się na dachu jednego z małych sklepików, które znajdowały się na ulicy.
-Niezłe widowisko- mówił z podziwem na twarzy. Oparł się plecami o szyld, który znajdował się na dachu i co jakiś czas klaskał wesoło, gdy kolejni ludzie przyjmowali na siebie atak ptactwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Wto Lip 17, 2012 10:08 pm

Pojawienie się Alice wśród przerażonego tłumu w pierwszym momencie tylko pogorszyło na pozór sprawę - zajęło ładną chwilę, nim ludzie przekroczyli fazę wstępnego szoku i wreszcie zdobyli się na posłuchanie jej polecenia. Bardzo pomogły im w tym ostre dzioby i szpony, które wyraźnie sugerowały, że bycie rozszarpanym na strzępy to tylko kwestia czasu i to zapewne bardzo krótkiego. Niektórzy mieszkańcy krwawili już do tej pory mocno - części z nich w różnych miejscach brakowało drobnych kawałków ciała, wyrwanych i pożartych przez drapieżne ptaszyska. W tej chwili jasne stało się już jedno: bestie nie zabijały od razu, lecz próbowały zjeść swe ofiary żywcem, atakując gęstą chmarą, która rozpierzchała się z niesamowitą szybkością przed ogniem i pociskami serwowanymi przez B2. Wyglądało to dosłownie tak, jakby przemieszczały się wraz z powiewami wiatru o niespotykanej sile. Nie pozwalały się trafić, owszem, ale z drugiej strony dość łatwo było je tymczasowo przegonić - co prawda zaraz powracały, ale ten moment wystarczał, aby Alice mogła odprowadzać niewielkie grupki mieszkańców do drzwi budynków. Jak dotąd żaden z ptaków nie spróbował zaatakować bezpośrednio B2; być może warstwy metalu sprawiały, że krwiożercze zwierzęta nie widziały w nim potencjalnej przekąski i dlatego z góry tak łatwo odpuszczały?
Trochę inaczej miała się sprawa z Shadowem, którego oczywiście nie chroniła tego typu zbroja. Nim ptaszki zainteresowały się na równi z pozostałymi ludźmi zebranymi na ulicach. Jego ataki dystansowe był natomiast tak samo nieskuteczne, jak i starania Alice na tym polu - czyli rozpędzały skrzydlate utrapienia, ale nie mogły w nie trafić. Zwierzęta przemykały zwinnie, wspomagane korzystnymi dla nich podmuchami powietrza, na moment oddalając się od swych niedoszłych ofiar, lecz stosunkowo szybko starając się znów je dopaść. Na nic była stuprocentowa celność w sytuacji, gdy obrany obiekt umykał z miejsca z taką prędkością. Jeśli zaś chodzi o ataki z bliska - z tymi było już lepiej. Shadowowi udawało się trafiać mieczem niektóre ptaki, lecz nierzadko uciekały mu tuż sprzed nosa, a dwukrotnie zdarzyło się tak, że zabłąkany szpon przeorał jego skórę na ramionach, pozostawiając po sobie dość głęboki ślad... Stosunkowo niegroźny biorąc pod uwagę umiejscowienie, lecz nie mniej jednak bolesny.
Pojawienie się Rudolfa najwyraźniej nie zrobiło na ptactwie większego wrażenia; może o tyle, o ile uznało ono, że oto właśnie nadeszło ich kolejne danie. Gdy tylko go zauważyło - a może wyczuło? Trudno orzec - natychmiast skierowało się gęstą chmarą w jego kierunku, atakując zwinnie, szybko i precyzyjnie. Właściwie to można było dojść do wniosku, że stado porusza się w taki sposób, jak gdyby stanowiło jeden organizm; osobniki były ze sobą świetnie zgrane, widać to było w każdym ich ruchu. Wiatr ponownie stanął po ich stronie, uderzając w Rudolfa z dużą mocą - wystarczającą, aby go przewrócić, ułatwiając sprawę ptakom. Mężczyzna popełnił ten błąd, że wskoczył na dość wysokie miejsce, odsłaniając się na wszelkie ataki.
Co prawda Shadowowi udało się zabić kilka zwierząt, ale w ogólnym rozrachunku była to jedynie kropla w morzu; po ulicach wciąż szalały chmary ptaków, zaś całkiem sporo z nich pozostało jeszcze o wiele wyżej, nad miastem. Nie było to zresztą wszystko. Wiatr w dalszym ciągu wzbierał na sile, tworzyło się coraz więcej miniaturowych tornad, które poruszały się w bardzo nienaturalny sposób. W przypadku zwykłych zjawisk atmosferycznych można przewidzieć pewien wzór postępowania, te zaś zdawały się mieć własną wolę - zawracały i skręcały niekontrolowanie, uszkadzając wszystko na swej drodze - czy to fragmenty ścian, samochody, dowolne inne obiekty. Można sobie było tylko wyobrazić siłę i prędkość tych fal powietrza... Iście niszczycielska moc.
W pewnym momencie wyjątkowo silny podmuch wiatru uderzył w Alice; nie był może na tyle potężny, aby ją przewrócić - nie w całym tym stroju - lecz wchodzące w jego skład powietrze zdawało się być w pewnym sensie... Ostre. Dosłownie, gdyż pozostawiło nacięcia na zewnętrznej warstwie jej zbroi. Trzy podłużne ślady na jednym z ramion, dość szerokie, ale bez przesady. W kilka sekund później w okolicy rozbrzmiało coś, co z braku lepszego słowa nazwać można było złośliwym śmiechem... Choć oczywiście mógł to również być pisk drapieżnego ptaka, jeśli tak ktoś woli. Trudno byłoby się zdecydować między tymi dwiema opcjami...

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Sro Lip 18, 2012 5:39 pm

Alice nie rozumiała reakcji ludzi na jej obecność. Widzieli już wcześniej Tony'ego, więc sądziła, że nie będą zbyt mocno przeżywali pojawienia się jego czarnej wersji. Z resztą dziewczyna wylądowała na samym środku, pustego już, skrzyżowania, toteż zanim podbiegła do grupki ludzi mieli czas przyjrzeć się B2.Uwijała się ile mogła. Widząc, że strzały niewiele dają uruchomiła miotacze ognia. Kierowała strugi na większe stada, tak aby zwiększyć prawdopodobieństwo podpalenia dziwnego ptaka. Denerwowała ją, jej bezsilność. Nie dysponowała odpowiednią bronią do walki z ptakami. Nigdy nie musiała stawiać im czoła, toteż było to dla niej nowe doświadczenie. Nie wiedziała także jak dobrać się do dziwnych wirów, których było coraz więcej. Wiatr nigdy nie był zagrożeniem, a ona sama nie mogła stawić mu skutecznie czoła. Alice nie wchodziła do budynków. Nie interesowała się też rannymi. Muszą sobie sami poradzić. Stada ptaków jednak nie interesowały się nią. Nic dziwnego. Nie pachniała człowiekiem tylko chemią, którą nie raz, nie dwa traktowała pierwszą warstwę osłony. Podczas, zaiste interesującej czynności jaką okazało się podpalanie ptaków zajęła się kilkoma sprawami organizacyjnymi. Po pierwsze przestała obliczać prawdopodobną drogę wirów. Zamiast tego kazała zaznaczać nowo powstałe wiry oraz próbowała namierzyć największego z ptaków, który mógłby sterować całym tym bałaganem. Zazwyczaj każde większe stado miało przywódcę, który kierował jego poczynaniami. Sądziła, że akurat pod tym względem ptaki nie wybiją się ponad normę.
Po chwili wyczuła punkt, który śmignął w górze. Szybko zorientowała się, że to drugi heros, który ruszył do walki. Nie martwiła się zbytnio o niego. Przez chwilkę, wprawdzie, przeleciało jej przez myśl, że chroni go tylko materiał, ale dała sobie z tym spokój. Mężczyzna, chyba wie co robi. Gdyby nie dał rady, odleciałby, a ponieważ poruszał się niezwykle szybko nie powinien mieć z tym większych problemów.
Po krótkiej chwili znów dostała komunikat. Do ESB zbliżył się człowiek. Spojrzała zaraz w tamtą stronę, ale ptaki już ruszyły na mężczyznę. Widząc jak wiatr go wywraca postanowiła ku niemu ruszyć. Wówczas jednak silny powiew wiatru uderzył w jej metalową zbroję. B2 cofnął się o krok i próbował namierzyć obiekt, który mógłby się znajdować we wnętrzu podmuchu. Tyle, że w środku nic nie było .Alice zaklęła pod nosem wkurzona. Naprawa będzie wymagała dodatkowej porcji czasu, który mogłaby poświęcić na próbach nowej broni. Wprawdzie nacięcia nie zbyt przeszkadzały w pracy, ale dla Alice sporo znaczył wygląd zewnętrzny B2.
Maszyna wyskoczyła w powietrze i zaraz odpaliła odrzutowce. Ruszyła ku najbliższej grupie ptaków. Wówczas usłyszała śmiech, czy raczej pisk. Dźwięk, doprawdy nieprzyjemny, toteż zaraz zaczęła szukać jego źródła. W między czasie próbowała zmniejszyć liczbę ptaków, poprzez podpalanie ich za pomocą miotaczy.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Aby nie pisać posta, pod postem.

Walka wciąż wydawała jej się bezsensowna. Nie wiedziała jak zabić tak wiele ptaków. Wciąż szukała odpowiedniej metody, ale każda po kolei odpadała. W jednej chwili nawet wpadła na jeden pomysł. Nie wydawał się on wcale taki głupi. Tyle, że ptaki wcale na takie głupie nie wyglądały. Mianowicie, zastanawiała się nad oblaniem ptaków ludzką krwią bądź inną posoką wiadomego pochodzenia. Nie byłoby to wcale trudno zdobyć płynu, przez wzgląd na wielu rannych ludzi. Problem mogły stanowić ptaki, które bardzo szybko się poruszały. Mogłyby jednak zostać zachęcone do zbliżenia się gdyby poczuły zapach rozpylanej krwi. Wówczas zapewne zbliżyłyby się, a potraktowanie ich płynem mogłoby zachęcić ich braci do mordowania się nawzajem. Problem sam by się rozwiązał, ale Alice nie mogła być pewna czy zadziała. Owe ptaki mogły okazać się znacznie bystrzejsze i zraniłyby brata. Po za tym ptaki i tak były już pokryte krwią. W końcu nie raz, nie dwa zanurzyły swoje dzioby w ludzkim mięsie. W pewnym momencie Black 2 zaprzestał ataku. Wyłączyła miotacze i zawisłą w powietrzu. Maszyna nic nie wyczuła. Już miała ponownie rozpocząć atak, który i tak okazałby się bezsensowny, gdy otrzymała wiadomość. Przez ten cały bajzel nawet nie spostrzegli, że jest już ranek. Z resztą słońce nie miało jak przebić się przez chmury, które zostały tutaj przywiane przez szalony wiatr. Kobieta szybko przejrzała o co chodzi, a B2, nie pytając o zdanie wykonał stare polecenie. Cel oddalony o kilkaset metrów zabłyszczał przy policzku Alice. Nie mogę tego zignorować.
Dziewczyna była rozerwana wewnętrznie. Z jednej strony chciała zostać tutaj i próbować coś zrobić, a z drugiej nie mogła zignorować seryjnego mordercy. Przyrzekła sobie, że dorwie winowajcę, jeżeli znów ośmieli się znów zaatakować. Chcąc, nie chcąc stało się. B2 wzleciał nieco wyżej. Naramienniki poruszyły się i zakryły broń. Nie wiele pomogę. Przynajmniej ludzie są bezpieczni. Rzuciła ostatnie spojrzenie na okryty chmurami ptaków ESB i ruszyła z pełną mocą w dobrze znanym sobie kierunku.[zt]
Powrót do góry Go down
Rudolf von Schrecken



Liczba postów : 6
Data dołączenia : 17/07/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 22, 2012 7:51 pm

Mężczyzna przytłoczony trąbą powietrzną ugiął nogi w kolanach i wkrótce padł na plecy. Siła, z jaką przyszło mu się zmierzyć była dla niego czymś bardzo imponującym. Dawno nie spotkał niczego i nikogo tak potężnego. Owszem, w mediach masowego przekazu bardzo często mówiło się o klęskach żywiołowych, ale Rudolf nie wiedział, czy może to wszystko wrzucać do jednego worka. W zasadzie to przybysz niekoniecznie przejmował się teraz tym, jaki będzie wpływ owego zjawiska na miasto i jego mieszkańców. Zaczęła się gra. Gra, którą wampir za wszelką cenę musiał wygrać. Atak ptaków nie zrobił na nim wielkiego wrażenia. Oczywiście nie wyszedł z tego bez żadnej rany, ale śmiało mógł stwierdzić, ze jego płaszcz ucierpiał na tym bardziej, niż jego ciało.
Wkrótce mężczyzna wstał z dachu budynku. Teraz to on miał zamiar zacząć rozdawać karty. Lekko otrzepał ramiona, jakby robił to na pokaz, po czym zręcznym ruchem ręki zrzucił z siebie płaszcz.
-I tak był już do wyrzucenia.- Powiedział z szyderczym uśmiechem na twarzy, naciągając przy tym rękawiczki, jakby miała to być próba wytrzymałości materiału, z jakiego zostały wykonane.
Teraz mężczyzna sięgnął do jednej z dwóch kieszeni kamizelki. Szybko wyciągnął z niej cygaro oraz paczkę zapałek. Wkrótce cygaro wylądowało w zębach wysokiego, smukłego mężczyzny. Teraz wampir mógł działać po swojemu. Z drugiej kieszonki wyciągnął talię kart. Jako jeden z nielicznych wiedział, że karty te nie służą do gry. W każdym razie nie powinni grać nimi zwykli ludzie, nie znają zasad. Opakowanie szybko zostało otwarte, a długie palce pochwyciły jego zawartość. Wiatr ciągle tworzył charakterystyczne trąby powietrzne, przez co do głowy Rudolfa przyszedł jeden, dość zwariowany pomysł. Znając zabójczą moc talii kart, którą właśnie trzymał w dłoni, postanowił rzucić je w wir, przez co te mogłyby ranić ptaki, które przelatywałyby obok tego nieznośnego zjawiska pogodowego. Kiedy już karty z charakterystycznym trzepotem wzbiły się w powietrze i stały się częścią wiru, ich właściciel zeskoczył z budynku. Teraz znalazł się na ulicy.
-Haah! Wskoczyć na dach? Nierozsądnie Paniczu, Nierozsądnie!- zaczął mówić do siebie. Towarzyszył mu przy tym śmiech. I nie był to bynajmniej śmiech, który można kojarzyć z czymś wesołym. Był to straszliwy chichot, który u niejednego już człowieka wywołał gęsią skórkę.
Obie dłonie powędrowały gdzieś w okolice pasa, po czym uniesione ku górze oddały kilka szybkich strzałów z pięknych, starych pistoletów.
- Cóż za nonsens, Paniczu! Wampir strzela srebrnymi kulami! Godne pożałowania!- Rudolf wciąż śmiał się jak opętany, a przy tym oddawał kolejne strzały, które kierowane były w stronę ptaków, z którymi bez wątpienia mógł konkurować w swej dzikości. Raz tylko przypadkiem trafił w żyjącego jeszcze człowieka, który siedział zakrwawiony pod znakiem drogowym STOP. Jego głowa odbiła się od metalowej rury, po czym ciało runęło na jezdnię. Kiedy wampir podszedł bliżej zobaczył, że był to starszy- około 50-letni mężczyzna, który prawdopodobnie już nigdy nie wróci do domu z pracy. Von Schrecken korzystając z okazji zatopił zęby w jego szyi, by szybko zregenerować swoje rany, które były efektem starcia z ptactwem.
-Wyśmienicie! Wyśmienicie! Cudowna zabawa!- krzyczał chwilę po tym, jak już pożywił się starszym mężczyzną. Strzelał przy tym ze swojej charakterystycznej broni, przeładowywał i znowu strzelał w górę. Gdyby ktoś teraz obserwował go z innej perspektywy, mógłby uznać go za niepoczytalnego. I pewnie właśnie tak było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Wto Lip 24, 2012 2:23 pm

Alice przed opuszczeniem tego miejsca udało się podpalić część ptaków, lecz praktycznie żaden z nich nie stanął na dobre w płomieniach - w ciągu kilku sekund ogień na ich piórach wygasał, zupełnie samoistnie, jak gdyby wiatr dbał o to, aby zwierzęta pozostały w dobrym stanie i wciąż były zdolne do dalszych ataków... Tylko że teraz już nie bardzo miały na kogo napadać. Na ulicach pozostało kilka trupów, lecz nie było ich wystarczająco dużo, aby wykarmić wszystkie te małe bestie. Oczywiście każde ciało obsiadały chmary ptaków, o dziwo nie walczących między sobą o każdy kęs, lecz posilających się we względnej harmonii i spokoju. Chwilowo zwierzaki odpuściły sobie nawet próby dostania się do budynków i teraz skupiały się na dwóch czynnościach: żerowaniu na zwłokach i atakowaniu dwóch pozostających na zewnątrz osób - czyli Shadowa i Rudolfa.
Gdy wampir zdjął z siebie płaszcz, ptaki z jeszcze większą zawziętością przystąpiły do nacierania na jego ciało, starając się szponami i dziobami wyrywać jego drobne fragmenty. Korzystały póki mogły z tego, że praktycznie nie były odpędzane - było im to oczywiście bardzo na rę... Na skrzydło.
Rzucenie kart w wir powietrzny mogło się w pierwszej chwili wydawać świetnym pomysłem, lecz w praktyce skończyło się to niezbyt przyjemnie. Miniaturowe tornado zadziałało praktycznie natychmiast, przesuwając owe małe bronie w taki sposób, aby skierowały się prosto na Rudolfa, zadając obrażenia jemu, a nie ptactwu - które, nota bene, zwinnie ominęło to zagrożenie. Między innymi przez takie właśnie działania można było sobie pomyśleć, że ten wiatr posiadał rozum i potrafił o sobie świadomie decydować...
Grunt jednak, że wampir znalazł się już na ulicy i podjął wreszcie właściwy atak - podobny do tego, który nie udawał się zarówno Alice, jak i Shadowowi. Zwierzęta były na tyle szybkie, że bez problemu uchylały się przed kulami - odległość stanowiła dla nich wielką korzyść. Jak do tej pory najlepsze efekty dawały więc ciosy Shadowa - zadawane po prostu z bliska.
Gdy jedna z kul Rudolfa trafiła w konającego mężczyznę, oszczędzając mu tym samym bycia pożeranym pawie żywcem, gromada bestii poderwała się do lotu, na moment oddalając się od konsumowanego do tej pory ciała. Przez ten czas wampir zdążył się posilić, lecz ptaki nie miały zamiaru długo trzymać się z daleka. Stosunkowo szybko powróciły do owych zwłok, obecnie bardziej zainteresowane nimi, niż samym Rudolfem.
Mimo to trzeba było przyznać, że w ciągu ostatnich chwil zaczęło się robić zdecydowanie spokojniej - na tyle, na ile tylko było to możliwe w takiej sytuacji. Krzyki ofiar ustały - bo w zasadzie wszystkie dorwane osoby były już martwe, a i tak zdecydowana większość została odprowadzona do okolicznych budynków - zaś ptactwo skupiało się głównie na konsumpcji, no i jeszcze na dwóch natrętach, którzy im w niej przeszkadzali. Wiatr wciąż szalał, nawet na moment nie zmniejszając narzuconego tempa, od czasu do czasu zaś dosłyszeć można było ten nienaturalny pisk, tak bardzo kojarzący się ze złośliwym śmiechem...
Do tego wreszcie zaczęło padać. Początkowo kropiło tyko lekko, ot, zwykła mżawka, lecz bardzo szybko przerodziła się ona w intensywny deszcz o dużych kroplach, zacinający na tyle ostro, że praktycznie było to fizycznie niekomfortowe. Najwidoczniej przeszkadzało to drapieżnym ptakom, które powoli, stopniowo poczęły opuszczać zmasakrowane zwłoki - obecnie przypominające już częściowo same szkielety - i wzbijać się w powietrze, aby oddalić się w sobie tyko znanym kierunku.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Pon Paź 01, 2012 9:10 pm

Nie był zadowolony z efektów walki, ponieważ nijak udawało mu się powstrzymywać ataki poszczególnych ptaków, tutaj kula nie trafiła, tutaj mieczem nie pociachał nikogo, tutaj pięścią nie przestawił mu dzioba na inne miejsce. No ale, takie życie, cóż poradzić. Bogu mogą podziękować za to, że zesłał deszcz, który skutecznie odstraszył ptaki, opróżniające martwe ciała z resztek mięsa, wnętrzności, etc. Ustał na ziemi, po dosyć długim, nawet jak na niego locie w powietrzu. Spojrzał w górę i gdy kilka kropel wody zalało jego oczy, po prostu je zamknął. Został sam na tym pustkowiu pełnym rozrzuconych i poszarpanych ciał. Uśmiechnął się kącikiem ust, tak po prostu sam z siebie, sama sytuacja nie należała do tych najweselszych, ale on miał swoje powody do cieszenia michy. Może nie jest świrem, ale do normalnych napewno go nikt nie zaliczy. Po chwili ciszy odbił się od ziemi i poleciał w kierunku znanym tylko sobie...

tak, w końcu!
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Paź 14, 2012 9:28 pm

W zasadzie ten temat od dawna już nie był używany, więc załóżmy po prostu, że akcja się tutaj zakończyła - ptactwo najadło się i odleciało, Rudolf poszedł w swoją stronę i tak dalej i tym podobne. Innymi słowy - uwalniam to miejsce, aby można je było w dalszym ciągu wykorzystywać do gry... I od razu użyję tej możliwości.

***

Na pustym obecnie - bo w końcu w samym środku nocy, a nawet już bliżej poranka - dachu Empire State Building zupełnie nagle zapanowała dość dziwna atmosfera. Niezwykle... Specyficzna. Co prawda z oczywistych powodów nikt nie mógł w tej chwili odnotować tej zmiany, lecz faktem pozostawało, że powietrze zdawało się być świeże jak po burzy, a do tego na swój sposób naelektryzowane, pełne energii - niewidocznej, a przy tym jednak łatwo wyczuwalnej. Coś zdecydowanie się tam właśnie działo - lecz cóż takiego mogło to być?
O dziwo sprawa wyjaśniła się w przeciągu zaledwie kilku sekund, jednocześnie przynosząc jednak ze sobą o wiele więcej nowych - i trudniejszych - pytań. Oto na płaskiej powierzchni dachu dosłownie znikąd zaczęła sączyć się fioletowa mgła, z której szybko wyłoniła się postać o cechach, które z całą pewnością mocno wyróżniłyby ją w tłumie mieszkańców tej planety. Niecodzienny wygląd to jedno, lecz o wiele bardziej rzucałaby się w oczy z powodu aury dostojeństwa i władzy, która zdawała się otaczać jej osobę.
Istota owa zbliżyła się do krawędzi dachu i potoczyła spojrzeniem dookoła - jak gdyby podziwiała po prostu panoramę miasta. Wyraz jej twarzy pozostawał stosunkowo obojętny, nieodgadniony, postawa zaś - spokojna i zarazem pełna naturalnej gracji... Takiej, jaka charakteryzowała niektóre drapieżniki.
Niespodziewanie kąciki czerwonych ust tego niezwykłego stworzenia uniosły się lekko, a w jednej z dłoni pojawił się fioletowy blask, który szybko otoczył całą smukłą postać. Snop bardzo jasnego światła o tym samym odcieniu i niewielkiej średnicy wystrzelił w górę z niesamowitą prędkością, niknąc wysoko między chmurami. Gdy cała ta intensywna poświata zniknęła, okazało się, że postać również rozpłynęła się w powietrzu.
Zaczęło się.

Od właśnie tego momentu Ziemia wystawiona została na działanie przedziwnego zjawiska, z jakim nie zetknęła się jeszcze nigdy do tej pory. Otoczona została czymś na kształt fioletowego i widocznego tylko w momencie kontaktu pola siłowego - ale nie do końca. Nic z zewnątrz nie mogło wkroczyć na jej teren... Ale i nic nie było w stanie go opuścić. Wszelkie próby przekroczenia bariery skutkowały natychmiastowym zawróceniem obiektu - a czasami najwyraźniej wręcz jego zdematerializowaniem.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Quicksilver



Liczba postów : 74
Data dołączenia : 07/12/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Wto Maj 07, 2013 6:15 pm

Musiał przyznać, że ta zabawa podobała mu się coraz bardziej. Mimo wcześniejszego niezbyt pozytywnego nastawienia do rozłąki z siostrą i nieustannej obawy o jej bezpieczeństwo, pozostawianie znaków dla innych mutantów było w gruncie rzeczy wyzwaniem, któremu Pietro zamierzał sprostać.
Puszki sprayu podzwaniały w jego plecaku, kiedy przemierzał powolnym krokiem ulice pogrążonego we śnie Nowego Jorku. Oczywiście we śnie pogrążyły się jedynie biura i sklepy; na ulicach nie brakowało bowiem samochodów i rowerzystów, a chodniki przepełnione były imprezowiczami i wracającymi z pracy ludźmi.  Nie zamierzał jednak zwracać na to uwagi. To było najważniejsze zadanie jakiego do tej pory się podjął, a szybkość jego realizacji określała długość rozłąki z Wandą.
Rozejrzał się po raz ostatni, stając pod murem Empire State Building i lekko odbił się od ziemi, natychmiast nabierając prędkości pozwalającej mu na spokojne poruszanie się po budynku.  Powiew wiatru zerwał mu kaptur z głowy ale nie zwrócił na to uwagi.
Uwielbiał to uczucie wolności, tą świadomość, że jest naprawdę niewiele rzeczy, które mogą go zatrzymać lub uwięzić. Razem z Wandą stanowili niemal niepokonany duet i Pietro wiedział, że jego siostra doskonale rozumie emocje, jakie kotłowały się w nim za każdym razem gdy mógł wykorzystać swój dar. Szybkość, swoboda, żadnych granic, zakazów i nakazów.
Pod osłoną nocy, malując szybkimi, zdecydowanymi ruchami kolejny znak, kolejne hasło, czuł się niczym tajny agent na specjalnej misji. Bawiło go to i zapewniało rozrywkę, nie nudził się podczas wykonywania polecenia, ale chciał, by to wszystko już się skończyło.
Jeszcze tylko dzień. Jeszcze dwa. Kilka ulic, kilka gmachów i będzie mógł znaleźć Scarlet.
Na razie trzeba było zwijać się z budynku i znaleźć bezpieczne miejsce do obserwowania sytuacji.
Rankiem Nowy Jork znów na chwilę przystanie, oszołomiony, zaskoczony i oburzony kolejnym ogromnym, czerwonym znakiem wymalowanym wprost na dumnej męskości swojego miasta.
Dopiero po chwili zauważą napis z drugiej strony budynku.
„YOU ARE NOT ALONE!”

[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Empire State Building   Nie Lip 07, 2013 10:03 am

MG MODE


Zaprojektowany przez Shreve, Lamb & Harmon Associates Empire State Building jest jednym z cudów świata. Potężny i majestatyczny pokaz ludzkiej siły i determinacji, wzniósł się ponad chmury. Obecnie nadal w sercach ludzi, nie tylko nowojorczyków, jest architektonicznym symbolem. Przez lata przewijały się przez frontowe drzwi najznamienitsze osobistości. Każdy gość, niósł ze sobą osobną historię, która wpisała się w mury tego budynku na wieki, tworząc z niego niezwykła i obleganą atrakcją turystyczną. Obecnie pomieszczenia na niższych piętrach służą też jako biura biznesowe dla wielu firm, poza jednym wyjątkiem. Ostatnie trzy piętra tego niesamowitego budynku są dostępne dla pewnego człowieka. Znajduje się tam rezydencja potężnego i bogatego filantropa, którego ludzie postrzegają jako szczodrego i hojnego człowieka. Specjalny klucz włożony do panelu windy, odblokowuje trzy ostatnie pięta i tylko tak można się na nie dostać. Tylko człowiek bardzo nieufny i roztropny, powściągnąłby takie zabezpieczenia. Jego obawy są wskazane, gdyż każda moneta ma dwie strony.
On sam w swojej filozofii postrzega siebie, jako tryb bez którego machina świata nie byłaby wstanie pracować. Ludzie nie chcą być niezwykli. Oni chcą, aby ktoś powiedział im co robić i jak mają żyć. Potrzebują osób takich jak On, by im to mówili. Chcą zwyczajnie chodzić do pracy i robić tylko tyle ile potrzeba, aby na końcu dnia dostać wielkie ciasteczko, za zrobienie tego i to właśnie on ma im je dać. Gdyby to nie był on, zrobiłby to ktoś inny. Ludzi zawsze można zastąpić, nawet kogoś o jego potędze.
Na setnym piętrze znajduje się spowity cieniami pokój. W pięknym łóżku zdobionym aksamitem i błyszczącym baldachimem leży nieśmiałe kobieta, pogrążona w głębokim śnie. Uchylone okno wpuszcza delikatny chłód, rozrzedzając stojące w pomieszczeniu powietrze. Tylko światło aparatury podtrzymującej życie, rozjaśnia mroki tego pomieszczenia. Nigdy nie zapala się tu światła.
U jej boku stoi potężny mężczyzna, którzy trzyma ją za rękę, masując jej delikatną dłoń kciukiem. Ręka jest słaba, pomimo rehabilitacji mięśnie wyraźnie osłabły. Wydawałoby się mogło, że jego potężna dłoń mogłaby bez najmniejszego oporu skruszyć jej drobną kościstą rękę.
- Droga Vanesso - przemawiał do niej za każdym razem gdy tu przychodził. Jej niedola również go dotykała. Jego żona była jedynym dobrym elementem w życiu tego mężczyzny, jedyną rzeczą, którą kochał. Poświęciłby wszystko, aby móc wyrwać ją z tego stanu. Medycyna zawodziła go już tyle razy, że musiał zacząć rozglądać się w innych kierunkach.
Ktoś zapukał do drzwi, po czym wszedł do środka. Mężczyzna w garniturze, przeprosił, po czym poinformował o ważnej sprawie. Wilson ucałował dłoń żony i wyszedł z pokoju. Po nim weszła pielęgniarka, która nie odstępowała kobiety ani na minutę.
Wilson Fisk kierował machiną przestępczości, a jego wpływy rozprzestrzeniały się po świecie niczym plaga. W głównej mierze władał Nowym Yorkiem, był bezwzględny, brutalny a zarazem inteligentny i sprytny. W tej chwili zasiadł w swoim biurze. Ciemna księżycowa noc mieniła się na wysokich oknach. Zapalił cygaro wysłuchują tego co mają mu do przekazania.




W gabinecie stało dwóch ochroniarzy, a pomiędzy nimi wystraszony naukowiec ubrany w biały fartuch. Kingpin nie posiadał własnych laboratoriów, placówek badawczych, wojskowych - jego siła tkwiła w jednostkach, które trzymał w garści. Obawiający się o swoje i swych rodzin ludzie rozsiani byli na różnych ważnych stanowiskach. Zawsze "chętni" do współpracy. Miał instynkt do znajdowania słabych jednostek, wykorzystanie ich przychodziło już samo. Naukowiec przekazał Fiskowi wiadomość o odkryciu potężnego źródła sygnału, które rządowe placówki wykryły na terenie Syberii.
- To może być rzecz, której Pan szuka- dodał drżącym głosem.
- Dziękuję doktorze - odparł silnym, jakby nieobecnym tonem. Wtedy dwóch goryli wyprowadziło doktora z gabinetu, pozostawiając przestępczego bossa samego z własnymi myślami. Przez krótką chwilę zastanawiał się komu zlecić to zadanie, a gdy do gabinetu wszedł kolejny jegomość ubrany w czarny długi płaszcz, ten znał już odpowiedź. Jeśli to faktycznie była ta cholerna tablica, pomyślał, to musiał być ktoś, kto nie zostanie zauważony. Ktoś kto porusza się jak duch i nie zostawia śladów. Zwinny niczym kot, w tej chwili myślał już tylko o jednej osobie.
- Mam dla niej zadanie! - powiedział do pośrednika.
Powrót do góry Go down
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Pon Sie 05, 2013 3:31 am

NPC - Midas storyline
Od czasu, gdy na dachu Empire State Building doszło do pojawienia się dziwnej energii - minęło już trochę czasu. Czujniki i sensory okrętu rejestrowały działalność osoby trzeciej na dachu, jednak w tamtym momencie została podjęta decyzja o nie podejmowaniu interwencji. Wtedy nie było jasnym, kto stoi za całą sytuacją. Teraz sprawa wyglądała nico inaczej, a Jinkusu ściągnął z końca galaktyki jednego ze swoich najpotężniejszych sprzymierzeńców, by ten osobiście przyjrzał się sprawie.
Na jednej z krawędzi dachu doszło do skupienia się pokładów energii, które skumulowały się - łącząc cząsteczki i tworząc postać. Ponad dwu metrowy - niebieskołuski jaszczur odziany w czerwone szaty pojawił się na dachu, na którym nikt obecnie się nie znajdował. Drzwi wejściowe na dach "same" zatrzasnęły się, zamykając swe zamki, a osobnik ruszył przed siebie, kierując się prosto do dawnego źródła energii.
-Minęło sporo czasu, Dur-Shurrikunie. Odnajduję tutaj ślady energetyczne, bardzo słabe. Mogą nie powiedzieć nam zbyt dużo.
W tym momencie obok niebieskołuskiego pojawił się hologram przedstawiający Crathygtańską postać Dur-Shurrikuna (patrz KP). Białofutry jaszczur stał niemalże na baczność, z rękoma opuszczonymi wzdłuż korpusu, przyglądając się swoimi białymi ślepiami magowi.
-Król Illriyan przebijający moje bariery fazowe tylko po to, by poinformować mnie o tajnym projekcie prowadzonym przez jego rasę to jedno. Informacja o "sięgnięciu po zbyt wiele" jest jednak poważnym ostrzeżeniem. Ludzie nie interesują się odcięciem ich planety, pomimo, że mogliby sobie poradzić z tym całkowicie bez naszej inicjatywy.
Midas obrócił swój wzrok w kierunku Jinkusu. Prastarej maszyny
-Jednak nie czynią tego. Czyżby zbliżał się dzień wielkich zmian?
Zapytał, ciekawszy co odpowie mu na to kompan. Obaj mówili spokojnym tonem, rozmawiając niczym dwaj mistrzowie. Obaj wpatrywali się w siebie niczym w lustra, skupiając na sobie wzajemnie większość uwagi, a jednocześnie obserwując otoczenie innymi zmysłami - lub systemami.
-Los rzadko wzywa nas w takich momentach.
-Nie jesteś śmiertelnikiem. Przywołanie losu w Twoich ustach brzmi na prawdę poważnie, Tytanie.
-Crathygtanie...
-Jesteś ostatnim ze swego gatunku. Wszystkim, co pozostało z prastarej, potężnej cywilizacji. Czemu mnie tu wezwałeś?
-W Tobie jest siła wieków. Moc z otchłani lat. Znam Wasze zdolności do naginania praw rzeczywistości, wykorzystywania własnej energii do tworzenia nowego porządku. Jednak moje metody na tym nie polegają. Możesz dostrzec to, czego ja nie będę w stanie. Ziemia, Midgard. Planeta otoczona od pewnego okresu czasu polem, które uniemożliwia dostanie się - oraz wydostanie z planety. Pole nie reaguje jednak na mnie.
-Czy na tej planecie istnieją istoty obdarzone prawdziwa mocą? Z ziemi na dole wyczułbym, że ta tarcza nad naszymi głowami odbije wszystko co w nią trafi - tylko z większą siłą.
Rzucił, zamykając na chwilę ten rozdział rozmowy. Masywny, niebieskołuski jaszczur ruszył w kierunku krawędzi dachu do strony na której znajdowało się logo Brotherhood. Jaszczur zatrzymał się na krawędzi i spojrzał w dół, wychwytując wzrokiem olbrzymi malunek. Nie wydawał się tym wzruszony, a przynajmniej nie z zewnątrz. Wewnątrz, naszła go myśl by po prostu pozbyć się tego ze ściany budynku.
-Ktoś się bardzo postarał, kreując to "dzieło". Pozostawił po sobie energię, sporo śladu.
-Bractwo jednego z kosmicznych lordów który przybył na tą planetę. Dokonałem wywiadu, mężczyzna planuje dokonać rebelii istot uzdolnionych.
Midas wydawał się mało poruszony informacją o rebeliancie. Jednak nie podobał mu się rysunek umieszczony na wieżowcu. Ktoś bardzo chciał pokazać, że jest niesamowicie potężny. Zapomniał tylko, że zawsze znajdzie się ktoś potężniejszy. Mag wiedział, że Jinkusu nie ingeruje w takie sytuacje. On jednak nie zamierzał tego rysunku tu tak po prostu pozostawić. Uwolnił więc niewielką cząstkę swej energii, by ta zetknęła się z atomami farby na poziomie molekularnym, odrywając ją od budynku i spopielając w powietrzu, gdy warstwa zaczęła po prostu odpadać niczym śnieg spadający z nieba. Nic nie dolatywało na ziemię, tylko w powietrzu pojawiła się przez chwilę płomienna fala - która zniknęła zaraz po malowidle. W tym momencie, Midas odwrócił się i ruszył powolnym krokiem ku hologramowi, zatrzymując się przed nim. Spojrzenia obu zetknęły się, a obaj stali tak niczym dwaj drapieżnicy, walczący o terytorium - żaden nie zamierzający ustąpić.
-Znam Cię za dobrze, Dur-Shurrikunie. Rozumiem Twoje powody. Pomogę Ziemianom zainteresować się ich problemem. Masz moje słowo.
Rzucił, kończąc aktualną wymianę zdań między sobą, a okrętem. W tym momencie hologram zniknął tak samo jak wcześniej pojawił się, pozostawiając go na dachu samego.
Midas ruszył powoli ku samemu krawędzi - ponownie - unosząc prawą dłoń do góry i pozwalając, by zebrała się w niej niewielka energia, która z czasem zaczęła formować się kulę. Jaszczur stanął obiema łapami na krawędzi dachu, zahaczając o niego pazurami - by nie wypaść za drugą stronę - a energia skupiona dookoła jego dłoni została uwolniona i pomknęła ku przestworzom, formując się w olbrzymią flarę, która na pewnej, widocznej wysokości - efektywnie wybuchła, pozwalając rozejść się hukowi we wszystkie strony. To musi sprowokować kogoś "kompetentnego", by pojawił się tutaj. Jaszczur pamiętał jednak, że nie była to jego planeta. Jeśli nie zechcą jej bronić, pozostawi sytuację taką, jaka jest teraz. Wystarczyło jednak, by ktoś przyszedł... Zapytał się, sprawdził.


Spoiler:
 

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Salpsan



Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Pon Sie 05, 2013 12:54 pm

Mefisto zauważył to co zdarzyło się w Midgardzie. Żeby dowiedzieć się więcej posłał swojego wiernego sługę, demona o imieniu Salpsan. Portal z kryjówki Salpsana na ziemi za sprawą Mefista powoli się otwierał a Salpsan czekał aż będzie na tyle duży by sam mógł się w nim zmieścić. Od dłuższego czasu Salpsan nie mógł wrócić do swojego pana za sprawą tajemniczej mocy która być może zniknie za niedługo.

Gdy tylko portal był na tyle duży, ciężki, dwumetrowy demon wskoczył do niego i przeniósł się po chwili do miejsca docelowego. Demon został teleportowany na dach najwyższego budynku w mieście, zabierając ówcześnie odrobinę ognia aby w razie walki móc go użyć. Kiedy portal pojawił się po drugiej stronie natychmiastowo wyskoczył z niego sługa mefista. Na miejscu Salpsan ujrzał postać na pierwszy rzut oka przypominającą demona lecz już po kilku sekundach spostrzegł że skóra tego tworu była niebieska i miała łuski. Salpsanowi zaczęły przedłużać się pazury na rękach, wtedy krzyknął:

- Kim żeś jest... że nawet wielki mefisto zaniepokoił się twoją osobą?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Randy



Liczba postów : 27
Data dołączenia : 29/07/2013

PisanieTemat: Re: Empire State Building   Pon Sie 05, 2013 8:38 pm

Poniedziałek był tym dniem tygodnia, w który Randy nie pracował. Dawniej spędzał ten dzień w domu, ale parę miesięcy temu odkrył, że taka izolacja mu nie służy, więc zaczął przeznaczać ten dzień na wycieczki zarówno na miasto jak i poza nie. Tym razem udał się na spacer po Manhattanie. Była to chyba jego ulubiona dzielnica, o ile można to tak ująć w kontekście miasta za którym, że posłużę się eufemizmem, nie przepadał.
Znudzony Central Parkiem, skierował swoje kroki na Times Square a w końcu Korea Town. W pewnym momencie usłyszał głośny huk, niedaleko od siebie. W pierwszej chwili przyszło mu na myśl, że może to zamach, jednak gdy spojrzał w kierunku, z którego hałas dobiegał, nie zobaczył nic, poza kulą światła. Budynki zdawały się pozostawać nienaruszone, pomijając rzecz jasna zniknięcie charakterystycznego malunku ze ściany Empire State Building.
Czyżby konkurencyjna grupa mutantów poczuła się jakoś dotknięta jego szpetną obecnością? Cóż, wandalizm to wandalizm, Duńczyk sam też był nieźle poirytowany z jego powodu. Tak czy inaczej, branie udziału w porachunkach między gangami nie było czymś, czym Randy byłby jakoś szczególnie zainteresowany. Z drugiej strony, był jakoś dziwnie wdzięczny temu, kto postanowił się pozbyć malowidła. Ciekawość nakazywała mu sprawdzić co jest grane, podczas gdy zdrowy rozsądek jak i instynkt samozachowawczy podpowiadały, że pchanie się na wieżowiec, gdzie prawdopodobnie zaraz będą się lać, jest oczywistym samobójstwem.
Inaczej niż większość przechodniów, ruszył w kierunku Empire State Building. Jednocześnie ograniczył strefę ciszy do własnej osoby, by nie ujawnić się zbyt szybko przed mutantami, na których ewentualnie mógł natrafić. Tak przynajmniej miał jakiegoś asa w rękawie, w razie gdyby co. Miał zamiar jedynie stać na dole i obserwować, jednak ciekawość szybko wzięła nad nim górę. Wszedł do budynku. Wewnątrz panowało niezłe zamieszanie. Wielu usiłowało wydostać się jak najszybciej na zewnątrz, kiedy tym czasem Randy... Randy zawsze był "jakiś inny". Może mama nie kochała go wystarczająco, kto wie.
Udało mu się dostać do windy i wjechać na najwyższe dostępne piętro. Cudem wydostał się z windy, gdy wystraszony tłum nieomalże wepchnął go z powrotem do środka. Gdy ochrona zajęta była zapewnieniem porządku ewakuacji, on prześlizgnął się na schody przeciwpożarowe prowadzące na sam dach. Gdy już był prawie na miejscu, poczuł jakąś dziwną niepewność i zwątpienie. Nadal był ciekaw, ale teraz coś w jego głowie krzyczało "WIEJ". Czuł niesamowicie intensywnie, że na dachu znajduje się coś złego.
Zaraz jednak odpędził od siebie te przeczucia. W końcu nawet gdyby działo się tam coś szczególnego, to skąd właśnie on miałby to wiedzieć? Prekognicja czy jasnowidzenie to była zdecydowanie "nie jego rzecz". Po prostu naoglądał się za dużo thrillerów i tyle.
Temperatura powietrza w okół niego podniosła się gwałtownie, gdy był już przy drzwiach. Może wybuchł tam pożar? Zamek w drzwiach był uszkodzony, więc otworzył je z łatwością.
Zaraz po tym zamarł w bezruchu.
Przed nim stał jakiś jaszczur plus coś co wyglądało jak demon z piekła rodem.
Mowa ciała Duńczyka jak i wyraz jego twarzy prezentowały ten sam chłód co zawsze, ale, człowieku, gdyby ktoś był w stanie zobaczyć jego myśli... jedyne, na co Randy liczył w tym momencie to to, że jego rychła śmierć nie będzie zbyt bolesna.
Kiedy całe jego życie przeleciało mu przed oczami, pomyślał, że w sumie mógł się spodziewać. Szczęście jakoś nigdy się go nie trzymało.
Stał w drzwiach sparaliżowany strachem, obserwując "spokojnie" oba stworzenia.
Nie wiedząc, co począć ze strefą ciszy w sytuacji tak skomplikowanej jak ta, utrzymywał ją wciąż niewielką, jednak miał pewne trudności w utrzymaniu skupienia, więc strefa odrobinę "drżała", obejmując przestrzeń znajdującą się w odległości 1-2 m od blondyna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Empire State Building   Today at 4:58 am

Powrót do góry Go down
 
Empire State Building
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Empire State Building
» Regulamin forum

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: