Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bronx - Ulice

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Juggernaut



Liczba postów : 31
Data dołączenia : 16/09/2014

PisanieTemat: Bronx - Ulice   Sro Paź 01, 2014 10:11 am

First topic message reminder :



Bronx – jeden z pięciu okręgów (boroughs) Nowego Jorku oraz hrabstwo (county) w stanie Nowy Jork. Bronx położony jest w północnej części miasta, głównie na stałym lądzie, choć obejmuje swoim zasięgiem także parę mniejszych wysp.

Bronx zamieszkuje głównie ludność pochodzenia latynoskiego (ponad 50%) i Afroamerykanie (ok. 35%). W 2010 roku Bronx liczył ok. 1 385 000 mieszkańców.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Rocket Raccoon



Liczba postów : 101
Data dołączenia : 12/11/2012

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sro Lut 24, 2016 5:36 pm

Oferta Blacka była bardzo przyjemna. Alkohol, tani lokal, rozróba w barze. Jak w sztampowym filmie klasy B. Niestety Rocket nawet nie mógł odpowiedzieć ponieważ spadł na niego... Pies? I to niestety pies którego znał, a w dodatku rusek przez co nie kwapił do niego zbytnią sympatią (znaczy lubił go ale Rocket pokazuje to często w dziwny sposób.). W końcu mimo to był amerykańskim szopem, miał swój honor. W sumie o co chodziło Cosmo? Jaka znowu ucieczka? Cóż musiał być ostro schlany skoro nie pamiętał takiej rzeczy. Kurczę ciekawe jak mocno była widowiskowa ucieczka. Miał nadzieję że bez tony wybuchów i zniszczeń się nie obyło. Ale wracając do teraźniejszości... Stał nad nim pies i waliło mu z japy, niezbyt ciekawa perspektywa. Za to Groot odpowiedział nie tylko na powitanie Cosmo ale jeszcze swoim najlepszym żartem o sekwoi i buku:
-Jestem Groot.- Opowiedział ten długi acz niezwykle śmieszny dowcip. Gdyby nie to że Rocket był powalony śmiałby się godzinami. Ale w zupełności starczyło mu to że Cosmo miał chwilę nieuwagi.
Dosięgając do guziczka odpalił swój jetpack. Niestety zamiast polecieć w górę, zaczął jeździć jetpackiem po ziemi przy czym prawie się zderzył z hydrantem, lampą, parą czarnoskórych (którzy chyba mieli jakiś problem.) czy samochodem. Po chwili jednak ustabilizował sytuację i był kilka metrów nad Cosmo, Grootem i Whi... Blackiem.
-Whoa spokojnie koleżko -uspokajał Rocket.- Jaka ucieczka? Ja przecież wzorowy towarzisz, towarziszu Cosmo'viczu. -Z uśmiechem na ustach i dziwnej pozie próbował naśladować Cosmo.- Zakopmy to... kość wojenną co? Może jak mnie jeszcze zaprowadzisz do ekipy kupię ci przysmaki? Wiem że się skusisz! -Namawiał Rocket. Lepiej by się skusił. Co prawda nie ma pieniędzy bo niby poco szopowi dolary? Ukradnie ze sklepu. W końcu co mogą mu zrobić? Policja właśnie mnie okradł humanoidalny, gadający szop? Parsknął.
-Nie możesz chyba wiecznie się na mnie gniewać cnie? -Spytał dla pewności. Nie zamierzał na razie lądować mimo to że Cosmo i tak ma taką moc że mógłby go ściągnąć na dół. Ale w powietrzu czuł się jak ryba... szop w śmietniku.  
Jestem Groot.- Podszedł powoli do Cosmo i starał się wytłumaczyć że nie czas na rozprawianie się z Rocketem. W końcu są ważniejsze rzeczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cosmo the Dog



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 15/11/2014

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pią Lut 26, 2016 4:51 pm

Cosmo słysząc dowcip o sekwoi i buku zaśmiał się tak, że Ci, którzy nie mają zdolności telepatii mogli zobaczyć jak czteronogi otwiera swój pysk. Oczywiście, normalni ludzie myśleliby, że to po prostu zwykłe ziewanie. Ale nie... Cosmo najprawdziwiej śmiał się tyle, że nikt kto nie słuchał go telepatycznie nie powiedziałby tego.
- Haaaaaaa! A to Ci dobre! Haaaaaaaaa! Że buk mówi do sekwoi "o okrutny lesie", ha! Uugh, Groot. Brakowało mi twoich żartów. - Cosmo potupał jeszcze chwilę nogą po czym uspokoił się, wpatrując w drzewo. Cóż, najczęściej to właśnie dogadywał się lepiej z Grootem aniżeli z szopem, który dodatkowo miał swoje za uszami.
Ale, gdy tylko Rocket Raccoon uniósł się do góry, Cosmo wywrzeszczał na niego.
- NIE ODLECISZ STĄD! - Po czym postarał się na tyle, aby jego telekineza pozwoliła na opadnięcie zwierzęcia na ziemię. Nie pozwoli sobie kolejny raz na ucieczkę. - I co to za maślak? - kiwnął głową na mężczyznę obok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rocket Raccoon



Liczba postów : 101
Data dołączenia : 12/11/2012

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pią Lut 26, 2016 9:05 pm

O dziwo nie uderzył impetem na ziemię, chociaż tyle. Wstał, otrzepał się z kurzu. Chyba jednak nie ucieknie tak łatwo... Na pytanie Cosma o Blacka rzekł tylko:
-A taki tam "zwykły, szary agent".-Spojrzał na Blacka, rzucając mu szybki uśmieszek. Wcale nie szyderczy.- Ogólnie dzwoniliśmy po niego by się dostać... A szkoda gadać, szkoda strzępić pysk. -Odwrócił się w stronę Cosmo. Nie wiedział jak ma się zachowywać, czy podejść. Zdecydował zrobić krok w stronę radzieckiego psa. Dla pewności ręka przez przypadek majaczyła nad bronią. Nie żeby była potrzebna. Widząc to Groot wszedł pomiędzy Rocketa i Cosmo. Niezwykle poirytowaniem zachowaniem obu przyjaciół, stanowczo powiedział:
-JESTEM GROOT! - Tłumaczył im. Przecież nie czas na takie zachowanie. Są uziemieni. Tłumaczył też że do żadnej ucieczki nie doszło. Może tak to wyglądało, pewnie. Jednak mieli bardzo ważny powód by to zrobić. Powiedział też że najważniejsze to pojednanie z drużyną a nie przepychanki i kłótnie. Mogą to zrobić jak już się wszyscy zjednoczą. Bo wypowiedzeniu tego niezwykle długiego monologu spytał się czy rozumieją:
-Jestem Groot?- Spojrzał i na Rocketa i na psa. Rocket ino wzruszył łapami:
-No... Rozumiem, spoko.- Znów spojrzał na Cosmo.- To ten... Chwilowy rozejm?-Wyciągnął łapkę w stronę psa. Ktoś musi być mądrzejszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cosmo the Dog



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 15/11/2014

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sob Lut 27, 2016 3:43 pm

Cosmo patrzył nadal na Rocket Raccoona z wyszczerzonymi w jego kierunku zębami. Czarne oczy skupiły się na szopowej posturze, od czasu do czasu błądząc wzrokiem od niego do jego roślinnego przyjaciela. Słowa Groota trafiały do jego serca, ba, nawet lekko uspokajały go. Jednakże coś nadal nie pozwalało psu na to, aby mógł wybaczyć im.
- Zaufam tobie, Groot. Jesteś dla Cosmo powiernikiem tego rozejmu. Podpisujesz go swoim własnym imieniem i honorem. Więc lepiej, żebyście nie próbowali robić z Cosmo balona, bo inaczej obaj obudzicie się w klitce bez dostępu do niczego co wam pomoże. A wtedy nawet genialne plany Pana Genialnego nie pomogą wam wyjść. Zrozumiano? - Po wypowiedzeniu wszystkiego, pies wystawił łapę w stronę Rocket Raccoona na znak tymczasowego pokoju. Do momentu w którym znajdą się już wszyscy na Knowhere umowa ta będzie ich obejmowała. Więc lepiej, żeby nie próbowali zrobić z psa głupiego.
- Mówicie, że chcecie się tam dostać? No okej, Cosmo może to zagwarantować. Jednakże będzie to przysługa, bo jednak nie ma ochoty tego robić. Ale... Należycie do Guardiansów. A zresztą... musi wam jeszcze zrobić reprymendę. WSZYSTKIM. - Pies wyprostował się tak, że patrzył na Rocketa jakby z wyższością.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rocket Raccoon



Liczba postów : 101
Data dołączenia : 12/11/2012

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pon Lut 29, 2016 2:14 pm

No super. Teraz Groot jest powiernikiem. Zapewne dobrze się to dla nich nie skończy. Rocket odsunął łapę od psa. Przysługa? Chyba go powaliło...
-Słuchaj Cosmo ja nie potrzebuje ŻADNEJ przysługi, mam jetpack. Chodzi o Groota... Jakoś ciężko mu się dostać na górę nie sądzisz? Więęęęęęc czy mógłbyś go przenieść na górę? Czy Królewska kość jest w stanie to zrobić? - Spojrzał na niego pytająco. Miał dość czekania. Dodatkowo przechodziło coraz więcej zakapiorów tą ulicą. Ludzie... Dziwny gatunek, jak coś jest innego, ktoś inaczej myśli trzeba zabić. Ech ale cóż taka planeta. Przeskakiwał z jednej łapy na drugą. Dość tego.
-Ja lecę do drużyny. Lepiej leć za mną szybko Cosmo bo ci jeszcze ucieknę! -Żartował Rocket. Odpalił jetpack i zaczął lecieć w stronę Avengers Tower.
-...Jestem Groot?- Zapytał się psa. Powinni już lecieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cosmo the Dog



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 15/11/2014

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sro Mar 02, 2016 4:13 pm

- Bozhe moi. Czemu robicie to Cosmo o wszyscy znajdujący się tutaj superbohaterowie. - Pomyślał przez chwilę czworonóg, kiedy patrzył na to jak oddalał się już od niego Rocket Raccoon. I wszystko byłoby dobrze, gdyby to nie pies musiał taszczyć Groota swoją mocą. Ale cóż, jak to mówią - taki twój los.
- Tylko pamiętaj Groot, jesteś naszym powiernikiem. Co się stanie - bierzesz na siebie odpowiedzialność. Nie mam zamiaru stawiać na szali swoją reputację. No, to cóż... W drogę. - Cosmo westchnął i uniósł żywe drzewo, lecąc w stronę Avengers Tower.

[z/t] x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pią Mar 04, 2016 9:03 pm

Black przez całą rozmowę milczał. Stał jak przysłowiowy słup soli. Przechodnie patrzyli się jakoś dziwnie na niego i przybyszów z kosmosu, ale powstrzymywali się od komentarzy. Cóż, atak kosmitów na nowy jork musiał nimi dogłębnie wstrząsnąć. Minęło od tego czasu parę niespokojnych lat więc... W każdym razie Black się nie przejmował. Kto wie, może w przyszłości będzie dane współpracować mu z Rocketem i jego kompanem, Grootem. Byli to ciekawe stworzenia. No, ale nie czas roztrząsać przyszłość. "Zagrożenie zażegnane, więc nie pozostało Blackowi nic innego jak znikać. Poszedł w kierunku swojego domostwa, w spokoju. Jakby wracał z kawy. Sytuacja na ulicach Bronxu powoli wracała do normy, jakby do niczego tam nie doszło.

Naucz się wstawiać z/t!
~ Loki
Powrót do góry Go down
Kate Bishop



Liczba postów : 55
Data dołączenia : 24/07/2013

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sro Kwi 20, 2016 9:50 pm

Samotny spacer po ulicach Nowego Yorku późnym wieczorem nie plasował się na szczycie genialnych pomysłów. Właściwie, znajdował się gdzieś na samym końcu listy i Kate nigdy nie sądziła, że wykaże się podobną głupotą. Albo, co gorsza, najdzie ją nagła ochota na przejazd rozklekotaną taksówką prosto w zatęchłe uliczki Bronksu. Jej terapeuta zapewne nazwałby to pragnieniem autodestrukcji. A ona potrzebowała tylko pomyśleć - nie w otoczeniu luksusu, minimalistycznych pomieszczeń wilii, nawet nie w ogrodzie w duchu fengshui. Harmonia, ład i porządek za bardzo kontrastowały z chaosem w Teksasie. Towarzystwo lasu, sąsiadującego z obozem szkoleniowym, też nie wydawało się specjalnie pomocne. Dziewczyna z czystym sercem opuściła przybytek SHIELD.
Trudno powiedzieć, czy wycieczka krajoznawcza do centrum Nowego Yorku była tak fatalną koncepcją. Kate wciąż miała przed oczami napiętą twarz reporterki, która na tle Białego Domu tłumaczyła, że w Huston dochodzi do masowej rzezi. Zamknięto granice, utracono kontrolę nad sytuacją. Powtarza się sytuacja z Nowego Jorku, dzwoniło Bishop w myślach, gdy wpatrywała się tępo w migoczący ekran na Times Square. Dziesięć minut później kamera lekko się oddaliła, prezenterów ściemniło. Pojawiło się intro Breaking News. Nim program dobiegł końca, Kate lawirowała już między ludźmi, przepychając się, by dotrzeć na próg chodnika. Większość przechodniów zamarła i, jak na zawołanie, transmisję wiadomości wznowiono. Gdy Bishop wślizgiwała się na siedzenie taksówki, która przystanęła na jej niedbałe machnięcie, znów mignęło na ekranie zatrwożone oblicze reporterki.
Zdawało się, że niewypowiedziane przez nikogo pytanie, wstrząsa całym Nowym Yorkiem. Gdzie są Avengersi?
Kate nie znała odpowiedzi, ale doskonale wiedziała, gdzie Mściciele są teraz najbardziej potrzebni.
*
Taksówkarz nie miał jak wydać reszty - i chociaż Bishop wiedziała, że to kłamstwo - wysiadła bez słowa z wozu, zatrzaskując za sobą drzwiczki. Wpakowała dłonie do kieszeni płaszcza, zatrzymując wzrok na starym szyldzie zapomnianego klubu. Witamy w Bronksie, pomyślała przeskakując spojrzeniem na grupkę bezdomnych, wpisanych w krajobraz dzielnicy. Wystudiowanym gestem postawiła kołnierz prochowca i, przywołując obojętny wyraz twarzy, hardym krokiem przecięła chodnik. Starannie udawała, że doskonale wie, gdzie zamierza dojść. Nie rozglądała się przesadnie, nie grzebała nerwowo w kieszeniach, nie zerkała co chwila na zegarek na nadgarstku. Co jakiś czas tylko rzucała okiem zza ciemnych okularów na mijane budynki, zapamiętując trasę przemarszu.
Nie potrafiła wyjaśnić fenomenu Bronksu. Niektóre zaułki wydawały się obrazem nędzy i rozpaczy, inne utrzymywano we względnym porządku. Fasady mijanych budowli różniły się od siebie nielicznymi szczegółami. Barierką balkonu, podpiętym szyldem, reklamą nad oknami. Nie znalazła żadnej reguły, którą rządziłaby się ta nieciekawa dzielnica. Zapewne dlatego najlepiej myślała właśnie tutaj.
Tajemnicze zloty najeźdźców z kosmosu również nie wpisywały się w żaden utarty schemat. Zawsze istniał cień szansy, że Nowy York wykorzystał przydział katastrof na ten rok i teraz obcy zainteresowali się Hudson. Jednak nawet jak dla Kate, to wyjaśnienie kulało i błagało, by je dobić.
Westchnęła głośniej, zatrzymując się przed przejściem. Skoro historia kołem się toczy, to niedługo Avengersi zareagują, uratują świat i wszystko wróci do normy. Statystyki ofiar zostaną przemilczane - przynajmniej przez kilka pierwszych tygodni, a potem Nowy York wróci do dawnego tempa. Teksas szybko się pozbiera.
Coś jednak nie dawało Kate spokoju. Co takiego jest w Hudson, że kosmici wybrali akurat to miasto, głowiła się, nieruchomiejąc. Zacisnęła palce na komórce, czekając na jakiś sygnał. Zmrużyła powieki, wpatrując się w migoczącą sygnalizację świetlną.
Podsumujmy, pomyślała, wciąż tkwiąc w bezruchu, chociaż już dwukrotnie nadarzyła się okazja, by bezpiecznie przejść na drugą stronę. W Teksasie szaleją obcy, Avengersi nie interweniują, Tarcza milczy. Coś pominęłam? W końcu poluzowała uścisk dłoni, czując, jak komórka prześlizguje się głębiej do kiszeni. Prawie zapomniałam o YA. Jaka idea nas zrzesza, bo wyleciało mi z głowy? Tak, coś jej podpowiadało, że mnożenie pytań bez odpowiedzi nie ma najmniejszego sensu, ale nie mogła się powstrzymać. Odkąd przeczytała wiadomość Billy'ego, obóz szkoleniowy stracił prawa do synonimu bezpiecznej strefy. Jawił się jako kolejna niewiadoma - a tych z każdą minutą przybywało. Dobra komitywa z Tarczą mogła być przepustką do garści informacji, jednakże wszystko wiązało się z pewnym ryzykiem. Już teraz zakładała, że SHIELD będzie informować członków YA na bieżąco o istotnych sprawach. Najazd obcych, w prywatnej skali Bishop, jak najbardziej wpisywał się do ISTOTNYCH spraw.
A jednak jej telefon nadal uparcie milczał, z obozu wyszła praktycznie niezauważona (przeczuwając, że poszło jej po prostu za łatwo), a do Bronksu dotarła bez większych komplikacji. Uzbrojona wyłącznie z żołnierski nóż i gaz *** nie powinna stanowić większego zagrożenia. Może dlatego pozwolili jej na spacer.
A może chcieli, by dowiedziała się o wydarzeniach w Teksasie, zaalarmowała resztę i grzecznie czekała na jakiekolwiek instrukcje z góry.
- Życie jest takie skomplikowane - powiedziała w końcu, ignorując wrażenie cudzej obecności w pobliżu. Ludzie mijali ją bez przerwy, więc fakt, że kątem oka dostrzegła ruch, przyjęła jako oczywisty element. Zsunęła z nosa okulary, jakby odpowiednio zdeterminowane spojrzenie mogło faktycznie wpłynąć na sygnalizację świetlną.
Dopiero teraz objęła wzrokiem resztę otoczenia. Wśród sporadycznie przewijających się osób przeważali Latynosi. Nic dziwnego, to ich dzielnica, skwitowała w myślach Kate, zerkając dyskretnie w bok. Wydawało się jej, że dostrzegła blond czuprynę. A to coś nowego, stwierdziła, znów nakładając okulary przeciwsłoneczne.
Nie miało znaczenia, że był już późny wieczór, na ramionach czuła pierwsze ukłucia chłodu, a płaszcz ściągnęła prosto z najnowszej kolekcji Prady. Nie prezentowała się jak rodowity mieszkaniec Bronksu, a z drugiej strony zdawała się doskonale odnajdować wśród obskurnych budynków.
W przeciwieństwie do właścicielki blond szopy, która przyciągnęła uwagę Bishop.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassie Lang



Liczba postów : 24
Data dołączenia : 10/04/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Czw Kwi 21, 2016 4:36 pm

Rzeczywiście, blondwłosa, zadbana i ubrana niekoniecznie odpowiednio do pogody nastolatka wyróżniała się z grupy ciemnoskórych mieszkańców Bronx. Wygląd nie był jednak jedyną rzeczą, która zdradzała jej pochodzenie z zupełnie innej części miasta – oczywistym było, że dziewczyna nie znała tutejszych ulic i skrótów, wydawała się być również nerwowa, choć wciąż skupiona na ciągłej obserwacji otoczenia w poszukiwaniu czegoś najwyraźniej dla niej ważnego. Dla niemalże każdej osoby z zewnątrz mogła się wydać ofiarą łatwą i w zasadzie żadnym wyzwaniem, była nazbyt delikatna i krucha. Tylko wprawne oko Kate było w stanie dostrzec siłę i energię z jaką nieznajoma stawiała kroki, pokonując coraz to większy dystans, a także dyskretnie zaciskane pięści, gdy ktoś postanowił się do niej zbliżyć. Oczywistym było więc, że nie była przypadkową osobą na spacerze, a kimś podążającym za wcześniej ustalonym celem. Tylko skąd te momenty wahania?
Otóż Cassie, bo tak brzmiało imię blondynki, miała ważną misję do wypełnienia, o której nie mógł dowiedzieć się nikt spoza ciasnego kręgu zainteresowanych. Nawet jej matka, która zresztą i tak nie popierała jej bliskości z najsławniejszymi bohaterami na Ziemi. Lang wzięła głębszy oddech, choć miała wrażenie, że nawet tak duża dawka świeżego powietrza nie mogła uspokoić jej galopującego serca. A może po prostu trudno było jej się pogodzić z faktem, co właśnie zrobiła i co pozostawiła za sobą? Dziewczyna spojrzała przez ramię, a oczami wyobraźni ponownie zobaczyła Peggy i Blake’a siedzących w błogiej niewiedzy przed telewizorem w salonie, nie podejrzewających nawet, że ich córka znajdowała się poza domem, w dodatku szukając guza. Jeżeli szczęście jej dopisze, to jej zniknięcie zauważą dopiero jutrzejszego poranka, do tego czasu zaś powinno udać jej się spotkać z Młodymi Mścicielami, albo przynajmniej ustalić plan dalszego działania. Jeżeli była pewna jednej rzeczy, to tylko tego, że nie wróci już do domu. Już nigdy więcej.
Przechadzając się względnie ciemnymi uliczkami Cassie zaczęła w myślach gromadzić wszelkie argumenty możliwie potrzebne jej do przekonania członków YA do przyjęcia jej do grupy jako następnego młodocianego herosa. Powinna także wiedzieć, do kogo byłoby najlepiej się zwrócić o ewentualną pomoc, której przecież nigdy za wiele. Będąc szczerą chyba nawet wiedziała, od którego Mściciela zacząć. Jeszcze nie tak dawno temu widziała w telewizji kilka nagrań dotyczących napadu na kościół i akcję ratowniczą, która nie doszłaby do skutku gdyby nie jedna z druhn. Kate Bishop, ludziom Nowego Yorku bardziej znana jako Córka Biznesmana, lub po założeniu maski i złapaniu za łuk - Hawkingbird.  Naprawdę odważna i dobra osoba, choć często bardzo niedoceniana przez tłumy widzów wszelkich bijatyk, czy ataków ze względu na brak mocy. Jedynym kłopotem Cass było to, gdzie też mogła ją znaleźć, biorąc pod uwagę fakt, że Kate  praktycznie nigdy nie bywała w domu. Blondynka aż za dobrze ją rozumiała.
I byłaby Cassie nadal wędrowała bezczynnie dookoła Bronxu i ewentualnie poddała się, tylko po to by kupić bilet i wyjechać do Los Angeles, gdyby nie ułamek sekundy w której to w tłumie dostrzegła znajome rysy twarzy. Zaskoczona stanęła na moment w miejscu, za co szybko została okrzyczana, ktoś inny użył wobec niej klaksonu samochodu. Dziewczyna zmuszona do szybkiego otrząśnięcia się ruszyła w stronę postaci w prochowcu i przyciemnionych okularach, tym razem nie pozwalając sobie na spuszczenie z niej oczu. Kiedy tylko znalazła się przed domniemaną bohaterką, jej twarz rozjaśniła się szerokim uśmiechem. Jeśli się jej uda, to naprawdę będzie w stanie wreszcie się wyrwać.
- Kate, prawda? Kate Bishop? – Zapytała z aż zbyt wyraźną nutą nadzieją w głosie, jasnoniebieskie oczy starały się zarejestrować każdą zmianę w drugiej z dziewczyn. – Jestem Cassie Lang, córka Scotta. I potrzebuję twojej pomocy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kate Bishop



Liczba postów : 55
Data dołączenia : 24/07/2013

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Czw Kwi 21, 2016 6:36 pm

Oślepiająca biel zębów, pomyślała w pierwszym momencie Kate, gdy przed jej oczami wyrosła nieznajoma blondynka. A może nie taka znowu nieznana? Bishop mogła mieć sokoli wzrok, ale z pamięcią bywało u niej różnie. W dodatku, sama wolała raczej być pomijana, trzymając się hermetycznej grupki ludzi, którzy ją rozumieli. Albo przynajmniej przekonująco udawali, że rozumieją.
Trzeba było przyznać, że nie spodziewała się wzbudzić podobnego zainteresowania wśród przypadkowych przechodniów. Nie wybrała się na spacer z łukiem i kołczanem strzał przytroczonym do pleców, by cokolwiek zdradziło jej prawdziwą tożsamość. Nawet bohaterskie alter ego nie miało szans wypłynąć w Bronksie. Wniosek Kate? Albo miała do czynienia z kimś doskonale poinformowanym, albo właśnie spotkała dawną znajomą, albo Tarcza próbowała się z nią porozumieć. Przez dziewczynę, która mogłaby mieć równie dobrze na imię Hope - bo nadzieja w jej oczach była dostatecznie czytelna.
Kate chrząknęła, decydując się na uprzejmy, neutralny uśmiech. Zsunęła z nosa okulary, złożyła je i schowała bezpiecznie do kiszeni, ostentacyjnie lustrując nieznajomą wzrokiem. Szczupła, smukła, wiekowo trudna do rozgryzienia. Rysy twarzy może znajome, może nie, Bishop nie była w stanie ich jednoznacznie określić. Wciąż uczyła się technik zapamiętywania szczegółów. Problem w tym, że na razie zebrała w głowie kompletnie nieprzydatne detale.
- Wiedziałam, że okulary to niedostateczny kamuflaż. Muszę kupić włoskie wąsy, te na pewno się sprawdzą - mruknęła, ale nie wyglądała na specjalnie zaniepokojoną rozpoznaniem. Właściwie spoglądała na rozmówczynię z nieukrywaną ciekawością, tworząc w głowie tysiące możliwych scenariuszy wydarzeń.
Przez ułamek sekundy sądziła, że ma do czynienia z tajnym agentem Tarczy - werbują całkiem młode osoby, trzeba przyznać - ale szybko odrzuciła ten pomysł. Pracownicy SHIELD znali jej personalia, wygląd, może i rozmiar obuwia. Kto ich tam wiedział.
Podane nazwisko podsunęło Bishop mętny obraz składu Avengersów. Lang, powtórzyła za dziewczyną w myślach, a w jej oczach pojawił się błysk zrozumienia, Scott Lang. Coś w jej umyśle zaskoczyło, odpowiedni trybik wskoczył na swoje miejsce i Kate uśmiechnęła się szerzej, dłonie opierając na biodrach. Jeśli ktokolwiek mógłby wiedzieć, co właściwie dzieje się na terenie Teksasu, to na pewno była to córka jednego z Mścicieli. Bishop wiedziała z doświadczenia, że gdy w domu pałętają się dzieci, rodzice tracą prawa do jakichkolwiek tajemnic.
Nawet tych ściśle tajnych.
Wzmianka o pomocy, na krótki moment zelektryzowała Kate. Może zadziałały niedawne wydarzenia, może zerwał się w jej wnętrzu jakiś uśpiony instynkt bohatera, a może moralny kop postawił całe jej ciało na baczność. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego postąpiła krok do przodu i spojrzała na Cassie, jakby naprawdę dziewczyna odnalazła właściwą osobę na właściwym miejscu.
- Dobrze trafiłaś, Cassie - zaświergotała radośnie. - Bo od niedawna mam pełne prawo, by pomagać innym. Nawet w weekendy.
Prawdopodobnie zachłysnęła się swoim niedawnym sukcesem, możliwościami wypływającymi z YA. Tak przynajmniej tłumaczyła to sobie później, gdy wracała wspomnieniami do dnia, gdy Cassie Lang złączyła ścieżki ich życia.
- Powiedz mi, co taki młody mściciel jak ja, może dla ciebie zrobić. - Czy miała satysfakcję, tytułując się członkiem ich elitarnej grupy? Oczywiście. Nawet nie próbowała ukrywać gotowości do akcji.
Ten zabieg miał jednak drugie dno. Zdaniem Billy'ego, Avengersi nie mieli pojęcia o istnieniu YA. Zatem Cassie, nawet jeśli była córką jednego z nich, nie powinna skojarzyć nazwy. Taka była teoria.
Gdybym ja przewodziła Tarczą, pomyślała Kate, uważnie obserwując każdy ruch blondynki, zwerbowałabym dzieciaki Mścicieli. Na wszelki wypadek. Prawdopodobieństwo odziedziczenia mocy przez potomstwo było ogromne. Poza tym, podobni rodzice, kompletnie nieświadomie, stawali się najlepszą motywacją do doskonalenia swoich umiejętności.
Chociaż wiedza Bishop na tym polu opierała się na samych spekulacjach.


Ostatnio zmieniony przez Kate Bishop dnia Czw Kwi 21, 2016 9:55 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassie Lang



Liczba postów : 24
Data dołączenia : 10/04/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Czw Kwi 21, 2016 8:58 pm

Cass poczuła znaczną ulgę kiedy to jej domysły okazały się prawdą, a za okularami przeciwsłonecznymi ukazała się znana z tabloidów twarz, w dodatku jej właścicielka nawet lekko się uśmiechała. Dziewczyna wzięła to za dobry znak i, choć dość dumna ze swojego odkrycia, postawiła na większy profesjonalizm. Kto jak kto, ale ona miała doświadczenie w spotykaniu superbohaterów przy każdej możliwej okazji. Wiedziała też, jak ważnym było dla niej zrobienie dobrego pierwszego wrażenia, szczególnie gdy straciła już wszelkie szanse na wycofanie się.
Nastolatka z zaciekawieniem przyglądała się Bishop, studiując jej język ciała, w razie potrzeby gotowa by bronić się przed odmową. Była zdesperowana, choć nadal nie wychodziła z roli osoby szczerze podekscytowanej, chociaż tyle starała się zachować dla siebie widząc, że jej nowa towarzyszka potrafiła być równie czujna co blondynka. Przynajmniej Cassie mogła być pewna, iż Kate rzeczywiście znała się na rzeczy i można było jej ufać w sprawie umiejętności rozpoznawania sytuacji i względnym radzeniem sobie z nimi. Zaś w tych okolicznościach? Coś takiego po prostu musiało się prędzej czy później przydać.
Lang odczuwała pewną cichą satysfakcję widząc, że łuczniczka nie była w stanie jej w żaden sposób rozpoznać, przypomnieć sobie. To napełniło ją nadzieją, iż być może temat jej pochodzenia ucichł wystarczająco, by swobodnie mogła się poruszać po ulicach miasta, bez narażania się na niechciane pytania od prasy. Zniknięcie Scotta też odbiło się pewnym echem wśród tutejszych, niemniej jednak ludzie znacznie gorzej znosili brak zagrania wśród oryginalnych Avengersów. I jak smutno by to nie zabrzmiało, to na podobnych zdarzeniach mimo wszystko zyskiwały takie niewielkie osoby jak ona, odkąd pozwalało im to usunąć się w cień. Choć niestety nie na długo.
- Czasami nawet peruka i sztuczny nos nie pomagają. - Zażartowała, choć miała na ten temat co nieco do powiedzenia. W końcu ile razy sama musiała się ukrywać przed czającym na nią niebezpieczeństwem? W tej chwili nie potrafiła zliczyć.
Bycie pomylonym z agentem Tarczy było jednym z większych komplementów, jakie Cassie miała okazję w ostatnim czasie otrzymać. Domyślała się, że Bishop będzie równie zaciekawiona co zainteresowana z kim ma do czynienia, w końcu tak jak już zostało wspomniane nie każdy potrafił ją z taką łatwością wyróżnić z tłumu, ale nie sądziłaby, że tym aktem zasłużyła sobie na taki tytuł. Nie wyprowadziła jej z błędu w pierwszym momencie, pozwalając Kate samej skojarzyć kilka faktów z nazwiskiem blondynki. Mimo także dobrych chęci Hawkingbird będzie zawiedziona gdy się dowie, że Lang wie jeszcze mniej niż ona sama. Odkąd na świecie zaczęło dziać się tylko gorzej, a jej tata rozpłynął się w powietrzu, ograniczono jej dostęp do informacji do prostych programów informacyjnych, które i tak niekompetentnie obchodziły się z każdą powierzoną im rzeczą.
Jawne zaintrygowanie i jasny błysk w oczach łuczniczki tylko przekonał nastolatkę do opowiedzenia jej o kilku wybranych i nie cierpiących zwłoki sprawach, wszystko by przekonać ją do stanięcia po jej stronie. Jeden Młody Mściciel mógł zdziałać znacznie więcej niż Cassie na własną rękę. Nie miała nawet nic przeciwko dumie z jaką Bishop mówiła o swojej nowej drużynie, to było zrozumiałe. Szczególnie, że Young Avengers zaczynali zmieniać Nowy York na lepsze, krok po kroku, nawet jeżeli wiele starszych osób twierdziło zupełnie inaczej.
- Cieszę się, że chcesz mnie wysłuchać, gdyż to naprawdę ważna dla mnie sprawa. - Powiedziała, podkreślając tonacją kilka ze słów. Na tym także polegała niewielka manipulacja werbalna, o czym dziewczyna niekoniecznie zdawała sobie sprawę. - Potrzebuję dostać się do szeregów YA, a jest to na tyle pilna sytuacja, że zmuszona byłam szukać któregoś z was o tak późnej porze. - Kiwnięciem głowy wskazała na ogarniającą je ciemność, przez którą przedzierał się zaledwie żółty blask latarnii ulicznej.
- Wiem, jak to brzmi, uwierz mi. Ale tak jak ty wcześniej, ja również pragnę dołączyć do was i pomóc, chociaż w przeciwieństwie do taty nie mam żadnych mocy. Mogę cię jednak zapewnić, że mogłabym okazać się wystarczająco przydatna. - Dodała prędko. Cassie po latach spędzonych w Avengers Tower pomiędzy ulubionymi bohaterami zdobyła szeroką wiedzę na temat wielu rzeczy, być może mogłaby grupę młodocianych herosów jeszcze czegoś nauczyć, zaskoczyć ich. Taką przynajmniej miała nadzieję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kate Bishop



Liczba postów : 55
Data dołączenia : 24/07/2013

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pią Kwi 22, 2016 10:24 am

Peruka i sztuczny nos nie byłby szczególnie dotkliwym wydatkiem - szczególnie w przypadku fortuny Kate - z tym, że jak słusznie zauważyła Cassie, rzadko kiedy się sprawdzały. Jeśli ktoś śledził wieści o superbohaterach, nawet te, które przeciekały czystym zbiegiem okoliczności i nie dotyczyły nawet akcji, w których czynnie brali udział, błyskawicznie demaskował swojego idola w przebraniu cywila. Bishop mogłaby się założyć, że gdyby tożsamość Tony'ego Starka nie była powszechnie znana, jego fanki potrafiłyby go rozpoznawać pod zbroją Iron Mana. I nie chodziło o mowę ciała, a pewną aurę zaje***ści, która otaczała właściciela Stark Industries. Niektórzy po prostu byli zbyt charakterystyczni.
Bishop miała tylko nadzieję, że - chociaż niedawno zaistniała w prasie i zaczęła się pojawiać pod swoim pseudonimem w mediach - jej alter ego nie będzie determinowało przyszłości pośród szarych obywateli. Oczywiście zakładała, że żywot superbohatera odbije się na dalszej karierze, będzie się wiązać z serią wyborów, które później odżałuje. Jednak łudziła się, że rola cienia w ważnych wydarzeniach wejdzie jej w krew i fani skoncentrują się na bardziej barwnych postaciach. Mogła być egoistyczna, ale już teraz miała świadomość, że przeciętny żywot jest na wagę złota. I chciała się nim cieszyć możliwie najdłużej.
Wyobraźnia Kate podsunęła jej wizję Cassie w komediowej masce z parą okularów, przydużym, sępim nosem i obfitym wąsem. Wyczuła żart, ale podskórnie wiedziała, że kryje się za nim coś więcej. Coś, co tylko ktoś związany z wielkimi bohaterami mógłby prawidłowo odczytać. Blondynka była córką jednego z Mścicieli, a to wiązało się ze wzmożonym zainteresowaniem ze strony świata. Chociaż Bishop musiała przyznać - z ręką na sercu - że temat rodziny Lang wypływał w mediach coraz rzadziej.
- Już cię lubię - mruknęła, zadowolona, że ktoś podchwycił jej poczucie humoru. I, co najważniejsze, potrafił odpowiedzieć podobnym docinkiem pod adresem zdolności kamuflażu.
Zmiana w postawie Bishop, gdy Cassie przeszła do sedna, musiała być oczywista. Ciemnowłosa nie spięła się, co prawda, ale jej wzrok nabrał rezerwy, a usta zacisnęły się w wąską linię. Przynależność do Młodych Mścicieli, przynajmniej aktualnie, oznaczała sporadyczne patrole ulic, regularne ćwiczenia w obozie szkoleniowym i notoryczne przepychanki słowne z innymi członkami. Kate dostrzegała potencjał grupy, wiedziała, że odpowiednia motywacja i jasny, klarowny cel mogłaby zjednoczyć ich wszystkich i poprowadzić do wielkości. Z tym, że na horyzoncie brakowało punktu, do którego mogliby zmierzać. Sprawa, dla której YA mogłoby poświęcić swój czas, nie objawiała się od kilku miesięcy.
A raczej, Tarcza nie chciała im podsunąć żadnego zadania, które jakoś rozruszałoby młodzików.
- Chcesz się do nas zaciągnąć? Jeżeli chodzi o twojego ojca... - zawiesiła głos, bo nagle uświadomiła sobie, że kto jak kto, ale Cassie na pewno próbowała już zasięgnąć porady u Avengersów. Albo chociaż prosiła ich o pomoc. Nie kierowałaby się YA, gdyby rzecz dotyczyła Scotta. Byli zbyt młodzi i niedoświadczeni, by podjąć się poszukiwań.
Zatem kieruje nią coś innego, błysnęło w umyśle Bishop, a jej wzrok złagodniał. Cassie okazała się nie tylko konkretna, ale i sprytna. Skoro słyszała o Młodych Mścicielach, to zapewne pobieżnie zapoznała się z ich szeregami. A potem skierowała do kogoś, kto nie posiada żadnych szczególnych mocy, a polega wyłącznie na refleksie, bystrym oku i łuku - bo sama również nie miała do zaoferowania nadludzkich zdolności. A, chociaż Bishop nie miała w pełni wyrobionego zdania o przedstawicielach YA, doskonale wiedziała, że byłaby bardziej skłonna zwerbować zwykłego człowieka niż inni.
Bo przecież sama nim była.
- Na pewno dobrze będzie cię mieć w zespole - zaczęła, mierząc Cassie uważnym wzrokiem. Lang nie musiała mieć mocy, wykraczających poza obszar ludzkiego pojmowania. Miała znajomości, wiedzę i predyspozycje, by nieść pomoc. Superbohaterstwo musiało być rodzinnym biznesem. Bishop obiecała sobie zweryfikować tę teorię w wolnej chwili.
Cassie wydawała się... nie tyle zdesperowana, co zdeterminowana. A jej motywy, chociaż nie do końca jasne, nie budziły podejrzeń Bishop. I pewnie nie powinna ślepo kierować się swoim instynktem i sercem, ale nie miała ochoty na słuchanie głosu rozsądku w tym momencie. Chciała działać; mnożyły się wokół nich tajemnice, sytuacja stawała coraz bardziej napięta, a oni trwali w impasie. Jeśli młoda Lang mogła ich jakoś podźwignąć z tego zastoju, Kate była gotowa bronić jej członkostwa własnym łukiem.
- Uroczyście mianuję cię Młodym Mścicielem - powiedziała, siląc się na oficjalny ton. Uniosła dłonie, by ułożyć je na ramionach Cassie. Spojrzała w jej oczy z lekkim uśmiechem. - Będziesz naszą sekretną bronią.
W praktyce miało to oznaczać, że Tarcza miała jak na razie pozostać w stanie błogiej nieświadomości o powiększeniu szeregów YA. Chociaż Kate nie posiadała decydującego głosu w sprawach werbunku - a ktokolwiek u nich miał?, pytała samą siebie, nie odrywając wzroku od blondynki - nie mogła odprawić Cassie z kwitkiem.
To nie byłoby zachowanie godne Młodego Mściciela.
- Cassie, to ten moment, w którym tłumaczysz, dlaczego nas potrzebujesz - szepnęła konspiracyjnie Kate, by nieco rozluźnić napiętą atmosferę. Powtarzano jej, że dotyk uspokaja, podobnie ton głosu, akcentowanie konkretnych wyrazów i rozmiękczanie samogłosek. Jej pomagał humor.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassie Lang



Liczba postów : 24
Data dołączenia : 10/04/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sob Kwi 23, 2016 3:52 pm

Niestety, ale była to smutna prawda, z którą wielu bohaterów musiało się prędzej czy później zmierzyć – zwykły rzezimieszek, kolega ze szkoły, arcywróg, czy członek rodziny, ale w końcu ktoś odkryje ich sekretną tożsamość, a to będzie równało się wieloma konsekwencjom. Co gorsza, takie informacje roznoszą się z szybkością porównywalną do prędkości światła, a to nigdy nie wróży niczego dobrego. Czasami wina leżała w nazbyt nadgorliwych fanach, którzy oglądając poczynania herosów zaczęli się skupiać na tym, kim w rzeczywistości oni są, zamiast pamiętać o ideałach, które sobą reprezentują. Przez takie podejście ludzie zajmujący się ratowaniem dnia zmuszeni byli wkładać jak najwięcej wysiłku w ukrywaniu swoich alter ego, a jeżeli odkryci – uciekać w pośpiechu z najbliższymi. Rzeczywistość bywała okrutna dla tych, którym zależało na ochronie słabszych, dlatego tak ważne było dla osób takich jak Kate czy Cassie, by mimo zdeterminowania prasy i ich prób nawiązania z nastolatkami kontaktu, pozostały w bezpiecznym cieniu. Bo jeśli był ktoś, komu było ciężej niż samym herosom, to były to ich rodziny.
A Lang miała niezliczoną ilość okazji, by dowiedzieć się wszystkiego na ten temat.
Będąc córką kogoś tak popularnego i niekoniecznie lubianego w pewnych sferach jak Ant Man, Cassie była chodzącym dowodem na to, jak niebezpieczny jest świat dla takich jak ona. Jeszcze kilka lat temu co kilka tygodni była porywana, grożono jej i jej bliskim bolesną śmiercią, używano ją jako żywej tarczy i domagano się za nią sowitego okupu. Działo się to na tyle często, iż wkrótce była przyzwyczajona do przedmiotowego traktowania przez większych od siebie, nie bez powodu także Scott zwrócił się do Steve’a Rogersa o pomoc w nauczeniu dziewczyny, jak się bronić i radzić w podobnych sytuacjach. Najgorsze dla blondynki były próby zabrania ją od ojca przez Peggy, co za każdym razem kończyło się głośną wymianą argumentów pomiędzy dwoma obozami, a także licznymi łzami dziecka, które pragnęło tylko odrobiny spokoju. Flesze aparatów zaś pogarszały tylko sprawę swoimi domniemaniami i chęcią prześwietlenia wszystkich na wylot, w końcu czego nie robi się dla dobrej historii, prawda?
Cassie wyprostowała się wyraźnie po wyrażeniu swoich chęci o dołączeniu do YA, a Bishop mogłaby przysiąc, że dodało jej to kilka dobrych centymetrów w jak najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Chciała wyglądać na jak najbardziej przekonującą i dojrzałą, szczególnie, gdy łuczniczka ucichła na moment i zaczęła rozważać jej przyjęcie. Patrolowanie ani treningi blondynki nie przerażało, uważała je za niewielkie wyzwanie w porównaniu do tego, co już przeszła. A jeżeli Avengers zdecydują się jej pomóc i przekazać jej rzeczy Scotta, wyeliminowałoby to problem kostiumu. Dopasowywał się on do rozmiaru noszącego, więc nawet jego wielkość nie stanowiła w tym przypadku problemu.
Patrząc na dziewczynę Kate mogła mieć wrażenie, że ta miała z góry przemyślany każdy krok, kilka różnych planów na każdą z okoliczności, a także odpowiedź na dowolne pytanie, co mogło wydawać się naprawdę imponujące. Sama prawda nie była daleka od tego założenia, nastolatka bowiem miała naprawdę dużo czasu, by uwzględnić każdy scenariusz, czego dowodem mógłby być wyjazd, gotowe mieszkanie i nowa szkoła w LA, wszystko z dala od domu i na własną rękę, a było to trudniejsze, niż zgromadzenie informacji o grupie nastoletnich superbohaterów. A że ich umiejętności nie były sekretem dla prasy, Lang z góry wiedziała, do kogo winna była zwrócić się o pomoc i azyl.
Odpowiedź Hawkingbird usatysfakcjonowała Cass, a także pomogła jej poczuć się bezpieczniej a propos jej przyszłości. Nie miała także najmniejszego kłopotu z faktem, że jej przyjęcie pozostałoby w ukryciu, bowiem za bardzo obawiała się braku aprobaty ze strony Mścicieli, tudzież bliskich jej osób. W każdym razie cieszyła się, że poszło jej łatwiej niż sądziła, a posiadanie Bishop po swojej stronie z pewnością będzie pomocne przy przekonywaniu pozostałych członków grupy.
Dopiero po ostatnich słowach towarzyszki Cassie przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok, nie będąc już tak pewną siebie jak przy poprzednich pytaniach ze strony łuczniczki. Dała sobie kilka sekund na w miarę sensowne poukładanie w głowie myśli zanim zaczęła mówić, tym razem bez tej samej energii w głosie.
- Odkąd tata zniknął wszyscy bohaterowie zupełnie zerwali z naszą rodziną kontakt, nie mogę się z nimi w żaden sposób porozumieć, skontaktować, nikt też nie chce powiedzieć mi, co stało się z nim stało. – Zaczęła powoli, ważąc każde słowo, ażeby nie wyjawić o rzecz za wiele, jako, że Kate nie musiała wiedzieć o wszystkim, przynajmniej nie teraz. Jeszcze zmusiłaby ją do powrotu do domu, albo przynajmniej telefonu do matki, a na to nie mogła sobie w tym momencie pozwolić.
- Mam także przeczucie, że coś wielkiego nadchodzi, być może gorszego niż rozłam Mścicieli. Nie mogę tego do końca wytłumaczyć, ale zbyt wiele się ostatnio ma miejsce mniejszych i większych walk, które tylko wydają się nie być powiązane. Co by to nie było, sama wiele nie zdziałam, prawdopodobnie nikt mnie także nie zechce posłuchać, a tylko wy jesteście w stanie pojąć powagę sytuacji.- Streściła, całkiem zręcznie pomijając wspominanie o zdaniu Peggy na ten temat. Ponownie Kate mogła zauważyć, że jej wzrost zmienił się nieco, Lang bowiem z powrotem patrzyła na nią nieco z dołu. A może tylko się jej przywidziało? Bo Cassie z pewnością nie była niczego świadoma.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kate Bishop



Liczba postów : 55
Data dołączenia : 24/07/2013

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sro Kwi 27, 2016 8:36 am

Po prawdzie, Kate nie była na bieżąco ze sprawami Mścicieli. Nie miała z nimi specjalnie dobrych kontaktów, jeśli o jakichkolwiek można mówić. Jej oczywistym patronem zdawał się być Hawkeye, który, podobnie jak ona, polegał głównie na zabójczym refleksie i nieludzkiej spostrzegawczości. Poza tym reprezentowali sobą nieuchwytność, pewien stopień frajerstwa i wprawne unikanie rozgłosu. Nie była podobna do Iron Mana, Thora czy Hulka (nawet wściekła nie umywała się do niszczycielskiego monstrum), zatem nie próbowała się nawet z nimi identyfikować. Ant Man także jej nie zachwycał - jego zdolności były niezwykłe i każdy przyznałby to z ręką na sercu, ale Kate nie czuła z nim nawet namiastki więzi. O magii wiedziała wyłącznie, że istnieje i to jej zupełnie wystarczało w życiu.
Może to z powodów swojej przeciętności, a może pewności, że Młodzi Mściciele nie podołaliby zadaniu odnalezienia Scotta Langa, Bishop mimowolnie zbiła usta w cienką kreskę. Cassie dobrotliwie dzieliła się z nią strzępkami informacji, które powszechnie znali wszyscy. Ant Man zaginął, szum wokół niego powoli się wyciszał, media sporadycznie spekulowały o tajemniczym zniknięciu superbohatera. Tyle wiedziała nawet Kate. Nie sądziła jednak, że Avengersi odizolują się od rodziny Langa, pozbawiając ją jakichkolwiek wieści. W pierwszym odruchu pomyślała, że to po prostu nie w porządku. Gość jest superbohaterem, ale ma córkę, która wyłazi ze skóry, myślała Bishop, nie spuszczając wzroku z blondynki.
A potem w głowie pojawiło się intuicyjne przeczucie, że zapomniała o drugim aspekcie roli bohatera. Czasem zdarzały się tajne misje, o których nikt nie powinien wiedzieć. Które mogły zagrozić cywilizacji, a nawet całemu światu. Być może Ant Man został wysłany na przeszpiegi, albo utknął dłużej w mitycznej strefie 51. I Mściciele, kierując się dobrem ogółu, ze względów bezpieczeństwa, odizolowali rodzinę Cassie od całej sprawy, obracając ją w enigmatyczne zaginięcie.
Bishop byłaby to w stanie nawet łyknąć, naprawdę.
Na samym początku, odruchowo, chciała zaproponować wjazd do Avengers Tower. Powstrzymała się jednak, pamiętając o niedawnej wiadomości od Billy'ego. Skoro jego agenci zgarnęli z bazy dowodzenia Mścicieli, to Kate z Cassie spotka identyczny los. Odnotowała sobie w myślach, że koniecznie musi się rozeznać, ile superbohaterowie wiedzą na temat Ant Mana, a ile próbują zataić.
Godnym uwagi była ostrożność, z jaką niespodziewanie zaczęła przemawiać blondynka. Kate zarejestrowała to dopiero po chwili, ale przypisała to trosce o ojca i wewnętrznemu rozgoryczeniu. Jak musi się czuć córka, której tata nagle znika? Znikąd pomocy, żadnych wskazówek, wieści, nawet plotek.
- Jestem pewna, że za ich milczeniem może stać troska o twoje bezpieczeństwo - podjęła powoli Bishop, umiejętnie dobierając słowa, by jednocześnie wygłosić swoją opinię i nie obciążyć Mścicieli zobowiązaniem. Nie miała pojęcia, czy rzeczywiście istniał jakiś większy plan, który uskuteczniał Ant Man, ale zamierzała uzupełnić luki w swojej wiedzy. Najlepiej natychmiast.
Następna wypowiedź Cassie przywołała nieznany dreszcz, przebiegający wzdłuż pleców ciemnowłosej. W obliczu wydarzeń z Hudson, słowa blondynki miały niesamowity wydźwięk. Zwiastowały coś jeszcze większego, coś, co wymagało od Młodych Mścicieli podwojenia treningów, scementowania więzi i wsparcia od innych superbohaterów. Ostatnimi czasy mnożyły się kłopoty, a bohaterów, jak na złość, ubywało. To mierzwiło zapewne nie tylko Kate, ale i resztę społeczeństwa. Zasada popytu i podaży zupełnie nie imała się zapotrzebowania na superbohaterów.
- "Wydają się", to dobre słowa - przyznała otwarcie Kate, jednocześnie sygnalizując, że popiera punkt widzenia Cassie. Był to też niewielki, ale znaczący znak, że Bishop naprawdę jest zainteresowana współpracą z młodą Lang.
Jeśli miała jakiekolwiek wątpliwości związane z członkostwem blondynki, zaczynały się stopniowo ulatniać. Z przyjęciem każdej nowej osoby wiązało się pewne niebezpieczeństwo. Poczynając od tych oczywistych, jak różnica zdań, charakterów, światopoglądu i moralności, kończąc na przeszłości, którą większość wolała skrywać za woalem tajemnicy. Za tym ostatnim szło najwięcej zagrożeń - dawne utarczki, kłótnie, klątwy, nawet koligacje rodzinne. To wszystko wpływało na dynamikę grupy, mogło ją poróżnić, przyczynić się do jej rozłamu. Bishop mogła czuć nikłą więź z Młodymi Mścicielami, mogła ich uważać za symboliczną cząstkę rodziny - dlatego bardzo dokładnie kalkulowała, wykraczając myślami daleko w przód, by nie popełnić błędu.
Jednak była tylko człowiekiem. A ci mieli w krwi błędy.
- Musimy porozmawiać z resztą - zawyrokowała, wyciągając z kieszeni telefon. Nim jej palce szybko wystukały wiadomość do Billy'ego, ponownie zerknęła na Cassie. I zmarszczyła brwi, lustrując jej sylwetkę. Od butów po czubek głowy. - Będziesz musiała tymczasowo przenieść się do nas. Zbierzemy informacje i zadecydujemy, co dalej.
Wiedziała, że zmiana perspektywy czasem umożliwiała oddanie lepszego, pewniejszego strzału. Wiązała się również z nowym spojrzeniem na otoczenie. Wypadało wziąć poprawkę na wiatr, ruchomość celu, odległość i materiał, z którego wykonana jest strzała. W tym przypadku nie ruszyła się nawet o milimetr, a jej czujne oko wychwyciło zmianę w Cassie - jej mimika była płynna, z powagi przechodziła w tkwiące na dnie oczu zwątpienie. Widoczna transformacja następowała w jej fizyczności - Bishop ułożyła dłonie na ramionach blondynki wcześniej, spoglądała jej w oczy, potrafiłaby określić jej wzrost.
Teraz miała wrażenie, że dziewczynie przybyło centymetrów.
A sokoli wzrok nigdy się nie mylił.
- Zbierzemy wszystkie informacje. - Kate uśmiechnęła się wąsko, nie komentując tych drobnych zmian, które przyuważyła. Musiała zweryfikować swoje podejrzenia i wymienić się najnowszymi danymi z innymi członkami Młodych Mścicieli. I bez Tarczy, która zachowywała się jak Wielki Brat, było to utrudnione zadanie. - Ale najpierw - taxi.
Odchyliła się na chodniku, by machnąć dłonią w snop światła wozu, który objął jej postać. Uśmiechnęła się, gdy kierowca mrugnął kierunkowskazem, zatrzymując się nieopodal.
"Mam coś. W CP za godzinę." Ostatni raz rzuciła okiem na tekstową wiadomość, nim wysłała ją w eter.
Otworzyła drzwi przed Cassie, błyskając zębami w uśmiechu.
- Zapraszam do legitymowanego środka transportu prawdziwych superbohaterów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassie Lang



Liczba postów : 24
Data dołączenia : 10/04/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Nie Maj 01, 2016 1:11 pm

W przeciwieństwie do Bishop, Cassie znacznie trudniej było zmusić się do pozytywnego myślenia i przekonania samej siebie, że wszystko było w porządku, że jej ojciec nie znajdował się w żadnym niebezpieczeństwie, a to wszystko było tylko na potrzeby przykrywki i misji. Częściowo działo się tak dlatego, iż już nie raz miała okazję być świadkiem osobliwych zniknięć osób, świadoma była także jak niewielu z nich udawało się wrócić, nie wspominając już o pozostałych mało pocieszających detalach. W dodatku dziewczyna była święcie przekonana o tym, jak bardzo Scott jej ufał oraz że nigdy nie pozwoliłby jej tak cierpieć, nie po tym, co razem przeszli. Pomagali i dbali o siebie nawzajem, blondynka często przypominała ojcu o jedzeniu gdy pracował nad nowinkami technicznymi własnego pomysłu, on zaś upewniał się, że młoda Lang była bezpieczna i miała kontakt z rówieśnikami. A kiedy tylko Scott miał momenty zwątpienia, czy aby na pewno nadawał się na rolę bohatera, jego córka zawsze była przy jego boku i potrafiła go pocieszyć. Skoro więc byli sobie równie bliscy, dlaczego Cassie miałaby z taką łatwością uwierzyć, że jej ojciec po prostu wszystko przed nią ukrył?
Wściekła na Mścicieli za ukrywanie przed nią prawdy oraz poniekąd i na samą siebie za nie bycie w stanie odnaleźć Ant-Mana na własną rękę, fuknęła cicho pod nosem na słowa Kate. Według niej podobne zachowanie po prostu nie miało sensu jeżeli rzeczywiście coś strasznego miało miejsce, prędzej czy później wyszłoby to na jaw. A jeśli sami nie do końca byli pewni co się stało i byli zbyt dumni, by przyznać się do pomyłki? W takim wypadku Cass nie pozwoliłaby im na długo pożyć w spokoju.
Mimo wszystko dziewczyna była na tyle mądra by wiedzieć, iż nawet z całym orszakiem YA nie zdoła rozwikłać tej zagadki, chcąc nie chcąc więc zmuszona była się poddać. Przynajmniej na razie.
Zaciekawiona propozycją Bishop, Cassie przekręciła delikatnie głowę i zmarszczyła brwi, słuchając cierpliwie. Nie próbowała nawet ukryć jak bardzo podobała się jej perspektywa spotkania z pozostałymi członkami, czy możliwość przynajmniej tymczasowego zamieszkania z nimi. Wyglądało na to, że jej strategia działała wcale dobrze, a Kate nawet nie podejrzewała, jak bardzo jej w tym wszystkim pomogła. Jeżeli więc nadal bieg wydarzeń byłby dla niej korzystny, to być może naprawdę uda się jej wyrwać i pozostawić za sobą życie zwykłej nastolatki i wreszcie zacząć działać. To musiało się udać.
Nagła, choć ledwie widoczna zmiana w zachowaniu łuczniczki, zbiła Lang z tropu na tyle, że zmuszona była pozostać przez moment cicho, nie ufała bowiem swojemu głosowi, czy doborowi słów. Wciąż nieświadoma niewielkiego skoku swojego wzrostu zamrugała kilkakrotnie, a dopiero po kilku sekundach na jej twarz powrócił nieśmiały uśmiech. Pokrzepiona i podniesiona na duchu wsiadła raz z nowym sprzymierzeńcem do taksówki i po szybkim poinstruowaniu kierowcy, zaczęła po cichu wypytywać towarzyszkę o co pomniejsze szczegóły, takie jak organizacja jej grupy oraz kogo powinna strzec się najbardziej. W skrócie, w jaki sposób powinna działać, by nie przysporzyć sobie większej ilości wrogów i co robić, żeby nie zgubić się w tak licznej grupie. W razie czego nie opuści Kate na krok.
Podsumowując, pomyślała, obserwując z zainteresowaniem zmieniający się krajobraz zza okna samochodu, udało mi się uciec z domu, zapewnić sobie miejsce w szeregach Młodych Mścicieli i względną anonimowość u Tarczy, a także chyba dorobiłam się nowej przyjaciółki. Mogło być gorzej.


[z/t] x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Punisher



Liczba postów : 99
Data dołączenia : 14/04/2013

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Wto Lip 26, 2016 12:08 pm

- E, Will! Teraz Twoja kolej czarnuchu. Przy okazji przyłóż ode mnie któremuś z nich, bo ochu*eć można od tych wrzasków. Pier*olone bachory. Dostajemy za mało szmalu jak na taką robotę.

Rzucił czarny do czarnego, niecierpliwie pochylając się nad zdezelowanym stołem, by wciągnąć przez nos którąś już kreskę z kolei. Sytuacja miała miejsce w jednej ze spelun niedaleko ulic Bronxu. Był to niewielki dom, nie odróżniający się zbytnio od pozostałych. Obdarte ściany, wgniecenia, brud, oraz dominujące graffiti. Chleb powszedni dla pseudo gangsterów, którym powierzono tylko jedną, prostą robotę do wykonania.

- Stul pysk, byłem już godzinę temu. Niech gruby się tym zajmie.

Odrzekł Will, który z głupawym uśmieszkiem wrzucał na wagę jeden z kilkudziesięciu woreczków koki. W całym pomieszczeniu grała głośna muzyka, a cała siódemka czarnoskórych zdawała się świetnie bawić. Niektórzy ćpali, drudzy czyścili swoje giwery, a jeszcze inni grali w pokera. Jakież zdziwienie musiało ogarnąć ich prymitywne mordy, gdy całą tę sielankę postanowił przerwać dźwięk dzwonka do drzwi.

- Kogo tam niesie do chu*a pana. Piotruś, idź i powiedź frajerowi, by spier*alał.

Piotruś jak dostał, tak zrobił. Dopalił swoje zielsko, po czym podniósł cztery litery z kanapy i bujnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. W połowie drogi spadły mu portki, ale to nie było ważne. I tak podnosił je dzisiaj setki razy - liczył się przecież szpan na dzielni.
Czarny w pierwszej kolejności zajrzał przez dziurkę w drzwiach, lecz niczego nie zauważył. Czyżby jakieś dzieciaki robiły sobie jaja? Albo to ktoś inny, komu śpieszno było do grobu. Piotruś zirytował się tym faktem, więc postanowił sięgnąć do spodni po swojego glocka. Niestety, na jego nieszczęście nie było mu dane wykonać tej czynności. Piotruś bowiem razem z drzwiami wyleciał na trzy metry w tył, a w progu speluny stanął nie kto inny, jak sam Punisher. Trzeba było przyznać, że towarzysząca temu muzyka sprawiła, iż wejście Franka było całkiem efektowne.

- Co tak stoicie! Zabić go!

Cała szóstka przeładowała swoje bronie, chcąc oddać ogień, jednak nim zdążyli w ogóle wycelować w kierunku mężczyzny, trzech z nich na wstępie straciło życie. Castle skrócił ich żywot przy pomocy swojego M4A1, lokując pociski idealnie w głowę gangsterów. Pozostała trójka postanowiła się schować za przedmiotami martwymi, lecz okazało się to na tyle lekkomyślne, iż chwile potem podzielili losy kolegów. Jako ostatni został Piotruś, który czołgając się na leżąco w stronę broni, jego wyprawa zakończyła się gdzieś w połowie drogi. Punisher zwyczajnie położył nogę na plecach czarnoskórego, po czym przeładował swój karabin.

- Gdzie on jest.

Krótko zapytał, lecz nie uzyskał odpowiedzi. Piotruś milczał, szczając pod siebie. Wkrótce jego morda została poważnie obita przez but i dopiero wtedy jakby sobie przypomniał. Wyszeptał coś w stronę Franka, a sam prosił o darowanie żywota. Nie udało mu się. Pocisk rozerwał czaszkę gangstera, przy okazji brudząc krwią samego Castle'a. Co za ścierwo.
Mściciel dopiero teraz mógł zająć się tym, po co tutaj przyszedł. Zarzucił M4A1 na plecy, a następnie przeszedł przez dwa pomieszczenia, trafiając na coś, co z pozoru przypominało piwnicę. Histeryczny płacz nie ustępował, a poruszanie się jego śladem było proste. Frank pociągnął za drewniane drzwi, a jego oczom ukazała się czwóra dzieci w różnym przedziale wiekowym. Były to trzy dziewczynki i jeden chłopiec w okolicach sześciu, może siedmiu lat. Brudne, wychudzone, zapłakane. Castle widział już masę chorych rzeczy, ale taki widok zawsze wywoływał u niego kilkusekundowe osłupienie. Handel żywym towarem to coś, z czym Punisher borykał się już naprawdę wiele razy. Nie zliczy na palcach u obu rąk, ilu już odpowiedzialnych za to ***ów posłał do piachu.

- Już dobrze, jesteście bezpieczni.

Oznajmił Frank, samemu wyciągając dłoń w kierunku dzieci, które teraz kuliły się ze strachu, tuląc wzajemnie w ciemnym kącie pomieszczenia. Bądź co bądź, Punisher nie wyglądał na przyjemnego faceta, a biorąc pod uwagę logo czaszki na kamizelce, oraz ubranie umazane we krwi, całość mówiła sama za siebie. Dzieci płakały i nie dały się przekonać. Trudno było im się dziwić.

- Zaprowadzę Was do rodziców. No dalej.

Najmłodszego chłopca wziął na rękę, zaś pozostała trójka dziewczynek złapała się za dłonie, którą jedną z nich trzymał Castle. Mściciel wyprowadził dzieci z tego potwornego miejsca, razem z nimi zatrzymując się za zewnątrz. Kątem oka dostrzegł, że kilka ulic dalej nadjeżdżała odsiecz w postaci policji, dlatego wyjątkowo musiał się śpieszyć.
Punisher oddalił się nieco od miejsca zdarzenia, mimo wszystko obserwując przebieg sytuacji z dzieciakami. Nie ufał nawet gliniarzom. Fisk od dawna trzymał w kieszeni przynajmniej połowę mundurowych i nie pierwszy raz miał już z nimi do czynienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Nie Sie 21, 2016 4:46 pm

Cała sprawa z odłączeniem się od SHIELD powodowała, że Patriot miał już prawdziwy mętlik w swojej głowie. Zaledwie przygoda, która miała na celu stać się superbohaterem nowej generacji, okazała się nie do końca tym co chłopak miał na myśli. Cała inicjatywa Young Avengers miała stać się tylko kolejnym kamieniem milowym w jego życiu. Nabrać sensu w tym co robi. Gdzie indziej był jeszcze motyw jego dziadków - co jeśli wpakowałby się w coś, albo przez swoje haniebne zachowanie wszyscy sprawiliby, że zostaliby rozpoznani? Co wtedy powiedziałby jego dziadek. Cholera, nie powinienem o tym myśleć w tej chwili, pomyślał Eli, gdy nagle usłyszał w oddali syreny policyjne. Za moment po ulicy zwykłego Bronxu przejechał w nadmiernej prędkości samochód za którym jechała właśnie wcześniej usłyszana policja. To czas, abym zabłysnął, znowu przeszło przez myśl do głowy Eliego. Zszedł z głównego chodnika w ciemną alejkę, która pozwalała mu na nierzucanie się zbytnio w oczy. Sięgnął ręką za siebie, a konkretnie do kieszeni plecaka w której to miał swój specjalny narkotyk pozwalający mu na uzyskanie na tymczasowy okres czasu swoich ulepszonych mocy fizycznych. Już trzymał plastikowe, pomarańczowe opakowanie z przykrywką, gdy przez półprzezroczystą ściankę zauważył, że kapsułki skończyły się. Ich brak skutkował tym, że musiał odłożyć tę sytuację, a także "zagościć" u miejscowego dilera, handlującym tym hormonem. A to znaczyło, że była to sprawa nie jego, a jego drugiej tożsamości, Patriota. Dlatego też przebrał się w swój typowy uniform, zasłaniający całe jego ciało. Do jego pasa zagościły dodatkowo stalowe i ostre gwiazdki pięcioramienne, służące do uszkadzania złoczyńców... i nie tylko. Teraz wystarczyło tylko znaleźć handlarza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Neko



Liczba postów : 9
Data dołączenia : 28/08/2015

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Nie Sie 21, 2016 5:29 pm

Po grubej akcji w LA, po której był przesłuchiwany, Ariene nie miał wiele do roboty, ponieważ zaszył się by potrenować na osobności. Gdy wrócił do domu w którym pomieszkiwał nie wyglądał jak człowiek, lecz jak bestia, która wróciła z puszczy. Nic dziwnego, że poszedł szybko do fryzjera, by ściąć nadmiar włosów.
Po tygodniu od przybycia do miasta postanowił zrobić sobie pierwszy wypad. Gdy tylko znalazł się na szczycie jednego z budynków Bronxu, zaczął się rozglądać. Jego wtyka powiedziała, że gdzieś tutaj znajduje się diler narkotykami, które chwilowo stymulują ciało i powodują pojawienie się mocy. Nie tolerował takich zabawek, ponieważ większość osób wykorzystywała je do kradzieży i dewastacji mienia publicznego. Zmaterializował swój łuk i dzięki sile swojego umysłu wystrzelił strzałę z liną, którą trafił na przeciwną stronę. Niewiele myśląc wbiegł na linę, lecz nie wziął pod uwagę, że może trochę mocniej zawiać.
- Jasna cholera... - i spadł, na szczęście na cztery łapy. Niewiele myśląc ruszył w stronę najbliższego zaułku, by się szybko schować, bo kilka par oczu, które to zobaczyły wyglądały na zdziwione.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Nie Sie 21, 2016 8:25 pm

Cała sprawa z narkotykiem Patriota właśnie tak wygląda - bez niego nie jest już zdolny do pomocy innym ludziom. Nie jest takim samym superbohaterem jak jego dziadek - tylko, że na swój własny sposób. A to wszystko sprowadza się właśnie do tego, że Eli chciał się stać Patriotem dla swojego dziadka. Chciał, aby historia o pierwszym, prawdziwym Kapitanie Ameryce nie została zamazana. To delikatne światełko odświeżające jego wizerunek. To było właśnie najgorsze - brak szacunku czy jakiegokolwiek respektu dla Isaiaha. Dlatego też był to jeden z powodów dla których Patriot stał się superbohaterem.
Gdzie jesteś, ty cholerny, zaklął w swoich myślach Eli, krocząc w ciemnych zakątkach Bronxu. Przeważnie właśnie tak było - handlarzy znajdziemy najczęściej w zakamarkach, ciemnych miejscach, gdzie nikt ich nie zobaczy.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nagłe pojawienie się... cosplayowca. Bo tak można by było uznać to jak wyglądał chowający się chłopak.
- Em... Jakiś problem... kiciu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Neko



Liczba postów : 9
Data dołączenia : 28/08/2015

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pon Sie 22, 2016 5:21 am

Ariene wbiegając w zaułek nie spodziewał się natrafić na gościa w stroju tak różnym od codziennych ubrań nastolatków, przez co stanął się jak słup soli. Całe szczęście w Kun-Lun był uczony kontroli emocji, przez co wystarczyła sekunda na opanowanie się i już po chwili trzymał w dłoni swój łuk, który wycelował w Patriota.
- Powiedz jeszcze raz coś o kici a strzelę w ciebie ze strzały jadowej! - warknął swoim nie do końca męskim głosem, przez co jego groźba zabrzmiała słabo. - Nazywam się Neko młotku! - po swoich słowach zrobił skwaszoną minę.
Od lat wszyscy go wyśmiewali, zaś nikt nie potrafił po prostu się z nim zaprzyjaźnić.l Gdy słyszał żarty o kotach, gdy tylko przechodził obok, robił się cały czerwony. Był dyskryminowany nie tylko przez bycie Japończykiem, ale także przez swoją mutację, która niestety była zbyt widoczna. Gdyby nie to, że miał cel, na pewno byłby już dawno załamany.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pon Sie 22, 2016 1:12 pm

- Miau? I dlaczego od razu młotku. - Powiedział Patriot do posiadacza kocich uszu, który przedstawił mu się jako Neko. Cóż, o ile pamiętał swoich kolegów ze szkoły, zwłaszcza z terenów Azji, słyszał właśnie, że Neko oznaczało... kota. Ależ cholerny zbieg okoliczności. A najlepiej byłoby, gdyby przestał do niego celować swoim łukiem.
- Zabieraj mi sprzed oczu ten cholerny łuk, bo nie ręczę za siebie. Już wystarczy mi zabawy w szkole z innymi. A ty nie powinieneś nawet pozwalać sobie na to. Zresztą... To jest kuloodporne. Nie wiem za to jak to wygląda ze strzałami. - Tym samym etap zapoznania się z "kotkiem" przebiegło w miarę normalnie. Ale zaraz, nie powiedział jak on sam się nazywa. - Mówią na mnie Patriot, czasem nawet Lt. America. Nazywaj jak chcesz, ale nie przerywaj mi poszukiwań. W ogóle w niczym mi nie przerywaj, a najlepiej jak sobie stąd pójdziesz. - Po czym Patriot poszedł dalej w ciemne alejki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Neko



Liczba postów : 9
Data dołączenia : 28/08/2015

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Wto Sie 23, 2016 4:23 am

- Wybacz za młotka, ale gdy ktoś mówi na mnie tak nie w języku japońskim, to czuję się obrażany. po tych słowach delikatnie się zarumienił. Był szczerze zawstydzony, że tak go poniosło. Po chwili dotarł do niego delikatny zapach chłopaka. - Nie pachniesz jak zwykły człowiek... Raczej jak nadczłowiek. Do tego skoro masz masz kuloodporny strój, oznacza to że albo jesteś obrońcą, albo ciemiężcą. Wnioskując jednak po twym "imieniu" stawiałbym na tego pierwszego. Jeżeli chodzi zaś o moje strzały... Mało ludzkich rzeczy może oprzeć się magii, zwłaszcza tak starożytnej jak mój łuk. - mówiąc te słowa uśmiechnął się głupawo i zdematerializował swój łuk.
Mówisz, że kogoś szukasz? Ja też! Muszę znaleźć dilera tych specyfików, które sprawiają, że każdy może posiadać moce, by zaprzestać wreszcie ultra bójek na ulicach... Jak mawiał mój mistrz: "Posiadanie mocy to wielka odpowiedzialność", lecz nie każdy to rozumie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sro Sie 24, 2016 1:31 pm

Jedno ze zdań, które wypowiedział Neko sprawiło, że na twarzy Patriota wymalowało się rozczarowanie. Oczywiście nie było to widoczne na masce, którą na sobie nosił, ale musiał zacząć uważać na tego chłopaka.
- Taak, twój mistrz dał Tobie dobrą radę, ale czasami nie jest ona adekwatna do przedstawionej sytuacji. Widzisz, Nowy Jork, a tym bardziej Bronx nie jest miejscem w którym chciałbyś nauczać nauk swojego mentora, dlatego też zdaj się na mnie i podążaj za mną. Załóż kaptur czy coś na swoją głowę i udawaj, że nie masz tych uszu. - Po czym machnął dłonią, idąc dalej przez alejki. - Masz jakieś podejrzenia, gdzie konkretnie może być? Kiedy ostatnio jakiegoś zlałem to obecnie nikt więcej tutaj nie pokazywał się. A muszę oczyścić wszystko z tego brudu. - Ciekawe tylko, czy w obecnej sytuacji chłopak pomoże mu, albo co gorsza, nabierze podejrzeń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Neko



Liczba postów : 9
Data dołączenia : 28/08/2015

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Pią Sie 26, 2016 8:43 pm

Neko poruszył swoim noskiem, jak gdyby usiadła na nim mucha.
- Widzisz... Nie zgadzam się z tobą, ponieważ wszędzie da się nauczać jego słów, ale nie każdy je przyswoi. - jego głos był pewny siebie, ponieważ pamiętał osobę, która nie chciała przyswoić słów mnicha z Kun-Lun, jednak gdy podeszło się do niego w odpowiedni sposób... Chłopak przyswajał wiedzę i równowagę w sposób fenomenalny. Słysząc pytanie chłopaka mianowicie kryjówki dilera założył kaptur, by następnie odpowiedzieć: - Według słów mojej wtyki, facet kryje się w jakiejś norze. Podobnież to jeden z tych opuszczonych budynków, które czekają na rozbiórkę. Podobnież ma za obstawę dwóch niskiej klasy mutantów - siłacza i telekinetyka. Jednak do tej pory nie mogę ich namierzyć, mimo że posiadam wysoko rozwinięte zdolności tropiciela. - powiedział to zawiedzionym głosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Adam Stuart



Liczba postów : 12
Data dołączenia : 30/08/2016

PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Sob Wrz 03, 2016 11:32 pm

Magazyn do którego włamał się Adam może nie był tak wyposażony jak baza S-COM, lecz kilka zwykłych gniazdek z niewielkim napięciem wystarczy, by choć trochę podładować kombinezon. Choć ostatnio zawsze miał pod górkę, to akurat teraz los pokazał swoje krzywe zęby i w magazynie było mnóstwo kabli i gniazdek, które po odpowiednim przygotowaniu nadawały się na ładowarkę. Aby nie marnować czasu, Stuart "wyślizgnął" się ze swojej niemalże drugiej skóry, a ponieważ przylegała do ciała dość ciasno, po wyjściu miał na sobie tylko parę białych skarpetek, bokserki i koszulkę z prześmiewczym napisem "Property of Secret Organisation". Z plecaka wyjął czarne spodenki w kratę i żółte tenisówki, a następnie je włożył. Wyjął jeszcze setkę z pliku czterech tysięcy dolarów, a następnie udał się na małe zakupy.
Lokalny całodobowy sklep oferował gamę produktów, które pragnęłyby być kupione, lecz Adama interesowały tylko wysokoenergetyczne mieszanki orzechów z rodzynkami i napoje izotoniczne. Skusił się nawet na kiść bananów i okulary przeciwsłoneczne, a były nimi przyciemniane na brązowo Aviatory z czarną oprawką. Poszukiwania nowego sensu życia, albo przynajmniej kariery wzmagały apetyt, więc zaraz po wyjściu ze sklepu z bananów pozostały skórki porzucone w śmietniku.
Dopijał pierwszy jasnoniebieski napój gdy usłyszał kilka strzałów. Odruchowo uklęknął za samochodem osobowym i ręką sięgnął prawego uda, gdzie normalnie znajdowałaby się kabura z bronią. Rozejrzał się tylko wokół, a następnie popędził w stronę magazynu gdzie zostawił swój sprzęt. Stuart nie miał dużych trudności z rozpoznaniem amunicji, której użyto do wystrzałów. Sądził, że taki odgłos mógł wydać klasyczny nabój pośredni NATO. Istotnym dla niego faktem było to, że ktoś na pewno nie użył pistoletu, a jego kombinezon, nawet w najsłabszym punkcie, powinien przeciwstawić się takiej kuli.
Na worek, na kubeł, a potem na śmietnik i przez okno, tak jak poprzednim razem dostał się do magazynu. Szybkie zdjęcie butów i okularów, bo na spodenki nie było już czasu, poprzedziło "wślizgnięcie" się do kombinezonu. Zanim system diagnostyczny przeprowadził skan, Adam zdołał zapakować zakupy i garderobę do plecaka, a następnie zarzucić go sobie na ramiona. Odpiął się od prowizorycznej ładowarki, dobył Saige w dłonie i wyskoczył przez to samo okno, przez które tu wskoczył.

Dotarcie do kombinezonu i założenie go zajęły mu jakieś dwie minuty, po których był już w pełnej gotowości, aby zareagować na każde niebezpieczeństwo. Zupełnie nie wiedział kto, lub też co mogło postanowić postrzelać sobie w Nowym Jorku.
Adam postanowił poruszać się uliczkami, aby zaskoczyć ewentualnych przeciwników gdyby zdarzyło się, że ci wezmą zakładników. Co prawda co by tam nie było to właściwie nie była jego sprawa, ale jednak coś pociągnęło go do tego aby to sprawdzić. Umiejętnie pokonywał przeszkody, nawet wysokie ogrodzenia. W końcu kombinezon dawał pewne możliwości. Po mniej niż minucie czekał już w rogu budynku obserwując ten z którego padły strzały. W oddali słychać już było policyjne syreny. Gdy radiowozy były już tylko kilka ulic od Adama, ten miał już sobie odpuścić dalszą obserwację. Skoro wezwali tylko kilka radiowozów, to musi być jakiś wypadek z bronią, albo w najgorszym przypadku rabunek.

Jednak jego uwagę przyciągnął typ w skórzanym płaszczu wyłaniający się z uliczki, a za nim czwórka dzieci. Gość zdecydowanie nie wyglądał jak ich ojciec, biorąc pod uwagę fakt w jakie "szmaty" ubrane były te dzieci. Gdy ten gość przebył kilka metrów, Stuart dostrzegł na jego plecach karabin, najpewniej ten z którego oddano strzały. Nie wyglądało to na porwanie, dzieci nie biegłyby za nim, ale najprawdopodobniej to ten koleś był agresorem. Skutecznym, albo strzelającym do nieuzbrojonych. Osobnik pozostawił dzieci niemalże na środku ulicy, naprzeciw nadjeżdżającym radiowozom, by ci bez trudu ich zobaczyli, a sam usunął się z pola widzenia. "Obrońca uciśnionych, albo psychol wykorzystujący dzieci, by wciągnąć policję w pułapkę" - pomyślał Adam. Ta niepewność wystarczyła, by podsunąć mu pomysł śledzenia uzbrojonego gościa. Postanowił obejść dziwnego gościa i dokładnie mu się przyjrzeć. Wycofał się parę metrów w uliczkę, którą się tu dostał i skręcił w inną, na spotkanie z nieznajomym. Podbiegł odrobinę, a potem zbliżał się po cichu do miejsca, gdzie powinien znajdować się gość w płaszczu.

"Dziwne uczucie... Tak samemu na szpicy" - To właśnie myślał gdy stawiał krok za krokiem w kierunku domniemanej lokalizacji Punishera.
W końcu dotarł do rogu budynku i ostrożnie wychylił swą głowę w hełmie za niego.
Miał dosłownie dwadzieścia metrów do gościa z karabinem, który stojąc w ciemnej uliczce spoglądał na pozostawione dzieci. Taka odległość, oraz wspomagany hełmem wzrok pozwoliły mu zidentyfikować tą osobę jako nikogo innego tylko Punishera we własnej osobie. Opisy naocznych świadków jak i zdjęcia w telewizji świetnie oddawały jego wygląd. Ponieważ Punisher był "zajęty" spoglądaniem na poczynania policji, Adam mógł pomyśleć co takiego mógł powiedzieć w swoim pierwszym spotkaniu ze sławnym, albo nie-sławnym Frankiem Castle.

Adam przed nikim nigdy nie ukrywał, że był w pewnym rodzaju fanem Punishera.
Popierał to co robił i nawet sam siebie widział trochę jako Punishera, gdy jeszcze S-COM istniało, a on pacyfikował niebezpiecznych nadludzi.

Nim się ujawnił, zawiesił Saige na ramieniu, uniósł dłonie na wysokość ramion, a następnie wyszedł za rogu i rzekł:

"Kolejni kryminaliści zostali ukarani... Panie Punisher"
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Bronx - Ulice   Today at 4:55 am

Powrót do góry Go down
 
Bronx - Ulice
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Bronx - Ulice
» Ulice NYC
» Ulice
» Ulice

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: