Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Lada

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Lada   Pią Lis 07, 2014 8:41 pm


Bar, miejsce gdzie jak w każdej karczmie można się porządnie upić. Jest to jedno z najczystszych miejsc w całej karczmie oraz to najbardziej okupowane przez szemrane typy z Shadow Isle. Ceny są tu bardzo wysokie, a trunki poza rumem i grogiem niezbyt różne. Jest tu kilka beczek, które pełnią rolę krzeseł, a karczmarzem, który obsługuje cały przybytek jest dosyć nieprzyjemny w obyciu... zresztą kto by się czuł swobodnie przy zombie? Przy ladzie dosyć często można zasięgnąć informacji, jeśli ma się odpowiednio wypchaną kieskę i dobre stosunki z pewnymi osobami. Częstym zjawiskiem mającym miejsce w tej części karczmy jest gra w kościanego pokera. Deski niby są lekko przegniłe, ale jak na razie jeszcze pod nikim się nie zarwały co dobrze świadczy o jakości drewna... albo o szczęściu osób uczęszczających do tego miejsca.


Ostatnio zmieniony przez Rhoshan dnia Sob Lis 19, 2016 8:01 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amelia Stein



Liczba postów : 187
Data dołączenia : 11/09/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Czw Lis 20, 2014 8:49 pm

Właściwie Kapitan miała dużo racji. Amelia poniekąd była taką panną na wydaniu, aczkolwiek Davy nie mogła w żaden sposób wiedzieć.
Ciało Amelii rzeczywiście było bardziej odporne na zmiany temperatury niż ludzkie, no i zapachem bardziej przypominało wilcze futro. Dziewczyna świetne zdawała sobie z tego sprawę lecz nie podejrzewała, ze akurat Kapitan mogłaby wyłapać subtelną różnicę, którą jak do tej pory rozpoznawały jedynie zwierzęta.
Amelia dobrze wiedziała, że powinna uważać na to co mówi by nie podpaść zbytnio Kapitan. Nie wątpiła, ze kobieta ukarałaby ją boleśnie, gdyby zaczęła pyskować.
Dziewczyna widziała po Kapitan, że jest ona osobą, która sprawuję pełną władzę na podległych sobie terenach, do których niewątpliwie należał statek.
Skoro to były legendy okolic Wysp Brytyjskich, nic dziwnego, ze Amelia słabo kojarzyła ową nazwę. Pochodziła przecież z Nowego Jorku, a w Londynie była tylko na kilka dni, na urlopie, na który chyba już nigdy się nie wybierze. Skoro tak to się dla niej skończyło… wolała już siedzieć przy biurku i wypełniać papiery…
-Oj nie wątpię- szepnęła kąśliwie pod nosem, podejrzewając, zapewne całkiem słusznie, ze Davy mówi całkiem poważnie i nawet nie ma co marzyć o sprzeciwie, przynajmniej tak długo, jak znajdują się na statku i jest od Kapitan w pewien sposób uzależniona, co jej się nieszczególnie podobało. Nienawidziła być zależna...
Po wyjściu z kajuty i przejściu przez pokład stanęła gdzieś z boku, tak by nikomu nie przeszkadzać i obserowowła otoczenie.
Tak jak nie lubiła poczucia bezsilności towarzyszącego podróży morskiej i oddaleniu od lądu, tak uwielbiała te widoki i dźwięki. Szum fal, ich plusk gdy uderzają o burty, rześki wiatr rozwiewający jej długie loki, odległy horyzont będący tylko niewyraźną linią oddzielającą błękitne niebo od zaledwie o ton ciemniejszej wody. Bezkres i ogrom morza, sprawiające, ze człowiek tak dotychczas we własnym mniemaniu wielki, dostrzega jak w rzeczywistości jest mały.
Kątem oka rejestrowała także co dzieje się na pokładzie, w typowy dla siebie sposób chcąc wiedzieć jak najwięcej o otaczajacym ją świecie.
Po jakimś czasie, przez pogłębiające się uczucie besilności wydającym się dla Amelii ciągnąc w nie skończoność, na horyzoncie przed dziobem zamajaczył jakiś ląd. Dziewczyna ucieszyła się na myśl, że będzie mogła dotknąć gleby i z nie cierpliwością spoglądała na zbliżający się powoli ląd.
Zdziwiona zauważyła już z daleka, że w przystani nie stoi żaden inny statek, jakby czekała tylko na Holendra, za to im byli bliżej cienych skał tym więcej widać było wystajacych z wody wraków...cały ten krajobraz ogólnego zniszczenia kojarzył się Amelii tylko z jednym- Trójkątem Bermudzkim. Jednak.. przecież to chyba.. nie… Czy oni właśnie spokojnie, jak gdyby nigdy nic wpłyneli sobie do obszaru, gdzie giną wszystkie statki?!
Nawet woda byla tu inna, bardziej mętna i dużo ciemniejsza, a odór stęchlizny unoszacy się nad falami przyprawiał obdarzoną czułym węchem Amelię o duszności.
Czuła się jakby właśnie zblizała się do miejsca, gdzie mieszka sama kostucha. Wszędzie czuć było… śmierć i rozkład. Aż dreszcz przebiegł młodej Karpatiance po plecach.
Jej niedawne wyczekiwanie zamieniło się w gorące pragnienie jak najszybszego odpłyniącia od wyspy, byle dalej. Jedak po chwili już cumowali okręt przy bardzo starym i rozkładającym się pomoście, któremu Amelia już na wstępie nie ufała, bo wygądął jakby miał sięrozpaść od pierwszego silniejszego podmuchu wiatru.Próbowała dojrzeć co znajduje się w głębi wyspy, jednak widoczność ograniczałyn upiorne drzewa, wyglądajace na najbardziej żywy element wypsy, mimo kompletnego baku liści.
Oberwowała rozładunek nie kryjac swojego zainteresowania zawartoscią pojemników…
-Davy...Pani Kapitan co znajduje się w tych pojemnikach?- spytała poprawiając się odruchowo, kierując się instynktem. Podeszła za Kapitan bliżej by przyjrzeć się wyrysowanym na pergaminach symbolom, jednak nie rozpoznawała ich, choć wuj pokazywał jej kiedyś stare księgi w których były przeróżne symbole.
“ To tam ktoś jest?”- zastanawiała się patrząc w stronę steru, który jak dla niej obracał się sam, ale po zachowaniu Kapitan wnioskowała, że stoi tam nijaki Thomas…
Zagapiła się i musiała podbiec by zrównać krok z Kapitan. Nie miała ochoty zostać sama wśród załogantów, którzy budzili w niej niepokój.
Myślała, ze poczuję ulgę, gdy jej stopy dotkną gleby, jednak tak się nie stało. Poczuła się jeszcze gorzej. Jakby ziemia wysysała z niej resztki sił. Powiedzieć, ze ziemia była jałowa to mało. Ta ziemia była… martwa.
Im dalej w głąb wyspy tym większy był niepokój dziewczyny, który jednak dość skutecznie ukrywała, nawet się nie rozglądając, tylko dość pewnym krokiem podążając za Davy, w głębi ducha jednak zwyczajnie to wszystko jej się nie podobało. Bo gdzie jakiekolwiek zwierzęta? Nie wyczuwała w okolicy nawet najmniejszych żywiątek, żadnych robaczków czy choćby komarów. Nic. Pustka.
No i ta mgła… Dokładnie taka jaka spowiła Tower Bridge, zanim znalazła się w jaskini ze statkiem…
O ucieczce nawet nie myślała… No bo niby gdzie miała by pójść? Płynąć w pław przed siebie? Pływać umiała i to całkiem nie źle i wytrzymałościowo pewnie też dałaby sobie jakoś radę, gdyby nie jeden maleńki szczegół.. słońce. Za dnia zwyczajnie traciłaby przytomność i albo by się utopiła, albo fale znosiły by ją z kursu i w rezultacie krążyłaby właściwie w miejscu.
Podążając za Kapitan i załogantami trafiła do… karczmy?
Podeszła do lady, która wydawała się najczystsza w całej sali. Usiadła na beczce robiącej tu za krzesło i rozejrzała się po sali. Już bez większego zdziwienia zauważając barmana. Kim mógłby być karczmarz na wyspie pełnej śmierci, jeśli nie zombie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Sob Lis 22, 2014 3:00 pm

NPC - Davy Jones
Kapitan weszła do karczmy o wdzięcznej nazwie „Pod Umrzykiem”. Sama nazwa nie wzięła się znikąd tak naprawdę, gdyż każdy kto „mieszkał” na Shadow Isle wiedział dlaczego tak owe miejsce się nazywa. Amelia może nie znała głębszej historii, która się kryje za tym miejscem jednak węch naprowadzić ją mógł mniej więcej na to dlaczego to miejsce tak się nazywa. Czuć tu było zgnilizną, która najpewniej pochodziła od ciał obecnych tu gości, którzy wchodzili do budynku karczmy, który był wykonany z czarnego jak noc hebanu porośniętego nieco mchem, który najwyraźniej regularnie był czyszczony. Jak to w każdej karczmie, tak i w tej był wielki szyld z piszczelami skrzyżowanymi pod trupią czaszką, jednak tutaj można się zdziwić bo to nie był rysunek. To były autentyczne kości. Okna budynku były na tyle brudne i niezadbane, że nie dało się z zewnątrz dostrzec co jest w środku i odwrotnie. Większość załogi Holendra skierowała się tutaj, z czego niektórzy poszli jak się wydaje na Wschód, gdzie w oddali widać było niewielki domek. O dziwo sama karczma niedaleko była od doku, gdzie zacumowany był Holender. Jakieś 5-10 minut piechotą, jednak sam spacer się kobiecie dłużył, gdyż musiała uważać na wystające ostre korzenie drzew.
Amelia skierowała się do lady przechodząc przez całą karczmę, która momentalnie się na nią spojrzała. Wszelkie ciemne istoty z kapturami na głowach, zombie, szkielety oraz jak się wydawało zrogowaciała część gości jak jeden organizm spojrzeli na nią wzrokiem jak na zjawisko. Obce zjawisko, które przeciwciała miałyby zaraz zniszczyć by nie zaburzać harmonii organizmu. Można było dosłyszeć szmery, szepty oraz chichot. Niektórych słów karpatianka nie mogła zrozumieć, gdyż języka w których zostały wypowiedziane nie znała, a raczej nie miała jak poznać.
Kapitan usiadłszy przy ladzie otrzymała od razu butelkę grogu. Karczmarz wiedział co ona pije i jak dużo pije, dlatego od razu bez polecenia otrzymała swój ulubiony alkohol. Przy Davy wcześniej siedzieli trzej zakapturzeni osobnicy, którzy momentalnie po jej podejściu uciekli jak poparzeni, dlatego Amelia miała miejsce by usiąść. Zombie za ladą spojrzał na nią spode łba, jednak Jones machnęła ręką i po ladzie potoczyła się moneta, którą zręcznie karczmarz złapał i wsunął do kieszeni swojego również pirackiego ubrania. Praktycznie cała karczma była albo zapełniona piratami, albo zakapturzonymi osobnikami, których twarzy nie było widać. Przed Amelią pojawiła się niezbyt czysta, aczkolwiek na pewno nie otwierana butelka grogu. Dosyć podobna zresztą do tej, którą właśnie opróżniała Davy.
Kapitan spojrzała na kobietę, a następnie na resztę karczmy, która momentalnie uciekła wzrokiem. Jones tylko skwitowała ich pod nosem – Ciepłe kluchy – oczywiście tutaj każdy ją znał i nikt nie chciał jej wejść w paradę. Kto bowiem na Shadow Isle nie słyszał o młodej kapitan Latającego Holendra, o okrucieństwie której krążyły przecież legendy!
Wróciła wzrokiem do Amelii i postanowiła odpowiedzieć jej na tamto pytanie odnośnie pojemników. Dziewczyna w określonym celu jest na tej wyspie, więc co szkodzi ją wprowadzić w szczegóły? I tak z tego miejsca nie ucieknie bez znajomości drogi i tak.
- To były pojemniki na dusze. Wszystkie złe dusze panoszące się po świecie są przez moją załogę wyłapywane, a następnie ściągane na Shadow Isle, gdzie ponownie są przetwarzane na duchową energię. Łapiemy wszystkie cienie, duchy, zjawy czy inne widma, gdyż taka jest nasza praca – odpowiedziała i karczmarz podsunął jej kolejną butelkę, którą zręcznie odkorkowała.
- Nie wiem czemu jesteś w stanie stać na tej wyspie – pociągnęła łyka. W sumie człowiek będący bez skazy nie mógłby tutaj postawić nawet stopy, a co więcej… przeżyć podróż Holendrem, ale Amelia jednak ją przeżyła – ale dowiem się tego po głębszych oględzinach Twojej duszy – zaszczękał jej łańcuch, a na ustach kobiety pojawił się nieco drapieżny uśmiech, który po chwili zniknął – Lepiej się nie opieraj – dorzuciła i założyła nogę na nogę, a potem klepnęła kobietę w plecy – to nie zrobię Ci krzywdy… tak dużej – dokończyła po chwili, bo samo wyciąganie duszy i rozrywanie jej, a potem zszywanie nie było bezbolesne. To były rany, które zostawały na całe życie.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amelia Stein



Liczba postów : 187
Data dołączenia : 11/09/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Sro Lis 26, 2014 9:57 am

Amelia ogólnie za wiele nie wiedziała na temat otaczającego jej teraz świata. Zaczynała się powoli gubić, choć starała się tego nie okazywać za bardzo. Grała obytą i pewną siebie dużo bardziej niż była w rzeczywistości, choć doskonale widziała po reakcjach obecnych w karczmie marynarzy, ze wiedzą oni, iż jest całkiem nowa. Cóż… nie da się ukryć amatorstwa przed profesjonalistami. Czuła na sobie uważne spojrzenia gości karczmy obracających się za nią, gdy przechodziła przez karczmę w stronę lady. Słyszała także szmer szeptów, który rozbrzmiał, gdy już usiada i przez kilka sekund była tyłem tyłem do sali. Przysłuchiwała się im nawet przez chwilę, chcąc rozpoznać pochodzenie istot w karczmie, jednak nie wszystko rozumiała, nawet mimo dość dużej znajomości języków świata. Karpatianka bowiem może nie mówiła biegle, ale pracując w policji musiała przynajmniej ze słyszenia zapoznać się i nauczyć się mniej więcej rozumieć wiele języków, bowiem na jej posterunku nie raz nie dwa zjawiali się chociażby Japończycy.
Przed wejściem zauważyła szyld z nazwą, a po chwili, gdy tylko przekroczyła próg, zaraz zrozumiała skąd ta dość osobliwa nazwa. Odór zgnilizny uderzył w jej czuły węch z taką siłą, że na kilka sekund straciła oddech, a później nie było wcale lepiej. Oddychać musiała, choć w obecnych warunkach robiła to bardzo niechętnie. Starała się by jak najmniejsza dawka zapachu gości karczmy docierała do narządów jej węchu, z marnym jednak skutkiem, bo woń była wszędzie i to niezwykle intensywna.
Nie potrafiła ukryć dziwienia i swego rodzaju… niesmaku, gdy ujrzała typowo piracki szyld, wykonany jednak z prawdziwych kości.
Coraz mniej się jej tu podobało…
-Pa ni Kapitan, a dokąd to zmierza reszta załogi?- spytała cicho Davy widząc jak część załogantów Holendra zmierza gdzieś na wschód, w kierunku widocznego w oddali domku.
Podczas dość krótkiego spaceru z doku do karczmy Amelia coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że wyspa jest wyjątkowo nieprzyjazna. Cieszyła się, ze odeszła od swojego pierwszego pomysłu ubioru, jakim była długa do ziemi lniana spódnica, gdyż w niej zapewne szybko by się tu wywróciła, nawet ze swoją wrodzoną i wyćwiczoną przez lat zwinnością. Teren wyspy był bowiem niezwykle zdradziecki, najeżony mnóstwem pułapek w postaci wystających z ziemi korzeni.
Spojrzała kątem oka na Kapitan, która ledwie usiadła już stała przed nią butelka. Widocznie była tu bardzo częstym gościem.
Nie umknęło też jej uwadze, że goście karczmy wydają się...bać Davy. Umykali przed nią wzrokiem, uchodzili z drogi, cichli gdy spoczął na nich jej wzrok.
Gdy pojawiła się również przed nią butelka, zerknęła tylko na Davy i zręcznie ja otworzyła upijając spory łyk.
-Przy tobie chyba nawet najpewniejszy siebie mężczyzna traci rezon- uśmiechnęła się pod nosem
Uważnie słuchała Davy w zdziwieniu i niekrytym szoku przyjmując informacje jakie jej podawała.
-Taka duchowa policja- skwitowała pod nosem, bo właśnie z tym skojarzyło jej się wszystko co mówiła Davy.
-A czemu miałabym nie móc tutaj stać?+ spytała unosząc brwi. Nie rozumiała o co dokładnie chodzi Kapitan.
-Głębszych oględzinach duszy…. a dokładniej to… jak takie oględziny miałyby wyglądać i właściwie po co? Mam całkiem zwyczajną duszę- “pomijając tę część, która należy do demona siedzącego w każdym karpatianinie, będącego… wewnętrzną bestią pragnącą przejąć kontrolę” dodała w myślach.
-Opór byłby raczej bezcelowy prawda? Więc nie będę się opierać, tylko… czemu ja?- spytała. Wszystko to wyglądało, jakby w jakiś sposób została wybrana przez los...ewentualnie miała pecha i zjawiła się w złym miejscu o złym czasie… dajmy jej jednak poczuć się wyjątkową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Sro Lis 26, 2014 9:25 pm

NPC - Davy Jones
Na pytanie, gdzie zmierza załoga statku nie chciało jej się odpowiadać. Było to zwyczajnie oczywiste, że marynarze bo długim pobycie na okręcie z celibatem musieli jakoś odreagować. Zwyczajnie Davy nie obchodziło czy idą się tam pochędożyć, pozabijać czy co innego. Oczywiście mieli się stawić na następny dzień w pełnej gotowości do wypłynięcia. Zwyczajnie puściła jej zrezygnowany wzrok i pokręciła głową, jakby nie była to sprawa wielkiej wagi.
Kiedy Amelia upiła łyka z butelki poczuła jak w jej gardło wlewa się substancja rozgrzewająca zwana wódką zmieszaną z rumem oraz grogiem. Widocznie karczmarz pomylił butelki, bo miał być rum zwykły, ale to chyba nie ma znaczenia. Butelki nie miały etykietek, a jedyne co je odróżniało to porastające algi.
Davy jej zawtórowała i łyknęła kolejny solidny z butelki, prawie ją opróżniając. Przy niej pojawiła się następna, którą na zaś karczmarz już przygotował.
- Jest głupota i jest mądrość, a to że się mnie boją to oznaka inteligencji. Miernej, ale zawsze – skomentowała, gdyż ktoś sądząc, że ta kobieta jest niegroźna naprawdę się mylił. Już raz się zresztą coś takiego zdarzyło, a osoba gorzko tego pożałowała. Przez 3 tygodnie Davy darła z niego pasy, torturowała przypalając stopy oraz wlewała rozgrzaną siarkę do ust. Czemu to przeżywał pytacie? Kapitan już miała swoje sposoby, by ktoś na torturach za szybko nie zginął.
- Tak… taka duchowa policja – odpowiedziała niepewnie, gdyż nie do końca rozumiała idee policji współczesnej. To nie było coś jak straż, ale nie było też inne. Mieli podobne cele, ale się różnili nieco. Jedno było pewne, Davy rozumiała to, że i u nich znajdzie się narzędzie zwane korupcją i nieczystymi metodami, dzięki którym można się wydostać zza krat.
- Gdyż osoby żywe nie mogą stąpać po Shadow Isle. To miejsce przeznaczone jest tylko dla cieni, umarłych, ożywieńców oraz mnie – wyjaśniła, gdyż to miejsce było kwintesencją tego co ludzie nazywają śmiercią, a jednak w tym wypadku śmierć to dopiero początek. W końcu jak to Davy mówiła ofiarom zanim je dopadała: „Jest życie, jest śmierć, a potem… jestem ja”, zazwyczaj po tej kwestii wybuchała śmiechem i przybijała ofiarę hakiem do statku.
- Och o tym się przekonasz. Wyciągnę twoją duszyczkę na zewnątrz, pogrzebię w niej i jeśli wszystko będzie w porządku to wsadzę ją z powrotem do ciała. Spokojnie to boli tylko przez parę godzin – wysiliła się na pocieszenie, bo przecież mogło boleć kilkanaście godzin. Załoga Holendra nie tylko łapała dusze, ale potrafiła je również wyciągać z żywych, chociaż robiła to tylko w skrajnych przypadkach.
- Tak, opór jest bezcelowy, a czemu ty? Nie wiem, miałaś pecha najwyraźniej – skomentowała jakby zgrywając się przypadkowo z myślami karpatianki – Zatem… masz jakieś ostatnie słowa zanim zaczniemy? – zapytała wstając od lady i rzucając monetę na stół. Karczmarz w zamian rzucił jej klucz, który Davy złapała dosyć zręcznie. Spojrzała na Amelię i pilnowała, żeby jej nie uciekła. Amelia miała wybór: Stanąć do walki lub iść za nią. Co wybierze?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amelia Stein



Liczba postów : 187
Data dołączenia : 11/09/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Lis 30, 2014 4:24 pm

Po swoim pytaniu patrzyła uważnie na Kapitan czekając na odpowiedź, której się nie doczekała, ale coś w wyrazie jej twarzy i oczu sprawiło, ze młoda Karpatianka zarumieniła się lekko. Zmarszczyła brwi i zaczęła się zastanawiać dokąd mogli pójść marynarze, ale po jakimś czasie, zarumieniwszy się jeszcze bardziej stwierdziła, że to nie jej interes.
Kapitan sprawiała ponadto wrażenie jakby to nie było nic istotnego, więc Amelia nie zgłębiała tematu.
Pijąc poczuła jak po jej gardle spływa żywy ogień.Aż jej łzy stanęły w oczach.To stanowczo nie był ten sam trunek, który piła wcześniej w kajucie Kapitan. Ten podany przez barmana był stanowczo mocniejszy. Z trudem powstrzymała się pod wyplucia go.
Spojrzała na butelkę w poszukiwaniu etykiety, ale nic takiego nie znalazła, nawet po pozbyciu się części porastających ją glonów.
Na słowa Kapitan skinęła głową nie komentując tego. Kobieta miała z pewnością sporo racji, jednak dla Amelii strach w żadnym razie nie był przejawem jakiejkolwiek inteligencji. Nie ma w strachu nic mądrego. To tylko wzrost adrenaliny i innych hormonów w organizmie, gdy wyczuje się jakieś zagrożenie. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, ze Kapitan wzbudzała respekt, a jak widać nawet strach. Sama się trochę kobiety bała, głównie dlatego, ze nie wiedziała, do czego ta jest zdolna. Davy z całą pewnością stanowiła zagrożenie i to poważne dla każdego kto jej podpadnie. Lepiej więc unikać sytuacji, w których można by nadepnąć Kapitan na odcisk. Z rozsądku jednak a nie strachu. Strach prowadzi często do złych decyzji, dlatego Amelia wychodziła z założenia, że jest on jej głównym przeciwnikiem i walczyła z nim przy każdej okazji.
Korupcji i nie do końca czystych metod działania było w nowojorskiej policji nie mało i zapewne w innych jednostkach na całym świecie także. Sama Amelia przecież nie należała do świętych. Często korzystała ze swoich umiejętności choćby podczas przesłuchań, a to chyba do końca fair nie było.
-Może mogę właśnie dlatego, że ci towarzyszę…- rzuciła zastanawiając się na głos. Już dawno zauważyła, że wyspa jest przepełniona śmiercią, a właściwie jest jakby jej ucieleśnieniem, synonimem. Ze słów Kapitan wynikało, że nie powinna móc poruszać się po wyspie, a jednak robiła to bez większych problemów, a przecież była w stu procentach żywa, chyba że o czymś nie wiedziała. Ale nie… nie przypominała sobie by umierała, więc jak to możliwe?
-To mnie pocieszyłaś- rzuciła kąśliwie pod nosem już w głowie zastanawiając się co w takiej sytuacji zrobić. Nie za bardzo podobała jej się perspektywa oddzielenia od ciała i tego by ktoś jej w duszy grzebał. Miała wiele tajemnic, które wolałaby zachować dla siebie.
-Brzmi jakbym jednak do żywych miała nie powrócić.- skwitowała niemrawo. Jakby nie myślała tak jej najlepszym wyjściem było pójście za Kapitan. Mogłaby próbować uciec, tylko dokąd. Nawet nie wie gdzie dokładnie jest, a słońce raczej nie będzie czekać ze wschodem, aż ona gdzieś dopłynie. Mogła walczyć, jednak jakie miała szansę? Była osłabiona długim brakiem kontaktu z glebą i brakiem pożywienia oraz wciąż trwającym dniem. Wątpliwa była nawet możliwość przemiany. Miała na nią zbyt mało energii. Walka wręcz? Z dwoma lub trzema przeciwnikami, może i dałaby sobie radę, jednak w karczmie było co najmniej 10 członków załogi, którzy na pewno ruszyli by do walki, gdyby próbowała zaatakować Kapitan, która sama nie wyglądała na bezbronną. Była na ewidentnie przegranej pozycji…
Poszła więc za Davy dyskretnie rozglądając się wokół i szukając nowych rozwiązań i dróg ratunku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Lis 30, 2014 9:17 pm

NPC Storyline - Draer


Droga ratunku znalazła Amelię bez większego wysiłku. Kto by się jednak spodziewał, że owa droga ratunku okaże się kolejną nietypową istotą? Gdy kobiety wstały i ruszyły w kierunku drzwi, przed samymi drzwiami pojawiła się czarna mgła. Nie było to nic zwyczajnego ani naturalnego, a do tego szybko uformowało się w istotę...
Cień uformował się w dwunożną istotę - wysoką na dwa i pół metra. Szybko okazało się, ze istota ta nie była człowiekiem - ani niczym co mogłoby jakoś bardziej człowieka przypominać. Ciało owego osobnika - gdyż na pewno był samcem - pokrywały czarne łuski. Po szybkich oględzinach dało się określić, że reprezentował rasę jakiś anthro-gadów. Posiadał po trzy palce u łap oraz po cztery (wliczając kciuk) u obu dłoni. Do tego wszystkiego dochodził masywny, długi ogon. Z jego łba przez cały plecy ciągnęły się wielkie, czarne kolce - miejscami uszkodzone lub popękane. Całe ciało istoty było dokładnie pokryte "małymi", tarczowymi łuskami - zawsze w kolorze czarnym. Jedynie w niektórych miejscach - jak na łapach lub łuku brwiowym - znajdowały się łuski płytowe. Ślepia osobnika miały kolor krwistej czerwieni, błyszcząc lekko i nadając mu dość złowrogiego wyglądu. Na jego bardzo skromny ubiór składał się przyozdobiony, uszyty materiał spięty pasy oraz ozdobiony jakimś srebrnym metalem. Ubiór ten odsłaniał praktycznie całe ciało tej anthro-istoty, nadając mu dość barbarzyńskiego wyglądu. Zwłaszcza, że gad był bardzo masywny, dobrze umięśniony - w niektórych miejscach, zwłaszcza na rękach - wręcz dało się dostrzec żyły pod łuskami.
Przybysz zmierzył tylko obie kobiety wzrokiem, nie interesując się całkowicie resztą otoczenia. Jego ręce były opuszczone, postawa luźna, nawet ogon nie poruszał się lecz leżał na ziemi. Pięści nie były zaciśnięte, lecz otwarte. Czarnołuski odezwał się natomiast natychmiast, wpierw do Amelii.
-Nie należysz do tego miejsca.
Rzucił, by następnie podnieść swój wzrok na panią kapitan, stojącą przy kobiecie. Jego krwistoczerwone ślepia zlustrowały istotę, by następnie odezwać się do niej.
-Kobieta idzie ze mną, samo sądna zjawo.
Nakazał wręcz, niezbyt miłym, niskim tonem. Gad podał fakt dokonany, polecenie - i wyraźnie nie zamierzał się z nikim na ten temat spierać. Nie dało od niego wyczuć żadnej mocy, żadnej pułapki czy czegokolwiek co pozwalało by stwierdzić o jego lepszej pozycji czy przewadze. Cieniołuski ukrywał się, tak jak to mieli w zwyczaju - tak jak ich nauczono, tak jak zostali wyszkoleni.



Draer:
Spoiler:
 

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Lis 30, 2014 9:45 pm

NPC - Davy Jones
Gdyby tylko Amelia znała prawdę o tym, jak „silna” jest Davy, kiedy opuści swój okręt. Jej potencjał bojowy zmniejszał się wprost proporcjonalnie do odległości od Latającego Holendra, jednak nie dzieliło ich tak dużo. Z 200-300 metrów może mniej, jednak nawet tu Kapitan odczuwała skutki zejścia ze statku. To był swego rodzaju pakt, bo kiedy zostawało się kapitanem, wtedy nie można było schodzić na ląd.
Davy była rozbawiona tym jak Amelia się krzywiła, kiedy popijała alkohol. Widocznie karczmarz podmienił butelki przypadkowo. No cóż, nic się nie poradzi na to a szkoda alkohol zmarnować.
Największą bronią kapitan była jej reputacja oraz strach jaki wzbudzała wobec załogi oraz mieszkańców Shadow Isle. Oczywiście do tego dochodziły faktycznie jakieś umiejętności, jednak poza tym niczym specjalnym się nie wyróżniała, albo nie pokazywała nic specjalnego trzymając to w rękawie.
Davy zastanawiała się długi czas dlaczego Amelia była w stanie znaleźć się w tamtej grocie oraz, czemu dała radę przejść przez barierę. Nasuwały się 2 wnioski. Albo miała jakieś umiejętności magiczne, albo była cieniem. Dlatego też, Jones chciała sprawdzić jej duszę.
- Być może tak też by się stało, kto wie co tam w duszy gra? – zapytała jakby w powietrze, idąc w stronę drzwi, a wtedy przed kobietami pojawiła się czarna mgła. Kapitan stanęła i odruchowo położyła rękę na swoim haku obserwując to co się dzieje przed nią. Jednocześnie też w drugiej ręce trzymała latarnie, z której gotowa była przyzwać część załogi, którą trzymała na specjalne okazje. Uformowała się przed nimi istota, jaszczur. Kapitan nie kojarzyła takiego stworzenia, chyba że przez ostatnie lata coś się zmieniło. Zlustrowała go wzrokiem, a potem splunęła gdzieś w bok na podłogę.
Po jego masywności sądziła, że mogłaby mieć z nim problemy, gdyby doszło do testu siły, zwłaszcza że kapitan była poza statkiem. Jednak nie odczuwała strachu, gdyż to było niegodne dowódcy załogi Latającego Holendra. Zamiast tego zwyczajnie stała w pozycji gotowej do obrony z nieco ugiętymi kolanami. Jednak widząc luźną postawę gada i ona nieco wyluzowała. W końcu nadmierna ostrożność może być oznaką strachu.
- Druga osoba, która doszła do tego samego wniosku – skomentowała słowa jaszczura, domyślała się że on może być tutejszy, jednak za cholerę nie kojarzyła by cień kiedykolwiek przyjął taką formę.
- Idzie z Tobą? Hmm, to moja zdo… - tutaj jej przerwano, bo latarnia się zaświeciła. Jako, że kapitan była z nią sprzężona, a latarnia ze statkiem i resztą załogi to była w stanie monitorować oraz kontaktować się z nimi momentalnie. Dostała pewną wiadomość, dosyć… interesującą. Normalnie jaszczurowi przestawiałaby kości policzkowe jej pięścią, jednak sprawa była dosyć poważna i Amelia nie była warta tracenia czasu – Upiekło Ci się dziś – wcisnęła jej w rękę ten medalik, który wtedy na biurku próbowała zabrać. Dokładnie ten pozłacany łapacz snów – Masz na pamiątkę i na znak tego, że ja po Ciebie wrócę kiedyś – powiedziała jakby znakiem klątwy, a potem zaczęła odchodzić. Warto jednak napomknąć, że coś w tym jest, jeśli chodzi o klątwę. Owy medalik posiadał pewną właściwość, jednak sam był przeklęty. Ciekawe jak długo zajmie dziewczynie rozszyfrowanie, że to faktycznie magiczny artefakt pozwalający ciskać piorunami czy mrozić zimnym wiatrem. Davy jednak nie miała z niego pożytku i nie widziała powodu by się go nie pozbyć, wszakże dla niej była to jedynie błyskotka, których miała na pęczki. Musiała sprawdzić co dziwnego dzieje się z pojemnikami. Skierowała się do wyjścia, a potem trzaśnięcie drzwi sugerowało, że opuściła karczmę. W końcu Amelia została sam na sam z gadem, który zasłaniał drzwi prowadzące do pokoi dla gości. W tym czasie Kapitan biegła w stronę pewnej jaskini, do której zostały zabrane owe pojemniki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amelia Stein



Liczba postów : 187
Data dołączenia : 11/09/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Lis 30, 2014 10:58 pm

Amelia nie miała pojęcia, ze tak jak ona z dala od żyznej gleby, tak Kapitan słabnie z dala od swojego statku. Na pokładzie parokrotnie przekonała się na własnej skórze jak silna potrafi być Davy. Wciąż miała w pamięci wgłębienie powstałe po pozornie lekkim uderzeniu dłonią przez kapitan w blat biurka. Wolała się nie znaleźć na miejscu mebla więc nie denerwowała Kapitan.
W przeciwieństwie do Davy Amelia  nie znała się w najmniejszym stopniu na piciu. Żyjąc raczej na uboczu poprzez narzucone jej przez rasę ojca ograniczenia, nie miała zbyt wielu okazji by popić ze znajomymi. W czasie gdy jej rówieśnicy hartowali swoje wątroby i głowy, ona popijała herbatkę przy kominku. Nic więc dziwnego, że krzywiła się gdy mocny alkohol spływał w dół jej gardła wywołując w przełyku dziwne pieczenie i napływ gorąca. Po którymś z kolei łyku udało jej się nieco przyzwyczaić i piła spokojnie, aż opróżniła butelkę.
Na słowa Davy przewróciła jedynie oczyma i ruszyła za nią do wyjścia. Nie udało im się jednak nawet dojść do drzwi, gdy zaczęła zbierać się przy wyjściu dziwna czarna mgła, jakby gęsty dym, który najwyraźniej do końca dymem nie był, bo zaczął się formować w...wielkiego jaszczura!
“ Bez przesady! Księżyc z ironicznym uśmiechem, koń z niebieską grzywą z płomieni przechodzący przez ściany, latarnia z której wychodzą żywi truposze, statek który się sam odnawia, wyspa na której nie ma życia, kontenery z duszami, barman zombie...Nie za dużo jak na jedna dobę?! Jeszcze mgła formuje się w  jaszczura co ma ponad dwa metry! Chce do domu!”- wołała w myślach mając już serdecznie dość przeżyć jak na ledwie jeden dzień życia.
Gdy stanął przed nimi owy jaszczur automatycznie stanęła w pozycji dogodnej do obrony, choć z zewnątrz tylko lekko przesunęła jedną nogę. Nie miała ochoty bić się z tą “mgielną” istotą, szczególnie, ze po postawie wnioskowała, ze owy samiec jest silny i umie walczyć, gdyż stał w pozycji bardzo podobnej do jej własnej. Całkiem wyluzowany, pewny siebie. Wręcz emanował informacją “ nawet nie próbuj atakować, i tak cię pokonam” i patrząc na jego ciała nie trudno było w to uwierzyć.
-Nie ty jeden tak sądzisz- zawtórowała Kapitan przewracając oczyma. W następnej chwili wyglądało na to, że ta dwójka, czyli Davy i Jaszczur zaczną się kłócić z kim  Amelia ma iść, jednak Davy naglę zamilkła i tylko wcisnęła jej w rękę medalion i wyszła mijając przybysza i rzucając przez ramię coś co chyba podchodziło pod miano “klątwy”. Amelia nie zdążyła nawet zareagować, a Kapitan już nie było.
Po odejściu kobiety Amelia przez chwilę przyglądała się leżącemu w jej dłoni medalionowi, a potem założyła go, gdyż jej piracki strój posiadał jedną poważną wadę- nie miał odpowiednio dużych kieszeni.
Później uniosła wzrok na stojącego przed nią Jaszczura, który wykazywał nie mniej władczą naturę niż Davy. Ciekawe czy w tym przypadku sprawdzi się powiedzenie  “z deszczu pod rynnę”...
-Witaj. Czy mogę spytać jak cię zwą? I dokąd chcesz mnie zabrać?- zwróciła się do gada uprzejmie, nie kryjąc swojego zaciekawiania jego istotą, szczególnie, że w przeciwieństwie do innych gości karczm od niego czuła energie życiową. Po długim przebywaniu wśród śmierci, jego obecność była niemal jak powiew świeżego powietrza.
Ruszyła za nim.
{zt dla Amelii i Dreara}
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Paź 23, 2016 12:46 pm

Idąc po drodze do miasta, druid zastanawiał się jak to się stało, że mimo iż busole mają zabezpieczenia przed nieautoryzowanym użyciem, to najwyraźniej i on i Jennifer dali radę się jakoś do nich nadpisać jako prawowici właściciele. Magicznymi światłami nie zamartwiał się dłużej niż byłoby to konieczne. Sam pewnie bez większego trudu sporządziłby podobny przedmiot, a nie sądził że ich funkcjonowanie przysporzy mu kolejnej wskazówki co do tego jak funkcjonuje sama wyspa. Jedyne co wyraźnie go zdumiewało to ich ilość. Ktoś musiał poświęcić spore ilości magicznej mocy by w ten sposób oświetlić port, miasteczko, oraz drogę do latarni. Lvelias wzruszył jednak na to ramionami i stwierdził że to pewnie kolejna pozostałość po kręgu, który widocznie w dawnych czasach obrał sobie te wyspy jako siedzibę.
Im bliżej byli miasteczka, tym większy ogarniał elfa niepokój. Jakieś dziwne uczucie czegoś niedobrego, wiszącego w powietrzu. Gdy byli już dostatecznie blisko, zdradził na głos swoje obawy.
- Coś, coś jest nie tak. W mieście nie ma żywej duszy. Chyba się spóźniliśmy... - po czym dodał - I tak powinniśmy się tam rozejrzeć. Może to co się tam stało powie nam coś o źle, z którym się mierzymy. - W pierwszym odruchu druid chciał przyśpieszyć, ruszyć na pomoc, ale przecież nie zostało nic, co mógłby już zrobić. Celtyckie rytuały pogrzebowe są jednymi z ciekawszych, ale przecież nie wszyscy przepadają za rozbieraniem do naga i mazaniem farbą. Bez pośpiechu więc ruszył dalej.
Gdy dotarli już do miasteczka druid nie mógł nie zauważyć stanu większości domostw. Wyglądało to (i pachniało) jakby drewno, które zostało wykorzystane na ich budowę pochodziło nie z lasów, lecz z morza. Nie wydawał się być jakoś zaskoczony tym widokiem. W stronach, z których pochodził jeden z ludów wznosił swoje budowle jedynie z drewna, które samo opadnie z najstarszych drzew. Zastanawiał się jednak czy w tym wypadku przyczyną takiego stany rzeczy też były stare tradycje, czy, co bardziej prawdopodobne, strach przed samym lasem. Jego najgorsze przypuszczenia potwierdziły się jednak. W miasteczku nie było nikogo żywego. Nie było natomiast widać żadnych ciał, czy śladów walki. Jednak gdzieś w oddali, trochę dalej na wzgórzu widoczna była niewielka łuna światła. Gdy podeszli bliżej okazało się że dochodzi właśnie z karczmy, do której planowali się udać. Wewnątrz również nie wyczuwał nikogo, czym nie omieszkał podzielić się z Jennifer. Mimo to, światło się paliło, co sugerowało że atak nastąpił niedawno. Już pod samą tawerną, bardziej dla wprawy, niż z ciekawości odszyfrował nazwę przybytku. Uśmiechnął się pod nosem rozpoznając nazwę typowej nadmorskiej oberży. Z zewnątrz dochodziła również muzyka, ale mogła to być pianola, lub inne, magiczne źródło dźwięku.
Bardzo ostrożnie, popychając drzwi kosturem, wszedł do środka. To co zobaczył na miejscu wprawiło go w niemałe osłupienie. Okazało się że nazwa tawerny nie wzięła się znikąd. Przy jednym ze stołów siedział pirat, któremu data ważności skończyła się tak dawno, że etykieta była już pewnie zupełnie nieczytelna. Lvelias pomimo swojego wieloletniego doświadczenia nieczęsto widywał nieumarłych. Nie był pewien co przerażało go bardziej, wygląd osobnika, czy fakt że nie wyczuwał w nim ani grama życia, a ten pił i śmiał się wraz ze swoimi kompanami. Nie był on zresztą jedyny, gdyż cała karczma pełna była mniej lub bardziej żywych inaczej istot. Nie był pewien jak reagować. Z jednej strony miał obowiązek eliminować wszelkie objawy wypaczeń natury, z drugiej zastanawiał się czy nie da rady jakoś pomóc nieszczęśnikowi. Obawiał się jednak że jeden i drugi wariant ograniczałby się unicestwienia tego co z nieszczęśnika zostało. On sam nie zdawał się jednak cierpieć, będąc zamknięty w swojej ziemskiej powłoce, a druid wyznawał w swojej pracy zasadę "Primum non nocere". Po jakimś czasie uświadomił sobie że strasznie się gapi. Jeżeli martwy pirat pochwycił jego wzrok, to ukłonił się z uśmiechem i wrócił do towarzyszki.
- No, tego się nie spodziewałem - przyznał Jen, a na jego twarz znów wrócił wyraz dziwnego zadowolenia z życia. - To ty rób swoje, a ja zasięgnę języka. Mogę zobaczyć twoją busolę?
Wyciągnął rękę po przedmiot kobiety i z obydwoma ruszył w stronę lady, którą obsługiwało widmo kolejnego pirata. Druid odkłonił mu się szybko z miną człowieka, który całe swoje życie widuje zjawy i usiadł na jednym z zydli przy barze. Oparł swój kostur o ladę i zagadał karczmarza.
- Bądź pozdrowiony zacny szynkarzu. - zaczął starą modłą, ale ugryzł się w język. - Nie dawno przybyliśmy w te strony z moją towarzyszką. - skinął rogami w stronę zielonej kobiety. - Gdybyś był tak miły i zechciał rzucić okiem na tę mapę i wyjaśnić mi czym są te miejsca? - Lvelias otworzył swój kajet na właściwiej stronie i pokazał duchowi. Musiał przyznać że skądś znał tę twarz, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd. Jeżeli kapitan chciałby poprawić prowizoryczną mapę, byłby wdzięczny. - Oczywiście nie planujemy zostawać tutaj dłużej niż to konieczne. Rozumiem jednak że przed nami pewnie wielu próbowało, więc z chęcią posłucham w jaki sposób nie da się jej opuścić. - obejrzał się za siebie patrząc czy Jen zabrała się już do roboty. - Jestem też druidem. Uzdrowicielem. Dość potężnym, jeśli mogę tak siebie określić. Postaram się pomoc tutejszym wyspom jak zdołam. Od jak dawna tutaj...jesteś? - dodał z braku lepiej oddających stan rzeczy słów - Co wiesz o mroku na wyspie? I o skrzydlatej gwardii?
Jeśli jego zielona towarzyszka poczyniła do tego czasu jakieś postępy w pozyskiwaniu złota zapytał jeszcze - Macie piwo wrzosowe?
Następnie, z piwem czy bez, wysypał sporą część zawartości swojej torby na ladę i zabrał się do grzebania w busolach. Chciał zobaczyć czy może jakieś z siedemnastu lokacji zostały już wpisane w którąś z nich, a jeśli nie, to czy nie mógłby na biegu oszukać busolę, że przy którejś już byli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk



Liczba postów : 68
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Lada   Sro Paź 26, 2016 6:51 pm

Podążając za Lveliasem przez pogrążające się z wolna w mroku miasteczko (choć to określenie było w stosunku do zbitej z desek dziury niebywałą uprzejmością), Jen dzielnie starała się zwalczać napierające na nią zewsząd uczucie niesamowitości. Przynajmniej druid wydawał się niewzruszony i sprawiał wrażenie doskonale wiedzącego, co robi... przynajmniej do czasu, aż wygłosił uwagę o braku żywych dusz w miejscu, do którego zmierzali. Jen rozsądnie powstrzymała się od zadawania tak oczywistych pytań jak "Skąd to możesz wiedzieć?", głównie dlatego, że w gruncie rzeczy wcale nie chciała poznać odpowiedzi. Wiedziała kiedy odpuścić.
Była już bliska całkowitej akceptacji, kiedy duid otworzył drzwi karczmy.  Zalała ich fala światła oraz typowych karczemnych odgłosów i zapachów. Bywalcy zdecydowanie do typowych nie należeli. Nawet jeżeli populacja osady była technicznie rzecz biorąc wymarła, to nie pozwalała, by ten drobny fakt odciagnął ją od dobrej zabawy.
- Ty się nie spodziewałeś? - odparła po chwili milczącej kontemplacji. Zombie nie wyglądały na najmilsze towarzystwo, ale i nie wykazywały natychmiastowej chęci do pożywienia się ich mózgami, co w danych okolicznościach napawało optymizmem. Cóż, musiała jakoś radzić sobie z tym, co miała.
- Mam nadzieję, że żadnemu z nich nie urwę przypadkiem ręki - mruknęła półgłosem do druida. - W tych stronach to chyba niewybaczalne faux pas.
Machinalnie sięgnęła do kieszeni sfatygowanych spodni od piżamy i podała Lveliasowi swoją busolę.
- Nie zepsuj - rzuciła na odchodnym, kierując się niespiesznym krokiem w kierunku co bardziej zatłoczonych stolików. Strzeliła na próbę knykciami, kątem oka oceniając, czy jej wejście zrobiło na klienteli jakieś wrażenie. Może w barze pełnym nieumarłych piratów w różnym stadium rozkładu ogromna zielona kobieta nie wzbudzała takiej sensacji, do jakiej Jen przywykła?
- Dobry wieczór, panowie - uśmiechnęła się szeroko i odgarnęła włosy z czoła. - Może odrobina hazardu? Jestem co prawda nowa w tych stronach, ale idę o zakład, że nikt w tej karczmie nie zdoła mnie przesiłować. Przegrany stawia kolację i drinki. Co wy na to?
Chwyciła jedną z beczek i przysunęła ją do najbliższego stolika. Rozsiadła się na tyle wygodnie, na ile pozwalało prymitywne siedzisko, i nonszalanckim gestem oparła łokieć na blacie. Wzruszyła ramionami i z uśmiechem powiodła spojrzeniem po upiornych twarzach.
- Oczywiście zrozumiem, jeśli nikt nie okaże się na tyle odważny... - wymownie zawiesiła głos.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Sro Paź 26, 2016 10:21 pm

Muzyka wewnątrz lokalu była dosyć typowa dla średniowiecznej karczmy. Kwestia tego, że nigdzie nie widać było grajków, a same dźwięki dochodziły z jakiegoś kryształu, który był podwieszony pod jedną ze ścian. Nie widać go było przez tamte otwory, gdyż był tuż po prawej od wejścia. Drugi identyczny kryształ był po lewej stronie i dzięki temu dźwięk rozchodził się równomiernie po całej karczmie jednak nie przeszkadzał gawędzić z karczmarzem, gdyż tam właśnie odgłosy były najcichsze. Nieumarli na moment spojrzeli na Jen, podniósł się nawet szept przy niektórych stolikach, że ork zawitał do karczmy. Najwyraźniej orkowie nie byli tutaj mile widziani, bo nawet karczmarz krzywo spojrzał na Zieloną. Nie wiedzieć jednak czemu, mogło się zdawać, że takie spojrzenie rzuca każdej osobie, która wejdzie do tego przybytku.
W powietrzu czuć było rum, nieumytych i martwych piratów oraz zapach gotowanego mięsa. Jednak długo nie gapili się na Hulczycę bo zaraz wrócili do swoich zajęć przy stołach. Pili i robili dokładnie to co za życia. Po prostu się bawili jak na piratów w karczmie przystało. Czasami jeden drugiemu przygrzmocił kuflem i trzeba było zbierać szczękę takiego delikwenta z podłogi. Oczywiście zaraz po tym szli po kolejkę i chlali dalej. Co dziwniejsze najwyraźniej jakoś alkohol sobie przyswajali, bo podłoga była sucha. No może od czasu do czasu znalazła się plama wymiocin i żółci, którą zostawiał po sobie zwracający zombie.
- Witaj. Jestem karczmarzem bo to jest karczma, a nie gospoda – powiedział pirat przecierając jeden z kufli dosyć zużytą szmatą. Zaraz potem zerknął na mapę – Ha! Jakom Czarnobrody, postrach siedmiu mórz mogę powiedzieć, że fatalnie rysujesz mapy. Linia brzegowa wyspy jest za bardzo wysunięta, zresztą nie jestem kartografem by to poprawiać samemu arrr. Jednak jeśli mam coś gadać to… nie za darmo – potarł palcami znacząco. No tak, w końcu żaden karczmarz nie zrobi niczego za darmo bo byłoby za łatwo. Interes musi się kręcić. Na samo wspomnienie o skrzydlatej gwardii splunął tylko przez ramię i odpowiedział – Piwa wrzosowego nie ma. Jest tylko rum, a skrzydlata gwardia będzie kosztować ekstra – powiedział opierając się łokciami o ladę – Zresztą jakim tam mroku, dzień jak co dzień szczurze lądowy. Odkąd tu przybyłem w 1718 roku to nic się nie zmieniło. Wszystko było tak jak jest obecnie arr – sprostował. Taka atmosfera najwyraźniej była tu normą. Pirat pogłaskał się po swojej brodzie i głowa nieco mu się przechyliła. Druid mógł ujrzeć, że łeb pirata jest prawie odrąbany. Widać było wszystkie kręgi oraz mięso, a ten jak gdyby nigdy nic po prostu złapał się za czoło jedną ręką i umieścił głowę w normalnej pozycji. Lekko strzykając kręgami szyjnymi przy tym.
Tymczasem do zakładów Jen początkowo nie było chętnych, ale wystarczyło że wspomniała o hazardzie i piraci się zapalili do tego. Znaczy część, bo akurat przy stoliku, do którego się dosiadła to piratami była najwyraźniej tylko trójka sądząc po stroju oraz przyczepionych do boku szablach. Reszta wyglądała jak robotnicy portowi. Trochę martwi robotnicy portowi, którym brakowało czasami elementów twarzy w postaci skóry, oczu, a nawet języka. Jeden z takich tęższych nawet spróbował się z Jen, ale nie stanowił większego problemu. Napierał jednak w pewnym momencie kobieta mogła poczuć, że tamten się przewraca, a w jej dłoni zostaje… ręka, która dalej się zaciskała. Pirat tylko siarczyście zaklął pod nosem, a towarzysze go wyśmiali, jednak kodeks piracki zobowiązywał by przegrany zakład opłacić. Rzucić przed Zieloną dziwnie wyglądającą monetę. Zrobiona z brązu, nieco brudna z niewielkim rubinem na środku. Oczywiście znalazło się jeszcze dwóch takich, którzy również chcieli się spróbować jednak skończyło się to podobnie. Na pomówieniach, że z orkami to nie ma zabawy i niech się udławi tą monetą. Byłoby wszystko pięknie ładnie, gdyby nie to, że po tych trzech przegranych klienci po prostu przestali się zakładać. Wstał za to jeden z zakapturzonych, którzy siedzieli przy jednym stoliku i podszedł do Jen. Zepchnął z beczki poprzedniego przeciwnika Zielonowłosej z taką siłą, że ten wpadł na ścianę. Przysunął się i wyciągnął szponiastą łapę. Miał na niej rękawicę z zadbanego srebrnego metalu dlatego wyglądała jak szpony. Pod płaszczem chyba miał jakiś plecak czy coś takiego, bo odstawał mu tam materiał po jednej stronie. Musiało to być znacznie większe niż taki przeciętny tornister, może jakiś miecz czy coś takiego? Musiało to być coś tej wielkości patrząc na to, że zaczynało się na wysokości głowy, a kończyło przy udzie patrząc na wzrost osobnika, który mierzył równe 190 cm.
Widać za to było jego twarz z pod kaptura. Lekko różowa cera, ostre rysy twarzy, lekko szpiczasty nos oraz szkarłatne tęczówki. Miał również lekko siwe włosy, krótkie oraz lekko szpiczaste uszy jak u jakiegoś elfa. To tyle z tego czego nie zasłaniał płaszcz, który okrywał ciało jej przeciwnika. Zakapturzona sylwetka, z którą siedział miała lekko opuszczoną głowę przez co nie można było dostrzec jej twarzy, jednak na pewno była zwrócona w ich stronę. Jakby obserwowała. Była najpewniej nieco niższa od tej osoby, z którą się siłowała Jen. Najpewniej o jakieś pół głowy.  
- Szykuj się na przegraną orku – rzucił lekko chrypliwym, twardym głosem, a kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Rzecz jasna kiedy sama walka by się zaczęła to Jen mogłaby poczuć znaczny opór oraz to, że przeciwnik również nie należy do najsłabszych. Nawet ta jego zbroja nie trzeszczała pod naporem coraz to większej siły obu osób. Co innego powiedzieć o stole, który zaczął złowrogo skrzypieć przy większym nacisku. Wyglądało na to, że ten przeciwnik tanio skóry nie sprzeda i chyba szczęśliwa passa Zielonej może się skończyć. Był to jednak swoisty impas bo najwyraźniej szli na równi jeśli chodzi o siłę. Kiedy Jen zwiększała nacisk, on również to robił. Niebawem wokół tego pojedynku zaczęłi się zbierać gapie z sąsiednich stolików. Był to nie tyle konkurs siłowy, a wytrzymałościowy najwyraźniej i tu wytrzymałość zawiodła. Nie Jen, ani nieznajomego, a stołu. Pękł w pół i wszystko z niego spadło na podłogę.
- Hej! Zapłacicie za to! - wywrzeszczał Czarnobrody wymachując złowrogo szablą, którą wyciągną spod lady. Osobnik siedzący przed Jen tylko spojrzał na niego i rzucił złotą monetą z diamentem w środku w jego kierunku. Pirat zręcznie złapał lecący pieniążek i schował go sobie do kieszeni, zaś sam nieznajomy zdjął z siebie płaszcz i rzucił nim prosto w Jen. Widać teraz było cały pancerz, który miał na sobie. Miał na sobie sporo czarnych oraz białych elementów. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak skórzany pancerz ze sporą ilością ostrych krawędzi. Od łokcia prawej ręki do ramienia ciągnął się czerwony materiał, zaś lewa ręka chroniona była czerwoną skórzaną rękawicą o podobnym kształcie do tej metalowej. Poza tym pancerz miał całkiem niecodzienny kołnierz zaś nagolenniki były najpewniej z tej samej stali co prawa rękawica. Jednak to nie pancerz czy sam wygląd nieznajomego, a nawet jego czyn, nie wywołały poruszenia wśród piratów co śnieżnobiałe skrzydło po prawej stronie. Opierzone niczym u ptaka. Najwyraźniej to było schowane pod płaszczem i to tak bardzo przeraziło piratów, że lokal momentalnie opustoszał. Wszyscy poza jedną osóbką w płaszczu, która siedziała przy stoliku, z którego przyszedł tamten oraz oprócz karczmarza. Nie przeszkadzało mu, że bywalcy się zmyli bo dostał najwyraźniej coś dużo bardziej wartościowego niż tamte drobniaki. Niewiele mówiąc, Białoskrzydły po prostu zignorował Zieloną i wrócił do swojego stolika sączyć zawartość swojego kufla. Jak teraz karczma opustoszała to okazało się, że pod stołem jednego ze stolików leżał jeszcze jeden pirat, który właśnie się obudził i podszedł do lady zamówić rum. Miał na głowie czerwoną chustę, a zamiast nogi drewnianą protezę. Do tego miał hak zamiast lewej ręki i brakowało mu prawego oka. Karczmarz go obsłużył, a następnie pirat z zacieszem na swoim zombiakowym ryjku udał się do wolnego stolika.
Nieznajomy:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Lada   Czw Paź 27, 2016 8:24 am

Lvelias raz jeszcze spojrzał na pirata. Czarnobrody! No tak, wypisz wymaluj jak na starych rycinach. Teraz wiedział skąd kojarzył charakterystyczną twarz. - Daj nam sekundkę, coś się zorganizuje - odpowiedział karczmarzowi na jego pytanie o zapłatę za wikt i informacje. Kilka z nich mimowolnie kapitan udzielił już za darmo. Kalendarze tir na Nog, oraz ludzkie różniły się od siebie bardzo, ale i tak wiedział jaki szmat czasu upłynął od 1718 roku. Z jednej strony znaczyło to że zło na wyspie jest naprawdę wiekowe. Z innej zaś, po takim czasie dopiero jeden z punktów stracił swoją moc, więc więzienie dobrze spełniało swoją funkcję. Druid nie był tylko pewien czy do dobra informacja, czy zła.
Dłubał sobie dalej spokojnie przy busolach puszczając mimo uszu zaczepne odzywki piratów i sporadyczne odgłosy trzaskania kości. Przez chwilę rozważał żeby się nie odwrócić i wytłumaczyć znowu że Jen nie jest orkiem, ale uznał to za próżny trud. Poczuł lekkie uczucie zazdrości, że postura towarzyszki przykuła więcej uwagi, niż jego poroże, do którego przyzwyczaił się że na ogół zdumiewało ludzi, nawet w jego kraju. Zbeształ się jednak szybko za te myśli. Dziękował w duchu za tę rzadką chwilę normalności, gdzie mógł odprężyć się nie czując na sobie pogardliwych spojrzeń i nie koncentrując się na zaklęciu ukrywającym poroże. To, że na rzadką chwilę normalności musiał czekać aż trafi do karczmy pełnej nieumarłych piratów w towarzystwie gigantycznej zielonej kobiety na wyspie nieustającego mroku, skąd nie ma znanych sposobów ucieczki wiele mówiło o jego życiu.
Przerwał pracę dopiero gdy charakterystyczny chrapliwy głos rzucił wyzwanie jego towarzyszce. Odwrócił się na zydlu i spojrzał w ich stronę. Tłumek zbierający się wokoło sugerował ciekawe przedstawienie. Oczywiście druid rozpoznał w kobiecie She-hulk, znaną nowojorską bohaterkę już jakiś czas temu, jednak nie dawał tego po sobie poznać. Z tego co o niej słyszał niewielu było w stanie mierzyć się z jej siłą. Już miał zamiar ruszyć w ich stronę, żeby na własne oczy zaobserwować to niecodzienne zjawisko, ale stół wykonany pewnie z tych samych materiałów co reszta miasteczka pękł szybciej niż sami zawodnicy i pojedynek został przerwany. Narzekania typowych klientów karczmy szybko zamieniły się jednak w okrzyki grozy, gdy przeciwnik Jennifer odrzucił płaszcz i ukazał się wszystkim w pełnej krasie. Lvelias pamiętając o przestrodze wyspiarki i przeczuwając co mógłby zobaczyć szybko odwrócił wzrok. Nie był pewien czy patrzenie na skrzydła tych istot jest niebezpieczne, czy po prostu niegrzeczne, ale wolał dmuchać na zimne. Ciekawość jednak wzięła górę i druid wyciągnął z kieszeni kurtki telefon, po czym konspiracyjnie cyknął w tamtą stronę fotkę spod ramienia. Gdy wyglądająca na cenną moneta wylądowała w dłoni karczmarza zagadał - Czy po odjęciu wartości stołu starczy na moje pytania, skromny posiłek i dwie butelki tego wspaniałego rumu, o którym wszyscy mówią? - zagadnął z miną osoby, która dokładnie przewidziała jak to się wszystko potoczy, a wręcz planowała to od początku. Jeżeli jego prośba nie zostanie spełniona, będą musiały wystarczyć drobniaki załatwione przez zieloną. Lvelias schował jedną z butelek wraz z porozrzucanymi po ladzie szpargałami do plecaka, a drugą otworzył. Napełnił szklanice swoją i Jen, po czym wzniósł kielich do jednorękiego, jednonogiego, jednookiego pirata, który właśnie pojawił się przy ladzie, oraz do jednoskrzydłego jegomościa przy stoliku dalej, który prawdopodobnie postawił im właśnie kolację.
Gdy pirat odpowiedział na jego pytania, a oni mogli w spokoju zająć się jedzeniem, druid przyjrzał się płaszczowi, który Jennifer dostała od półanioła. Jeśli miał jakieś nadnaturalne właściwości, dobrze byłoby o tym wiedzieć, zanim przypadkiem się zmanifestują. Oczywiście mógł to też być zupełnie normalny płaszcz, który tamtej dał jej dla okrycia uroczej piżamki w kotki. Druid też miał zamiar oddać swoją kurtkę zielonej w podzięce za kolację, ale widać teraz ten gest nie był już potrzebny. Z drugiej strony czuł się nie na miejscu, poruszając się po tym miejscu w stroju motocyklowym, i głupio mu było tłumaczyć wszystkim że jest druidem w nieodpowiednim stroju. Po chwili namysłu zdjął swoją kurtkę i rzucił na stół.
- Zamienimy się? - rzucił krótko zielonej wskazując na jej płaszcz z kapturem. - Mogę dorzucić amulet chroniący przed ugryzieniami aligatorów.- Teraz gdy zdjął kurtkę widać było jego zielony t-shirt z wielkim napisem "I ❤ Tir na Nóg"
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk



Liczba postów : 68
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Paź 30, 2016 11:02 pm

Seria krótkich i boleśnie jednostronnych pojedynków z nieumarłymi marynarzami nie była nawet w połowie tak opłacalna, jak Jen miała nadzieję. O jakiejkolwiek satysfakcji z wygranej również nie mogło być mowy, ale ostatecznie nie po to tu przyszła. Kilka zarobionych drobniaków wrzuciła do kieszeni, mając nadzieję, że wystarczą przynajmniej na ciepły posiłek dla niej i jej rogatego towarzysza.
Już miała wstać od stołu i sprawdzić jak wiedzie się Lveliasowi, kiedy zakapturzony osobnik z rozmachem dosiadł się do jej stolika, brutalnie zrzucając z beczki poprzedniego lokatora. Jen zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów, oceniając siłę przeciwnika. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kogo musiałaby się obawiać, ale szponiasta rękawica otulająca dłoń nieznajomego zaniepokoiła ją. Ktokolwiek przesiadywał w barze w metalowym pancerzu, nie należał do osób, które należy lekceważyć.
- Nie jestem orkiem, Aragornie, ale pokaż, co potrafisz – rzuciła jeszcze z lekkim uśmiechem, nim przystąpili do pojedynku.
Nie wiedziała, czego się spodziewać, a nowy przeciwnik zaskoczył ją tak bardzo, że ze zdumieniem spojrzała ponad ich złączonymi rękoma w  przysłoniętą kapturem twarz. Spostrzegła dziwne czerwone tęczówki mężczyzny i nietypowy odcień jego skóry. Kim on do diabła był? Na palcach jednej dłoni mogła policzyć znane jej osoby, które dorównywały jej siłą, a jego na tej liście nie było. Przez głowę przemknęło jej, że może mieć to coś wspólnego z rękawicą, na którą wcześniej zwróciła uwagę.
Impas trwał w najlepsze. Za każdym razem, kiedy zwiększała nacisk na jego ramię, jej przeciwnik zdawał się natychmiast dostosowywać do poziomu jej siły. Jen zaczynała zastanawiać się w co tym razem się wpakowała i jak mogłaby wybrnąć z tego z nienaruszoną dumą, kiedy wszystko raptownie dobiegło końca w fontannie drzazg i przy akompaniamencie pękającego drewna.
Nieco oszołomiona nieoczekiwanym remisem wpatrywała się w rywala, który nagle powstał i cisnął w nią zerwanym z ramion płaszczem. Jen złapała tkaninę w locie, nie spuszczając mężczyzny z oka. Nawet pomijając pojedyncze skrzydło, uroda nieznajomego była egzotyczna i bez wątpienia nieludzka. Jen nie podejmowała się nawet zgadywania, do jakiej rasy mógł należeć, jednak nie potrzeba było wielkiej wyobraźni, by połączyć go z organizacją, o której słyszeli od Ginthrydy. Najwyraźniej Skrzydlata Gwardia nie nazywała się tak bez powodu. Prawniczkę ciekawiło, w jaki sposób nieznajomy utracił drugie skrzydło, nie sądziła jednak, by dobrze przyjął tak bezpośrednie pytanie. Kiedy lokal zaczął się wyludniać w przyspieszonym tempie, a jednoskrzydły, rzuciwszy barmanowi monetę, wrócił jakby nigdy nic na swoje miejsce, Jen skinęła mu głową z uznaniem (w pełni licząc się z tym, że jako domniemany ork zostanie zignorowana) i podeszła do stojącego przy ladzie Lveliasa.
- Szukajcie a znajdziecie – stwierdziła filozoficznie, zerkając w stronę siedzącego pod ścianą jednoskrzydłego i jego kompana. – Jeżeli sam jego widok zrobił takie wrażenie na klienteli, wyobrażam sobie, do czego zdolni są w walce.
Oparła łokieć na ladzie, przyjęła od druida napełnioną szklankę, powąchała trunek i pociągnęła ostrożny łyk, nieco obawiając się mocy rumu, którym z takim zapałem raczyli się piraci-zombie. Nie zamierzała jednak zaglądać darowanemu koniowi w zęby. Naprawdę potrzebowała drinka. Miała tylko nadzieję, że barman poda im do alkoholu coś, co przynajmniej wygląda na jadalne, bo picie tej podejrzanej cieczy na pusty żołądek nie wydawało się dobrym pomysłem.
- Ciekawa jestem, jak skończyłby się nasz pojedynek, gdyby stół wytrzymał – zastanowiła się na głos i rzuciła barmanowi przepraszające spojrzenie.
Nagłe pytanie Lveliasa wyrwało ją z zadumy. Uświadomiła sobie, że cały czas trzyma w wolnej ręce płaszcz nieznajomego. Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
- Sądzę, że szaty z kapturem to bardziej twoja działka. Dawaj tę kurtkę. Za amulet jednak podziękuję.
Po dokonanej wymianie zarzuciła na grzbiet skórzaną kurtkę, uważając, by przypadkiem jej nie rozerwać. Nie skomentowała koszulki, którą miał na sobie jej towarzysz, choć hasło ją zaintrygowało. W odróżnieniu od druida nieszczególnie przejmowała się niedopasowanym ubiorem, z przyjemnością jednak zakryła pokaźnych rozmiarów rozdarcie na plecach. Szkoda. Naprawdę lubiła tę piżamę.
Zajrzała znów do swojej szklanki i powoli zakręciła znajdującym się tam płynem. Westchnęła i spojrzała pytająco na Lveliasa.
- Czego się dowiedziałeś? Sądzisz, że jest sens zagadywać tamtych dwóch? Jeśli tak, chyba lepiej będzie, jak ty zaczniesz. Ja nie jestem nawet pewna co tu przed chwilą zaszło. – Pokręciła głową, powiodła spojrzeniem po niemal opustoszałym wnętrzu i zniżyła głos. – W tym gościu jest coś dziwnego. Możesz zrobić te swoje czary mary i stwierdzić, czy jego zbroja ma jakieś specjalne właściwości? Na przykład zwiększa siłę noszącego? – zapytała, czując lekkie zakłopotanie na myśl, że właśnie prosi rogatego druida o ekspertyzę w kwestii, no cóż, magii. Z drugiej strony, nieznajomy wcale nie musiał się nią posługiwać. Stark nosi pancerz czyniący z niego niemal nadczłowieka, prawda? Jego potrafiłaby pokonać. Nie było powodu do niepokoju. A jednak nie mogła przestać się zastanawiać o co chodziło w całym tym pokazie siły i dramatycznym ujawnieniu się jednoskrzydłego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Pon Paź 31, 2016 12:37 am

Po spokojniejszym dłubaniu Druid mógł znaleźć elementy, które nie są zespolone w całość. Właściwie to wszystkie elementy, które trzymały tarczę busoli w miejscu, bo cała obudowa najwyraźniej była w jakiś sposób połączona. Nie widać było żadnych śrub trzymających więc może jakaś magia trzymała resztę w kupie. Na pewno w jakiś sposób można było otworzyć samą obudowę jednak najpewniej nieumiejętne zrobienie tego mogło doprowadzić do uszkodzenia przedmiotu. Sam kompas chyba był tylko takim mniej istotnym dodatkiem, a ważniejsze rzeczy zamknięte były w obudowie. Tarcza kompasu przytrzymywana była przez igłę, która zaczepiała się o coś we wgłębieniu i dzięki temu mogła wykonywać obroty. Najpewniej najłatwiejszym elementem do zepsucia była właśnie tarcza busoli i dlatego została tak zaprojektowana by nie pełnić żadnej istotnej funkcji poza pokazywaniem kierunku. Za to w każdym wgłębieniu gdzie osadzano tarcze był również pewien znak. Najwyraźniej był to swoisty podpis rzemieślnika, który wyglądał jak dwa młoty skrzyżowane ze sobą nad kowadłem. Najpewniej każda z busoli była robiona ręcznie przez jedną osobę, a z drugiej strony wydawać się mogło, że obie są identyczne jak produkcja masowa. Czarnobrody zresztą nawet patrzył ciekawie co tam Lvelias rozkręca, ale najpewniej też nie wiedział czyj to podpis. Zresztą skąd wiekowy pirat miałby znać tajniki magii?
Karczmarz za to miał dylemat. Czy powinien uznać tą zapłatę na koszt Druida czy może jednak nie? Cóż najwyraźniej postanowił dziś mieć dobry nastrój i nieco naciągnąć klientów dlatego dla Jen i Lveliasa wyciągnął dwa kubki, do których nalał rumu z butelki. Bardzo wiekowej butelki, która nawet wyglądała podobnie do tych jakie Shulkie widziała na szczycie tamtej latarni. Każda z nich podpisana była „Kapitański” w tym języku, który Rogaty już sobie częściowo odszyfrował. Nie wiadomo czy butelka po prostu należała do kapitana jakiegoś statku czy może po prostu była to jakaś stara marka rumu, jedno było pewne – dwie butelki na dwoje oraz bardzo skromna strawa w postaci półmiska czarnego, suszonego mięsa wraz z twardym chlebem, którym najpewniej można wbijać gwoździe. Nie był jednak zepsuty, a po prostu czerstwy.
- Żaden, nawet najbardziej zuchwały pirat nie chciałby zostać z nimi sam na sam – skomentował słowa Jen Czarnobrody – Polują w nocy na wszystko co żyje w lesie i ma chociaż trochę inteligencji. Podobno mężczyźni z ich rasy potrafią ciskać głazami jakby były poduszkami puchowymi, zaś kobiety są ekspertami w magii oraz polowaniu. Słyszałem plotkę, że potrafią z kuszy ustrzelić cel wielkości dukata dwie mile morskie dalej – skoro informacje były częściowo opłacone, a klientela nie paliła się do powrotu najwyraźniej to karczmarz mógł co nieco powiedzieć. Nawet jeśli potem policzy sobie ekstra. Chociaż rum mimo, że wiekowy to nie stracił smaku i nawet był lepszy niż większość tego typu produktów kupowanych w markecie. Może faktycznie metka pirackiego rumu jednak zobowiązywała?
- Kiedyś widziałem jak dwóch wojowników oraz jedna kuszniczka z ich rasy zabili potwora morskiego wielkości galeonu. Nie był to Kraken, ale tak samo paskudne stworzenie. Z tego powodu też nikt nie wchodzi do morza – to chyba również miał odpowiedzieć na pytanie Jen w kwestii pojedynku. Skoro dwóch mężczyzn i kobieta dało radę zabić coś tak wielkiego w wodzie to pojedynek mógłby być ciekawy zakładając, że stół by wytrzymał.
Oczywiście przez całą rozmowę uszy skrzydlatego były postawione jakby nasłuchiwał, a gdy tylko Jen wspomniała o możliwym oszustwie to chyba najwyraźniej to usłyszał i aż wstał. Nie wyglądał na zadowolonego, a sądząc po zaciśniętej pięści oraz gniewnej minie najpewniej doszłoby do bójki gdyby nie osoba siedząca z nim przy stoliku, która chwyciła go za nadgarstek i pokręciła przecząco głową. Dla pewności chyba nawet rzuciła jakiś czar bo cieniste okowy owinęły się wokół nóg wojownika. Kiedy usiadł zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Co zaś tyczy się ewentualnych oględzin zbroi to nie wyglądało by pancerz miał jakieś właściwości magiczne. Miał kilka punktów energetycznych, które najwyraźniej pokrywały pancerz jakąś dodatkową warstwą ochronną, ale na pewno energia miała tu raczej za zadanie chronić noszącego. Miała strukturę takiego typowego pola magicznego,
Karczmarz tylko nachylił się lekko w stronę Jen i szepnął – Nie radzę ich prowokować. Cenią sobie honor ponad wszystko i prędzej taki zdechnie niż się podda. Zwłaszcza mężczyźni, dla których pojedynek jest rzeczą świętą. Gorzej kobiety, które podobno potrafią zamordować z zimną krwią swoje konkurentki za pomocą trucizny albo… - tutaj nie było mu dane dokończyć, gdyż w głowę pirata coś uderzyło skutkujący tym, że odpadła ipotoczyła się po podłodze. Najwyraźniej to był kufel, a drobniejsza sylwetka po prostu nim rzuciła sądząc po braku jednego przy ich stoliku. Ciało Czarnobrodego zaczęło szukać zguby na podłodze klęcząc i macając na ślepo. Taką oto scenkę mógł zastać wchodzący Sly do karczmy. Oczywiście widać było całe wnętrze szyi pirata. Kręgi szyjne, mięśnie, praktycznie wszystko to co zwykle człowiek tam ma po odcięciu głowy. Nie poleciała żadna fontanna krwi, a samo mięso było zatrzymane w stanie rozkładu jednak nie rozłożyło się przez te kilkasetek lat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sly



Liczba postów : 114
Data dołączenia : 04/10/2015

PisanieTemat: Re: Lada   Pon Paź 31, 2016 6:49 am

Nathan udał się w stronę karczmy. Pochodnie się zapalały na jego drodze. Idąc tak, zauważył jakieś dziwne zwierze chowające się w mroku. Koto jeleń? Czy ta wyspa nie była swoistym Czarnobylem? Nieważne. Na wszelki wypadek wydobył pistolet RIP Deckena, oraz wsunął dynamo do ręki. Iskry zaczęły skakać po ręce. Powoli i spokojnie, z każdym ruchem coraz silniejsze. Idąc tak, liczył na odstraszenie wrogów gdyby jakiegoś zobaczył.
Gdy doszedł do karczmy, stanął zdumiony
~Rozumiem że iskry na mojej ręce są zaskakujące, ale żeby aż tak? Przecież jeszcze nie wszedłem~Pomyślał cynicznie. Zaraz jednak spoważniał. Co mogło przerazić tych piratów na tyle mocno, żeby wyskakiwali z karczmy? Powoli podszedł do drzwi. Stanął tuż obok nich, przylegając do ściany plecami. Pistolet był skierowany w dół. Po chwili wszedł, celując z broni, z lewą ręką uniesioną i gotową do uderzenia. Widok jednak nieco "mocno" go zaskoczył. Spodziewał się nie wiadomo czego, a zastał tylko bezgłowego karczmarza szukającego własnej głowy, jakiegoś faceta w płaszczu, jakąś orczycę (albo hulka, choć jakoś w to wątpił. Co miałby robić Hulk w takim miejscu?) W T-Shircie... I... gościa z jednym skrzydłem, który siedział przy stoliku z kapturem na twarzy. Nie wyglądało to strasznie, raczej zabawnie. Opuścił pistolet i wsunął go do kieszeni płaszcza. W zasadzie to sam wyglądał tutaj dziwnie, pasując do tej zgrai. Podszedł do lady, i dalej z iskrami na lewej ręce, dosiadł się. Przeszukiwał zawartość kieszeni, w poszukiwaniu czegokolwiek do sprzedania. Puste magazynki zostały na "Holendrze" o ile ktoś ich nie sprzątnął. SRki nie bardzo mu się uśmiechało sprzedawać. Zresztą, co by z nią tutaj zrobili? Tak więc siedział przy ladzie, z ręką naelektryzowaną i mieczem na plecach.
-Nie. Nie jestem wiedźminem.-Powiedział do faceta w T-shircie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Lada   Wto Lis 01, 2016 3:54 pm

Lvelias kilka razy szturchnął swoją porcje mięsa nożem, po czym obsypał je obwicie jakimś ziołem, które wyjął ze swojej torby.
- ...nieodpartego uroku osobistego. - Dokończył po czarnobrodym, gdy ten zaczął zbierać swoją głowę z podłogi. Nie obejrzał się nawet skąd nadleciał przedmiot. Z radością przyjął od She-hulk pelerynę i narzucił ją sobie na plecy. Nie zapinał jej, tak by wciąż było widać jego koszulkę.
Zapytany o opinie w kwestii mocy skrzydlatych istot spojrzał w ich stronę. Ze zdziwieniem odkrył iż oni także wymykają się jego zmysłowi. Znaczyło to że nie pochodzą ani z Ziemi, ani z Avalonu. Zdziwiło go to niemało, ale postanowił przylepić temu mentalną metkę "ciekawe, choć nie kluczowe" i ograniczył się tylko do wzruszenia ramionami. - Jest taka szansa. Nigdy nie można wykluczyć wpływów nadprzyrodzonych. Musiałabyś mu ją jednak odebrać, żebym miał pewność. Osobiście wierzyłbym w opowieść naszego gospodarza. - Złapał mięso rękoma i już miał się w nie wgryźć, gdy coś przykuło jego uwagę. Odwrócił się i zaczął jakby wytrwale wpatrywać się w coś na zewnątrz. - A niech mnie! - rzucił wyjaśniająco - Nie wszyscy w tej wiosce są już dawno po dacie ważności. Właście zmierza do nas ktoś z twojego świata Jen. 3...2...1... - W tym momencie do pomieszczenia wszedł futurystycznie wyglądający jegomość z metalową ręką, po której skakały iskry, cały obwieszony bronią. - To wielka szkoda. Przydałby nam się Wiedźmin - posłał przybyszowi uśmiech. Druid powrócił do jedzenia, które z porcją ziół było odrobinę bardziej jadalne niż wcześniej. Tak naprawdę przyglądał się swoim magicznym zmysłem przybyszowi. Iskrząca ręka nijak nie pasowała do miejsca w jakim się znajdują. Postarał się określić czym może być przybysz, oraz czy może im w jakiś sposób pomóc.
- Prędzej czy później koniecznym będzie złożyć wizytę gwardii. - Odpowiedział w końcu na pytanie Jennifer - Równie dobrze możemy się zapowiedzieć. Nie jest jednak w dobrym zwyczaju przeszkadzać wędrowcom w posiłku. - Zerknął do stolika obok, czy tamci coś jedzą lub piją. Szczerze mówiąc samemu był strasznie głodny i na poczekaniu wymyślił tę zasadę, żeby mieć czas na dokończenie posiłku. - Brak drobnych? - zagadał jeszcze człowieka przetrzepującego swoje kieszenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk



Liczba postów : 68
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Lada   Wto Lis 01, 2016 5:56 pm

Jen zanotowała sobie w pamięci, aby na przyszłość zakładać, że wszyscy w najbliższym otoczeniu mają słuch nietoperza. Podała barmanowi jedną ze świeżo zarobionych monet.
- Kolejka dla tych dżentelmenów. Na przeprosiny – powiedziała zupełnie wyraźnie i zajęła się zawartością swojego talerza. Niestety mięso okazało się tym samym czarnym glutem, którym częstowała ich na plaży Ginthryda. Z westchnieniem nadziała kawałek na widelec i już unosiła go do ust, kiedy kątem oka dostrzegła, że elf czymś posypuje swoją porcję. Niewiele myśląc, poczęstowała się szczyptą ziół.
- Nie wyrośnie mi od tego broda ani włosy na piersi? – spytała beztrosko, idąc za jego przykładem. Niezależnie od odpowiedzi druida, była zbyt głodna, aby marnować jedzenie, które zniknęło wyjątkowo szybko, włącznie z czerstwym chlebem.
Rum za to okazał się wyborny. Zielona westchnęła z zadowoleniem, czując ciepło rozlewające się w żołądku. Od razu poczuła się bardziej odprężona. Popijając trunek przysłuchiwała się gawędzie Czarnobrodego o Skrzydlatej Gwardii, gdy ta została brutalnie przerwana strąceniem głowy mówiącego na podłogę. Jen zamarła ze szklanką w połowie drogi do ust. Widok barmana niezręcznie zataczającego się w poszukiwaniu własnej głowy był na tyle fascynujący (w pewien makabryczny sposób), że ledwo zwróciła uwagę na słowa Lveliasa i wkraczającego do karczmy przybysza.
Po kilku sekundach ulitowała się nad nieszczęsnym umarlakiem, przeskoczyła ladę i nie bez obrzydzenia włożyła w ręce podrygującego ciała zagubioną głowę.
- Nie powinieneś jej przyszyć? – rzuciła wracając na swoje miejsce. Dopiero teraz uważniej przyjrzała się nowoprzybyłemu. Wymiana zdań na temat jego ewentualnej wiedźmińskiej profesji sprawiła, że zielonowłosa parsknęła śmiechem. Iskrząca metalowa ręka trąciła nadmiernym dramatyzmem, ale gdyby to był konkurs cosplayu, facet miałby szanse na mocne drugie miejsce, zaraz za Czarnobrodym. Lvelias dostałby minusy za niepasującą do klimatu koszulkę.
Przestała się śmiać przypomniawszy sobie, że zdaniem druida ten człowiek pochodził z Ziemi i to z jej Ziemi. Mogłaby naturalnie kwestionować zasadność jego opinii, ale poruszanie się po omacku po świecie pełnym ogromnych pająków, krwiożerczych krabów, cienistych potworów, rozkładających się piratów i pół-aniołów było męczące i Jen z radością powitała okazję do uwierzenia komuś na słowo. W tym towarzystwie uzbrojony w miecz człowiek z metalową ręką był upragnionym powiewem normalności.
- Więc jaka jest twoja historia, panie Nie-jestem-wiedźminem? – zagadnęła i skinęła na barmana, prosząc o dodatkową szklankę dla przybysza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Wto Lis 01, 2016 9:20 pm

Dwójka przy stole „Gwardzistów” obróciła się w stronę drzwi. Nie wiadomo czy z powodu, że Druid wspomniał o kimś żywym czy po prostu słuch mieli na tyle wyostrzony by przez drzwi słyszeć kroki. Dopiero jak Nathan wszedł do środka przez moment te dwie osoby przy stoliku patrzyły się w jego stronę, a dopiero potem przeniosły wzrok na jego iskrzącą się rękę. Ostatecznie jednak wrócili do dokańczania swojego posiłku złożonego z paru kawałków czarnego, suszonego mięsa, który został zapity rumem postawionym przez Jen. Hojny gest chociaż tamci nie wyglądali na specjalnie wdzięcznych. Nawet ze sobą nie rozmawiali, tylko siedzieli naprzeciwko siebie w kompletnej ciszy. Nie wypili całego rumu. Po jednym kubki, a resztę butelki schowała niższa postać do wnętrza płaszcza. Sądząc po dłoni, która była otulona śnieżnobiałą rękawicą o podobnym kroju do zbroi skrzydlatego, pewnie była kobietą. Różnica tylko w jej rękawicy była taka, że to ewidentnie był jakiś materiał, a nie metal. Miała odsłonięte palce, krótko przycięte, a zarazem wypielęgnowane paznokcie. Palce miała długie oraz smukłe. Odcień skóry miała lekko różowy.
Swoją drogą Lvelias i Jen po spróbowaniu mogli stwierdzić, że smakuje jak całkiem normalne mięso. Chyba była to nawet dziczyzna sądząc po tym charakterystycznym smaku oraz ciągnięciu się każdego kęsa. Wyglądało na to, że najwyraźniej da się tutaj żyć. Może nie z takim poziomem wygód jak współcześnie, ale najpewniej standardy są podobne do tych z XVII wieku. Nawet zapach piratów się zgadzał i częstotliwość brania kąpieli chociaż to mogła być też kwestia, że zgniłe mięso mimo zatrzymania gnicia nadal było czuć.
Kiedy karczmarz szukał swojej głowy, tamta dwójka wstała od stołu i skierowała się ku wyjściu. Najpierw mężczyzna, a potem kobieta. Otworzył drzwi, jednak nie przepuścił kobiety tylko wyszedł pierwszy, zaś ona zamknęła je za nim. W tym czasie Jen pomogła piratowi odzyskać głowę, a powietrze po wypełnił rechot jednego z piratów, który ostał się samotnie przy stoliku. Czarnobrody zmierzył go wzrokiem i gdyby wzrok mógł dezintegrować to z pirata pozostałaby kupka popiołu.
- Trudno jest szyć kiedy skóra się nie zrasta – powiedział wsadzając sobie głowę na szyję i przekręcając ją parę razy, aż kręgi załapały połączenie. Towarzyszyło temu dosyć nieprzyjemne chrupanie kości, a jedyne co pirat jeszcze zrobił to za pomocą chusty wyciągniętej z kieszeni zrobił sobie opatrunek, a może po prostu przywiązał głowę by nie spadła? Następnie ryknął w stronę śmiejącego się pirata – Renko! Psubracie stul, bo wyrwę ci język i nakarmię nim psy! – odgrażał się Czarnobrody. Jeśli faktycznie Teach był tak okrutny jak mówiły opowieści to faktycznie tą groźbę mógłby spełnić. Nawet chyba zamierzał, bo właśnie wyszedł zza lady wyciągając kordelas zza pazuchy.
Stary Renko tylko zarechotał i odpyskował wyciągając podrdzewiałą szablę zza pasa – Nie jesteś moim kapitanem! Jesteśmy na lądzie psie i dobrze wiesz co Jones zrobi jak dojdzie do bójki w jej karczmie! – powiedział wstając i to chyba Czarnobrodego faktycznie przekonało to zatrzymania się w miejscu. Gdyby gruczoły potne dawno nie zgniły to kapitana pewnie zlewałby teraz zimny pot. Co w nim wywołało taką reakcję? Wspomnienie o Jones? A może to, że karczma nie należy do niego? Nathan mógł sobie nieco rzeczy wywnioskować z obecnej sytuacji, gorzej z Lveliasem albo Jen. Rzucając siarczystą wiązankę pod nosem, Teach wrócił za ladę, a Renko spoczął na krześle dalej popijając rum. Chociaż zdecydowanie teraz miał lepszy humor sądząc po uśmiechu obnażającym jego zepsute zęby. Cóż piraci nie wiedzieli co to pasta jak również średnio dbali o ciało. Cud, że jeszcze coś ostało się w gębie któregoś z nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sly



Liczba postów : 114
Data dołączenia : 04/10/2015

PisanieTemat: Re: Lada   Nie Lis 06, 2016 1:32 pm

-Tak, niestety. Tak się kończy zostawianie gotówki w kajucie.-Odparł na pytanie o brak drobnych. Zaś na pytanie o historię zareagował sceptycznym uśmiechem.-Powiedziałbym że fascynująca, ale to zapewne się domyśliliście-Odparł spokojnie. Odpuścił przeszukiwanie kieszeni, i oparł się o blat. Zaczął się zastanawiać, czy zaufać osobą obok, czy może nie. Jednak niespodziewanie padło jego nazwisko. Podniósł głowę, gotów zareagować. Odpowiedział jednak pirat będący w karczmie. Szybkie przekopanie przez listę przodków. Jeden z nich to chyba był piratem, ale nie pamiętał konkretniej. Cholera... jak on miał na imię?
~Karczma jest od Jones? Taaaak, to wiele wyjaśnia. Między innymi dlaczego mnie do niej skierowała~Przemknęło mu przez głowę. Postanowił skorzystać z okazji, dopytać się o szczegóły. A poza tym, upewnić się co do tego czy ten przodek to jego przodek. Nazwisko mało popularne, no ale nie mógł uwierzyć że jego przodek siedzi na tej wyspie.
-Te, Renko!-Zawołał w stronę popijającego rum pirata-Na jakim statku pływałeś?-Nie przejmował się spojrzeniami. Jeśli ktoś miał trochę oleju w mózgu, to mógł wywnioskować dlaczego zareagował na nazwisko zareagował, oraz czemu z totalnego braku powodu zapytał o statek. Jeżeli nazwa będzie zgodna z tym co wiedział, jego przypuszczenia się potwierdzą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Lada   Pon Lis 07, 2016 9:39 am

Po pierwszym kęsie mięsa druid doznał gastrycznego szoku. Dziczyzna w ziołach należała do jego ulubionych potraw na świecie. Jako że sam pochodził z rejonu, w którym czas zatrzymał się mniej więcej na przesileniu ziemskich er, tutejsza wyspa stanowiła i tak spore luksusy od miejsca, w którym się wychował. Nie zdążył jeszcze tak ubezwłasnowolnić się od dobrodziejstw XXI wieku, aby nie docenić trzaskającego ognia w kominku, lekko niedopieczonej dziczyzny w ziołach i prawie nieprzeciekającego dachu nad głową.
Nie dane mu było jednak nacieszenie się strawą, gdyż ledwo obrócił się w stronę skrzydlatych inaczej towarzyszy wieczerzy, gdy tamci podnieśli się i ruszyli do wyjścia. Przeprosił na moment towarzyszy i ruszył szybkim krokiem za gwardzistami, licząc że dogoni ich zanim zanadto oddalą się od karczmy.
-Moment! Moment! Przepraszam! - rzucił za nimi, a jeśli się zatrzymali dogonił ich i dodał z ukłonem – Witajcie. Nazywam się Lvelias Thro'Ame, pierwszy druid Tir na Nog. Razem z moją towarzyszką Jenifer NowoJorską przybyliśmy niedawno do tych ziem. Jestem uzdrowicielem, oraz skromnym sługą naszej matki natury. Chciałbym zrobić co w mojej mocy, aby postarać się pomóc tym ziemiom. Na mocy prastarych praw domeny, chciałem obwieścić wam naszą obecność tutaj i liczę na wasze błogosławieństwo na działania. Niebawem planowałem wybrać się do siedziby gwardii, a nie chciałbym udawać się tam niezapowiedziany. Mogę liczyć że przekażecie swoim starszym moją prośbę audiencji, wraz z wyrazami szacunku? No to ten...miłego wieczoru. - druid znów się odkłonił.
Po pożegnaniu się ze skrzydlatymi wrócił do karczmy kontynuować wieczerzę. Przez ten czas, gdy go nie było jedzenie wcale nie stało się cieplejsze, więc zabrał się za nie ze zdwojonym zapałem, żeby nie wystygło całkowicie. Był niemal pewien że Jones, o którym mówili piraci to niesławny Davy Jones, a skoro wspomnienie jego imienia tak ułożyło Techa, to musiał być z niego kawał bydlaka.
Jedząc i przysłuchując się rozmowom wciąż przyglądał się busolom na stole. Została ostatnia rzecz, która bardzo go intrygowała, a która była bardzo istotna dla powodzenia jego planu. Mianowicie, jak to się stało, że pomimo szczelności magicznego więzienia, aż dwie z busol (o ile nie więcej) znalazły się poza barierą, mniej więcej w tym samym czasie, a co więcej, obie zawierały cienie, które magia wysp miała za zadanie zatrzymać wewnątrz? Wątpił by odpowiedź na to pytanie udało mu się uzyskać tutaj, bez lepszego sprzętu niż podróżny niezbędnik magiczny. Jednak spróbował, licząc na to że na busolach został jakiś ślad magii, który mu to wyjaśni. Jeśli mu się to nie uda, będzie musiał poszukać jakiejś magicznej pracowni z prawdziwego zdarzenia. Całe szczęście magia nie była na Shadow Isle niczym nietypowym i pewnie niedługo zajmie im odnalezienie jakiegoś warsztatu. Pytanie ile zajmie im nakłanianie jego właściciela, żeby im go odstąpił.
- To co właściwie skrzydlaci robią na wyspie? Skąd się wzięli i jaki mają cel? Po rozmowie z nimi ciężko mi uwierzyć że robią coś z dobroci serca. - zagadał jeszcze karczmarza. - To oni odpowiadają za barierę nad wyspą?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk



Liczba postów : 68
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Lada   Czw Lis 10, 2016 5:48 pm

Miejscowe jedzenie znacząco zyskało w oczach Jen kiedy przestała zwracać uwagę na jego wygląd. Smakowało zadziwiająco dobrze, nie pozostało jej więc nic innego, jak cieszyć się upragnionym posiłkiem i trunkiem. Przez chwilę rozważała pobiegnięcie za Lveliasem, który, zerwawszy się nagle od lady, pospieszył za znikającymi w drzwiach skrzydlatymi postaciami, ostatecznie jednak postanowiła tego nie robić. Druid znacznie lepiej nadawał się do roli międzygatunkowego dyplomaty, a ona swoją szansę na zrobienie dobrego pierwszego wrażenia już przegapiła.
Rozsiadła się wygodniej i popiła kęs pieczeni łykiem rumu, zerkając z niekłamaną ciekawością na mężczyznę z mechaniczną ręką.
- Naszej historii nie nazwałabym fascynującą, chyba że fascynuje cię makabra. Rogaty i ja trafiliśmy tu śladem zwłok i krwiożerczych potworów, choć ja nie do końca z własnej woli...
Posłała mężczyźnie uśmiech i znów zajęła się swoim posiłkiem. Wyjawiła mu dokładnie tyle, ile mogła, nie ujawniając jednocześnie żadnej naprawdę istotnej informacji o sobie i swoim towarzyszu. Wiedziała z doświadczenia, że aluzje i niezobowiązujące uwagi czasami skuteczniej skłaniają ludzi do mówienia, niż bezpośrednie pytania. Przyjemnie było jednak dla odmiany zamienić kilka zdań z kimś, kto nie posługiwał się magią ani nie był w zaawansowanym stadium rozkładu.
Chwilowo nie mając nic pilniejszego do roboty, zielona czerpała pełnymi garściami z tej chwili wytchnienia. Wyludniony bar okazał się wcale przytulnym schronieniem, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę to, co mogło czaić się w ciemności poza wąskim kręgiem światła tej namiastki cywilizacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry


Liczba postów : 413
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Lada   Sob Lis 12, 2016 11:40 pm

- Ja pływałem bo siedmiu morzach, byłem postrachem korsarzy oraz brytyjskiej marynarki yarr! – splunął pirat pod stół po czym Czarnobrody dodał od siebie parę groszy – Nie chrzań, pływałeś pod moją banderą i kiedy przestrzeliłem Ci kolana to jedyne do czego się nadawałeś było szorowanie pokładu – odpowiedział Teach uśmiechając się do drugiego pirata. Faktycznie jak Sly sięgnął pamięcią to coś tam mu było mówione w rodzinie, że któryś tam prapradziadek faktycznie był piratem i zginął na morzu po spłodzeniu sobie potomka. Podobno faktycznie należał do jakiejś większej bandy pirackiej, a jak miał na imię? Chyba Jonas? Coś w ten deseń, bardzo popularne imię jak na tamte czasy czyli XVIII wiek. Teraz to i Renko się wkurzył, bo zacisnął swoje palce na kuflu aż uchwyt zatrzeszczał. W każdym razie nawet się zgadzało z tym co mógł Sly słyszeć, bo banda Czarnobrodego była jedną z bardziej znanych i liczyła całkiem sporo członków załogi.
- W swojej karierze korsarza miałem znacznie lepszych kapitanów! – odgryzł się Renko – Cho no tu młokosie, stary wilk morski uraczy Cię opowieściami. Opowiem Ci jak walczyliśmy kiedyś z Krakenem! Wileka to była bestia jak trzy galeony, zatopiła wiele okrętów naszych morskich braci ale my ubiliśmy bestię beczkami prochu! HA! To były piękne czasy, tak huknęło, że prawie ogłuchłem. – wyciągnął z kieszeni jedną nieodkorkowaną butelkę rumu i postawił na blacie stolika. No i tutaj się zaczęły sztampowe opowieści jak to walczył z Krakenem, słuchał syrenich serenad i innych morskich opowiastek, które na 95% mogły być nieprawdziwe - Ah, to były piękna czasy. Kiedyś też pod banderą tamtego mieliśmy okazję widzieć syreny. Kuśka aż każdemu marynarzowi się radowała, a taką rybkę niekażdy wypuszczałby ze swoich sieci. Nie dość, że głos anielski to jeszcze ta twarz i wiesz no co... na pewno nie łuski młokosie ha! - Z grubsza takie historie opowiadało się dzieciom na dobranoc chociaż Renko ubierał je trochę dojrzalej w słowa. Kraken był wielki, trup ścielił się gęsto, a syrenie kształty zapewniały marynarzom dobre wspomnienia na samotne wieczory pod pokładem.
- Brałem też udział w przejęciu Adventure oraz kradłem statki z Chalres Town. Nawet nie wiesz jak bardzo stacjonujący tam żołnierze byli wkurzeni kiedy gwizdnęliśmy im sprzed nosa taki łup hohoho, złota i kobiet nie mogliśmy się pozbyć przez parę tygodni - Wyglądało na to, że nie miał z kim gadać dłuższy czas, bo jak skończył gadać o syrenach to zaraz zaczął opisywać bitwy morskie, w których rzekomo brał udział. Głównie pokrywało się to z wszystkimi akcjami, które historycy przypisywali załodze Edwarda Teacha więc może faktycznie należał do jego załogi.
Tymczasem Lvelias wybiegł na zewnątrz za skrzydlatymi. Na moment tamci nawet przystanęli by wysłuchać co miał do powiedzenia. Kobieta gwizdnęła i z jednego drzewa przyleciał kruk. Nie byle jaki kruczek, bo miał 3 pary oczu oraz był rozmiarowo podobny do orła. Wyciągnęła rękę, na której wylądowało zwierzę, a sama kobieta przywiązała mu do nogi niewielką fiolkę z kawałkiem papieru w środku. Wcisnęła kawałek mięsa w dziób i wysłała ptaszysko w przestworza. Spojrzeli tylko po sobie kiedy wspomniał o uzdrawianiu ziem. Wymamrotali coś między sobą i rzucili Druidowi dosyć mało poważne spojrzenie, które zwykle rzuca się komuś prawiącemu brednie lub porywającemu się z motyką na słońce.
- Błogosławieństwo? Walcz o przetrwanie i dowiedź swojego prawa do życia. To jedyne co musisz na tych ziemiach wiedzieć. Walka z plugastwem na tej wyspie jest jak hydra. Odetnij jedną głowę, wyrosną dwie kolejne – odezwała się kobieta chłodnym tonem. W czasie rozmowy jej towarzysz poszedł na tył karczmy, najwyraźniej w kierunku jakichś stajni czy coś takiego. Może wróci z końmi?
- Możemy was zaprowadzić do Katharsis pod warunkiem, że nie będziecie opóźniać naszej podróży. Przy pierwszej oznace zagrożenia po prostu was zostawimy – skomentowała i chyba to miało oznaczać tyle, że mają się ruszać dosyć szybko. W sumie jest tak jak już im powiedziano. Tutaj panowała zasada najsilniejszego i tylko ci wyżej mieli przywilej ustalania praw. W mroku błysnęły jej czerwone oczy, a lekko różowa karnacja mieniła się w świetle, które wydzielała karczma. Kobieta na jednym z policzków miała tatuaż w kształcie łzy. Miała go tuż pod lewym okiem, a łza była koloru czerwonego. Najwyraźniej tatuaż został wykonany by zakryć jakąś bliznę, bo widać było lekką nierówność skóry w tamtym miejscu.
W końcu mężczyzna wrócił z czymś co nie było końmi. Obok siebie prowadził dwa chyba wilki. Stworzenia wyglądały jakby były utkane z czystego mroku, a na siebie zarzucone miały płyty ostrego pancerza. Przy bokach natomiast doczepione miały sakwy podróżne. Każdy z wilków był tak samo opancerzony. Krój pancerza był bardzo podobny do tej zbroi, którą nosił mężczyzna. Kwestia tego, że materiały na pewno były znacznie tańsze patrząc po tym, że stal wyglądała na ciężką. Chociaż nie można było odmówić rzemieślnikowi, który je wykonał umiejętności, gdyż ornamenty przypominające skrzydła na prawych bokach wyglądało naprawdę nieźle. Jakby były wycięte za pomocą plazmy przez współczesne komputery. Płyty pancerza były na witalnych punktach, czyli boki, lżejsza warstwa na podbrzuszu, nogi oraz łapy no i oczywiście pysk. Każde ze stworzeń na czworaka było wysokości około półtora metra. Najwyraźniej sądząc po siodle to na tych stworzeniach jeżdżono co potwierdzały również dobrze umięśnione łapy wyposażone dodatkowo w ostre pazury. Zręcznym ruchem mężczyzna wskoczył na swojego wilka zaś kobieta do swojego zaczęła podchodzić, pogładziła go po czarnym pysku niczym pupila i zaczęła sprawdzać uprzęże na swoim wierzchowcu. Wilk położył się by nieco ułatwić jej zadanie. To najpewniej da Druidowi kilka chwil na reakcję. Z tych zwierząt czuć było bardzo podobną aurę do stworzenia, które jeszcze niedawno wrzucili do ogniska.  
Karczmarz natomiast wzruszył ramionami. Nie miał bladego pojęcia kto dokładnie zbudował barierę oraz po co skrzydlaci byli na wyspie. Dla niego ten stan rzeczy był naturalny, bo istniał na długo przed tym niż Czarnobrody tutaj przybył. Wiadomo było tylko to, że Skrzydlaci polują na co potężniejsze stworzenia dla sportu bo ich to kręci. Im potężniejszy przeciwnik tym większa chwała potem. Cóż jednak pocznie Druid ze świadomością, że tamci niebawem najpewniej wyjdą poza teren miasta? I to na dodatek w nocy, kiedy rzekomo zagrożenie jest największe!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Lada   Czw Lis 17, 2016 11:49 am

Lvelias z zaciekawieniem obejrzał wierzchowce przyprowadzone przez mężczyznę. Do tej pory zakładał że bestie cienia stanowią jedynie wynaturzenie i niebezpieczeństwo, a tu proszę, dwa cieniste wilki, przykładnie odchowane pod wierzch. Nie zastanawiał się długo nad jej propozycją. Jeśli mieli się stąd wydostać potrzebował pracowni maga z prawdziwego zdarzenia, a chyba nigdzie nie ma na nią takiej szansy jak w twierdzy tych potężnych istot. Nawet jeśli nie, to prawdopodobnie nikt inny nie zapozna go lepiej z tym co ma miejsce na wyspie.
- To zbytek łaski z którego z radością skorzystamy. - raz jeszcze odkłonił się grzecznie kobiecie. - Pozwól mi tylko zebrać moich towarzyszy.
Druid pośpiesznie wrócił do chaty, w której teraz nie został prawie nikt poza jego towarzyszką. Wrócił do karczmy akurat na kolejne zwrotki morskich opowieści serwowanych przez piratów. Nie był niestety świadkiem reakcji Sly'a na nazwisko ostatniego pirata. Podszedł do lady i wcisnął nadającą się do tego resztkę kolacji do torby.
- Zbieramy się – rzucił szybko do Jennifer. - Skrzydlaci zdecydowali się zaprowadzić nas do swej siedziby, a nie wyglądają jakby lubili czekać na ludzi. - Po czym odwrócił się jeszcze do Sly'a – Nie będę ukrywał młodzieńcze, nie znam cię, ale mam brzydki nawyk pakowania się z butami w życie przypadkowo spotkanych osób w tylko sobie znanych celach. - posłał mu jeden ze swoich oddalonych od rzeczywistości uśmiechów. - Jeśli chcesz kiedykolwiek wrócić z nami tam skąd prawdopodobnie przybyłeś będę potrzebował twojej cudownej ręki. Oczywiście nie musi być ona odczepiona od całej reszty. Więc co? Załatwione? Ruszaj przygodo? Tylko radzę się pośpieszyć, bo nasi przewodnicy już na nas czekają. - poklepał Sly'a po plecach, jakby wszystko zostało ustalone dużo wcześniej i wszyscy się ze sobą zgadzali.
Po tym szybkim wejściu odkłonił się kapitanowi za ladą i znów wyszedł z budynku. Coś mu mówiło że skrzydlaci nie wożą ze sobą dodatkowych wierzchowców, a ciekawiło go, czy ich wilki dadzą radę dwóm jeźdźcom, tak by brać pasażerów na gapę. Zapytał o to skrzydlatych. Jeśli łaskawie wezmą ich na swoich wierzchowców, a Sly będzie chciał ruszyć z nimi, sam zamieni się w ptaka i będzie krążył nad nimi. Jeśli jednak odmówią, zrobi kilka wymachów i podskoków na rozgrzewkę i zamieni się w sporego niedźwiedzia. Potem ułoży się na ziemi aby dało radę na niego wejść. Zdawało mu się że da radę unieść dwójkę ludzi na grzbiecie przez jakiś czas. To czy oni nie pospadają z niego gdy będzie próbował utrzymać kroku wilkom to inna sprawa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sly



Liczba postów : 114
Data dołączenia : 04/10/2015

PisanieTemat: Re: Lada   Czw Lis 17, 2016 9:05 pm

No no. Jednak jego przodek znalazł się tutaj. Fascynujące. Nathan przypominał sobie historyjki rodzinne o piracie. Słuchali ich z bratem zafascynowani od dziadka, starego wyjadacza. W ogóle Renko to byli postrachem wszystkich banków i innych. Tradycje rodzinne.
Bez obaw podszedł i wysłuchał opowieści przodka. Gdy skończył, uśmiechnął się lekko, i zdjął okulary. Pra Renko mógł zauważyć pewne podobne rysy twarzy.
-Pozwól że teraz ja opowiem ci historię-Zaczął, uśmiechając się lekko. Ciekaw był reakcji... Jonasa? Johnathana? Johna?-Nie wiem czy wiesz, ale jesteś ojcem. A twój pra pra pra pra i tak dalej wnuczek poszedł w twoje ślady. Kojarzysz niejakiego Van Deckena?-Zapytał retorycznie. Musiał znać, skoro Nathan o nim coś niecoś słyszał.-To wyobraź sobie że ten wnuczek go wysadził, wcześniej pozbawiając go broni..-Powiedział, wyciągając pistolet skałkowy i od niechcenia się nim jakoby bawiąc. Zupełnie jakby go to wcale nie obchodziło. Nasunął okulary. Słowa tajemniczego człowieka go zaskoczyły.
-Moje umiejętności z pewnością ci pomogą, zatem... niechaj będzie. A marginesem, nazywam się Nathan. Nathan Renko-Powiedział, wstając i odwracając się od swojego przodka. Wyszedł z nim przed karczmę. Pistolet znowu znajdował się w kaburze. Nasłuchiwał uważnie, będąc gotowym na wszelkie odgłosy sugerujące atak starego Renko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Lada   Today at 4:57 am

Powrót do góry Go down
 
Lada
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Wielka Brytania :: Shadow Isle :: Butcher's Bay :: Karczma "Pod Umrzykiem" :: Bar-
Skocz do: