Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Delancey Street

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Delancey Street   Pią Lip 13, 2012 1:33 pm



Jedno z centralnych miejsc Lower East Side na Manhattanie, łączące ze sobą Bowery i Williamsburg Bridge. Znajduje się tu cała masa barów - w tym takich na wynos, delikatesów, a także sklepów z ubraniami znanych z wielkich obniżek cen i licznych okazji.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Lip 15, 2012 3:44 pm

Dobiegała właśnie trzecia nad ranem, gdy Miguel Hernandez zdecydował się wrócić do domu z imprezy organizowanej przez jego szwagra. Nie miał daleko, może piętnaście minut drogi spacerem, dlatego też naturalnym było, że postanowił wybrać się na piechotę. Co prawda tej nocy popił sobie zdrowo, ale czyż można mu się dziwić? Miałby się w końcu nie napić z Juanem, któremu tego dnia urodził się syn? Niemożliwe, po prostu nie istniała taka opcja. Szkoda tylko, że jego własna, prywatna małżonka nie mogła im towarzyszyć, ale cóż - skoro wolała zostać w szpitalu ze świeżo upieczoną matką... To jej sprawa. Miguel nie miał zamiaru się wtrącać w jej decyzje. Kobiece kwestie, ot co - więc lepiej nie.
Podążał obecnie Delancey Street i właściwie zbliżał się już do budynku, w którym wynajmował z żoną mieszkanie. Jeszcze tylko parę kroków... Dość chwiejnych, przeprowadzonych może nieco slalomem, ale i tak radził sobie nieźle - przynajmniej gdyby jego ktoś pytał o zdanie na ten temat. Ściany były miłą i chętnie akceptowaną pomocą w trakcie tej trasy. Teraz skręcił w jedną z przylegających uliczek, o wiele cichszych i spokojniejszych od głównej drogi... I na szczęście pustą. Wolałby nie natknąć się na jakiegoś życzliwego sąsiada, który przy najbliższej okazji z najwyższą chęcią doniesie światłu jego życia o tym, jak bardzo zabalował...
Tak. O tej porze i w tym stanie nie docierało do niego, że o takiej godzinie raczej żaden z jego sąsiadów nie będzie kręcił się na zewnątrz. Wprost przeciwnie - spacer o trzeciej w nocy wydawał mu się obecnie rzeczą najzupełniej naturalną w świecie.
I właśnie miał szczęście, że nikogo tam nie było... Prawda?
... Prawda?

***

Nad ranem zmierzająca do pracy kobieta postanowiła skrócić sobie drogę jedną z bocznych uliczek, nie do końca bezpiecznych, ale za dnia raczej spokojnych. To, co tam zobaczyła, natychmiast przyprawiło ją o nudności, którym zresztą od razu się poddała - a także z pewnością o traumę i raz na zawsze nauczyło ją, aby nigdy więcej nie pchać się w takie miejsca.

***

W niecałą godzinę później teren był już zabezpieczony, kobieta - w miarę możliwości uspokajana, a funkcjonariusze policji badali okolicę w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby im pomóc w dalszej pracy. Nie mieli już przy tym zbyt wielkich nadziei; ostatnimi czasy - głównie na Manhattanie - coraz częściej dochodziło do tego typu wydarzeń. Nieznany seryjny zabójca, cechujący się w swych zbrodniach niesamowitą brutalnością... I siłą fizyczną. Przy tym wszystkim, co działo się w ciągu paru lat wstecz na świecie, NYPD ostrożnie założyło, że najprawdopodobniej mają do czynienia z nadludzkim zagrożeniem. Takim, które charakteryzowało gwałtowne zachowanie drapieżnika, lecz i najwyraźniej świadome wybieranie ofiar... Jak u istoty myślącej. Jak do tej pory nie tylko nikomu nie udało się ujrzeć tego stworzenia i przeżyć, by o tym opowiedzieć - ale i nie uwieczniono go na żadnym nagraniu. A morderca pozwalał sobie z czasem na coraz więcej...
Jedna z policjantek - właściwie pani detektyw, jeśli chcemy być dokładni pod względem pełnionej przez nią funkcji - stała nieco na uboczu, omiatając spojrzeniem miejsce zbrodni. Jej oczy na odrobinę dłużej zatrzymywały się na śladach krwi... A było na co patrzeć. Pomijając już nawet wszystkie te rozpryski na ścianach - ofiara musiała przez chwilę być ciągnięta, o czym świadczyły pozostawione na podłożu czerwone smugi. Ciało zostało już zabrane do dokładniejszego przebadania, ale widok i tak nie był przyjemny - zwłaszcza dla kogoś z dużą wyobraźnią. Ta konkretna policjantka jednak miała już dość czasu, aby przyzwyczaić się do tego typu obrazków. Już nawet nie okazywała po sobie emocji.
-I jak, Bryant?- zagadnęła zbliżającego się do niej czarnoskórego detektywa, niższego od niej stopniem i najwyraźniej nie tak doświadczonego... Jeśli sądzić z jego bardzo niepewnego wyrazu twarzy. Kobieta odgarnęła do tyłu kilka kosmyków swych ciemnych włosów, czekając cierpliwie na raport podsumowujący.
-Miguel Hernandez, lat trzydzieści sześć. Możesz go pamiętać, to ten podejrzany w sprawie niedawnego włamania do jubilera. Wszystko w zasadzie dokładnie tak, jak zawsze: porozcinany dużym ostrzem, pierwszy cios go nie zabił, drugi i trzeci zresztą raczej też nie... Cięcia głębokie i długie, bardzo liczne. Zaatakowany blisko wylotu uliczki i zaciągnięty głębiej. Rozbita głowa, mózg usunięty, ale nieprofesjonalnie. Nie ma praktycznie żadnych śladów- ów Bryant starał się mówić swobodnie, lecz niezbyt mu to wychodziło; w jego głosie dosłyszeć można było pewne napięcie. Uparcie patrzył na swoją koleżankę po fachu, nie zaś w stronę krwawych śladów. Można się było z tego domyśleć, że nie za często ma okazję uczestniczyć w takich sprawach.
-Czyli po staremu. Dziękuję- kobieta nie wydawała się być przejęta tym brakiem konkretniejszych informacji na temat sprawcy. Zapewne spodziewała się już, że niczego istotnego tu nie znajdą. W końcu wcześniej zawsze tak to się właśnie kończyło: posprzątaniem zwłok i stanięciem w martwym punkcie.
-Słuchaj, Santana...- zaczął mężczyzna, lecz nie dane mu było wypowiedzieć choćby i jeszcze nawet jednego słowa. Jego rozmówczyni natychmiast mu przerwała, wciąż tym samym, obojętnym tonem głosu, idealnie pasującym do całej jej postawy.
-Dopilnuj tu wszystkiego, ja już wracam. Zajmę się papierami. Na razie- nie czekając nawet na jakąkolwiek odpowiedź pani detektyw odwróciła się i ruszyła ku wyjściu z uliczki, pozostawiając Bryanta, aby zajął się dokończeniem oględzin. Ten w milczeniu odprowadził ją wzrokiem, po czym wziął głęboki oddech i wrócił do reszty swej grupy. W godzinę później mogli wreszcie zebrać się i opuścić miejsce zbrodni.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Lip 22, 2012 1:30 pm

Przybycie na miejsce zajęło dziewczynie znacznie więcej czasu niż chciała. Wstąpiła do swojej siedziby na mała chwilkę. Taaa, trwało to pół godziny. Przeklinała za to ptaki i wiatr, ale nie było innej drogi. Oprócz kilku codziennych rytuałów musiała doładować magazynki oraz "zakleiła" nacięcia na prawym ramieniu. Rzucały się one w oczy, ale w tej chwili liczył się pancerz, a nie wygląd. Nie pomalowała, więc ramienia. Wyglądało to tak, jakby B2 dorobił sobie 3 blizny. Zirytowana Alice wpakowała się w strój i ruszyła na podbój świata! Wróć, ratowanie świata. Na horyzoncie pojawił się czarny punkt, który niebezpiecznie szybko zbliżał się do jednej z tłoczniejszych ulic. Dziewczyna nie zważała już na ludzi. Przynajmniej tutaj byli jako tako bezpieczni. B2 zawisł kilka metrów ponad dachami sklepów i przez chwilę "wpatrywał" się w ludzi, którzy po kilku chwilach już ją dostrzegli. Odnalazła małą uliczkę i podleciała do niej. Black opadł na ziemię i totalnie olewając ludzi, którzy wyciągali telefony w wiadomym celu, podszedł do miejsce gdzie kolejna duszyczka odeszła z tego świata. Przez chwilę stała, ponownie oglądając informacje podane w mediach. Po chwili zajęła się miejscem zbrodni. Szukała śladów. Jako, że morderca dorwał się do mózgu, sporo krwi musiało ulecieć zanim by go usunął .Nie bardzo wierzyła, że to sprawka zwykłego człowieka. Szukała więc wszystkiego. Nie tylko zwykłym, przybliżonym obrazem, ale traktowała miejsce różnego rodzaju promieniowaniami, którymi dysponował B2. To miejsce skrywało w sobie mroczną tajemnicę, a ona chciała ją stąd wyrwać.
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Lip 24, 2012 1:35 pm

B2 zauważony został nie tylko przez gromadkę żądnych sensacji ludzi na Delancey Street, którzy szybko przystąpili do uwieczniania go na zdjęciach i nagraniach ze swych komórek, ale i przez jeszcze jedną osobę - znajdującą się poniekąd w owej bocznej uliczce. Połowicznie, można by wręcz rzec... Gdyż stworzenie to zasiadało obecnie w swoim pokoju na pierwszym piętrze, tuż przy otwartym oknie wychodzącym na miejsce zbrodni. Usłyszawszy dochodzące z zewnątrz dźwięki, niechętnie oderwało się od komputera i wyjrzało z przeciętnym zainteresowaniem na uliczkę.
Na Alice spoglądała mniej więcej piętnastoletnia dziewczyna, jasnowłosa, raczej drobna i - ogólnie rzecz biorąc - nie wyróżniająca się raczej z tłumu niczym szczególnym. Odziana była w koszulkę nocną, a oczy miała lekko zaczerwienione - być może na skutek zmęczenia lub z powodu zbyt długiego wpatrywania się w monitor? Trudno orzec konkretną przyczynę. Grunt, że dziewczę przesiadło się z łóżka na parapet, po czym przeniosło sobie laptopa na kolana - ot, żeby nie tracić kontaktu ze swoim ulubionym światem na zbyt długo. W końcu żadna rozrywka nie jest tego warta, czyż nie?
-Jesteś Iron Man?- spytała owa panna po dłuższej chwili wpatrywania się w B2... Przerywanego zerkaniem na ekran. Sprawiała wrażenie niesamowicie spokojnej, wręcz odrobinę znudzonej. Ze swej pozycji musiała widzieć ślady krwi w uliczce, ale najwyraźniej nie robiły one na niej żadnego wrażenia. Znieczulica? Być może. Ach, ta dzisiejsza młodzież...

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Lip 24, 2012 5:26 pm

Alice rozejrzała się wokoło. Nie patrzyła jednak na ludzi, których już odruchowo omijała wzrokiem. Starała się ograniczyć z nimi kontakt w kostiumie do minimum. Mianowicie chciała stworzyć przepaść między B2 i sobą. Miała nadzieję, że potencjalni wrogowie nie wezmą jej wówczas pod uwagę w poszukiwaniach prawdziwej twarzy Black. Po co jednak całe to rozglądanie i szukanie czegoś wzrokiem? Mianowicie Alice sądziła, że ktoś jeszcze przybędzie, słysząc o kolejnym morderstwie. Mogło być jednak za wcześnie dla innych bohaterów. Mogłaby się jednak sprzeczać nad tą kwestią, w końcu ona przyleciała jakąś godzinę po transmisji w telewizji, więc inni z pewnością mieli sporo czasu aby się przygotować. Nie jest to jednak miejsce na kłótnie ze samą sobą, które poniekąd były jej ulubionym zajęciem. Dlaczego jednak B2 wychylił się zza rogu? Mianowicie maszyna w wąskiej dróżce nie wykrywała odległych obiektów. Możliwości radaru malały gdy wchodziła do pomieszczenia. Wystawienie jakiejkolwiek części B2 natychmiast wzmacniało zasięg i bez problemu mogła dowiedzieć się o przybywającym obiekcie. Po za tym, gdyby nie mogła go wykryć radarem, wciąż mogła go dostrzec.
W pewnym momencie dostrzegła, że ludzie zaczynają się robić coraz odważniejsi. Widząc, że B2 totalnie ich olewa zaczynali krzyczeć albo zbliżać się. Jeden młody chłopak podszedł za blisko. B2 zaskrzypiał groźnie, a czarna ręka skierowała się w kierunku młodzieńca. Ramię przesunęło się i ukazało lufę karabinu.
- Od-suń się - chłopak usłyszał wyraźny rozkaz maszyny. Tymczasem Alice wściekała się na samą siebie. Mianowicie zwykła mowa nie robiła takiego wrażenia jak chłodny, mocny syk, którego maszyna nie umiała jeszcze z siebie wydobyć. Aramarath ponownie zaklinała się na wszystkie bóstwa, że poprawi ten wielki błąd. Zanim chłopak zdążył zniknąć za tłumem ludzi, bądź zakrętem Alice schowała lufę i weszła nieco głębiej do ciemnej, o ile można tak ją nazwać w środku dnia, uliczki. Wtedy usłyszała małe szuranie. B2 podniósł głowę, a oczom Alice ukazała się młoda dziewczyna. Usiadła na parapecie i obserwowała B2. Musiał być nowością. Pierwszy raz, do tego w dzień i na jednej z najbardziej tłocznych ulic, ukazał się w pełnej krasie. Nic dziwnego, że i małą wyrwał ze świata pełnego cyferek. Alice już miała ją olać gdy dziewczynka zdobyła się na małe pytanie. Alice mogłaby potraktować to jako obrazę, ale w końcu to Tony był stalowym kartonem po mleku, który był znany zdecydowanej większości ludzi. Ona dopiero zaczynała. Aramarath mogłaby olać pytanie, ale akurat okienko młodej wychodziło na miejsce zbrodni, co mogło mieć kluczowe znaczenie. Skoro mała spędzała cały dzień przed komputerem to pewnie nie raz zarwała noc. W związku z tym mogła być świadkiem zbrodni. B2 wciąż obserwował małą. Mimo, że w jego wnętrzu działo się naprawdę wiele, zewnętrzna skorupa nie ukazywała absolutnie nic.
- Nie. - nieco cichszy głos odparł młodej. B2 rozejrzał się ponownie po uliczce.
- Wiesz co się tu wydarzyło? - zapytał i wbił wzrok w młodą.
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Lip 25, 2012 9:48 pm

Dziewczę przez krótką chwilę po prostu wpatrywało się bez słowa w B2, po czym wzruszyło ramionami i skierowało swą uwagę ponownie na ekran laptopa. Zaraz potem wystukiwało już coś na klawiaturze, od czasu do czasu zerkając na zewnątrz, ku Alice - i śladom krwi, których jakoś nikt jeszcze nie postanowił usunąć.
-Wiedzieć - wiem, wszyscy w okolicy o tym gadają... Ale o tej porze to ja oczywiście dawno już spałam. Matka by mnie chyba zabiła za siedzenie na necie po trzeciej- słowa te wypowiedziane zostały tonem lekko znudzonym i wskazującym na wybitną szczerość... Aż za bardzo dosadną. Mimo to blondynka popełniła jeden zasadniczy błąd, a mianowicie wymieniła godzinę, o której mniej więcej doszło do morderstwa... A ta informacja nie została jeszcze nigdzie oficjalnie podana. Nie mogłaby jej znaleźć w żadnym miejscu. Ona sama zdawała się jednak nie zauważać tego swojego drobnego potknięcia.
-Żałuję tylko, że rano nie widziałam policji. Jeden gość się podobno porzygał na widok trupa... To musiało być zabawne- w tym momencie na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Nie był jakoś wyjątkowo okrutny, nie posiadał też tej nutki premedytacji, która mogłaby przerazić u kogoś w tym wieku... Ale i tak niepokoił - z powodu swej jawnej bezmyślności samej w sobie. Bo dziewczyna nie sprawiała wcale wrażenia, jak gdyby cieszyła się z czyjejś śmierci, o nie... Czerpała po prostu rozrywkę z tego, że coś w ogóle miało miejsce. Ot, nowość, jakieś urozmaicenie.
-Mówią, że on je mózgi. Ten zabójca, znaczy. To prawda? Bo byłby wtedy jak zombie...- najwidoczniej nastolatce niezwykle spodobał się ten pomysł, gdyż jej spojrzenie nabrało niespodziewanie wszelkich oznak rozmarzenia... Akurat w chwili, gdy wpatrywała się w smugę krwi na podłożu uliczki. Nagle jakby otrząsnęła się z tego zamyślenia.
-Jesteś bohaterem, tak? Będziesz go łapać?- przy tych słowach dziewczyna wykazała już wyraźnie zwiększone zainteresowanie. Rozmarzenie w jej oczach ustąpiło teraz czemuś zgoła innemu... Ciekawości, owszem, ale i zupełnie niezdrowej żądzy sensacji.
-Zabijesz go?- zdawała się być zachwycona tą wizją.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Lip 28, 2012 12:12 pm

Alice spoglądała na małą ciekawskim spojrzeniem. O ile można tak patrzeć przez gruby pancerz. Nastolatka nie mogła najwyraźniej oderwać się od znajomych, z którymi wciąż rozmawiała przez komunikatory. Oczywiście mogła robić coś zupełnie innego, ale Alice nie przybyła tutaj aby zastanawiać się nad życiem kolejnej 15-latki. Dziwiło nieco Aramarath, to, że młoda nie zwracała uwagi na krew. W sumie było już trochę po zbrodni i pewnie już dawno się im przyjrzała. Z pewnością pozostaną tutaj kilka dni, o ile nikt nie postanowi przyczynić się do ich zniknięcia. Alice nie była tutaj aby sprzątać, toteż totalnie olewała fakt, że "buty" B2 miały kontakt z czerwoną posoką. B2 wciąż wysłuchiwał słów młodej. Ta potknęła się w swoich zeznaniach. Najwyraźniej niezbyt zastanawiała się nad zdaniami, które wypowiadała. Każda podpowiedź mogła pomóc w poszukiwaniach mordercy. B2 milczał. Wpatrywał się w młodą, a ta coraz bardziej się rozkręcała. Najwyraźniej trafiliśmy na niezwykły przypadek.
- Nie sądzisz, że śmierć jest zbyt delikatną karą? - zapytał i wydobył z siebie krótki, zdawkowy śmiech. Oczywiście Alice nie zamierzała go torturować. Wizja śmierci jednak spodobała się Aramarath. Minęło zaledwie kilka lat od kiedy rozszarpała na strzępy ludzi.
- Zdaję sobie sprawę, że Twoja mama byłaby niezadowolona jeżeli by się dowiedziała o tym, że nie spałaś o tak później porze. Wiedz jednak, że mnie możesz zaufać, nie wydam Cię ani mamie ani tacie. Jest nawet coś, co mogę dla Ciebie zrobić. Tyle, że wpierw potrzebuję informacji... - powiedział B2.
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Lip 28, 2012 4:36 pm

Dziewczyna zdawała się być zadowolona z odpowiedzi B2 - na tyle, że aż na dłużej oderwała się od laptopa i skierowała na niego swoje spojrzenie, a w jej oczach odbiło się coś na kształt namysłu. Najwidoczniej naprawdę rozważała kwestię śmierci jako odpowiedniej - lub właśnie zbyt łagodnej - kary. Z jej ust wciąż nie schodził nieznaczny uśmiech, ale prawdopodobnie trwał na nich tylko dlatego, że zapomniała go usunąć.
-Pewnie tak. Można by na żywca otworzyć mu głowę i wyjąć mózg. Ale małymi kawałkami. Dałoby się to zrobić tak, żeby choć trochę był świadomy?- na ekranie jej laptopa zamigotało okienko powiadomienia, ale zostało w zupełności zignorowane; o tak, na tej podstawie można było śmiało stwierdzić, że Alice miała już całą uwagę nastolatki... A przynajmniej na tyle, na ile było to w ogóle możliwe.
-Wiesz... Mama mówiła, że rano policjanci już dowiadywali się o to, czy ktoś coś widział... Ale nikt się nie zgłosił. Przy czym jestem pewna, że przynajmniej kilka osób mogło coś usłyszeć albo i nawet zobaczyć- w tym momencie blondynka obróciła się ostrożnie i wychyliła nieco mocniej na parapecie, po czym wyciągnęła rękę i zaczęła wskazywać kolejne okna.
-Tam, tam, tam i tam mieszkają osoby, które miałam w nocy dostępne na liście, więc nie spały. Z drugiej strony policja i tak nic nie zrobi, tak mówi ojciec... Więc pewnie nie było sensu ich informować- w tym momencie dziewczyna przerwała na dłuższą chwilę, najwyraźniej chcąc rozważyć w duchu także i tę jakże istotną kwestię. Wreszcie potrząsnęła lekko głową, zerknęła krótko na ekran laptopa, po czym znów zwróciła całe swe zainteresowanie ku B2.
-Zamierzam założyć, że bohaterowie nie kłamią i nikt się nie dowie, że coś ci powiedziałam. A jeśli jednak tak, to zrobię ci antyreklamę na necie- zdawała się być zadowolona z tej wymyślonej przez siebie konsekwencji. Przecież bohaterom na pewno zależało na dobrym public relations, prawda? No, po prostu musiało tak być. W końcu komu teraz na tym nie zależało, tak?
-Ten gość, którego zabiło, to Hernandez. Sąsiad, taki dalszy. Średnio przyjemny typ, jeśli by mnie kto o to pytał. Jego mi totalnie nie jest szkoda, ale jego żony już tak, bo z niej akurat nawet fajna babka. Z moją matką się przyjaźni... No, ale mniejsza. W każdym razie... Na dokładną godzinę nie patrzyłam, ale to było trochę po trzeciej. Początku też właściwie nie widziałam... W ogóle to wszystko przebiegało dość cicho - jak na tę okolicę. Bo wiesz, cały czas jeżdżą samochody i tak dalej... No, ale jednak jakieś tam dźwięki były, a jak jeszcze mamy nisko mieszkanie, to już całkiem... No, to rozchyliłam trochę zasłony i zerknęłam. Ciemno miałam w pokoju, to oczy przyzwyczajone, choć na zewnątrz słabe oświetlenie. Akurat wtedy go już wlókł... Wlekło... Właściwie sama nie wiem. Kształt miało ludzki i było ciemne, to na pewno. Ale sylwetka wyglądała dziwnie. Tak... Płynnie, wiesz. Przylegający strój, jak to niektórzy wasi w nich popylają - spandex, tak? Detal. A ciągnął go w taki sposób, że, hm, trzymał w ręce jakieś wielkie - chyba ostrze... I sąsiada nim przebił na wylot. Tak go wlókł. A jak go puścił, to ciął dalej... Ale ja się już schowałam. To znaczy, nie to, żeby mi obrzydliwie było, ale pomyślałam, że lepiej będzie, by mnie nie zauważył, jak już skończy...- mimo swoich wstępnych i bardzo krótkich protestów, nastolatka zdawała się być zachwycona tym, że może komuś opowiedzieć swoją wersję wydarzeń. W trakcie mówienia bardzo się wczuwała, pozwoliła sobie nawet na pewną gestykulację... Trudno powiedzieć na ile mówiła prawdę, a ile było w tym koloryzowania czy wręcz nieświadomego dopowiadania pewnych faktów.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Lip 28, 2012 6:26 pm

Kobieta osiągnęła sukces. Wprawdzie niewielki, ale zawsze coś. Młoda była zachwycona wizją torturowania ofiary B2, toteż zaraz zaczęła pytać o to. B2 w tym czasie milczał. Po raz setny wpatrywał się w twarzyczkę nastolatki. Zupełnie tak jakby kiedykolwiek było to coś interesującego. Po chwili rozmarzenia dziewczyna w końcu zaczęła gadać z sensem. Informacje przez nią podane mogą okazać się bardzo przydatne, o ile już teraz nie są. B2 powoli obrócił się w poszukiwaniu punktów, wskazywanych przez małą dziewczynę. Do sprawdzenia miała przynajmniej 4 osoby. O ile, przekonanie latorośli nie stanowiło problemu, o tyle dorośli mogli stawić opór. Oczywiście, Alice miała swoje żelazne argumenty, którymi bez problemu mogła wydusić z każdego informacje. Alice wolała jednak unikać walki i rozlewu krwi. Chodziło oczywiście o cywili, bo pogrzebów było już zdecydowanie za dużo. B2 wychwytywał informację. Z resztą cała rozmowa była nagrywana, toteż w każdej chwili mogła cofnąć i przypomnieć sobie fakt, który jej mógł wcześniej umknąć. Informacje, podane przez dziewczynę były pierwszym puzzlem w tej układance. Pozostałe kawałki posiadali inni.
- Dziękuję Ci za te informacje. Co do mózgu...to doprawdy dobry pomysł, ale nie wiem czy z miazgi, jaka z niego zostanie, będzie co zbierać. - mruknął i zaśmiał się ponownie.
- Masz jeszcze jakieś informację? Widzisz, trzeba sprawdzić pozostałe mieszkania. Mam dla Ciebie malutką nagrodę. Mogę Cię jednorazowo podrzucić do szkoły. Wybierz dzień, a stawię się tutaj. - powiedział. Wzbudzi to nie małą sensację wśród koleżanek i kolegów małej. Dla Alice była to drobnostka. W końcu nastolatka mogła okazać się sprzymierzeńcem, a to z powodu jej zamiłowania do sensacji. Skoro wyłapała fakty o jednym mordercy, to nie będzie miała problemu z innymi. Oczywiście dla Aramarath nie było to jedyne źródło informacji. Po za tym chciała po prostu zrobić małej przyjemność.
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Lip 29, 2012 10:09 pm

Pomysł zrobienia mordercy miazgi z mózgu najwyraźniej bardzo przypadł dziewczynie do gustu i pobudził jej wyobraźnię - jeśli sądzić po nagłym błysku w jej oczach. Kiwnęła głową z aprobatą. Wciąż zdawała się nie przejmować tym, z kim i na jaki temat właśnie rozmawiała - można by to było zrzucić na karb wciąż jeszcze dziecięcej naiwności, ale z drugiej strony w tych czasach młodzieży daleko było do prostoduszności. Instynkt samozachowawczy najwyraźniej też posiadała na właściwym miejscu, skoro w nocy - jak sama powiedziała - świadomie przemyślała zagrożenie i schowała się przed ewentualnym spojrzeniem zabójcy. Dziwny był to więc rodzaj bezmyślności... A może znudzenia, które nakazywało jej szukać każdej rozrywki - nawet w mimo wszystko ryzykownej dyskusji z bohaterem o zbrodni?
-Choćby i jutro rano- no tak, w pierwszej kolejności nastolatka musiała zareagować w tym temacie, który najbardziej jej osobiście dotyczył, a więc dostania się do szkoły w spektakularny sposób. Uczyniła to zresztą z prędkością godną przeciętnej atakującej kobry... Pozostałe kwestie początkowo odsunęły się na dalszy plan, ale nagle blondynka jak gdyby sobie coś przypomniała.
-Do mieszkań nie ma sensu się wybierać, bo ta czwórka miała na dziś zaplanowane wyjście. Wycieczkę. Byłabym z nimi, ale chorowałam i teraz też się jeszcze trochę źle czuję, choć to już mój ostatni dzień w domu. Mówili, że będą w parku Fort Tryon, żeby zdjęcia porobić, bo dziewczyny sobie zorganizowały średniowieczne suknie czy coś... A tam są odpowiednie klimaty. Łatwo ich będzie dzięki temu znaleźć. Raczej się wybijają z tłumu w takich ciuchach. To trochę daleko, ale powinni już być na miejscu, bo wcześnie wybywali...- pod koniec wypowiedzi głos dziewczyny przycichł i zaczął jakby odpływać. Najwidoczniej nad czymś się zamyśliła - być może nad zabawą, która właśnie ją tam omijała. Tę wersję podpierał także i wyraz jej twarzy.

***

Uwaga od MG:
Proszę o przeniesienie się do tego tematu. Młodzież znajdzie się w następnym moim poście, więc sama jej nie zauważaj, choć oczywiście szukać jej możesz - jak najbardziej~

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Lip 30, 2012 2:56 pm

W notatniku Alice zaraz pojawiła się wzmianka o nadchodzącej wizycie w szkole. Będzie musiała przygotować jakieś szelki dla małej. Nie zamierzała latać z nią w rękach. Po pierwsze było to niebezpieczne, a po drugie nie wygodne. Nie byłoby miłe spotkanie z owadem przy dużej prędkości. Wprawdzie Alice nie zamierzała z nią szaleć, ale nie chciała też wlec się jak mucha. Kolejne informacje podane przez małą znacznie jej pomogły. Nie będzie musiała wywarzać nikomu aby mieć chociażby szansę porozmawiać. Po za tym wszyscy byli zgromadzeni w jednym miejscu. Nie będzie łatwo ich zgubić. B2 zaskrzypiał i wyprostował się.
- Dzięki za informacje. Do zobaczenia jutro. - powiedział i ruszył ku ulicy. W pewnym momencie ruszył biegiem. W chwili wchodzenia na chodnik wyskoczyła w powietrze. Odrzutowce zaryczały, a B2 wzniósł się wysoko ponad dachy budynków. Po kilku chwilach, gdy była już na stosownej wysokości i leciała z jej ulubioną prędkością, zajęła się tworzeniem listy podejrzanych. Dla niej, pewne było, że nie jest to zwykły człowiek. Mógł wprawdzie to być profesjonalista, ale w tym momencie bez sensu było usuwanie ofiarom mózgu. Wprawdzie ludziom przeróżne rzeczy wpadały do głowy, ale wątpiła aby to był szaleniec. Po kilku chwilach zniknęła wszystkim z oczu.[zt]
Powrót do góry Go down
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Sie 02, 2012 1:30 pm



Na ulicy wybuchła panika.
Krzyki przerażenia i rozpaczy przeplatały się z odgłosami kaszlu i krztuszenia się, podczas gdy z jednego z budynków jego mieszkańcy wciąż uciekali na zewnątrz. Oczywiście na chodniku i częściowo na jezdni zgromadziła się już również całkiem spora liczba gapiów, z których zdecydowana większość była zupełnie bezużyteczna - choć trzeba uczciwie przyznać, że niektóre jednostki próbowały pomagać wybiegającym z bloku osobom.
Wszystkiemu temu towarzyszył gęsty dym, który wybijał z budynku każdym możliwym otworem oraz wyraźnie odczuwalne fale ciepła - ba, gorąca wręcz. Skoro były tak intensywne na zewnątrz, to w środku budynku temperatura musiała już być trudna do zniesienia. W powietrzu unosił się pył, częściowo jeszcze lekko się żarzący...
Najgorszy jednak był ogień.
Pożar wybuchł zupełnie niespodziewanie - i niemalże od razu sprawiał wrażenie, jak gdyby wewnątrz bloku rozpętało się prawdziwe piekło. Prędkość rozprzestrzeniania się płomieni znajdowała się na granicy normalności. Długie języki ognia pożerały wszystko na swe drodze. Szybko doprowadziły do runięcia zewnętrznych schodów przeciwpożarowych na dwóch górnych piętrach.
A straży pożarnej jakoś nie było jeszcze widać - ani nawet słychać...
Zebrane już na ulicy niedoszłe ofiary wydawały się być w szoku, ale nieliczni mieszkańcy dochodzi powoli do siebie i zaczynali trzeźwo myśleć. Składało się na to między innymi zauważanie szczegółów, takich jak chociażby ten, że nie wszystkich swoich sąsiadów widzą dookoła siebie. Na głos podsumowywali swoje spostrzeżenia - nie ma tego, ale o tej porze jest jeszcze w pracy, a para spod trójki wczoraj wyjechała z dzieckiem na kilka dni, natomiast jeszcze ktoś inny...
I tak dalej.
Ich dyskusje przybrały na sile i gwałtowności, gdy zorientowali się kogo nie obejmują te ich wyliczenia. Wszystko wskazywało na to, że na trzecim piętrze mogą być uwięzione dwie osoby - w tym samym mieszkaniu: starszy inwalida, który poruszać się może głównie na wózku oraz opiekujący się nim nastoletni wnuk.
Tylko że jakoś nikomu nie było spieszno wrócić do środka, aby się o tym przekonać...

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Toxin

avatar

Liczba postów : 71
Data dołączenia : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Sie 03, 2012 4:05 pm

Toxin przedzierał się pomiędzy drapaczami chmur huśtając na pajęczynach. Gdzieś w jego symbiotycznym stroju znajdowała się dziwna księga i pióra. Do spotkania z Abigail Whistler zostało jeszcze dużo czasu. Wszystko co wiązało się z tą księgą było intrygujące. Robert przeprowadził na niej skrupulatne badania, lecz przyniosły one tylko więcej pytań niż odpowiedzi. Na domiar złego nie można było jej się pozbyć, księga w jakiś sposób samoistnie przemieszcza się do tego, który ją otrzymał. Ciekawe jakie dziwności spotkały Panią Whistler?
Do uszu Toxina doszedł dźwięk ludzkich krzyków, a to mogło oznaczać dwie rzeczy: jakieś bożyszcza nastolatek grają koncert albo dzieję się coś złego, tzn. koncert Justina Biebera też jest w pewien sposób zły, ale nie o takie zło mu chodziło. Tak czy owak trzeba to było sprawdzić.
Gdy znalazł się bliżej źródła krzyku, dostrzegł unoszący nad się budynkami ciemny i bardzo gęsty dym, rozbujał się więc mocno na pajęczynie i wskoczył na zasłaniający widok budynek. Wylądował na dachowej balustradzie i spojrzał na dramatyczną scenę. Czerwone płomienie pożerały cały budynek, rozrywając go i wydobywając się niemalże każdy otworem. Toxin milczał. Można było stwierdzić, że ten młody symbiont pierwszy raz widzi coś takiego. Ludzie wybiegali na ulicę i krzyczeli coś do siebie. Toxin zszedł po ścianie nieco niżej aby usłyszeć o czym mówią. Mieszkańcy płonącej kamienicy wymieniali się informacjami, na temat ocalałych mieszkańców. Wsłuchanie i wyciąganie wartościowych informacji z tego chaosu słów, nie było łatwe, lecz w pewnym momencie coś go uderzyło. Na trzecim piętrze znajdowały się jeszcze jakieś osoby. Patrick wystrzelił pajęczynę i ruszył w stronę okien płonącego budynku. Gdy przeleciał nad tłumem ludzi usłyszał "Spider-Man!", "patrzcie to Spider-Man", ludzie nie rozpoznawali go i często mylili z pajęczakiem.
Toxin wskoczył efektownie do budynku przez okno na trzecim piętrze, a gdy znaleźli się w środku poczuli to potężne uderzenie ciepła. Ogień pochłonął niemalże każdy centymetr tego miejsca. Piekielne płomienie emanowały niesamowitą ilością ciepła, co zaczęło oddziaływać na symbionta.
- Wyjdźmy stąd! - warknął Toxin.
- Co się dzieje?! - zapytał Patrick zdziwiony dziwnym dyskomfortem.
- Ten ogień mnie parzy! Osłabia...
- Wytrzymaj! Musimy pomóc tym ludziom!
- Nie! - Głos Toxina z każdym wypowiedzianym zdaniem, z każdym słowem i krokiem w przód, coraz głębiej w otaczające odmęty, przypominał prawdziwy ryk symbionta.
Nie dość, że gęsty dym i palące płomienie uniemożliwiały mu lokalizacje uwiezionych mieszkańców, to na domiar złego musiał zmagać się z coraz bardziej rozwścieczonym symbiontem. - Jest tu ktoś?! - krzyczał Patrick, lecz to nie był jego głos, a bestialski głos symbionta.
Opornie szedł do przodu, walcząc z Toxinem. Słychać było jak drewno zaczyna pękać, łamiąc się pod siłą ognia. Nagle usłyszał wołanie o pomoc, bardzo delikatne jakby osłabione. Patrick odbił się od podłogi i przeskoczył nad płomieniami, wybijając drzwi i wskakując do mieszkania po prawej stronie. Zobaczył staruszka, leżącego na podłodze a obok niego małego chłopca, który próbował podnieść zawalony na jego nogi strop. Staruszek był chyba nieprzytomny, lecz chłopiec mocna pokaszliwał lecz był w pełni świadomy. Gdy już chciał do nich podejść symbiont zaczął wariować. Ogień i ciepło sprawiały mu ból. Z jego ciała zaczęły wychodzić wijące się macki, które poruszały się nieskoordynowanie.
- WYJDŹMY STĄD! - wrzasnął na głos Toxin. Jego maska na wysokości ust pękła i rozdzieliła się a na wierzch wyszły ogromne kły i wielki zaśliniony jęzor. Mały chłopiec spojrzał na czerwono-niebieskiego potwora. Jego niewinne i przerażone oczy przepadły gdzieś w białych ślepiach Toxina i wtedy coś się stało, wzrok tego małego chłopca coś zmienił. Toxin na chwilę się uspokoił, co dało Patrickowi szansę na opanowanie jego szału i przejęcie ponownej kontroli. Rzucił się do przodu, chwytając mackami za strop i unosząc go do góry. Chwycił w swoje wielkie szpony chłopca i starszego mężczyznę i zaczął biec w stronę okna. Maska Toxina rozwarstwiła się odsłaniając twarz Patricka, gdy chłopiec go zobaczył uspokoił się. - Nic Ci nie będzie! - powiedział Patrick.
Nie było czasu na szukanie drogi powrotnej. Ogromna masa Toxina wbiła się w ścianę budynku, przebijając ją. Gdy wylądował na ulicy wypuścił tych, których uratował. Gdzieś w tej symbiotycznej masie znajdował się Patrick Mulligan, który oglądał teraz zachowanie Toxina z siedzenia pasażera. Policjant, który myślał, że ma do czynienia ze Spider-Manem podszedł do Toxina i dotknął jego pleców - Dziękuję Spider-Manie!.
Wtedy Toxin odwrócił się do niego i ukazał swoje wielkie kły w szyderczym uśmiechu, po czym ryknął na niego, wyzwalając pełnie swojego rozwścieczonego i niekontrolowanego szału. Z jego organizmu wypełzła księga i pióro, które rozwścieczony Toxin cisnął w odmęty ognia.
- Wol-ny! Jestem wolny! - wrzeszczał grubym i chłepczącym głosem. - Mogę robić co mi się podoba! Czas na zabawę!!
Na miejsce zdążyli przyjechać już policjanci i strażacy, który opanowywali sytuację. Ci pierwszy ujrzawszy rozwścieczonego Toxina, zaczęli do niego strzelać, co jeszcze bardziej go rozjuszało. Symbiont ruszył na nich szybkim krokiem, jego prawe ramie rozciągnęło się tworząc kilkanaście niezależnych macek, które oplotły jeden z radiowozów, ciskając nim od drugi stojący obok. Wybuch odepchnął i powalił policjantów, lecz na Toxinie nie zrobił wrażenia. Symbiont szedł do przodu niszcząc kolejne obiekty. Wtedy jeden z policjantów, podbiegł z przodu i kazał mu się zatrzymać celując z shotguna w jego głowę. Toxin spojrzał na niego i się zatrzymał. Patrick wrzeszczał w środku, każąc mu się zatrzymać! Kazał mu się opanować i nie krzywdzić go. Mężczyzna, który tak odważnie przeciwstawił się Toxinowi, był przyjaciel Patricka ze służby. Ten bodziec zakończył furię Toxina i pozwolił Patrickowi przejąć kontrolę. Symbiont chwycił się za głowę i zaczął wrzeszczeć, jakby był rozrywany od środka, po czym wyskoczył w powietrze i zniknął za budynkami. Biegł i skakał po dachach oddalając się od miejsca pożaru, dodatkowo z każdym krokiem zmniejszając swoje ogromne rozmiary. W pewnym momencie Patrick padł na kolana, a symbiotyczne macki zaczęły wnikać w jego ciało odsłaniając ludzką formę. Oddychał ciężko, jakby wewnętrzna walka z symbiontem ostro go wymęczyła.
- Co to było?! - powiedział zły na Toxina. - Dlaczego to zrobiłeś?!
Ten jednak milczał. Toxin był jak dziecko, chwila radości i popuszczenia wodzy, a gdy narozrabiał uciekł w kąt i zamilkł.
- Odpowiedz mi!!
Toxin dalej milczał. Patrick położył się na dachu i oddychał głęboko. Aby uspokoić symbionta, musiał uspokoić także i siebie. To co się tam wydarzyło, było ryzykowne... bardzo ryzykowne. Na szczęście ocalił tych ludzi, lecz mógł też zranić kilkorga swoich byłych towarzyszy broni, co nie dawało mu spokoju. To były jeden z tych chwil gdy jazda z Toxinem zaczyna być zagrożeniem dla innych. To właśnie dlatego opuścił, policję, żonę i swojego synka. Patrick spojrzał w prawo i zobaczył jak książką i pióro leżą obok niego, zupełnie nietknięte przez ogień.
- Świetnie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Sie 04, 2012 9:50 pm

O tak, księga i pióro nie miały najwyraźniej najmniejszego zamiaru opuścić w najbliższym czasie Patricka, ani tym bardziej dać się uszkodzić czemuś takiemu, jak zwykły ogień. Nie było na nich dosłownie ani śladu, najmniejszej oznaki przypalenia czy osmolenia dymem... Prawdę powiedziawszy nawet ich zapach nie wskazywał na to, aby jeszcze chwilę temu znajdowały się w pobliżu pożaru. Nic. Z drugiej strony we wnętrzu tomu też nic się już nie zmieniło, co można byłoby zapewne uznać za plus - żadnych więcej słów, ani innych niespodzianek, mniej lub bardziej przyjemnych.
Z dachu, na którym znajdował się obecnie Patrick, nie było już jako tako widać płonącego budynku - udało mu się bowiem odejść na całkiem sporą odległość. Można było jednak zauważyć unoszący się w powietrzu gęsty, ciemny dym, oznaczający miejsce wydarzeń i nie pozwalający o nich póki co zapomnieć.
W pewnej chwili jednak coś się zmieniło.
Na moment dym zgęstniał jeszcze bardziej, ale potrwało to w gruncie rzeczy krótko, bardzo krótko - a poza tym następne zajścia i tak skutecznie odwróciły od niego uwagę. Otóż w powietrze nad budynkiem wzbił się ognisty kształt, który - jak się szybko okazało - miał formę olbrzymiego ptaka. Potężne skrzydła uderzyły w powietrze, a jasne płomienie ułożyły się za nim w długi ogon. Z tej odległości trudno byłoby to orzec z jakąkolwiek pewnością, lecz można było odnieść wrażenie, że między językami ognia znajdują się także i prawdziwe pióra - albo przynajmniej coś innego materialnego.
Gdy tylko stworzenie to osiągnęło odpowiednią wysokość, płynnie przeszło do poziomego lotu, szybując w kierunku przeciwnym do tego, w którym znajdował się obecnie Patrick. Poruszało się przy tym bardzo szybko - i tak niemożliwe byłoby je dogonić.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Toxin

avatar

Liczba postów : 71
Data dołączenia : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Sie 04, 2012 10:38 pm

Patrick podniósł się z dachu i spojrzał na ciemny dym, który unosił nad gaszonym przez strażaków budynków. - Tam byli strażacy, prawda? - zapytał sam siebie, próbując sobie przypomnieć co się działo gdy Toxin przejął kontrolę.
- A Ty dalej się nie odzywasz?! - powiedział do swojego towarzysza. - Nie będę już krzyczeć, ale nie chcę abyś robił takie rzeczy, ok?
Niestety pomimo rozczarowania i chęci skopania mu tyłka musiał go skarcić lecz traktować nieco ulgowo. Patrick nie miał doświadczenia w wychowywaniu dzieci, jego własny syn musiał zostać porzucony przez ojca na rzecz tego symbiotycznego dziecka. Wychowanie dzieciaka, które może zabić pół miasta wielkimi jak miecze szponami, nie było proste. Toxin milczał jeszcze przez chwilę pozwalając Patrickowi spakować ponownie książkę i pióro do symbiotycznego plecaka. Wtedy nad płonącym budynkiem wystrzelił słup ognia w kierunku nieba. Słup ognia, który po chwili rozłożył coś co przypominało skrzydła i rozwinął niesamowity ognisty ogon. Oczy Patricka niemalże wyskoczyły z orbit, a szczęka opadła na ziemię i potoczyła się bezwładnie. Czegoś takiego nie widzi się codziennie wiedział, że Toxin też patrzy. Czuł w komórkach jego strach przed ognistym ptakiem, przed samym ogniem.
- Jak będziesz niegrzeczny to On do Ciebie przyleci! - powiedział z uśmiechem wrednego rodzica do Toxina i faktycznie to podziałało.
- Nie!! Przepraszam, przepraszam. Już nie będę, obiecuję! - odezwał się w końcu Toxin, bojąc się o swoją skórę.
Ognisty ptak, bo na to wyglądał ten dziwny żywy ogień odleciał w przeciwnym kierunku, znikając gdzieś w przestworzach. Cóż za niesamowity i niepojęty widok. Ta rzecz była niesamowita, nie wiedział, czy był za to odpowiedzialny jakiś mutant, czy to jakieś mistyczne ptaszysko - feniks zrodzony z ognia. Cokolwiek to było, było piękne!
Odwrócił się po chwili i spojrzał na zegarek. Było przed piątą po południu, więc czas najwyższy aby zbierać się w stronę Bryan Park, w końcu obiecał Pani Whistler, że się nie spóźni...

[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frejr

avatar

Liczba postów : 12
Data dołączenia : 13/09/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Paź 31, 2012 10:10 pm

Frejr zaciekawił się przedmiotem, który skupiał uwagę Sif. Był to pierścień zawieszony przez jej szyję na drobnym łańcuszku.
Zanim jednak zaczął się zastanawiać nad jego przeznaczeniem, wypowiedź wojowniczej Bogini wyjaśniła mu wszystko - będą się magicznie teleportować. Posłusznie zastosował się do polecenia, chwytając dłonie najbliżej stojących bogiń.
Już po chwili wzrok zaczął mu się rozmazywać, jakby nagle oczy zaszły mu łzami, a potem coraz bardziej i bardziej to, co widział, traciło jakąkolwiek wyrazistość i szczegółowość.
Gdy otoczenie ponownie nabrało konturów i kształtów, Frejr spostrzegł, że stoi przy dość ruchliwej ulicy, prawdopodobnie gdzieś na Manhattanie. Wiedział to, gdyż zdarzyło mu się parę razy zwiedzać Nowy Jork wzdłuż i wszerz. Nie znał go jednak na tyle dobrze, by z miejsca określić, gdzie się dokładnie znajduje. Wynikało to z faktu, że o wiele częściej wybierał się na wycieczki do Europy, która o wiele bardziej mu odpowiadała.
Rozejrzał się wokół, jednocześnie sprawdzając czy jego towarzysze tej niekonwencjonalnej podróży wciąż są obok niego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lady Sif

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 12/07/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Lis 01, 2012 8:56 am

Na ulicy nie było tak tłoczno, jakby można się tego spodziewać. Niektórzy przechodnie bardzo się gdzieś spieszyli, inni leniwie spacerowali i oglądali sklepowe witryny. Po ‘wylądowaniu’ na Delancey Street, które przebiegło bez większych komplikacji, do nosa bogini dotarła ogromna mieszanka zapachów, głównie przypraw i pieczonego mięsa. Nic dziwnego, bo w tym miejscu bar stał obok baru, przy czym właściciele postanowili zaproponować jedzenie pochodzące z różnych stron świata. Co za tym idzie, mnogość woni mogła powodować zawroty głowy u mniej odpornych na nie osób. Mieszkańcy Nowego Jorku byli jednak jakby przyzwyczajeni i wydawało się, że zupełnie im to nie przeszkadza – ze smakiem pałaszowali zamówione dania, a ci, którzy akurat tego nie robili, nieśli siatki z potrawami zapakowanymi na wynos. Dobrze, że Volstagga z nimi nie było, bo z całą pewnością nieco opóźniłby ich misję, chcąc spróbować wszystkich ziemskich specjałów, jakie tu serwowano.
Ciemnowłosa rozejrzała się, by sprawdzić, czy wszyscy dotarli w to samo miejsce, co ona. Na szczęście nikogo nie brakowało. Bogini nieczęsto zjawiała się w Midgardzie, odbyła raptem kilka podróży, zatem nie czuła się najlepszym przewodnikiem po Ameryce. Spojrzała z nadzieją na Frejra oraz jego siostrę, którzy to lubili ludzki świat bardziej, niż ona. Bywali w nim już wcześniej, wielokrotnie. Może będą wiedzieli, w którą stronę najlepiej się udać, a przy okazji nie zrobić sobie i innym krzywdy. Zdaniem Sif na Ziemi panowały bardzo dziwne zasady, których jeszcze do końca nie pojmowała.
Zerknęła w górę, na niebo. Może ono zdradzi jej, gdzie znajduje się Thor? Ale jak na złość, było ono idealnie błękitne i nie zapowiadało się na to, by miał je przeciąć grom. Nawet chmury ani trochę nie szarzały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Freya

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 20/08/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Lis 01, 2012 3:55 pm

Freja stała cicho koło brata i rozejrzała się po ulicy. "Dużo się zmieniło od mojej ostatniej wizyty." pomyślała jedynie, obracając głową, aby zarejestrować wszystkie bodźce które do niej docierały. Nie potrzebowała wiele czasu, chociaż wszystko było zupełnie inne. Wiele kolorów, dźwięków, zapachów... Które były bogini zupełnie obce.
- Rozwinęli się przez ten czas. - powiedziała do Frejra, łapiąc delikatnie jego rękaw. - Ile to było?
Pytała o różnice czasu pomiędzy Asgardzkimi normami a możliwościami Midgardu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://okuni12.deviantart.com/
Frejr

avatar

Liczba postów : 12
Data dołączenia : 13/09/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Lis 25, 2012 10:02 pm

- A bo ja wiem? - Frejr odrzekł, mniej słuchając tego, co mówi do niego jego siostra, a bardziej zastanawiając się, gdzie rozpocząć poszukiwania dwójki uciekinierów. Ze względu na Lokiego, oczywistą sprawą było skoncentrowanie się na bardziej luksusowych miejscach, takich jak drogie restauracje, teatry i przeróżne gale, na których to Loki miał pełne pole do popisu.
Zapachy przypalonego tłuszczu, smażonego mięsa i wszelakich przypraw, unoszące się ze stron rozmaitych barów porozsiewanych na ulicy, na której to się znajdowali, znacznie wpłynęły na podjęcie decyzji od którego miejsca zacząć.
Stanął twarzą do towarzyszek w podróży, po czym stwierdził donośnym głosem, tak by wszystkie go słyszały. Mimo wszystko na ulicy panował spory gwar i hałas wywołany przejeżdżającymi obok samochodami, tak więc trzeba było dostosować głos do otoczenia.
- Drogie Panie, proponuję udać się do jakiejś znanej restauracji. Może się czegoś tam dowiemy lub zdobędziemy przydatne informacje... - zaczął - Przy okazji sobie coś zjemy, strasznie zgłodniałem przez te zapachy. - stwierdził, rozglądając się po okolicy z poirytowaną miną, zerkając jednocześnie na budki z jedzeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lady Sif

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 12/07/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Gru 02, 2012 8:12 pm

Kątem oka Sif dostrzegła, jak drobna dłoń Freji łapie za rękaw koszuli brata. Nauczyła się nie zazdrościć i doceniać to, co posiada, ale i tak relacja tej dwójki zawsze wydawała się jej… w pewien sposób magiczna. Czyżby wojowniczce nasuwały się pewne skojarzenia z czymś, co już zdążyła kiedyś u kogoś zaobserwować?
- Nie przypuszczam, byśmy mieli czas na jedzenie, jeszcze nie. Dopiero wyruszyliśmy – stwierdziła bez zbędnego moralizatorstwa, po prostu było to tak oczywiste jak fakt, iż oddycha powietrzem. – Nic nie zaszkodzi nam jednak trochę się rozejrzeć.
Bogini nie była pewna, czy odwiedzanie miejsc ogólnodostępnych, w środku Nowego Jorku, to dobry trop. Czy Loki wychylałby się wiedząc, że na pewno ktoś będzie go szukał? Teraz bardziej pasowałoby ukryć się gdzieś, nie zwracać na siebie uwagi. Olbrzym był jednak na tyle przewrotny, że mógłby zrobić przeciwieństwo tego, co inni by pomyśleli. Jeśli zaczęliby go szukać w mniej uczęszczanych miejscach, ten mógłby swobodnie siedzieć sobie w jednej z drogich knajp pewien, że jest bezpieczny. Dlatego też Sif nie zamierzała dyskutować z Frejrem i przystała na pierwszą część jego planu.
Martwiła ją tylko osoba Sigyn, która wcale nie zabrała jeszcze głosu. Czyżby zamierzała się wycofać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Gru 07, 2012 11:10 pm

Nim grupa zdążyła podjąć jakiekolwiek dalsze działania, snop złocistego światła otoczył Freyę, jednocześnie przyciągając oczywiście jeszcze większą niż dotychczas uwagę przemykających dookoła ludzi. Niektórzy z nich zatrzymali się nawet, aby popatrzeć, choć z drugiej strony trzeba uczciwie przyznać, że zdecydowana większość wolała kontynuować swoje zajęcia i zmierzać we własną stronę - czego jak czego, ale nadnaturalnych spektakli w Nowym Jorku zdarzało się sporo, a o swoją pracę trzeba było akurat dbać. Widowisko zawsze można było przecież poobserwować innym razem.
Grunt jednak, że owe światło rozbłysło na tyle jasno, by na moment zupełnie oślepić członków grupy, a gdy stopniowo - i dość szybko - przygasło, na miejscu Freyi znajdowała się już zupełnie inna osoba... Choć również znajoma, a mianowicie: jeden z największych wojowników Asgardu - Volstagg.
Oczywiście Sif, Sigyn i Frejr nie mogli o tym jeszcze wiedzieć, lecz został on posłany przez samą Friggę w celu ratowania niepokojąco się komplikującej sytuacji. Otóż nieobecność Freyi została zauważona na dworze i nie mogła zostać wyjaśniona w żaden bezpieczny sposób, dlatego też królowa zdecydowała się sprowadzić ją na powrót do pałacu. W zastępstwie wydelegowała zaś do pomocy Volstagga - odpowiednio poinstruowanego i zaopatrzonego w krótki list z niezbędnymi wytłumaczeniami.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Volstagg

avatar

Liczba postów : 13
Data dołączenia : 30/09/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Gru 09, 2012 11:59 am

Volstagg był na Ziemi. Rzadko tu bywał i uważał, że to dość dziwne miejsce, inne. Gdy światło wokół niego opadło mężczyzna jeszcze przeczesywał swoją długą brodę. Rozejrzał się i ujrzał swych towarzyszy. Wiedział czego tu szukają, został właściwie poinformowany o celu misji. Oglądając budynki i ulice wokół zauważył wiele restauracji i barów oraz ludzi zjadających tam rozmaite, ziemskie przysmaki. Ich woń unosiła się po okolicy, a Volstaggowi aż ciekła ślina. Kto jak kto, ale Volstagg lubił jeść...Bardzo lubił jeść. Wojownik z chęcią przysiadłby do jednego ze stołów i zamówił jakiś midgardzki przysmak, ale wiedział, że nie spodobałoby to się Sif, w końcu mieli misje do wykonania. Niestety musiał oprzeć się kuszącym zapachom, starał się je ignorować, mimo iż nie było to takie łatwe. Podszedł do grupy i z uśmiechem rzekł:
-Witajcie. Gdzie teraz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frejr

avatar

Liczba postów : 12
Data dołączenia : 13/09/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Gru 14, 2012 9:10 pm

Już miał odpowiedzieć Sif, gdy wtem bardzo jasny krąg światła otaczającego Freyę skutecznie odwrócił jego uwagę. Totalnie zaskoczony, był w stanie tylko się przyglądać całemu zjawisku, zresztą tak jak cała rzesza gapiów, przechodzących akurat nieopodal. Gdy już snop światła zniknął, zamiast swojej siostry Frey ujrzał Volstagga. Po krótkiej chwili Frejr otrząsnął się z zaskoczenia.
- Witaj! Dobre pytanie, właśnie o tym dyskutowaliśmy z Sif. - Frejr skinął głową w geście powitania - Stanęło na udaniu się w jakieś znane miejsce, by tam zasięgnąć potencjalnych informacji na temat Lokiego lub Thora, lub ich obojga. A powiedz mi, Volstaggu, co z moją siostrą?
Frejr zastanawiał się, czemu jego siostra została wymieniona na Volstagga. To, że została wymieniona było aż nadto oczywiste. W dodatku wojownik wydawał się być całkiem dobrze poinformowany o celu ich misji, tak więc wszystkie fakty wskazywały na działanie Frigg.
Jednego był pewien. Pojawiły się jakieś komplikacje i dostaną pewnie jakieś nowe instrukcje. Frigg była znana z niezmienności swoich poleceń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3339
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Gru 16, 2012 7:17 pm

List Friggi zawierał dość szczegółowy opis zaistniałej sytuacji. Przede wszystkim informował grupę o tym, iż Volstagg przysłany został na miejsce Freyi, której nieobecność zauważył niestety sam Odyn - i był już skłonny rozpocząć jej poszukiwania, co w takiej sytuacji nie było wcale dziwne, dlatego też bogini miłości musiała powrócić do pałacu, aby go uspokoić. Królowa zapewniała przy tym, iż misji grupy nic nie zagraża - i że osobiście dopilnuje, aby nikt zbyt szybko się o niej nie dowiedział.
Kolejne akapity kreśliły pokrótce zarys sytuacji panującej w Asgardzie. Poselstwa do zaprzyjaźnionych królestw zostały już wysłane, a na czele jednego z nich - skierowanego do Vanaheim - stanął nawet Hogun. Wojsko postawiono w stan najwyższej gotowości. Oczywiście ludności nie poinformowano dokładnie o tym co miało miejsce, lecz i bez tego panika rosła, póki co jeszcze tłumiona - ale jak długo utrzymany zostanie względny spokój? Frigga ostrzegała także, iż kilka niewielkich oddziałów zostało już oddelegowanych do Midgardu, jednakże nie znała szczegółów.
Dalej królowa życzyła grupie powodzenia i prosiła ich - a konkretnie Sif - o zatrzymanie listu. Wyjaśniała, że użyty do jego napisania atrament powinien błyszczeć w chwili, gdy w jego pobliżu używano magii - w odległości około stu metrów. Z pewnością w tym konkretnym świecie będzie to spore ułatwienie poszukiwań.

***

Volstagg, przydałoby się pokazać ten list pozostałym~


_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Volstagg

avatar

Liczba postów : 13
Data dołączenia : 30/09/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Gru 18, 2012 7:22 pm

-Przybyłem tu na miejsce Freyi, gdyż... Z resztą- jest tutaj list, a w nim wszystko dokładnie opisane.- Odpowiedział Volstagg na pytanie Frejra, wręczając Sif zwinięty , zapieczętowany list.- Osobiście go nie czytałem, ale Frigga chyba wspominała, byś zatrzymała ten list.- Dodał wojownik. Chwilę jeszcze rozglądał się po okolicy, nadal zachwycając się zapachami ziemskich potraw. Drapał się po brodzie, spoglądając co chwilę na towarzyszy, ale też odwracając wzrok w stronę barów i restauracji.
-Nie jestem zachwycony obecną sytuacją, Loki pałęta się gdzieś po Midgardzie, my go teraz szukamy nie wiedząc praktycznie nic o jego położeniu!- Rzekł lekko zestresowany Volstagg, skupiając swój wzrok, tym razem, na towarzyszach podróży.- Chyba, że już coś ustaliliście?- Dodał szybko, z nadzieją na to iż nie będą musieli zaczynać od niczego. Po czym znów zaczął marzyć o zjedzeniu tutaj jakichś midgardzkich przysmaków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Delancey Street   

Powrót do góry Go down
 
Delancey Street
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 5Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5  Next
 Similar topics
-
» Janssen Street
» Crimson Street
» Pub Baggins, Bagford Street 12
» Old Paradise Street

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: