Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Delancey Street

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3779
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Delancey Street   Pią Lip 13, 2012 1:33 pm

First topic message reminder :



Jedno z centralnych miejsc Lower East Side na Manhattanie, łączące ze sobą Bowery i Williamsburg Bridge. Znajduje się tu cała masa barów - w tym takich na wynos, delikatesów, a także sklepów z ubraniami znanych z wielkich obniżek cen i licznych okazji.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com

AutorWiadomość
Elias

avatar

Liczba postów : 26
Data dołączenia : 11/05/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Cze 15, 2015 6:32 pm

Elias był raczej przyziemny. Czuł się nieswojo w powietrzu. Wolał mieć stały grunt pod nogami. Z resztą nigdy nie miał potrzeby by wzbić się w powietrze. Dobrze się czuł na "ziemi", jeśli ziemią można nazwać dach wieżowca.
Niestety chłopak nie docenił gry aktorskiej dziewczyny, ponieważ chwilowo sie na nią nie patrzył. Z resztą nie ufał jej. Postanowił przez najbliższe chwile unikać kontaktu wzrokowego. -Aha.....Jeszcze nie- Elias nie miał raczej problemów z padaczką. W każdym razie tak uważa.
-Gadanie- Wysłać jego ojca na odwyk to jedno. Najpierw trzeba go zmusić na ten odwyk, bo on sam z siebie na pewno nie pójdzie. Bo tu nie problem stanowią pieniądze, a chęci. Według Eliasa ludzie się nie zmieniają.
-Rozumiem że chcesz wreszcie poznać odpowiedź. Ale mam warunki. Chcę pogadać z waszym dowódcą, to mu przekażę czy zdecydowałem się wpaść w to całe bagno- Jak na kogoś kto znajduje się na dachu wieżowca z nieznaną kobietą był dość pewny siebie. W końcu co ona mu może zrobić? Z dachu go nie zrzuci, bo sama już wspomniała że go potrzebują. Więc chwilowo to on jest na wygranej pozycji. Może stawiać warunki, bo skoro ma już do tej drużyny o dziwnej nazwie, dołączyć, to tylko z korzyścią dla niego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Moonstone

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 26/09/2014

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Cze 15, 2015 7:24 pm

W sumie jakby się nad tym zastanowić to przeciwko komuś kto ma zaburzenia epileptyczne taki trik z oczami może nawet dużo skuteczniej podziałać niż przetopienie go za pomocą lasera. Kto wie? Może nawet wśród bohaterów znajdzie się epileptyk? Raczej mało prawdopodobne, bo wtedy nie byłby bohaterem ale na zwykłego cywila to może podziałać ale czy Karla jest złośliwym człowiekiem do tego stopnia, by tak dręczyć osobę? Miała o wiele bardziej wyszukane metody niż takie coś. Chociażby danie wyboru: skacz w ogień i się poparz z możliwością przeżycia albo nadziej się na promień laserowy i zgiń. Przydatne też były inne triki psychologiczne jak danie osobie broni do ręki z jedną kulą oraz możliwy wybór pomiędzy dwiema bliskimi osobami. Tragiczny wybór, bo w wypadku braku tegoż osoba traciła oboje bliskich.
Wracając do ojca Eliasa – Nie trzeba gadać. Wystarczy mieć nakaz przymusowego udania się na terapię. Myślisz, że pijak będzie na tyle obeznany z prawnymi kruczkami by wybronić się przed dobrze skonstruowanym nakazem? Ludzi można zmienić, wystarczy tylko stopniowo obdzierać ich z tej skorupy którą sobie zbudowali. – zapytała najpierw nieco retorycznie, a potem dodała swoje osobiste spostrzeżenie. Rząd mógł sobie pozwolić na wiele rzeczy, poczynając od najdroższych prawników kończąc na stworzeniu dowodów, które byłyby wystarczające by umieścić ojca Eliasa przymusowo na terapii.
Stawiał bardzo śmiałe żądania, ba nawet warunki chciał dyktować. Wprawdzie wiele Moonstone sama z siebie nie mogła mu zagwarantować, aczkolwiek to by umówić spotkanie z Rossem chyba mogła.Zresztą nic mu nie mogła zrobić tak naprawdę… znaczy mogła zabić i uciec od Thunderbolts ale jaki to miało sens, skoro zaraz by ją znaleźli i przymknęli w jakimś superwięzieniu? Jeszcze nie teraz. Wyciągnęła z kieszeni telefon i wstukała treść wiadomości do kwatery. Brzmiała ona mniej więcej tak: Przygotujcie miejsce spotkania w pobliżu Nowego Yorku. Potencjalny nowy członek organizacji chce spotkać się z generałem i omówić parę rzeczy. Przekażcie to jak najszybciej Rossowi, gdyż jest to pilne.
Oczywiście cała wiadomość musiała przejść przez całe procesy szyfrowania, z których TB korzystało, jak każda organizacja zresztą. W tym czasie ona schowała telefon do kieszeni i spojrzała na Eliasa - No to teraz czekamy na wiadomość zwrotną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Elias

avatar

Liczba postów : 26
Data dołączenia : 11/05/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Cze 19, 2015 11:43 am

Dla Eliasa to wszystko wydawało się szalone. Jakaś obca osoba mówi ci że chce cię zwerbować do jakiejś tajnej organizacji, mają o tobie wszystkie informacje i za wszelką cenę chcą cię zrekrutować. To nie brzmi normalnie. Poza tym Karla próbowała już wielu możliwych ruchów żeby go zachęcić, dawała mu nadzieję na lepszą przyszłość, chciała go zachęcić możliwościami jakie by miał, a potem użyła strachu żeby się zgodził. Nic na niego nie działa, ale w obecnej sytuacji zgodziłby się, żeby mu tylko spokój dała. W dodatku już kombinował jakby wyczyścić część danych. Przecież nie mogą wiedzieć o nim wszystkiego, musi być coś czego nie wiedzą o nim.
-Uważacie że wszystko możecie? Takie wtrącanie się w cudze prywatne życie nie przysporzy wam sojuszników- Ta dziewczyna naprawdę go denerwowała, jak i ta cała organizacja. Dlatego też chce rozmawiać z dowódcą, może on będzie potrafił go przekonać, bez używania marnych sztuczek psychologicznych.
-A długo się czeka na tą wiadomość zwrotną?- No tak, Elias nie był przygotowany na nagłą rekrutację, a miał jeszcze dzisiaj parę rzeczy do zrobienia. Chłopak postanowił wykorzystać okazję i popatrzeć sobie na świat z dużej wysokości. Nowy Jork wyglądaj inaczej, ludzie łazili w pośpiechu jak mrówki. Było widać jak to miasto jest zaludnione, podobne odczucia można mieć stojąc w korku, będąc w zatłoczonym metrze lub galerii handlowej. Na ulicy zresztą też jest tłok. A tutaj, miał przynajmniej spokój. No, znaczy była jakaś obca kobieta która mogłaby go teraz zepchnąć z dachu, ale kto by się tym przejmował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Moonstone

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 26/09/2014

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Cze 20, 2015 9:30 pm

- Gdybyśmy nie wtrącali się w życie prywatne to przestępczość wzrosłaby o ponad 30%. Szarzy ludzie nie są na tyle odpowiedzialni, by móc pozostawić ich samym sobie.Zresztą ten kto ma coś do ukrycia, coś co jest niezgodne z prawem oczywiście może się nas bać i uznawać za wrogów - tutaj Karla miała całkiem niezły argument. Najbardziej inwigilacja nie podoba się tym, którzy coś zrobili i chcą to ukryć, a to było zresztą łatwe do wywnioskowania czemu chłopaczkowi nie podoba się to że ktoś go obserwował. Sam nie był święty i zdawał sobie z tego sprawę bardzo dobrze. Myślał, że będzie nieuchwytny do końca życia,a tu patrzcie jaka niespodzianka. Ktoś obserwował go calutki ten czas.
- Niedługo. Generał trzyma swoje sekretarki krótko, by te przekazywały na czas informacje - sekretarki miała tu na myśli raczej przydupasów (czyt. żołnierzy), którzy są zbyt fatalni by coś ważnego robić ale na tyle kompetentni by przekazać informacje. Tego chyba nie da się spieprzyć, a raczej trzeba by być totalnym idiotą by nie przekazać prostej wiadomości w sposób poprawny. Po pewnym czasie komórka Moonstone zabrzęczała, a ta niezwłocznie ją wyciągnęła i odczytała wiadomość. Chciała coś powiedzieć, ale najwyraźniej Elias był zajęty przyglądaniem się miastu z góry. Karla miała już pewien plan jak przetransportować go do kwatery, tak by ten nie wiedział gdzie ona jest.
- Widzę, że podoba Ci się patrzenie na świat z góry - powiedziała i ściągnęła sobie wierzchnią warstwę góry i położyła ją na kolanach - Mam namiary, aczkolwiek z kwestii bezpieczeństwa będę musiała zasłonić Ci oczy oraz będziesz musiał się mnie trzymać podczas lotu. No chyba, że chcesz byśmy wlekli się tam pół dnia - do Waszyngtonu lot nie powinien zająć jej dużo czasu, ale kto powiedział że Karla nie pokluczy trochę by dystans wydawał się dłuższy i ciężej byłoby ustalić pozycję?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Elias

avatar

Liczba postów : 26
Data dołączenia : 11/05/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Cze 23, 2015 4:37 pm

-Ale ja nie jestem zwykłym, szarym człowiekiem- Elias nie lubi jak ktoś wtrąca sie w nie swoje sprawy. Nawet gdyby nie kradł, i nie robił tych innych złych rzeczy, to czułby się źle dowiadując się iż ktoś go obserwuje. Ludzie muszą mieć sekrety, bo inaczej stają się właśnie zwykłymi, szarymi ludźmi.
-Wolę ląd, zdecydowanie.- Odpowiedział, bojąc się kolejnej wycieczki. Osobiście, wolał zejść schodami, niż kolejny raz zawisnąć w powietrzu. Ale Karla miała inne plany. -Mam ci dać zakryć sobie oczy? No chyba żartujesz.- Zareagował gwałtownie po usłyszeniu wiadomości. To że Elias jest nie ufny powtarzać nie trzeba. Ale zakrycie oczu? Nie, jakaś część mózgu mówiła "nie" natomiast inna część podpowiadała mu że inaczej nie spotka się z generałem.
-No dobra, niech ci będzie- westchnął. Musiał przełamać tą barierę nieufności. Czy będzie tego żałować przekona się później. Na chwilę obecną przygotowywał sie mentalnie przed kolejnym lotem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Moonstone

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 26/09/2014

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Cze 27, 2015 4:35 am

- Dlatego dostałeś szansę, by mieć znaczenie w tym świecie a nie być jedynie trybikiem marketingu i gospodarki, jak zresztą każdy kto się jakoś wyróżnia  - odpowiedziała, aczkolwiek przez pryzmat postrzegania świata Elias nadal mógł być tym szarym człowieczkiem. Pewne rzeczy trzeba dostrzec by wyrwać się z tego stanu, jak również trzeba je też odczuć by móc spojrzeć na rzeczywistość w zupełnie inny sposób. Próbowała mu właśnie to przekazać, jednak czy ją zrozumie oraz jej intencje to inna sprawa.
Najwyraźniej wolał patrzeć z perspektywy równej temu na co patrzy. Z góry jednak było widocznych o wiele więcej rzeczy, jednak czasami również tej perspektywie coś umykało. Moonstone już się przyzwyczaiła do tego, że ma umiejętność lotu i czerpała z tego już mniej przyjemności niż kiedyś. Teraz stanowiło to dla niej bardziej strategiczną pozycję niż jakiś walor mający sprawić jej przyjemność. Elias się oburzył pomysłem z zasłonięciem oczu, jednak Karla domyśliła się że po chwili się zgodzi. Dlaczego? Widać było, że mu zależy by porozmawiać twarzą w twarz z generałem, a zasłonięcie oczu a co za tym idzie nie wyjawienie lokalizacji miejsca spotkania z powodów bezpieczeństwa było kluczowe dla tego wydarzenia. Jednak spokojnie sobie czekała, wiedziała że jest inteligentny i połączy fakty. Jeśli nie przełamałby pierwszej bariery nieufności to również nie byłby zdolny do pracy z resztą organizacji, a co za tym idzie byłby niezdatny do funkcji jaka jest przewidziana dla niego. Karla wyciągnęła z kieszeni prostą chustę. Czasami takie akcesorium mimo swojej prostoty potrafiło dodać strojowi uroku, więc dosyć często miała je ze sobą. Zawiązała ją chłopakowi na oczach (była koloru czerwonego), a następnie złapała go pod kolanami i pod barkiem. Przykazała że jak mu wygodnie to może się nawet trzymać jej szyi, a potem wzleciała. Po kilku chwilach Elias mógł poczuć chłód znacznej wysokości, na której lecieli a strój Karli zmienił się na jej biały uniform Moonstone. Lecieli tak może z dwie godziny, gdyż Karla kluczyła ze względów bezpieczeństwa by Ross nie mógł jej zarzucić że dała się komuś śledzić. Oczywiście jak Elias chciał to robiła przerwę co jakiś czas w locie, gdyż mogło mu być zwyczajnie nie wygodnie.
W każdym razie z zawiązanymi oczyma dostarczyła go do kwatery w Waszyngtonie. W kontroli rozpoznali jej przepustkę i wedle procedur miała się stawić w hangarze, gdzie oczywiście wylądowała. Żołnierze pewnie byli zdziwieni, że ma kogoś ze sobą ale tylko machnęła im rozkazami od Rossa znajdującymi się na jej urządzeniu. Oczywiście po wylądowaniu zdjęła opaskę chłopakowi z oczu i rzuciła "witamy w krainie czarów". Nieco żartobliwie oczywiście.
ZT oboje > tutaj. Możesz tam odpisać jako pierwszy z racji, że jeszcze chwilę na Rossa musimy poczekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Valkyrie

avatar

Liczba postów : 36
Data dołączenia : 18/10/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Kwi 26, 2016 9:10 am

Powrót z Las Vegas dał Val wiele do myślenia. Przede wszystkim nie wróciła do powłoki Samanthy, tylko przebrała się jako Valkyrie w normalnie ubrania i tak wyszła na ulicę; oznaczało to, że nie miała od razu ze sobą swoich broni, ale jedna zmiana sprawiłaby, że zyskałaby do nich dostęp, więc nie czuła się bezbronna. Schowała ręce do kieszeni i zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze spotkań z teoretycznie zaginionymi, ale nigdy nie odnalezionymi oficerami armii Odyna przyjdzie jej odbyć. I nie wiedziała, jak reagować na nie. Pozwolić im żyć w spokoju, czy zgłosić ten fakt Odynowi? Wszechojciec wymagał od niej jedynie porozumienia z Thorem, którego do tej pory nie znalazła, więc czy powinna pozostawić inne sprawy na boku?

Zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, jak to rozegrać, więc nie miała pomysłu co do swoich dalszych posunięć. Och, wiedziała, że pewnie będzie musiała przełknąć dumę i skontaktować się bezpośrednio z Avengers, ale jeszcze trochę wolała popracować sama. A nuż jej się uda. Z nowo podjętą decyzją aż szybciej ruszyła do przodu, kiedy nagle poczuła szturchnięcie na ramieniu - musiała być mocno rozproszona, bo ktoś ukradł jej torebkę. Nie było w niej nic cennego, bardziej nosiła ją dla niepoznaki, ale sam fakt, że ktoś śmie kraść cokolwiek od Walkirii...! Przygotowała się do pościgu za złodziejem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Miles Morales

avatar

Liczba postów : 48
Data dołączenia : 17/06/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Kwi 26, 2016 9:51 pm

Miles Morales spokojnie przy pomocy swej pajęczyny przemieszczał Delancey Street. Pomimo swego młodego wieku czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo bezbronnych cywili. Dlatego odziany w czarno-czerwony strój pająka bacznie obserwował otaczający go krajobraz. Przy pomocy swych wyczulonych zmysłów próbował wyłapywać wszelakie bodźce, które mogłyby świadczyć o jakimś zagrożeniu. Początkowo wydawało się być w jak najlepszym porządku. Mieszkańcy beztrosko spacerowali, zmierzali do pracy czy rozmawiali między sobą. Niespodziewanie zmysł dał o sobie znać. Miles odruchowo skierował swój wzrok w kierunku dochodzących do niego sygnałów. Po chwili ujrzał pędzącego w szaleńczym sprincie mężczyznę, który co chwila trącał przechodniów. W prawej ręce miał damską torebkę. To jednoznacznie poświadczyło o jego winie. Morales odruchowo poprawił swoją maskę, po czym wypuścił w odpowiednim czasie swoją pajęczynę. Usytuował ją tak, by polecieć wprost na potencjalnego adwersarza. W czasie opadania uderzył go wysuniętymi nogami. Impet był na tyle wystarczający, iż złodziejaszek upadł z impetem na twardy chodnik. Zanim zdołał powstać został przyszpilony do gruntu solidną wiązką lepiej cieczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Valkyrie

avatar

Liczba postów : 36
Data dołączenia : 18/10/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Kwi 29, 2016 5:28 pm

Valkyrie zdążyła rozpocząć bieg, ale zrobiła tylko pięć kroków, kiedy złodziej został powalony. Zwolniła bieg, ale nie zmieniła kierunku, i z gracją podniosła torebkę, którą złodziej upuścił, a następnie "całkiem niewinnie" upuściła ją na jego głowę. Była tam butelka wody, więc złodziej na pewno to poczuł. Wiedziała, że to drobnostka i o coś takiego nie warto było być tak, cóż, mściwym, ale nie mogła się powstrzymać. Zwalała to na Samanthę.

- Dziękuję - powiedziała do bohatera, który jej pomógł. Schyliła się, aby podnieść torebkę, ale była przyklejona, a Valkyrie wolała nie pokazywać swojej super siły i odklejać jej, dlatego znowu spojrzała na bohatera. - Jesteś... Spider-Manem, tak? Jednym z nich?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Miles Morales

avatar

Liczba postów : 48
Data dołączenia : 17/06/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Cze 02, 2016 9:05 pm

(nastąpiła zmiana gracza stojącego za Moralesem)


Spider-Man pikował w dół, w kontrolowanym upadku. Uchwycił się zręcznie stojącej obok lampy ulicznej, wykonał błyskawiczny obrót w powietrzu po czym przysiadł na jej szczycie. Zwiesił nogi, przeciągnął się i westchnął. Wyglądał, jakby impet, z jakim tu przybył nie wiązał się dla niego z żadnym realnym stresem, w ciągu kilku sekund dzielących go od akcji rozluźnił się zupełnie. Fakt ten nadawał mu dziwnie beztroski wygląd.
Miles zauważył kobietę i kiwnął głową na jej podziękowanie uśmiechając się wesoło pod maską.
Na zadane pytanie odpowiedział chwilą milczenia. Spojrzał po sobie. Od stóp do głowy ubrany był w swój wspaniały, czarny kostium Spider-Mana (który być może na tym etapie wymagał już prania, tym bardziej Miles zdecydował się trzymać dystans). Jego ubiór jak mu się wydawało nie pozostawiał wątpliwości co do tego, kim jest.
-O tak. - odparł po chwili, gdy zorientował się, że pauza mogła być niegrzeczna. - Jestem Spider-Man. Ten przyjacielski. Z sąsiedztwa. - wykonał przed sobą gest dłonią. - W każdym razie "jeden z nich".

Ta fraza. "jeden z nich". Było w niej coś przykrego. W swoim świecie Miles czuł się wyjątkowo ze swoimi mocami. Nie zawsze komfortowo ale jednak wyjątkowo. Tutaj widać plątało się po mieście więcej pająków. Miles nie miał jednak czasu się w tym temacie szerzej rozeznawać.
Zmierzył wzrokiem swoją rozmówczynię. Znowu poczuł, że zachowuje się niezręcznie robiąc długie przerwy, więc na chybił trafił zachowując pozory nonszalancji rzucił ogólne:
-A ty?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Valkyrie

avatar

Liczba postów : 36
Data dołączenia : 18/10/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Cze 05, 2016 7:07 pm

Kiedy usłyszała pierwsze słowa z ust Spider-Mana, Valkyrie uniosła brew, bo... cóż. Albo podczas jej wizyty w Las Vegas coś się w Nowym Jorku pozmieniało, albo szwankowała jej pamięć... a tak nie może być. Zmrużyła oczy, aby móc lepiej przyjrzeć się pająkowi, co w sumie ten odwzajemnił, mierząc ją również.

- Ja akurat Spider-Manem nie jestem - odpowiedziała najpierw, posyłając mu lekki uśmiech i ciesząc się, że patrząc na niego nie musi patrzeć w słońce, bo miała je za plecami. Gestem Samanthy poprawiła bluzkę. Dobrze, aby Samantha trochę ją pokierowała podczas tej rozmowy. - I wydawało mi się, że ten "przyjacielski z sąsiedztwa" Spider-Man miał niebieski kostium, a nie... czarny - zauważyła. Po chwili szybko dodała: - Nie to, że może tamten masz w praniu albo zmieniłeś strój, nie było mnie trochę w mieście, ale... tak z ciekawości... spytałam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Miles Morales

avatar

Liczba postów : 48
Data dołączenia : 17/06/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Cze 06, 2016 8:23 am

Spider-Man wyrzucił ręce do góry w geście bezradności i pokręcił głową.
-My wszyscy jesteśmy przyjacielscy. - powiedział. -Ale po zastanowieniu rzeczywiście jestem z trochę dalszego sąsiedztwa - dodał szybko. W końcu alternatywny wszechświat z którego pochodził nie był specjalnie blisko. Dowcipowi brakowało puenty ale Morales pogodził się już dawno, że nie jest Peterem Parkerem. Być może tak było dobrze. Trochę bardziej enigmatycznie.
Mimo wszystko w takich jak ten momentach przeklinał w duchu tego pająka, który wraz z niezwykłymi mocami przekazał mu swoje proporcjonalne poczucie humoru.
-W każdym razie nie jestem Spider-Manem w czerwono-niebieskiej piżamie. Jestem Spider-Manem w czarnej piżamie. - kiwnął głową. Wyciągnął palec wskazujący i z przekonaniem dodał. - Zupełnie coś innego. Ale udostępniono mi franczyzę.

Rozmowa zdawała się donikąd nie prowadzić a Miles właściwie nie widział powodu, żeby rozmawiać z tą zupełnie zwyczajną kobietą, zwłaszcza, że rozmowa się nie kleiła.
-W porządku. To była twoja torebka? - spytał, zamierzając za chwilę powrócić do swoich zajęć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Valkyrie

avatar

Liczba postów : 36
Data dołączenia : 18/10/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Cze 10, 2016 5:20 pm

Uśmiechnęła się kącikiem ust, widząc lekko wyprowadzonego Spider-Mana z równowagi. Dała mu chwilę na uspokojenie się i znalezienie słów; nigdzie jej się nie spieszyło, a i też zdziwiła się trochę, że Spider-Man - w czarnej piżamie, jak sam powiedział - znalazł czas na rozmowę. Doceniała to, jak najbardziej, bo w końcu dzięki temu nie musiała ujawniać ludziom swojej super siły.

- Tak, właśnie, dziękuję, że nie zniknąłeś od razu, bo nie wiem, jak bym miała zabrać tę torebkę. Możesz pomóc? - zapytała z lekkim uśmiechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Miles Morales

avatar

Liczba postów : 48
Data dołączenia : 17/06/2015

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Cze 10, 2016 8:54 pm

Miles na chwilę się zawiesił. Przetwarzał informację.
-Ach tak! - klepnął się dłonią w skroń. Zeskoczył na chodnik. I zaczął odklejać torebkę, uwięzioną dodatkowo w uścisku nieprzytomnego złodziejaszka. Zajęło mu to około piętnastu sekund, które jednak dłużyły mu się jak małe wieczności, ponieważ czuł, że to powinno być dla niego dużo prostsze a ze wszystkich stron obserwowali go gapie.

Wspomniał sobie wówczas w duchu wszystkie sytuacje, kiedy pozostawił na miejscu zbrodni związanych przestępców. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, kto ich później rozkleja. I przede wszystkim: w jaki sposób.
To było wyjątkowo krępujące i Miles chciał jak najszybciej uciec z tej sytuacji. Nieskutecznie starał się ukryć zakłopotanie.
W końcu wręczył torebkę Valkyrii i uśmiechnął się głupkowato pod maską.
Zupełnie nie wiedział co powiedzieć.
-No cóż. - westchnął dźwięcznie. - To chleb powszedni dla mechanika rowerowego!
W tym momencie znowu się zawiesił. Zacytował Monthy Pythona.
Miał nadzieję, że w tym świecie też BYŁ Monthy Python. I że wykonywali ten skecz. To nie było oczywiste.

Z odniesieniami popkulturowymi wiązał się cały szereg problemów. Ostatnio na przykład Miles dyskutował z kolegą z nowej szkoły o Charliem Parkerze. Była to długa i trudna dyskusja zakończona sprawdzaniem wszystkich omawianych faktów na Wikipedii. Jakie było zdziwienie Moralesa gdy okazało się, że w tym świecie stary Charlie był saksofonistą.

Spider-Man ukłonił się, pomachał do zgromadzonych ludzi i kiwnął na pożegnanie do Valkyrii. A potem potężnym susem wydostał się ponad poziom latarni, następnie wykorzystując wiązkę elastycznej pajęczyny jak sprężynę wzleciał jeszcze wyżej, ponad poziom budynków i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku.

[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 69
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Mar 07, 2018 11:41 pm

Delancey Street nie spała o tej porze. Liczne otwarte bary i puby konkurowały swoimi światłami i neonowymi szyldami z blaskiem ulicznych lamp. Może mniej jeździło tu samochodów, niż za dnia, na chodniku nadal trzeba było jednak uważać, by przypadkiem na kogoś nie wpaść. To dawało poczucie miłej anonimowości, zresztą tym właśnie cechowały się ulice Nowego Jorku - człowiek zlewał się na nich z tłumem i stawał jego częścią, kolejną nieznaną nikomu twarzą, którą minie się bez zastanowienia i która nie zapadnie w pamięć.
W jej pracy to uczucie było całkiem ważne i cholernie przydatne, więc na swój sposób rozkoszowała się nim, podobnie jak chłodnawym, nocnym powietrzem przesyconym zapachem oddającego ciepło letniego dnia asfaltu i mieszanką aromatów z pobliskich knajpek serwujących wietnamskie i meksykańskie jedzenie na wynos.
Właściwie, to chyba nawet była głodna.
Idąc niespiesznie chodnikiem i mijając kolejne bary, wyciągnęła z kieszeni spodni wymięte opakowanie papierosów, opróżnione do połowy. Wyjęła jednego, wsunęła do ust i zapaliła zapalniczką w kolorze odblaskowego, intensywnego różu, kupioną w jakimś kiosku na rogu. Zaciągnęła się porządnie, przystanąwszy w tym celu na moment przed witryną zamkniętego sklepu z tanimi ciuchami. Jej wzrok prześlizgnął się po ciemnej wystawie; nic ciekawego. Wzruszyła ramionami i ruszyła przed siebie, pozornie bezcelowo.
Powstrzymywała jednak odruch, by obejrzeć się za siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3779
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Mar 16, 2018 4:28 pm

Choć wysokie budynki w większości przesłaniały widok, to odgłos licznych silników odrzutowych był wystarczająco charakterystyczny, aby nie dało się go zbyt łatwo pomylić z czymś innym. Coś podróżowało drogą powietrzną... I tego czegoś było naprawdę sporo. Już po chwili na tle nieba pojawiła się cała chmara kształtów - humanoidalnych, a jednak nie przypominających do końca ludzi, nawet z daleka. Większość z nich minęła Delancey Street i poleciała dalej, ale od stada stopniowo odłączały się i opadały kolejne osobniki... A kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt z nich skierowało się właśnie na tę ulicę.
Szybko okazało się, iż były to najwyraźniej roboty - lub może zbroje, bo świecące okienka na ich klatkach piersiowych mogły się kojarzyć z projektami Iron Mana. Zdecydowana większość z nich mierzyła sobie jakieś dwa i pół metra, ale niektóre sięgały aż czterech. Poza tym nie różniły się między sobą cechami wyglądu: były metalowe, szaro-fioletowe, z błyszczącymi na niebiesko oczami... A choć najwyraźniej wzorowano je na ludziach, to poruszały się sztywno i nienaturalnie.
Już samo pojawienie się maszyn - które lądowały zarówno na chodnikach, jak i na drodze, przy okazji wymuszając na kierowcach niebezpieczne manewry i doprowadzając do przynajmniej kilku stłuczek - spowodowało nagły wybuch paniki... Choć trzeba przyznać, że przez pierwsze kilka sekund roboty nie zrobiły niczego agresywnego. Być może badały sytuację? Skanowały okolicę? Grunt, że dało to fory tym przechodniom, którzy posiadali dość rozsądku, aby natychmiast ruszyć do ucieczki. Ociągający się albo sparaliżowani strachem czy zaskoczeniem nie mieli tyle szczęścia.
Twory ruszyły do akcji praktycznie jednocześnie. Utrzymując swoje pozycje, wyciągnęły ramiona - najczęściej pojedynczo - przed siebie lub na boki, celując w te większe skupiska ludności. Zdawały się nie interesować samochodami czy pobliskimi budynkami; zależało im tylko na przechodniach. Z wnętrz ich dłoni wystrzeliły strumienie energii, najwyraźniej wystarczająco silne, aby odepchnąć trafione osoby kilka metrów dalej - które już się nie podnosiły, martwe lub co najmniej pozbawione przytomności.
Jednej z niedoszłych ofiar - rozhisteryzowanej kobiecie w średnim wieku - udało się uchylić na czas, przez co promień pomknął dalej i uderzył w ścianę budynku jakiś metr przed Soleil, mniej więcej na wysokości jej klatki piersiowej. Nic dziwnego, że tak skutecznie działał na ludzi, bo w murze pozostawił spore wgłębienie - o średnicy ponad metra - i posłał po nim siatkę pęknięć. Nawet jeżeli to była jego maksymalna moc, to sama liczba robotów czyniła z nich już niszczycielską siłę...

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Damien Stein

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 03/05/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Mar 18, 2018 11:36 pm

Spotkanie i rozmowa z Kalią straciła na wartości w obliczu takiej szansy. Szansy na zobaczenie osoby z którą wiązał jakieś sentymentalne, obce dla niego uczucie. Zobaczenie Soleil zazwyczaj wiązało się z czymś pozytywnym, choć niekoniecznie Damien dawał to po sobie poznać. W takiej sytuacji mógł mówić o czymś podobnym do ludzkich odczuć, chociaż nie były to żadne miłosne zawirowania i uniesienia. Przyjemne ciepło czy spontaniczny dreszcz przeszywający ciało - jeśli sytuacja oczywiście na to pozwalała, bo w Latverii te sygnały były jednak nieobecne. Rysy twarzy kobiety, według najemnika tak wyraźnie skupione dookoła jej przenikliwych oczu tworzyły coś nie sztampowego, a ich kolor działał kojąco nawet na tak paskudne osoby jak on. Chociaż odrobinkę, chociaż ciutkę.
Ciężki, powolny krok przerodził się w bardzo prędki i energiczny marsz. Nawet jeśli sytuacja miałaby okazać się pomyłką, to jakoś nie porzucał tej nadziei. Nie umiał wytłumaczyć tego zjawiska, ale w mieście jednakowych twarzy i tysiąca takich samych osób jego była współpracowniczka po prostu się wyróżniała. Wydawało mu się że nie mógł jej pomylić z nikim innym i tyle, w szczególności że ostatnio mógł odświeżyć swoje wspomnienia o niej.
Bez zawahania, prawie przybierając już pędu podobnego do biegu wychylił się zza winkla trafiając na Delancey St. W duchu przeklął na widok pstrokatych neonów dających po oczach. Widok masy przechodniów, wylanych na ulicę też nie zachwycał Stein'a. Stanął lustrując kierunek, w którym swoim zdaniem powinien się udać. Włożył ręce do kieszeni, przyglądając się każdemu z osobna. Uspokoił oddech bo ten stał się mniej spokojny niż zawsze.
Zauważając osobę przed jednym z tych tanich butików, kryjącą się za blado-szarym dymem z papierosów miał już niemalże pewność. Wiedział że to ona i po prostu chyżym krokiem ruszył w jej kierunku, aż nie usłyszał przedziwnego dźwięku. Obserwował całą sytuację dość spokojnie, szukając chyba jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia. Nie było na to jednak czasu, gdy pierwszy robot przystąpił do "łapanki".
Nie był szkolony do postępowania w przypadku spotkania wielkich maszyn przypominających androidy, ale pierwsze co przeszło mu przez myśl to sprawdzenie czy głównym źródłem ich energii jest prąd. Tak też więc próbował zlokalizować źródła elektryczności w nich. W drugiej kolejności próbował dostać się do Van Court, dbając też o swoje bezpieczeństwo, bo co jak co, ale nawet uciekać będzie raźniej razem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 69
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Mar 25, 2018 8:48 am

Szła wolno, skupiając się głownie na papierosie w ustach, który spalał się w zadziwiającym tempie, jakby dziewczyna założyła się z kimś, kto pierwszy wypali. Właściwie to zaraz wyrzuciła niedopałek i sięgnęła po kolejnego szluga, w ten sam dokładnie sposób odpalając go z wprawą kogoś, kto czyni to już odruchowo i mógłby robić to nawet przez sen.
Mimo to pozostawała czujna, czy też może - świadoma swojego otoczenia, zwłaszcza, że zdawało się jej, ze dostrzegła Steina, że on zobaczył ją - i liczyła trochę na to, że za nią polezie, albo po prostu później ją odwiedzi, bo przeszkadzać nie miała zamiaru.
Gdyby Damien powiedział jej kiedyś na głos o tym "przyjemnym cieple" jakie odczuwał na jej widok, zapytałaby zapewne, czy ma na myśli zgagę, chociaż bogami, a prawdą, darzyli się sympatią, może nawet przyjaźnią - chorą i patologiczną, ale przyjaźnią.
I chyba tylko dzięki temu, że liczyła na niego i czekała i pozostawała czujna bardzo szybko jak na woje zamyślenie zorientowała się, że coś się dzieje. Przystanęła, zadarła głowę, by zobaczyć, czemu tak przyglądają się inni - i dostrzegła, a jakże.
zmarszczyła brwi, rozchyliła lekko wargi, tak jednak, że papieros nie wypadł jej z ust. Ledwo pierwsze wylądowały, Sol wycofała się i tknięta nieprzyjemnym przeczuciem zaczęła rozglądać się, szukając drogi ucieczki - jednej z bocznych uliczek, może alejek między budynkami.
Nim zdążyła jednak ruszyć tyłek dostatecznie daleko, jeden z robotów strzelił - strzeliły wszystkie, ten trafił wyjątkowo blisko. Soleil odruchowo odskoczyła, oczy kobiety rozwarły się szerzej, gdy zobaczyła, jaką te dziwne roboty mają moc i jak niewiele brakowało. Dziwny dreszcz przeszył jej działo, mięśnie spięły się, krew zabuzowała. Uciekaj lub walcz, podpowiadał instynkt.
Rozsądek - że walczyć nie ma co. A więc ucieczka.
Chwilowo więc Stein, którego jeszcze nie widziała, zszedł na drugi plan - najpierw musiała skryć się gdzieś, analizując na szybko otoczenie. Chciała w miarę możliwości unikać skupisk ludzi, skoro w nie celowały roboty, śledziła tez ich ruchy i kierunek celowania, mając zamiar przemieścić się szybko gdzieś, gdzie będzie mogła się ukryć, przeczekać lub uciec. Jakąś uliczka, alejka, od biedy któryś z barów czy klubów - wiedziała mniej-więcej, które tu miały tylne wyjścia na wewnętrzne podwórka, to było przecież jej miasto. Jej okolica.
Zadziwiająco - nadal jeszcze trzymała w zębach szluga, zaciskając je teraz mocno po pierwszym zdumieniu. Teraz nie było na nie czasu, teraz był czas na działanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3779
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Mar 28, 2018 8:53 pm

Damien bardzo łatwo mógł stwierdzić, że w robotach w ogóle nie wyczuwał elektryczności, więc albo zasilało je coś innego - być może przypominającego tę energię, której używały do atakowania przechodniów? - albo wykonane zostały z materiałów, które w jakiś sposób blokowały ten jego dodatkowy zmysł. Przy obecnym tempie postępu technologicznego obie te opcje mogły się wydawać równie prawdopodobne.
Dostanie się do Soleil oznaczało z kolei dla mężczyzny poruszanie się pod prąd, przynajmniej na tym odcinku, więc nie było takie łatwe - zawierało sporą dawkę potrącania i spychania, umyślnego oraz nie. Uciekający w panice ludzie stawali się większymi egoistami niż zwykle; to naturalne, że praktycznie każdy z nich chciał uratować własną skórę, ewentualnie jeszcze swoich najbliższych, jeżeli nie przebywał na ulicy sam. Zebrani poruszali się w większości po chodnikach, bo samochody wcale nie zwalniały, aby na nich uważać - przeciwnie, podróżowały szybko i zakręcały ostro, starając się wymijać te roboty, które wylądowały na drodze. Mimo to paru odważnych schodziło na jezdnię, najwyraźniej woląc zaryzykować z pojazdami, niż czekać na strzały maszyn. Mogli nawet mieć w tym jakąś rację; potrącenie pewnie łatwiej byłoby przeżyć.
W pierwszym odruchu cała ta masa ludzi próbowała przelewać się na sąsiednie ulice, lecz prawdę mówiąc w takim wypadku jej członkowie kończyli ustawieni w rządkach - jako idealne cele dla tych z robotów, które czekały na wysokości takich uliczek. Oczywiście każdy strzał zdejmował jedną czy góra dwie osoby, a w tym czasie pozostali przechodnie mogli liczyć na to, że jednak akurat im uda się przetrwać... Ale trafiani byli popychani przez promienie na swoich sąsiadów, czasem kogoś przewracając, innym razem po prostu lądując innym pod nogami i utrudniając im ucieczkę. Nawet jeżeli ktoś przetrwałby postrzał, to w tych warunkach zostałby zwyczajnie stratowany.
Soleil słusznie postanowiła trzymać się z daleka od większych skupisk ludności, ale to również nie należało do najłatwiejszych zadań, bo ta okolica była tłoczna - szczególnie teraz, gdy w grę wchodziło głównie poruszanie się chodnikami. Kiedy kobieta odsuwała się od tłumu, tłum to wyczuwał i starał się zapełnić miejsce, które pomiędzy nimi powstało.
Roboty z kolei właściwie nie zmieniały swojego położenia. Pozostawały w tych miejscach, w których wylądowały, przesuwając tylko powoli ramiona, aby w ten sposób zmieniać ofiary. Nawet tego ostatniego nie robiły zresztą zbyt często, wyraźnie preferując celowanie w jednym kierunku, jak długo znajdowali się w nim ludzie. Wszystko to sprawiało, że wydawały się na swój sposób ociężałe, ale w gruncie rzeczy taka strategia najwyraźniej im się opłacała, bo pozwalała na szybkie atakowanie wielu osób. Dla Soleil oznaczało to przede wszystkim tyle, że mogła próbować z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć których obszarów koniecznie powinna unikać, a które były bezpieczniejszą drogą.
Dopiero po chwili część ludzi zaczęła wpadać na to, aby zaryzykować schowanie się w okolicznych budynkach. Wybór był ogromny - sklepy, bary, kluby, nawet bloki mieszkalne... Co prawda pracownicy niektórych lokali zdecydowali się zamknąć drzwi na klucz i jak najbardziej się od nich oddalić, zapewne licząc na to, że w ten sposób nie sprowadzą na siebie uwagi maszyn, ale szarpnięcie kilku klamek w końcu pozwoliłoby wejść do którejś z budowli.

***

Jeżeli chcecie porozmawiać, możecie spotkać się we wnętrzu jednego z budynków i odbyć kilka kolejek pomiędzy sobą, a ja się w pewnym momencie wtrącę. Tylko dajcie znać, że się na to piszecie albo nie.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 69
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Kwi 08, 2018 8:29 pm

Soleil nadal nie zwracała uwagi na Damiena, to znaczy - nie wiedziała nadal, gdzie jest i czy w ogóle za nią ruszył.  Nie myślała o nim w tym momencie, zbyt zajęta własną skórą.
Korzystała jednak z umiejętności, które nabyła między innymi, gdy dawniej razem pracowali, cóż za zbieg okoliczności. Analizowała otoczenie i sytuację, oceniała - wiedziała już więc, że lepiej unikać skupisk ludzi, widziała, jak zachowują się roboty. Na jej szczęście nie były przesadnie mobilne, wydawało się też, że chyba nie mają konkretnego celu, poza skupiskami ludzi, rzadko zmieniając cele.
To pozwalało przewidywać i, być może, unikać trafienia. Przynajmniej póki nie znajdzie schronienia.
Przebijając się przez innych, którzy też uciekali, szukała możliwości skrycia się gdzieś, by przeczekać. Nie miała zamiaru wdawać się w konfrontację z nieznanym zagrożeniem, bez przesady.

Ktoś zamknął jeden z barów tuż przed nosem grupki próbujące tam wejść, od razu więc widząc to ruszyła dalej, uważając na te cholerne roboty, trzymając się swojej dotychczasowej taktyki. Jedne drzwi, drugie... któreś wreszcie powinny ustąpić, jeśli nie - mocny kopniak w słabe, tanie drewno czy wręcz plastik być może wystarczy. Tutejsze bary i sklepiki nie były wszak przesadnie zasobne, a ona była całkiem zdeterminowana, by dostać się...
...chyba właśnie się udało. Szarpnęła za klamkę jednego z pubów, którego najwidoczniej nikt nie zamknął w pośpiechu czy panice. Drzwi ustąpiły. To musiało wystarczyć; miała tylko nadzieję, że było tam wyjście gdzieś na tyły.
Jeśli Stein gdzieś tu był, musiał chwilowo radzić sobie sam.

________

Sorry za opóźnienie, ale oboje byliśmy zajęci, więc piszę pierwsza. Stein i ja wybieramy najpierw chwilę dla siebie, żeby pogadać, tak będzie prościej na ten moment.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Damien Stein

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 03/05/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Kwi 12, 2018 10:16 pm

Użycie swojego dodatkowego zmysłu, było tym co mogło mu pomóc znaleźć jakąś przewagę, ale też na krótką chwilę skutecznie go rozproszyło. Szukając skupisk na takim obszarze, nie zdawał sobie sprawy ile przedmiotów posiadało tutaj swoją energię elektryczną. Kiedy wszystkie linie energetyczne i uwielbiane przez dzisiejszą cywilizacje świecące prostokąty rozbłysły w umyśle Damiena, poczuł się z deka przybity ilością dostarczanych do ciała bodźców.
Mięśnie twarzy mimowolnie skurczyły się, a psychicznemu dyskomfortowi towarzyszyło delikatne zmrużenie oczów i mocne zaciśnięcie szczęki. Odruchowo pokręcił na boki głową by "wrócić" do chaotycznego otoczenia i panowania nad swoimi podstawowymi zmysłami. Jeszcze przez chwilę stał w wielkiej konsternacji między uciekającym w panice tłumem, co chwilę odczuwając na swoim ciele efekty całego zamieszania w postaci potrąceń i uderzeń. Przez liczne głowy "statystów" chciał zobaczyć na przestrzał dalszą część chodnika, gdzie jak mu się wydawało ostatni raz widział bladą twarz Van Court. Stein byłże niemal pewien że nie napotka jej w tłumie uciekających prosto na spotkanie ze śmiercią owieczek.
Przesunął się do ściany jednego z budynków by móc zorganizować sobie jakąkolwiek przestrzeń w tym niesprzyjającym środowisku. Obserwując ludzi, okolicę i monstrualne machiny próbował wytyczyć sobie jakąś ścieżkę, by tylko przebrnąć przez falę nic nieznaczących dla niego ludzi, przy okazji nie obrywając strumieniem energii, który mógł wyrządzić mu poważną szkodę na zdrowiu. Prawa dłoń zdecydowanie, bez zbędnej chwili zawahania znalazła się za plecami Damien'a i złapała broń. Jeden ruch wystarczył by dobyć broni. W głębi duszy dziękował nawet sobie że nie upominał się chwilę wcześniej o swoją poszarpaną kurtkę, bo teraz zagwarantowało mu to większą swobodę ruchu.
Nie zamierzał oczywiście jak na razie strzelać do szaro-fioletowych tworów, wiedząc ze będzie to jedynie stratą amunicji i niepotrzebnym zwróceniem uwagi na siebie. Wyciągnął broń przed siebie, celując wprost w nadbiegających ludzi. Nikt raczej nie chciałbym spotkać się z przedwczesną, niechybną śmiercią skoro nakładał wszelakich starań by uciec z miejsca zdarzenia.
Tak przygotowany po prostu ruszył przed siebie między przerzedzającymi się falami przechodniów. Oczywiście w zamiarze miał zadbać w pierwszej kolejności o swoje dobro i bezpieczeństwo, więc strzał w jakiegoś bananowego chłopca czy całkowicie "przypadkowe" podstawienie komuś nogi było całkiem prawdopodobne - bez żadnej straty na sumieniu. Jak takowa mogła wystąpić - skoro sumienia brak?
Mając chwilę by rozmyślać, pewnie głowę przeszyła by ta iskierka cichutko dająca do zrozumienia że ma fart, sęk w tym że jednak teraz dziewięćdziesiąt procent myśli było jakby obok, dając pole do popisu tym instynktownym. Tak, to był instynkt. Instynkt mówił że lepiej będzie mieć po swojej stronie wiedźmę gdy na dworze burza wiązek laseropodobnych.
Wracając do farta, widział tą smukłą, wyraźnie wysportowaną sylwetkę przenikającą przez jedną z futryn, by znaleźć ukrycie. Przyśpieszył i z rozpędem wleciał za Soleil, praktycznie popychając ją w przejściu. Trzask drzwi i zamka, który w teorii miał odseparować ich od świata. W praktyce, niekoniecznie.
-Czekaj. - Rzucił nierównym, wyraźnie zmęczonym głosem. Broń zdążył już względnie bezpiecznie opuścić, bo teraz co najwyżej strzeli sobie albo kobiecie w stopę.
-Muszę trzymać image zimnego dupka i niewzruszonego sk**wiela, więc zarzuć szlugiem nim przejdziemy do nieprzyjemnych pytań i żali... No chyba że masz ochotę na coś bardziej romantiko.- mruknął z przekąsem i oparł się o najbliższą ścianę, patrząc na jej blade niczym marmur na stacji Aleksiejewska lico. Próbował uspokoić nierówny oddech i choć sytuacja nie sprzyjała szczerzył do niej swoje śnieżnobiałe kły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 69
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Kwi 12, 2018 11:49 pm

Wpadła do środka i niemal zdążyła zamknąć drzwi - no właśnie, niemal, bo jakimś cudem ktoś wpadł zaraz za nią, rzucając się na nie i jednocześnie ja samą popychając tak, że niemal się przewróciła. Jakoś jednak złapała równowagę i odwróciła się błyskawicznie, gotowa do działania, odruchowo do obrony, by, zorientowawszy się, kto to, na ułamek sekundy... No dobra, na dwa lub trzy ułamki sekund zastygnąć w bezruchu, wpatrując się w wyszczerzone oblicze Steina, który znalazł się tutaj z nią, chociaż przed paroma chwilami nie wiedziała nawet, czy to na pewno jego widziała wcześniej.
To się nazywa mieć szczęście, nie?
- Odsuńmy się od drzwi - rzuciła tylko, to właśnie robiąc, kilka kroków w bok i w tył. Pub, jak większość innych, miał od frontu okna, więc im bliżej wejścia stali, tym teoretycznie bardziej byli widoczni - ale też Soleil mogła kątem oka lustrować sytuację na zewnątrz, przynajmniej się starać, by może dojrzeć zagrożenie nim zaatakuje.
No, ale wracając...
Otaksowała Steina wzrokiem swoich jasnych, lodowych oczu, od góry do dołu i z powrotem; odetchnęła, przeczesała palcami włosy, odgarniając z czoła kilka kosmyków. Z jednej strony - dziwne roboty strzelające w ludzi i chaos, z drugiej - to spotkanie.
We wnętrzu baru jeszcze kilka osób kryło się pod stolikami i za barem, reszta uciekła, wcześniej drzwiami, czy przed chwilą gdzieś na tyły, nie wiedzieli jeszcze, kryć się na zapleczu, czy było tam jakieś wyjście. Cicha muzyka nadal grała;Al Green proponował właśnie jakieś pani, by "zostali razem".
Soleil wyjątkowo nie zwracała na to wszystko niemal żadnej uwagi.
- Mam ochotę jednocześnie rzucić ci się na szyję i dać w pysk, to tyle z mojej romantyczności - odparła w końcu, wzruszając ramieniem i wykrzywiając usta w grymasie być może będącym uśmiechem. Stein będzie wiedział, znał go już całkiem nieźle.
Sięgnęła do kieszeni, wysupłała stamtąd dwa pogniecione papierosy i jeden z nich podała Damienowi, podchodząc przy tym krok bliżej, wyciągając rękę i spoglądając mu w oczy. Naprawdę wyglądała, jakby wahała się, co mu zrobić...
- Postaw mi drinka, Stein - rzuciła zamiast tego tonem dokładnie takim, jakby ot, spotkali się na drinka w przecięty nowojorski wieczór, jakby nic się nie stało. Wskazała przy tym ruchem głowy na bar, za którym jeszcze nadal stały, częściowo nietknięte, zapasy alkoholu, na ich szczęście, nie tylko kolorowego i słodkiego, ale i porządnej whisky, rumu i ginu. - A potem możemy pomyśleć, jak się stąd zwinąć - odpaliła szluga i schowała zapalniczkę do kieszeni, kątem oka ciągle obserwując drzwi i okna, jednym uchem ciągle nasłuchując.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Damien Stein

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 03/05/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Kwi 22, 2018 9:16 pm

Przez chwilę stał, opierając się nogą o ścianę. Głowę pochylił w tył, ułatwiając sobie proces zmiany tępa oddechu. Niespecjalnie oglądał się po pomieszczeniu, skoro drzwi były zamknięte. Po cichu wierzył że Soleil zdążyła już zobaczyć wszystko, na co powinni zwrócić uwagę w tym miejscu - w razie czego ostrzeże go przed ewentualnym niebezpieczeństwem.
Niechętnie zmienił swoją dotychczasową pozycję, ale wiedział że kobieta ma rację, więc postąpił zgodnie z jej poleceniem. Dopiero teraz zmniejszając dystans jaki ich dzielił, przy okazji zlustrował pomieszczenie wzrokiem próbując czegoś się dowiedzieć. Słysząc odpowiedź Van Court przechylił głowę na prawą stronę i poruszył ramionami, twarzą wyrażając jak bardzo mu jest obojętne, to co zrobi. Już po chwili odpowiedział koślawym uśmiechem, na ten "zagadkowy" grymas Soleil. Wytatuowana ręka ostrożnie chwyciła za papierosa, a zielonoszare oczy nie pozostały dłużne spojrzeniu blondynki, wgryzając się w pobladły błękit jej tęczówki. Zauważając nutkę niepewności na jej twarzy złożył usta w "dziubek" i cmoknął powietrze.
-To przecież szczyt romantyzmu, w komediach romantycznych rzucają się na szyję, całują, tłuką i patrzą w gwiazdy. Nie jest źle, dwa na cztery. - Odparł, w tym samym czasie prostując powyginaną bibułkę. Wcisnął kraniec pomarańczowego ustnika w wargi i odpalił papierosa, nie zmieniając kierunku w którym spoglądał. Twarz tego nie wyrażała, jednak wraz z pierwszą wypuszczoną siwoszarą chmurą dymu można było odnieść wrażenie ze Stein wypogodniał. Tym razem broń trafiła do kabury wiszącej tuż przy biodrze, a nie za pasek z tyłu.
Powściągnął brew do góry słysząc jej żądanie. Kącik ust mimowolnie uniósł się sam z siebie, a Damien postawił pierwsze kroki w stronę baru. Przeskoczył przez ladę i uwalniając z ust kolejne porcje dymu rozejrzał się. Postawił dwie szklanki, do których wrzucił po trzy kostki lodu. Rozejrzał się po półkach i sięgnął dwie butelki, obracając je na przemian w dłoniach.
-Pewnie wysilałbym się, gdybym Cię nie znał.- Polał z jednej butelki, a później drugiej. Uniósł szkło i pokręcił nim chwilę by trunek zmieszał się z sobą. -Whisky z whisky, idealne na słoneczne, miłe, deszczowe i ch****e dni. - Zgasił papierosa o drewniany blat i rozejrzał się między stolikami.
-Taak, zawijać... Do mnie czy do Ciebie?-Mruknął sarkastycznie, jakoś nie wierząc że od tak mogą się stąd zawinąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 69
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Maj 02, 2018 10:41 pm

Ona odruchowo się rozglądała, przynajmniej póki nie odnotowała, którędy mogą ewentualnie wyjść inaczej, niż frontem, póki nie zobaczyła przeanalizowała prędko otoczenia pod kątem możliwych kryjówek czy broni improwizowanej, nawet jeśli to ostatnie mogło okazać się nieprzydatne w kwestii wielkich robotów. W końcu takiemu nie przywali się w łeb gaśnicą czy stołkiem, nie rozbije się mu na czole butelki - chwyty tak popularne w walce z przeciwnikami z krwi, kości i w rozmiarach bardziej dopasowanych do ludzkich. Sol była w końcu szkolona w bardziej... konwencjonalny sposób. Szkolenia nie obejmowały takich sytuacji, a szkoda. Poważny błąd.
Wracając jednak do obecnej sytuacji... Damien patrzył w oczy Soleil. Soleil patrzyła w jego oczy.
Parsknęła cichym śmiechem, unosząc brwi i burząc ten krótki moment.
- A skąd to wiesz? Musiałeś oglądać jakieś komedie romantyczne, przyznaj się, inaczej byś nie wiedział - zauważyła, po czym wsunęła wyjętego na moment papierosa z powrotem do ust. Zaciągnęła się i wydmuchała dym prosto w twarz starego kompana.
Obserwowała, jak ogarnia się za barem i uśmiechnęła widząc co polewa.
- Wyrafinowane drinki, takie, jak lubię. Ale ty mnie znasz - westchnęła, trochę teatralnie, ale trochę z jakąś taka ulgą. gdy dookoła wszystko się - dosłownie - wali, dobrze mieć obok kogoś, kto wie, czego lubisz się napić.
Jest szansa, że możesz mu zaufać, oczywiście w wąskim zakresie znaczeniowym tego słowa, według personalnego słownika panny Van Court.
Wyjęła znowu szluga z ust, sięgnęła po szklankę, napiła się. Ciągle, ciągle i nieustannie nasłuchując, kątem oka wracając do drzwi wejściowych. Cały czas spodziewając się dalszej części ataku. Nigdy nie była z tych, co wierzą w szczęśliwe zakończenia. Zwykle je kwestionowała.
- Do mnie? - zaproponowała, wywracając jednocześnie oczami, bo sarkazm wyłapała. - Trzeba zobaczyć, czy da się wyjść od tyłu w jakieś sensowne miejsce, bo wolałabym nie korzystać z drzwi wejściowych i wracać na główne ulice. Te roboty... jakiś pomysł, czym są? Chyba nie miały konkretnych celów, żadnych konkretnych osób. Wygląda to jak... pokaz sił. Albo po prostu jatka dla miłośników chaosu - mówiła, spoglądając to na Steina, to próbując wyjrzeć na zewnątrz przez okna. Nadchodził czas by się zbierać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Damien Stein

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 03/05/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Maj 09, 2018 9:26 pm

Spojrzenie jasnozielonych oczu zatopiło się w szklance, analizując zbyt jasną barwę zawartości szkła. Chwilę zastanowił się czy to w ogóle może mieć smak podobny do normalnej whisky. Chwycił napój i przechylając jednym ruchem opróżnił szklanicę. Zacisnął lekko żuchwę i wykrzywił w niewyraźnym grymasie twarz, po czym otarł ust prawym przedramieniem. Trzeba przyznać że to nie było najlepsze dwieście mililitrów w jego życiu. Usiadł na blacie pukając ciężkimi butami o ścianę kontuaru i wziął butelkę w dłoń, polewając sobie kolejną kolejkę. To pierwszy szot zawsze jest najgorszy. Przechylił znów, zadzierając łeb do tyłu. Westchnął przeciągle i skierował swój zamglony wzrok w stronę kobiety.
Trzeba przyznać że Damien zazwyczaj słuchał ludzi jak my teraz słuchamy telewizora siedząc przy komputerze. Z Soleil na szczęście było trochę inaczej... ale tylko trochę. Od niechcenia rozejrzał się za ludźmi, którzy również wpadli na pomysł schowania się w barze, gdzieś pod stolikami czy w innych kątach lokalu.
-No widzisz Soleil- Zaczął niezwykle spokojnie. -Twoje pokolenie spędza wolny czas przy komputerze, a moje zalega na kanapie z pilotem. - Wzruszył ramionami. - Jasne że oglądałem jakieś gnioty na HBO, ba , nawet czasami marzyłem o tak pięknej historii bez żadnych zmartwień!- Splunął na brudną podłogę i podciągnął prawą nogę do góry, opierając podeszwę o drewniany blat. Oplótł piszczel rękoma i oparł brodę o kolano. Swój wzrok tym razem już na stałe przeniósł w stronę kobiety.
-Cała zabawa kończy się gdy ktoś pozna kogoś do końca.- Zamarudził. -Mimo wszystko miło, że chociaż kogoś znam. Jakoś to do mnie nie pasuje.[/-b] Uśmiechnął się niemrawo, tak jak on to miał w zwyczaju, a twarz oparta o nogę tylko utrudniała wyrażenie emocji.
[b]-Okej, do Ciebie. Okej, nie drzwiami frontowymi. Okej... Wychodząc tyłem w końcu trafimy na kolejną, równoległą ulicę, gdzie pewnie również będą spacerować te przebrzydłe, wielkie sk**wiele...  Ogólnie są to wielkie sk**wiele... C*** wie czym są, c*** wie skąd są.... -
Przynajmniej wiadomo było że mówił to szczerze. -No, ale też wiem że najprawdopodobniej nie korzystają z energii elektrycznej. Patrząc po ich wyglądzie mogę również zaryzykować stwierdzenie, że raczej nie przejmą się jeśli podłączę je pod wysokie napięcie, chociaż w ostateczności można spróbować. Najwyżej umrę drugi raz w tym miesiącu. - Przekręcił się na dupie i zeskoczył po stronie baru. Przeszukał dokładnie szuflady i wyjął paczkę fajek, która miała trafić do sprzedaży. Wyjął jednego szluga i odpalił, po czym kartonik rzucił na blat obok Van Court.
-To pewnie początek jakiegoś większego burdelu. Niech Ci z Avengers porozp****alają te roboty i pozwolą mi wrócić do roboty. Ja nie będę się bawić w bohatera. Może razem skręcimy coś, ee?- Wypuścił dym przez zęby i ruszył w kierunku zaplecza. Oparł się o futrynę. -To co, idziemy?- Poruszył zaczepnie brwią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Delancey Street   

Powrót do góry Go down
 
Delancey Street
Powrót do góry 
Strona 5 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
 Similar topics
-
» Janssen Street
» Crimson Street
» Pub Baggins, Bagford Street 12
» Old Paradise Street
» Suterena przy Janseen Street

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: