Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Delancey Street

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Delancey Street   Pią Lip 13, 2012 3:33 pm

First topic message reminder :



Jedno z centralnych miejsc Lower East Side na Manhattanie, łączące ze sobą Bowery i Williamsburg Bridge. Znajduje się tu cała masa barów - w tym takich na wynos, delikatesów, a także sklepów z ubraniami znanych z wielkich obniżek cen i licznych okazji.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com

AutorWiadomość
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Maj 17, 2018 12:27 am

Ona piła wolniej, ochota na drink ścierała się z instynktem, który mówił, że lepiej nie chlać za dużo w takiej sytuacji. Była sprawniejsza na trzeźwo, a jakoś nie miała ochoty dać się dzisiaj zabić w miarę możliwości.
Popijając jeszcze chwilę whisky wolniej niż Stein, popalając papierosa w przerwach między kolejnymi łykami, słuchała Damiena.
-Wyobraziłam sobie to. Ciebie, na kanapie, z paczką chusteczek w dłoni, oglądającego film o romantycznej miłości, tęskniącego za młodością, która przeminęła i za tą dziewczyną ze szkoły średniej... - prychnęła cicho. Dopiła alkohol, odstawiła szklankę i wrzuciła do niej końcówkę szluga, którego zdążyła wypalić.
- Ale chodźmy, bo wolałabym, żebyśmy się jeszcze trochę znali, nim nastąpi "koniec" - skomentowała jego słowa, nie dając po sobie poznać żadnych większych emocji. Jeśli jego słowa poruszyły w jej duszy jakąś czułą strunę, absolutnie nie było widać tego na jej bladej, nieco przybrudzonej teraz twarzy, od tego zamieszania, kurzu i pyłu. Z drugiej strony, jasne oczy uważnie obserwowały rozmówcę, jakby z kolei z niego chciała odczytać jak najwięcej.
Skrzywiła się lekko.
- Wolałabym nie próbować, też nie chcę bawić się w bohaterkę - stwierdziła rzeczowo i trzeźwo; zgarnęła papierosy, które znalazł i nie przejmując się tymi kilkoma cywilami którzy mogli ich słuchać, ruszyła za Steinem szukać wyjścia z drugiej strony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ardghar Lycidas

avatar

Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/05/2018

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Cze 05, 2018 9:15 am

Przeklęta ludzka rasa zawsze sprowadzi na siebie jakiś kłopot, zarazę, wojnę czy wrogość istot silniejszych od siebie, a on z jakiegoś powodu zawsze musiał trafić w sam środek całego tego burdelu i ryzykować swoje nie-życie. Czasem myślał że to jakaś klątwa albo z jakiegoś powodu prowadził na siebie nieprzychylny wzrok bogów. Od setek lat starał się żyć w spokoju, unikając takich sytuacji, skupiając się jednak na swoich celach, tym jednak razem, w jakimś głupim odruchu braku ludzkiego towarzystwa postanowił opuścić swoją kryjówkę i przejść się po mieście. Gdyby choć musiał się żywic na mieście to mógłby sobie wybaczyć ten głupi odruch, jednak w tej sytuacji był na siebie wściekły.
Miał choć tyle szczęścia że zaszedł do tego baru nim zaczął się atak i mógł się schować za jednym ze stolików, mając choć nikłą nadzieje że te dziwne maszyny go nie dojrzą. Nie wiedział czym atakują, ale światło, szczególnie tak ostre powodowało u niego nieprzyjemne myśli o świetle dnia, postanowił więc nie narażać się na trafienie.
W ten czy inny sposób siedział teraz tutaj, czas jednak było się stąd ulotnić, a niestety w przeciwieństwie do wielu innych czoków jego rasy nie było mu to ułatwione, jednak pojawiała się przed nim idealna okazja do ucieczki.
Gadająca przy barze parka najwidoczniej wiedziała co robi, nasłuchiwał więc ich planu i gdy zobaczył że zaczynają szukać wyjścia z tej podbramkowej sytuacji powoli zaczął wstawać zza stołu by ruszyć za nimi gdy już się zdecydują. Miał również nadzieję że jeśli kolejna maszyna czeka z drogiej strony budynku, skupi się ona na nich i on będzie miał czas na ucieczkę. Myślał też czy by się nie położyć gdzieś na ulicy i nie przeczekać, nie miał bowiem żadnych funkcji życiowych, nie wiedział jednak co roboty będą robić z trafionymi. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru przeszkadzać tej dwójce w ich przyziemnej rozmowie, był więc wciąż cicho.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Cze 05, 2018 10:10 pm

Czy wiedzieli, co robią? O tych robotach mieli małe pojecie, więc tak nie do końca, aczkolwiek przeszkolenie i praca z pewnością sprawiły, że umieli myśleć w takich momentach logicznie i na chłodno oceniać sytuację. Nie na trzeźwo - na to było za późno, bo technicznie rzecz biorąc każde z nich miało już alkohol we krwi. Ale cel był jasny - wydostać się i umknąć gdzieś poza zasięg przerośniętych mikrofalówek.

Stein wpadł w jeden z tych swoich milczących nastrojów, więc to Van Court wyforsowała się naprzód i po wyjściu z głównej sali pubu korytarzem ruszyła pierwsza, przechodząc obok oczywiście niezbyt przyjemnie pachnących toalet w których chyba ktoś się krył i prosto do drzwi, które wedle wszelkich prawideł powinny prowadzić na zewnątrz. Tak tez było zresztą wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i ścianach, na tych bowiem wisiały tabliczki - "wyjście ewakuacyjne" i "dla palaczy". Kilka petów pod stopami dopełniało całości, ale drzwi były zamknięte, co dziwne - czy nikt nimi nie uciekał? A może po prostu się zatrzasnęły za ostatnią osobą?
Kobieta przystanęła po jednej ich stronie, nasłuchując chwilę, czy z zewnątrz nie dochodzą jej uszu żadne odgłosy wskazujące na niepożądaną bliskość robotów. Przez kilka uderzeń serca wstrzymywała oddech i nie ruszała się nawet odrobinę, kiedy zaś wydało się jej, że nie słyszy niczego szczególnie podejrzanego, spojrzała w kierunku Damiena.
- To co... - i przy okazji akurat dojrzała, że mają "ogon", albo, bardziej trafnie, pasażera na gapę. Jasne spojrzenie kobiety na moment skupiło się na nim, zmarszczyła brwi, urwane słowa zawisły w powietrzu; zaraz jednak westchnęła i wywróciła oczami. Właściwie mogli się tego spodziewać, i tak nieźle, że nie mają tu całej wycieczki niedobitków którzy na własną rękę bali się opuścić bezpieczną miejscówkę.
- Chciałam powiedzieć, że pewnie dama pierwsza w tym duecie, ale widzę, że mamy innego chętnego na wyjście przodem - nie mówiła głośno, ale nieznajomy mógł to usłyszeć. Tak, słowa były skierowane do niego, nie miał wątpliwości. Najwidoczniej nie krył się z tym, że szedł za nimi zbyt dobrze.
Zerknęła porozumiewawczo i krotko na Steina, po czym ruchem głowy wskazała tamtemu, by podszedł, samej pozostając czujną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ardghar Lycidas

avatar

Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/05/2018

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Cze 06, 2018 12:20 am

Mężczyzna powoli wyprostował się i oparł dłońmi o swoją laskę, teraz stojącą twardo przed nim. Miał nadzieję że go tak szybko nie zauważą, lub zignorują, jednak jak wiele razy wcześniej okazało się że nadzieja jest matką głupców. Nie miał ochoty się w to wszystko pakować, tym bardziej wiedząc co może się teraz znajdować na zewnątrz, a bardzo nie chciał się przekonywać czym są te promienie światła.
Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem kobiety, nie miał jednak ochoty na wpływanie na nią, czy zbyt długie przyglądanie, nawet jeśli jej nietypowy wygląd mógłby ku temu kusić, wolał być raczej uprzejmy. Tym bardziej że spoglądając w chłód jej oczu i bladą skórę, bardzo chciał się uśmiechnąć, nawet drobny błysk pojawił się w jego oku, jednak szybko dojrzał oddech kobiety co rozmyło jakiekolwiek, nawet najmniej możliwe przypuszczenia, a on sam postanowił nie pokazywać swojej natury tak długo jak to możliwe.
-Nie wiem czy wystawianie mnie przodem jest dobrym pomysłem. Lepiej gdybym był jednak z tyłu, jestem lekarzem, zawsze mogę pomóc, a niedaleko stąd jest mój szpital gdzie można by się skryć.
Miał szczerą nadzieję że te słowa ją przekonają, choć widząc postawę kobiety wątpił w to. Na mężczyznę chwilowo postanowił nie strzępić słów. Dla jakichś pozorów próbował nawet udawać ruchy klatki piersiowej b wyglądać jak ktoś kto szybko oddycha w strachu. Umiał udawać ludzi, spędził wśród nich już ponad tysiąclecie, wiedział jednak ze smutkiem że nie zawsze da się ich oszukać.
Ale teraz były inne problemy na jego głowie. Wydostać się i unikać tych przeklętych po stokroć robotów. Dlatego mimo wszystko powoli ruszył w stronę kobiety, tak jak sobie tego życzyła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Damien Stein

avatar

Liczba postów : 45
Data dołączenia : 03/05/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Cze 06, 2018 9:39 pm

Stein chyba nie do końca jeszcze doszedł do siebie po wycieczce za granice Latverii skoro po prostu zamilkł. Zresztą słowa tutaj były zbyteczne. Większość swojej uwagi skupił na badaniu zaniedbanych korytarzy, jednak też pozwolił sobie na sporadyczne skorzystanie z sytuacji że idzie za Soleil, więc czasami zawiesił swoje zielono-szare oczy na tyłach kobiety. 
Kiedy zbliżyli się do drzwi, jakby od niechcenia wyminął wiedźmę, prawie że trącając ją ramieniem i stanął tuż obok nich, kładąc sporawą dłoń na podłużnym uchwycie do otwierania. Już miał nacisnąć go i pchnąć drzwi gdy usłyszał komentarz panny Van Court. Westchnął dość głośno pod nosem i wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia, nie mając na razie nawet chęci skierować swojego spojrzenia przez ramię, by ujrzeć dodatkowego uczestnika wycieczki. Stojąc do nich tyłem, nie mogli zauważyć jak oczy Steina chwilowo pokryły się delikatną, błękitną barwą - gdy sprawdzał czy osobnik z tyłu ma przy sobie jakieś źródło energii elektrycznej. Luźno opuścił prawą dłoń i oparł na kolbie pistoletu, a w panujących warunkach można było usłyszeć jak z cichym trzaskiem przeskakuje bezpiecznik wbudowany w broń. Bez pośpiechu wyjął z kabury swoją "osiemnastkę" i odwrócił się, patrząc na mężczyznę spod lekko zmrużonych powiek. Widać było że na twarz najemnika wkradło się delikatne zmęczenia - albo zwyczajnie walczył z chęcią wycelowania i oddania jednego celnego strzału w jego klatkę piersiową. W tym chaosie na pewno nikt nie pociągnął by go do żadnych konsekwencji.
-No jasne, potrzebny nam pier***ony Chris Angel. - Warknął i przetarł wolną dłonią czoło, pozbywając się kropelek potu, wszak było tutaj dość duszno, a szybko wypity alkohol robił swoje, gdy ma się taki metabolizm jak mutant.  Na skórze zostało ciemne smugi z rozmazanego kurzu i pyłu, który pewnie znalazł się tam, gdy Damien przestawiał butelki za barem.
Odwrócił się z powrotem do drzwi, mając komentarz Ardghar'a gdzieś tam z boku. Docisnął uchwyt do dołu i popchnął wrota, nie używając specjalnie dużej siły. Nie otworzyły się, na co Stein znów zareagował zrezygnowanym westchnięciem i wypuszczeniem powietrza przez nos.
-Jak pójdziesz z nami, to raczej ty będziesz potrzebować lekarza. Mniejsza Copperfield.- Ewidentnie miał coś do tego jak przybłęda wyglądała. Skierował lufę w jego stronę i machnął do wyjścia. -Butujesz drzwi i próbujesz nie wypaść na zewnątrz, a ja od razu dam lotkę by spojrzeć jak wygląda sytuacja na zewnątrz. Jeśli coś mnie trafi, to jakoś sobie poradzicie gdy skupią swoją uwagę na mnie.- Ton miał stanowczy. Doszukiwać się u niego bezpieczeństwa w korzystaniu z broni na próżno. Palec trzymał na spuście i w sumie mały skurcz wystarczyłby żeby posłać pocisk 9mm Parabellum w klatkę piersiową wampira.- I nie chcę słyszeć że masz drogi garniak, śruby w kręgosłupie czy jakiejś innej dziadowskiej wymówki...- Jego głos nagle urwał się, sugerując że się nad czymś zastanawia.
-Zdrowy tryb życia i sposób odżywiania zalecał będę wedle swoich sił i osądu, mając na względzie pożytek...?- Powiedział, czekając aż nieznajomy dokończy. Lekarz nie będzie miał z tym problemu, a patrząc na to ile razy mężczyzna zawiódł się na ludziach wolał mieć chociaż cień pewności. W końcu każdy może wydukać z siebie że jest doktorem i liczyć na brak jakichkolwiek pytań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Cze 06, 2018 11:27 pm

W miarę jak nieznajomy się zbliżał, chłodne w barwie, a w wyrazie czujne oczy kobiety, znacząco podkrążone, lustrowały szczegóły sylwetki mężczyzny. Uniosła nieco brwi, zdając sobie sprawę, że wyglądał jak ostatnia osoba, która powinna tu być - elegancki, wymuskany, w garniturze i nawet z elegancką laską. Nie uciekła spojrzeniem od jego oczu, jej własne jakby przez moment wyzywały do pojedynku na spojrzenia, ale przecież - nie było czasu.

Spojrzała na Steina, na to jak po swojemu badał nieznajomego i jak przyjaźnie go witał; lekki, krzywy uśmiech zagościł na jej bladych wargach. Czarnowłosy wybrał sobie doprawdy wspaniałych "przewodników".
- Mówi, że jest lekarzem - stwierdziła cicho ni to z przekąsem, ni to z niedowierzaniem, przechylając głowę i znowu zerkając na nieznajomego. Wydawała się rozbawiona reakcją Damiena i wzruszyła tylko lekko ramionami, a jej oczy wyraźnie mówiły "wpakowałeś się". Chociaż o nich samych można było powiedzieć to samo, w środku miasta atakowanego przez roboty.
- No chodź, lekarzu, odpowiedz koledze na pytanie a potem otwieraj - mruknęła, samej sięgając do tyłu; z tyłu, za plecami, pod kurtką ze skóry krył się jej Glock, który teraz wylądował w dłoni, odbezpieczony. Nie celowała jednak bynajmniej w lekarza; szykowała się do możliwych scenariuszy, które mogły nastąpić po otwarciu drzwi i wyjściu na zewnątrz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ardghar Lycidas

avatar

Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/05/2018

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Cze 07, 2018 12:14 am

Kiedy kobieta zbiegła się wzrokiem z nim uśmiechnął się do niej przyjacielsko nie otwierając ust. Podobała mu się jej zadziorność, jednak musiał ze smutkiem skupić się na tym przeklętym człowieku.
Strzelano do niego już setki razy i to z przeróżnej broni, ale ten człowiek nawet nie starał się celować! To było poniżej godności, jednak Ardghar nie miał zamiaru się tym teraz przejmować.

-I po co ta nerwowa atmosfera Panie Perlman? - Odpowiedział odgryzając się za marne gierki słowne rozmówcy, choć sama tego typu zabawa mogła by być całkiem zabawna.
Kompania na którą przyszło mu trafić na prawdę zaczęła napawać go optymizmem, tym bardziej gdy usłyszał pytanie mężczyzny z bronią. Nie chciał go jednak zasmucać prostą odpowiedzą, recytował bowiem tę przysięgę więcej razy niż sam mógł zliczyć. Zaczął więc iść w stronę kobiety, jednak powoli by nie być zbyt podejrzanym dla nowo poznanej dwójki.
-ὄμνυμι Ἀπόλλωνα ἰητρὸν καὶ Ἀσκληπιὸν καὶ Ὑγείαν καὶ Πανάκειαν καὶ θεοὺς πάντας τε καὶ πάσας, ἵστορας ποιεύμενος, ἐπιτελέα ποιήσειν κατὰ δύναμιν καὶ κρίσιν ἐμὴν ὅρκον τόνδε καὶσυγγραφὴν τήνδε:
ἡγήσεσθαι μὲν τὸν διδάξαντά με τὴν τέχνην ταύτην ἴσα γενέτῃσιν ἐμοῖς, καὶ βίου κοινώσεσθαι, καὶ χρεῶν χρηΐζοντι μετάδοσιν ποιήσεσθαι, καὶ γένος τὸ ἐξ αὐτοῦ ἀδελφοῖς ἴσον ἐπικρινεῖν ἄρρεσι, καὶ διδάξειν τὴν τέχνην ταύτην, ἢν χρηΐζωσι μανθάνειν, ἄνευ μισθοῦ καὶ συγγραφῆς, παραγγελίης τε καὶ ἀκροήσιος καὶ τῆς λοίπης ἁπάσης μαθήσιος μετάδοσιν ποιήσεσθαι υἱοῖς τε ἐμοῖς καὶ τοῖς τοῦ ἐμὲ διδάξαντος, καὶ μαθητῇσι συγγεγραμμένοις τε καὶ ὡρκισμένοις νόμῳ ἰητρικῷ, ἄλλῳ δὲ οὐδενί.
διαιτήμασί τε χρήσομαι ἐπ᾽ ὠφελείῃ καμνόντων κατὰ δύναμιν καὶ κρίσιν ἐμήν, ἐπὶ δηλήσει δὲ καὶ ἀδικίῃ εἴρξειν.
οὐ δώσω δὲ οὐδὲ φάρμακον οὐδενὶ αἰτηθεὶς θανάσιμον, οὐδὲ ὑφηγήσομαι συμβουλίην τοιήνδε: ὁμοίως δὲ οὐδὲ γυναικὶ πεσσὸν φθόριον δώσω.
ἁγνῶς δὲ καὶ ὁσίως διατηρήσω βίοντὸν ἐμὸν καὶ τέχνην τὴν ἐμήν.
οὐ τεμέω δὲ οὐδὲ μὴν λιθιῶντας, ἐκχωρήσω δὲ ἐργάτῃσιν ἀνδράσι πρήξιος τῆσδε.
ἐς οἰκίας δὲ ὁκόσας ἂν ἐσίω, ἐσελεύσομαι ἐπ᾽ ὠφελείῃ καμνόντων, ἐκτὸς ἐὼν πάσης ἀδικίης ἑκουσίης καὶ φθορίης, τῆς τε ἄλλης καὶ ἀφροδισίων ἔργων ἐπί τε γυναικείων σωμάτων καὶ ἀνδρῴων, ἐλευθέρων τε καὶ δούλων.
ἃ δ᾽ ἂν ἐνθεραπείῃ ἴδω ἢ ἀκούσω, ἢ καὶ ἄνευ θεραπείης κατὰ βίον ἀνθρώπων, ἃ μὴ χρή ποτε ἐκλαλεῖσθαι ἔξω, σιγήσομαι, ἄρρητα ἡγεύμενος εἶναι τὰ τοιαῦτα.
ὅρκον μὲν οὖν μοι τόνδε ἐπιτελέα ποιέοντι, καὶ μὴ συγχέοντι, εἴη ἐπαύρασθαι καὶ βίου καὶ τέχνης δοξαζομένῳ παρὰ πᾶσιν ἀνθρώποις ἐς τὸν αἰεὶ χρόνον: παραβαίνοντι δὲ καὶ ἐπιορκέοντι, τἀναντία τούτων.
-Odpowiedział, a recytując tekst wykonywał rozkaz kobiety. Mijając ją i nie przestając recytować przysięgi skłonił się jej lekko, a następnie podszedł do drzwi i mierząc siły na zamiary oddał kopniak z zamiarem otwarcia, a nastąpiło to tuż po zakończeniu recytacji.
-Czy o to panu chodziło? -
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Cze 11, 2018 6:53 pm

Tylne wyjście lokalu posiadało coś na kształt własnego podwórka - wąskiego i nieszczególnie porządnego, ale za to częściowo schowanego pomiędzy pobliskimi budynkami, sięgającymi z kolei w zasadzie aż do chodnika. W praktyce dawało to grupce przynajmniej tyle, że nie wychodziła bezpośrednio na ulicę, więc dłużej pozostawała częściowo osłonięta. Z drugiej strony ten skrawek terenu miał szerokość mniej więcej dwóch metrów, a długość może trzech, więc to naprawdę nie było wiele... Ściany sąsiadów ciągnęły się wysoko, więc nie dałoby się po nich wspiąć - brakowało na przykład parapetów, których można by się było chwycić - dlatego jedyne drogi prowadziły albo z powrotem do budynku... Albo na chodnik.
To "podwórko" okazało się być zresztą w większości puste, zarówno pod względem osób, jak i obiektów. To pierwsze mogło dziwić, bo przecież takie miejsce mimo wszystko zdawało się być całkiem niezłą kryjówką, nawet jeżeli tylko tymczasową, co się zaś tyczyło drugiej kwestii... Niedaleko drzwi stały dwa spore kubły na śmieci, na podłożu zalegało co nieco niedopałków po papierosach i to by tak naprawdę było na tyle.
Widok na ulicę z pewnością nie nastawiał nikogo optymistycznie. Nawet w tym wąskim "okienku" pomiędzy budynkami dało się zauważyć spoczywające na jezdni ciała... Na tym odcinku tylko dwa, oba zresztą męskie i prawdopodobnie w średnim wieku, ale zawsze. Krzyki i wystrzały dobiegały tak czy siak praktycznie z każdej strony, więc na ich podstawie nie sposób byłoby stwierdzić cokolwiek istotnego - na przykład to, czy na tej ulicy również przebywały roboty. Wcześniej musiały tędy przejść, ale czy już się oddaliły?
Trzymając się nisko, chodnikiem przebiegł jakiś ciemnoskóry chłopak; równie dobrze mógł mieć późne naście, jak i dwadzieścia parę lat, w tych okolicznościach trudno by to było stwierdzić, bo poruszał się szybko, panicznie i dosłownie tylko mignął w wyrwie między budowlami. Zmierzał na prawo, a to mogło oznaczać, że zagrożenie - to bliższe - znajdowało się po lewej... Choć z drugiej strony młodzieniec niekoniecznie posiadał wszystkie informacje i mógł się teraz kierować z deszczu prosto pod rynnę.

***

Z istotniejszych informacji - podkreślam, że u mnie kolejki na ogół nie ma, chyba że poproszę w mg, żeby w następnej turze ktoś odpisał pierwszy ze względu na sytuację. Poza takimi sytuacjami możecie umawiać się między sobą. Dawajcie mi tylko znać wtedy, gdy ktoś nie będzie w stanie w ogóle zapostować, to zostanie raz pominięty.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Cze 12, 2018 2:24 am

Uśmiechnęła się pod nosem na nową ksywkę Steina, którą, mimo okoliczności zamierzała zapamiętać. Obcy zyskał u niej punkt, chociaż dopiero jeden. Za mało na ślad zaufania chociażby, jasne, chłodne w barwie oczy uważnie obserwowały Lekarza, gdy się zbliżał; instynktownie spięła mięśnie i lekko wstrzymała oddech, chociaż serce biło jej dosyć spokojnie; nie odczuwała strachu wobec tego mężczyzny. Zwyczajnie traktowała go jak każdego, czyli - z ostrożnością, która w jej pracy często wyznaczała, kto przeżyje. Zresztą, dlatego środki ostrożni Steina były zrozumiałe, chociaż akurat średnio trafione, nie komentowała ich jednak na głos.
No, dobrze, wywróciła oczami.

A potem, gdy drzwi stanęły otworem i mogli wyjrzeć, skinęła lekko Damienowi.
- Ty pierwszy, Lekarz w środku... - przeniosła na nieznajomego spojrzenie. - Ja zamykam - zawyrokowała pewnym, chociaż cichym tonem. Stein bardziej nadawał się na prowadzącego, ona zaś będzie mieć baczenie i na tyły, i na ich pasażera na gapę. Nawet wskazała mu ruchem głowy, by szedł za Steinem, gdy ten powoli zapewne ruszył - nie było na co czekać.
Teraz ona poogląda sobie ich tyłki.

Albo nie. Pociągnęła nosem i syknęła cicho, chociaż chwilowo nic przecież nie mówili. Ale nasłuchiwała, nasłuchiwała, czy wśród krzyków, wystrzałów i paniki będzie w stanie dosłyszeć jakieś odgłosy świadczące, z której strony jest gorzej.
- Widzieliście? Prawo. Uciekał - mówiła teraz cicho, szeptem niemal, krótko i rzeczowo, nadal - spokojnie, chociaż był to zimny spokój. Trupy nie zrobiły na niej wielkiego wrażenia, za często je widywała, chociaż fakt, że leżały i tutaj, że jakieś zamieszki nadal trwały skłaniał do ostrożności i gotowości zarazem.
- Trzeba znaleźć bezpieczniejsze miejsce niż to. Szukamy osłon, trzymamy się z dala od skupisk ludzi, bo roboty w nie celowały. Wiesz co robić - rzuciła jeszcze szeptem do Damiena; rzeczywiście, wiedział. Musieli teraz wybrać jednak miejsce, do którego będą się kierować, zamiast na ślepo krążyć...
- Ty. Mówiłeś coś o szpitalu? - również szepnęła do Lekarza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ardghar Lycidas

avatar

Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/05/2018

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Cze 15, 2018 9:50 pm

-Nazywam się Artur. -Zwrócił się z uśmiechem, przyciszonym, ale wciąż przyjacielskim tonem do kobiety gdy ta nazwała go Lekarzem, jednak nie miał jakichś większych komentarzy co do jej planu, nie miał zamiaru jej przeszkadzać. Ta dwójka była zdecydowana i umiała, jak widać polegać na sobie, nie chciał wiec tego niszczyć swoją osobą i jakimiś własnymi pomysłami. Mogło by to zmniejszyć ich szanse na przeżycie, a tego by nie chciał.
Ruszył za mężczyzna gdy ten tylko wyszedł z zajmowanego przez nich miejsca i od razu zwrócił uwagę na przebiegającego mężczyznę, z resztą tak jak dowodząca nimi kobieta. On sam widział w nocy doskonale, a i jego słuch nie był najgorszy, starał się więc oddzielić dźwięki maszyn, od zwykłych dźwięków paniki. Jego źrenice na jedynie ułamek sekundy zwężyły się do szparek i błysnęły czerwienią na widok wszystkich ciał, przypominając mu czasy gdy działał jako lekarz podczas epidemii dżumy.
-To dobry pomysł. Myślę że też nie powinniśmy trzymać się zbyt blisko siebie żeby nie trafili w kilkoro z nas na raz. -Odezwał się ponownie do kobiety, choć szeptem tak jak i kobieta. Nie wiedzieli na co reagowały maszyny i dobrze by było nie zwracać na siebie uwagi.
-Niedaleko stąd jest mój prywatny szpital, jest nie najgorzej chroniony, ale wiele obiecać poza schronieniem obiecać nie mogę, przynajmniej chwilowo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Cze 17, 2018 12:40 am

- Van Court - przedstawiła się nieco odruchowo, bo nazwiskiem, chociaż prawdą było też to, że póki Lekarz nie zasłuży, to będzie dla niej Lekarzem, a nie Arturem. Nawet Stein był częściej Steinem, niż Damienem.

Odsuwając jednak te dywagacje na przód, wypadałoby ruszyć. Sol cichym tsyknięciem popędziła ich "prowadzącego", który być może za bardzo skupiał się na otoczeniu, bo niemal się nie odzywał.
- Masz własny szpital? - upewniła się szeptem; nie były to słowa uznania czy zachwytu, ta informacja zdawała się nie robić na kobiecie większego wrażenia, bo w tej chwili była po prostu cenną wiedzą w obliczu faktu, że potrzebowali lepszego schronienia.
- Gdzie dokładnie? W którą stronę? Stąd idziemy w prawo, a potem? - szepnęła jeszcze w stronę pleców Lekarza, gdy powoli ruszyli w stronę wyjścia z uliczki. By się upewnić i by Stein wiedział, gdzie mogliby się kierować. On w końcu prowadził i to on, a za nim Artur, pierwsi ujrzą obraz tego, co działo się na głównych ulicach miasta. Sol pilnowała tyłów, tak jak to ustalili. Czy też - jak zarządziła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ardghar Lycidas

avatar

Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/05/2018

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Cze 17, 2018 9:07 am

-Miło mi Pani Van Court. - Skłonił się kobiecie lekko uśmiechając się do niej.  Po czym wrócił do oglądania okolicy. Musiał być uważny, miał swoje lata i doświadczenie, jednak tego typu maszyny wciąż były dla niego nowością. W jego czasach największymi zagrożeniami byli czarnoksiężnicy czy rzymianie, teraz jednak po około półtora minenia musiał się przygotować na nowe zagrożenia. Choćby ci przeklęci Homosuperior, może i mieli szczególne walory smakowe, jednak ich zmutowana krew utrudniała mu badania.
Ruszyli jednak na przód tak jak Pani Van Court sobie życzyła. Był uważny, czujny tak bardzo jak tylko mógł i przygotowany do natychmiastowej ucieczki. Rozglądał się też po ciałach, miał bowiem nadzieję że uda mu się choć pobieżnie zbadać jakie obrażenia pozostawiają te przeklęte maszyny, takie informacje mogły pomóc jego ludziom w szpitalu.
-Tak, w Ameryce mam jeden. Mniej więcej na północ stąd obok E Houston St. - Odpowiedział szeptem, był kawałek w tamtą stronę, jednak można było ominąć większe ulice jeśli by się postarać, tym jednak musiał się zająć idący przodem mężczyzna. Gdy zaczęli zbliżać się w stronę wyjścia z uliczki odchylił nieco swój płaszcz z tyłu tak by kobieta idąca za nim mogła dojrzeć kaburę pistoletu.
-Nie jestem dobrym strzelcem, wolałbym go nie używać. - Odpowiedział cicho, jednak mając nadzieje że przekona kobietę choć do tego że nie jest całkiem bezbronny i może im się przydać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Cze 18, 2018 9:27 pm

Przeczekanie w lokalu pierwszych momentów ataku wiązało się przede wszystkim z jednym: tłumy na ulicach zdążyły się mocno przerzedzić. Oczywiście część osób została zastrzelona, ale wiele uciekło do budynków, do metra albo po prostu w inne okolice... Tyle że miało to zarówno swoje plusy, jak i minusy. Z jednej strony na przykład łatwiej było ocenić sytuację, bo panował mniejszy chaos, z drugiej - ograniczona liczba potencjalnych ofiar zwiększała prawdopodobieństwo bycia zaatakowanym. Grupa musiała się z tym liczyć.
Zbliżenie się do granic tego wąskiego podwórka pozwoliło jej członkom wyjrzeć na ulicę - jedną z tych większych, biegnącą daleko i prosto w obu kierunkach, co kawałek przecinaną innymi, w które można by było skręcić. Piętrowe budynki wyrastały na ogół blisko siebie, przez co raczej nie dałoby się między nimi skryć czy tym bardziej przemknąć; po wyjściu na ulicę trzeba będzie przeć przed siebie przynajmniej do najbliższego rozwidlenia i w ostateczności chować się za porzuconymi samochodami, bo chyba one stanowiły tutaj największe przeszkody. Niektóre stały zaparkowane na uboczu, inne znajdowały się praktycznie na środku drogi. Co prawda Soleil i Damien pewnie nie byliby w stanie z tego wystarczająco szybko skorzystać - ale zwinniejszy od typowego człowieka Ardghar mógłby też w razie czego spróbować wspinaczki przy użyciu wystających elementów niektórych budowli: przede wszystkim wgłębień przy oknach czy - rzadziej - balkonów, czasem w dodatku łączonych ze schodami pożarowymi.
W tym miejscu zapach nadpalonych ciał stał się na tyle wyraźny, że dało się go już wychwycić; dodatkowo Ardghara drażniła też woń krwi, napływająca w zasadzie z każdej strony, lecz dla ludzi o wiele mniej wyraźna, pewnie możliwa do przeoczenia. Najgorzej było rzecz jasna przy zwłokach, a jedne spoczywały na chodniku całkiem blisko wylotu podwórza - być może ktoś starał się właśnie do niego dotrzeć, aby się ukryć, ale nie miał szczęścia i został trafiony na moment przed dostaniem się do bezpieczeństwa?
Spojrzenie na prawo ukazałoby stosunkowo pustą drogę. Przynajmniej w zasięgu wzroku nie było widać robotów, choć oczywiście mogły przebywać w bocznych ulicach. Zauważony wcześniej chłopak oddalał się biegiem, wciąż trzymając się nisko; przy swoim tempie bił chyba rekordy prędkości w kategorii "przeciętny człowiek na terenie zabudowanym z przeszkodami". Dalej przemieszczało się jeszcze parę osób, tu czy tam ktoś przenosił się od drzwi do drzwi, najwyraźniej szukając takich, które się otworzą, aby schować się za nimi... Jakaś dziewczyna kuliła się na ławce pod wiatą przystanku, zapewne zbyt przestraszona, żeby uciekać.
Po lewej sprawy miały się inaczej. Pierwszy robot znajdował się jakieś dwadzieścia metrów od miejsca pobytu grupki; drugi jeszcze nieco dalej. Co ciekawe, ten drugi zdawał się być może o jakiś metr wyższy od pierwszego, a przez to również trochę masywniejszy - dla zachowania proporcji. To mogło oznaczać, że wśród maszyn panowała jakaś różnorodność. Oba roboty kroczyły powoli ulicą, na szczęście oddalając się od wylotu podwórza; być może to dlatego te kilka osób zaryzykowało i ruszyło biegiem w przeciwnym kierunku. Ramiona miały wyciągnięte przed siebie i od czasu do czasu udawało im się kogoś namierzyć, jeżeli sądzić po następujących po sobie z rzadka wystrzałach strumieni energii.
Wyglądało na to, że była to świetna szansa na ruszenie w prawo, o ile żadna z maszyn nie uzna nagle za stosowne zawrócić... Tylko dlaczego któraś miałaby to zrobić? Przynajmniej ten fragment trasy wyglądał więc "bezpiecznie", a do szpitala jakoś trzeba się było dostać; lepiej już raczej nie będzie.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Cze 23, 2018 12:44 am

- Tylko nie pani - warknęła cicho, niespodziewanie nieco, bo do tej pory ton miała wszak spokojny. Nie lubiła jednak "paniowania" i tytułowania, zareagowała odruchowo.
Nie przeszkodziło jej to zanotować, że ich nowy znajomy miał jeden szpital w Ameryce, co implikowało więcej szpitali poza nią, czyżby? Interesujące. Podobnie jak jego sprzęt; kobieta spojrzała na kaburę i broń w niej, potem uniosła wzrok i skinęła lekko głową, na znak, że przyjmuje, co chciał Lekarz przekazać.

Wychylili się i nawet Sol dostrzegła, co się dzieje, bo stanie na tyłach nie wiązało się wszak z tym, by nie mogła nic zobaczyć. Wystarczyło zrobić ten dodatkowy krok i stanąć nieco bliżej środka ich małego pochodu. Ciekawość zwyciężyła w tym wypadku, jasne oczy powiodły uważnie po okolicy. Skrzywiła się, zmarszczyła nos, czując nieprzyjemną woń spalonego mięsa ludzkiego, woń znajoma, ale nie mniej przez to niemiła.
ciała, uciekający, roboty... Roboty.
Wbiła spojrzenie w plecy maszyn, przygryzła dolną wargę i krótko spojrzała na obu mężczyzn, zwłaszcza na Steina, znacząco. Wiedział, co to znaczy. Trzeba było działać, nie czekać, chociaż może przeczekanie jeszcze kilku chwil wydawało się kuszące. Może wtedy te dwa roboty jeszcze się oddalą... Ale nikt nie powiedział, że nie nadlecą nowe.
- Idziemy - szepnęła bardzo, bardzo cicho, przełykając cicho ślinę; serce biło jej teraz nieco szybciej, krew prędzej krążyła w żyłach, Soleil czuła znajomą adrenalinę.

Miała zamiar ruszyć za Damienem, który przecież doskonale wiedział, jak szukać osłon na takim terenie. Iść prędko, ale nie całkiem wyprostowanymi, raczej nieco przygięci, starając się zachować cisze i uważać pod nogi, gotowi schować się w razie czego za samochodami, zmierzając do najbliższego skrzyżowania - najlepiej z któraś z mniejszych ulic - by sprawdzić, czy trasa na północ jest bezpieczna.
Więc Stein przodem, Lekarz i Soleil za nim. Ona dodatkowo, ufając w wytyczaną przez mężczyzn, a przez Steina zwłaszcza, trasę, miała też oko na tyły, to jest teraz - na roboty, zerkając tam co i rusz, co wymagało rzecz jasna jeszcze większej ostrożności i okazać się mogło bardziej niebezpieczne, niż bycie z przodu, kto by pomyślał. Najdogodniejszą pozycję miał więc z pewnością Lekarz, ale Van Court po prostu robiła swoje, nie zamierzając się zmieniać. Chciała się po cichu przedostać dalej i uważać na te przeklęte maszyny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ardghar Lycidas

avatar

Liczba postów : 17
Data dołączenia : 30/05/2018

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Cze 23, 2018 9:30 pm

-Postara się zapamiętać. -Odpowiedział gdy kobieta upomniała go. Nie miał zamiaru jej irytować choć nie do końca wiedział jak się do niej zwracać. Po nazwisku? Trochę nieuprzejmie, ale cóż... Niech straci na uprzejmości, teraz były ważniejsze sprawy.

Roboty maszerowały w jedną stronę uliczki, mordując. Co a straszna rzecz, marnować tak życia i tyle krwi... Krew, tak, ona dość mocno siedziała teraz w jego myślach. Jadł już dziś, jednak dawno nie miał styczności ze świeżą, ciepłą jeszcze krwią, tym bardziej czół się pobudzony. Z trudem powstrzymywał swe oczy, by nie zmieniały się w pionowe szparki świecące jedynie czerwienia i głodem. Na szczęście z tego transu wyrwała go kobieta.

-Tak. -Odpowiedział również szeptem. I ruszył za mężczyzną przed sobą. Niby zdawał się iść jak powinien, jednak to ruchy wampira były szybsze, płynniejsze, nawet zgarbiona postawa mniej mu przeszkadzała. Miał przecież za sobą setki lat polowania, oraz przynajmniej dwie wojny światowe. Tego typu sytuacje były dla niego już normalne, tym bardziej że nie był człowiekiem, i niektóre fizyczne problemy go nie ograniczały. Wykorzystywał każdą możliwość by być ukrytym i nie wychylać się, jednocześnie dotrzymując kroku pozostałej dwójce i nie łamiąc szyku. Starał się również co jakiś czas szybko spojrzeć za siebie by mieć na uwadze pozycję maszyn, oraz jak radzi sobie kobieta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Wto Cze 26, 2018 7:24 pm

Wyprawa zaczęła się całkiem nieźle - pomijając rzecz jasna wszystkie te ofiary na ulicach oraz bijące z każdej strony poczucie zagrożenia, ale w tych okolicznościach raczej nic nie można było na nie poradzić. Grunt, że przynajmniej ten pierwszy odcinek udało się przebyć bez wpadania w większe tarapaty.
Przemykanie od osłony do osłony niestety nie było wcale takie proste, bo nierzadko znajdowały się one daleko od siebie - głównie te porzucone samochody. Kolejny problem stanowił fakt, że auta na ogół stały tak, że przemieszczając się wzdłuż ich boków wciąż nie miało się pewności, iż nie zostanie się zauważonym przez roboty... Te jednak na szczęście znajdowały się coraz dalej i najwyraźniej nie planowały zawrócić. Nie nudziły się, posiadały jeszcze przed sobą jakieś cele. To mogło nawet nastawiać optymistycznie.
Po drodze trójka minęła dziewczynę skuloną na przystankowej ławce. Oddychała głośno i szybko, najpewniej wciąż walcząc z paniką. Kiedy Soleil, Ardghar i Damien przechodzili obok, uraczyła ich krótkim, znękanym spojrzeniem, ale nawet nie próbowała ich w żaden sposób zaczepić. Większość jej twarzy zakrywały ramiona, którymi obejmowała wciągnięte na siedzisko nogi, więc z jej oblicza niewiele się dało wyczytać.
Względny spokój utrzymał się do momentu, gdy grupka dotarła do pierwszego skrzyżowania z mniejszą ulicą. Trzymając się chodnika - przy którym występowało najwięcej osłon - uciekinierzy siłą rzeczy przebywali też blisko ścian budynków, które blokowały widok z jednej strony, akurat tej, w którą powinni skręcić... Z drugiej dało się dojrzeć więcej i tam sytuacja wyglądała wystarczająco bezpiecznie - czyli nie kręciły się tam żadne maszyny. To już coś.
Niestety nie mogło być zbyt pięknie i zagrożenie nadciągnęło właśnie z tego zakrytego kierunku - na początek pod postacią pięciu umykających biegiem osób, w wieku od młodego do średniego, obu płci. Wystrzeliły one jedna po drugiej zza tej zasłony pod postacią budowli i cztery z nich zdecydowały się skręcić ku trójce, podczas gdy jeden mężczyzna o tym nie pomyślał i kontynuował przed siebie... Co okazało się ogromnym błędem w momencie, gdy w jego plecy trafił strumień energii. Ofiara wylądowała powalona na środku ulicy, a sam atak wywołał kilka krzyków ze strony tych, którzy wciąż jeszcze uciekali.
Najpierw grupę minęło dwóch chłopaków, prawie że równocześnie; oni mieli najbliżej do zakrętu, a do tego byli w stanie poruszać się najszybciej. Nie zatrzymali się, pędząc dalej, najprawdopodobniej nie zdając sobie sprawy z tego, że gdzieś tam przed nimi kroczyły kolejne roboty. Następna była dziewczyna, również młoda, mająca może koło trzydziestki; dało się poznać, że jej bieg sprawiał już więcej problemów, dyszenie oraz czerwień jej twarzy wyraźnie to podkreślały, a jednak wola przetrwania doprowadziła ją aż do skrzyżowania. Po zakręceniu dziewczę praktycznie opadło bokiem na ścianę w pobliżu Soleil, Ardghara i Damiena, opierając się o nią, przyciskając dłoń do boku - a mimo to starając się powoli iść dalej, byle uciec, byle się gdzieś schować.
Czwarta osoba, również kobieta, ale już trochę starsza od pozostałych, może czterdziesto, a może pięćdziesięcioletnia, początkowo znajdowała się bliżej środka ulicy, dlatego miała dalej do zakrętu... I najbliżej do zastrzelonego mężczyzny. Kuląc się, starając się osłaniać rękami głowę, odbiła co prawda na bok, chcąc podążyć za swoimi poprzednikami, ale przebywała wciąż niepokojąco daleko, tak bardzo wystawiona na ataki...
Promień przeciął powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą się znajdowała - ona sama zaś w tym czasie już się szybko wznosiła, porwana w powietrze przez stworzenie, które przypominało humanoidalnego owada, sądząc po skrzydłach - być może ważkę. Jasna, szaro-brązowa skóra, długie blond włosy, zakończony kolcem ogon, dłonie i stopy z pazurami... A do tego wielkie, całkowicie czerwone oczy i wąska, zapadnięta twarz. Nawet przy podniszczonych spodniach i podkoszulku widok nie był przyjemny, lecz istota przeniosła piszczącą kobietę na jeden z balkonów - po czym kościstym łokciem zbiła szybę, aby sięgnąć przez tę dziurę i wpuścić uratowaną do środka. Zaraz potem oddaliła się już w kierunku, z którego przybyła... A w którym Soleil, Ardghar i Damien mogli ostrożnie zerknąć zza rogu.
Kilkanaście metrów od nich trwała walka. Prawdę mówiąc chyba dopiero się rozpoczynała, bo zarówno roboty, jak i ich przeciwnicy wydawali się być jeszcze w świetnym stanie... Choć w przypadku tych ostatnich nie do końca dało się to stwierdzić - nie znając ich typowej formy. Na pewno nie przypominali normalnych ludzi. Maszyn z kolei było pięć, z czego dwie takie większe, mierzące sporo ponad trzy metry wzrostu.
Największą uwagę przyciągał wielki - dwumetrowy, ale jakże szeroki i masywny - mężczyzna o zielonej skórze, czerwonych oczach i czarnych włosach, Po jego ciele, niczym wystające żyły, snuły się czerwone, zielone czy niebieskie "rurki". Atakował właśnie jednego z robotów i odnosił stopniowe sukcesy na polu wyrywania mu ramion. Kawałek dalej na plecy innej maszyny zwinnie wskoczyła smukła i również zielonoskóra kobieta - przynajmniej sądząc po sylwetce - z ogonem i czymś w rodzaju płetwy na głowie. Gdyby nie świadczyły o tym jej łuski, to już samo syczenie sugerowało jej gadzie korzenie. Jaszczurzyca szybko wspięła się na ramiona swojego przeciwnika, starając się - bezskutecznie - pazurami rozciąć jego powłokę. Odpalenie silników odrzutowych wyraźnie ją zaskoczyło, ale jakoś zachowała równowagę i zmieniła strategię, uderzając w głowę maszyny ogonem, wokół którego teraz zaczęły skakać wiązki elektryczności. Niestety nie dawało to lepszych efektów, co wzmagało syczenie.
Jeszcze ciekawsze było jednak to, że reszta tej grupki nie skupiała się na walce, a przynajmniej nie do końca. Człowiek-ważka przelatywał nad okolicą, od czasu do czasu pikując, aby porwać z ulicy kogoś potrzebującego pomocy i przenieść go w bezpieczniejsze miejsce... Zwykle na balkony, ale momentami w pobliże ostatniego członka tej drużyny - wyglądającego najbardziej ludzko, pomijając opaskę na prawym oku i nienaturalnie sterczące do góry czarne włosy. Jego poszarpane ubrania również nie nastawiały najlepiej, ale w porównaniu do kompanów wydawał się być prawie normalny. Co ważniejsze, mężczyzna stał przy otwartym przejściu do kanałów, dbając o to, aby wciąż przebywający na ulicy ludzie mogli do niego dotrzeć i przenieść się pod ziemię. Jak to robił? Przede wszystkim brał na siebie promienie kierowane ku pobliskim uciekającym, o dziwo nawet nie odsuwając się od trafienia, a następnie odpowiadał ogniem - a raczej elektrycznością, emitowaną z jego jedynego oka. Jej strumienie były na tyle silne, że odpychały roboty, a wręcz rozgrzewały ich powierzchnię, przy okazji skupiając kolejne ataki właśnie na tym mężczyźnie, nie zaś na pozostałych cywilach.
Dla Soleil, Ardghara i Damiena przejście nawet na drugą stronę ulicy w tych warunkach oznaczało konieczność minięcia robotów i wystawienia się na ich promienie - wycelowane umyślnie lub przypadkowo. Poza tym nigdzie nie zostało powiedziane, że przy następnym skrzyżowaniu sytuacja będzie wyglądała lepiej i że tamtędy uda się przejść... Więc grupka musiała zadecydować co zrobić. Liczyć na inną uliczkę? A może podjąć jeszcze większe ryzyko i spróbować przemknąć przy walczących, kierując się od razu w bardziej prostej linii do szpitala?

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pon Lip 02, 2018 9:55 pm

Początkowe sukcesy okazały się bardzo niepewne i zagrożone, gdy z uliczki, ku której początkowo zmierzali wypadli uciekinierzy. Soleil zwolniła, a gdy dostrzegła, jak promień dosięga jednego z mężczyzn, zaklęła szpetnie - chociaż tylko w myślach. Usta zacisnęła bowiem, by na pewno nie wydać z siebie żadnych dźwięków, które mogłyby zdradzić ich położenie.
Obserwowała osoby, które ich mijały, zaraz jednak potrząsnęła głową jakby sama z sobą prowadziła wewnętrzny dialog.
Poczuła autentyczne zdumienie, gdy kolejna prawie-ofiara umknęła promieniowi - blondynka zadarła głowę, mrużąc oczy i obserwując dziwne stworzenie, które chociaż paskudne, wydawało się pomocne. słyszała oczywiście różne rzeczy w ostatnim czasie, sama nie była do końca... normalna, czy też zwyczajna, ale chyba takich cudów z bliska nie oglądała.

Dlatego, gdy tylko mogli, wyjrzała i ona, mimo swojej pozycji zamykającej ich niewielki pochód, bo zbyt była ciekawa co się działo; zrobiła trzy kroki przysuwając się do obu mężczyzn, jednocześnie trzymając plecy niemal przyklejone do ściany i wyglądając ostrożnie, by spojrzeć, co się działo.
Nie wyglądało to najlepiej, ale gdyby ktoś widział jej czy - zobaczyłby, jak otwiera je nieco szerzej, widząc, że ktoś walczy z robotami - i jednocześnie pomaga przechodniom. Jasne tęczówki omiotły ulicę, oszacowały sytuację - i zaraz kobieta schowała się z powrotem za róg, opierając plecy o ścianę. Serce biło jej teraz trochę szybciej, ona sama odgarnęła niesforny kosmyk z czoła i spojrzała na towarzyszy.
- Co teraz? Ryzykujemy kanały? Dasz radę nas poprowadzić dołem? - tu jej spojrzenie wwierciło się w Lekarza. Poruszanie się ulicami było ryzykowne, próba zejścia jeszcze bardziej. Idealnego wyjścia nie było, ale chwila większego ryzyka dla potencjalnego spokoju?
chociaż, te.... stwory, istoty? Nie znała ich, nie miała pojęcia kim są i mogli wpaść z deszczu pod rynnę, ale...
- Jeśli tak, to idziemy, byle prędko; ci... dziwni zajmują te roboty, możemy z tego skorzystać - dodała; mówiła szeptem. Jeśli mężczyźni się z nią zgodzą, to cóż - będą musieli szybko przemknąć ku kanałom, szukając osłony i pilnując, by roboty w pierwszej linii miały nieznajome stwory, o ile w tym czasie się one nie zmyją. Szybka i chłodna - na ile być chłodna mogła w tych warunkach - kalkulacja podpowiadała, że jeśli kto inny nadstawia karku walcząc z robotami, to mogli spróbować skorzystać z tego gestu, bo dalej być może będą zostawieni sami sobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Lip 11, 2018 10:17 pm

Lekarz kiwnięciem głowy potwierdził, że byłby w stanie przeprowadzić grupę do swojego szpitala pod ziemią. W gruncie rzeczy droga nie powinna być zbyt skomplikowana, więc wystarczyłoby pewnie obrać odpowiedni kierunek i ewentualnie raz czy drugi wyjrzeć na powierzchnię, aby zorientować się w swoim aktualnym położeniu... Ale póki co nie było to jeszcze istotne. W końcu przemieszczaniem się w kanałach mogli się martwić później, a najpierw musieli się do nich w ogóle dostać.
Decyzja została więc podjęta, teraz należało ją tylko umiejętnie wprowadzić w życie... I przede wszystkim ostrożnie, bo co prawda te niezbyt ludzko się prezentujące istoty zajmowały roboty, ale nigdzie nie zostało przecież powiedziane, że jakiś zbłąkany promień nie wymknie się im ku innym celom. W końcu próbowały strzelać - a że na przykład ta jaszczurzyca okazała się bardzo zwinna, to unikała strumieni energii, które zamiast tego uderzały to w ulicę, to w okoliczne budynki. Ten widok na pewno nie zachęcał do zbliżania się, ale z drugiej strony perspektywa cofnięcia się też nie była zbyt miła.
Przebycie pierwszych kilku metrów - wciąż z Damienem na przedzie - okazało się jeszcze proste. Co prawda osłon było niewiele, ale zaparkowany w pobliżu po ukosie samochód pozwolił na chwilę się zatrzymać, aby poczekać na odpowiednią okazję do ruszenia dalej... Ta zaś nadarzyła się już po paru sekundach. Jeden z robotów stracił ramiona, wyrwane mu przez siłacza grupy - lecz coś najwyraźniej poszło przy tym nie tak, gdyż nastąpił nagły wybuch, który odepchnął mężczyznę aż na inną maszynę. Dla Soleil, Damiena i Ardghara było to akurat korzystne, gdyż właśnie ten robot znajdował się najbliżej nich i stanowiłby pewnie największe zagrożenie - ale oto zyskał lepsze zajęcie.
Grupka mogła więc kontynuować podróż... I choć w pierwszej chwili wyglądało to na najlepsze możliwe posunięcie, to już dwie czy trzy sekundy później okazało się błędem. Być może ten wielki mężczyzna, zajęty walką, po prostu ich nie zauważył. Może kierowało nim coś innego. Grunt, że zepchnął swojego przeciwnika na ścianę tuż przed Damienem, ledwo unikając trafienia w niego. Droga została odcięta, parcie do przodu wymagałoby obejścia tej parki, powrót za samochód z kolei oznaczałby po prostu cofanie się - zagwarantowałby schronienie, ale nic więcej. Nie wspominając już o tym, że inny robot zauważył grupkę i teraz zaczynał do niej mierzyć - z lewego ramienia.
Sprawy potoczyły się bardzo szybko. Soleil nagle poczuła pod pachami czyjeś dłonie - łapy z pazurami - i w następnej chwili została poderwana w powietrze przez kogoś, kto znajdował się za nią, no i oczywiście częściowo nad nią. Mogła się domyślać kto za to odpowiadał, ale bardzo szybki trzepot skrzydeł dawał jej praktycznie pewność. Ważkowaty stwór przetransportował kobietę aż do zejścia do kanałów i odstawił ją bezpośrednio przed nim, zmieniając uchwyt w taki sposób, aby zacząć naciskać na jej ramiona, wyraźnie zmuszając ją do tego, aby zeszła pod ziemię. Umożliwiała jej to drabinka, która wyglądała na stabilną.
Tunel prezentował się raczej standardowo - a więc niezbyt czysto. Zaokrąglone ściany, do tego na szczęście wąska strużka cieczy na samym środku dna... Bez problemu można było obok niej przechodzić. Wilgoć i stęchlizna unosiły się w powietrzu, ale bardziej przeszkadzał chyba brak światła, pomijając to bijące z otworu na górze. Na dole znajdowało się już mniej więcej od kilkunastu do dwudziestu osób, z czego większość trzymała się wokół drabinki, ale parę oddaliło się o kilka metrów, przez co były o wiele gorzej widoczne w tych warunkach.

***

Damiena wyprowadzam z tematu, Ardghara - jeśli nie zdąży wystarczająco szybko się odezwać - również. Jeżeli później wrócą, obaj mogą uznać, że na przykład udało im się jakoś schować w pobliskich budynkach, a potem uciec.
Eugene dostał pozwolenie, aby tu dołączyć. W jego poprzednim temacie tunele kanalizacyjne zostały zasugerowane jako droga ucieczki, więc mógłby z nich teraz korzystać.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sro Lip 18, 2018 8:11 pm

Przez cały czas, gdy szli, a były to przecież sekundy, nerwy i mięśnie miała napięte niemal do granic możliwości, serce biło jej teraz wyraźnie szybciej, krew szumiała w głowie - a jednocześnie kobieta zachowywała - lub starała się ze wszystkich sił zachować - chłodną ocenę sytuacji, trzeźwe myślenie. Doświadczenie , nazwijmy je, zawodowe zdecydowanie pomagało; twarz Soleil wyrażała pełne powagi skupienie, zmrużone lekko oczy lustrowały otoczenie, zwłaszcza roboty, ale i walczących z nimi.
I wydawało się, że nawet im się uda....

Taaak, chciałoby się. Los postanowił, jak to często w takich sytuacjach bywa, zakpić sobie z nich. Van Court zatrzymała się gwałtownie, gdy odcięto im drogę. Dłoń która trzymała pistolet instynktownie wystrzeliła niemal do przodu, gotowa do obrony, chociaż bogowie wiedza, co by jej to dało w walce z robotem...
...gdy poczuła że coś, że ktoś ją chwyta i unosi.
Na moment zmartwiała, a jej pierwszym odruchem była chęć wyrwania się z uścisku, bo dodać należy, że panna Van Court nie przepadała za byciem podnoszoną wbrew swojej woli. Ale zwalczyła te chęci, wiedząc że to nierozsądne - i właściwie już po chwili stała przed zejściem do kanałów.
Jeszcze próbowała obejrzeć się na resztę, na obu mężczyzn, ale nacisk na ramiona i walki trwające dookoła sprawiły, że niewiele myśląc, energicznie i sprawnie przykucnęła, obróciła się i zaczęła schodzić, uważając, by się nie poślizgnąć.
Czy znikając we włazie do kanałów widziała, co działo się z tamtymi?

Na dole się znalazłszy odsunęła się kilka kroków od dziur w, obecnie, suficie i rozejrzała się, mrugając i próbując przyzwyczaić się do panujących ciemności. Zaklęła cicho pod nosem, pomacała się po kieszeniach, wyciągając różowa, plastikową zapalniczkę, bo latarki przecież nie miała.
Tylko, że nie zapaliła wątłego płomyka; przyjrzawszy się grupie uratowanych, wzrok zaraz utkwiła we włazie, jakby licząc, że Damien i Artur zaraz do niej dołączą...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eugene Mercer

avatar

Liczba postów : 68
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Pią Lip 20, 2018 6:49 pm

W Eugenie odezwał się standard... o ile można go tak określić. Jak inaczej powiedzieć, że gdy pojawiła się opcja ucieczki, natychmiast zszedł do kanałów? Jednak dla bezpieczeństwa, wejście do nich zablokował szkłem, matowiejąc je i czyniąc je grubą warstwą.
I zanurzył się w ciemności kanałów. Nigdy w nich nie był, a ciemno jednak było. Dlatego trzymając się lewą ręką ściany, szedł przed siebie, z naszykowanym w dłoni odłamkiem. Nie wiedział, czy w ciemności sam fakt, że ma szkło podziała z jego mocą, czy nie. Ale czuł się bezpieczniej, mając ten wyszlifowany kawałek w dłoni.

Tak przemierzając już kawałek czasu kanały, zdążył przemoknąć od cieczy w której musiał brodzić. O jej składzie wolał się nie orientować. W końcu jednak, jego... Szczęście? Pech? Sprawiły, że dostrzegł światło kawałek dalej. Ruszył w jego stronie, nawet się nie maskując. Echo jego kroków już dawno zapewne go zdradziło, a skoro nikt go nie zaatakował, było "dobrze". Dla pewności jednak ścisnął mocniej trzymany odłamek. Kolejny, bo już ich trochę zgubił na poślizgach, potknięciach... Trochę szkła tam pozostało.
Dostrzegłwszy postać czekającą na kogoś jeszcze, zatrzymał się.
~Nie znam jej zamiarów... Lepiej poczekać tutaj, jeżeli nie zwróci na mnie uwagi~Powiedział, po czym sam siebie zganił w myślach. Akustyka, kroki musiała usłyszeć. Z pewnością. ~Trzeba kontynuować drogę...~Niechętnie poszedł dalej, ze strachem na twarzy. Uniósł na wszelki wypadek dłonie, kryjąc odłamek w rękawie. Tak na wszelki wypadek...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Lip 21, 2018 1:10 am

Blokując za sobą zejście do kanałów szkłem, Eugene co prawda zadbał o to, aby nikt się za nim nie udał... Ale jednocześnie zadbał o to, aby nikt się za nim nie udał. Innymi słowy, zamknął drogę ucieczki wszystkim innym osobom, które zostały jeszcze w tamtej okolicy i mogłyby chcieć schronić się pod ziemią. Teraz będą musiały szukać kolejnych przejść, tracąc na to cenny czas i prawdopodobnie narażając się na ataki robotów. Tego jednak chłopak nie wziął pod uwagę, więc prawdopodobnie w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji postawił resztę cywili.
Dla niego najważniejsze musiało być to, że sam był bezpieczny - i najwyraźniej wybrał kierunek, z którego inni, uciekający przed nim, nie korzystali, skoro przez dłuższy czas na nikogo się nie natknął. Wreszcie jednak dotarł do większej grupy, a jeszcze kiedy się do niej zbliżał, kilka osób zwróciło uwagę na dźwięk jego kroków. Ktoś odważył się nawet skierować ku niemu całkiem silną latarkę z telefonu komórkowego, której światło zapewne przynajmniej przez chwilę raziło nastolatka w oczy.
Oznaczało to, że także i Soleil mogła go zobaczyć - szczególnie stojąc nieco na uboczu, kilka kroków od wejścia w stronę Eugene'a. Dotychczasowi kompani kobiety natomiast wciąż nie pojawiali się na drabince, po której jednak schodzili inni ludzie, więc w dalszym ciągu istniała możliwość, że po prostu czekali na swoją kolei. Będąc jeszcze na zewnątrz Soleil na pewno mogła ujrzeć to, że przetrwali przynajmniej ten początkowy atak i umknęli na boki, ale co działo się z nimi teraz? Nie sposób byłoby to stwierdzić.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Sob Lip 28, 2018 9:03 pm

Minuty mijały, a jej towarzysze się nie pojawiali; Soleil w końcu zagryzła dolną wargę, klnąc w myślach i kręcąc głową. Kilka jasnych, ubrudzonych od pyłu kosmyków odpadło jej na czoło, odgarnęła je więc energicznym gestem i ni to westchnęła, ni to warknęła cicho, wyraźnie poirytowana.

Z rozmyślań na temat tego, co zrobić i gdzie są ci dwaj wyrwało ją nadejście kogoś nowego; odruchowo spojrzała w stronę w którą jedna z osób stojących nieopodal zaświeciła telefonem. Soleil zmrużyła oczy, przyglądając się chłopakowi - wyglądał młodo i tak jak reszta osób tutaj, na zagubionego. zaraz też wzruszyła ramionami, gest, który chłopak mógł mylnie przyjąć na siebie, jako że jeszcze chwilę wpatrywała się w niego - i znowu zwróciła oczy ku górze.
- A niech to szlag! - mruknęła, odchodząc od drabinki kilkoma długimi krokami, w stronę jednej ze ścian kanału.
Wyjęła z kieszeni swoją komórkę, chcąc sprawdzić, jak ma się tu zasięg i ile baterii jej zostało; jeśli będzie musiała iść bez Damiana i Artura, dobrze byłoby wiedzieć, w którą stronę się kierować i gdzie dokładnie się znajduje, a na to chociażby system GPS mógłby coś poradzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eugene Mercer

avatar

Liczba postów : 68
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Sie 02, 2018 1:42 pm

Tu także ludzie schodzili, uciekając przed innymi. Przynajmniej tyle mógł dostrzec Eugene. Więc na górze było raczej bezpiecznie...
Podziałał na spokojnie, powoli się zbliżając do tłumu. Rozejrzał się, szukając jakichkolwiek znajomych twarzy, których nie było. Nic, zero skojarzeń, nic w tych klimatach. Może pary twarzy mu kiedyś mignęło, gdy przesiadywał na ulicach, ale nikogo, kogo by znał lub kojarzył.
Więc jednak stanął przy ścianie. Uznał, że poczeka, aż ktoś wyznaczy kierunek i w tą stronę pójdzie. Znając ludzi, najpewniej pójdą w tym samym kierunku, w którym ktoś ogarnięty będzie wiedział, gdzie iść.
Nie zaszkodzi pójść z nimi. W kupie zawsze raźniej...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Czw Sie 02, 2018 6:26 pm

Soleil nie musiała się martwić baterią - tej miała jeszcze całkiem sporo i bez obaw mogłaby sobie pozwolić nawet na używanie komórki jako latarki podczas spaceru kanałami. Większy problem stanowił zasięg, bo trzymał się zwykle na jednej kresce... Momentami zanikając całkowicie lub przeskakując na dwie. To utrudniało korzystanie z części funkcji, ale gdyby kobieta w tych "lepszych" momentach postarała się o pozostanie w bezruchu, mogłaby pewnie co nieco sprawdzić. Poza tym nawet bez telefonu Soleil powinna być w stanie porównać sobie dostępne pod ziemią kierunki z zapamiętanym układem ulicy - żeby od razu móc stwierdzić gdzie wypadał szpital.
Zarówno Soleil, jak i Eugene znajdowali się po tej samej stronie grupki; stojąc przodem do drabinki - na prawo od niej, kobieta trochę bliżej, a chłopak nieco dalej, nawet kiedy podszedł już do zbiorowiska. To nawet ułatwiało sprawę, przynajmniej dla Sol, bo to właśnie w tym kierunku powinna się udać, aby prędzej czy później dotrzeć do szpitala. Większość zgromadzenia wciąż trzymała się stosunkowo blisko siebie, ale ze dwie, trzy odważniejsze osoby zaczęły się oddalać, pewnie licząc na znalezienie bezpiecznego wyjścia...
... I nagle rozległ się krzyk. Właściwie bardziej pasowałoby do niego określenie "pisk", na pewno kobiecy, dobiegający z przeciwnej strony grupy, ale głośny i wyraźny. Niedaleki. Nie został przerwany i nie podążył za nim żaden inny niepokojący odgłos, więc najprawdopodobniej nie doszło do ataku - ale jednak dźwięk ten przerodził się w gwałtowne, spanikowane szlochanie, więc coś stać się musiało. Być może bardziej strasznego niż niebezpiecznego. Zebrani ludzie rzecz jasna zareagowali na różne sposoby; większość obróciła głowy w stronę źródła krzyku, część zaczęła się wycofywać, inni przylgnęli do ścian...

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Soleil Van Court

avatar

Liczba postów : 73
Data dołączenia : 26/02/2017

PisanieTemat: Re: Delancey Street   Nie Sie 12, 2018 4:43 pm

W myślach zaklęła na niezbyt dobry zasięg, bo chociaż orientowała się nieźle i faktycznie była w stanie wyznaczyć kierunek marszu w stronę szpitala, to jednak nikt nie gwarantował, że po kilku skrętach czy zmianach kierunku - wszak to kanały, mogło być rożnie - nadal będzie orientować się tak dobrze. Ale właściwie, co miała za wyjście?
Kobieta westchnęła cicho i nie chowając telefonu, by służył jako latarka, włączając zresztą odpowiednią funkcję (i pamiętając by monitorować od czasu do czasu baterię) ruszyła w stronę szpitala.

Nie uszła jednak nawet pięciu kroków, ie przejmując się za bardzo resztą zgromadzenia - nie miało dla niej większego znaczenia, czy idą czy zostają - usłyszała ten krzyk i zatrzymała się odruchowo. Zmarszczyła brwi i przeciwnie do zachowania reszty, odwróciła się twarzą w kierunku szlochu, unoszac telefon i kierując blask z niego w stronę z której doszedł jej uszu dźwięk, by rozjaśnić sytuację dosłownie i w przenośni.
- Co się tam dzieje? - zapytała nieco głośniej niż szeptem, ostro i krótko, nie chciała jednak mieć za plecami jakiegoś nieznanego niebezpieczeństwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Delancey Street   

Powrót do góry Go down
 
Delancey Street
Powrót do góry 
Strona 6 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
 Similar topics
-
» Janssen Street
» Crimson Street
» Pub Baggins, Bagford Street 12
» Old Paradise Street
» Suterena przy Janseen Street

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: