Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Główna część salonu fryzjerskiego

Go down 
AutorWiadomość
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Główna część salonu fryzjerskiego   Pon Mar 07, 2016 7:15 pm


Dobrze prosperujący salon fryzjerski w posiadaniu Marie Laveau; znajduje się niedaleko rzekomego miejsca jej pochówku. Poza ładnie urządzonym wnętrzem znajduje się tu również kilka drzwi. Miejsce odprawianych rytuałów znajduje się za paroma z nich, do których klucz ma jedynie Kapłanka i zaufani pracownicy.


Ostatnio zmieniony przez Marie Laveau dnia Pon Kwi 16, 2018 5:13 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Pon Mar 07, 2016 7:34 pm

Marie czuła się dzisiaj wyjątkowo dobrze.
Jak na ponad dwustuletnią kobietę również wyglądała zaskakująco wspaniale. Czy powinno to kogoś dziwić? Raczej nie. W końcu świeża, wampirza krew robi swoje. A mówiąc o wampirach - przydałoby się wkrótce jakiegoś złapać. W końcu wiedźma nie robi nic złego, czyż nie? Usuwa małe, gryzące potworki z pięknego świata, który nie zasługuje na to, by stąpały po nim tak złowieszcze istoty. Niemniej jednak w pewnym sensie ich podziwiała.
Sama nie wytrzymałaby dnia bez słońca i łażenia po nocy, oj nie. To nie było w jej stylu. Ponadto większość krwiopijców, jakich poznała, była dość zamknięta w sobie i... nudna. Kompletnie przeciwieństwo mulatki - ta dosyć łatwo nawiązywała znajomości, potrafiła porozmawiać i zabawić klientów salonu. Kontrolowała jednak swą miejską sławę, aby nie sprowadzić na siebie podejrzeń. Kto wie, czy nie istnieje jakaś grupa polująca na wiedźmy?
Laveau dawno nie kontaktowała się się z drugą stroną. Nawet potężna kobieta zasługuje czasem na odpoczynek, który ewidentnie jej się należał. Ale nic nie trwa wiecznie i wkrótce musiała do tego powrócić. Nie, by specjalnie jej to przeszkadzało. Tym razem miała zamiar zerknąć w przyszłość i dopracować swój rytuał. Była bardzo zadowolona ze swoich odkryć i miała nadzieję, że tym razem uda jej się natknąć na coś... interesującego.
Dziś zabrała ze sobą jednego z zaufanych pracowników, który często uderzał w bębny rytualne. Ceremonia ich wymagała. Kreolka odziała się w strój kapłanki voodoo - na swoje ciało włożyła białą, długą suknię, natomiast głowę przyozdobił duży turban tego samego koloru. Klęknęła przed poświęconym skrawkiem ziemi, chwytając za przygotowaną już, jak i poświęconą kredę.
Poczęła wymawiać inkantacje słowa ku czci loa Damballaha, rysując jego ogromny symbol na podłodze. Bębny zaczęły wytwarzać dubniący, skomplikowany dźwięk, który komponował się z głosem Marie. Po niedługim czasie kobieta sięgnęła do specjalnie przygotowanego, jednego z dwóch koszy - otwierając go. Ujęła w swe dłonie węża, unosząc go w górę, szeptając jakieś niezrozumiałe słowa pod nosem. Pochwyciła sztylet, rozcinając gada wzdłuż - krew zaczęła skapywać do kielicha, natomiast mulatka zaczęła zabarwiać jego krwią poszczególne części symbolów namalowanych na podłodze.
Krótko po tym sięgnęła do kolejnego kosza, wyciągając większego węża; podobnie jak poprzednika, rozcięła go wzdłuż, lecz tym razem zbliżyła swe usta i wypiła krew prosto z jego ciała. Na koniec ułożyła dwa, martwe ich ciała na przygotowanych miejscach. Otarła usta chustą, przykrywając nią kielich i układając na jego górze dłoń. Zamknęła oczy.
- Wskaż mi drogę, loa. Pokaż mi to, co dane jest mi zobaczyć - powtarzała kilkanaście razy, a bębny zaczęły stwarzać wręcz opętańczy dźwięk. Wkrótce Marie wzięła naczynię w dłoń, ruszając nad nim kilka razy ręką.
Powinny błysnąć z niego płomienie na znak, że rytuał został poprawnie przeprowadzony. Następnie przystawiła bukal do swych ust i uniosła go do góry, ówcześnie usadzając chustę u jego podstawy. Zaczęła pić, odchylając głowę do tyłu i czekając na wizje, które winne były nadejść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3783
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Pon Mar 07, 2016 8:46 pm

Duchy odpowiedziały na wezwanie - a wizja zesłana została stosunkowo szybko. Nie była niestety do końca wyraźna, przynajmniej na początku; wyglądało to trochę tak, jak gdyby kapłanka patrzyła na nią przez zamazane szkło... Szczególnie na obrzeżach pola widzenia, gdzie poszczególne kształty zlewały się już ze sobą całkiem w masę różnych kolorów. Na środku jednak dość łatwo dało się obserwować sytuację... I to w dodatku najwyraźniej czyimiś oczami, jeżeli sądzić po lekkim kołysaniu obrazu oraz przede wszystkim po intensywnych bodźcach, które atakowały teraz wszystkie zmysły Marie.
Znajdowała się w jakimś dużym mieście, tego mogła być pewna. Zabudowanie składało się w głównej mierze z wysokich budynków, ale nie kojarzyła tego miejsca w Nowym Orleanie, więc najprawdopodobniej chodziło o inną lokację... I plac. Nie, bardziej park. Wszystko skąpane było w odcieniach czerwieni, różu i złota, dosłownie nie dało się dojrzeć żadnych innych barw, a ten stan rzeczy wyjaśnił się bardzo szybko: okolica płonęła. Nie tylko trawa, drzewa czy pobliskie budowle - samo niebo stało w płomieniach, praktycznie w całości.
Wizja nie ograniczała się tylko do wzroku. Kobieta słyszała wokół siebie krzyki i płacz innych ludzi, a także głośne trzaskanie ognia - czuła jego ciepło, ba, wręcz nieprzyjemne gorąco, zdecydowanie zbyt blisko jej skóry... Gdyby działo się to w rzeczywistości, to najpewniej skończyłaby z oparzeniami, lecz jednak na szczęście dla niej czekały one "tylko" osobę, której spojrzenie wykorzystywała. Te wszystkie doznania zdawały się jednak być naturalne. Poza nimi było zaś coś jeszcze - dużo gorszego.
Marie wyczuwała jakąś energię. Właściwie... Nie, nie "jakąś energię", lecz dwa odmienne źródła, wypadające w jednym miejscu, kumulujące się, wzmacniające się wzajemnie, ale równocześnie będące niesamowicie od siebie różne - dosłownie jak dzień i noc. Pierwsza moc wiązała się z energią życiową; jasną, gorącą, pewną i niezwykle intensywną... Poniekąd uporządkowaną. Druga z kolei była mroczniejsza - dzika, chaotyczna, nieokiełznana, może w pewnym sensie bliższa magii, którą stosowała sama kapłanka, lecz nie do końca. Obie te energie łączyło bardzo konkretne uczucie: wściekłość. Obie były też na tyle potężne, że sama ich obecność - nawet odległa - sprawiała, iż włosy stawały dęba. Zdawały się ściśle wypełniać świat, jak gdyby rzeczywistości było dla nich za mało, przez co jeszcze się przelewały. Przerażające doświadczenie.
Czyje nie byłyby oczy, z których korzystała Marie w wizji - grunt, że skierowały się we właściwe miejsce, ku niebu, na którym widniała jakaś postać... Młoda kobieta, najwyraźniej nic sobie nie robiąca z płomieni wokół niej, które lizały jej ciało, łączyły się z jej długimi włosami, wędrowały wzdłuż peleryny... Pomiędzy nimi zaś przebijała się inna aura, mieniąca się odcieniami różu i fioletu.
Oczywiście Królowa Voodoo posiadała swoje własne bóstwa, ale ta istota - bo chyba nie mogła być po prostu człowiekiem, nie z tak niewyobrażalnie wielką mocą - bez wątpienia zasługiwała na miano bogini... I to najwyraźniej nie jednej z tych dobrych, miłosiernych oraz litościwych.
Nie mogąc w żaden sposób wpłynąć na sytuację - która w końcu dopiero miała się wydarzyć - Marie jedynie obserwowała rozwój wydarzeń. Byt na niebie uniósł ręce, poruszył dłońmi, być może wykonał nawet jakiś konkretny gest, lecz z tej odległości ciężko było to stwierdzić...
... A potem świat pękł.
Dokładnie takie wrażenie mogła odnieść Marie przez tę krótką sekundę, nim wizja się skończyła - zresztą bardzo gwałtownie, gdyż właściwie tak, jak gdyby coś wypchnęło kobietę z powrotem do teraźniejszości. Rzeczywistość sama w sobie uległa... To znaczy: miała ulec uszkodzeniu, może nawet zniszczeniu, jeżeli sądzić po tym, że osoba, której oczami kapłanka spoglądała na sytuację, najprawdopodobniej w tym konkretnym momencie zginęła. Przed domniemaną śmiercią zdążyła zaś ujrzeć coś jeszcze... Rozpadającą się okolicę - jak gdyby cząsteczki się od siebie odłączały i zanikały.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Wto Sie 09, 2016 6:07 pm

To nie był pierwszy raz, gdy Królowa Voodoo kontaktowała się z drugą stroną. Wizje zsyłane przez duchy wiele razy pokazywały coś, czego inne ludzkie oczy nie chciały widzieć. Bodźce tykające Laveau chłonęły ją w całości, a sama Kreolka odczuwała obecność w miejscu przedstawianym przez zjawy. Tym razem... tym razem było inaczej. Marie Laveau została wrzucona do wiru wydarzeń, który trudno było pojąć i ułożyć w całość.
Czarnowłosa spodziewała się, że zapowiada to coś złego. I doskonale wiedziała, że w wizjach zesłanych przez zaświaty nie ma ani krzty żartu, czy też kłamstwa. Oczywiście, śmiertelnicy nie znający bóstw, dzięki którym Mambo otrzymała swoje moce, mogą uznać prawdy głoszone przez kobietę za bełkoty opętanej.
Zdarzenia przedstawiane ciemnoskórej były przerażające – tylko to słowo mogło określić odczucia kapłanki. Świat upadał na jej oczach, płonął niczym w stos w Salem, a ona nie mogła zrobić nic, prócz tępego patrzenia się w to, co chcano jej przekazać. Kiedy bogowie zrzucają na swych kapłanów widma tego typu, dając niepodważalny znak na to, że świat czeka coś okropnego.
Coś, co można powstrzymać – w tym przypadku był to ktoś, a raczej coś, co pragnęło uczynić Ziemię swoją, aby następnie rozłupać ją jak orzecha. Laveau nie miała pojęcia, skąd przybyć mogła ta istota. Ludzki wygląd nie usprawiedliwiał nieziemskiej mocy, jaka spoczywała w dłoniach kobiety wznoszącej się nad innymi.
Wielka Kapłanka znała swoje bóstwa lepiej niż inni, zwłaszcza, że miała z nimi niezaprzeczalny kontakt. Długowłosa w niczym nie przypominała choćby jednego z nich – płomienie obejmowały jej ciało, natomiast skóra pozostawała blada, nietknięta.Potężna energia dawała o sobie znaki. Energia, której Laveau nie znała. Miała jednak pewność, że była mroczna, niemal tak jak voodoo. Voodoo jednak w niczym nie przypominało tego, czym panowała młoda kobieta w pelerynie.
Jeden ruch istoty wystarczył, by świat zniknął.
Wizja skończyła się z gestem młodej kobiety, natomiast Laveau została – dosłownie – wyrzucona do rzeczywistości, która przedstawiała się o wiele lepiej niż to, co dane było jej zobaczyć. Kobieta niemal upadła, gdy poczuła, że to już koniec. Nerwowo dotknęła podłogi, jakby chcąc się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu. Doprawdy, stan transu tym razem wymęczył ją bardziej, niż by się tego spodziewała. Kim była kobieta, którą widziała w wizji? Dlaczego chciała zniszczyć świat?
Kreolka zadawała sobie w głowie wiele pytań, na które nikt żywy nie znał odpowiedzi. Wiedziała jedynie jedno – tę siłę trzeba powstrzymać. Kapłanka nie od dziś wiedziała, że prawdziwe zło trzeba niszczyć w samym zarodku. Był na to idealny czas, gdyż nic nie wskazywało na to, by świat stanął w płomieniach. Mambo nie mogła znieważyć obrazów, jakie zostały jej przedstawione. Miała zamiar się nimi zająć – samo poinformowanie osób trzecich stanowiło pomoc, do której Laveau była w tym momencie zobowiązana.
Tuż po zakończeniu wizji podniosła się z ziemi, udając się do pomieszczenia obok. Ciemność przeważała, a jedyne światło stanowiło zamknięte okno, przez które światło wpadało na dość dużą klatkę. Królowa Voodoo zbliżyła się do stołu, na którym leżał papier – bądź też coś papiero podobnego, gdyż był ciemniejszy. Marie pochwyciła w rękę pióro, aby wypisać coś na materiale i na samym jego środku złożyć podejrzanie wyglądający naszyjnik. Złożyła pakunek w małą kostkę, aby następnie pojąć go w dłoń.
Laveau podeszła wolno do klatki, szeptając pewne słowa pod nosem i otwierając ją. Z środka wyleciał ptak o dość osobliwym wyglądzie – przeleciał wolno po pokoju, aby następnie usiąść na prawej ręce kapłanki. Ta zanurzyła dwa palce w sypkim proszku, który znajdował się tuż obok klatki i posypała głowę zwierzęcia. Zbliżyła wolno pakunek do obrączki na jednej z kończyn ptaka, aby ją tam przypiąć. Po tym czynie otworzyła okno, natomiast ptak w jednej chwili wyleciał, by spełnić swe zdanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Black Widow

avatar

Liczba postów : 166
Data dołączenia : 25/05/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Nie Sie 21, 2016 7:57 pm

Dzięki możliwościom technicznym Quinjeta dotarcie do Luizjany zajęło jej naprawdę niewiele czasu. Zaraz po starcie oddała stery w (metaforyczne) ręce autopilota i skupiła się na analizie danych, które przygotował dla niej Jarvis. Dokładnie sprawdziła co kryje się pod adresem, który otrzymała od dziwnego posłańca. Okazało się, że to salon fryzjerski o całkiem dobrej renomie, prowadzony przez niejaką Clairice Norchelle. Natasha sięgnęła do danych Tarczy i innych źródeł, które doradził jej Jarvis, by przyjrzeć się kobiecie, którą miała niebawem odwiedzić. Jej kartoteka była czysta, pojawiały się tylko jakieś wzmianki o możliwym udziale w środowisku okultystycznym Nowego Orleanu. Nie było jednak żadnych konkretów - nic podejrzanego. Natasha marszczyła brwi czytając z ekranów kolejne informacje. Nie było do czego się przyczepić, ale jej instynkt podpowiadał jej, że należy się mieć na baczności. Akta osoby, którą miała znaleźć dla Magik, przesunęła póki co na boczny plan. Zawsze była tylko jedna misja na raz. Nie mogła sobie pozwolić na utratę koncentracji. Szczególnie wtedy, gdy leciała w nieznane.
Kiedy autopilot poinformował ją, że docierają do celu przejęła stery i podeszła do lądowania na prywatnym lotnisku, które udzieliło jej miejsca na przechowanie Quinjeta na czas pobytu w Luizjanie. Zapadał wieczór, ale nie było to dla niej szczególnym utrudnieniem - umiała bezpiecznie posadzić maszynę w gorszych warunkach, a przy całym sprzęcie Starka poradziłaby sobie zapewne nawet z zawiązanymi oczami. Kiedy odrzutowiec znalazł się już bezpiecznie w hangarze, Natasha wypożyczyła samochód i bez dalszej zwłoki pomknęła do miasta. Miała na sobie wygodne ubrania w ciemnych kolorach, które nie były wprawdzie jej standardowym kostiumem na misje, ale w razie zagrożenia nie utrudniałyby walki ani ucieczki. Dwa glocki przyjemnie ciążyły pod materiałem kurtki, a w pasku skrywała jeszcze kilka innych niespodzianek. Mimo późnej pory udała się bezpośrednio w kierunku salonu fryzjerskiego. Nawet jeśli nic dzisiaj nie załatwi, obejrzy okolicę i poczyni plany na dzień następny. W bagażniku samochodu miała przecież podręczną torbę spakowaną na kilka dni, mogła więc w razie potrzeby wynająć pokój w hotelu.
Najpierw przejechała powoli przez ulicę podaną na kartce, uważnie obserwując przy tym otoczenie. Zlokalizowała salon fryzjerki, w którym wciąż świeciło się światło. Zerknęła na zegarek, by sprawdzić godzinę - było wcześniej niż myślała, mogło być jeszcze otwarte. Poczyniwszy tą obserwację skręciła w jedną z bocznych alejek, by tam zaparkować samochód. Następnie nieśpiesznym krokiem podążyła w stronę salonu fryzjerskiego. Nie wyróżniała się niczym szczególnym w rzednącym tłumie przechodniów - nikt nie powiedziałby na pierwszy rzut oka, że jest uzbrojona i niebezpieczna. Ani, że w kieszeni kurtki niesie dziwaczny medalion przyniesiony jej przez podejrzane ptaszysko.
Zawędrowała pod drzwi salonu i zatrzymała się przed nimi z doskonale odegranym wahaniem, jakby nagle poczuła nieodpartą potrzebę zmienienia fryzury. Zakołysała się na piętach, niczym niecierpliwa dziewczynka, a potem nacisnęła klamkę zastanawiając się czy ustąpi pod jej naciskiem. O dziwno - udało się. Nad jej głową melodyjnie zabrzmiał mały dzwoneczek. Powoli wkroczyła do środa, rozglądając się czujnie wokół.
- Dobry wieczór. - przywitała się, podnosząc nieco głos, by zwrócić na siebie uwagę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Wto Sie 23, 2016 10:01 pm

Marie Laveau doskonale wiedziała, po kogo posyła.
I doskonale wiedziała, jakie mogą być tego konsekwencje. Długie życie kobiety upewniło ją co do tego, że ludzie to podstępne kreatury - oczywiście, świat zmieniał się z dnia na dzień, ale u człowieka pozostała ta jedna, niezniszczalna cecha. Laveau była jednak zbyt obojętna na świat zewnętrzny, by przejmować się dwulicostwem ludzi. Wrogowie królowej Nowego Orleanu kończyli w nieciekawej sytuacji; wszakże przekonali się na własnej skórze, że laleczki voodoo nie są tylko bajką dla dzieci. O nie, było to coś więcej niż tylko historyjki o ofiarowaniu węży i wtykaniu szpilek w materiał. Kreolka doskonale wiedziała o swojej przeszłości, o afrykańskich plemioniach i niewolnikach, którzy niespełna trzysta lat temu przybyli do portu Nowego Świata jako towar, o który biali szlachcice daliby się posiekać.
Marie co kilka lat zmieniała otoczenie i towarzystwo, w jakim się obracała - niewiele osób znało jej sekret, dlatego też upewniła się, że zabiorą go ze sobą do grobu. W przypadku jej przyszłych gości musiało być inaczej - nie bez powodu kontaktowała się z grupą Avengers. I nie miała zamiaru zepsuć tej relacji przez zwykłą chęć całkowitej dyskrecji. Czarnoskóra nie raz spotykała się z głośnymi buziami, które mówiły więcej, niż myślały. Na takie przypadki również znała lekarstwo - nie trzeba dopowiadać, że nie należało ono do najprzyjemniejszych.
Zaczarowane ptaszydło wróciło do kobiety wcześniej, niżby się tego spodziewała. Dopiero teraz pomyślała, że mogłaby zacząć zapraszać do siebie w bardziej oczywisty sposób... ale czymże byłaby królowa Voodoo bez ani krzty tajemniczości? Może nie było już XVIII wieku, ale przyzwyczajenia pozostały. Na swojego tajemniczego gościa nie musiała oczekiwać długo - minęło kilka dni, które dla Laveau były jak mrugnięcie oka - powoli traciła rachubę czasu, która utrzymywała się właściwie tylko dzięki kalendarzowi zmienianemu codziennie przez jedną z pracownic.
Jedno zdanie Wdowy wystarczyło, by z pokoju obok wyszła ciemnoskóra kobieta ubrana stosunkowo przeciętnie. Co ważniejsze, nie wyglądała na dwieście dwadzieścia lat. Prawdziwego wieku ani tożsamości Natasha nie znała, to prawda, ale czy coś stało na przeszkodzie, by zaraz się dowiedziała?
- Chcesz coca-coli? - zapytała niczym starą przyjaciółkę, skinając głową na stojącą na stole butelkę. Zmierzyła pannę Romanowa z góry aż po dół, wzruszając ramionami. Chuda i biała, cóż, na ten moment będzie musiała się nią zadowolić. Skierowała wolno kroki do stołu z dwoma krzesłami, przysiadając sobie i zakładając nogę na nogę. Zerknęła na rudowłosą wyczekująco, ówcześnie wymownie zerkając w stronę krzesła tuż obok Laveau. Kreolka zgarnęła puszkę z colą, przystawiła do ust, upijając nieco i mówiąc.
- Pewnie zastanawiasz się, po co ściągnęłam cię tutaj z samego Nowego Jorku. Ale jeśli mamy współpracować, musisz wiedzieć kilka rzeczy - powiedziała, dłonią odsuwając magazyn modowy spod swojej ręki - Postanowiłam skontaktować się z waszą grupą z niepokojących powodów, ale może najpierw dowiesz się, kim właściwie jestem - stwierdziła, odgarniając włosy i opierając dłoń o podbródek.
- Marie Laveau. Wygoogluj mnie, jestem na Wikipedii - powiedziała całkiem poważnie, choć przez usta przemknął jej skromny uśmiech. Zerknęła wymownie na kieszeń Wdowy, w której zapewne znajdowało się coś telefonopodobnego. Zastukała palcami o blat stołu, kontynuując - Jedynym sposobem na to, byś nie wzięła moich słów za bajeczki dla niesprytnych, jest poczucie na własnej skórze tego, co ja. A żeby to zrobić, musisz mi choć odrobinę zaufać. Chyba chcesz ratować swój biały świat, co? - mówiła, obracając głowę za siebie; znajdowały się tam drzwi, które uchyliły się sekundę po poczuciu na sobie wzroku kapłanki. Wróciła oczami na rudowłosą kobietę z pytającą miną, unosząc prawą brew do góry. Tak, to definitywnie była sugestia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Black Widow

avatar

Liczba postów : 166
Data dołączenia : 25/05/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Sro Sie 31, 2016 10:18 am

Przez chwilę stała w progu, z ręką opartą na klamce jakby wciąż wahając się czy powinna wchodzić do środka. W zasięgu jej wzroku pojawiła się kobieta, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa oficjalnie nosiła miano Clairice Norchelle - trzeba przyznać, że w rzeczywistości wyglądała lepiej niż na zdjęciach z dokumentów. W postaci kreolki było coś co kazało Wdowie tym bardziej mieć się na baczności. Fakt, nie wyglądała na swoje dwieście lat. Natasha fizycznie oceniała ją na góra czterdzieści. Nie przywiązywała się jednak do tej liczby, bo przecież sama była doskonałym przykładem na to, że metryka nie zawsze idzie w parze z wyglądem. Powiedzmy, że obie panie trzymały się lepiej niż nieźle... Natasha pozwoliła, by drzwi wreszcie zamknęły się za nią i bez pośpiechu przemierzyła wnętrze salonu, kierując się do miejsca, w którym siedziała gospodyni. Zajęła krzesło obok niej, a potem bez słowa poczęstowała się oferowaną coca-colą. Nie przepadała za słodzonymi napojami, ale prawdę powiedziawszy zaschło jej już w gardle. Ostatnia rzecz jaką piła to kawa z Bartonem wiele godzin temu. Sączyła więc swoją colę i wyczekująco wpatrywała się w postać kapłanki voodoo. Ku jej szczerej uldze, kobieta nie owijała w bawełnę i szybko przeszła do konkretów.
- Intryguje mnie nie tylko zaproszenie i jego powód, ale również to w jaki sposób je dostarczono. - odezwała się wreszcie, odstawiając swoją puszkę. Miedzy palcami jej drugiej dłoni zamigotał wyciągnięty z kieszeni naszyjnik. - Fascynująca forma komunikacji, choć nie jestem pewna na ile wydajna. - dodała tonem, który nie zdradzał żadnych emocji. Jej twarz wyrażała uprzejme zainteresowanie, a oczy pozostawały czujne i chłodne. Kiedy jednak usłyszała o stronie na Wikipedii, kąciki jej ust lekko zadrżały.
- Nie omieszkam sprawdzić, madame Laveau. - obiecała, choć byłaby to tylko formalność. Miała wystarczające rozeznanie w kulturze i historii tego regionu, by dopasować nazwisko do postaci - jak dotąd sądziła - historycznej. Sprawa była jeszcze ciekawsza niż jej się dotychczas wydawało! Choć jej zainteresowanie podszyte było odrobiną niepokoju. Cholerna magia. Nie miała o niej pojęcia, a nic nie zdawało jej się groźniejsze od własnej niewiedzy. - Natasha Romanoff. - przedstawiła się jeszcze, uznając to najwyraźniej za odpowiedni moment. Laveau nie zdawała się póki co bezpośrednim zagrożeniem, wręcz przeciwnie - chyba chciała szukać w Avengersach jakiejś formy sojuszu. Kiepska była z Natashy ambasadorka, bo nie bez powodu miejsce szpiega pozostawało w cieniu. Coś jej jednak podpowiadało, że królowa voodoo na cieniu zna się jak nikt inny, więc może uda im się znaleźć konsensus.   
- Jeśli tylko mam taką możliwość staram się ratować cały świat. - odparła wciąż tym samym uprzejmym, acz chłodnym tonem. Jej wargi wykrzywił przy tym ostry i zimny uśmiech, bo z jakiegoś powodu słowa kreolki ją rozdrażniły. Nie dała jednak poznać po sobie ani tego, ani zaskoczenia jakie wywołały nagle otwierające się drzwi. Nieśpiesznie dopiła colę i podniosła się z krzesła, zapewne słusznie zakładając, że Marie chce jej coś pokazać.
- Proszę prowadzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Czw Wrz 08, 2016 4:44 pm

Trzeba przyznać, że Królowa Voodoo była zaintrygowana swoim gościem.
Nie wyglądała na pustą laleczkę, a z takimi spotkała się już wiele razy - niestety, Marie nadal była uprzedzona co do białych Amerykanów. Minęło dwieście lat, a ta nadal chowała w sobie pewnego typu urazę, która nasiliła się najbardziej po zdobyciu swej faktycznej mocy, magii. Niewolnictwo wzbudzało w niej odrazę, nawet po tych dwustu latach.
Nie mogła jednak winić aktualnych mieszkańców Stanych Zjednoczonych o to, że ich przodkowie okazali się być okrutnymi rasistami. Nie trzeba chyba dopowiadać, że Marie wiele razy używała voodoo, by się na nich wyładować. Z czasem jednak zaczęła doceniać swą siłę i postanowiła nie marnować czasu na błahostki tego typu.
Skierowała wzrok na rudowłosą, uważnie się jej przyglądając. Uśmiechnęła się, gdy usłyszała o zaproszeniu. Tak, ta wiedźma definitywnie gustowała w tajemniczych zaproszeniach, a ptak nakreślony loa bez wątpienia się do takiego zbioru zaliczał.
- Następnym razem zadzwonię, skoro wolisz ten sposób komunikacji - stwierdziła, unosząc puszkę do ust i upijając nieco cieczy. Czarnoskóra powoli zaczynała twierdzić, że wysłanniczka Avengersów nie była taka zła, jak się z początku wydawało; był to między innymi jeden z powodów, by przystopować z niechęcią do jej pradziadów (choć tego też nie była pewna, w końcu jej nazwisko nie brzmiało amerykańsko!). Dlatego też postanowiła zignorować jej krzywy uśmiech, który zapewne był reakcją na uznanie świata za należącego do białoskórych, choć po części była to prawda.
- Niewątpliwie, choć nie wyglądasz na kobietę, która ratowałaby go bez żadnego wynagrodzenia - stwierdziła, podnosząc się wolno z miejsca i zerkając wymownie na pannę Romanoff. Ruszyła wolno w stronę uchylonych drzwi, wchodząc do środka. Gdy znalazły się w pomieszczeniu, drzwi zatrzasnęły się. Sam pokój wyglądał... nieprzyjaźnie. Wokoł roiło się od czaszek, słoików i krzyżów.
Wszystko spoglądało ciekawsko na nikogo innego, jak Wdowę. O dziwo zapach należał do przyjemniejszych; pachniało kwiatami, choć widać ich nie było. Pomieszczenie było pogrążone w mroku, a jedyne światło stanowiły trzy świeczki ustawione tuż obok nakreślonego na podłodze znaku.
- Jedyny sposób, byś upewniła się, że to co mówię, nie jest wymysłem... - powiedziała, wystawiając dłoń do miejsca przy znaku, sugerując, żeby przyklęknęła - ...jest przekonanie się na własnej skórze o tym, co widziałam - skończyła, dając jej chwilę na przyswojenie sobie informacji i przygotowanie do rytuału. Sama kobieta zniknęła na moment w ciemnościach, by po chwili wrócić w stroju rytualnym, w którego skład zaliczał się długi strój, kilkanaście naszyjników ze znakami voodoo, jak i turban złożony na głowie.
W dłoniach trzymała okrągły koszyk, który zdawał się być lekki. Trzeba było przyznać, że wyglądała dosyć majestatycznie. Zakładając, że Natasha zdecydowała się przyklęknąć we wskazanym miejscu, królowa Voodoo skierowała się naprzeciw niej i również klęknęła.
- Zamknij oczy i oddychaj - nie brzmiało to jak rozkaz, a raczej jako radę. Wszakże Laveau była mistrzynią w tej dziedzinie magii, więc słuchanie się jej było więcej niż wskazane. W pewnej chwili tuż obok Kreolki zaświeciła się świeczka, która zaczęła uwalniać specyficzny zapach. Nie był on specjalnie mocny, niemniej jednak sprawiał, że rudowłosa zaczęła tracić obraz sprzed oczu, a słowa-inkantacje Marie brzmiały niczym muzyka, wprowadzając kobietę w trans. W ostatnim momencie mogła usłyszeć jedynie syczenie węża, który począł wolno wić się na jej ciele. Ludzki odruch kazałby uciekać, odskoczyć. Czarna Wdowa nie mogła jednak nic zrobić.

wybacz za spóźnienie!
loki obiecał, że posta z wizją da jutro
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3783
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Czw Wrz 08, 2016 11:20 pm

Wdowa z pewnością przynajmniej słyszała o wizjach, które niektóre religie czy plemiona potrafiły wywoływać przy użyciu odpowiednich specyfików - często po prostu narkotycznych. Czy miała już kiedyś okazję poddać się działaniu czegoś podobnego? Jeżeli tak, to być może była całkiem nieźle przygotowana na obrazy, które zaczęły wkradać się do jej umysłu, kiedy tylko zaczęła tracić kontakt z otaczającą ją rzeczywistością.
Początek był dość spokojny. Mieszanina kolorów - zlewających się ze sobą, mieniących się różnymi odcieniami, raczej przyjemnymi dla oka - coraz częściej błękitami, zieleniami... Na ich tle przesuwały się cienie, które jednak ciężko byłoby jednoznacznie zidentyfikować. Być może kryły się za nimi jakieś istoty, lecz momentami cienie te zakręcały się i wyginały w na tyle nienaturalne sposoby, że chyba nie mogły reprezentować ludzi... O ile wizja nie robiła się po prostu bardzo abstrakcyjna.
Otoczenie zaczęło jednak tracić kolory, stopniowo przechodzić w czerń... W sześciu, może siedmiu miejscach różne barwy utrzymały się najdłużej, przekształcając się w końcu w kolorowe punkciki, wyraźnie świecące - jeden złocisty, drugi czerwony, jeszcze inny fioletowy czy pomarańczowy... Co ciekawe, one akurat nie zanikły, choć wyblakły do bieli. Wokół nich zaczęły pojawiać się kolejne drobne światełka - niczym gwiazdy na nocnym niebie. Już wkrótce Natasha miała wrażenie, jak gdyby otaczał ją prawdziwy kosmos.
Trwało to tylko chwilę, nim zupełnie niespodziewanie wokół kobiety uniosły się niezwykle jasne płomienie, nie tylko otaczając ją w całości, ale i wypełniając całą okolicę. Nie piekły, nie tak naprawdę, ale mimo to umysł sądził, że jest inaczej - zdawały się być gorące, choć ciało Wdowy było przecież bezpieczne i rzecz jasna w prawdziwym świecie nie pojawiały się na nim żadne ślady.
Ogień powędrował ku górze, w końcu wypuszczając Natashę - a następnie zakręcił z powrotem w dół, kumulując się przed nią w formie kuli, która przypominała miniaturowe słońce o średnicy może metra lub nawet trochę mniejszej. Znajdowało się na tyle blisko, że dałoby się go dotknąć. Na jego powierzchni wśród płomieni zaczął się nagle pojawiać plamy, zajmujące stopniowo coraz większy teren. Ogień zaczął miejscami przygasać, a pod nim dało się dojrzeć pękającą skorupę; najgłębsze linie układały się chyba w jakiś znak... Wyglądający nieco jak stylizowane d, ciemno-czerwone, z górną częścią zagiętą w stronę tę mniej więcej okrągłej... Właściwie gdyby się przyjrzeć tej kuli, to pęknięcia swym kształtem mogły nawet wyznaczać linie kontynentów.
Obraz minimalnie się zmienił. Do tej pory płomienie gasły - lecz teraz wyglądało raczej na to, że coś wręcz odciągało je od kuli, wokół której tańczyły. Rozciągały się, wysuwały w stronę Wdowy, ale nie bezpośrednio, tylko jakby po łuku... Aż wreszcie odrywały się i znikały za nią. Nawet "gwiazdy" wokół jakby zbladły...
... A za swoimi plecami Natasha mogła wyczuć coś dużego. Wizja nie pozwalała jej się obrócić, aby tam spojrzeć, jednakże ktoś lub coś zdecydowanie musiał się za nią znajdować - i przyciągać ogień. Właściwie kobieta mogła skłaniać się ku wersji, iż rzeczywiście było to jakiś obiekt, a nie osoba; uczucie zimnej pustki w takich okolicznościach mogłoby się wręcz kojarzyć z czymś na kształt czarnej dziury.
Niespodziewanie płomienie wzmogły się i jednocześnie uderzyły od strony kuli - ponownie otaczając Wdowę, wędrując za nią, stając się coraz bardziej czerwone... W pewnym momencie poruszały się praktycznie jak płyn, co Natasha mogła wyczuć na swojej skórze, nim ogień zniknął z jej pola widzenia, nagle wybijając ją z wizji. Nie było żadnego momentu rozmazania obrazu, dochodzenia do siebie - w mgnieniu oka kobieta znów ujrzała ostro pomieszczenie, w którym fizycznie przez cały ten czas się znajdowała.
Być może nawet zobaczyła je wyraźniej, niż do tej pory - nawet w tych względnych ciemnościach? Kwiatowy zapach również zdawał się być silniejszy... A odgłosy dochodzące z zewnątrz - lepiej słyszalne. Wszystkie te doznania mogły być po prostu skutkiem ubocznym, tymczasowym albo stałym, ale do wyczulonych zmysłów tak czy siak trzeba się było przyzwyczaić.

***

W karcie Wdowy dodałem informację przy mocach.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3783
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Nie Paź 23, 2016 12:00 pm

Jako że Black Widow zniknęła i nie reaguje na próby nawiązania z nią kontaktu, na prośbę Marie uznaję sesję za zakończoną. Zakładamy, że Wdowa przyjęła od Marie informację o chęci współpracy, wymieniła dane kontaktowe, a potem wróciła do Nowego Jorku.

W związku z tym Natasha dostaje ode mnie z/t, a Marie może się pod nie podpiąć albo wrzucić post - jak woli.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Wto Kwi 10, 2018 4:41 pm

Takiej masakry Laveau nie widziała od czasów ostatniego huraganu, który zrujnował miasto. A teraz co? Roboty lecące z nieba? To przechodziło ludzkie pojęcie, aby po 224 latach kapłanka nadal nie miała spokoju. Może i nie obchodził jej specjalnie los ludzi którzy zostali zabijani, ale martwiła się między innymi o sobie podobnych, czyli wyznawców Voodoo i bliźniaczych religii.
Nie była ona jednak mistrzynią magii ofensywnej, nie umiała się teleportować w mgnieniu oka czy rzucać ciężarówkami. I tak sama nie poradziłaby sobie z taką ilością botów, nawet z pomocą plemienia. Tutaj trzeba było nadnaturalnej siły, która była bardziej rozwinięta niż latające komputery, które zabijały wszystko co poruszało się na ulicy. Panika była słyszalna zza okien, które zostały przez członków kowenu Laveau zasunięte, a drzwi do salonu zamknięte na wszystkie spusty.
Kapłanka była już odziana w biały strój rytualny oraz turban zakrywający włosy, a szyję i nadgarstki miała przyozdobione magiczną biżuterią wzmacniającą aktualne siły magiczne, a przez to działanie rytuału. Salon fryzjerski był jak każdy inny budynek w mieście, bo nikt nie spodziewał się tak masywnego ataku. To doprowadziło Królową Voodoo do konkretnych działań.
Marie przeprowadziła kilkadziesiąt ludzi przez tajemne drzwi do pomieszczenia w którym rozłożony był już ołtarz, natomiast mężczyźni zaczynali wybijać polirytmie na bębnach, mające na celu przywołać konkretne duchy. Na obficie obłożonym stole można było dostrzec banany, granaty, cygara i papierosy, a także rum i podobne alkohole, w tym gin. Ołtarz dopełniał wymalowany na ścianie obraz przedstawiający loa, a także veve - znak rytualny - wyrysowany kredą na podłodze.
Pierwszym duchem przywoływanym przez plemię był Ogun, lwa wojny oraz ognia. Kapłanka musiała podjąć ważne działania, jeśli chciała uratować choć część Nowego Orleanu. Ogoun jest potężnym duchem, który zdołałby walczyć przeciwko atakującym, jeśli poprosi go o to wyznawca oferując ofiarę: w tym wypadku była to Mambo.
Dwóch mężczyzn przywlekło bliżej nieokreśloną osobę przed ołtarz, która - jak przez jasną niechęć do ognia można wywnioskować - była wampirem. Laveau wykonywała rytualny taniec mający na celu przywołanie Oguna do ołtarza: znając jego przeszłość i to czego oczekuje prócz tego co zostało przedstawione na ołtarzu, chwyciła za poświęconą maczetę. Była gotowa do ewentualnej ofiary dla ducha, czekała tylko na znak.
Kapłanka wzniosła modły oraz magiczne inkantacje religijne mające na celu poprosić ducha o stworzenie bariery ochronnej wobec salonu fryzjerskiego, która miałaby niszczyć bądź po prostu odbijać nadlatujące roboty. Tym samym nacięła delikatnie swą dłoń i upuściła nieco krwi na znak rytualny, aby przypieczętować powstanie bariery poprzez magię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 454
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Sro Kwi 11, 2018 8:02 pm

Krzyki i sporadyczne walenia do drzwi mogłyby dekoncentrować zwykłą osobę, ale ktoś kto zajmuje się magią od (dosłownie) wieków potrafił bez problemu wytłumić tego typu bodźce.
Rytuał przebiegał sprawnie. Mimo ambitnego zamiaru przywołania loa we własnej osobie, wszystko wskazywało na to że jednak wszystko się uda. Marie zadbała o wszystkie niezbędne szczegóły, bo to na ogół w nich leżała cienka nić między sukcesem, a porażką takiego przedsięwzięcia.
Znalezienie Oguna o dziwo było najtrudniejszą częścią rytuału. Skryty gdzieś przez coś lub kogoś z początku uchylał się wołaniom kapłanki. Gdy jednak została stworzona więź, a najskromniejsza intencja przywołania go trafiła do jego uszu, on pochwycił ją z mocą tonącego po wyciągniętą dłoń. Wystarczyło wskazać mu drogę, lekko zaledwie uchylić zasłonę między światami, by podążył nią z mocą tarana.
Nawet osoby niewyczulone na magię zaczynały odczuwać efekty jego nadejścia. Temperatura podniosła się zauważalnie, niczym piekące słońce Afryki nadciągnęło pod strop świątyni. Gdy temperatura zaczęła przekraczać komfortowy poziom, pochwycona wampirzyca stanęła nagle w ogniu, mimo że nikt nie otrzymał jeszcze od Maurie takiego sygnału. Przerażony sługa, wypuścił ją z uwięzi, ale nie zabiegła daleko, zmieniając się szybko w kupkę popiołu rozrzuconą po posadzce. Bardziej wnikliwi obserwatorzy mogli zauważyć też osuszenie się alkoholu ze wszystkich przebywających tu naczyniach, co również było niejaką wizytówką nadchodzącego gościa.
Drzwi do pomieszczenia rozwarły się, a po sali zaczął krążyć dziwny, wyjący podmuch powietrza. Po kilku okrążeniach wiatr wniknął w najwyższego ze sług Maurie. Ten z początku zaczął się motać, jakby starał się oprzeć sile, jednak szybko opadł na kolana pokonany przez cudzą wolę. Jego sylwetka zaczęła poddawać się wyraźnym zmianom. Skóra zaczęła falować, a mięśnie przyrastać na masie. W efekcie, ten który się wyprostował posiadał tytaniczną wręcz sylwetkę przynajmniej dwóch i pół metra wzrostu i atletyczną budowę. Ubranie wisiało na nim w strzępach, a uśmiech i żar w oku świadczył, że na pewno nie jest to poprzedni właściciel ciała.
-Wybacz że wpadam tak nagle, siostro, ale jak miałem nie skosztować z tak sutej uczty? - uśmiechnął się drapieżnie, a w jego oczach dosłownie błysnął ogień. - Zanim coś powiesz, słyszałem twą prośbę i zgadzam się. Włos z głowy nie spadnie nikomu, kto w tym momencie przebywa w tym domostwie. Wasi wrogowie nie będą was tu szukać. Nie ręczę za nikogo, kto opuści je tego dnia. A teraz zabieram to ciało, oto moja cena.
Bóg w ludzkiej postaci wypowiedział te słowa gromkim głosem, po czym bez słowa skierował się do wyjścia nie czekając nawet na odpowiedź. Chyba nie przypuszczał że gdzieś tu pozostawało jeszcze jakieś pole do dyskusji i nie chciał dzielić się planami co teraz zamierza. Kroczył wolno i majestatycznie, a nikt z zebranych sług nie śmiał mu przerwać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Sro Kwi 11, 2018 8:47 pm

Marie Laveau wiedziała, że szybko nawiąże kontakt z Ogunem: w końcu nie był to pierwszy raz gdy się spotykali, ba, widywała się z nim nawet za często. Wiedziała jednak, że nie jest on... personą, która bierze rozkazy, dlatego Laveau zwróciła się do niego z czystą prośbą. Od razu odczuła jego przybycie tak jak wszyscy zebrani: nagle ze średniej temperatury poczuła się jak w Afryce bądź na pustyni. Przygotowany alkohol zaczął się opróżniać, a wampirzyca sama stanęła w płomieniach, co oznaczało że Ogun sam z siebie przyjął ofiarę. Kapłanka odeszła nieco od kobiety, aby się nie oparzyć. Takie praktyki nie były dla niej niczym nowym.
Gdy drzwi się roztwarły, Królowa Voodoo machnęła dłonią do jednej ze swoich sług, który odkręcił kolejną butelkę rumu i zaczął polewać zniekształcające się ciało sługi. Marie Laveau zaczęła poruszać poświęconą grzechotką, nucąc głośno inkantacje do Oguna, aby ułatwić mu pojęcie ciała jednego ze swoich sług. Opętanie przez ducha było celem każdej ceremonii, a najwyższy z zebranych w końcu się poddał, a jego ciało przejął wezwany Ogun.
Królowa Voodoo nie odezwała się ani słowem do Boga w ciele mężczyzny, jedynie skłoniła się w ramach podziękowania i wręczyła mu butelkę rumu oraz cygaro, aby wykorzystał to co lubi w czasie przebywania na Ziemi. Laveau nie była pewna co do tego co planuje Ogun, ale jeśli miał zamiar wybić w pień roboty i wtedy wykorzystać wdzięczność ludzką do przejęcia władzy, nie miała nic przeciwko. Gdy Ogun opuścił pomieszczenie, Marie polała alkoholem jego veve i wymówiła inkantacje, aby zobaczyć, co tak naprawdę zrobił lub stworzył wokół salonu fryzjerskiego, skoro nikt miał nie zostać skrzywdzony.
Po tej czynności przyszedł czas na wezwanie mistrzynii magii Vodou, Erzulie Freda. Odwróciła się w kierunku potężnego i czystego ołtarza, ubranego w piękne i bogate obrusy koloru różu oraz bieli. Na stole wyłożona była złota oraz srebrna biżuteria, białe i różowe ciasta, perfumy, makijaż, różowe kwiaty. Na środku ołtarza prezentowała się świeca, którą odpaliła Marie Laveau.
Wtedy w pomieszczeniu zaczęły grać bębny mające na celu przywołać najpiękniejszą z wszystkich loa, aby wstąpiła w najurodziwszą kobietę w pomieszczeniu. Kapłanka wzywała ją z prostą prośbą, nie z własną wolą jak do Oguna: chciała prosić ją o pobłogosławienie z kilkoma magicznymi mocami, które bezpośrednio mogłaby wykorzystać w obronie swojego plemienia wyznawców Voodoo. Bębny wygrywały różnorakie polirytmie, a ludzie zebrani na ceremonii wyśpiewywali pieśni dla Erzulie Freda. Królowa Voodoo rozpoczęła rytualny taniec na środku kręgu, mając na celu zadowolić Fredę (jako, że patronuje ona też śpiewu i tańcowi).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 454
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Nie Kwi 15, 2018 9:21 pm

Wszystkie zabiegi jakie Marie wykonywała nad zstępującym do świata śmiertelnych Ogunem miały jeden  wyraźny efekt. Gdy bóstwo stanęło w końcu o własnych nogach, na jego ustach widniał uśmiech, a w oczach widać było błysk aprobaty dla jej działań. Nawet najdrobniejsze gesty, takie jak ofiarowanie bogu ziemskich cygar, ten widocznie odnotował w pamięci. Prawdopodobnie Marie będzie mogła liczyć na specjalne względy podczas następnych prób przywołania go. Jej ofiarność oraz pokorę Ogun przyjął jak coś co i tak mu się należało, ale radowało go to.
Szybki test, co tak właściwie uczynił Loa przyniósł zaskakujące rezultaty. Ponad wszelką możliwość, wszystkie osoby przebywające obecnie w salonie, łącznie z samą kapłanką, nie musiały już martwić się o swoje życie. Wyglądało na to że z chwilą zstąpienia boga wszyscy stali się martwi. Szybki gest dłonią w okolicy twarzy utwierdził ją w przekonaniu, że jednak wciąż oddycha, a na przeciętej skórze pojawiła się kropelka krwi. Prawdopodobnie nikt kto nie był wyczulony na te zjawiska w jakikolwiek sposób tego nie zauważył. Wszyscy z zniecierpliwieniem oczekiwali następnych decyzji swojej królowej. Trudno powiedzieć czy była to jakaś mroczna sztuka, czy ułuda na tyle potężna że kapłanka nie dała rady przez nią przejrzeć. Z jej punktu widzenia wszyscy obecni pozostawali martwi.
I oczekiwali jej następnych działań.
Kolejny rytuał niestety nie przeszedł tak sprawnie i bez komplikacji jak pierwszy. Mimo iż Marie mogła być pewna że wszystko uczyniła poprawnie, a kontakt się udał, to kapryśna bogini tego dnia nie spojrzała na ich komunę łaskawym okiem. Po pierwsze, próżna bogini udzieliła im reprymendy że tak ważne Loa, jak ona sama nie godzi się wzywać jako drugiego w kolejności, bo ją interesują tylko pierwsze miejsca na piedestałach. Jako że ofiara wystarczyła aby ją usatysfakcjonować, to karygodne zaniedbanie skończyło się zaledwie reprymendą, nie gorszą karą. Poza tym, bogini zdradziła że Ogun objął ich już wszystkich swoją pieczą na jeden dzień. Jako że nie chciała mieć więcej niż konieczne do czynienia z prostakiem za jakiego uważała Oguna, odmówiła pomocy. Zabroniła Marie powoływać się na jej imię przez przynajmniej następne dwa dni, aż efekty magii boga wojny całkiem nie wygasną.
Wyglądało na to że pozostało mieć ufność w Loa.
Dosłownie kilka minut po tym jak oba rytuały dobiegły końca, kapłanka mogła odczuć kolejny bodziec. Ktoś próbował magią wtargnąć do jej siedziby, ale stare bariery i uroki zadziałały i nie wpuściły go do środka. Chwilę później rozległo się łomotanie do drzwi. Nie było to spanikowane walenie uciekających w przestrachu ludzi, lecz miarowe i stanowcze obwieszczenie kogoś, kto nie przebywa w tym miejscu przypadkiem.
Zaraz za pukaniem do pomieszczenia dostała się kolejna forma magi. Na tyle subtelna, że bariery świątyni nie uznały jej za zagrożenie i pozwoliły przejść. Był to tylko obraz aury. Magiczna wizytówka, tego, kto w tym momencie pozostawał przed drzwiami. Marie dobrze znała tę aurę. Należała do dwójki osób, które mogły być uważane za jej równych w dziedzinie Vodun, co ona sama.
Pod drzwiami czekali na audiencję bracia Drumm i wyraźnie się niecierpliwili. Chwila w jakiej się pojawili na pewno nie była przypadkowa. Pytanie czego chcieli i czy Laveau mogła pozwolić sobie na trzymanie ich przed progiem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marie Laveau
PR Manager
avatar

Liczba postów : 20
Data dołączenia : 06/03/2016

PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   Pon Kwi 16, 2018 5:15 pm

Marie Laveau wiedziała, że Ogoun nigdy nie przychodzi bez niespodzianek. Tą niespodzianką okazała się bezinteresowna - choć na pewno taka nie była - pomoc poprzez stwierdzenie, że nikt w pomieszczeniu nie musi martwić się o swoje życie. Czy to oznaczało, że to życie stracili? Być może. Ale w ten sposób w końcu nie mogli umrzeć, bo już byli nieżywi. Królowa Voodoo miała jedynie nadzieję, że jej ciało wróci całkiem do normy po tym, jak bóg rozprawi się z robotami. Tymczasem nie miała się o co martwić. To, na czym jej zależało, czyli bezpieczeństwie plemienia, zostało spełnione. Pokora Laveau wynikała z powodu tego, że wiedziała, że Ogouna łatwo zaspokoić ziemskimi przyjemnościami takimi jak popalanie cygara czy picie rumu. Gdy opuścił pomieszczenie, czas przyszedł na Erzulie Freda.
Jak się Marie spodziewała, Freda nigdy nie chciała być druga i odmówiła pomocy w głowie kapłanki, jako że ta była przez chwilę opętana. Marie miała nadzieję, że bogini tym razem widząc sytuację zdecyduje się na bezinteresowną pomoc, ale najwidoczniej było to na nic. Kapryśna mistrzyni magii chciała pomóc tylko gdy wygasną efekty Ogouna. Ale zaraz: jeden dzień? Czy naprawdę bóg rozprawi się z tym wszystkim w jeden dzień? Cóż, nie powątpiewała w jego możliwości walki, ale to było co najmniej podejrzane. Ale tak jak zawsze robiła, pokładała w nim nadzieję.
Po zakończeniu obu rytuałów, mambo odczuła dziwną aurę, którą jednak automatycznie rozpoznała. Co jak co, ale swoich zawsze się pozna: a był to nikt inny, jak bracia Drumm. Wyczuła to dosłownie kilka sekund przed tym, jak rozległo się potężne pukanie do drzwi. Członkowie plemienia popatrzyli na kapłankę pytająco, a ta pomasowała się po czole i powiedziała do jednej ze swoich zaufanych kobiet.
- To bracia Drumm. Przyślijcie ich do mnie. Odpocznijcie, nie mamy się już o co martwić. Darline, przygotuj kolację tak jakby nic się nigdy nie działo: jesteśmy tutaj bezpieczni - powiedziała, a wszyscy ruszyli wykonać swoje zadanie. Posłanka otworzyła drzwi braciom Drumm i przepuściła ich do środka, prowadząc ich dosyć szybko do kolejnego pomieszczenia w kompleksie salonu fryzjerskiego: sali tronowej Królowej Voodoo.


z/t do sali tronowej
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Główna część salonu fryzjerskiego   

Powrót do góry Go down
 
Główna część salonu fryzjerskiego
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Orlean :: Salon fryzjerski "Maison Blanche"-
Skocz do: