Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 QQ.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Quentin Quire

avatar

Liczba postów : 16
Data dołączenia : 01/10/2015

PisanieTemat: QQ.   Sob Kwi 30, 2016 8:57 pm

Przeciętny pokój, niewielki, zawsze czymś zawalony, często poddawany przemeblowaniu, w zależności od nastroju Q. I ma prywatną łazienkę, wiadomo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Quentin Quire

avatar

Liczba postów : 16
Data dołączenia : 01/10/2015

PisanieTemat: Re: QQ.   Pon Cze 13, 2016 5:07 pm

Oczywiście, że nie miał zamiaru rozmawiać o tej sprawie na widoku, czego by o nim nie mówić, posiadał jakiś tam instynkt samozachowawczy, poza tym, ostatnie czego potrzebował to wścibskich gapiów i słuchaczy, a takich tutaj nie brakowało - zwłaszcza gdy chodziło o sprawy tego typu. Dlatego poprowadził chłopaka z powrotem do środka budynku, prosto do swojego pokoju. Oczywiście padło na nich kilka spojrzeń, zaciekawionych, zniesmaczonych, różnie. Nie mógł powiedzieć, że nie przywykł do mało sympatycznego nastawienia innych osób. Sam od jakiegoś czasu też najmilszy nie był - albo raczej jeszcze mniej niż wcześniej, chociaż wtedy głównie był traktowany jako mało ciekawy nerd. Trochę się w tej kwestii pozmieniało i miał zamiar wszystkich uświadomić o tych zmianach.
Wprowadził go do swojego pokoju, zamykając za nimi drzwi; podszedł do swojego łóżka, rzucając się na nie i podkładając ręce po głowę dla wygodniejszej pozycji. Skrzyżował nogi w kostkach i spojrzał na mini Apocalypse'a. To co przemawiało na jego korzyść to to jak potraktowali go X-Meni, po czymś takim wątpił by chłopak pałał chęcią i entuzjazmem oraz szczególnym zaufaniem do tych osób, przynajmniej w obrębie tego tematu. I dobrze. Lubił mieć przewagę, w każdej kwestii, a nie da się ukryć, że często ją miewał. Na szczęście.
Co go bardziej martwiło to fakt, że niewiele wiedział o samym Apocalypse. A wątpił by z głowy chłopaka udało mu się cokolwiek wyciągnąć, sztuczne wspomnienia, w dodatku pewnie przez cały czas gdy był hodowany był nieprzytomny i odizolowany, więc wątpił by dało się znaleźć jakiekolwiek wskazówki kto był na tyle szalony. A szkoda. To by były dopiero ciekawe informacje...I może przydatne przyszłościowo.
- Więc, jak wspominałem, zakładam, że jesteś klonem Apocalypse'a. Najpewniej klonem, może innym tworem? Świat tak szybko biegnie do przodu, że czasem ciężko nadążyć. - Podniósł się do siadu i wytworzył na środku pokoju iluzję - postać wcześniej wspomnianej osobistości, by Evan dokładniej mógł mu się przyjrzeć i ich podobieństwu. Oczywiście nie była to skala jeden do jednego, pokój był wystarczająco ciasny by jeszcze stawiać w nim pełnowymiarowego pseudo boga.
Założył nogę na nogę, podpierając się ręką nieznacznie za sobą, drugą lekko gestykulując.
- Sam nie wiem czy współczuć czy gratulować ci z nim pokrewieństwa, z pewnością wystawi cię to na nieufne spojrzenia. Mnie samego zastanawia kto chciałby klonować, najpewniej, pierwszego mutanta w historii. Narodzony w Egipcie, uznawany tam za bóstwo - tego mu zazdroszczę, nie powiem, że nie. Brzmi świetnie, co? Pewnie zastanawiasz się więc skąd te paniczne spojrzenia i wymówki. Potężny, pierwszy mutant, powinien być szanowany i dobrze postrzegany. I tutaj - machnął dłonią w stronę chłopaka - zaczynają się schody. Nie był wielkim fanem ludzi i chciał by świat należał tylko do mutantów, apokalipsa. - Puścił mu oczko i chwilę później już zniknęła z pokoju sylwetka Apo, zgadywał, że mały Evan się już napatrzył.
- Nie wiem czemu ktoś miałby cię stworzyć, raczej nie po to by ratować jego reputację bo na to tysiące lat za późno. Już raz go ubili ale wrócił, więc raczej też nie masz być zabezpieczeniem gdyby coś poszło nie tak. Nie masz żadnych przydatnych wspomnień, więc chwilowo jesteśmy w kropce.- Skwitował, zerkając na niego. Ziewnął, znów nieznacznie zmieniając pozycję by było mu wygodniej, w końcu był we własnym pokoju, a nie miał w zwyczaju czuć się nieswojo... W jakiekolwiek sytuacji. Chyba, że robiło się niebezpiecznie. Sięgnął do pobliskiej szafki, wyciągając z szuflady czekoladowego batonika i zabierając się za konsumpcję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Genesis

avatar

Liczba postów : 37
Data dołączenia : 12/12/2015

PisanieTemat: Re: QQ.   Pon Cze 13, 2016 7:25 pm

Evan wciąż jeszcze nie był pewien czy aby na pewno dobrze robił podążając za rówieśnikiem. Owszem, bardzo chciał jak najszybciej wyjaśnić całą tę sytuację i dowiedzieć się cóż takiego kryło się za przedziwnym zachowaniem nauczycieli, ale z drugiej strony ten chłopak napawał go pewnego rodzaju niepokojem. Nie chciał być do niego źle nastawiony - szczególnie, że mimo wszystko Quentin z własnej inicjatywy zaoferował mu pomoc, więc przecież nie mógł być taki zły, prawda? - lecz czuł się przy nim trochę jak ofiara przy drapieżniku... Jak nowy gatunek myszy, który zainteresował kota? A to nie było miłe wrażenie, bo w końcu po przeminięciu ciekawości głód wciąż pozostawał i kocur jakoś go musiał zaspokoić.
Tyle że to było głupie. Nie miał żadnych prawdziwych powodów, aby czuć się zagrożony, a już na pewno nie w pełnej nauczycieli szkole i nie przez chłopaka w swoim wieku - czy też raczej trochę starszego. Logika i rozsądek podpowiadały mu, że nie musiał się niczego obawiać, ale z kolei instynkt był już uparcie innego zdania... Zwłaszcza po tym, jak opuścili korytarze budynku i wreszcie wkroczyli do pokoju Quentina - w którym zostali sami.
Jego terytorium zdawało się być równie niepokojące co on sam, co zapewne wynikało głównie z faktu, że Evan czuł się tutaj bardzo... Obco. Przyzwyczajony był do zupełnie innych pomieszczeń, a ten chaos, plakaty, na które Genesis starał się nawet nie patrzeć... To wszystko sprawiało, że było mu po prostu nieswojo. Nastolatek zatrzymał się mniej więcej na środku sypialni, wbił wzrok w podłogę i odruchowo objął się luźno ramionami w pasie, w jednej dłoni w dalszym ciągu trzymając złapane wcześniej jabłko, o którym sam praktycznie zapomniał. Rejestrował poczynania Quentina, wiedział, że drugi chłopak padł na łóżko, ale sam jakoś nie czuł jeszcze potrzeby, aby nawet usiąść. Choć wcześniej trochę się uspokoił, to teraz znów coraz bardziej się stresował i denerwował.
Z tego wszystkiego Evan drgnął wyraźnie, kiedy jego rówieśnik zaczął mówić - a potem uczynił to znowu, gdy tuż obok pojawiła się postać, którą miał wcześniej okazję zobaczyć na koszulce Quentina. Widział podobieństwo, oczywiście, że tak, ale mimo to... Fizyczność to jeszcze nie wszystko. Właściwie dla niego nie stanowiła żadnego dowodu. Podobno każdy miał gdzieś na świecie swojego sobowtóra, prawda? Więc być może sprawdzało się to również w przypadku tak... Niecodziennych cech. To możliwe.
Klon, twór... Nie podobały mu się te określenia, ale przynajmniej Quentin nie oskarżał jego ojca o bycie tym Apocalypse'em. Słuchając jego wyjaśnień, Evan powoli i ostrożnie obszedł wyświetlany obraz, po drodze odkładając owoc na blat biurka, aby mieć już wolne obie ręce. Zaraz potem opuścił je wzdłuż tułowia, lecz wystarczyło zaledwie kilka sekund, aby znów wróciły do poprzedniej pozycji. Nie obchodziło go to, jak wiele zdradzał tym gestem, przyjmowaniem takiej postawy. Nie miał przecież nic do ukrycia.
- To, że wyglądam trochę jak on, jeszcze nic nie znaczy. Beast i Nightcrawler obaj są porośnięci niebieskim futrem, ale nie mają ze sobą nic wspólnego, tak? To znaczy, nie pod kątem genetycznym, nie są spokrewnieni - prawdę mówiąc Evan nawet nie spodziewał się odpowiedzi na to pytanie... A nawet jeśli, to nie oczekiwał, że nagle zostanie poparty. Widział, że Quentin jest zbyt pewny swego, aby miał się teraz z tego wycofać.
- A poza tym... Odkąd pamiętam dorastałem w zupełnie normalnej rodzinie. Owszem, mój wujek to mutant jak ja, ale rodzice nie. Zauważyłbym, gdyby coś było nie tak, ale nigdy nie było - dodał, lecz wspomnienie wujka Clustera pchnęło jego myśli na zupełnie nowy tok myślowy, prowadzący prosto do pseudonimu, który... Który chyba wybrał sobie pod jego okiem, prawda? Tak mu się wydawało, choć miało to miejsce już parę lat temu. Genesis. Genesis i Apocalypse, początek i objawienie... Koniec. Nie podobało mu się to skojarzenie, bardzo mu się nie podobało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Quentin Quire

avatar

Liczba postów : 16
Data dołączenia : 01/10/2015

PisanieTemat: Re: QQ.   Wto Wrz 13, 2016 5:03 pm

Obserwował przez chwilę jak drugi chłopak obserwuje sylwetkę Apocalypse'a, dając mu chwilę na przetrawienie tego iiii... Zaprzeczenie. Nie wspominając o argumencie, albo raczej podania tych dwóch konkretnych postaci jako przykłady. Jego brwi podjechały do góry, a na chłopaka padło sceptyczne spojrzenie Q. Nie, serio, czy on naprawdę był tak uparty czy tak ślepy?
- Naprawdę? Ty tak serio? Znaczy, jasne, gdyby Bestyjka schudła z dwieście kilo, dorobiła się ostrych uszu i spiczastego ogona, to jasneee. Jak dwie krople wody. Dokładnie ten sam przykład. - Wywrócił oczami, zamykając na moment oczy, by choć częściowo ukryć swoją irytację i absolutne niedowierzanie, że dzieciak był aż tak naiwny. Zwłaszcza, że kolejny komentarz już całkowicie go rozdrażnił, do tego stopnia, że aż wyrwał mu się śmiech - zdecydowanie nieprzyjemny śmiech. Tak, on też przecież był całkowicie przekonany, że zna swoją rodzinę a potem, po szesnastu latach, bum, telefon "Sorry, nie jesteś naszym synem, tak więc było miło, spływaj". Tak dobrze znał swoją rodzinę i z tego co widział Evan miał o tym takie samo pojęcie jak on jeszcze kilka miesięcy temu. Niestety nie miał zbytnio możliwości by mu wytknąć ten błąd w rozumowaniu. Nie no, okej, miał mnóstwo możliwości ale chciał to rozegrać czysto, w końcu czasem wypadało spróbować z kimś się porozumieć nie używając telepatii - chociaż było to bardzo kuszące. Cholernie. Zwłaszcza przy tak upartym i wręcz odrażająco niewinnym dzieciaku. Zamiast tego skupił się na swojej przekąsce, uznając, że to świetny sposób na wyładowanie części złości, która w nim bulgotała. Nie nazwie się specjalnie spokojną i opanowaną osobą, ale to była w końcu część jego nieodpartego uroku, ale Evan budził w nim jakieś głębokie pokłady złości i niechęci.
Kiedy skończył batonik, rzucił papierek gdziekolwiek, gwałtownie podnosząc się do siadu. Zmierzył go uważnym spojrzeniem.
- Słuchaj, Evvie. Tak, tak życie jest piękne, cudowne i sielankowe, kąpiemy się w mleku, zbieramy kwiatki a potem w wianuszkach hasamy po łąkach i rzeczkach, a dorośli nigdy nie kłamią. Ale serio, nigdy nie przeszło ci przez myśl, że coś jest nie tak? Ani trochę? I, od kiedy tak wyglądasz, hm? Od zawsze byłeś taki... Szary czy podczas mutacji z każdym kichnięciem traciłeś kolory? - Przycisnął na moment palce obu dłoni do skroni zanim wyrzucił ręce w stronę chłopaka. - Pomyśl, naprawdę nic ci tu nie śmierdzi? Ani trochę. Wyglądacie tak samo, no, gdybyś był z dziesięć lat starszy i bardziej łysy, założę się też, że część umiejętności też wam się pokrywa. Nie bądź krótkowzroczny, wystarczy, że żyję z całą armią kretynów, bądź dobrym kolegą i nie zasilaj ich szeregów. - Machnął dłonią; ściągnął okulary z nosa i przetarł je koszulką, mamrocząc coś cicho pod nosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Genesis

avatar

Liczba postów : 37
Data dołączenia : 12/12/2015

PisanieTemat: Re: QQ.   Wto Wrz 13, 2016 11:48 pm

Evan zdecydował się pominąć milczeniem uwagi Quentina odnośnie podanego przez siebie przykładu. W pierwszej chwili miał nawet ochotę spróbować bronić swojego punktu widzenia, ale prawdę mówiąc odnosił wrażenie, że nie miałoby to żadnego sensu... Szczególnie, że sam był w stanie obalić własne argumenty i podejrzewał, że drugi chłopak również potrafiłby to zrobić, choć może w inny sposób.
Genesis najchętniej wspomniałby o tym, że Apocalypse również wyglądał na sporo cięższego od niego, a w dodatku też o wiele większego, bardziej umięśnionego... No i oczy miał czerwone, podczas gdy Evan - czarne. Z drugiej strony jednak nastolatek doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mógłby tak wyglądać, choćby teraz, a co dopiero w przyszłości... Nie wspominając już nawet o barwie jego promieni dematerializujących - czerwonych, a jakże.
Quentin mówił jednak dalej, a Evan mimo wszystko go słuchał, z każdą chwilą czując się coraz mniej komfortowo... Nie tylko z powodu przekazu płynącego ze słów chłopaka, ale i jego sposobu mówienia. Pierwszy raz w życiu miał do czynienia z kimś takim i nie do końca wiedział jak powinien z nim postępować. Ta - sam nie był do końca pewien - zgorzkniałość go dezorientowała i sprawiała, że czuł się osobiście atakowany. Powtarzał sobie w duchu, że Quentin na swój sposób pewnie próbował mu pomóc, ale to wcale nie poprawiało mu nastroju... Chyba mu to po prostu nie wystarczało, a przecież powinno. W końcu liczyły się pozytywne intencje, prawda?
- Nie obchodzi mnie, że wyglądam podobnie do niego. Na pewno nie mam nic wspólnego z pomysłem wyeliminowania ludzkości - odparł w końcu. Nie obchodziło go to, że w pewnym sensie właśnie ustąpił swojemu rówieśnikowi. Nie przyznał mu otwarcie racji, nie zgodził się z nim, ale i nie bronił swojego wcześniejszego punktu widzenia... A to mogło zostać zinterpretowane właśnie jako złożenie broni. Mimo to niektórych spraw zamierzał bronić, bo o nich akurat był przekonany - jak na przykład o tym, że nigdy nie działałby przeciwko ludziom.
Chociaż Evan starał się, aby jego głos zabrzmiał pewnie, to jego postawa wciąż wskazywała na wahanie i wątpliwości. W dalszym ciągu obejmował się ramionami w pasie, teraz nawet trochę mocniej, a spojrzenie uciekało mu w dół, na podłogę, choć próbował utrzymywać je na Quentinie. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jednak nie był gotowy na przybycie do Instytutu...
Niemalże od początku tej rozmowy Genesis odczuwał narastający ból głowy, może niezbyt silny, ale z pewnością irytujący i utrudniający mu myślenie. Rzadko miewał takie problemy, poza tym praktycznie nie chorował, więc podejrzewał, iż ból ten wynikał ze stresu... Albo może z psychicznego zmęczenia. Obie wersje zdawały mu się równie prawdopodobne, ale na żadną z nich i tak nie mógł teraz nic poradzić.
Tyle że... Ból z każdą chwilą stawał się coraz bardziej natarczywy i w końcu w pewnym momencie Evan zmarszczył czoło i zamknął oczy, starając się go zwalczyć. Nie dość, że denerwował się przez tę dyskusję, to jeszcze jego organizm postanowił działać przeciwko niemu. Ten dzień chyba już nie mógł stać się gorszy.
Tyle że mógł - bo nagle ból jeszcze bardziej nabrał na sile, a chłopak odruchowo uniósł jedną dłoń do skroni, do której przycisnął palce. Sam nie wiedział jak powstrzymał się przed wydaniem z siebie jakiegokolwiek dźwięku i tylko gwałtownie wypuścił powietrze z płuc... Pod zaciśniętymi powiekami ujrzał jakieś obrazy - ale za szybko, aby był w stanie dobrze się im przyjrzeć. Piasek, kamienne bloki, złoto... Którym towarzyszyła nagła potrzeba udania się w to miejsce oraz poczucie, że coś było bardzo nie tak, coś pilnego i ważnego. Serce zabiło mu szybciej, gdy do odczuwanych przez niego emocji dołączyła niezrozumiała panika.
Mimo to po tym ataku ból głowy zelżał, choć nie odpuścił całkowicie. Czaił się, delikatnie pulsował, przypominał o sobie, lecz nie sprawiał prawdziwych kłopotów. W związku z tym Evan powoli opuścił rękę, a zaraz potem niepewnie otworzył oczy i zamrugał szybko. Nie spojrzał na Quentina.
- Powinienem... - zaczął cicho, ale na tym poprzestał i na moment przygryzł delikatnie dolną wargę. Powinien już iść, to chciał powiedzieć, lecz nawet nie był pewien tego, dokąd by się udał. Do swojego pokoju? Najprawdopodobniej, choć nie wiedział co by to zmieniło. Może tylko tyle, że mógłby w samotności panikować z powodu tej... Tej wizji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Hellion

avatar

Liczba postów : 100
Data dołączenia : 10/10/2014

PisanieTemat: Re: QQ.   Nie Wrz 18, 2016 5:15 pm

Julian słuchał Emmy z wielką uwagą nie chcąc stracić żadnych informacji. Skoro już postanowił pomóc swej mentorce chciał przygotować się do tego najlepiej jak tylko mógł. Fantomex, ryzyko zniszczenia świata... wydawałoby się, że dzień jak co dzień. Chłopak chciał zdobyć trochę więcej informacji, ale niestety nie było mu to dane. Co prawda miał ochotę dopytać Miss Frost o kilka rzeczy, ale widać było, że wyskoczyło jej coś ważnego. Pozostawało mu bazować na tym, co pozyskał do tej pory, a jakby nie patrzeć było tego sporo. Skrócona historia, imię oraz nazwisko, lokalizacja oraz oczywiście cel, jaki miał mu przyświecać. Wiedział też, że w razie czego będzie mógł skorzystać z pomocy uczennic instytutu. W końcu która dziewczyna nie chciałaby spędzić z nim chociaż chwili, nawet na zwykłej rozmowie?
Hellion pożegnał się ze swą mentorką, a następnie wybył z pokoju. Cel był bardzo prosty. Pokój niejakiego Quentina Quire'a był mu oczywiście znany, jak każdego w Instytucie. Nie był nim jednak nigdy szczególnie zainteresowany, ot kolejny mutant w jego toczeniu. Oczywiście zdarzały się pomiędzy nimi sprzeczki, ale dzisiaj nie chciał tracić na to czasu. Dostał wyraźne wskazówki dotyczące jego zadania. Nie miał ochoty rozczarować Miss Frost. Gdy zrobił to ostatnim razem… cóż, nie wspominał tego zbyt dobrze.
Póki co jednak miał inne rzeczy do roboty, a mianowicie przejście przez korytarz, na którym znajdowało się naprawdę dużo dziewczyn. Julian posłał kilku słodkie uśmiechy, które wywołały małe poruszenie, a następnie wypatrzył szczególnie interesującą, z którą miał ochotę poznać się bliżej (nie trzeba chyba dodawać, że było to odwzajemnione uczucie?) i ofiarował jej ręcznik, którego tak niedawno użył to wytarcia swojego ciała po małym pływaniu. Radosne okrzyki, spojrzenia pełne zazdrości i żądzy mordu. Innymi słowy "norma". Niestety nie mógł poświęcić jej teraz więcej czasu, ale zdążył ją do siebie zaprosić na wieczór. Nie wydawało mu się, aby zajmowanie się "Małą Apokalipsą" miało przysporzyć mu wiele problemów. Oczywiście istniało pewne ryzyko, ale jak zauważyła jego mentorka póki co nie przejawiał agresji.
Gdy w końcu dotarł do swego celu, a konkretnie pod drzwi QQ poprawił lekko swój fryz po czym chwycił za klamkę i wszedł. Co prawda nawet zapukał, ale nie odczekał na pozwolenie. W końcu komu mógłby przeszkadzać?
Zdarzyło mu się już pojawić w tym lokum, więc nie oglądał się za bardzo na boki, a jedynie skupił się na chwilkę na właścicielu pokoju. Chciał od razu wyjaśnić czemu zaszczycił go swoją obecnością, bez niepotrzebnych spin i awantur ze strony siedzącej przed nim osoby.
-Przysłała mnie Miss Frost. – rzekł, po czym odwrócił się i stanął przed Evanem. Musiał przyznać, że wyglądał niepozornie. Ot zwykły nastolatek, który sądząc po posturze nie wiedział czemu tak właściwie się tutaj znalazł. Nie zapominał jednak o tym, co zostało mu na jego temat przekazane, więc zachowywał pewną ostrożność. Nie miał jednak zamiaru okazywać tego oficjalnie, gdyż jego zadaniem było zdobyć jego zaufanie i otoczyć go opieką… W sumie, takie opiekowanie się małym bezbronnym nowym mogło być ciekawym motywem na zapulsowanie u kilku dziewczyn… No ale wracając do tematu. Miał zostać jego przyjacielem, a okazując mu brak zaufania raczej spaliłby swój plan na panewce.
Patrzył na niego przez kilka sekund z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy, aż w końcu posłał mu szeroki uśmiech i wyciągnął w jego stronę otwartą dłoń, chcąc się przywitać.
-Witaj. Nazywam się Julian Keller, ale możesz mi mówić po prostu Julek. Przysłała mnie tutaj Emma Frost, jedna z opiekunek Instytutu. Chciała, abym pomógł Ci się zaaklimatyzować w naszym gronie, a także służył radą na początku Twojego nowego życia. – rzekł, po czym zamilkł na chwilę chcąc dać mu szansę na odpowiedź. Dodatkowo trochę niepokoiło go to, co zrobi teraz Quire. Naprawdę nie miał teraz chęci i czasu na słowne sprzeczki z kimś jego pokroju. Zależało mu na tym, żeby Miss Frost była zadowolona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3533
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: QQ.   Sob Paź 01, 2016 2:33 pm

Z zewnątrz dało się słyszeć dość niepokojące odgłosy - przypominające zlot licznych maszyn powietrznych, których jednak nie było widać na niebie za oknem. Maskowały się? Być może, a może dźwięki te wydawało po prostu coś innego. Jak by nie było naprawdę, takie zakłócanie spokoju raczej nie stanowiło niczego nowego w Instytucie... Co nie zmieniało faktu, że i tak mogło się okazać czymś potencjalnie niebezpiecznym.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Rictor

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: QQ.   Wto Lis 22, 2016 5:22 pm

Szkoła była sporych rozmiarów, a Rictor nie pamiętał idealnie rozkładu jej pomieszczeń, ale na szczęście podstawy pozostały mniej więcej bez zmian i to mu wystarczyło, aby w miarę sprawnie poruszać się po korytarzach, zaglądać do poszczególnych sal oraz pokojów i wywoływać z nich uczniów. Wielu z nich nie było tym zachwyconych, ale przynajmniej część najwyraźniej zdawała sobie sprawę z zagrożenia i nie próbowała dyskutować... To dobrze, bo Ric tak czy siak nie zamierzał się z nimi wykłócać, tylko po prostu postawić na swoim. Zdecydowanie nie był w nastroju.
W pierwszej chwili Latynos zamierzał rozdzielić się ze Starem, aby w ten sposób dwa razy szybciej przemierzyć cały teren budynku, jednakże już jedno zerknięcie na twarz przyjaciela prędko go otrzeźwiło. Znał to spojrzenie i to aż za dobrze. Gdyby się teraz rozłączyli, Shatty najpewniej prędko dołączyłby do grupy walczącej przed Instytutem, a to oznaczałoby pożegnanie się z awaryjną teleportacją uczniów w sytuacji, gdy wszystko inne już by zawiodło. Na to Ric nie mógł pozwolić, w związku z czym nawet nie poruszył tematu podzielenia się szkołą - tylko pociągnął Stara za sobą.
Zaalarmowanych o niebezpieczeństwie uczniów odsyłali do podziemia mniejszymi lub większymi grupkami. Rictor nie czuł się z tym zbyt komfortowo, bo nie do końca wierzył w rozsądek dzieci i młodzieży, ale tak naprawdę nie mieli innego wyboru, jak tylko względnie im zaufać. Poruszanie się z coraz większą liczbą uczniów opóźniłoby ich działanie. Szczęśliwie po drodze natrafili również na paru pracowników Instytutu, którzy mogli zabrać ze sobą - i upilnować - większe trzódki.
Prawdę mówiąc Ric nie miał czasu, aby przyglądać się zgarnianej młodzieży. Na wstępnie rzucał standardową formułkę, krótko informującą o tym, że szkoła znalazła się pod atakiem, a następnie odsyłał podopiecznych Xaviera do Danger Roomu, to wszystko... A widział już naprawdę przeróżne mutacje, więc nawet na te najdziwniejsze czy najmniej przyjemne dla oka nie zwracał teraz większej uwagi. Mimo to... W jednym z pokojów jego spojrzenie padło na chłopaka o bardzo znajomych cechach fizycznych - kolorze skóry i tych charakterystycznych liniach na twarzy - przez co aż zmarszczył lekko czoło, a serce od razu zabiło mu mocniej. Zdecydowanie musiał spytać o to Storm albo kogoś innego u władzy, ale to mogło jeszcze chwilę poczekać... Oby.
W końcu udało im się obejść przynajmniej większość, jeżeli nie wszystkie pomieszczenia, w których mogli przebywać uczniowie - i Latynos zdecydował, że czas udać się na dół. Danger Room powinien bez trudu pomieścić całą tę gromadę i miał największe szanse na przetrwanie zmasowanego ataku... On i może jeszcze Cerebro.

[Z/t dla wszystkich w temacie]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: QQ.   

Powrót do góry Go down
 
QQ.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork :: North Salem :: X-Mansion :: Piętro-
Skocz do: