Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Washington Square Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Washington Square Park   Wto Lip 24, 2012 2:45 pm








Park miejski znajdujący się na Manhattanie. W związku z sąsiedztwem z New York University i położeniem w Greenwich Village, jego okolice są zamieszkiwane przez intelektualistów i artystów. Park jest znany z wbudowanych szachownic zachęcających do publicznego grania w szachy na świeżym powietrzu. W obecnej postaci otwarty został w 1871 r. i jest czynny przez cały rok. Zajmuje powierzchnię 39,000 m².

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Wto Lip 24, 2012 6:30 pm

Smukła blondynka przechadzała się powoli jedną z alejek, stukając wysokimi obcasami i rozglądając się jakby od niechcenia na boki. Jej skąpy strój - czyli bardzo mini spódniczka i obcisły top na ramiączkach - wskazywał na dość specyficzny zawód, a mocny makijaż skutecznie maskował wiek, lecz sądząc z całokształtu prawdopodobnie nie miała więcej, niż trzydzieści lat. Nawet pomimo tego wszystkiego można było śmiało stwierdzić, że była naprawdę ładną kobietą - i cóż z tego, że zapewne przez ogół społeczeństwa uznawaną za upadłą?
Nazywała się Lily. To znaczy... Właściwie nie było to jej prawdziwe imię, ale od zawsze je lubiła, a poza tym brzmiało wystarczająco słodko, aby nadawać się na adekwatny pseudonim dla kwiatuszka nocy. Lily, jak można się domyślać, czekała właśnie na klienta, który zażyczył sobie, aby spotkali się w tym właśnie parku. Ona sama nie miała nic przeciwko - droga nie była bardzo daleka, a koszt i tak miał się jej zwrócić - i to z nawiązką - więc czemu by nie? Przecież o pracę trzeba się starać; w innym wypadku wygryzą cię z interesu.
Mimo to zaczynała się już irytować. Nigdy nie należała do cierpliwych osób, choć starała się z tym walczyć. Jej klient miał pojawić się na miejscu pół godziny temu i prawdę mówiąc Lily planowała zostać tu jeszcze najwyżej kwadrans, a potem wrócić do domu. Początkowo siedziała przy fontannie, podświetlonej i działającej na nią w pewnym sensie kojąco, ale znudziło jej się bezmyślne wpatrywanie się w wodę, dlatego też wyruszyła na spacer. O tej porze w parku i tak nikogo już nie było, więc jej jedno nocny pracodawca bez problemu powinien być w stanie ją znaleźć.
Wędrując między drzewami blondynka praktycznie wyłączyła się na świat zewnętrzny. Odruchowo objęła się ramionami na wysokości pasa, gdyż - mimo lata - jej lekki ubiór sprawiał, że odczuwała delikatny chłód. Zawsze była stworzeniem ciepłolubnym. Wszelkie odgłosy docierały do niej z daleka, bardzo daleka, ale zapewne nie zwracałaby na nie uwagi nawet wówczas, gdyby rozlegały się tuż obok. Może i była prostytutką, ale nie oznaczało to, że nie mogła głęboko się zamyślić.
Z tego właśnie powodu nie usłyszała za sobą szybkich kroków, niezwykle cichych zresztą; prawdopodobnie nie odnotowałaby ich także i sytuacji, gdyby była w pełni przytomna i czujna. O wiele za późno zdała sobie sprawę z czyjejś obecności praktycznie tuż za swoimi plecami. Odruchowo miała zacząć się obracać, ale nie zdążyła wykonać właściwie żadnego ruchu; w następnej sekundzie poczuła już piekący ból przecinający jej plecy od lewej łopatki do prawego biodra. Towarzyszył temu bardzo nieprzyjemny odgłos, a zaraz potem wilgoć przesiąkała już czerwienią jej ubranie... Chyba tylko dzięki niej bluzka została mniej więcej na miejscu, przylegając ściśle do jej ciała.
Lily przechyliła się do przodu, a jednocześnie krzyknęła głośno, lecz dźwięk ten został przerwany - tak samo zresztą jak i rozpoczęty upadek. W jej szyję od tyłu weszło szerokie ostrze, przebijając ją na wylot. Jeszcze przez kilka sekund kobieta była świadoma tego, co się dzieje i przez ten czas skierowała swój wzrok w dół - ta broń, czymkolwiek by nie była, miała granatowy, metaliczny kolor... Nie, żeby miało to dla niej jeszcze jakieś znaczenie, gdyż zaraz potem blondynka odpłynęła na dobre. Miała zapewne szczęście; nie cierpiała długo.

***

Policjanci uwijali się jak w ukropie, starając się jak najszybciej ogarnąć całe miejsce zbrodni. Media zapewne i tak nie pozostawią na nich suchej nitki; dwa ataki w tak krótkim czasie... Zabójca próbował chyba ustanowić jakiś swój nowy rekord. Tylko czekać, aż zaatakuje ponownie. Kto wie, może następnym razem będą to trzy ofiary tej samej nocy? Chyba w tym momencie nikogo już by to zbytnio nie zdziwiło... Ani nie zszokowało - nie licząc może tych, którym dane byłoby oglądać efekty jego pracy na własne oczy. Świadkowie nie mieli lekko, oczywiście, ale to funkcjonariusze policji musieli spędzać długi czas przy zwłokach oraz zbierając ślady w okolicy... W tym wypadku zresztą bezskutecznie.
Ciało zostało już zabrane na dokładniejsze oględziny, ale wstępne informacje pobrano oczywiście na miejscu. Nie było praktycznie żadnych wątpliwości, że to dzieło szalejącego po Manhattanie Slashera... Dziennikarze będą zachwyceni, nie ma co. Dobrze, że z tą informacją nie zdążyli do dzisiejszych wydań gazet, a więc o drugim ataku powiedzą najwcześniej za parę godzin w telewizji... Prawdopodobnie.
Podczas gdy większość policjantów kontynuowała swą pracę najlepiej jak potrafiła, jeden z nich oderwał się od grupki i podszedł do stojącego na uboczu mężczyzny w ciemnym garniturze. Był to osobnik, który zapewne niedawno przekroczył trzydziestkę i sprawiał ogólnie pojęte wrażenie gentlemana. Już od dłuższego czasu przyglądał się działaniom funkcjonariuszy; przybył na miejsce właściwie równo z nimi i od samego początku śledził ich postępy. Nie wtrącał się, nie komentował, ale od momentu, gdy tylko się przedstawił, nikt nawet nie próbował go usunąć.
-Agencie Brooks, kończymy już tutaj...- poinformował owego mężczyznę policjant. Mówił cicho, jak gdyby chciał zachować dyskrecję... Nie wiadomo po co, skoro w okolicy i tak nie było jeszcze żadnych gapiów - o dziwo zresztą. Z całą pewnością niedługo zaczną się zbierać wszelcy zainteresowani. Ludzie nie byliby przecież sobą, gdyby nie chcieli przyjrzeć się miejscu czyjejś śmierci. To w końcu takie ciekawe.
-Nie ma sprawy. Czekam na kogoś- wyraz twarzy owego Brooksa nie zmienił się ani na jotę, skutecznie ukrywając przed resztą świata jego wewnętrzne przemyślenia. Nie poruszył się też w żaden sposób. Zachwiało to mocno resztkami pewności siebie jego rozmówcy, który wyraźnie się zmieszał, ale zaraz potem kiwnął krótko głową i odwrócił wzrok.
-Oczywiście. Pan wybaczy, agencie- z tymi słowami odwrócił się i ponownie podszedł do swoich towarzyszy, aby pomóc im przy zbieraniu się z miejsca zbrodni. Każdy z nich starał się nie spoglądać w stronę tego irytująco spokojnego mężczyzny w garniturze. Lepiej było nie wiedzieć na kogo ktoś taki mógł czekać... Zwłaszcza po wydarzeniach sprzed dwóch miesięcy.

***

Gwoli wyjaśnienia uwaga od MG: oba ataki Slashera miały miejsce tej samej nocy, ale w odstępie kilku godzin, w dość różnych miejscach na Manhattanie.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Venom



Liczba postów : 119
Data dołączenia : 20/07/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Czw Lip 26, 2012 10:43 am

Bujając się na pajęczynach przez cały Nowy York, cały czas myślał o tajemniczym mordercy. Kim jest? Dlaczego zabija? Dlaczego nikt nie może go namierzyć? Tak dużo pytań, a odpowiedzi żadnych. Jedyne osoby, które go widziały, nie żyją. I to były jedyne wytyczne, jakie otrzymał podczas otrzymywania zadania. Nie wiedział nawet, na jaką broń się zdecydować. Dlatego zdecydował się wziąć wyłącznie broń krótką: dwie MP5-ki i samopowtarzalny pistolet S&W Sigmę z celownikiem laserowym. Jego najulubieńszą broń ze wszystkich. W najgorszym przypadku czeka go klasyczne mordobicie. Bo i na to był przygotowany.
Flash nawet nie zorientował się, kiedy dotarł na miejsce. To znaczy zorientował się po tym, że nagle skończyły mu się wieżowce, do których mógłby się przyczepiać. Cofnął się więc o kilka kroków i rozpędziwszy się, wyskoczył prosto przed siebie.

Samobójca, ktoś mógłby krzyknąć. I to dość dziwny, bo to taki, który dopiero co rozpoczął karierę superbohaterską.

Nic bardziej mylnego. Tuż przed kolejnym budynkiem od strony grzbietu wystrzeliła macka, która przykleiła się ściany, przyciągając bohatera do niej. Stamtąd mógł już spokojnie wskoczyć na Łuk Triumfalny, z którego już w sposób klasyczny spuścił się na dół.
- Ktoś dzwonił po bohatera?
Zapytał głośno, dalej dyndając głową w dół. O tak, z pewnością ktoś mógłby go wziąć za Spider-Mana. W końcu nie tak dawno temu on sam pomykał w czarnym kostiumie. Tylko ta broń...


Ostatnio zmieniony przez Venom dnia Sob Lis 03, 2012 1:52 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Czw Lip 26, 2012 1:46 pm

Na przybycie Venoma policjanci jak jeden mąż przerwali swą pracę i wbili w niego wzrok, szeroko otwierając przy tym oczy. Pewnie, w mieście działało całkiem sporo superbohaterów, zarówno indywidualnie, jak i w grupach, ale zobaczyć kogoś takiego osobiście... To zupełnie zmieniało postać rzeczy. Dopiero po dłuższej chwili jeden czy dwóch funkcjonariuszy przypomniało sobie o tym, że przecież mają tu jeszcze robotę do skończenia; kilka słów i celnie wymierzonych dźgnięć wystarczyło, aby mniej więcej przywołać drużynę do porządku. Tak czy siak zbliżali się już do finiszu.
Brooks natomiast zdawał się nie być nawet w najmniejszym stopniu zaskoczony czy zdziwiony. No tak; w końcu jeszcze chwilę temu sam powiedział, że na kogoś tutaj czeka... Co prawda to nie on we własnej osobie zawezwał Venoma, lecz rzeczywiście został poinformowany przez bazę o tym, że przy tej sprawie wymagana będzie jego współpraca. Rozkazy, które otrzymał, były jasne.
-Dzień dobry- zaczął, gdy tylko zbliżył się na odpowiednią odległość do bohatera. Przesunął po nim spojrzeniem z pewną ciekawością, która dość wyraźnie odbiła się w jego oczach... I nie próbował tego nawet zamaskować. W tle policjanci zbierali się już powoli do opuszczenia parku, dziwnie się przy tym zresztą ociągając.
-Jakkolwiek chętnie bym najpierw pogawędził, niestety goni nas czas. Prawdopodobnym jest, że dziś po zmroku nastąpi kolejny atak... Może i nie jeden. Ich częstotliwość rośnie z każdym kolejnym morderstwem, jak gdyby zabójca nie mógł się już opanować- rzeczywiście wszystko na to właśnie wskazywało. Samemu agentowi przypominało to działalność kogoś uzależnionego; sprawca spróbował raz i może to miało być wszystko, ale po dłuższym czasie wahania nie mógł się jednak oprzeć i zrobił to ponownie... A potem poszło już z górki. Coraz częściej, co kilka dni, ostatnio w odstępie dwóch dób... A teraz jednej nocy dwie ofiary. Można było spokojnie założyć, że do następnej zbrodni dojdzie dziś lub najpóźniej jutro po zmroku - o ile nie zmieni się wzorzec rzecz jasna.
-Jestem pewien, że znasz sytuację z mediów, a pewnie i po drodze wyjaśniono ci co trzeba... Dlatego pozwól, że przedstawię ci tylko najnowszy i najciekawszy przypadek. Elizabeth Becker, lat dwadzieścia osiem, escort girl. W zawodzie mówiono jej Lily. Wpasowuje się do stałego schematu ofiary pod każdym względem - wątpliwa moralnie, ale w praktyce trudna do ukarania i tak dalej. Interesująco robi się dopiero przy samym ataku. Zwykle ciała są zupełnie zmasakrowane, na jej zwłokach natomiast znajdują się tylko trzy istotne ślady. Nie mamy jeszcze dokładnych informacji ze szczegółowych oględzin, ale już teraz można wstępnie określić przebieg wydarzeń. Zaatakowano ją od tyłu, tworząc rozcięcie na plecach - od lewej łopatki do prawego biodra. Zwróć uwagę na leworęczność... Lub oburęczność napadającego. Prawdopodobnie w grę wchodzi to drugie, gdyż przy poprzednich ofiarach ciosy zadawane były na oba sposoby, ale nie możemy niczego przeoczyć. Drugi atak ją zabił - przeszedł przez jej szyję. Szerokie ostrze, śmierć musiała nastąpić po kilku sekundach. Trzecia rana powstała przy otwieraniu głowy celem usunięcia mózgu. Dość elegancka, przynajmniej w porównaniu z poprzednimi. Z grubsza... Niemalże nie cierpiała. Zdarzenie przebiegło szybko. Oczywiście standardowo nie mamy żadnych śladów...- wszystko to agent mówił z pamięci, bez najmniejszego wysiłku czy wahania przywołując z niej wszelkie potrzebne mu szczegóły. To by tłumaczyło czemu przedtem, obserwując policjantów, niczego nie notował, tylko przyglądał się ich pracy i przysłuchiwał rozmowom... Zapamiętywał.
-Zapewne miała się tu spotkać z klientem, ale nie udało nam się dotrzeć do żadnych jej notatek, kalendarza... Niczego. Nie prowadziła albo został jej zabrany. Nagrania wokół placu nie wyłapały nikogo, kto mógłby być potencjalnym sprawcą... Koledzy już chyba skończyli, rozejrzysz się? Tak na wszelki wypadek- Brooks ruchem głowy wskazał miejsce, które opuszczali właśnie funkcjonariusze policji, wciąż z zainteresowaniem zerkając przez ramię w stronę Venoma. Już po krótkiej chwili jednak odeszli, pozostawiając superbohatera i agenta samych na placu.
-Rozumiesz oczywiście dlaczego wezwaliśmy akurat ciebie?- spytał agent dopiero wówczas, jednocześnie krzyżując ramiona na klatce piersiowej.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Venom



Liczba postów : 119
Data dołączenia : 20/07/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pią Lip 27, 2012 2:47 pm

Reakcja funcjonariuszy w innych okolicznościach wydawałaby mu się całkiem zabawna, gdyby nie martwy powód, przez który musieli się tutaj spotkać. Tak, jakby posiadanie nadludzkich mocy w dzisiejszych czasach było czymś niezwykłym. Ile w mieście działało superdrużyn? Cztery? Pięć? A ilu bohaterów niezrzeszonych? Na każdym rogu widywało się gościa z masce i rajtuzach zmieniającego swoje sąsiedztwo na lepsze. Albo odpierającego zagrożenie dla całej planety. Pewnie Venom był przewrażliwiony. W końcu jeszcze kilka tygodni temu, gdy wrócił do Nowego Jorku z Afganistanu, przysiągłby, że całe miasto ma go za dziwaka. Tylko dlatego, że był przykutym do wózka inwalidzkiego weteranem wojennym, który na Bliskim Wschodzie nie spędził nawet całej tury. Na Boga, przecież to było wieki temu!
Puścił pajęczynę i (zrobiwszy wcześniej efektowne salto do przodu) znalazł się na ziemi.
- Na podstawie tego, co już usłyszałem o naszym mordercy, wysnułem też inną hipotezę. Otóż po wylewie superbohaterów... - Flash zawiesił na chwilę głos, jakby czekając na gromiące komentarze na współobrońców świata. -... ktoś samemu postanowił rozwiązać problem z drobnymi przestępcami i mętami, którymi nie interesował się zupełnie nikt. Ani Avengers, ani nawet policja. I ktoś... Podejrzewam kogoś, u kogo stwierdzili jakieś drobne zaburzenia z postrzeganiem dobra i zła... Wziął siekierę, czy coś, i poszedł zarąbać pierwszego-lepszego męta, jaki się nawinął. Jako że nie wiedział, jak się zabija, by być pewnym, zrobił miazgę z zabitego. Z czasem zaczęło mu to wychodzić coraz lepiej i nauczył się, jak zabić praktycznie od razu. Nie złapany, poczuł się pewniej, więc pozwala sobie na coraz częstsze ataki. Mam nadzieję, że nie dorwie jakiegoś handlarza bronią, bo jak zdobędzie jakiś automat... No cóż. Więcej Punisherów nam nie trzeba, nie? Myślę, że to ma niewiele wspólnego z uzależnieniem. Bardziej z wprawą w zadawaniu śmierci. Jestem więc bardziej niż pewny, że uderzy znowu. Dzisiaj. I będzie uderzać dopóki go nie złapiemy, albo dopóki jakiś zabity nie będzie z gangu. Wtedy będziemy mieć niezły burdel, bo cały światek zapoluje.
Flash był prawie pewien, że już jakaś mądra głowa wpadła wcześniej na podobny pomysł. W końcu on sam nie miał żadnego doświadczenia w walce z psychopatami.
- Mówiłem już o tym przełożonym, ale może by psychiatrów sprawdzić? Może nasz tajemniczy rzeźnik chodził na jakieś sesje? Wam, ludziom w garniturach, chyba nie tak trudno będzie zdobyć odpowiednie papiery, co? - Gdyby nie maska, agent mógłby dostrzec uśmiech na ustach Venoma. - Czy wszystkie ofiary zostały znalezione na Manhattanie?
Uśmiech z jego twarzy momentalnie zniknął, gdy Brooks zapytał, czemu wybór padł na Venoma. Doskonale o tym wiedział. Bo symbiont był mordercą. Wyciągał na wierzch wszystkie negatywne cechy charakteru nosiciela, zmuszając go do tego, czego normalnie nigdy by nie zrobił. I gdyby nie projekt Re-Rebirth, robiłby to dalej. Na szczęście naukowcom udało się stępić zmysł drapieżcy u symbionta. Przynajmniej częściowo. Za każdym razem, gdy Flash łączy się z symbiontem, słyszy jak ten do niego woła. Chociaż nie używa żadnych słów, Eugene doskonale wie, czego ten od niego chce. Chce kontroli. I gdyby nie to, że jest to jedyny sposób na odzyskanie zdolności chodzenia, Flash nigdy by się z symbiontem nie łączył. To wszystko go przerażało.
- Bo Avengers nie ma czasu na pierdoły, a ja jestem najlepszy. - odpowiedział po krótszej chwili, wymijając agenta.
Pora na zbadanie miejsca zbrodni.


Ostatnio zmieniony przez Venom dnia Sob Lis 03, 2012 1:55 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sob Lip 28, 2012 9:35 pm

Agent w milczeniu wysłuchał wszystkich opinii Venoma, od czasu do czasu kiwając krótko głową lub uśmiechając się nieznacznie - samymi kącikami ust i zdecydowanie nie oczami, które pozostawały dość chłodne, odbijając w sobie całe to opanowanie i profesjonalizm, jakie tylko ten mężczyzna posiadał. Wreszcie pozwolił sobie podążyć w kilka kroków za bohaterem, ostrożnie bacząc na to, aby mu przypadkiem nie przeszkadzać, ale jednocześnie zachowując dystans na tyle mały, aby móc prowadzić swobodną rozmowę - i obserwować jego poczynania. Z naciskiem na to ostatnie.
-Nie informowano mnie w kwestii psychiatrów, ale zapewne inni już się tym zajmują, skoro to zasugerowałeś...- nie dodał, że istniało spore prawdopodobieństwo, że zabrali się za to jeszcze wcześniej; po prostu nie musiał, jako że było to dość oczywiste w przypadku tej konkretnej organizacji. Siłą rzeczy oznaczało to jednak także, że jak do tej pory prace te nie przyniosły najwidoczniej żadnego efektu; w przeciwnym razie już mieliby nowe informacje, konieczne do powstrzymania zabójcy. Czas odgrywał tu w końcu wielką rolę... Ile godzin zostało do następnego ataku?
-Ale... Tak, wszyscy zostali znalezieni na Manhattanie i możemy śmiało założyć, że byli atakowani i umierali w tych samych miejscach. Nie byli przenoszeni dalej, niż na kilka metrów, a i to rzadko. Stworzyliśmy mapę z oznaczonymi punktami, w których dokonano zbrodni, ale niewiele nam to mówi. Zdają się być rozsiane przypadkowo. Oczywiście możesz ją obejrzeć, jeśli sądzisz, że ci pomoże- Brooks wzruszył lekko ramionami, po czym oparł dłonie na biodrach. Wciąż nie spuszczał Venoma z oczu. Można było odnieść wrażenie, że pilnował w ten sposób jego ewentualnych osiągnięć, lecz w jego spojrzeniu odbijało się coś jeszcze - pewien wyraz zastanowienia, refleksji, jak gdyby intensywnie nad czymś rozmyślał, a ten właśnie widok mu w tym pomagał.
-Przy okazji... Jak na kogoś, kto nie wiedział, jak się zabija, nasz morderca od początku wykazywał całkiem niezłe przygotowanie. Pomijam już siłę fizyczną, gdyż niektóre spore ofiary atakował otwarcie, od przodu... Ale zastanawia nas kwestia braku śladów. Potrafi po sobie posprzątać, to mu trzeba przyznać. Zna się na tym... Albo ma niesamowite szczęście, w co wątpimy, ale czego nie możemy zupełnie wykluczyć- i chwilowo na tym agent poprzestał. Nie odniósł się w żaden sposób do kwestii powodów, dla których to właśnie Venoma ściągnięto do tej sprawy, lecz nagły błysk w jego oczach mówił wiele. Zapewne spodobała mu się taka odpowiedź, nawet jeśli nie wyjaśniała wszystkiego, a stanowiła tylko jedną z przyczyn.
Brooks miał rację pod względem tych śladów. Oczywiście na podłożu ostała się krew - i to w całkiem sporej ilości. Koniec końców ofiara chwilę tam poleżała, więc nie było to nic dziwnego. Cała czerwień zgromadzona była w jednym miejscu, przecząc raczej opcji przenoszenia ciała. Na tego typu ścieżce niestety nie można było zabezpieczyć odcisków stóp - a nawet gdyby, to byłaby to żmudna robota. Jakby nie patrzeć dziennie mnóstwo osób przewijało się przez ten teren. Funkcjonariuszom policji nie udało się znaleźć żadnych tropów ani w okolicy, ani na samych zwłokach - zero naskórka pod paznokciami, włókien, po prostu nie było na nich niczego istotnego. Niemożliwością byłoby zauważenie i usunięcie tego wszystkiego przez mordercę i to w dodatku w ciemnościach - co oznaczało, że po prostu nie pozostawił po sobie tego typu prezentów. Bardzo ostrożny? Jakoś nie pasowałoby to do jego profilu. Cóż więc innego?
-Żadna z pobliskich kamer nie złapała nikogo, kto mógłby to zrobić. Nie ma nagrań, nie ma śladów, może coś nam dadzą psychiatrzy - a może nie. Nie możemy go nawet tropić. Tutaj to w ogóle poza dyskusją, ale w innych, bardziej odosobnionych miejscach zbrodni... Psy nie podejmują- podsumował w dużym skrócie agent, po czym jego spojrzenie powędrowało na moment w stronę łuku triumfalnego, nim powróciło ku Venomowi.
-Być może dostał się tu... Twoim sposobem. Górą. W tej chwili jesteśmy skłonni, a właściwie zmuszeni przyznać, że posiada zdolności wykraczające poza ludzkie. Co ty na to?

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Venom



Liczba postów : 119
Data dołączenia : 20/07/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Nie Lip 29, 2012 10:57 pm

Przeszedł się chwilę po miejscu zbrodni, chowając dłonie w wytworzonych przez symbiont kieszeniach. Faktycznie, paskudnie to wyglądało
- Może jakiś chorobliwy pedant? To tłumaczyłoby brak śladów, ale pedant raczej nie masakrowałby ofiary w taki sposób. A jeśli już, to powinien zostawić przynajmniej krwawy ślad butów w okolicy. W końcu między pierwszym a ostatnim uderzeniem zdążyłaby zrobić się sporawa krwawa plama. A nawet po wytarciu byłyby ślady wykrywane ultrafioletem...
Mówił to bardziej do siebie niż do agenta Brooksa. W końcu on sam o tym doskonale wiedział. W końcu to on był profesjonalistą, a Venom amatorem-superbohaterem. I prawdę mówiąc, potrzebuje cudu, by cokolwiek odkryć. Cudu...
I właśnie go odkrył. Gdy tylko pochylił się nad miejscem, gdzie leżały ciało zamordowanej, coś go uderzyło z siłą dwustukilogramowego kafara. Minęła dłuższa chwila, nim zrozumiał, co to jest. On, Eugene "Flash" Thomspon czuł to po raz pierwszy. On, symbiont Venoma czuł to za każdym razem, gdy spotykał swoje potomstwo. I to właśnie symbiont poinformował Flasha o tym trzymetrowym, czerwonym napisem.
To moje potomstwo, Eugene...
To nie był cichy szept z okolic potylicy. To był prawdziwy krzyk.
Venom wyprostował się i spojrzał w niebo nad agentem, jakby wypatrując tam lecącego mordercy.
- Obawiam się, że ma pan rację. Mam kolejną teorię. Mamy do czynienia z symbiontem. Wyraźnie go wyczułem. Nie jestem w stanie stwierdzić, z którym... Ale to na pewno symbiont. To tłumaczy brak naskórka, odcisków palców i czego-sobie-jeszcze-zamarzymy. No i supersiłę. - zatrzymał się na chwilę, znów przenosząc wzrok na agenta -Przyślijcie wszystkie szczegóły doktorowi Aaronowi McKenzie'mu z programy Re-rebirth. Dokumentację patologów, pełen portret psychologiczny sprawcy i ofiar, notatki policjantów badających sprawę. Wzmiankę o innych bohaterach zajmujących się sprawą. Wszystko. Przy okazji, będę potrzebował czegoś, co wytwarza dźwięk o wysokiej częstotliwości. Jest pan w stanie to zapewnić?


Ostatnio zmieniony przez Venom dnia Sob Lis 03, 2012 2:07 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pon Lip 30, 2012 1:58 pm

Brooks wciąż wysłuchiwał uważnie słów Venoma, a wyraz jego twarzy świadczył o zainteresowaniu - wyglądało ono na zupełnie szczere, ale przy interakcjach z tego typu ludźmi nigdy nie można mieć przecież stuprocentowej pewności w takich kwestiach. Jeszcze dokładniejsze jednak było samo spojrzenie agenta - jak gdyby rozbierał bohatera na czynniki pierwsze, śledził każde jego zachowanie... Być może chciał z niego wyczytać jak najwięcej. Zapewne tak mu przykazano.
Dodatkowo wypadałoby zauważyć, że poza lekkim uniesieniem jednej brwi mężczyzna nie zdawał się być wcale zdziwiony tą nową informacją. Przez sekundę czy dwie mignęło to może jeszcze w jego oczach, lecz mimo to utrzymał poprzednią postawę - spokojną i opanowaną. W końcu tacy jak on musieli trzymać rękę na pulsie przez cały czas, niezależnie od tego, jak źle prezentowała się przed nimi sytuacja.
-Wszystko to załatwimy. Już się...- przerwał mu cichy dźwięk dochodzący najwyraźniej z jego własnej marynarki. Rzucił krótkie "przepraszam", po czym szybko wsunął dłoń do jej wewnętrznej kieszeni i wyciągnął z niej niewielki telefon komórkowy. Natychmiast go odebrał i rozpoczął cichą dyskusję... Choć właściwie po pierwszym "agent Brooks, słucham" z jego strony polegała ona w głównej mierze na otrzymywaniu - informacji, rozkazów? - od rozmówcy. Z każdą sekundą wyraz jego twarzy zmieniał się odrobinę; nie było to może bardzo wyraźne, ale uważny obserwator zorientowałby się, że coś jest nie tak. Widoczne było bowiem pewne... Napięcie w obecnej postawie mężczyzny.
-Zajmę się kwestią dokumentacji i całą resztą. Odpowiednią broń dostaniesz na miejscu, czyli w parku Fort Tryon. Nasi ludzie już tam są, oczyszczają teren z gapiów. Nie dopuszczamy jeszcze policji, ale to kwestia czasu, więc trzeba się spieszyć. Zaatakował nasz Slasher - albo jego naśladowca, ty nam to powiesz. Trzy ofiary w biały dzień- wszystkie te instrukcje padały szybko i wyraźnie, a do tego tonem głosu, który najwyraźniej przyzwyczajony był do ich wydawania.
-Wierzę, że na własną rękę dostaniesz się tam najszybciej? Na miejscu inni wyjaśnią ci szczegóły- dorzucił jeszcze, już szukając czegoś na komórce. Po chwili stało się jasne, że wybierał po prostu odpowiedni numer, gdyż zaraz potem ponownie przyłożył telefon do ucha, po czym jeszcze raz spojrzał na Venoma.
-Widać mieliśmy mniej czasu, niż nam się wydawało. Spiesz się, bohaterze- z tymi słowami kiwnął mu głową w ramach pożegnania, a następnie skierował swą uwagę ku rozmówcy, który najwyraźniej odebrał właśnie telefon. Szybkie przywitanie się, a potem już tylko ciąg poleceń - niemalże bez wyjaśniania sytuacji, jak gdyby była ona już wszystkim świetnie znana... I całkiem możliwe, że tak właśnie było wśród agentów.

***

Uwaga od MG:
Proszę o przeniesienie się do tego tematu - z takim zastrzeżeniem, że najpierw napisze tam Alice, potem będzie mg, a następnie Twoja kolej.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Venom



Liczba postów : 119
Data dołączenia : 20/07/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pon Lip 30, 2012 3:10 pm

Kiwnął głową na znak, że rozumie. Raz, po żołniersku. Flash w takich chwilach cieszył się, że jego kostium ma maskę. Był przerażony konfrontacją z innym symbiontem, zwłaszcza takim o morderczym usposobieniu. Miał przed oczami wspomnienia Edwarda Brocka i jego potyczek z krewniakami. I nawet on, wprawiony w posługiwaniu się kostiumem, dostawał bęcki. To niedobrze.
- Udam się tam niezwłocznie.
Venom odwrócił się na pięcie i wystrzelił organiczną sieć w stronę łuku triumfalnego. Chwilę później już bujał się między wieżowcami, zmierzając na nowe miejsce zbrodni. Jeśli będzie jeszcze świeższe, może złapie trop i uda mu się dorwać Slashera?
Wiedział jedno: to będzie niezły burdel.

[z/t]


Ostatnio zmieniony przez Venom dnia Sob Lis 03, 2012 1:58 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Czw Wrz 13, 2012 7:29 pm

- Szach i mat. Dziękuję za miłą partię. - Rzekł długowłosy blondyn do staruszka siedzącego po drugiej stronie stolika, który miał wyraźne problemy z zaakceptowaniem zaistniałej sytuacji. Helbindi wstał z ławy i ruszył przed siebie wolnym krokiem pozostawiając rozsypane figury na planszy byłemu przeciwnikowi. Taki przewidywalny. Taki zadufany. - mruczał sam do siebie. -Więc dlaczego to ja przegrałem? To pytanie nurtowało go od czasu ucieczki z Jotunheimu. Ba, wręcz sprawiało mu ból. Znowu w przed jego oczami stanął ten moment. Jego brat Byleist zwołał ruszenie, niestety odpowiedziało na nie więcej niżby Helbindi pragnął. Tego dnia miał przemawiać do doradców, byłej Rady i innych bardziej czy mniej ważnych. Kierował się do sali tronowej jego ojca - a raczej do tego co z niej zostało. Pamiętał tę wszechobecną ciszę. Nawet mroźne podmuchy nie miały ochoty na żadne wędrówki po ciemnych korytarzach Twierdzy Utgardu. Powinien był domyślić się już po strażnikach, że coś jest nie tak - zniknęły znajome twarze olbrzymów, co do których oddania był przekonany. Widocznie był zbyt skupiony dopracowywaniem swojej mowy, która miała ostatecznie osadzić go na tronie żeby dostrzec te dumne, lekko drwiące spojrzenia żołnierzy. Helbindi przypomniał sobie tę ogromną niepewność, zupełnie nowe wtedy uczucie, które ogarnęło nim, gdy wreszcie dotarł do czekających na niego olbrzymów. Siedział na tronie otoczony przez swoje oddane psy. Rozłożył się na nim lekceważąc tym naszych przodków i tradycję. I wpatrywał się we mnie tą swoją lekceważącą, arogancką miną. Bezczelny ignorant, rozwieje nasze ostatnie nadzieje. Znowu powrócił ten smak porażki, gdy mignęło w jego umyśle wspomnienie natychmiastowego opuszczenia lodowej krainy. Byleistr na pewno nie pozwoliłby mu odejść wolno. Wie, że nadal mogę mu zaszkodzić. Rozzłoszczony posępnymi wspomnieniami założył z powrotem na nos czarne okulary, wsadził ręce do kieszeni płaszcza i przyspieszył kroku. Jego głowa kotłowała się od gniewnych myśli.
Zatrzymał się dopiero nad stawem. Cichy szum wody muskanej przez lekki wietrzyk jakoś dziwnie go uspokajał. Przynajmniej ona jest wszędzie taka sama. Odlanazł wzrokiem ławeczkę nieopodal i ruszył ku niej. Słońce lekko grzało go w twarz, zaczynało nieśmiało wychylać się zza ciężkich deszczowych chmur nawiedzających tymczasowo Nowy Jork. Okazja nadarzy się prędzej czy później . Ale czy odpowiednio ją wykorzystam? - Pomyślał strapiony wpatrując się w hipnotyzującą taflę wody.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pią Wrz 14, 2012 10:38 am

Czarodziejka zgodnie ze swoimi wcześniejszymi zamierzeniami udała się do swojej ulubionej biblioteki, w której jednak spędziła o wiele więcej czasu, niż to sobie początkowo zaplanowała. Oddała książki, wypożyczyła na ich miejsce nowe, potem zaś wdała się w dyskusję z bibliotekarką, która ostatnio natknęła się na niezwykle interesującą pozycję z dziedziny parapsychologii. Ciekawie było poznać spojrzenie współczesnych na tego typu sprawy, które z drugiej strony Morgana mogłaby w znacznym stopniu wyjaśnić na podstawie swojej wiedzy z zakresu magii i istot z nią związanych... Mimo wszystko doceniała bowiem starania śmiertelników. Czasami miewali niesamowite pomysły i metody badawcze, z których niektóre pół-Faerie skłonna byłaby nawet sobie przyswoić.
Pożegnawszy się ze swoją - zapewne można już bezpiecznie i słusznie stwierdzić - znajomą, czarodziejka postanowiła wybrać się do pobliskiego parku Washington Square, aby to właśnie tam rozpocząć swoją nową lekturę, tym razem historyczną. Wyjątkowo nie skorzystała z możliwości teleportacji i zamiast tego zdecydowała się na zwykły spacer. Po dotarciu na miejsce przez chwilę przechadzała się po prostu alejkami, nim dotarła do centrum parku i skierowała się ku jednej z wolnych ławek. Od razu wyjęła książkę i rozpoczęła zgłębiane jej treści... Lecz coś nie dawało jej spokoju.
Od pewnego czasu prześladowało ją dziwne uczucie. Morgana odnosiła nieodparte wrażenie, że w swym otoczeniu wykrywa źródło magii - co było przecież wysoce nieprawdopodobne w takim miejscu i, co najważniejsze, w tych czasach. Podejrzewała, że może mieć do czynienia z aktywnym czarem lub być może nawet z obiektem mistycznym, te bowiem zdecydowanie łatwiej było namierzyć, aniżeli same czarodziejki i czarnoksiężników. Nie mogła mieć jeszcze zupełnej pewności, lecz z każdą przemijającą chwilą coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że po prostu nie może być inaczej.
Z tego właśnie powodu pół-Faerie nie potrafiła w spokoju poświęcić całej swej uwagi czytanej książce. Nie lubiła czegoś nie wiedzieć, a w dodatku ta konkretna informacja mogłaby okazać się być dla niej kluczowa. W końcu w tej chwili czarodziejka nie była w stanie jednoznacznie orzec, czy owa energia magiczna nie stanowi dla niej przypadkiem zagrożenia - lub też czy nie stanie się nim w bliższej lub dalszej przyszłości. Od zawsze wolała w miarę możliwości eliminować wszelkie niebezpieczeństwa już w zarodku - i zazwyczaj wychodziło jej to na dobre.
Wzrok Morgany zaczął ostrożnie błądzić. Przesuwała nim po najbliższym otoczeniu, starając się zlokalizować źródło wyczuwanej przez siebie magii. zdawała się ona emanować z jednego kierunku i to przede wszystkim właśnie w tę stronę uciekało spojrzenie czarodziejki. Ludzie przed jej oczami stale się zmieniali, lecz interesujący ją punkt pozostawał względnie nieruchomy. Na tej podstawie kobieta wstępnie założyła, iż ma on związek z siedzącym na jednej z ławek blondynem, aktualnie najwyraźniej nie zajmującym się niczym szczególnym. Uznała, że najlepiej będzie zbadać sprawę przy pomocy subtelnej telepatii.
Pół-Faerie nie planowała wdzierać się do jego umysłu. W tym momencie nie miałoby to nawet najmniejszego sensu, a poza tym nie chciała od razu wchodzić w rolę atakującego, co mogłoby przecież zostać odebrane jako wrogie zamiary. Zamiast tego spróbowała odczytać jego obecne myśli w nadziei na zdobycie wartościowych informacji... I na tym polu spotkał ją drobny zawód. Delikatna metoda nie przyniosła żadnego efektu, świadcząc o tym, że mężczyzna albo świadomie się bronił - albo też posiadał naturalną ochronę. Obie opcje jawiły się równie interesująco i przekonywały Morganę o tym, że miała rację wysuwając swe przypuszczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sob Wrz 15, 2012 11:45 pm

Nie wiedział co robić, więc patrzył. Niezwykłość tego żywiołu pochłonęła go doszczętnie. Kojąca i niebezpieczna zarazem. - pomyślał - Ciągnie do siebie, lecz nie ukazuje tego co kryje się w jej głębi. Aż odrobinę żałował, że w Jotunheimie jest tak niewiele wód,które nie zamarzają. Po chwili przyłapał się na tym, iż prawi sobie jakieś sentymentalne wywody. Gwałtownie oderwał wzrok od tafli jeziora i spojrzał na złoty pierścień z wygrawerowanymi asgardzkimi runami, który zwykle nosił na palcu wskazującym prawej dłoni. To na pewno przez to ludzkie, wątłe ciało. Poprawił kosmyk opadający mu na twarz i zaczął się zastanawiać co robić teraz. Myślenie o zemście i scenie w sali tronowej wypaliło się w nim na ten dzień. Nadal się zastanawiał jakie kroki powinien podjąć, żeby odzyskać władzę. Postanowił spróbować później jakoś skontaktować się swoim bratem, Lokim. Może on rzuci jakiś sensowny pomysł..
I wtedy nastąpiło to, czego spodziewał się najmniej.Przeszył go nagle ostry ból głowy. Co jest?! - Jako Jotuun nie musiał się obawiać żadnych midgardzkich rodzajów choroby,nawet takich błahostek jak migrena czy nieżyt nosa. To tyczyło się również ludzkiej postaci. Więc skąd ten pulsujący ból w jego skroni? - Byleistr nie mógł mnie znaleźć, nie może zaatakować mnie od tej strony. Chyba że ktoś go w tym wyręcza.. Przymrużył powieki i bacznie się rozejrzał. Jego uwagę wręcz natychmiast przykuła siedząca nieopodal piękność rzucająca mu zaciekawione spojrzenia. Była tylko ona. Ponętna figura, długie czarne włosy połyskujące nieśmiało fioletem. To ty?- mruknął do siebie nadal patrząc na kobietę. - Ale kim ty, u diabła, jesteś? Zastanawiał się przez chwilę czy aby niefortunnie nie spotkał magiczki z Asgardu i nie oddalić się od zagrożenia, ale porzucił tę myśl. Tak czy inaczej - na pewno wyczuła opór - bez tej małej tarczy lodowi olbrzymi już dawno zginęliby od ciosów asgardzkich czarodziejów. Nawet jeśli nie jest od Byleistra to nie mógł jej tak po prostu zostawić, musiał być ostrożny. Midgard był jego azylem, nie potrzebował kolejnych wrogów Jotuunów na ogonie. Ból zaczynał powoli słabnąć. Wstał i z posępną miną miną ruszył ku niej. Najpierw jednak upewnił się czy aby nadal nikogo innego nie ma w pobliżu. Sztylety były na swoim miejscu, chętne do użycia. Jeśli mu się uda, załatwi sprawę cicho. Jeśli nie, bogowie ratujcie, będzie musiał na chwilę porzucić swój kamuflaż. A jeśli to nie ona próbowała mną zawładnąć? - przemknęło mu przez myśl. Musiał również wziąć pod uwagę nadal działające zaklęcia, które mogły być rzucone gdzieś w pobliżu lub chociażby ich pozostałości. Czar mógłby uaktywnić się po długim czasie dopiero po zarejestrowaniu obecności 'obcej' istoty.Lodowi olbrzymi nie mieli zdolności magicznych i czasami ich ciała dawały im to odczuć. Helbindi przypomniał sobie rozmowy jego krajanów, gdzie omawiali przypadki reagowania na magię swędzeniem skóry, szczypaniem spojówek czy właśnie bólem głowy. Ale żeby z takim natężeniem, taką gwałtownością?
W końcu stanął w odległości dwóch metrów od ławki. położył dłoń na biodrze, w miejscu gdzie umiejscowione były ostrza, oczywiście ukryte dla jej oczu . Ich wzrok spotkał się.
-Czy my się może znamy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sob Wrz 22, 2012 2:22 pm

Obserwowany przez Morganę mężczyzna niestety stosunkowo szybko zwrócił na nią uwagę i już po chwili wstał z miejsca, najwyraźniej z intencją zbliżenia się do niej. Czarodziejka nie poczuła się ani trochę zmieszana tym, że została przyłapana na otwartym przyglądaniu się blondynowi, a co za tym idzie nie odwróciła też wzroku. Zamknęła tylko niechętnie książkę, lecz jeszcze jej nie odłożyła, ani nie schowała z powrotem do torby - na to być może przyjdzie jeszcze czas. W tym wypadku nie widziała potrzeby wyprzedzania wydarzeń. Poczekała spokojnie, aż nieznajomy stanął tuż przed nią i przemówił, by dopiero wówczas przywołać na usta uprzejmy uśmiech.
-Szczerze wątpię. Dobrze zapamiętałabym taką znajomość- pół-Faerie z lekkim rozbawieniem przypomniała sobie, że współcześni właśnie w ten sposób zaczynali czasem zaloty. "Czy my się już przypadkiem kiedyś nie spotkaliśmy?" - i tym podobne zwroty pojawiały się nie tylko w świecie rzeczywistym, ale i chociażby w twórczości filmowej, z którą miała okazję się do tego czasu wstępnie zapoznać. Kobieta zdążyła się zresztą zorientować, że nie jest to bardzo subtelna metoda - tyle było dla niej właściwie jasne i logiczne od samego początku - która nie bywa na ogół traktowana nazbyt poważnie.
Sądząc z wyrazu twarzy nieznajomego, zdecydowanie to nie uwodzenie było mu teraz w głowie... O ile nie traktował go oczywiście jako smutną i nieprzyjemną konieczność, bo wówczas jego mina rzeczywiście idealnie oddawałaby domniemany powzięty cel. W tej chwili Morgana bliższa byłaby jednak raczej uznania, że mężczyzna wyczuł przeprowadzoną przez nią próbę odebrania jego myśli, co byłoby dość zaskakujące. Zadbała w końcu o delikatność, niczego nie wymuszała, cofnęła się natychmiast, gdy tylko natrafiła na barierę psychiczną, której nie mogła sforsować bez użycia siły... Słowem, dopilnowała tego, aby jej przedsięwzięcie pozostawało niemalże nie do wykrycia. Jeśli blondyn mimo wszystko się w tym zorientował, to z wszelkim prawdopodobieństwem nie był zwykłym człowiekiem... To zaś czyniło go interesującym - oraz potencjalnie niepokojącym. Z obu powodów słusznym wydawało się zdobycie większej ilości informacji na jego temat.
-Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, abyśmy mieli naprawić to jawne niedopatrzenie- w jej własnych czasach taka śmiałość ze strony niewiasty nie byłaby dobrze widziana, a raczej: byłaby niezwykle mile widziana tylko u pewnej konkretnej grupy kobiet o wątpliwej cnocie, lecz czarodziejka wiedziała już, iż w tych realiach zwyczaje uległy niezwykłemu rozluźnieniu. Płeć piękna mogła sobie teraz pozwolić na znacznie więcej - i Morgana przywitała tę zmianę z zadowoleniem i satysfakcją. Nie były to jeszcze równe prawa, lecz spory krok w ich stronę. Potrafiła to należycie docenić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pon Wrz 24, 2012 7:41 pm

Helbindi był zmieszany i jednocześnie trochę rozdrażniony, iż musiał zachowywać się w ten sposób. W Jotunheimie sprawa poszłaby znacznie łatwiej. Niestety, to jest Midgard i , jak dotąd zaobserwował, ludzie wręcz uwielbiają się bawić w kotka i myszkę. Do tego nie przywykł w zagadywaniu płci pięknej. W sumie to dawno tego nie robiłem - pomyślał lekko zdziwiony. Jednak to miało jakiś cel, w końcu nie po to tutaj trafił, by siedzieć i czekać, aż wszystko się samo ułoży.
Uważnie obserwował kobietę. Niespecjalnie była zdziwiona jego podejściem. Był święcie przekonany, że po części się tego spodziewała. Nie zauważył także żadnych cech szczególnych dla innych ras, żadnej bariery czy innego wyglądu, co nietrudno było zauważyć, wystarczy dobrze się przyjrzeć-zawsze zdarzają się jakieś anomalie zdradzające. To go zaniepokoiło jeszcze bardziej. Nigdy nie słyszał, żeby na tej planecie w jakiśkolwiek sposób przejawiała się magia, oczywiście pomijając ingerencje Asgardu kiedyś gdzieśtam.. Była po prostu kobietą, do tego niezwykle pociągającą, lecz nadal czuł się przy niej niepewnie. Kiedy okazała zainteresowanie jego osobą lekko odetchnął z ulgą.Jakoś poszło. I ciekawe czy to na pewno ja mam zamiar się dowiedzieć kto kim jest.
Musiał zacząć jakoś rozmowę, zaproponować jakieś miejsce. I zdobyć informacje.
- Muszę powiedzieć, że nie da rady nie zwrócić uwagi na tak niezwykłą osobę. - powiedział wreszcie. - A co ta niezwykła osoba powie na krótki spacer, może coś do picia?
Chyba nigdy nie ośmieszyłem się bardziej. Jako lodowy olbrzym prawdopodobnie roztopiłby się ze wstydu i upokorzenia. Może powinien był się najpierw przedstawić, albo spytać ją o JEJ imię? A może zagadnąć o pogodzie? Życie Midgardczyków wydawało mu się czasem tak bezsensownie skomplikowane.


Ostatnio zmieniony przez Helbindi dnia Sro Wrz 26, 2012 6:00 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sro Wrz 26, 2012 2:12 pm

Kąciki ust Morgany - już teraz ułożonych w delikatny uśmiech - uniosły się jeszcze lekko na słowa mężczyzny. Cała jej postawa świadczyła o tym, że spodziewała się, a może wręcz oczekiwała takiego rozwoju wydarzeń, co w gruncie rzeczy nie było do końca prawdą... Lecz czarodziejka już dawno temu nauczyła się, że zazwyczaj najlepiej jest sprawiać wrażenie w pełni opanowanej i przygotowanej na wszystko pani sytuacji - oczywiście z wyłączeniem okazji, w których rozmyślnie udawała słabą czy bezradną, aby złapać kogoś w pułapkę lub pokierować jego zachowaniem. W tej chwili w żadnym razie tego nie potrzebowała. Przeciwnie, zależało jej właśnie na zademonstrowaniu posiadanej kontroli, aby potencjalnemu magicznemu przeciwnikowi wybić z głowy jakiekolwiek myśli o zaatakowaniu jej - niech sądzi, że nie będzie w stanie wygrać, to oszczędzi im obu zachodu. Inną opcją było rzecz jasna odgrywanie delikatnej i niestanowiącej zagrożenia istoty, lecz tę możliwość szybko odrzuciła. Większość agresywnie nastawionych czarnoksiężników wolałaby zdusić ewentualnego przyszłego wroga w zarodku, nim ten stanie się poważnym niebezpieczeństwem. Ona tak by zrobiła - choć najpierw podjęłaby zapewne próbę przygarnięcia go pod swoje skrzydła. Zawsze lepiej było pozyskiwać podwładnych czy sojuszników...
-Ta niezwykła osoba nie ma nic przeciwko spacerowi- oznajmiła, po czym otworzyła torebkę i ostrożnie schowała do niej wypożyczoną przez siebie książkę. Planowała wrócić do jej lektury pod wieczór - bardzo dobrze się bowiem zapowiadała i traktowała o czasach bliskich sercu pół-Faerie. W dodatku pomimo historycznego podejścia autor o dziwo prezentował wyjątkowo otwarty umysł, co czarodziejka wysoce ceniła. Po zamknięciu torebki i przewieszeniu jej sobie przez ramię, kobieta wstała z miejsca. Dopiero wówczas jej spojrzenie ponownie powędrowało ku blondynowi.
-Na imię mi zaś Vivian, jeśli jest to jedną z kwestii, która pana interesuje- przez krótką chwilę czarodziejka rozważała nawet podanie swojego prawdziwego miana w celu sprawdzenia reakcji nieznajomego. Nie sądziła, że by to pojął - prawdę powiedziawszy wątpiła w ogóle w to, że dotarłoby do niego jej powiązanie z legendami arturiańskimi... Lecz a nuż się myliła - i tytuł "le Fay" wywołałby w jego oczach błysk zrozumienia? W takim wypadku mogłaby zyskać potrzebny jej dowód - ale także i sprowokować do ataku. Szybkie podsumowanie wszystkich "za" i "przeciw" pomogło jej zadecydować, że najlepiej będzie trzymać się fałszywej tożsamości... Przynajmniej na razie - dopóki nie dowie się czegoś więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sob Wrz 29, 2012 10:06 am

Patrzył jak kobieta chowa starannie książkę do torebki. Też muszę odwiedzić bibliotekę. Z braku zajęcia chyba na poważnie zacznę sprawdzać czy ktoś tu się kiedyś nie bawił sztuką magiczną. W końcu każdy ma spisaną swoją historię, choć nie wszyscy w nią wierzą. Zdążył już zauważyć, że Midgardczycy w niewielkim stopniu przejmują się swoją przeszłością i dziejami tej planety. Pamiętają jakieś konkretniejsze wydarzenia, ale reszta nie jest dla nich istotna. Tego Helbindi pojąć nie potrafił. 'Ważne jest, żeby pamiętać skąd przychodzimy,bo kiedy tego pamiętamy, to nie wiemy, gdzie jesteśmy, a jeśli i tego nie wiemy, to nie wiemy dokąd zmierzamy. A jeśli ktoś nie wie dokąd zmierza, to prawdopodobnie zmierza w złym kierunku.' Zdziwił się lekko, że pamięta przeczytane gdzieś słowa jakiegoś angielskiego pisarza. Widocznie mają mu tutaj więcej do zaoferowania niż mu się wydawało.
Odetchnął niezauważalnie, kiedy zdradziła mu swoje imię, gotowa wybrać się z nim na spacer. Vivian - mruknął w myślach - nawet do niej pasuje. Stanowcza i władcza, a zarazem taka..delikatna? Zdjął z nosa zsuwające mu się okulary i wsunął je we włosy. Wolałby ich wcale nie zdejmować, ale stwierdził, że lepiej będzie patrzeć swojej rozmówczyni w oczy. Kiedy już wstała uśmiechnął się do niej lekko, o ile ktoś mógłby uważać to ledwo zauważalne poruszenie warg za coś z nim związanego, niż tylko skurcz mięśni czy zwyczajny grymas, i wskazał ręką kierunek.
- Może przejdziemy się tędy? Wydaje mi się, że ta spokojna aleja będzie idealna. - Tak, idealna, jeśli miałoby zajść do czegoś walkopodobnego. Niekoniecznie miał dziś ochotę na takie wrażenia, ale w ostateczności nie chciał też, by ludzie dookoła musieli to obserwować. Nie ma potrzeby zwracać na siebie uwagi. Dobrze pamiętał jak to skończyło się dla Lokiego. - Miło mi cię poznać, Vivian. Jestem Helo.
Na tej planecie jakoś nie mogli sobie wyobrazić, by ktoś miał na imię Helbindi. Za każdym razem gdy się przedstawiał widział ich zdziwienie i tępawe uśmieszki. Drugiego członu już nawet nie wspominał. Nie chciał być uważany już za totalnego świra, więc starał się sprostować swoje imię na midgardzkie standardy. Nie sądził, aby Vivian spojrzała na niego inaczej, więc , póki co, nie miał zamiaru zdradzić jej swojej prawdziwej tożsamości.
Zerknął w stronę alei, do której powoli zmierzali. Otoczona z obu stron potężnymi drzewami, zasłonięta przez ich listowie. Do tego lekko odchodząca od uczęszczanych ścieżek. Kusiło go lekko, żeby wykorzystać te warunki i pokazać się jej jako Jotuun, w razie jakby planowała niepotrzebne ataki czy coś. Z pewnością pomogłoby to w odkryciu kim rzekoma Vivian jest.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pią Paź 05, 2012 4:29 pm

Kiedy tylko mężczyzna przemieścił noszone przez siebie okulary przeciwsłoneczne - przydatny, choć tak prosty w swej naturze wynalazek - z ich dotychczasowego ułożenia na nowe - na czubku głowy, tym samym odsłaniając zupełnie swoją twarz, Morgana przyjrzała jej się ze skrywanym zainteresowaniem. Na wszelki wypadek wolała dobrze zapamiętać swojego rozmówcę. Od dawien dawna wyznawała wiernie zasadę, że nigdy nie wiadomo jaka wiedza czy znajomość może się nam przydać w przyszłości, więc warto dbać o każdą, której się akurat nie unicestwia na dobre... A w tym przypadku miała dodatkowo do czynienia z osobą o miłej dla oka powierzchowności, którą być może przyjemnie będzie posiadać we wspomnieniach... O ile oczywiście zachowanie czy tożsamość blondyna nie zaburzą wkrótce tego obrazu.
Nieznajomy prawdopodobnie spróbował się uśmiechnąć - a przynajmniej takie czarodziejka odniosła wrażenie, choć nie mogła mieć pod tym względem całkowitej pewności. Oblicze mężczyzny zdawało się być nieprzystosowane do okazywania pozytywnych emocji. z pewnością w niektórych sytuacjach działało to na jego korzyść, pozwalając mu skryć się za maską obojętności... Lecz potrafiło to być także niezwykle kłopotliwe. Morgana nie umiała sobie wyobrazić posiadania takiego ograniczenia w ekspresji uczuć, czy to prawdziwych, czy jedynie fałszywych. Lubiła korzystać z pełnego wachlarza zdolności aktorskich, a w tym celu musiała siłą rzeczy idealnie opanować przybieranie określonych wyrazów twarzy.
Wybrana przez blondyna ścieżka była pół-Faerie na rękę, dlatego kobieta tylko kiwnęła głową i podążyła we wskazanym kierunku tuż obok swojego chwilowego towarzysza. Całkiem dobrze znosiła dość duże zagęszczenie ludności w swym otoczeniu, gdy tylko zaistniała taka konieczność, lecz tłumy tego miasta - to już było dla niej stanowczo zbyt wiele. Nie potrafiła pojąć dlaczego współcześni z własnej woli męczyli się tworząc te ogromne i zatłoczone metropolie - a potem jeszcze cieszyli się z życia w takich okropnych miejscach. Pozostawało to poza jej zrozumieniem. Ona sama uciekała w odosobnienie kiedy tylko mogła.
-Mnie również jest miło- powiedziała, gdy mężczyzna się jej przedstawił. Do tej pory ani razu nie spotkała się jeszcze z takim imieniem, lecz zdążyła się już nauczyć, że w tych czasach nawet przypadkowy zlepek liter mógł się stać czyimś pełnoprawnym mianem, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych Ameryki, dlatego też - choć wciąż uważała to za co najmniej dziwne - po prostu zaakceptowała ten fakt. Starała się nie uznawać go za żaden dowód.
-Powiedz mi, Helo... O czym masz ochotę porozmawiać?- nie widziała sensu, aby dalej owijać w bawełnę, lecz z drugiej strony nie mogła też wprost przejść do samego sedna. Takie pytanie uznała za idealny półśrodek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pią Paź 05, 2012 5:42 pm

Starał się iść tuż obok Vivian. Rozważał nawet czy nie wziąć jej pod rękę, ale stwierdził, że jak na zaledwie pięć minut znajomości z takim ponurym typem jak on to byłoby ciut za dużo. I stale ją obserwował. Szczególną uwagę zwracał na dłonie, bardzo zadbane przy okazji, mocny punkt większości magiczek. Może i ona potrzebowała gestykulacji do rzucania poniektórych czarów? Ostrożności nigdy za wiele. Na szczęście słońce zostawili za sobą, więc nie musiał mrużyć oczu, co wyglądałoby odrobinę dziwacznie i utrudniałoby przyglądanie się. I musiał przyznać w duchu, że patrzył na nią nie tylko z przezorności.Jej szare oczy, długie włosy o tak niezwykłej barwie. 'Chłodny' typ urody i chyba jedyny, na który zwracał uwagę u midgardzkich kobiet. W pewien sposób wydawał mu się dziwnie bliski. Był pewien, że jego towarzyszka potrafi to odpowiednio wykorzystać. Zdawał sobie również sprawę, że Vivian analizuje go cal po calu, tak jak on ją obecnie.
Jej pytanie wręcz spadło mu z nieba. Co prawda i tak zaplanował już sobie co mniej więcej powie, jednak to w pewien sposób utwierdziło go w przekonaniu, że chodzi im obojgu o jeden konkretny temat.
-Może zacznijmy od tego skąd jesteś, Vivian. - Już nawet nie próbował się uśmiechać, ale starał się nie wyglądać też na kogoś niemiłego.
Zdecydowanie jest zbyt niezwykła na kobietę z Midgardu- przemknęło mu przez myśl. Zdziwił się. Tylko dlaczego tak uważam? Mimo, że był oczarowany jej wyglądem, nadal myślał racjonalnie. Przeczucie - parsknął w duchu.
Szli wolno, bez zbędnego pośpiechu. Choć świadom zagrożenia Helbindi był na swój sposób spokojny. Miał wrażenie, że spotkał odpowiednią osobę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sob Paź 06, 2012 8:17 pm

Morganie w żadnym wypadku nie przeszkadzało jakże intensywne i badawcze spojrzenie, którym w trakcie spaceru obdarzał ją blondyn - przeciwnie, bez oporów i całkowicie otwarcie odpłacała mu pięknym za nadobne. Nie widziała najmniejszego powodu, aby skrywać swe zainteresowanie, gdy sam mężczyzna również tego przecież nie czynił. W tych czasach i w takiej sytuacji nie stanowiło to zresztą wielkiego faux pas.
Te dokładne oględziny właściwie nie przyniosły jej praktycznie żadnego efektu. W wyglądzie Helo czarodziejka nie odnalazła niestety niczego, co jednoznacznie wzmogłoby jej podejrzliwość czy poparło postawioną wcześniej tezę. Nie zauważyła w nim żadnej cechy charakterystycznej dla wyróżniających się powierzchownością ras - a przynajmniej nie tych, które były jej znane. Oczywiście to samo w sobie jeszcze niczego nie znaczyło. Będąc zmiennokształtną pół-Faerie wiedziała najlepiej jak łatwo jest ukryć swą prawdziwą formę przed wzrokiem otaczających ją istot. Właściwie taki czar tłumaczyłby najlepiej dlaczego wyczuwała od mężczyzny delikatną aurę magiczną... Być może to właśnie dzięki niej się maskował. Poza tym istniały przecież stworzenia znające czary, a fizycznością przypominające do złudzenia ludzi. Równie dobrze Helo mógł być jednym z nich... O ile nie należał do tego niewielkiego grona śmiertelników, którzy praktykowali współcześnie magię - w to jednak trudno jej było uwierzyć.
-Urodziłam się na terenie Kornwalii- kobieta zadbała o to, aby odpowiedzi nie udzielić zbyt szybko, lecz też w żaden sposób nie opóźniała wyjawienia tej informacji... W dodatku zupełnie prawdziwej. W tych czasach w miejscu jej dawnego królestwa leżała właśnie Kornwalia, a więc technicznie rzecz biorąc nie skłamała. Teren pozostał ten sam. Krajobraz miejscami się zmienił, te okropne miasta wyszarpały naturze spore połacie ziemi, lecz to wciąż była jej kraina... Dawne księstwo jej ojca. Kto wie, może kiedyś uda jej się jeszcze naprawić te zmiany?
-Pozwól, że uznam, iż teraz moja kolej na zadanie ci pytania: czym się zajmujesz?- ta informacja zdawała jej się na początek najistotniejsza. Czarodziejka liczyła się z tym, że może usłyszeć kłamstwo lub nagiętą wersję prawdy, dlatego też przyglądała się uważnie swemu rozmówcy, chcąc wyłapać wszystkie jego reakcje, nawet te najdrobniejsze i na pozór nieważne zmiany na jego twarzy czy w zachowaniu. Znała się dobrze na języku ciała i potrafiła wyciągać z niego wnioski... Zazwyczaj się nie myliła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pon Paź 08, 2012 5:41 pm

Helbindi zaklął w duchu. Kornwalia? To naprawdę sobie pomogłem. Geografia Midgardu nadal nie jest jego najlepszą stroną, mimo, że trochę czasu już tu spędził, ale nie takiej odpowiedzi oczekiwał. W sumie to co sobie wyobrażałem? przecież nie wskaże mi dłonią nieba i nie powie, 'A wiesz, ja tu przelotem'. Nie mógł również wykluczyć tego, że mówiła prawdę. Może faktycznie pochodzi z Kornwalii, jednak nadal było wiele niespójności w tym wszystkim. Jej pytanie było trudniejsze. Zdecydowanie trudniejsze. Najtrudniejsze było to, że on sam nie widział czy w ogóle się zajmuje na chwilę obecną. Szukam sojuszników i czekam na odpowiednią chwilę. To było już dla niego jak mantra. Ale tego jej nie powie.
-Ja.. cóż, jestem tu tymczasowo. Można powiedzieć, że dostałem długi urlop - spróbował się uśmiechnąć. Może z lepszym skutkiem. - I staram się go odpowiednio wykorzystać.
Helbindi powiedziałby coś jeszcze, ale poczuł się dziwnie niezręcznie. Jakby ktoś ich obserwował. Ostrożnie rozejrzał się po alei nie chcąc zwrócić zbędnego zainteresowania towarzyszki, choć był pewien, że ona jeśli już tego nie zauważyła to niebawem zauważy. Zdziwił się lekko. Zdążył zauważyć, że w postaci ludzkiej jego czujność, czy też podświadomość pracuje o znacznie wyższych obrotach, jednak nadal nie dostrzegł źródła wewnętrznego niepokoju. Potarł pierścień na palcu u prawej dłoni. Nadal opanowany zwrócił się ku Vivian:
-Mam nadzieję, że nie zajmuję ci zbytnio czasu? Zaczyna się ściemniać.
Choć Midgard był z natury spokojną planetą nikt nie zapewnił Helbingiego, że nie ma ona swoich tajemnic. Szczególnie takich, które kryją się pod osłoną nocy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carnage



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 05/10/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pon Paź 08, 2012 6:10 pm

Parka spacerowała sobie w najlepsze na tle pochmurnego, ciemniejącego nieba, kiedy przed nimi dało się usłyszeć gwiżdżącego człowieka. Po bliższym przysłuchaniu się można było wywnioskować, że nucił ów człowiek "Deszczową piosenkę", ze znanego musicalu. Kilka kroków w przód i dało się też zauważyć źródło. Był to średniego wzrostu facet, noszący długi szary płaszcz jakich wiele, z założonym wysoko kołnierzem i kapeluszem. Ledwie dało się zauważyć jego rude włosy, zaś twarzy w ogóle... Ta zresztą była skryta pod rudą bródką jaką dało się zauważyć w świetle latarni stojącej kilka metrów dalej...
Ręce miał skrzyżowane na klatce piersiowej, a jedna z nóg opierała się spokojnie o drzewo przy którym nieznajomy stał...Czego nie dało się zauważyć, to to, że facet obserwował uważnie ową parkę. I nie przestawał gwizdać owej wesołej melodii... Wyglądał jakby czekał na coś. Albo na kogoś. Tak jak dzień wcześniej, tylko że w Central Parku. Tak jak trzy dni wcześniej w tunelu metra w pobliżu Piątej Alei, tak jak i tydzień temu w pobliżu Fort Tryon Park. Za każdym razem kogoś spotykał...Ludzie są przewidywalni do bólu. Zawsze ich ciągnie do samotności...Mimo iż jest na wolności od dwóch tygodni, mimo tego szumu wokół jego ucieczki, idzie mu tak dziecinnie łatwo...Aż wierzyć się nie chce.
O...To nam odpowiada...
Głos w jego głowie wręcz czytał w jego myślach. Zawsze trafi się samotna kobieta bądź facet, łażący sobie po pustym parku wieczorową porą. A tu tyle krzaków i miejsc w których można schować ciało... Tak pusto, że nawet jakby wysadził się w powietrze nikt by nie słyszał.
Dwie pieczenie na jednym ruszcie, Cletus...A my lubimy jak obiad jest obfity...
Powiedział w jego głowie ów głos, gdy się zbliżali...Tak, miał dość pojedynczych trupów. Wolał posłuchać wrzasków dwójki...Przyda się miła odmiana.
- Dość późna pora jak na spacer we dwoje po tym parku...- Powiedział, gdy mijali go, nie zmieniając pozycji. na jego niewidocznej, przykrytej brodą i kołnierzem twarzy pojawił się paskudny uśmiech, przywołujący na myśl najzwyklejszą perwersję... Nie wiedzieli kto to. Ten ktoś też nie. Ale to nie miało znaczenia teraz. Wiedział, co zje sobie dziś na kolację. Tylko od którego zacznie? Wyjdzie w praniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pią Paź 12, 2012 1:06 pm

Uwadze Morgany nie umknął fakt, iż jej rozmówca musiał zastanowić się chwilę przed udzieleniem odpowiedzi na postawione przez nią pytanie. Kiedy zaś ta już padła, to w zasadzie niczego tak naprawdę nie wyjaśniała. Żadnych szczegółów, jedynie same ogólniki - w dodatku dobrane z wahaniem i w taki sposób, jak gdyby Helo umyślnie nie chciał wyjawiać jej informacji na temat swojego zajęcia. Ta pauza na początku - i "można powiedzieć", a do tego kolejne podejście w dziedzinie uśmiechu... Wszystko to wzbudzało podejrzliwość czarodziejki - i zarazem jej ciekawość. Teraz wiedziała już jaki temat wywołuje szczególną reakcję... Tylko nie była jeszcze do końca pewna dlaczego, choć w jej głowie układało się już kilka możliwych scenariuszy. Nie wykluczała opcji, że ten "długi urlop" mężczyzny wywołany został po prostu nieprzyjemnymi czy niewygodnymi dla niego czynnikami, o których wspominania chciał uniknąć... Lecz równie - jeśli nie bardziej - prawdopodobna jawiła się możliwość, że przyczyny stojące za obecną sytuacją Helo nie były... Zwyczajne w oczach współczesnych śmiertelników, z braku lepszego określenia.
Kobieta przygotowywała już w myślach następne pytanie, którym miała zamiar wyciągnąć z blondyna jakieś detale - cokolwiek, co mogłoby się jej przydać do skompletowania tej układanki. Wychwyciwszy ruch, jej spojrzenie powędrowało w dół - ku dłoniom Helo. Zauważyła, że mężczyzna bawi się pierścieniem, który natychmiast przykuł jej uwagę. Biżuterii często używano jako nośnika zaklęć - przynajmniej w jej czasach. Sama tak robiła. W tej chwili trudno było jej jednoznacznie ocenić czy tak właśnie jest i w tym przypadku, wyczuwana przez nią aura magiczna była w końcu subtelna i rozchodziła się po całej postaci Helo, lecz gdyby tylko mogła dotknąć owej błyskotki... Wówczas zyskałaby pewność.
Jej zainteresowanie pierścieniem na moment odsunęło się na dalszy plan, gdy wyczuła na sobie czyjeś spojrzenie. W normalnych okolicznościach nie poświęciłaby temu większej uwagi - często przyciągała wzrok otaczających ją osób i zdążyła się już do tego przyzwyczaić - lecz w tej sytuacji coś wyraźnie jej nie grało. Jej nieludzka krew pozwalała jej chłonąć informacje z otoczenia w sposób nieosiągalny dla większości zwykłych śmiertelników. Nie chodziło po prostu o telepatię czy empatię, choć i one miały w tym swój udział. Pół-Faerie z doświadczenia w pełni wierzyła swym przeczuciom i odnoszonym przez siebie wrażeniom - praktycznie nigdy jej nie zawodziły. Teraz natomiast posiadała dzięki nim pewność, że zawarte w powietrzu złe zamiary były na tyle gęste, iż wręcz dałoby się je kroić przysłowiowym nożem.
Wystarczył subtelny rzut okiem dookoła, aby zorientować się, że w okolicy znajduje się tylko jedna osoba mogąca być źródłem wszystkich tych negatywnych emocji. Był to mężczyzna w płaszczu, oparty o drzewo w dość swobodnej pozie, z ramionami skrzyżowanymi na klatce piersiowej... Jego twarz pozostawała niewidoczna, lecz to nie miało w gruncie rzeczy żadnego znaczenia - Morgana i tak potrafiła rozpoznawać znane sobie istoty na inne sposoby, przy użyciu bardziej nieomylnych zmysłów. Tego człowieka nigdy jeszcze nie spotkała... I już teraz miała świadomość, że wolałaby, aby taki stan rzeczy się utrzymał.
-Lubię spacerować nocą- zapewniła zgodnie z prawdą swego rozmówcę, obdarzając go przy tym delikatnym uśmiechem. Nie miała zamiaru przesadnie interesować się pogwizdującym sobie nieznajomym dopóty, dopóki on sam ich nie zaczepi; taka postawa wydawała jej się być najrozsądniejszą. Co prawda liczyła, że do tego nie dojdzie, lecz z drugiej strony spodziewała się, iż w ten czy inny sposób - na pewno to nastąpi... Nawet bez jakiejkolwiek prowokacji z ich strony.
Szybko okazało się, że miała rację, a ów mężczyzna przemówił w sposób, który od razu skojarzył się czarodziejce z oglądanymi przez nią w ramach zapoznawania się ze współczesnym światem filmami. Słowa te wydały jej się niezwykle... Stereotypowe. Prawdę mówiąc spodziewała się na początek czegoś więcej. Potrafiła docenić oryginalność. Oczywiście - wyjątkowy czy nie - i tak nie okazałaby mu nawet cienia litości w razie walki, lecz z pewnością byłby to miły akcent. Cóż za zawód.
-Niektórzy powiedzieliby, że romantyczna- skwitowała, obserwując nieznajomego kątem oka... Uważnie, ale jednak nie do końca otwarcie. Była gotowa w każdej chwili zareagować w odpowiedni sposób, lecz jednocześnie wolałaby nie zostać zmuszona do działania. Nie nadszedł jeszcze czas, aby współcześni poznali jej możliwości, dlatego planowała wstrzymać się aż do chwili, gdy nie będzie miała innego wyboru, jak tylko użyć magii... W samoobronie. Najlepiej takiej śmiertelnej dla przeciwnika.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Sro Paź 17, 2012 3:47 pm

Hel skupił uwagę na mężczyźnie stojącym pod drzewem - źródłem tych wszystkich negatywnych emocji, które odbierał. I wcale nie ucieszył się z tego, że go napotkali. W sumie to nie ucieszyłby się z nikogo w tej chwili. Wolałby spędzić ten czas z Vivian sam na sam, ale jak widać Midgardczyków wszędzie pełno. Nie można liczyć na odrobinę prywatności. I to akurat zawsze mam problemy z tymi rudymi.. Powtórzył sobie jeszcze raz w myślach wymianę zdań nieznajomego i nowej towarzyszki. Nie wyciągnął z tego żadnych ciekawszych wniosków. Podejrzewał jedynie, że młodzieniec ma problemy ze swoją osobowością, a Vivian daje do zrozumienia, że nie da się sprowokować byle czym. Tak czy inaczej wolał oddalić się od irytującego towarzystwa.
- Biedny chłopak - Mruknął do niej, po chwili dodał głośniej, aby usłyszał go także nieznajomy. - Zapewniam, że potrafimy o siebie zadbać. Vivian?
Wskazał dłonią aleję. Nie było sensu się zatrzymywać, a myśli Helbindiego targały tylko dwie myśli - albo od razu pozbyć się podświadomego zagrożenia, co według niego było obecnie beznadziejnym pomysłem, albo iść jak najdalej stąd i nie mieć do czynienia z dziwnie radosnym mężczyzną.
Choć był do niego odwrócony plecami jego ciało czekało w gotowości na jakiekolwiek oznaki ataku. Zerknął na Vivian. Choć była zupełnie opanowana dostrzegł w jej oczach stanowczość, jakby podjęła jakąś decyzję.
Ostrożności nigdy za wiele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carnage



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 05/10/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Pią Paź 19, 2012 9:28 pm

Kasady natomiast czuł najzwyklejszą radość...Słowa owej dwójki zamiast zdeprymować, jeszcze bardziej ucieszyły. Stał tak samo, jak stał, wracając do nucenia wesołej piosenki...Biedny chłopak? Gdzie tam... Romantyczna pora? A jakże...Dla niego również. A raczej dla nich.
Kiedy szli sobie dalej, rudzielec znikł spod drzewa niepostrzeżenie, zupełnie jakby poszedł sobie w diabły. Jakby to dobrze było...Lecz nie w przypadku tego dziwoląga.
Szli sobie spokojnie mijając kolejne drzewo, aż nie usłyszeli odgłosu przypominającego huk, tuż nad nimi. Dało się też usłyszeć szelest liści na gałęzi nagle obciążonej przez człowieka który na niej wylądował. A raczej humanoida, bo to co na niej siedziało miało jedynie posturę homo sapiens. Skóra była w kolorach czerni i czerwieni, wyrastały z niej raz po raz niewielki strużki, macki wierzgające gwałtownie. Zamiast dłoni trzymających gałąź były szponiaste, długie łapska, a zamiast twarzy paskudna, zębata paszcza, nad którą widniały białe jak mleko wielkie oczy wyglądające jak oczy Spider-Mana. Stwór rozwarł szczęki z charakterystycznym sykiem, tworząc grymas obrzydliwego, perwersyjnego uśmiechu.
Biedny?... Jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy! - Zawołał głośno chrapliwym, wysokim głosem, by zaraz się zaśmiać jeszcze głośniej. Był to naprawdę paskudny śmiech. Rechot przywodzący bardziej demona, niż człowieka. Potwora którego jedynym źródłem przyjemności jest śmierć, ból i zniszczenie... Stworzenie jak tylko się zaczęło śmiać, wymierzyło swe łapska w stronę obojga spacerowiczów. Z nadgarstków wystrzeliła "sieć" Carnage'a, a raczej tkanka symbiota która miała schwytać te dwie samotne muszki by ten rzucił nimi w górę...Cletus zawsze lubił bawić się "obiadem".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay



Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Czw Paź 25, 2012 3:44 pm

Morgana skwitowała słowa blondyna jedynie krótkim i subtelnym kiwnięciem głowy, po czym najzupełniej swobodnie i pewnie ujęła go pod ramię. Jej wyraz twarzy nie zmienił się przy tym ani odrobinę - jak gdyby wcale nie pozwoliła sobie właśnie na nawiązanie kontaktu fizycznego z bądź co bądź praktycznie obcą dla niej osobą. Można byłoby się domyślać, że manewr ten przeprowadziła w głównej mierze na pokaz - aby przesłać nieznajomemu mężczyźnie wiadomość, iż posiadają nad nim przewagę liczebną, więc lepiej dla niego będzie, jeśli zrezygnuje z podejmowania względem nich jakichkolwiek agresywnych działań...
To smutne, że tak wiele istot wykazywało kompletny brak instynktu samozachowawczego.
Atakujący nie był nawet na tyle zapobiegliwy, aby podejść ich w ostrożny i cichy sposób. Zamiast tego z hukiem wskoczył na drzewo, do kompletu wywołując także szelest liści oraz ich jakże wymowne opadanie. Spojrzenie czarodziejki odruchowo szybko powędrowało w górę - jeszcze zanim jej umysł zarejestrował co się stało i wyciągnął z owych obserwacji odpowiednie wnioski.
Oczywiście już sam ten daleki skok dowodził, że agresor nie był zwykłym człowiekiem, a jego widok tylko potwierdził to spostrzeżenie. Stwór nie prezentował się zbyt estetycznie, za to na myśl przywodził istnego drapieżnika - wyposażonego w ostre zęby i pazury, w każdym momencie gotowego do rozrywania mniej lub bardziej niewinnych ofiar... Walka z takimi stworzeniami była na szczęście dość prosta. Większe wyzwanie stanowili myślący przeciwnicy - tacy, po których trudno było cokolwiek jednoznacznie stwierdzić. Bestie cechowała przewidywalność.
Pół-Faerie miała wystarczająco dużo czasu, aby uważnie przyjrzeć się cudacznemu napastnikowi, który - zamiast wykorzystać to, co pozostało mu z szybko umykającego efektu zaskoczenia - wolał odczekać jeszcze chwilę, aby przemówić, a następnie poczęstować ich nieprzyjemnym dla ucha dźwiękiem, który siłą rzeczy Morgana zmuszona była uznać za śmiech. Nie było to z jego strony zbyt rozsądne i upewniło kobietę w przekonaniu, że już na wstępie słusznie go oceniła.
Oczywiście taki rozwój wydarzeń był jej o tyle na rękę, że bez problemu zdążyła przygotować się do teleportacji i tuż przed atakiem ze strony potwora przeniosła Helo i siebie dobre pięć metrów dalej - w bezpieczne miejsce. Zaraz potem odsunęła się od blondyna na krok czy dwa i otoczyła ich oboje niemalże przezroczystą sferą o lekko fioletowym zabarwieniu. Przepuszczała ona powietrze i pozwalała na uchodzenie z chronionego przez siebie obszaru, lecz na atak przeprowadzany z zewnątrz zareagować powinna niczym magiczna tarcza - nie tylko blokując cios, ale i odpowiadając na niego wyładowaniem energii mistycznej o znacznej mocy.

// Przepraszam za zwłokę, miałam pewne problemy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Washington Square Park   Today at 4:55 am

Powrót do góry Go down
 
Washington Square Park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 6Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
 Similar topics
-
» Trafalgar Square
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: