Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bryant Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3402
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Bryant Park   Wto Lip 24, 2012 3:06 pm

First topic message reminder :







Prywatnie zarządzany park publiczny w Midtown Manhattan. Od wschodu przylega do niego New York Public Library, tworząc pewnego rodzaju ścianę i umożliwiając wejście do parku jedynie od strony Sixth Avenue. W tej okolicy przestępczość jest minimalna, co czyni park idealnym miejscem odpoczynku dla porządnych obywateli. Bryant Park posiada czytelnię na otwartym powietrzu, w której odbywają się eventy literackie, a także piękną fontannę i karuzelę. Funkcjonują tu również Bryant Park Grill, Bryant Park Cafe i cztery sklepiki. Park oferuje darmowe wi-fi.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com

AutorWiadomość
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3402
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pią Paź 11, 2013 2:35 pm

Jasność panująca po drugiej stronie uszkodzonej ściany sprawiła, że po przekroczeniu wyrwy cała trójka przez chwilę nie mogła praktycznie nic dojrzeć. Oczy musiały przyzwyczaić się do rażącego światła, lecz przez ten czas pozostałe zmysły ze wzmożonym entuzjazmem odbierały przypadające im bodźce zewnętrzne. Przede wszystkim - chłód. Na zewnątrz było przynajmniej ładnych kilka stopni mniej, aniżeli w sztucznym środowisku, które grupa dopiero co opuściła. Może i nie na tyle, by wywołać dreszcze - ale z pewnością nie było to przyjemne. W porównaniu z doznaniami zapachowymi charakterystycznymi dla dżungli, teraz receptory węchu przeżywały wielkie rozczarowanie; nowa lokacja nie podsuwała im zbyt wiele materiału do pracy. Najciekawsze jednak były w tym wszystkim dźwięki - do tej pory tłumione - które dosłownie eksplodowały po opuszczeniu bariery. Składały się na nie w głównej mierze głosy wielu istot, dobiegające z odległości przynajmniej kilkunastu metrów, lecz w tle słychać było... Najwyraźniej jakieś instrumenty? Pośród nich rozpoznać dało się bębny i chyba trąbkę, lecz zlewające się z nimi krzyki i szum rozmów wcale, a wcale nie ułatwiały sprawy.
Stopniowo ostre światło przestawało przeszkadzać w wyraźnym widzeniu i członkom grupy udało się zorientować w jego źródle - a stanowiły je mianowicie rozwieszone rzędem reflektory... Z braku lepszego słowa. Miały nieco dziwny, futurystyczny kształt, lecz sądząc z pełnionej funkcji - to musiały być reflektory, prawda? Zresztą akurat one stanowiły najmniejszy problem i zarazem jedynie szczegół, biorąc pod uwagę całą resztę ogromnego pomieszczenia, w którym znaleźli się niefortunni - i przymusowi - podróżnicy.
Przede wszystkim cała sala mieściła się pod niezwykle wysoką kopułą i zbudowana została na planie koła lub może bardzo delikatnej elipsy; przy tych rozmiarach trudno byłoby to określić na pierwszy rzut oka. Wzdłuż jej ścian ciągnęły się trybuny; składało się na nie niezwykle wiele rzędów odpowiednio wygiętych ławek, przerwanych tylko w jednym miejscu - aby utworzyć lukę dla podwyższenia, na którym zorganizowano wygodne i skomplikowane siedzisko dla jakiejś najwyraźniej bardzo ważnej osoby. Zajmująca je istota skłaniała się ku humanoidalnym kształtom, lecz jednak jej budowa ciała znacząco odbiegała od ludzkiej. Była większa, w pewnym stopniu masywniejsza, a jej czerwonawa skóra przechodziła płynnie w zrogowaciałe płytki, które na łbie nasuwały się na siebie tworząc coś, co można byłoby pewnie uznać za odpowiednik włosów. Określanie płci obcego gatunku bywało ryzykowne, lecz w kategoriach ziemskich - byłby to raczej mężczyzna, aniżeli kobieta, nawet jeśli noszony przez niego strój skutecznie maskował wiele szczegółów - stanowiąc coś na kształt zaawansowanej technologicznie zbroi. Więcej podobnych mu stworzeń stacjonowało u podnóża schodów, które prowadziły do jego stanowiska oraz tuż obok jego "tronu", a także w wielu miejscach przy trybunach. Na samych ławkach z kolei - choć ta rasa wyraźnie dominowała - zdarzały się również istoty obdarzone innym wyglądem.
Na środku olbrzymiej sali natomiast znajdował się mniej więcej okrągły obszar, połączony z resztą pomieszczenia czterema przejściami - oddalonymi od siebie na równe odległości. Większość jego terenu zajmowała spora czasza, którą opuścili właśnie Toxin, Spider-Man i Kleiser - oraz siłą rzeczy nieprzytomna Abigail; mimo wszystko z zewnątrz wydawała się ona o wiele mniejsza - a może było to tylko złudzenie? Trudno orzec. Grunt, że pod tą swego rodzaju areną panowała ciemność; platforma najwyraźniej zawieszona została na sporej wysokości.
Wydostanie się grupy z kopuły wywołało wśród obserwujących całą gamę różnych emocji, pośród których najczęstszą było jednak podekscytowanie. Widzowie na trybunach byli zaskoczeni i zaciekawieni - i otwarcie dawali temu upust w ten charakterystyczny i typowy sposób, który rozpoznać można było nawet bez znajomości ich języka. Strażnicy z kolei mieli się na baczności; zachowywali spokój i z uwagą przyglądali się całej trójce, lecz jeszcze w żaden sposób nie reagowali. Właściwie najbardziej intrygujące było z tego wszystkiego zachowanie osobnika siedzącego na podwyższeniu - oraz istoty stojącej tuż obok niego, trzymającej nad dłonią coś na kształt holograficznej kuli. Sądząc ze smuklejszej budowy jej ciała, mogła - choć nie musiała - być rodzaju żeńskiego. Pochylała się nieco, by móc przemawiać cicho przy uchu - no właśnie, kogo? Króla, generała, ogólnie pojętego przywódcy? Ten z kolei wpatrywał się z namysłem w przymusowych "gości"; słuchał, lecz sam milczał.
W końcu nieznacznie kiwnął głową.
Jego doradca - jakiej płci by nie był - od razu się wyprostował i wsunął wolną dłoń w lewitującą przed sobą sferę. Ta rozszerzyła się nieco, jak gdyby robiła w swym wnętrzu miejsce dla jego ręki, a następnie zaświeciła nieco jaśniej. Reakcja była natychmiastowa - książki posiadane przez Pająka, Toxina i Kleisera zmaterializowały się przed nimi, szybko i płynnie przechodząc w swoje holograficzne odpowiedniki, po czym uformowały kule.
-Jego Wysokość jest zadowolony- głos doradcy również nie zdradzał o nim zbyt wiele, zarówno pod względem płci, jak i emocji. Był spokojny, zrównoważony, zaś zwrot "Jego Wysokość" - odpowiednio pełen szacunku. Nie to stanowiło jednak najciekawszy element jego wypowiedzi; otóż słowa istoty rozeszły się po pomieszczeniu podwójnie: najpierw w jego rodzimym języku, a następnie - ciszej - po angielsku, dochodząc z eks-książek, które najwyraźniej posiadały teraz także funkcję translatora.
-Stanowiliście dlań godziwą rozrywkę, a my szanujemy rasy, które potrafią przeżyć w walce... I zarazem zachować twarz- kontynuował ów osobnik tym samym tonem, pochylając przy tym lekko głowę, jak gdyby w ten sposób sygnalizował swoje uznanie wobec faktu, że grupka w ogóle przetrwała przygotowane dla niej wyzwania.
-W związku z tym Jego Królewska Mość postanowił wspaniałomyślnie i łaskawie wstrzymać się z przeprowadzaniem inwazji na waszą planetę... Do czasu następnej Próby- prawdę mówiąc zabrzmiało to bardziej jak: do momentu, gdy osłabnie wasza obrona, lecz w takiej sytuacji kto by się czepiał detali? Szczególnie, że doradca poruszył właśnie palcami, na co jego sfera odpowiedziała pulsującym światłem, a następnie posłała wiązkę energii ku platformie, na której przebywała grupka. Promień trafił w punkt na podłodze tuż za trójką, a następnie "poderwał się" w górę, tworząc jaśniejący portal, za którym jednak nie było nic widać.

***

No dobrze, przyznaję, że miało to wyglądać inaczej, ale raz, że dwóch graczy się wykruszyło z misji, a dwa, że ogólnie szło nam to wszystkim bardzo powoli - więc uznałem, że lepiej zmodyfikować to zadanie, skrócić je i już Was z niego wypuścić. Po przejściu przez portal czeka Was ostatnie - krótkie - mg z sytuacją po drugiej stronie... I to będzie już wszystko.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Spider-Man

avatar

Liczba postów : 251
Data dołączenia : 20/07/2012

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sro Paź 16, 2013 7:33 pm

Nie wiedząc, czy miejsce po drugiej stronie okaże się być w końcu starym, dobrym Nowym Jorkiem, czy też kolejną dziwną krainą, Spidey wylądował twardo na ziemi. Ledwo cokolwiek widział, do jego uszu też nie dobiegał żaden dźwięk. Czyżby jednak umarł? Owszem, to się mogło zdarzyć, często się na to nawet przygotowywał, był tego bliski, ale świadomość bycia martwym zdawała się być mimo to obca. Zaraz, zaraz… Świadomość? Ale jak to? Czyżby niebo? Pod nosem zaczął sobie nucić Stairway to heaven… A potem wszystkie prowadzone rozmowy uderzyły go sprawiając, że urwał piosenkę gdzieś pomiędzy With a word she can get a what she came for. Oczy wciąż miał lekko zmrużone. W końcu otworzył je szerzej, gdy światło przestało wywoływać w jego odczuciu coś na kształt igiełek wbijających się w gałki.
- Hm, to chyba nie tak powinno wyglądać.
Zaczynał mieć już dość pajęczego instynktu, który go nie opuszczał, ale nie mógł go ot tak wyłączyć. Na wszelki wypadek przybrał pozycję obronną i sprawdził, jak tam jego magazynki z pajęczyną. Drgnął, gdy przemówił jeden z kosmitów, najwyraźniej sługa siedzącego na podwyższeniu osobnika – jak się okazało, władcy. Pająk był zaskoczony, ale z drugiej strony, co chwila pojawiało się w nim uczucie deja vu. Przeklęte książki okazały się wreszcie na coś przydatne, bowiem pomagały przybyszom zrozumieć to, co mieli do przekazania miejscowi. W Peterze narodził się swego rodzaju bunt, nie lubił być dla kogoś zabaweczką i to taką, którą można bezpowrotnie zniszczyć. Przeszli przez to wszystko tylko po to, by jakaś dziwna rasa dostała nieco rozrywki? Ach, zapomniałby, w swej łaskawości nie przeprowadzi też ataku na Ziemię. A to oryginalne. Koleś, wymyśl coś nowego, pomyślał…
- On nam chyba grozi – burknął do stojących obok towarzyszy i skrzyżował ręce na torsie.
Chciał dodać coś jeszcze, ale w tym samym momencie, tuż za nimi, pojawił się kolejny portal. Chyba właśnie w ten sposób mieli wrócić do domu? Parker starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów tego miejsca i jego mieszkańców, a nuż będzie mu się to mogło do czegoś przydać? Zaczął szykować się do skoku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Herr Kleiser

avatar

Liczba postów : 146
Data dołączenia : 04/07/2012

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pią Lis 01, 2013 2:07 am

Scheiße, druga warstwa powiek go zawiodła. Nawet rasowe cechy nie mogły ochronić jego zmysłów przed silnym natężeniem światła, ale na szczęście doznane oszołomienie minęło i zdążył przywyknąć do nowych warunków panujących poza sztucznym biosystemem. Rozejrzał się badawczo po sali, doszukując się w niej groźnie wyglądającej aparatur badawczych, ale okazało się, że zamiast w laboratorium, wraz z towarzyszami znaleźli się na czymś, co można było określić mianem areny. Trybuna z widzami i oni na środku sceny w roli galaktycznych gladiatorów. Wybornie, przynajmniej nikt spośród zebranych nie chciał ich rozkroić i sprawdzić co mają w środku, chyba że autopsja jest planowana dopiero później, po tym jak ich wytrują bliżej nieznaną toksyną. Tak czy inaczej miał mieszane uczucia co do obecnej sytuacji, praktycznie znajdywali się w szachu, żadnej drogi ucieczki, byli zdani na łaskę i niełaskę obcej cywilizacji, co mu szczególnie się nie podobało. Od samego początku byli monitorowani, wystawiani na próbę, tylko po to, żeby opóźnić termin inwazji na Ziemie? Phi, też nagroda, zresztą czy to nie jest trochę dziwne, że każda kosmiczna rasa, z którą ludzkość ma pośrednią/bezpośrednią styczność, chce ich podbić i zniewolić? Przejąć zasoby surowców, poszerzyć zakres terytorialny w galaktyce. Sam był wysłany z misją infiltracji systemów obronnych planety i wiadomo jak to się skończyło dla całej floty. Maleńka planetka na peryferiach Drogi Mlecznej, ale każdy jej pragnie, każde gwiezdne mocarstwo chce nią władać, mieć ją w posiadaniu. Ale mieszkańcy Ziemi skutecznie się bronią. No cóż, w ramach rady mógłby powiedzieć Władcy, żeby dali sobie spokój z jakąkolwiek inwazją, ale niech przekonają się o tym na własnych stratach, jakim bezcelowym przedsięwzięciem jest atak na Ziemie. Niech tamtejsi herosi rozgromią ich siły, wtedy to on będzie miał zapewnioną rozrywkę pierwszej klasy. Między czasie powrócił do swojej ludzkiej formy, pochłoną nadmiar biomasy, a nieprzytomną samice oswobodził ze swoich trzewi. Przeczuwając że był to już koniec... ich własny, albo tylko tej szalonej przygody, to jeszcze się okażę... nie musiał już zapewniać Abi ochrony, już żaden wielgachny kotowaty, albo gorylowaty im nie zagrażał. Po przybraniu humanoidalnych kształtów, włożył na siebie odzienie, które taszczył przed każdą zmianą lokalizacji, lekko ubabrane jego własnym śluzem, ale przynajmniej płaszczyk pełnił swoją funkcję, zakrywając co trzeba. Konwersacja z obcą rasą nie trwała zbyt długo, równie dobrze mogli pominąć ten element i od razu ich przenieść gdziekolwiek, ale czego to się nie robi dla formalności? Mieli to co chcieli, rozrywkowe widowisko oraz wyniki przeprowadzonych badań, które mogą, albo i nie, okazać się przydatne, gdyby jednak przystąpili do realizacji planów inwazji. Jeśli nie byli im już do niczego potrzebni, to albo się ich pozbędą, albo odeślą na Ziemie po wcześniejszym czyszczeniu pamięci. W tej kwestii nie mieli nic do powiedzenia, poprawił krawacik, żeby godnie się prezentować i cierpliwie czekał na to, co spotka ich po drugiej stronie portalu.
- Jak uważacie, co może znajdować się za portalem? "Dom", czy zimna pustka kosmicznej próżni? - Nie krzyczał, nie panikował, tylko cicho westchną, przygotowując się na nieznane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Toxin

avatar

Liczba postów : 71
Data dołączenia : 26/07/2012

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pią Lis 01, 2013 11:51 am

Portal miał zabrać ich do domu, lecz tak się nie stało. Trafili na arenę, którą przypominała rzymskie koloseum. Zdawało się, że czeka ich następna próba, tym razem zamiast walki prawdopodobnie będą musieli zmierzyć z prawdziwymi wojownikami. Niemniej tak się nie stało. Władca podjął inną decyzję darując im życie. Sekretne wojna, w której wzięli niespodziewanie ocaliła ich własny świat. Nikt się o tym nie dowie, ale ta trójka przypadkowych ludzi zdołała tego dokonać. Wydawało się to wręcz niemożliwe. Ta cała sytuacja, ich spekulacje i domysły, czy na prawdę wszystko co do tej pory ich spotkało, było tylko i wyłącznie próbą, zabawą, grą dla uciechy turystów z innej planety? Czy ludzka rasa dla wszechświata jest tak nieznacząca, że traktują nas jak zgraję mrówek, które można przypalać szkłem powiększającym. Odezwać się, czy milczeć. Toxin nie sugerował niczego, prawdopodobnie było to dla niego równie wielkim zaskoczeniem co dla całej trójki.
Ujawnił się przed nimi portal, a cała trójka wymieniła niepewne spojrzenia.
- Oni puszczają nas wolno - odparł na słowa Petera. - Czy mamy inny wybór, jak tylko przejść przez ten portal? Wolałbym nie zaglądać darowanemu koniowi w zęby.
Nie miał pewności co znajdą po drugiej stronie. Jeśli traktują ich tak protekcjonalnie jak uważał, równie dobrze po drugiej stronie może czekać na nich druga próba, a wszyscy tu zebrani rykną śmiechem, że udało im się nas oszukać. Liczył jednak, że tym razem trafią do domu. Czuł jak komórki symbionta zaciskając się, impulsy elektryczne wywołują spięcie mięśni, gdy ten wykonał pierwszy krok w stronę portalu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3402
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sob Lis 02, 2013 3:40 pm

Gdy grupka ruszyła w stronę portalu, ich byłe książki - a obecnie holograficzne sfery - zamigotały, by zaraz potem powędrować w pobliże siedzącego na tronie kosmity. Znając teraz ich naturę, a przynajmniej wiedząc na jej temat nieco więcej, łatwiej można było zrozumieć jakim cudem wcześniej znikały i pojawiały się tam, gdzie były akurat "potrzebne".
Przekroczenie jakże niepewnego przejścia przypominało przespacerowanie się pod strumieniem zimnej wody - jeśli odjąć od tego faktyczną wilgoć, a pozostawić samo jej odczucie, bo oczywiście po wydostaniu się na drugą stronę każdy zainteresowany był suchy... Cóż, jeśli nie liczyć śluzu w przypadku Kleisera, ten jednak miał inne pochodzenie, a więc nie liczył się w ogólnym rozrachunku.
O dziwo portal rzeczywiście przeniósł grupkę do parku, z którego uprzednio została ona... Właściwie poniekąd porwana. Wszystko wskazywało na to, iż obszar ten nie tylko nie został zniszczony, ale nawet uszkodzony podczas przeprowadzanej na nim walki; jedyną wyraźną zmianą była tak naprawdę pora dnia, gdyż w tej chwili było już ciemno i w parku praktycznie nikt nie przebywał - jeśli nie liczyć paru kręcących się w pewnym oddaleniu niedobitków.

***

Tak tylko w kwestii technicznej - jako że misja trwała tak długo, to zakładamy po prostu, że przeniesienie Was z powrotem na teren parku miało miejsce jeszcze przed zablokowaniem możliwości podróżowania między Ziemią i innymi planetami. Innymi słowy wszystko jest pod tym względem z porządku.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Herr Kleiser

avatar

Liczba postów : 146
Data dołączenia : 04/07/2012

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Nie Lis 03, 2013 2:14 am

Czy to był rzeczywisty koniec tego zawiłego rozdziału w ich życiu, czy tylko zgubna iluzja, która miała jedynie na celu wzbudzić fałszywe poczucie bezpieczeństwa? Wszystko wydawało się realne, obrazy, dźwięki, zapachy, nic nie wskazywało na to, że ich zmysły były bezkarnie mamione obcą technologią. Wrócili do tego nieszczęsnego parku, w którym wszystko się zaczęło, godzinne wzmagania z wystawionymi do walkami oponentami, tyle że brakowało jakichkolwiek śladów dokonanych starć. Żadnych kraterów po eksplozjach, kompletnie żadnych zniszczeń. Pewnie dałoby rade to wszystko wytłumaczyć w jakiś racjonalny, naukowy sposób, tyle że nie miał już ochoty na kolejne rozmyślania, wyciąganie własnych hipotez o kieszonkowych wymiarach. Było minęło, razem z pozostałymi towarzyszami przeżyli ekscytującą przygodę, do tego poznali kolejną pozaziemską cywilizacje, która ostrzy zęby na błękitną planetę. Doprawdy, Ziemia przyciąga zbyt wiele uwagi. Rzecz jasna nikt o tym się nie dowie, nie dysponowali żadnymi dowodami, że gdzieś, w odległych systemach gwiezdnych, albo w zupełnie innym wymiarze, szykuje się wroga armada. No cóż, skoro bezproblemowo odesłali ich do "domu", to może dotrzymają słowo w kwestii wstrzymania inwazji na Ziemie? Nigdy nie można być niczego pewnym. Skoro był to już koniec, to chyba czas najwyższy powrócić do własnych spraw, kontynuować codzienne życie w punkcie, gdzie zostało ono przerwane z powodu ostatnich zdarzeń. Ciekawe gdzie jego owczarki-chitauri się zapodziały?
- No cóż moi drodzy, to byłby już koniec naszej wspólnej podróży. Może znów przyjdzie nam się spotkać, za sprawą kolejnych tajemniczych podarunków, ale póki co, aufidersen. - Odszedł, tak po prostu, nie roztkliwiając się nad chwilą rozstania, wykonał jeszcze dość charakterystyczny gest prawą ręką w ramach pożegnania. Mianowicie uniósł ją do góry z rozprostowanymi palcami, zgiętą w łokciu pod kątem prostym, jak to czynił Führer w Niemieckich kronikach filmowych, z czasów wojny. Już nic go nie zmuszało do przedłużenia współpracy z Nowojorskimi "bohaterami", więc przestał się przejmować losem swoich byłych towarzyszy, nawet nieprzytomna Abi była dla niego już obojętna. Prędzej czy później ktoś udzieli jej pomocy, gdyby nadal nie odzyskałaby przytomności.

(z/t)

//Ach, w końcu misja Cavē doczekała się szczęśliwego zakończenia xD Dwóch użytkowników przepadło, akcja trochę zwlekała, ale tak czy inaczej fajnie było! Brawo za wytrwałość, że mieliście jeszcze ochotę odpisywać, no i szczególne podziękowania należą się Lokiemu. Za to, że poprowadził całą sesję od początku do końca jak trzeba, dostarczając nam kolejnych wrażeń i trzymając w napięciu.//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Varcer

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sro Maj 24, 2017 8:17 pm

Ponownie znaleźli się w parku, jednak tym razem nie był to ten sam. Bryant Park to zupełnie inne okolice. Niska przestępczość, przyjazna afmosfera, świeże powietrze i spokój przyciągnęły do parku bardzo nietypowych gości. Wśród sylwetek zwiedzających dało się ujrzeć dwie gadzie postacie, które jednak starały się nie zwracać na siebie szczególnej uwagi. Chris i Richard właśnie przemierzali kolejne wyznaczone ścieżki bez większego celu. Przechadzka jak każda inna, choć to właśnie od tej pory mieli zacząć kierować się innymi zasadami niż dotychczas. Jedną z nich była właśnie anonimowość. Wyglądu nie sposób ukryć, lecz informacje o sobie owszem. Czy to oznacza, że chodzili gdzieś w cieniu, z dala od turystów? Nie, nadal stanowili ich część. Jedynie wyglądem różnili się od innych ludzi, ale zachowywali się tak samo jak oni. W końcu podobno tamci przywykli do obecności dziwnych istot, więc nie uciekali od mężczyzn z krzykiem i nie wzywali jakiegoś wojska, dopóki faktycznie dobrze się sprawowali - a tak właśnie było. Byli tu od blisko godziny i jak dotąd nic się nie działo.
 Chris tymczasem szedł wpatrzony w swój telefon, prawdopodobnie pisząc z jakąś dziewczyną, sądząc po szerokim i pełnym dumy uśmiechu na twarzy. Może taki sposób podrywu przerodzi się potem w jakąś znacznie bliższą znajomość? Zapewne reptilianin właśnie na to liczył.
Rick znajdował się tuż obok, dlatego też nie marnował czasu na niepotrzebne siedzienie przy telefonie i tym samym ignorowanie przyjaciela. Schował telefon do kieszeni i spojrzał na mutanta, uprzednio spoglądając na okazałą koronę drzewa pod którą obecnie przechodzili.
- Dziwnie tak znowu wyjść po tym wszystkim. Mam deja vu. - powiedział, wkładając ręce do kieszeni spodni i wciąż idąc przed siebie. Nie, żeby źle się z tym czuł, ale mimo własnych oczekiwań trudno było mu wrócić do normalnych zajęć. Dopiero pewna raptowna myśl pomogła rozluźnić się Chrisowi.
- Chwila, miałem załatwić dla ciebie hot-doga, pamiętasz? - spytał, rozglądając się po okolicy. W rzeczywistości sprytnie ukrył fakt, że to on sam nabrał ochoty na przekąskę, kiedy dotarł do niego kuszący zapach ze stoiska nieopodal.
- Zajmij jakieś miejsca, zaraz wrócę. - polecił, wskazując palcem krzesła, znajdujące się tuż pod rozłożonym zielonym parasolem. Sam za to żwawym truchtem ruszył w przeciwnym kierunku, znikając mutantowi z oczu.
- Dwa hot-dogi, proszę. - powiedział jeszcze, zanim zatrzymał się przed budką. Nie uniknął dziwnego spojrzenia ze strony starszego mężczyzny za ladą, który od razu zorientował się, że coś jest z Chrisem nie tak.
- Jestem chory. - rzucił typową wymówką gad, jakkolwiek bezsensowne by to nie było. Brodacz zerknął na niego z ukosa i niepewnie przyjął rzuconą przed sobą gotówkę, jakby bojąc się jej dotknąć. Łuskowaty zapłacił więcej niż powinien, lecz zrobił to specjalnie. Nie musiał też długo czekać na zamówienie.
- Idź już, straszysz mi klientów. - mruknął mężczyzna, pospiesznie przeganiając reptilianina swoimi rękoma. Chris nie przejął się i zgarnął posiłek, opuszczając stoisko. Nie był tylko pewien czy Rick wolał ketchup czy musztardę, ale grunt, że jest żarcie.
 Zmierzał w kierunku stolika, lecz pech chciał, aby dokładnie w tym samym czasie jedno z bawiących się w berka dzieci wpadło prosto na niego. Reptilianin prawie tego nie odczuł, jednak jego bluza już owszem, ponieważ była ubrudzona musztardą. Dziecko szybko pobiegło bawić się dalej, nawet nie orientując się, co zrobiło.
- No ej. To moja ulubiona. - zawołał za dzieciakiem, choć niespecjalnie przejął się tym małym wypadkiem. To tylko dzieci a on miał do nich anielską cierpliwość. Wrócił do przyjaciela i wręczył do rąk przekąskę. Być może widział całe zajście lub też nie.
- Zadanie wykonane. - oświadczył z dumą, zerkając po chwili na plamę. Westchnął, ulatniając z siebie cały entuzjazm.
- Tylko jeszcze to ogarnę. Możesz zacząć jeść beze mnie. - dodał, kładąc hot-doga naprzeciwko swojego krzesełka i ponownie odchodząc od stolika i zastanawiając się, gdzie ten brud zmyje. Wybór padł na fontannę, którą mijali jakiś czas temu. To kawałek drogi, ale nie mógł przecież chodzić w takiej bluzie. Co z tego, że już i tak była cała w dziurach. Miał w szafie masę ubrań, lecz uparcie nosił zawsze te same. Mało kto mógłby przez to uwierzyć, że jego rodzice posiadają spory majątek.
 Gdy znalazł się u celu, starannie zmył wodą plamę ze swojego ubioru. Odnosił przy tym wrażenie, że patrzy na niego cały park. Super... Mruknął coś pod nosem, zaglądając do fontanny i odnajdując wzrokiem parę miedziaków. Ludzie chyba nadal wierzyli, że wrzucenie do niej pieniędzy przyniesie im szczęście. Reptilianin wyciągnął z wody monetę, przyglądając jej się uważnie. Nie było to zbyt odpowiednie zachowanie, ale kto to wytłumaczy kosmicie?
- Czad... - wyszeptał, patrząc na połyskujący w słońcu przedmiot.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Gwen Stacy

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 03/04/2016

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sro Maj 24, 2017 10:00 pm

Każda Gwen Stacy była kujonem.
Trwały wakacje, a podróżniczka po multiwersach spędzała większość swojego czasu na uczelni. Właśnie wracała z dodatkowych laboratoriów biochemicznych. Uwielbiała Uniwersytet Empire State. Początkowo napotkała trudności z zapisaniem się na lekcje. Nie miała też żadnego źródła dochodów, a w dodatku musiała gdzieś się zatrzymać. Na szczęście była mądrą dziewczyną. Nie ważne, w jakim uniwersum się znajdowała – każdy świat stawał przed nią otworem, tylko musiała użyć swojego pomyślunku. Znalazła dorywczą pracę, pokazała, że warto ją przyjąć na uczelnię, zdobyła oficjalne i legalne (!) papiery, by móc być mieszkanką Nowego Yorku. Czego chcieć więcej? Musiała znaleźć kogoś, kto pomoże jej w naprawieniu zegarka. Jak na razie miała na swojej liście największe mózgi, między innymi Tony’ego Starka i Reeda Richardsa. Zastanawiała się, jak może skontaktować się z tutejszą Janet van Dyne, która wynalazła jej Web-Shootery. Oczywiście nie zapomniała o Peterze Parkerze. On mógł też jej pomóc w powrocie, przecież nie pierwszy raz zdarzało się jej podróżować między światami.
Wróćmy jednak do Gwen i akcji. Wracała z uczelni bardzo zadowolona z siebie. Chciało się jej śpiewać oraz tańczyć. Na uszach miała słuchawki, z których dobiegał słodki głosik Taylor Swift. Stacy uwielbiała piosenki o miłości. Choć jej Peter już nie żył, wierzyła, że gdzieś tam czeka na nią inna historia miłosna (co nie znaczy, że gdy sobie o nim przypomniała, nie zalewała się łzami). Na sobie miała ciemne legginsy oraz białą, wizytową koszulę. Nie potrzebowała obcasów, dlatego założyła czarne baleriny. Na ramieniu kołysała się torebka w kolorze piaskowym. Może wyglądała na mało pojemną, ale Gwen zdołała do niej upchnąć swój kostium oraz klucze do wynajmowanego mieszkania. Nigdy nie wiedziała, kiedy powinna być przygotowana. Włosy miała spięte w kucyk, a grzywkę podtrzymywała w miejscu czarną, grubą opaską.
- Now I'm standing alone in a crowded room, and we're not speaking, and I'm dying to know is it killing you like its killing me, yeah, I don't know what to say since the twist of fate when it all broke down- podśpiewywała sobie pod nosem, zupełnie nie przejmując się otoczeniem. Tuż obok niej biegały dzieciaki, wesoło krzycząc i przedrzeźniając się. Gwen za to czuła się jak bohaterka musicalu. Wymijała tanecznym krokiem małych obywateli Nowego Yorku. Przez tę chwilę nie miała żadnych zmartwień, które zmąciłyby jej śliczną główkę. Istniała tylko muzyka, ona i piękna przyroda.
Zawsze skręcała w uliczkę, która doprowadzała ją do fontanny. Później musiała skręcić w lewo i po dziesięciu minutach była wreszcie w domu. Choć wciąż szła rozmarzona, robiąc co jakiś czas piruety (naprawdę), nie pomyliła drogi. Powinna potem podziękować komuś za dobry zmysł orientacji, a także pajęczemu zmysłowi (chociaż on wcale tak nie działał).
Tutaj musimy na chwilę zwolnić. Tym razem pajęczy zmysł okazał się zawodny i nie ostrzegł ją przed centralnym wejściem w jaszczura. Była tak tą sytuacją zdziwiona, że nawet nie zauważyła, gdy jedna słuchawka wypadła jej z ucha.
Spojrzała na chłopaka, a potem na playlistę wyświetlaną na ekranie jej telefonu. Taylor Swift śpiewała teraz o tym, że czuje się, jakby miała dwadzieścia dwa lata i razem z nową miłością zapomniała o wszystkich terminach, które za nią się ciągną. Niezbyt dobrze dobrana piosenka. Naprawdę.
Zaczęła krzyczeć przerażona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Varcer

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pią Maj 26, 2017 8:26 pm

Przyglądał się monecie jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu schował ją dyskretnie do kieszeni. Ludzie bywali dziwni. Bardzo dziwni, skoro wyrzucali całkiem dobre pieniążki. Chris nie widział problemu w tym, że zaopiekuje się jednym miedziakiem czy dwoma. Na pewno zrobi z nich większy pożytek niż ich poprzedni właściciele.
 Niemniej jednak zamierzał pochwalić się znaleziskiem Rickowi. Jaszczur był w stu procentach przekonany, że mutant jeszcze czegoś takiego nie widział. Spojrzał jeszcze raz na niespokojną taflę wody, widząc w niej swoje niewyraźne odbicie, którego wcześniej nie zauważył. Wpatrywał się w lustro jak zaczarowany, po czym delikatnie zanurzył palce w wodzie, próbując je dotknąć. Jak można było się domyślić, odbicie prędko zniekształciło się jeszcze bardziej, a reptilianin się ocknął, mrugając kilka razy i potrząsając głową. Nie było w tym nic dziwnego, Chris często reagował w dziwny sposób na lustrzane powierzchnie. Czasem agresywnie, czasem z zainteresowaniem a czasem nie reagował wcale. Nie sposób było go tego oduczyć.
 Wstał powoli, otrzepując ubranie z niewidzialnego brudu. Rozejrzał się dookoła, próbując przypomnieć sobie ścieżkę, którą tu przyszedł i którą też wróci do przyjaciela. Gdy mu się to udało, odwrócił się śmiało o 180 stopni i właśnie wtedy z czymś się zderzył. A raczej z kimś...
Szybko złapał równowagę, choć nie było to takie konieczne, a jego gadzie ślepia od razu spoczeły na twarzy przypadkowo napotkanej dziewczyny. Zmarszczył nieznacznie brwi - bardziej z zaskoczenia niż zdenerwowania, i w sumie tyle zdążył zrobić, nim kobieta zaczęła krzyczeć. Reptilianin wzdrygnął się cały i sam wydał z siebie krótki wrzask. Tyle, że dziewczyna ani przez chwilę się nie uspokoiła, zwracając uwagę zaskoczonych turystów swoim przerażonym głosem. To właśnie na nią ludzie patrzyli, a nie na samego Chrisa, który był kompletnie zdezorientowany i nie wiedział, co zrobić ani jak zareagować.
- Ej, ej! Jest dobrze! Uspokój się! - wyjąkał, unosząc ręce na wysokości ramion. Chaotycznym wzrokiem obejrzał się za przechodniami, którzy patrzyli na nich (bardziej na Gwen) jak na wariatów, choć pewnie i znaleźli się tacy, którzy obwinili jaszczura o wyrządzenie blondynce jakieś krzywdy.
Chris nagle położył dłonie na ramionach nieznajomej, próbując ją w jakikolwiek sposób uspokoić, zanim ktokolwiek postanowi interweniować. Mogło to mieć jednak odwrotny skutek, ponieważ reptilianin się zapominał i nie zwrócił uwagi na to, że to nie jest żadna znajoma, a ktoś zupełnie obcy. Dziewczyna mogła przez to zupełnie inaczej ten gest odebrać.
- Przestań już. Jest okej! Nic ci nie zrobię! - powtarzał spanikowany, nie wiedząc jak dobrać słowa.
 Cholera jasna, pierwszy raz ktoś tak intensywnie zareagował na jego wygląd i to bez żadnego uprzedzenia. Christopher musiał działać szybko, aby zapobiec wszelkim komplikacjom, przez co sporo ryzykował. Wzrok gapiów wcale im nie pomagał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Richard Brook

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sob Maj 27, 2017 12:27 pm

Szedł tuż za Chrisem, kątem oka obserwując jego poczynania. Spodziewał się, że przyjaciel może być trochę przygnębiony, że obietnica zbytnio go przytłoczyła, ale mylił się. Nie było widać po nim żadnego zmartwienia, co było pocieszające, oczywiście o ile zastosuje się do obietnicy. Nic nie wskazywało na to, że zaledwie godzinę czy dwie wcześniej przeprowadzili ze sobą bolesną i nieprzyjemną rozmowę.
Rick postanowił naśladować reptilianina i też starać się wyluzować, choć gdzieś z tyłu głowy wciąż kłębiły się nieprzyjemne myśli, które teraz próbował odgonić. Były to głównie wątpliwości, ale w końcu te nigdy go nie opuszczały, więc w ostateczności mógł się pogodzić z ich istnieniem. Przede wszystkim starał się ignorować potencjalne krzywe spojrzenia, co na początku sprawiło mu niemały trud. W każdym zwiedzającym, którego mijali, doszukiwał się bandyty, złodzieja czy innego potencjalnego napastnika. Dopiero po jakimś czasie wmówił sobie, że przecież w tym parku nic im nie grozi. Celowo wybrali miejsce, które znane jest z niskiej przestępczości.
Widząc szeroki uśmiech na obliczu przyjaciela, Richard zerknął ukradkiem na wyświetlacz jego telefonu, ale w tym samym momencie Chris schował go do kieszeni. Rick odwrócił wzrok, rozczarowany tym, że nie udało mu się zaspokoić ciekawości. Na pewno nie pisał z ojcem, więc obstawiał jakąś dziewczynę. Raczej nie pokazał jej jeszcze swojego zdjęcia, bo przecież dalej pisali. Żadna zdrowa na umyśle dziewczyna nie umówiłaby się z chłopakiem, który wygląda jak zbieg ze schroniska. Pewnie dlatego też sam się tym nie interesował, wiedział w końcu, jakie spojrzenia na siebie ściąga. Zresztą jakoś nic go do tego nie pchało, czego nie potrafił do końca wyjaśnić.
Schował ręce do kieszeni i przytaknął słowom przyjaciela, jednak nie odezwał się. Przynajmniej do czasu, aż ten wspomniał o hot-dogu.
- Dalej o tym pamiętasz? - zaśmiał się cicho. Wprawdzie nie spodziewał się, by Chris miał pamięć do tak nieistotnych rzeczy, ale nie mógł ukryć, że poprawiło mu to humor. Nie sama wizja hot-doga, a fakt, że jego przyjaciel nie wyrzuca z myśli poprzedniej wizyty w parku. Możliwe więc, stara się uniknąć czegokolwiek, co mogłoby doprowadzić do sytuacji podobnej do tamtego napadu, do którego doszło tuż po przechadzce po tamtym właśnie parku. Oby tak było.
Zajął miejsce, o co prosił go Chris, odprowadził go wzrokiem i cierpliwie czekał na jego powrót, rozglądając się dookoła.
Przy stoliku obok siedziała jakaś para z dzieckiem, które wpatrywało się w mutanta z ciekawością w oczach. Rick uśmiechnął się lekko, co dzieciak odwzajemnił tuż potem. Jego rodzice albo tego nie widzieli, albo celowo nie zwracali na to uwagi. Chociaż tyle, zwykle podobne sytuacje kończyły się zabraniem dziecka jak najdalej od dziwnego mutanta. Prawdę mówiąc się nie dziwił, w końcu dorośli pewnie wychowali się w otoczeniu, w którym mutantów było mniej. Dopiero kolejne pokolenie będzie mogło przyzwyczaić się do takiego widoku, więc może będzie bardziej tolerancyjne.
Po jakimś czasie do stolika wrócił Chris i wręczył mu do ręki hot-doga. Rick mruknął pod nosem podziękowanie i obrzucił go spojrzeniem, szybko zauważając plamę z musztardy na jego bluzie.
- Nie wiedziałem, że kręci cię sztuka abstrakcyjna, po parku idziemy kupić płótno i farby. - rzucił, uśmiechając się złośliwie.
Zabrał się do jedzenia hot-doga, kiedy Chris poszedł doprowadzić bluzę do porządku. Wodził za nim wzrokiem, dopóki ten nie zatrzymał się przy fontannie. Rick wzruszył ramionami i zajął się hot-dogiem, okazjonalnie zerkając w kierunku stolika obok. Rodzinka zaczęła się już pakować, a dorosła jej część jakby unikała kontaktu wzrokowego z jaszczurem. Za to dzieciak nie mógł oderwać od niego wzroku, zwłaszcza kiedy wstał i zauważył długi ogon zwisający w kierunku ziemi. Ojciec szybko go pospieszył i po chwili oddalili się w stronę parku. Rick przez ten czas skończył hot-doga, dlatego zaraz podniósł się z krzesła i zmierzył w stronę kosza na śmieci.
W tej samej chwili usłyszał krzyk. Odwrócił się gwałtownie, a ręka z papierkiem zatrzymała się tuż nad śmietnikiem. Szybko wyrzucił go i ruszył w kierunku źródła hałasu kiedy tylko uświadomił sobie, że dochodzi on ze strony fontanny.
Z przerażeniem stwierdził, że dziewczyna, która krzyczała znajdowała się koło Chrisa. A właściwie tuż przed nim. I za blisko, stanowczo za blisko.
Szybko dopadł do przyjaciela, złapał go za rękaw bluzy i odciągnął od dziewczyny, rzucając jej spanikowanie spojrzenie.
- Co ty robisz? Powaliło cię? - syknął do niego, po czym znów wrócił wzrokiem na krzyczącą. O ile przez ten czas nie zdążyła się już uciszyć.
Starał się nie zwracać uwagi na spojrzenia przechodniów, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie wszyscy na nich patrzą. Cholera, właśnie tego mieli unikać.
- Prze... przepraszam za niego. On nie chciał. Już sobie stąd idziemy. - wydusił, uważnie obserwując twarz dziewczyny. W duchu modlił się, żeby się uspokoiła. Jeszcze brakowało im tego, żeby posądzili ich o zaatakowanie jej. W końcu najłatwiej zwalić winę na odmieńców.
Niepewnie odsunął się, ciągnąć za sobą Christophera. Właśnie tak, oni sobie stąd pójdą, ona wróci do swoich zajęć i wszystko będzie tak, jak wcześniej, bez żadnych nieprzyjemności dla obu stron.
Tak jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że wygląda jeszcze bardziej odmiennie niż Chris, dlatego jego reakcja mogła się spotkać z jeszcze większą paniką ze strony "zaatakowanej" dziewczyny. Ale przecież żaden z nich nie chciał jej skrzywdzić, powinna to zauważyć. Tak właśnie myślał Rick, nie mógłby zrozumieć, gdyby posądziła ich o coś, czego nie zrobili. To by było nie fair.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gwen Stacy

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 03/04/2016

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sob Maj 27, 2017 1:17 pm

Wszystkie wspomnienia wróciły do Gwen. Patrzyła na chłopaka i nie potrafiła ukryć swojego przerażenia. Krzyczała głośno, ile miała sił w płucach. Nie przejmowała się tym, że ludzie patrzyli na nią jak na wariatkę. Widziała tylko jego. Petera Parkera. Jej Petera Parkera. Przypomniała sobie jego determinację, śmiech, to jak opowiadał jej o swoich marzeniach. Chciał tyle miejsc odwiedzić, chciał tyle dokonać… Niestety też przypomniała sobie jego śmierć. Nie mogła go uratować, choć tak bardzo tego chciała. To wszystko ją przerosło. Była za młoda i za głupia. Może brakowało jej umiejętności, może powinna to wszystko rozegrać inaczej, może gdyby powiedziała mu, kim naprawdę jest, on wcale nie miałby żadnej obsesji...
Owszem, Chris nie wyglądał nawet odrobinę podobnie do Lizarda, ale jaszczurze cechy wystarczyły, żeby przerazić Gwen. Nie przypuszczała, że kiedykolwiek na tej Ziemi spotka kogoś, kto przypomni jej o wydarzeniach z przeszłości. Nawet tutejszy Peter Parker nie wzbudził w niej aż tak skrajnych emocji, jak właśnie jaszczur. Chris nie był niczemu winny, że Gwen popadła w histerię i panikę. To było o wiele silniejsze od niej. Nie potrafiła z tym walczyć.
Gdy położył dłonie na jej ramionach, przestała krzyczeć. Niestety, tylko przez chwilę nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. Podniosła głowę, by spojrzeć na chłopaka. Jej oczy zaszkliły się łzami. Wciąż widziała w nim tylko Petera. Pamiętała, jak trzymała go w swoich ramionach, gdy powrócił do ludzkiej postaci. Był znowu tym samym, wątłym sąsiadem z naprzeciwka. Mimo to bardzo go kochała, choć to, co zrobił, było bardzo głupie.
- Ja… Pe... - Zaczęła łkać. Chętnie skryłaby się w ramionach Chrisa, ale nie odważyła się, przystąpić, chociaż o jeden krok w jego stronę. Pamiętała swoje dawne doświadczenia. Chociaż może chłopak nie wydawał się mieć złe zamiary, wolała mu nie ufać. Peter nie kontrolował siebie, kiedy był Lizardem. Może z nim było tak samo? W dodatku był dla niej obcym człowiekiem… jaszczurem… Jakkolwiek go mogła nazwać.
- Wyglądasz jak Peter! - Krzyknęła oskarżycielskim tonem, powoli uspokajając płacz. Teraz już nie histeryzowała, teraz tylko łkała. Wyciągnęła oskarżycielki paluch w jego stronę. Naciągnęła rękawy swojej koszuli i skryła się w dłoniach. Było jej ogromnie wstyd, że wpadła na jakiegoś chłopaka, a teraz robi okropną scenę przy fontannie.
Gdy płakała, niespodziewanie pojawił się drugi jaszczur. Gdy usłyszała kolejny głos, zdecydowała się rozsunąć swoje palce, żeby zobaczyć, kto przybył. Christopher już nie stał obok niej, był podtrzymywany przez drugiego jaszczura. Jej wzrok potoczył się po twarzy młodzieńca, a potem dostrzegła ogon.
Ogon.
Jej oczy rozszerzyły się. Wyglądała teraz jak bohaterka anime, ale niestety z rozmazanym makijażem. Zresztą, miała już brudne rękawy koszuli, po tym jak pocierała swoje oczy. Dobrze, że nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wygląda. Wtedy byłaby jeszcze bardziej przerażona albo… strzeliłaby im w oczy ze swoich webshooterów i uciekałaby, gdzie pieprz rośnie.
- Ty… Ty! - Znowu użyła swojego oskarżycielskiego palucha, chociaż głos się jej mocno łamał, a dolna warga drżała niebezpiecznie. To zwyczajnie było za dużo dla dziewczyny. Nie wiedziała, co ma o nich sądzić ani co ma im powiedzieć.
Dziwne, że jedna osoba potrafiła czuć tyle różnych sprzecznych emocji na raz - Gwen jednocześnie odczuwała strach, poirytowanie, zaciekawienie, a także wielki żal i smutek. Te dwie emocje pojawiły się pod wpływem wspomnień, które zalały jej umysł.
- Nie - mruknęła, zanim zorientowała się, że jaszczurzy chcą od niej odejść i jak najszybciej ulotnić się z „miejsca zbrodni”. Wyciągnęła ze swojej torebki chusteczkę i przeraźliwie głośno wydmuchała nos. Potarła nią również swoje oczy, rozmazując jeszcze gorzej makijaż. - Ja… Wy… Peter… Li… - Znowu próbowała coś powiedzieć, ale niestety jej bardzo to nie wychodziło. Potrząsnęła głową.
Muzyka, która dobiegała z jej słuchawek, pomogła jej się ogarnąć. Skoro nie mogła powiedzieć i niczego z siebie wydusić, mogła im pokazać. Szybko chwyciła za telefon, otworzyła aplikację ze zdjęciami. Znalazła odpowiednie.
Pokazała im Lizarda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Varcer

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sob Maj 27, 2017 6:25 pm

Dziewczyna uspokoiła się, gdy położył swe dłonie na jej ramionach. Poczuł ulgę, niewyobrażalną ulgę, choć serce nadal waliło mu jak szalone. Nie przewidział jednak tego, że blondwłosa chwilę później zacznie zalewać się łzami. Christopher uniósł brwi, patrząc na nią zmartwiony i jednocześnie zaniepokojony taką zmianą. W czasie, gdy próbował ją wyciszyć, nie czuł jedynie strachu i obawy o bezpieczeństwo, ale i złość, którą z trudem ukrywał. Przewidywał, że nieznajoma ściągnie na nich poważne kłopoty. Był na nią zły, lecz właśnie ta złość w tym momencie ulotniła się, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu i sprawiając, że mięśnie jaszczura rozluźniły się, a Chrisa tknęło poczucie winy oraz żal. Przechylił głowę, patrząc pytająco na dziewczynę i bardzo niepewnie trzymając ją nadal za ramiona.
 Nie rozumiał z tego nic. Pierw wybuch paniki, a teraz to... Kim była ta dziewczyna? Mężczyzna przyglądał się jej, próbując ją rozpoznać. Z marnym skutkiem. Widział ją poraz pierwszy, nigdy wcześniej się nie spotkali, więc skąd takie reakcje? Nie był pewien, co powinien teraz zrobić. Powiedzieć coś, spróbować pocieszyć? Pogładził ją delikatnie po lewym ramieniu, starając się być bardzo ostrożny i nie pogarszać sytuacji. Smutek u ludzi bardzo mocno na niego wpływał. Nie potrafił go ignorować.
 Lecz wtem blondynka zebrała się w sobie i uniosła się, mierząc w jego kierunku palcem, na co jaszczur w odpowiedzi odskoczył do tyłu. W jego ślepiach coś błysnęło, kiedy otworzył usta i obnażył kły. Dobrze, że trwało to zaledwie sekundę i prawdopodobnie nie zostało w żaden sposób wychwycone przez obcą. Już raz Rick przekonał się, że Chris bywał w takich sytuacjach niepoczytalny, lecz tym razem do niczego nie doszło. Takie gwałtowne ruchy były bardzo ryzykowne, ale Gwen nie była tego absolutnie świadoma.
 Reptilianin spuścił z siebie powietrze, patrząc na dziewczynę jeszcze bardziej skołowany niż wcześniej. Peter?
- ... Kto to Peter? - zapytał, przechylając głowę, lecz blondwłosa już skryła swoją twarz w dłoniach i łkała. Jaszczur zagryzł wargę, podchodząc do niej ponownie. Coś tu było nie tak. To nie było normalne zachowanie. O co jej chodziło? Tyle pytań, lecz za nic nie dało się wyciągnąć od niej odpowiedzi.
Chris spróbował ją delikatnie objąć, aby ją uspokoić. Nie było to dla niego nic dziwnego, a tym bardziej dwuznacznego. On tak miał. Nie posiadał takiego zimnego dystansu jak obcy dla siebie ludzie. Takie gesty miały dla niego inne znaczenie.
 Nagle usłyszał pospiesznie stawiane kroki i gdy tylko się odwrócił, spostrzegł Richarda. Nie zdążył zareagować, nim mutant chwycił go za ubranie i odciągnął od zrozpaczonej dziewczyny, która zapewne nadal się go w jakimś stopniu bała.
- T-to nie tak. - wydukał jedynie na wściekłe uwagi przyjaciela. Spojrzał na rękę trzymającą jego rękaw i szarpnął się słabo, od razu rezygnując. Słuchał przeprosin Ricka, skierowanych do nieznajomej, samemu nie wiedząc co powiedzieć. Chciał wszystko wyjaśnić, wiedział jak to wyglądało, ale przecież on nic nie zrobił. Spanikowane spojrzenie Chrisa na przemian omiatało obie postacie.
 Mutant zaczął oddalać się od blondyny, ciągnąc za sobą reptilianina, który cały czas spoglądał za siebie. Odzew dziewczyny szybko ich jednak zatrzymał. Tamta wysmarkała nos i dopiero po chwili spróbowała dokończyć swą myśl. Niestety nic z tego, nadal bełkotała. Zamiast tego spróbowała coś im przekazać w inny sposób. Chris szarpnął się ponownie, tym razem uwalniając się z rąk Ricka i ostrożnie zbliżył się do uniesionego telefonu.
 Spojrzał na ekran i otworzył szeroko oczy ze zdumienia, widząc na fotografii coś, czego się absolutnie nie spodziewał. Humanoidalny jaszczur, w jakiś stopniu podobny do nich. Czy to w ogóle było możliwe? Pierwszy raz widział coś takiego... a może jednak nie pierwszy?
 Coś zaczynało się dziać w głowie jaszczura. Chris stanowczo zbyt długo patrzył się w ekran, nie odzywając się ani słowem. Jego ręce ułożone wzdłuż ciała stopniowo nabierały ciemnozielonej barwy. Zdecydowanie powinien przestać się na to gapić, ponieważ ludzki kamuflaż Chrisa zaczął szwankować.
Może Rick będzie coś wiedział o postaci ze zdjęcia, która zapewne była przyczyną całego zamieszania. Od samego początku musiało o nią chodzić. Tylko kto to w takim razie był? Kto mógł sprawiać tak wiele problemów, że dziewczyna traciła zmysły na widok kogoś podobnego?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Richard Brook

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Nie Maj 28, 2017 12:10 pm

Krzyk dziewczyny przerodził się w płacz, przez co Rick w pierwszej chwili poczuł złość na Chrisa. Co on jej takiego zrobił? Przecież obiecał, że się ogarnie. Szybkie spojrzenie na przyjaciela całkiem odrzuciło jednak taką możliwość - Chris był nie mniej przerażony i zaskoczony, co on. Od razu poczuł się głupio, że od razu oskarżył reptilianina i w myślach się za to skarcił.
Nie spuszczał jednak wzroku z blondyny, która nagle zaczęła coś mamrotać. Widział jej spojrzenie, którym go obdarzyła i od razu pojawiło się w jego myślach przerażenie: zaraz znowu zacznie krzyczeć, może jeszcze będzie wołać o pomoc i ktoś zadzwoni na policję. Myśli te sprawiły, że Rick chciał jak najszybciej się stąd ulotnić, jakkolwiek podejrzanie by to nie wyglądało.
Zaczął oddalać się z Chrisem, nie odwracając się za siebie i próbując ignorować spojrzenia wlepione w niego, Chrisa i tamtą blondynę. To po prostu jakaś pomyłka, oni nic nie zrobili, teraz wrócą do mieszkania i będą się trzymać z daleka od tego parku. Przyjście tu było beznadziejnym pomysłem.
Zatrzymał go krzyk, na który gwałtownie się odwrócił. Zdecydowanie było to skierowane do niego, czuł to.
Zadrżał na widok palca wymierzonego w jego stronę i rzucił Chrisowi spanikowane spojrzenie. O co tej dziewczynie chodziło? Kim do cholery był Peter? O ile pamiętał, nie znał nikogo takiego, Chris pewnie też sądząc po jego zdziwieniu.
Przyglądał się, jak dziewczyna przeciera chusteczką twarz i skrzywił się lekko na widok rozmazanego makijażu. Niezbyt przyjemny widok, zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności. Również przekrzywił głowę, kiedy ta próbowała coś powiedzieć, z podobnie marnym skutkiem jak wcześniej.
Dlaczego tak zareagowała? Ktokolwiek był ten Peter, musiał tkwić głęboko w jej pamięci. Co takiego jej zrobił? Może ją skrzywdził, a ona dostała teraz ataku paniki? Nie, to głupie, już dawno by uciekła. Musiało chodzić o coś innego, ale co? Dopiero po chwili doszło do niego, ze tak, na pewno chodziło o coś innego. Sam nie mógł się z tym utożsamić i zrozumienie tego przychodziło mu z trudem, ale uświadomił sobie, że chodziło o miłość. Jeszcze bardziej bolesne niż krzywda. No, chyba, że chodziło o coś jeszcze innego, ale nie chciał już się nad tym zastanawiać.
Zdawał sobie sprawę, że próba uspokojenia dziewczyny nic nie da, sama musiała doprowadzić się do porządku. Z ulgą stwierdził, iż tak właśnie się działo, dlatego nie odezwał się ani słowem. Zresztą pewnie i tak by nic nie powiedział, bał się, że tylko pogorszy sytuację. Nie miał daru do rozmawiania z kobietami. Właściwie nie miał daru do rozmawiania z kimkolwiek, kto nie był Chrisem.
Na powrót zmartwił go telefon, który nagle wyciągnęła blondyna. Pierwsza myśl: dzwoni na policję, trzeba się stąd zabierać bo będą mieć przewalone.
Cofnął się o krok, dopóki dziewczyna nie odwróciła ekranu w ich stronę. Zawahał się i rzucił Chrisowi zdziwione spojrzenie. Nie zdążył, bo ten jako pierwszy podszedł do telefonu. Rick przez chwilę go obserwował, dopóki nie zauważył niepokojących zmian w jego wyglądzie. Początkowo trudno było to zauważyć, lecz po pewnym czasie zielona barwa na jego dłoniach rzuciła się w oczy nie tylko jemu, ale możliwe, że także ludziom z zewnątrz. Musiał coś z tym zrobić.
Podszedł bliżej i odsunął Chrisa od ekranu. Sam przyjrzał się temu, co na nim było.
- Mogę? - spytał, wskazując na telefon i wziął go do ręki, jeśli dziewczyna wyraziła zgodę.
Na zdjęciu był jaszczur, bardzo podobny do jego i Chrisa. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek zobaczy kogoś, kto go przypomina. Sądził, że to jego mutacja była tak złośliwa i tylko on pokryty był łuskami. Oczywiście nie licząc Chrisa w jego gadziej formie, ale on potrafił to kontrolować. No, przynajmniej do pewnego stopnia, bo teraz robił to nieświadomie.
Przekrzywił głowę, wpatrując się w zdjęcie jaszczura. Po chwili podniósł wzrok na dziewczynę.
- To jest Peter? - zaczął, choć wiedział, jaka będzie odpowiedź. To dużo wyjaśniało, ta nagła reakcja i łzy, choć dalej nie wiedział, kim był dla zapłakanej blondyny. W jego głowie pojawiło się jednak inne pytanie. -Czy on... jest mutantem? Takim jak my? - spojrzał dziewczynie w oczy, po czym oddał jej telefon.
Może pytanie nie było do końca odpowiednie, ale musiał wiedzieć. Gdyby ten Peter by porośnięty sierścią, pewnie nie zwrócił by na to tak wielkiej uwagi. Jednak jaszczur na zdjęciu za bardzo go przypominał. Czy też musiał się ukrywać, czy też skupiał na sobie spojrzenia przechodniów?
Zerknął na Chrisa, by upewnić się, że faktycznie przerwał jego niekontrolowaną przemianę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gwen Stacy

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 03/04/2016

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Nie Maj 28, 2017 2:43 pm

Serce biło jej jak oszalałe, gdy pokazywała im zdjęcie Petera. Nie było w tym żadnego sensu - w końcu on należał do jej uniwersum, a oni byli tutaj. Na tym świecie był już Parker, więc limit na jego osobę został wyczerpany. Choć Gwen miała nadzieję, że może coś zrozumie, poukłada sobie w głowie całą sprawę i nie będzie musiała się obwiniać za to, co się stało. Gdy zobaczyła tych dwoje, miała nadzieję na uzyskanie jakiejś odpowiedzi.
Poczekała, aż pierwszy chłopak obejrzy Lizarda, a potem drugi. Nie patrzyła na nich, wzrok utkwiła w wyświetlaczu telefonu. Nie chciała wszystkiego analizować, bała się też ich reakcji. Odebrała komórkę od Richarda, chowając ją do kieszeni. Trochę długo czekała z odpowiedzią. Podgryzła wewnętrzną stronę policzka. W głowie miała bardzo dużo słów.
Mutant. Czy Peter był mutantem? Nie, raczej nie. Czytała o mutantach w lokalnej prasie. Zupełnie inaczej ich opisywali i zupełnie inny powód był ich mutacji. Ta sprawa była zupełnie inna, choć i tak postanowiła w nią troszkę zagłębić. Taka szansa zdarza się raz na sto.
- On… On to zrobił sobie sam. Wynalazł serum. Chciał mi zaimponować. - Zaczęła szczypać rękaw swojej koszuli. Zastanawiała się, czy ma powiedzieć, jakie ona sama ma moce. Chociaż może powinna się wstrzymać, nie powinna dwóm przypadkowo poznanym jaszczurom opowiadać zbyt wiele o swoim życiu. Mimo wszystko była ciekawa pewnych spraw. - Był zwyczajnym chłopakiem, mieszkał naprzeciwko mnie. Ale kiedy w naszym mieście pojawiła się Spider-Woman, nieco zbzikował. - Westchnęła ciężko, pogryzła dolną wargę.
- Nie potrafił kontrolować swojej przemiany. Ten… Lizard był tak jakby jego alter ego. Był, bo niestety Peter już nie żyje. - Odwróciła głowę od chłopaków. Spojrzała w bok w bardziej nieokreślony punkt. Poprawiła torebkę na swoim ramieniu. Próbowała uspokoić się na tyle, żeby głos jej nie drżał. Nie chciała rozpłakać się ponownie. Nie potrzebowała urządzać kolejnej sceny w parku.
- Zawsze się zastanawiam, czy było jakieś wyjście. Jak można było mu pomóc? W ogóle nie myślałam, że kiedykolwiek spotkam kogoś, kto będzie wyglądał tak jak on. - Na chwilę obróciła się w stronę fontanny i dopiero wtedy zobaczyła, jak wygląda. Przeraziła się. Potrząsnęła głową i odwróciła się znów do swoich rozmówców. Udawała, że nic takiego nie zobaczyła i wcale nie wie, jak wygląda. Sprawa wyglądu była ostatnią, jaką chciała się teraz zająć.
- Tylko… Wy jesteście mutantami, tak? Ja właściwie nie wiem, czy różni się mutacja z powodu… genów… a czym od serum. - Spojrzała na swoją dłoń, przypominając sobie, jak ugryzł ją pająk. - Trochę do bani ze mnie naukowiec. Nie mniej… - Zrobiła wielki oddech.
- Bardzo Was przepraszam za swoją reakcję. Kochałam Petera i codziennie myślę o tym, co mu się stało. I dzisiaj spotkałam Was. To wszystko samo tak… Uczucia, wspomnienia… - Zaczęła machać rękoma jak wiatrakami. Nie potrafiła powstrzymać się od nadmiernej gestykulacji. - Do dzisiaj się obwiniam, że nie mogłam mu pomóc i gdy tracił swój umysł, robił straszne rzeczy. - Dobrze, że nie zapytała wprost „a wam takie rzeczy się nie przytrafiają?”. Jednak potrafiła się zachować. - Ja już... sobie może już pójdę. Nie będę Wam głowy zawracać. To naprawdę miły świat. Mam nadzieję, że ludzie się przyzwyczają. - Zrobiła kilka kroków, by ich wyminąć i pójść swoją ścieżką. Mówiła bardzo nieskładnie gramatycznie, ale co się dziewczynie dziwić?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Varcer

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pon Maj 29, 2017 5:32 pm

Gdzieś głęboko w podświadomości reptilianina tlił się obraz, którego on sam nie miał jak zauważyć. Obraz z przeszłości, dawnej, odległej. Niemożliwe, aby kiedyś widział samego Petera i aby to on stał za zmianą w zachowaniu jaszczura. No właśnie, jaszczura. Rick bardziej przypominał gada z wyglądu, natomiast Chris ostatnio coraz częściej z zachowania. Co za tym stało? Nie wiadomo. Może to wina ostatnich wydarzeń - stres i tym podobne? Możliwe, jednak zwykłe zdjęcie to co innego niż broń Slayera. To tylko zlepek pikseli, lecz i tak wystarczył, aby reptilianin robił to, co robił... cokolwiek to było.
 Zbliżył się do ekranu jeszcze bardziej, wyraźnie zafascynowany. Obserwował każdy najdrobniejszy detal fotografii, mrużąc oczy. Zdecydowanie na zbyt wiele sobie pozwalał i Richard w dobrym momencie interweniował. Jak tylko ekran znalazł się poza zasięgiem wzroku Chrisa, łuskowaty od razu wrócił do odpowiedniej formy i wyprostował się, posyłając przyjacielowi pytające spojrzenie, choć ten już nie patrzył na niego, a na trzymany w dłoniach telefon.
Zrobił coś nie tak? Spróbował przyjrzeć się zawartości telefonu jeszcze raz, jednak gdy przyjaciel na to nie pozwolił, szybko stracił zainteresowanie i rozejrzał się po parku.
 Jak widać wyciszenie dziewczyny wyszło im wszystkim na dobre, ponieważ ludzie wrócili do swych zajęć. Być może liczyli wcześniej na jakąś "atrakcję" z udziałem mutantów i spotkali się z rozczarowaniem. Reptilianin przypadkiem natrafił wzrokiem na nastolatka trzymającego aparat i patrzącego w ich stronę. Christopher kiedyś by go chętnie odstraszył, lecz teraz jedynie odwrócił się do niego bokiem i nałożył na nos swoją maskę, którą dotychczas miał przygotowaną na szyi. I tak nie zaspokoiło to ciekawości młodego, ponieważ nie skupiał się on na Chrisie, a na Richardzie, który swoim wyglądem o wiele bardziej przyciągał uwagę. Jaszczur postanowił go zignorować. Skrzyżował ręce na piersi i czekał, aż przyjaciel skończy analizować zdjęcie.
 Odwrócił się dopiero, gdy pojawiła się wzmianka o mutacji. Słuchał obcej, lecz niewiele z tego wszystkiego rozumiał, co dało się wywnioskować po mało inteligentnym wyrazie twarzy. W końcu brzmiało to dość nieprawdopodobnie. Serum, przemiana, Spider-Woman... Historia żywcem wyjęta z komiksów, które czytał. Trudno było uwierzyć w coś takiego, lecz ton kobiety brzmiał bardzo wiarygodnie.
 Kimkolwiek ten jaszczur był, nie będą mieli okazji go poznać. Według wyznań dziewczyny, Peter już nie żył, zostawiając ją samą. Jeszcze bardziej przykre było to, że kobietę dręczyło poczucie winy za jego śmierć, bo i ta śmierć nie była przypadkowa.
O ile to faktycznie była prawda, nieznajoma bardzo wiele przeszła. Oblicze reptilianina złagodniało, gdy spojrzał na dziewczynę z rozmytym od łez makijażem.
- Przykro nam z tego powodu. Nie wiedzieliśmy... - powiedział cicho, uznając, że spróbuje jej uwierzyć. Chris jeszcze kilka minut temu był skłonny uznać ją za wariatkę, jednak jak widać nie ma co tak pochopnie oceniać ludzi... Ona była po prostu zagubiona.
- Mutanci z krwi i kości. - pokiwał głową, potwierdzając domysły o tym, kim są. Temat mutantów najwyraźniej nie był dla Gwen zupełnie obcy. Zaskakujące, zważywszy na fakt, że wcale nie wyglądała tak jak oni. Z drugiej strony Slayer też nie wyglądał...
 Kobieta jednak nie chciała im już dłużej przeszkadzać i postanowiła odejść, czując, że niepotrzebnie zawraca im głowę. Chris zerknął na przyjaciela, oczekując od niego zgody na pójście za nią. Nie mogli zostawić jej w takim stanie. Reptilianina nadal dręczyło poczucie winy za to, że się do tego w jakimś stopniu przyczynił. Poszedł na dziewczyną, szybko ją doganiając. Położył dłoń na jej ramieniu, nakłaniając ją do tego, aby odwróciła się do niego przodem i zatrzymała się.
Stój, nie musisz odchodzić. Nawet nie poznaliśmy Twojego imienia. - powiedział, patrząc na nią zmieszany.
- Chciałbym chociaż wiedzieć, komu napędziliśmy takiego stracha. - dodał, uśmiechając się do niej ciepło, czego nie dało się zauważyć przez kominiarkę. Przyjazny wzrok powinien zdecydowanie wystarczyć.
Oczywistym było, że próbował jakoś rozluźnić atmosferę i poprawić Gwen humor.
- Jestem Chris, a na tamtego pana możesz mówić Rick. Chyba powinniśmy przedstawić się wcześniej, ale wyszło jak wyszło... Kiepski początek znajomości, wiem. - mruknął, wzruszając ramionami. Zerknął za siebie, upewniając się, że przyjaciel jest nadal z nimi, po czym gadzie ślepia ponownie spoczęły na twarzy rozmówczyni.
- Słuchaj, zapewne i tak przyszliśmy do tego parku w tym samym celu. Co nam szkodzi trochę się razem powłóczyć? Pogadamy sobie czy coś... Jakoś to naprawimy. - zaproponował, spoglądając kolejny raz na Richarda.
- Nic się takiego nie stało... - zapewnił ciszej, nieco stłumionym przez maskę głosem.
 Nadal obawiał się tego, że Rick mógł uznać go za winnego całego zamieszania, lecz uznał, że nie ma sensu do tego wracać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Richard Brook

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Wto Maj 30, 2017 2:57 pm

Spojrzał ze zdziwieniem na dziewczynę. Jak to zrobił sobie to sam? Kto o zdrowych zmysłach świadomie i dobrowolnie zamieniłby się w coś takiego? On gdyby mógł, szukałby raczej sposobu na odwrócenie mutacji, albo jakiegokolwiek rozwiązania na ten wygląd. Teraz mógł tylko go ukrywać, ale czasami śniło mu się, że znowu wygląda jak normalny człowiek. Mógłby wtedy zachowywać się normalnie, nie musiałby trzymać się na uboczu.
Zwyczajnie nie mógł zrozumieć czegoś takiego, nawet jeśli ten Peter chciał w taki sposób zaimponować. Przecież... to głupie, nie ma w tym żadnych zalet.
Chyba, że Rick po prostu nie rozumiał, czym jest miłość. Tak, to bardzo możliwe. Nie wiedział, jak to jest imponować komuś, kogo się kocha. On nigdy tego nie czuł.
W każdym razie uważał to za głupie, ale tą uwagę zachował dla siebie.
Spider-woman? To jak ten Spider-man z internetowych filmików? Nigdy nie słyszał o kimś takim, ciekawe, czy gdzieś jest też Iron-Woman? Mało oryginalne pseudonimy, z tym chyba zgodziłby się każdy.
Spojrzał na Chrisa, słysząc o niekontrolowanych przemianach. Reptilianin wiedział o czymś takim chyba najlepiej ze wszystkich tu obecnych. Jednocześnie Rick domyślał się, jak ciężko musiało być dziewczynie z kimś, kto w każdej chwili może zmienić się o 180 stopni. Sam jeszcze wczoraj tego doświadczył, choć pewnie nie w takim stopniu, jak musiała przeżywać to blondyna.
Zerknął na dziewczynę ze współczuciem. Domyślał się, że stało się coś przykrego, więc brał też pod uwagę możliwą śmierć Petera. Nie odezwał się jednak, bo Chris zrobił to pierwszy, za siebie i za Ricka.
To była jego decyzja, nie mogłaś nic zrobić. - powiedział w myślach, powstrzymując się od wypowiedzenia tego na głos. Możliwe, że tylko pogorszyłby sytuację.
- To stało się tak jakoś samo z siebie, nieodwracalnie. - odpowiedział, wtrącając swoje trzy grosze do słów Chrisa.
Początkowo nie chciał zatrzymywać dziewczyny, ale zauważywszy wzrok Christophera uznał, że w sumie i tak nie mają innego wyjścia. Zresztą bardzo ciekawił go tamten Peter... Lizard... tamten chłopak. Nigdy nie wpadłby na to, że spotka kogoś, kto miał już styczność z innymi półgadami, ani tym bardziej, że uda mu się takiego zobaczyć. Poczuł się z tym odrobinę pewniej - może takich mutantów było więcej, może nawet kręcili się po Nowym Jorku? Chciałby mieć pewność, że nie jest jedynym takim dziwadłem. Owszem, czasami widział w telewizji postacie, które nie wyglądały jak zwykli ludzie, ale to jednak było mu dość odległe. Chciałby spotkać kogoś podobnego osobiście, dowiedzieć się, czy jest jakiś sposób na normalne życie, bez unikania tłumów i nadmiernej uwagi.
Kiwnął głową na słowa przyjaciela i spojrzał na dziewczynę.
Chętnie wypytałby ją o Petera, ale raz, że mogło być to niestosowne, a dwa, że nie wiadomo, czy nie zechce stąd pójść. Zachęta Chrisa mogła na nią nie zadziałać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gwen Stacy

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 03/04/2016

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Wto Maj 30, 2017 5:33 pm

Dobrze, że ludzie wrócili do swoich zajęć i nie zwracali na nich zbyt dużej uwagi. Gwen na pewno to bardzo pomogło, ponieważ nie lubiła być w centrum uwagi. Owszem, bycie kujonem na uczelni i wielka chęć zdobycia każdego stypendium, jakie tylko mogła, nie pomagała jej raczej w nie byciu na językach profesorów, ale przynajmniej w parku mogła być anonimowa. No jak przystało na studentkę o blond włosach.
Powoli zaczęła się „oswajać” z ich wyglądem. Nie wyglądali, jakby mieli złe zamiary, a ona zresztą wygadała im o Lizardzie vel Peterze Parkerze. Nawet powiedziała poniekąd o sobie, dlatego mocniej ścisnęła pasek swojej torebki – w środku trzymała swój strój. Przez głowę jej jednak przeszło, że chłopcy raczej nie byliby zdziwieni tym, że i ona potrafiła dziwne rzeczy. Hej, byli mutantami, a Gwen była dziewczyną chłopaka, który zamienił się w wielkiego jaszczura. Informacja o tym, że sama jest Pajączkiem, raczej nie sprawiłaby, że szczęki by im opadły. Pewnie prędzej uśmiechnęliby się pod nosem.
- To nic takiego. Tu nikt nie wie – mruknęła cicho do samej siebie. Z jednej strony cieszyła się, że nikt tutaj nie nazywa Spider-Woman morderczynią. Zresztą ten pseudonim był zajęty przez Avengerkę. Widziała ją w telewizji. Ciekawiła ją, choć nie była jeszcze pewna, czy chciałaby ją spotkać na swojej drodze. Z drugiej wciąż i tak czuła wielkie poczucie winy, że nie potrafiła pomóc Peterowi. Może gdyby użyła swojego zegarka, może tutaj by mu pomogli… Durny głosik w jej głowie powiedział, żeby nie miała takich nadziei. Nawet ona sama nie znalazła jeszcze pomocy w sprawie naprawienia zegarka. Cóż…
Odejście od chłopców było ucieczką. Czuła, że powiedziała za dużo i powinna zniknąć, zanim do końca uznają ją za wariatkę. Przecież nikt nie szedł do parku z zamierzeniem spotkania nastolatki, która na twój widok krzyczy, potem płacze, a na końcu mówi coś w stylu „hej, przypominacie mi mojego zmarłego chłopaka”. Pod tym względem Gwen Stacy zachowała się bardzo dziwnie. Niestety, nie miała władzy nas czasem. Tutaj pewnie by nie pomógł nawet Doctor Strange (o ile o jego istnieniu Gwen miałaby jakiekolwiek pojęcie).
Poczuła dłoń na swoim ramieniu. Teraz to Chris ją zaskoczył, a nie ona jego. Uniosła wzrok, przyglądając mu się uważnie. Szkoda, że nie widziała jego uśmiechu z powodu kominiarki. Korciło ją, żeby mu ją zdjąć, ale nie zamierzała być aż tak bezpośrednia. Już i tak dość naknociła i napsociła.
- Nazywam się Gwen. – Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, aby uścisnąć ją po przyjacielsku. Na uczelni zawsze tak witała się z każdym przyjacielem i choć na początku byli zdziwieni, że dziewczyna chciała być traktowana „po męsku”, to wkrótce się do tego przyzwyczaili. – Nic mi nie mów o początkach znajomości. Nie codziennie zdarza mi się wrzeszczeć w parku, a potem opowiadać historie o zmarłych chłopakach. – Spróbowała to obrócić w żart. Po raz pierwszy od dłuższego czasu w jej oku pojawiła się jakaś miła iskierka. Nawet na ustach błysnął uśmiech – czyli jednak Gwen potrafiła być pozytywną. Nawet zepsuty makijaż nie zepsuł jej żartu. Tyle dobrze.
- Właściwie to wracam z uczelni. Chętnie bym coś zjadła. W mieszkaniu mam tylko płatki śniadaniowe, nie jestem pewna, czy zostało mi jakiekolwiek mleko. – Z jej miny można było wyczytać „wiecie, miałam kolokwium i raczej nie myślałam nad tym, aby zrobić jakieś zakupy”. To się zdarzało każdemu studentowi, chociaż najczęściej z powodu braku odpowiednich środków.
Przypomniała sobie o makijażu. Spojrzała na ich oboje, a potem na fontannę. Uniosła jeden palec do góry, ale nie zamierzała w nikogo nim celować. Obróciła się na pięcie i podeszła do wody. Z torebki wyciągnęła rękawiczkę od stroju – niestety nie miała chusteczek. W jedną chwilę pozbyła się rozmazanego makijażu. Powróciła do nich w zaledwie pół minuty.
- Panie w Walmarcie mówiły mi, że ten tusz do rzęs nie jest wodoodporny, ale nie chciałam ich słuchać. – Kobiety. Kto je w ogóle zrozumie? Gwen Stacy właśnie pokazała, jak potrafią mieć zmienne humory.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Varcer

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sro Maj 31, 2017 9:29 pm

Richard wydawał się być bardzo zainteresowany postacią Petera. Na pewno bardziej niż Chris, który zaskakująco spokojnie do tego podchodził. Pierwsza myśl to to, że najzwyczajniej nie wierzył we wszystko, co mówiła dziewczyna. Każdy, kto nie miał z takimi rzeczami czegoś wspólnego pochwaliłby jej bujną wyobraźnię. Mężczyźni mimo swojego specyficznego wyglądu, nie posiadali na swoim koncie szczególnie ciekawych historii, a jeśli wyłapałoby się jakąś pojedynczą to i tak nie mieli co konkurować z blondyną. Ona zdecydowanie więcej doświadczyła, choć to przecież normalna dziewczyna. Ironia losu.
 Wracając. W rzeczywistości Chris był skłonny uwierzyć kobiecie. Jaszczur to miłośnik (oraz twórca) wielu teorii spiskowych, więc w wielu sprawach bywał oczytany... i dziwny. Widok zmutowanego gada niespecjalnie go zaskoczył. Skoro oni sami istnieli to czemu nie miał znaleźć się ktoś jeszcze? Chris wyglądał inaczej od zawsze, więc dla niego nie było to coś niezwykłego, jednak trudno wyjaśnić, skąd ta przemiana. Z drugiej strony... W momencie, gdy Slayer ujawnił swe kolce na głowie, reptilianin zrobił dokładnie tak samo, wykorzystując do tego swój grzebień i reagując na ten ruch bardzo gwałtownie, wręcz agresywnie. Podobnie ze swoim odbiciem - tak też się zdarzało. Wszystko, co przypominało go samego, zawsze kończyło się jakąś reakcją z jego strony. Może fotografia również do tego wystarczyła...
 Ale to nie znaczyło, że wiedział najlepiej o niekontrolowanych przemianach. One były kontrolowane, zawsze miały swoje źródło. Nie pojawiały się w końcu bez powodu. Niewykluczone, że Rick odbierał to całkiem inaczej. Jego to nie spotykało i jednocześnie obaj nie wiedzieli o tym, że różnili się od siebie znacznie bardziej, niż im się wydawało...
 Chris miał nadzieję, że uda im powstrzymać dziewczynę przed odejściem. Mimo jej obecnego stanu psychicznego, który wcale nie był najlepszy, wydawała się być sympatyczna. No i na swój sposób zabawna, biorąc pod uwagę jej umiejętności wokalne. Szkoda by było, gdyby mieli rozejść się w takich okolicznościach i tak zapamiętać spotkanie. Zresztą swoją urodę też miała.
 Słysząc imię dziewczyny, Chris przechylił głowę i spojrzał na wyciągniętą ku niemu rękę. O dziwo reptilianin zachwycił się na ten jakże męski gest i niemal od razu, zdecydowanym i szybkim ruchem, ścisnął dłoń Gwen, uśmiechając się szeroko. Znała się na rzeczy i jaszczur w mgnieniu oka nabrał większej swobody.
 Początkowo chciał udawać, że nie usłyszał jej czarnego humoru, a przecież sam czasem dzielił się nim z innymi. Może nie tak dosadnie jak Gwen, ale i tak z jego ust wydobył się cichy śmiech. Z boku to jednak wyglądało tak, jakby próbował zaimponować. W każdym razie dziewczyna jak widać nie tylko potrafiła ronić łzy i krzyczeć na widok jaszczuroludzi, lecz także nie zadręczać się swoimi problemami. Osoba w sam raz do pogadania.
- Takie atrakcje to tylko z nami. - wyszczerzył się, odwracając głowę i patrząc na Richarda. Niezbyt dobry dobór słów, ponieważ wczorajszy dzień nie był wcale taki atrakcyjny. Chris szybko odwrócił wzrok, kiedy Gwen odezwała się i wspomniała o pustym żołądku. Reptilianin zmarszczył brwi, przypominając sobie o hot dogu, który pozostał bez opieki. Odruchowo zerknął na dłonie przyjaciela, lecz zguby też tam nie było. Westchnął zrezygnowany. Czy on serio musi mieć takiego pecha? Teraz sam robił się głodny.
- Tuż za rogiem jest taka budka. Ceny są w miarę, lecz z obsługą gorzej. - mruknął, przypominając sobie o człowieku za ladą. No trudno, zajrzą tam jeszcze raz. Ucieszy się.
 Uniósł brew, patrząc jak dziewczyna niespodziewanie odwraca się i idzie do fontanny. To w końcu jaki mieli plan? Potem jak się okazało, chodziło tylko o ten nieszczęsny makijaż. Dobra myśl, nie powinna chodzić z takim rozmytym i wyglądać jak chodząca depresja.
- Nie musimy za to płacić? - zapytał, patrząc na ubrudzoną od tuszu rękawiczkę. - Przed jaszczurami pewnie też te "panie" ostrzegały, co? - zakpił, śmiejąc się do siebie.
 Omiótł wzrokiem park, gdy stwierdził, że mogą już iść. Gestem ręki nakłonił dwójkę do podążenia za nim. Ich celem była oczywiście wcześniej wspomniana budka. Nawet wyminęli stolik, przy którym wcześniej siedział Richard, lecz jak można się domyślić - hotdoga nie było, a w pobliżu kręcił się podejrzany czarno-biały czworonóg sięgający do kolan. Szczególnie rozglądał się właśnie w okolicach stolików, węsząc nosem i szukając jakiś okruchów.
 Znaleźli się tuż naprzeciwko sklepiku, w którym niedawno kupował Chris. Nie było żadnej kolejki, a oni stali tuż na linii wzroku mężczyzny. Od stoiska dzieliło ich tylko kilka metrów. Brodaty człowiek pochylił się, rozpoznając Christophera mimo założonej maski. Takiego ubioru i ślepi się nie zapomina. Nie wyglądał na zadowolonego faktem, że gad przyprowadził towarzystwo. Jeden klient przez maskę wyglądał jak bandzior, drugi jak dziwadło z cyrku a dziewczyna... wyglądała normalnie, lecz się z nimi trzymała.
- Ja się tym zajmę. - zapewnił jaszczur, unosząc ręce i patrząc na Gwen oraz Ricka. Faktycznie podszedł do pracownika i mimo masy surowych spojrzeń, gestykulacji rękoma i niezrozumiałych szeptów, Chris wkrótce zdobył to, czego chciał. Czekanie na samą realizację zamówienia opłaciło się, ponieważ reptilianin wkrótce wrócił do reszty i wręczył Gwen kebaba, natomiast dla siebie kupił tego upragnionego hot doga. Rick już swojego zjadł, więc pewnie nawet nie był głodny.
Wspólnie dosiedli się do stolika pod parasolem. Reptilianin zsunął z twarzy kominiarkę i od razu przystąpił do konsumpcji. Na moment może ją zdjąć. Hot dog się przed nim nie obroni.
- A więc chodzisz na uczelnię? I co dalej? Masz jakieś specjalne hobby czy coś? - odezwał się, spoglądając na blondwłosą.
- Pewnie trzeba tam sporo robić. - mruknął niechętnie, wracając tematem do samej uczelni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Richard Brook

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pią Cze 02, 2017 9:05 pm

A jednak zachęta zadziałała, co było dość rzadko spotykane w przypadku Chrisa. Zwykle dziewczyny go unikały i szybko odmawiały, szukając jakiejś wymówki. Ale z drugiej strony to oczywiste, blondyna  w końcu miała już do czynienia z ludźmi-jaszczurami... no, jednym. No ale miała. Ciekawy zbieg okoliczności, nigdy nie spodziewałby się, że spotkają kogoś, kto już kiedyś widział kogoś podobnego i to na żywo, nie w telewizji. Tak jakby to było zaplanowane.
Stał trochę na uboczu, obserwując dwójkę. Chris szybko dogadał się z Gwen i widać było, że mieli o czym rozmawiać. Inaczej było z Richardem, który nigdy nie wiedział co powiedzieć w takich momentach ani tym bardziej jak zacząć rozmowę. Uśmiechnął się lekko, słysząc, jak dziewczyna obróciła sytuację w żart, ale na tym się skończyło. Był kompletnym przeciwieństwem Christophera, który sam pchał się do ludzi, czasami zbyt nachalnie. Rick nie czuł takiej potrzeby i choć w taki sposób ciężko mu było z kimkolwiek się zaprzyjaźnić, jakoś nie sprawiał wrażenie kogoś, komu by to przeszkadzało. Kompletny introwertyk, na szczęście ten, który nie płacze nocami w poduszkę z bezsilności i nad którym wisi chmura o krótkiej, przyjacielskiej nazwie "depresja". Po prostu... no zwyczajnie nie musiał rozmawiać, przez co szybko tracili nim zainteresowanie. Wyjątek sprawiały rozmowy z Chrisem w mieszkaniu, tam potrafił rozgadać się tak, że to jemu każe się przymknąć.
Gapił się bez sensu na Chrisa i Gwen, dopóki przyjaciel nie spojrzał na niego z szerokim uśmiechem na twarzy. Rick nie odwzajemnił uśmiechu, uświadomił to sobie dopiero wtedy, gdy Chris z powrotem się odwrócił.
Za to większą uwagę przykuło odejście dziewczyny. W pierwszej chwili pomyślał, że jednak zmieniła zdanie i stąd idzie, a jemu zwyczajnie umknął ten fragment rozmowy między nią i Chrisem, ale ta zaraz zatrzymała się przy fontannie.
Zerknął ukradkiem na Chrisa, a potem rozejrzał się wokół z braku lepszego zajęcia. Ludzie zainteresowali się na powrót swoimi sprawami, więc tamta akcja nie wpłynęła jakoś specjalnie na atmosferę w parku. Dobrze, chociaż tyle. Spodziewał się, że krzyki i płacz może wzbudzić podejrzenia, zwłaszcza, że jest to miejsce znane z niskiej przestępczości. Wyszło jednak na to, że się mylił, za co był wdzięczny. Komu? Nie wiedział, po prostu był wdzięczny.
Gwen zaraz do nich wróciła, z twarzą, która nie przypominała już "Płaczącej kobiety" Picassa, i wspólnie postanowili pójść coś zjeść. Rickowi tamten hot-dog w zupełności wystarczył, ale nie zgłosił sprzeciwu. Uznał, że i tak nikt go do tego nie zmusi, w końcu to blondyna skarżyła się na głód.
Z braku innego wyjścia poszedł za nimi w stronę budki, ale odpadł dość szybko, widząc koło stolika czarno-białego psa. Bez namysłu podszedł do niego, kompletnie zapominając o istnieniu Chrisa i Gwen.
Ostrożnie zbliżył się do psa, który tylko na niego popatrzył. Rick zawsze dogadywał się ze zwierzętami, może nie w sposób nadnaturalny, ale z pewnością miał do nich lepsze podejście niż na przykład Chris. Wręcz instynktownie do niego lgnęły, zwłaszcza psy i koty. Tak jakby była między nimi jakaś nić zwierzęcego porozumienia, o której nikt wokół nie miał pojęcia.
Przykucnął koło czworonoga i pogłaskał go po głowie. Ciekawe, do kogo należał? Podejrzewał, że był to typowy włóczęga, to by wyjaśniało czajenie się przy stolikach. Gdyby miał właściciela, na pewno nie musiałby tego robić. Zresztą byłby na smyczy albo przynajmniej pilnowany, a tu nikt nie zwracał na niego uwagi.
Podrapał zwierzaka za uchem, z uśmiechem patrząc, jak pies radośnie merda ogonem. Chciałby wziąć go ze sobą, ale nie miał pewności, czy aby na pewno był bezpański. Gdyby miało okazać się, że jednak do kogoś należał, od razu pojawiło by się pełno ogłoszeń i ktoś w końcu domyśliłby się, że to Rick go zabrał.
Westchnął, wciąż głaszcząc psa. Ten zaraz wtulił się w jego nogę, ocierając się o nią pyskiem. Pech chciał, że zostawił na spodniach mutanta ślinę zmieszaną z okruchami po ostatnim posiłku, prawdopodobnie po hot-dogu Chrisa.
Poklepał czworonoga po łbie i po chwili wstał, zauważywszy, że Chris przyszedł do stolika razem z Gwen. Usiadł na krześle koło nich, dalej odwracając się do psa, który teraz zaczął obwąchiwać nogi Chrisa. Richard schylił się pod stolik z uśmiechem na twarzy. No dalej, obsikaj mu kapcia, pozwalam ci. - rzucił w myślach, tak jakby zwierzę miało to usłyszeć. Może i lepiej, że jednak nie potrafił z nimi rozmawiać, Chris miałby przewalone.
Czworonóg po jakimś czasie odszedł od ich stolika, zostawiając Ricka samego z nudnymi człowiekowatymi. Mutant wodził jeszcze za nim wzrokiem, a po chwili z niechęcią odwrócił się do pozostałych.
- Twoim hobby jest spanie przy nagrzanej lampie i podglądanie staruszek przez okno, nie nadawałbyś się tam. - mruknął ze złośliwym uśmiechem, w odpowiedzi na ostatnie słowa reptilianina. Za to jego ulubionym zajęciem było dogryzanie mu. Oczywiście w granicach rozsądku. Zazwyczaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gwen Stacy

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 03/04/2016

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Pią Cze 02, 2017 9:39 pm

Gwen naprawdę nie miała potrzeby, by kłamać. Utknęła na tym świecie i nie potrafiła powrócić do swojego multiwersum. Miła poniekąd wyrzuty sumienia, ponieważ w Nowym Yorku działo się naprawdę źle. Cicho snuła nadzieję, że Wasp oraz przyjaciele załagodzili jakoś sytuację. Ale właściwie nie o tym myślała nasza bohatera. Teraz była skupiona na nowo poznanych chłopakach – Chrisie oraz Ricku.
Przywitała się z nimi. Nie umknęło jej uwadze, że to Christopher był tym odważniejszym oraz śmielszym chłopakiem. Richard przypominał jej początkowo zamkniętego w sobie Petera. Ciekawiło ją, czy będzie musiała do niego docierać tak samo, jak do Parkera. Milczenie Ricka nie przeszkadzało jej w ogóle, choć na pewno zależało jej (skoro już poszli coś zjeść razem), by ją polubił. Taka już była Gwen.
Uśmiechnęła się, słysząc śmiech Chrisa. Dawno nie słyszała, żeby ktoś śmiał się z jej żartów, choć wielokrotnie próbowała rozbawić ludzi na uczelni. Ostatnio była na praktykach w Malibu. Pamiętała tego młodzieńca, którego poznała na plaży. Był sztywny. Odpowiadał jej półsłówkami i w ogóle nie wydawał się zainteresowany czymkolwiek. Za to tutaj? Proszę! Żywa reakcja! Uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie była obrażona, że Chrisa śmieszył czarny humor. Przecież o to chodziło. Gdyby tylko miała notatnik pod nosem, na pewno zapisałaby swoje obserwacje o nim.
- Zapamiętam to sobie. – Uśmiechnęła się raz jeszcze do jaszczura, choć wydawało się jej, że szerzej już nie potrafi się uśmiechać. – Przyznam się, że po raz pierwszy ktoś wreszcie śmieje się z moich żartów. Przez długi czas myślałam, że po prostu nie umiem się ich opowiadać lub mam za mało dystansu do siebie. Teraz widzę, że po prostu spotkałam na swojej drodze złych ludzi. – Posłodziła im, ale wcale nie specjalnie czy z grzeczności. Naprawdę to myślała. Dało się to wyczytać z jej pięknego uśmiechu, zadowolenia w oczach. I trzeba było przyznać – Stacy dobrze wyglądała nawet bez makijażu. Nie potrzebowała go, żeby wyglądać wspaniale. Wystarczyło, jeśli uśmiechnęła się szczerze. To była dobra transformacja, szczególnie po takim płaczu.
- Jeśli obsługa będzie niedobra, to będą mieli do czynienia ze mną. – Wyszczerzyła swoje białe ząbki w uśmiechu. – Nawet nie wiecie, jak działa blondynka na Turków w kebabie. Zawsze mam ekstra mięso, chociaż wcale za nie nie zapłaciłam. – Poruszyła śmiesznie brwiami, jakby chciała im powiedzieć, że przyjaźń z nią to same plusy. Do końca będą jeść super wielkie ekstra kebaby, ponieważ miała odpowiedni kolor włosów.
- Oh! Nie zadręczaj się tym! – Zerknęła raz jeszcze na brudną białą rękawiczkę i pośpiesznie wepchnęła ją do swojej torebki. Nie chciała, żeby chłopcy zobaczyli, że ma w niej cały strój. Nie do końca wolała im mówić za pierwszym razem, że „hej, wiecie co? Czasami ubieram się w seksowny spanex i ratuję Nowy York”. Tak samo, jak wolała im nie mówić, że pochodzi z zupełnie innego świata, w którym co prawda jest Nowy York, ale wygląda troszkę inaczej. Takie rewelacje zamierzała podać im dopiero wtedy, jeśli się zaprzyjaźnią. O ile się zaprzyjaźnią. Gwen na razie nie robiła sobie żadnych nadziei.
- To tylko kostium teatralny. I tak muszę go wyprać, ponieważ potrzebuję go oddać. Nie dostałam jednak roli. – Wymyśliła na poczekaniu jakieś kłamstwo. Raczej nie nadawała się na aktorkę, ale przecież chłopcy nie musieli tego wiedzieć, prawda?
Doszli do sklepiku – Gwen usiadła przy stole razem z Rickiem, choć najpierw zapytała się, czy Chris potrzebuje jakichś pieniędzy. Nie chciała, żeby nowo poznany chłopak jej fundował jedzenie. Niestety, otrzymała odpowiedź negatywną. Nie zamierzała na niego naciskać. Wiedziała, jak to może siąść na morale mężczyzn.
Przyglądała się w ciszy (nie chcąc zepsuć tego momentu), jak Rick bawi się z psem. Była zdumiona jego wielką więzią z czworonogami. Uśmiechała się, gdy zwierzę ocierało się o niego pyskiem. Zawsze każdemu zazdrościła, kto potrafił tak wspaniale dogadywać się ze zwierzętami.
Tymczasem Chris wrócił z jedzeniem. Była zdziwiona, że dostała aż wielkiego kebaba. To chyba dlatego, że wspominała o Turkach sprzedających właśnie to danie. Podziękowała chłopakowi. Sama już wiedziała, co im postawi. Na obrzeżach parku zawsze parkował starszy pan, mający wózek z lodami. Był przesympatyczny. Codziennie kupowała u niego dwie gałki lodów – czekoladową i truskawkową.
- Dziękuję Ci serdeczne. Nawet nie wiesz, ile znaczy dla studenta jedzenie. A w ogóle już człowiek, który daje mu jedzenie… Jesteś moim bohaterem! – Zaśmiała się, naśladując głos aktorek – dziewczyn superbohaterów. Poniekąd się jej to udało.
Niestety w tym czasie uciekł od nich piesek. Spojrzała na Ricka. Widziała jego reakcję. Uśmiechnęła się do niego.
- Chciałbyś mieć psa? – zapytała wprost Ricka. Wiedziała, gdzie jest najbliższe schronisko. Jeśli tylko chłopcy chcieliby przygarnąć jakiegoś czworonoga, mogłaby im pomóc. Nie widziała w tym żadnego problemu. Zresztą, gdyby opiekunowie pracujący w schronisku, zobaczyliby to, co Gwen, na pewno nie mieliby żadnych obiekcji, by wydać jaszczurom czworonożnego przyjaciela.
- Tak, studiuję. A jak już sobie postudiuję, to próbuję przeciwdziałać złu i zniszczeniu. – Zaśmiała się. Powiedziała prawdę. Tak przecież było. – Kiedyś grałam w zespole na perkusji, ale niestety poszliśmy na studia, zespół się rozpadł. – Wcale tak nie było. Jej po prostu nie było w odpowiednim świecie. Tęskniła nieco za grą. To była jej największa pasja.
- Nagrzana lampka? – Podjęła temat. – Mamy coś ze sobą wspólnego. Ja też uwielbiam ciepełko! Ostatnio byłam w Malibu! – Co było widać, bo była nieco opalona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Christopher Varcer

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Sob Cze 03, 2017 7:42 am

Gwen przeszła niebywałą metamorfozę albo to oni nie potrafili wcześniej dostrzec pozytywnej osobowości dziewczyny. Co prawda dopiero co się spotkali, lecz niewiele potrzeba im było czasu, aby znaleźli wspólny język. Chris był święcie przekonany, że Richard również ją polubi. Takich pozytywnych ludzi nie spotyka się na co dzień a na dodatek to ktoś był pozytywny dla nich - mutantów, odmieńców, jak zwał tak zwał. Tutaj Gwen już zdobyła ogromnego plusa dla niepewnego siebie Ricka, choć nawet nie musiała się przy tym starać, bo robiła to nieświadomie.
 Reptilianin włożył ręce do kiedzeni bluzy i słuchał z wielką ciekawością nowo poznanej dziewczyny. Może nie była to najlepsza oznaka kultury, ale Chris po prostu czuł się wolny od takich przesadnie dżentelmeńskich zasad i mógł się poczuć sobą.
- Złych ludzi? Twój humor ma po prostu wyższy poziom, którego ktoś ich pokroju zwyczajnie nie zakuma. - zaśmiał się. Dobrze to znał. Jego teksty też nie zawsze szczyciły się wielką sławą, ponieważ tylko wtajemniczeni potrafili zrozumieć ich znaczenie i tym kimś wtajemniczonym był najczęściej przyjaciel Rick, od którego gad mało kiedy odstępował.
 O mały włos nie wybuchł śmiechem, gdy blondyna pokazała swoje bojowe oblicze i w razie czego była gotowa wymierzyć sprawiedliwość w imię kebaba. Nie, żeby Chris jej nie doceniał, o nie. Po prostu wydawała się zbyt urocza, aby nagle miała stanąć przed szeregiem dwóch przerażających jaszczurów i porozmawiać w cztery oczy z niesympatyczną obsługą. Kto wie, może umiała więcej niż się wydaje? Ludzie bywali niepozorni. Christopher chciałby zobaczyć Gwen w akcji. To mogłoby być całkiem zabawne.
 Przechylił głowę, obserwując jak dziewczyna chowa swoją białą rękawiczkę do torebki i postanowiła się nią teraz nie przejmować. Chris próbował przy tym dyskretnie poznać zawartość kobiecej torebki, bo ponoć miały tam nieskończenie wiele drobiazgów. Niestety zobaczył tam tyle, co nic, ponieważ Gwen chyba nie chciała się pochwalić tamtejszą zawartością. No trudno, może kiedyś pozna tę odwieczną zagadkę.
Na pocieszenie dowiedział się czegoś innego i na wieść o tym, że Gwen jest aktorką, przyjrzał jej się od góry do dołu. Zdziwienie było na tyle spore, że mało zauważalnie cofnął się, myśląc, że ma przed sobą jakąś sławną postać. Tego by było za wiele jak na jeden dzień, ale później do niego dotarło, że dziewczyna wspomniała o tym, że zamierza oddać swój strój. Z jakiegoś powodu jej się nie poszczęściło. Szkoda, bo najwyraźniej przygotowała się do roli, jakakolwiek ona była.
- No no... Zaskakujesz... - stwierdził krótko, posyłając jej kolejny uśmiech i łapiąc się na jej małe niewinne kłamstwo. Maska nadal bardzo ograniczała ukazywanie emocji, choć z czasem dało się przyzwyczaić do odczytywania ich po samych oczach. Nieraz z tego powodu Rick trafnie odczytywał myśli Chrisa, które ten starał się ukryć. Być może stał za tym instynkt niebieskowłosego mutanta a może Chris zwyczajnie nie potrafił się z niektórymi myślami kryć.
 Koniec końców wybrali się do tego sklepiku i reptilianin zadbał o to, aby w trójkę jak najlepiej spędzili wolny czas.  Chris dobrze wiedział co takiego kupić dla nowo poznanej dziewczyny i cały czas chodziło mu to po głowie. Skoro wojowniczka była tak gotowa poświęcić się dla kebaba, dzisiaj będzie mogła obejść się bez walki. Jaszczur miał przy sobie pieniądze, chociaż podziurawione ubranie i kapcie na stopach miały prawo wywołać pewne wątpliwości. Rodzice reptilianina mieli całkiem spory majątek, a Chris pełną szafę markowych ubrań, a mimo to nikt nie potrafił przekonać go do noszenia czegoś innego od swojej ukochanej ciemnozielonej bluzy i zniszczonych kapci. O dziwo nie ciągnął za sobą żadnych nieprzyjemnych zapachów. Nie potrafił pocić się i to sprawiało, że jego ubrania były prane bardzo rzadko, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie było to takie konieczne. Idealna wymówka, kiedy nie chciało się wykąpać.
Siedząc przy stoliku czuł niewyobrażalną ulgę, że w końcu napełni czymś swój żołądek. Z apetytem wcinał hot doga, lecz próbował go przypadkiem nie zjeść za jednym zamachem. Miał na niego ochotę już od wczoraj i widać jak bardzo nie mógł się doczekać tej magicznej chwili.
 Nie spodziewał się, że jego podarunek będzie takim miłym zaskoczeniem dla Gwen. W końcu to nic wielkiego, mieli rozmawiać głodni? No chyba nie. Chris odwrócił wzrok, słysząc, jak kobieta nazwała go bohaterem. Gdyby tylko potrafił się rumienić, już by się wydało, że się zawstydził. Oczywiście udawał, że coś odwróciło jego uwagę.
Szybko doszedł do siebie i kończył hot doga, gdy nagle usłyszał ciche stukanie pazurami o bruk. Chris spojrzał w dół i dopiero wtedy zorientował się, że pry jego nogach kręci się jakiś psiak. Reptilianin niepewnie odsunął się od niego i uniósł wyżej swoje jedzenie. Nie podejrzewał psa o zjedzenie poprzedniego posiłku, lecz wiedział, że czworonóg z chęcią by to teraz zrobił. Jaszczur był na tyle skupiony na unikaniu dotyku psa, że nie zauważył jak Rick próbował zawrzeć z futrzakiem sojusz.
 Reptilianin wyglądał na zakłopotanego. Nie przywykł do tego, że zwierzęta inne niż gady szukały z nim jakiegokolwiek kontaktu. Jak kiedyś zostało wspomniane, zwykle go unikały i to Rick miał do nich rękę, nie on. Christopher z tego powodu wyglądał tak, jakby obawiał się czworonoga. Może faktycznie tak było? Już postawił jedną nogę na krześle i z nieufnością obserwował każdy ruch psa, który nawet nie spojrzał mu w oczy i spokojnie kręcił się w okolicach stolika.   Jaka to była ulga, gdy psiak stracił zainteresowanie i odszedł. Chris spojrzał na siebie, orientując się, w jakiej pozycji właściwie siedzi. Z udawaną obojętnością powoli postawił nogę na ziemi, udając, że to tylko krzesło było wyjątkowo niewygodne. Zwykle nie bał się psów, lecz zainteresowaniem z ich strony również się nie spotykał.
Wrócił do jedzenia, lecz zastygł w bezruchu podczas brania kolejnego kęsa, słysząc pytanie Gwen o psie.
- Nie mielibyśmy dla niego czasu. Niezbyt bezpiecznie byłoby wychodzić z takim na spacery, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. - odpowiedział z nutą smutku w głosie, mimo iż pytanie nie było skierowane do niego.
 Mężczyźni czasem myśleli nad zwierzakiem, ponieważ w ich mieszkaniu było wyjątkowo cicho i pusto i nieraz dało się to odczuć. Pies jednak nie był dla nich. To zbyt ryzykowane wychodzić z takim na spacery, będąc mutantem przesadnie wyróżniającym się z otoczenia. Częściej myśleli nad kotem, a Rick był ich prawdziwym miłośnikiem. Niestety skończyło się na planach, gdyż nadal takowego nie mieli.
 Na szczęście Gwen szybko poprawiła im humor, mówiąc o swoich planach na przyszłość
- I to się nazywają plany na życie. - wyszczerzył się, patrząc na nią promiennie. Chris zamierzał zostać wojownikiem ninja, ale tym się nie pochwalił. Obecnie maska zdecydowanie jaszczurowi wystarczała.
- A drewniany domek nad oceanem na tropikalnej wyspie już cię nie interesuje? Woda, plaża, spacer przy zachodzie słońca... tak romantycznie, prawda? To lepsze od takiej uczelni... - mruknął, spoglądając na nią spod przymrużonych powiek i uśmiechając się tajemniczo. Christopher już zaczął się wczuwać w swoją małą grę, gdy nagle Rick palnął swoim tekstem o staruszkach i lampie.
- Co?! Wcale nie! - zawołał, patrząc zaskoczony i jednocześnie zły na Ricka. Prychnął urażony i już kombinował nad trafną wymówką, bo akurat to z lampą to może była prawda, ale staruszki... no chyba go pogięło.
 Gad z przerażeniem stwierdził, że dziewczyna pociągnęła ten wrażliwy temat.
"Niech cię licho, Rick. Jeszcze się na tobie odegram." - pomyślał Chris, posyłajac przyjacielowi mściwe spojrzenie. To nie pierwszy raz, gdy mutant gasił go w kilka sekund i niszczył plany podbojów reptilianina. Chris go w tej kwestii zarówno podziwiał jak i nienawidził.
Gad odchrząknął i oparł podbródek na rękach, opierając się łokciami o stół.
- Od zawsze chciałem gdzieś wyjechać na wakacje. Nowy Jork jest spoko, ale to jednak nie to samo co egzotyczne plaże. Brakuje tej wolnej przestrzeni... i ten... a Malibu właściwie gdzie leży? Europa?  - zapytał, mrużąc oczy i przechylając głowę. Brawo Chris, a miałeś czwórkę z geografii. Od tej lampy łuskowatemu  już mózg parował.
- Czyli jednak znajdujesz czas na wyjazdy, nie jest tak źle. I jak tam było? Masz ze sobą zdjęcia, pamiątki? - spytał z nieskrywaną ciekawością. Zazdrościł jej, bardzo, ale jednocześnie był na tyle leniwy, że pewnie zmęczyłby się po jednym dniu zwiedzania i jęczałby nad powrotem do domu i leżeniem na kanapie. Nie potrafiłby wyrzec się tej wygody, jaką ludzie mu zaoferowali. Kanapowiec jak się patrzy.
 Zerknął ukradkiem na Richarda, licząc na to, że teraz będzie grzecznie siedział. Jak tak dalej pójdzie to osobiście zapcha mu usta kebabem, poświęcając te kilka drobnych na zakup kolejnego. Milczenie Ricka bywało zbawieniem, zwłaszcza w towarzystwie kobiet.
 Spojrzał na twarz dziewczyny raz jeszcze, uśmiechając się do samego siebie. Po jego głowie mogły chodzić różne myśli. Niektórzy nawet mogliby się domyślić jakie. Żadna filozofia. Jaszczur zapomniał, że maska nie skrywała już części jego gadziego lica i nawet ślepy zauważyłby sposób, w jaki spoglądał na blondynę.
 Wtem stało się coś, co sprowadziło go skutecznie na ziemię. Chris poczuł wibracje dochodzące z kieszeni jego spodni. Telefon miał wyciszony, ale to właśnie on tak wibrował. Niechętny do rozmowy jaszczur wyciągnął urządzenie i chciał odrzucić połączenie, lecz po spojrzeniu na wyświetlacz od razu zrozumiał, kto to był. Crawford, ojciec Chrisa.
 Reptilianin wyglądał na zdezorientowanego i nieco przestraszonego tym faktem, bowiem wahał się nad odebraniem telefonu.
- Minuta. To ważne. - powiedział do dwójki, odchodząc od stołu i idąc pogadać na osobności. Zatrzymał się na widoku, ale na tyle daleko, że trudno byłoby coś z tego usłyszeć.
- Tak? - odezwał się Chris po odebraniu połączenia.
- Jest parę spraw do omówienia. Od rana czekam na telefon od Richarda. Dlaczego żaden z was jeszcze do mnie nie zadzwonił? - zapytał opanowanym głosem Crawford. Reptilianin domyślał się, o co ojcu chodziło. Mógł to przewidzieć... Mężczyzna wcale nie zapomniał o wczorajszym incydencie i zamierzał się czegoś o nim w końcu dowiedzieć.
- Nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonimy jak będziemy w domu, dobrze? - odparł reptilianin, licząc na to, że ta obietnica wystarczy.
I wystarczyła. Połączenie szybko zostało zakończone. Christopher westchnął ciężko. Oby Rick nie puścił pary z ust. Dał słowo, że tego nie zrobi.
 Reptilianin podszedł do stolika, starając się nie pokazywać po sobie lekkiego zestresowania zaistniałą sytuacją. Niebieskowłosy mutant mógł jednak domyślić się, od kogo był ten telefon i co łuskowaty zamierza.
- Eeh, wychodzi na to, że musimy się zbierać. Jesteśmy umówieni na spotkanie w sprawie takiego jednego ogłoszenia. To pilne... - powiedział, kładąc rękę na ramieniu mutanta. Nie musiał udawać, że nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, bo tak właśnie było. Zagryzł wargę, kombinując nad tym jak sobie dogodzić. Miał plan.
Podszedł do dziewczyny i dyskretnie wręczył jej do rąk małą karteczkę - tak, aby nie zauważył tego Richard. Na papierze był widoczny numer telefonu do Chrisa. Jaszczur zawsze był na to przygotowany i zawsze miał takie karteczki przy sobie. Niezbędnik w zdobywaniu kontaktów, szczególnie tych do płci pięknej.
Wyszczerzył swe białe nieludzkie kły, uśmiechając się do dziewczyny a następnie musnął palcami kosmyk jej włosów. Zrobił to na złość, choć kto wie czy musiało to się równać ze sprzeciwem ze strony Gwen.
- Jeszcze się spotkamy.- zapewnił. - Uważaj na siebie i nie wpadaj już więcej na nieludzi. No chyba, że to będziemy my. - rzucił zadziornie i pożegnał się, odchodząc od stolika oraz idąc w kierunku bramy. Gdy tylko odwrócił się do blondyny tyłem, wyraz jego twarzy już wcale nie był taki promienny. Spojrzał na Ricka, który pewnie szedł już obok niego.
- Crawford chce z Tobą porozmawiać ... Czarno to widzę. - wyszeptał, spuszczając wzrok. Myślał, że mają już wszystko za sobą. Jak bardzo był w błędzie. Nadal czekała ich rozmowa z ojcem Chrisa, który bardzo angażował się we wszystko, co robili. W końcu zależało mu na ich bezpieczeństwie. Chciał ich chronić. Zresztą nie tylko ich... Również tych, których mogli skrzywdzić.
Nie można było ignorować żadnych sygnałów. Szczególnie, gdy chodziło o Chrisa, ponieważ jego rasa wciaż stanowiła dla opiekuna zagadkę. Im więcej o niej wiedział, tym lepiej dla wszystkich.
 Mężczyźni opuścili park.

// z.t ----> http://theavengers.forumpolish.com/t2076-lokum-chrisa-varcera-i-richarda-brooka //
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Richard Brook

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 19/03/2017

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Nie Cze 04, 2017 6:46 pm

Wpatrywał się w Chrisa z ironicznym uśmieszkiem na twarzy. Domyślał się, jaka będzie jego reakcja. Lubił to robić, gaszenie go w taki sposób było często ciekawe w skutkach, choć wciąż zaliczało się to do przyjacielskich zaczepek, więc i w granicach rozsądku i dobrego smaku.
Zerknął na Gwen, słysząc jej pytanie. Czy chciałby psa? Jasne, uwielbiał zwierzęta, ale wiedział, że Chris nie dogadywał się z nimi tak dobrze, jak on. Z tym mógłby być spory problem. Co za tym idzie, nie zgodził się też z odpowiedzią Christophera. Niezbyt bezpiecznie? Nie widział w tym niczego, co mogłoby im zagrozić. Przecież nie mieliby adoptować niedźwiedzia, bez przesady. Problem mógł pojawić się z szansą na przygarnięcie, bo znając życie właściciel zwierzęcia czy też opiekunowie schroniska mieliby obiekcje przed oddaniem pupila takim mutantom. Ale nie było to niemożliwe. Rick domyślił się, że Chris zwyczajnie nie pała sympatią do psów, co zresztą widać było po jego reakcji na obecność tamtego czworonoga. Albo zwyczajnie się ich bał, tchórz.
- Już wystarczy mi Chris. Ale gdybym miał wybierać, wolałbym kota. - odpowiedział dziewczynie.
Nie wsłuchał się zbytnio w jej plany na przyszłość i inne tego typu, z pozoru znowu się wyłączył. Tak naprawdę jednak wzrok utkwiony miał w ludzi przechadzających się po parku. Byli ciekawsi, bo robili coś innego od rozmowy. Dzieciaki biegały wokół nóg rodziców, gdzieś na ławce siedziała staruszka z wnuczkiem, a czasem wymijały ich matki z wózkami. Wszystko wydawało się takie spokojne, prawdziwa sielanka. Ciekawe, czy byli świadomi obecności mutantów w tym samym parku? A może gdzieś wśród tych wszystkich ludzi byli jacyś mutanci, którzy nie wyróżniali się z tłumu i którzy żyli spokojnie, nieświadomi trudów, jakie spotykają tych mutantów, którzy nie mieli takiego szczęścia do kamuflażu.
Odwrócił się w stronę dwójki i już miał rzucić jakąś kolejną zgryźliwą uwagą, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Chris świetnie dogadywał się z Gwen, nie chciał odbierać mu tej przyjemności. Mało która dziewczyna chciała z nim rozmawiać, a co dopiero o sobie. Kto wie, może mieli szansę na jakąś bliższą znajomość.
Ponownie wbił wzrok gdzieś w przestrzeń, opierając się wygodniej na krześle. Możliwe, że sprawiał teraz wrażenie gburowatego albo kogoś, kto nie chce tu być i siedzi tu wyłącznie dlatego, że nie ma innego wyjścia. Oczywiście nie była to prawda, po prostu nie miał od siebie nic do dodania. Nie lubił gadać o sobie, a już na pewno nie sam z siebie.
Za to jego uwagę przykuł dźwięk wibracji telefonu, po krótkiej inspekcji zdecydowanie dobiegający z kieszeni Chrisa. Rick spojrzał na niego bez słowa, choć w jego oczach pojawiło się ciekawskie pytanie "kto to?". Mina reptilianina nic mu nie mówiła, ale chyba nie był zbyt zadowolony z tego telefonu.
Chris odszedł nieco dalej, ale prawdopodobnie zapomniał o tym, że jego przyjaciela niełatwo w ten sposób oszukać. Rick wytężył słuch, przez co całkiem stracił zainteresowanie wszystkim wokół, w tym Gwen. Śmiech dzieci skaczących wokół trochę utrudniał mu podsłuchanie Chrisa, parę słów nie dosłyszał, ale pozostałe mu wystarczyły. Domyślał się już, kto dzwonił. To wyjaśniało reakcję Chrisa.
Udając, że o niczym nie wie, odwrócił wzrok, kiedy reptilianin wracał do stolika, zerkając na niego dopiero po chwili. Jego słowa do końca potwierdziły teorię Ricka, więc nie musiał się już dopytywać.
Wstał niemal w tym samym momencie, gdy Chris powiedział "musimy się zbierać". Spojrzał na Gwen przepraszającym wzrokiem, przytakując słowom przyjaciela. Ogłoszenie brzmiało wiarygodnie, tacy jak oni raczej unikaliby kupowania rzeczy osobiście. Szkoda tylko, że musieli kłamać. Nie podobała mu się wizja rozmowy z ojcem Christophera, bo choć Rick domyślał się, że robił to z troski, nigdy nie był fanem jego stanowczego i bezpośredniego tonu. Obiecał Chrisowi, że nic nie powie, ale obawiał się, że pod naciskiem Crawforda będzie z tym ciężko.
Udawał, że nie widzi, w jaki sposób Chris żegna się z Gwen i poszedł za nim, przedtem odwracając się i kiwając dziewczynie głową na pożegnanie.
Dogonił przyjaciela i zrównał z nim krok, spodziewając się już, co zaraz usłyszy.
- Troskliwy tatuś musi wiedzieć o wszystkim. Jak dobrze, że moi rodzice nas tak nie nękają, nie chciałbyś słuchać lamentowania mojej rodzicielki. - odparł sarkastycznie. Mimo to podzielał obawy Chrisa, zwłaszcza, że to on miał gadać z jego ojcem.
Resztę drogi mało się do siebie odzywali, wizja rozmowy z Crawfordem szybko zepsuła im dobre nastroje, które tak ciężko było odzyskać po wczorajszym napadzie.

// z.t. --> http://theavengers.forumpolish.com/t2076-lokum-chrisa-varcera-i-richarda-brooka //
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gwen Stacy

avatar

Liczba postów : 24
Data dołączenia : 03/04/2016

PisanieTemat: Re: Bryant Park   Nie Cze 04, 2017 7:07 pm

Gwendolyne została pozostawiona z kebabem oraz karteczką. Uniosła brwi do góry. Widocznie ktoś tutaj miał o wiele więcej sekretów niż ona sama. Pokręciła głową. Ze znudzeniem popatrzyła jeszcze na sylwetki chłopaków.
Zerknęła na numer. Gdyby chłopak nie kupiłby jej obiadu, na pewno zmięłaby karteczkę i wyrzuciła ją do kosza. Nie przepadała za znajomościami, które zaczynały się w taki sposób. Czuła się poniekąd winna mu chociaż jednego spotkania, na którym mogłaby się odwdzięczyć za jedzenie.
Dokończyła jedzenie swojego posiłku, przyglądając się dwóm dzieciom, które grały w piłkę. Kiedyś też taka była. Mała, wesoła, niczego nieświadoma. Ile to by dała, żeby powrócić do tamtych czasów? Bardzo wiele. Choć tak naprawdę chciała wrócić do domu.
Po skończonym posiłku podniosła się z krzesełka. Otarła usta w chusteczkę, którą dostała, a papierek po bułce wyrzuciła do kosza. Dopiero wtedy przypomniała sobie o ubrudzonej rękawiczce od stroju. Miała nadzieję, że uda się sprać ten tusz z materiału… Chcąc dmuchać na zimne, Gwen pośpieszyła do sklepu chemicznego, żeby kupić odplamiacz.
No i właściwie to by było na tyle. Nie pozdrawiam.

[Z tematu]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Bryant Park   

Powrót do góry Go down
 
Bryant Park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
 Similar topics
-
» Bryant Park
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: