Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ogrody na dachu jednej z wież

Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Ogrody na dachu jednej z wież   Sro Cze 15, 2016 4:28 pm


W ogrodach rośnie zarówno roślinność typowa dla Savage Land, jak i ta ze zwykłego świata. Utrzymane są w klimacie tropikalnym, szczególnie podkreślanym przez palmy. Znajduje się tam spory stół i krzesła, więc można przyjemnie spędzać sobie czas w nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pią Wrz 08, 2017 12:04 pm

Wieści z tego dnia były przytłaczające. Kto by pomyślał, że w kilka godzin może się wydarzyć tak wiele. Jedni kosmici w Instytucie, drudzy w Houston. Problemy w Los Angeles, częściowo spowodowane również przez kosmitów. Berto niestety nie miał jak zdobywać informacji na bieżąco, przynajmniej nie bezpośrednio. A.I.M. dostarczało mu informacje, jakie byli w stanie zdobyć. Mężczyzna chciał wiedzieć jak najwięcej o wydarzeniach tego dnia. Tak bardzo pragnął wybrać się tam. Gdziekolwiek, gdzie mógłby pomóc swoim przyjaciołom. Wiedział jednak, że nie powinien. Musiał się pohamować i zająć się tym co najważniejsze. Zbieraniem informacji i nadzorowaniem działań jego nerdzików. No i wciąż nie było żadnych nowych danych na temat tej konferencji. Była w tej chwili niezwykle ważna. Liczył, że odbędzie się jak najszybciej.
Tak samo zabraniał Samowi się mieszać w tamte sprawy. I to nie tylko dlatego, że mieli masę spraw do omówienia. To był tylko oficjalny pretekst, który wystarczył, by blondyn nigdzie się nie ruszał. Drugim, dla niego osobiście ważniejszym pretekstem był po prostu fakt, że martwił się o przyjaciela. Zarówno w Los Angeles jak i w Houston było zbyt niebezpiecznie. Choć miał świadomość, że zabicie Cannonballa było bardzo trudne - w końcu był Externalem - to dla niego i tak nie było to argument do tego, by puścić gdzieś blondyna. Wolał mieć go przy sobie i być pewnym, że jest bezpieczny.
W końcu jednak musiał odpuścić przyjacielowi. Dokładnie na drugi dzień, w momencie gdy ten dostał smsa od swojego młodszego brata, Jay'a. Zdawał sobie doskonale sprawę z sytuacji chłopaka. Z jego przeszłości i ciężkiego życia. Nie wyraził ani jednego słowa sprzeciwu, gdy Samuel dał mu znać, że musi się spotkać z rodziną. Kazał mu tylko uważać na siebie, nie wpaść w żadne kłopoty i pozdrowić braciszka. Przed tym oczywiście zadbał, by zjadł porządny posiłek. Odpowiednio dopasowany do potrzeb jego organizmu. Dbanie o dietę również było ważne.
Obecnie siedział na krześle, otoczony przez ogród. Jakby wyszedł sobie na dwór choć tak naprawdę znajdował się na dachu jednej z wież w bazie. Tej samej bazie, w której był wczoraj. Nie ruszył się z miejsca. Trzymał wyprostowane plecy i nogę założoną na drugą nogę. W jego rękach był niewielki tablet. Mężczyzna przeglądał artykuły na temat Houston. Szukał jak największej ilości informacji o wczorajszej tragedii. Być może Samuel coś wyciągnie od brata, ale zrozumie jeśli nie poruszy tego tematu. Kto lubi rozmawiać o śmierci? No, raczej mało kto. Internet za to był świetnym źródłem informacji. Przed Latynosem na stole stał kubek parującej kawy. Postanowił posiedzieć w ogrodzie, by choć trochę się odprężyć. Otoczony roślinnością czuł się jakoś tak lepiej.
Wiadomości na temat Houston nie były na szczęście tak złe jak myślał. Okazało się, że całkiem sporo ludzi przeżyło. Większość zaczęła uciekać z tamtych terenów jak tylko bariera, która je otoczyła została zniszczona. Na szczęście ludzie mieli silny instynkt przetrwania. Nie było się jednak bez ofiar i to była to ciemniejsza strona wydarzenia. Nie mówiąc o tym, że wszystko zostało zrównane z ziemią. Ludzie stracili swoje domy, całe dobytki. Wszystko, co uzbierali przez całe swoje życie. Miejsca pracy. Szkoły. Latynos odnotował sobie w pamięci, by później sprawdzić czy mógłby jakoś pomóc tamtym ludziom. Chociażby przekazując niewielkie fundusze na odbudowanie wszystkiego. Choć na początek pewnie trzeba będzie się upewnić, że nie ma tam żadnego niebezpiecznego promieniowania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3779
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Sob Wrz 09, 2017 4:19 pm

Roberto nie dane było oddawać się temu zajęciu tak długo, jak zapewne by chciał. Kiedy tak siedział sobie w ogrodzie, w pewnym momencie dołączył do niego jeden z jego podwładnych, oczywiście odziany w charakterystyczny, żółty kombinezon. Zatrzymał się tuż obok mężczyzny, a w dłoni również trzymał tablet, choć w chwili obecnej na niego nie spoglądał... Co dało się poznać tylko i wyłącznie po pozycji, w jakiej znajdowało się urządzenie, bo twarz pracownika była przecież zasłonięta.
- Sir, na A.I.M. Island przybyła właśnie bez zapowiedzi panna Rize i chce się z panem widzieć. Wygląda na to, że nie przyjmie odmowy - poinformował szefa, a jego głos świadczył o delikatnym zakłopotaniu.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Nie Wrz 10, 2017 8:16 pm

Chyba powinien się w końcu przyzwyczaić, że odkąd zaczął się zajmować firmami, czas wolny był dla niego luksusem. Firma ojca. A.I.M. Wszędzie zawsze miał coś do roboty. To spotkania, to organizowanie czegoś, planowanie. Nowe projekty. Ostatnio coraz częściej marzyła mu się plaża i drinki. Zapewne dlatego właśnie ten króciutki wolny czas jaki sobie wygospodarował, spędzał w ogrodach. By chociaż poczuć się wolnym od pracy.
Niestety i tym razem długo się nie nacieszył wolnym czasem. W zdobywaniu informacji w przyjemny sposób przeszkodził mu jeden z podwładnych. Oczywiście w żadne sposób nie okazał niezadowolenia z faktu, że przerwano mu odpoczynek. Spojrzał do góry na mężczyznę i uśmiechnął się w ten swój przyjemny dla oka sposób.
- W takim razie powinienem jak najszybciej tam się zebrać. Kobiecie nie wolno kazać czekać, prawda? - wygasił tablet, podnosząc się ze swojego miejsca. Urządzenie planował zabrać ze sobą. Być może kobieta zechce również wspomnieć o Houston. W takim przypadku dobrze będzie mieć coś na ten temat pod ręką. Kubek z resztą kawy musiał zostawić na stole. Nie było sensu brać go ze sobą. Na miejscu może postara się o nową porcję gorącego napoju. Wyszedł z pomieszczenia z zamiarem teleportowania się na A.I.M. Island.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Sob Gru 02, 2017 6:43 pm

Sam doskonale rozumiał to wszystko, o czym mówił mu przyjaciel, nawet jeżeli nie z każdym szczegółem do końca się zgadzał. Znał zagrożenia Savage Land i nie zamierzał wystawiać na nie brata, jednakże prawdę mówiąc nie zaliczał do nich dinozaurów. Były wielkie, niektóre drapieżne, czasami agresywne, ale to wciąż były po prostu zwierzęta. Jego pole siłowe bez problemu by je zatrzymało. Nie, blondyn doszukiwał się niebezpieczeństwa wśród tych inteligentnych mieszkańców krainy. To oni bywali paskudni... I niestety momentami nieprzewidywalni.
Mężczyzna wiedział również o tym, że Bobby ze sporą dozą prawdopodobieństwa nie znajdzie dla nich zbyt wiele czasu, jeżeli jakiś w ogóle. Nie podobało mu się to, że tak się zamęczał, ale sam nie ze wszystkim był w stanie mu pomóc, więc choćby nawet chciał - a chciał, oczywiście, że tak - to nie mógłby ulżyć mu w niektórych obowiązkach. Wspierał go, na ogół się go słuchał, żeby nie dodawać mu problemów, ale przecież tutaj nie rządził.
Cannonball ograniczył się do posłania przyjacielowi spojrzenia graniczącego między współczującym i lekko zaniepokojonym, ale zdecydował się nie drążyć tematu. Berto i tak znał jego opinię, więc nie było sensu męczyć go czy irytować jej powtarzaniem. Poza tym... Tak, Bobby się przepracowywał, ale nie dlatego, że chciał, tylko musiał. To różnica.
- Nie wiem, w ciągu najbliższych dni? Mogę się dostosować do tego, co ci będzie pasowało i Jay pewnie też - odparł jedynie na pytanie Latynosa, wzruszając ramionami i w tym samym czasie z zainteresowaniem obserwując jego poczynania przy laptopie. Nie oczekiwał podania mu terminu już teraz. Domyślał się, że Bobby będzie potrzebował chwili, żeby w spokoju się określić, a jemu aż tak się nie spieszyło, żeby miał naciskać na szybką odpowiedź.
Sam nie próbował też zagadywać przyjaciela o nic innego, skoro ten póki co skupił się na pisaniu. Mógł na niego poczekać, bo w końcu nie chciał go rozpraszać, jeżeli załatwiał coś pilnego. Trochę ciekawiło go co było tak ważne, że nagle go wciągnęło, ale wychodził z założenia, że Berto sam by mu to wyjaśnił, gdyby istniała taka potrzeba. Blondyn zajął się w tym czasie przyglądaniem się przyjacielowi i z tego stanu zawieszenia wyrwał się dopiero w momencie, gdy ten wreszcie zamknął laptopa. Wówczas Cannonball natychmiast wyraźnie drgnął, a następnie odruchowo poszedł w ślady Bobby'ego i również podniósł się z miejsca. Zaraz potem wyjaśniło się dlaczego... I Sam przewrócił oczami, nawet jeżeli na jego usta wstąpił uśmiech.
- Randka w miejscu pracy i to w dodatku jeszcze z szefem? Co o mnie nerdziki pomyślą... - skomentował, świadomie nie dając się ponownie wciągnąć w temat, najwyraźniej, nowego i rozwijającego się romansu Berto. Mimo to od razu ruszył za przyjacielem i razem udali się do teleportera, który przeniósł ich do drugiej z głównych baz A.I.M. Strasznie przydatne urządzenie. Zaoszczędzało im tyle czasu.
Na miejscu, zgodnie z zapowiedzią Bobby'ego, wybrali się prosto do ogrodów. Sam nie był pewien dlaczego właśnie tam, ale od zawsze wykazywał spore skłonności do ustępowania przyjacielowi, gdy ten miał akurat jakąś zachciankę. Nie przeszkadzało mu to i nie widział w tym problemu - bo przecież nie było tak, że nie potrafił się postawić, kiedy w grę wchodziło coś naprawdę poważnego.
Już w ogrodach blondyn zerknął pytająco na swojego towarzysza, aby przekonać się co dokładnie zamierzał. Chciał skierować się ku stołowi i krzesłom, żeby zająć tam miejsce, czy może wolał stanąć bliżej szyb, dzięki czemu mogliby wygodniej wyglądać na zewnątrz? Pod tym względem także Sam zamierzał się dostosować i zwyczajnie dołączyć do Bobby'ego. Osobiście nie posiadał w tej chwili preferencji... Choć widok z góry na Savage Land za każdym razem zapierał dech w piersiach - nawet u kogoś, kto przyzwyczaił się do latania w tej okolicy.
- Przyjemniejsze miejsce osiągnięte. Jaki jest kolejny punkt programu? Minionki przygotują nam piknik? - zapytał, w dalszym ciągu kontynuując wcześniejszy żart Berto o randce, o czym świadczył zarówno ton jego wypowiedzi, jak i uśmiech unoszący kąciki jego ust.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Nie Gru 03, 2017 6:52 pm

W ciągu najbliższych dni. To niezbyt dokładne określenie. No, ale może chociaż kilka dni mu pozostawało na wykonanie chociaż części obowiązków. O ile nie dojdą mu żadne nowe to powinien znaleźć chwilkę dla Sama i jego brata. Niestety w swojej pracy niczego nie mógł być pewien. O ile w A.I.M. sam decydował, co będzie robił, to w firmie rodzinnej już nie było tak dobrze. Spotkanie biznesowe, nowe umowy, rozmowy ze wspólnikami. Tego nie mógł uniknąć i non stop dostawał listę rzeczy do wykonania. Skakał między bazami A.I.M. i Brazylią, by jakoś wszystko ogarnąć. Miewał chwile kiedy miał ochotę wszystko to rzucić i mieć święty spokój. Mieć więcej wolnego czasu. Dla siebie i dla Sama. Mógłby się zająć wtedy swoim życiem osobistym. O ile miałby odwagę. Kiedyś w końcu chyba będzie musiał poszukać jakiejś porady u kogoś znajomego. Dopóki nie będzie za późno.
Starszy chłopak ruszył za nim dosyć szybko, co usłyszał od razu po jego krokach. Słysząc słowa Cannonballa na jego wspomnienie o randce, uniósł lekko prawą rękę zgiętą w łokciu i pomachał dłonią, nie oglądając się na niego. Doskonale wiedział co odpowiedzieć.
- Że propozycja wyszła od ciebie. Próbujesz mnie uwieść i wyciągnąć podwyżkę. - odparł tonem, jakby właśnie powiedział coś totalnie oczywistego i nie rozumiał dlaczego blondyn w ogóle o to pytał. Przecież to było tak proste do odgadnięcia. Tematu randki z Rize już sam również nie kontynuował, nie chciał dalej drażnić przyjaciela tym, więc w ciszy przebył resztę drogi do teleportera, który w mgnieniu oka zabrał ich do bazy na Savage Land.
Na miejscu, w drodze do ogrodów, zlecił jednemu z pracowników, by przyniósł jego laptop do wieży. Choć nazwał ich wypad randką to i tak zawsze musiał mieć sprzęt pod ręką. Zwłaszcza, że dopiero co wysłał e-maila i w każdej chwili mógł dostać odpowiedź na niego. Im szybciej przeczyta tą odpowiedź, tym lepiej.
Po dotarciu na szczyt wieży i wejściu do ogrodów, Berto skierował się prosto przed siebie, ominął stół z krzesłami i stanął jakieś pół metra od szyby. Jego dłonie wylądowały w kieszeniach spodni, a wzrok utkwił w pięknym widoku, który miał przed sobą. Powód wybrania tego miejsca był dosyć prosty. Krajobraz nietknięty ludzką ręką. Zielony, piękny. Patrzenie na te środowisko odprężało go. Było zupełnie inne od ludzkiego świata, pełnego pośpiechu. Tutaj czas stanął w miejscu. Nikt się nie spieszył, nikt nikogo nie poganiał.
- Właściwie to... Nie jadłem dzisiaj chyba nic oprócz śniadania... - odparł na słowa przyjaciela, które choć miały być żartobliwą zaczepką to właśnie mu uświadomiły, że jest głodny. Od rana coś robił, miał trochę do załatwienia. Potem spotkanie z Rize, powrót Sama. Jedzenie po prostu wyleciało mu z głowy. Teraz jednak, gdy Samuel wspomniał o pikniku, zaburczało mu w brzuchu. Godzina była już późno popołudniowa, dawno powinien być po obiedzie i może nawet szykować się do podwieczorku. O ile miał lekkiego bzika na punkcie diety blondyna, o tyle o siebie dbał już mniej. Za co nieraz mu się obrywało.
- Tylko chyba wolę coś bardziej treściwego od kanapek z koszyka. - dodał, odwracając w końcu głowę w stronę towarzysza. Zaraz też podszedł do stolika, na którym był zainstalowany intercom i przekazał, by przygotować dla nich posiłek. Ten cały żart zaczynał wyglądać jak prawdziwa randka. Po rozłączeniu się wrócił na swoje miejsce przy szybie.
- Za parę godzin będziemy oglądać zachód słońca. Idealna pora, nie sądzisz? - zapytał, mając na myśli porę na randkę. Zachód słońca był powszechnie uznawany za romantyczny. Mężczyzna przeciągnął się, wyciągając ręce do góry, a następnie do przodu, by oprzeć dłonie na szkle.
- Życie tam za barierą czasem wydaje mi się o wiele prostsze od naszego. Wiem, że gdzieś tam mieszka Sauron. Do tego mięsożerne dinozaury. Ale to chyba lepsze od problemów naszego świata. Jedynym problemem byłby fakt, że gdybym urodził się tam to nie poznałbym ciebie. I pewnie szybko bym zginął ze swoim charakterem. - odezwał się, wpatrując się gdzieś w horyzont, pod koniec odpowiedzi uśmiechając się do siebie. Chyba każdy miał czasem dość swojego życia. Nie był wyjątkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pon Gru 04, 2017 6:17 pm

Zgodnie ze swoim postanowieniem, Sam zatrzymał się przy Berto w pobliżu szyby. Postawę miał zrelaksowaną i spokojną, dłonie oparł na biodrach, spojrzeniem zaś powoli powiódł wzdłuż widnokręgu... I to nie jedynie dlatego, aby nacieszyć oczy pięknem krainy zapomnianej przez czas. Chwilami łapał się na tym, że wśród drzew i gór wypatrywał zagrożenia - lecz być może nie było w tym niczego dziwnego, skoro odpowiadał właśnie za bezpieczeństwo bazy. Po prostu weszło mu to już w krew.
Kiedy jednak Bobby zareagował na jego słowa, blondyn nie tylko przeniósł na niego swój wzrok, ale i rzucił mu oskarżycielskie spojrzenie. Oczywiście, że Latynos o siebie należycie nie dbał. Sam nawet nie wiedział czego innego się po nim spodziewał. Dobrze chociaż, że przypadkiem poruszył ten temat i przypomniał mu o posiłku - którego, jak słyszał, organizm Berto wyraźnie się domagał.
Mężczyzna co prawda się nie odezwał, ale dla odmiany skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, a jego wyraz twarzy tak czy siak mówił wszystko co myślał w tym temacie. Gdyby zaś Bobby jakimś cudem nie zwrócił na niego uwagi... To i tak znał jego opinię. W końcu jednak Samowi udało się złapać spojrzenie przyjaciela, na szczęście w momencie, gdy ten zadeklarował już chęć zjedzenia czegoś porządnego - co znacząco złagodziło ocenę w oczach blondyna.
- Słusznie - skomentował tylko. Prawdę powiedziawszy osobiście również mógłby się już skusić na kolację. W przeciwieństwie do Berto miał za sobą obiad, lecz pora wydawała mu się odpowiednia na kolejny posiłek. Cannonball pozostał przy szybie, obserwując poczynania przyjaciela i czekając na to, aż zamówi dla nich jedzenie, a kiedy ten znów do niego dołączył - ponownie przeniósł wzrok za okno.
- Idealna - zgodził się łatwo na pytanie Bobby'ego, bez problemu domyślając się do czego się odnosił. Kątem oka wyłapał tę jego krótką gimnastykę i prawie miał ochotę wspomnieć mu żartem, że powinien od czasu do czasu rozprostować kości, a nie ciągle spędzać czas za biurkiem... Na szczęście jednak Sam posiadał filtr, który można by było określić mianem wyczucia. Wiedział, że Berto chętnie wróciłby do akcji, dlatego akurat tym go nie drażnił.
Zaraz jednak Latynos znów zaczął mówić i już po kilku pierwszych słowach blondyn obrócił ku niemu twarz. Przyglądał się przyjacielowi w zastanowieniu, w duchu rozważając jego przemyślenia. Osobiście nie czuł ochoty zamieszkania tam w dziczy, lecz w pewnym sensie potrafił to zrozumieć, bo zdarzało mu się wyobrażać sobie życie na farmie - gdyby zarówno on, jak i żadne z jego rodzeństwa nie byli mutantami... Łatwiejsza, mniej skomplikowana egzystencja, przy której nie musiałby się martwić o to, jak długo pożyją. No, przynajmniej nie tak często.
- Może. Ale ktoś musi rozwiązywać problemy naszego świata, żeby tamci mogli żyć prościej - zauważył. Gdyby nie bohaterowie, jak szybko ktoś wpadłby na to, żeby w jakiś sposób wykorzystać na przykład Savage Land, nie bacząc na jego mieszkańców? Albo po jakim czasie doszłoby do udanej inwazji z innej planety, wymiaru, alternatywnej rzeczywistości?
- Jeżeli to coś pomoże, ja cieszę się, że nasze życia potoczyły się właśnie tak, jak się potoczyły. Inaczej moglibyśmy tu razem nie stać - dodał najzupełniej szczerze, wciąż spoglądając na twarz Bobby'ego. Przez ostatnie dziesięć lat spotkało ich mnóstwo dobrych i złych chwil, ale nie chciał tracić czasu na wątpliwości i żale. Niczego by to nie zmieniło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Sob Gru 09, 2017 4:19 pm

"Słusznie." Jedno słowo, a mówiło tak wiele. Berto wręcz czuł ten oskarżycielski ton ze strony Samuela. Widział to nawet w jego postawie ze skrzyżowanymi ramionami, które dopiero co były skierowane luźno w dół. Niezadowolenie i wyrzuty przez to, że nie dbał o siebie. Nic na to nie mógł poradzić. Praca go wciągała i wtedy zapominał o wszystkim. Nawet o jedzeniu, ignorując burczący żołądek, a raczej nie zauważając go. Całe szczęście propozycja porządnego posiłku ugłaskała blondyna. Nawet jego spojrzenie chyba złagodniało. Milczące oskarżenia ze strony przyjaciela były gorsze od słów. Nie lubił kiedy Cannonball w ten sposób pokazywał mu, co myśli na dany temat.
Załatwienie posiłku zajęło mu chwilę, a znając swoich ludzi, przygotowanie go też pewnie nie zajmie zbyt wiele czasu. Mieli więc kilka minut dla siebie. Zgoda Sama na temat pory dnia nie zaskoczyła go. Chyba wszyscy wiedzieli, że zachody słońca są najlepsze na coś takiego. Ewentualnie wschody, ale komu chce się wstawać aż tak wcześnie rano, by je oglądać. A z zachodem nie było problemu, bo i tak szło się spać dużo później.
Choć mówił o życiu w dziczy, za barierą to zadowoliłby się każdym, tego rodzaju spokojnym miejscem. To nie musiała koniecznie być dżungla. Choć wybrać się do takiej Amazonii... To by było coś. Powalczyć o przetrwanie. Rozruszałby się trochę, znowu powalczył i używał swojej mocy często. Czasem tęsknił do czasów młodości. Choć patrząc na to, ile teraz się dzieje na świecie, być może wkrótce będzie miał okazję wkroczyć osobiście do akcji. Ciągłe wysługiwanie się wynalazkami robiło się monotonne.
- Prawda. Nie mówiąc o tym, że musimy rozwiązywać problemy żeby nasi znajomi i rodzina mieli spokojne życie. Ale fajnie by było żyć spokojniej i dać innym rozwiązywać problemy, prawda? Tyle, że ratowanie świata jest... Na swój sposób super. Jesteśmy bohaterami. - tu już Berto się uśmiechnął. Jak czasem marzył o spokoju, tak bycie bohaterem podobało mu się. Może nie podczas walki i ryzykowania życia, ale już po wygranej. Kiedy można było się cieszyć zwycięstwem i być dumnym z siebie, że znowu się udało. Nawet jeśli nikt nie gratulował mu bezpośrednio to wystarczyło, że ludzie widzieli go w jego odmienionej formie. No i zawsze lubił walczyć. Na pewno bycie znanym jako bohater byłoby lepsze, ale z tym mogły być problemy. Ludzie nawet do X-Menów nie byli przekonani choć ci milion razy ich ratowali.
Jego uśmiech się poszerzył na kolejne słowa blondyna. Tak, on też się cieszył. Nie wyobrażał sobie jakie by było jego życie bez Cannonballa. I to nie tylko ze względu na swoje uczucia. Starszy od niego o trzy lata mężczyzna zawsze był jego głosem rozsądku.
Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, drzwi do pomieszczenia się otworzyły. Ich obiado-kolacja została dostarczona. Posiłek był całkiem spory. Chyba nerdziki zdawały sobie sprawę z tego, że Latynos nie jadł niczego poza śniadaniem. Dodatkowo również został dostarczony laptop, zgodnie z poleceniem da Costy. Berto oderwał ręce od szyby i obrócił się, zarzucając swoją rękę na ramiona Sama, ciągnąc go lekko w stronę stołu.
- Ja również się cieszę. Czasem po prostu muszę trochę sobie pomarudzić. - odparł wesołym tonem. Rękę cofnął dopiero, gdy byli przy stole. Puścił chłopaka i usiadł na jednym z krzeseł, w pierwszej kolejności otwierając laptopa, oczekując na powiadomienie o nowej wiadomości. Żeby jednak nie dostać nagany od blondyna, szybko zaraz sięgnął po sztućce.
- Może i nie jest to kolacja przy świecach, ale mogę ewentualnie załatwić wino jeśli masz ochotę. - zaproponował, ciągnąc ich zabawę w randkę. Bo czemu nie. Przynajmniej mogli się rozluźnić, dobrze się bawiąc. Nie często zdarzała się im taka chwila wytchnienia. Trzeba było ją maksymalnie wykorzystać. Później wróci do pracy. Na pewno jeszcze dzisiaj. Nie pójdzie zbyt szybko spać. Zwłaszcza jeśli już dzisiaj dostanie odpowiedź na e-maila.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Nie Gru 10, 2017 5:42 pm

Gdy uśmiech Bobby'ego się tak poszerzył, Cannonball wprost nie był w stanie nie odpowiedzieć na niego przyjacielowi tym samym. Ich nastroje bardzo często szły ze sobą w parze, a w dodatku Berto zazwyczaj potrafił poprawić Samowi humor czy też po prostu go rozbawić... I to nawet bez wkładania w to wielkiego wysiłku. Zwykle wystarczyło, że zwyczajnie chciał spróbować.
Tym razem jednak dyskusję przerwało im przybycie do ogrodów dopiero co wezwanych minionków - a już cichy dźwięk otwierających się drzwi wystarczył, aby blondyn lekko się obrócił i spojrzał w ich stronę, tym samym w końcu odrywając wzrok od Latynosa. Był świadomy tego, że obok niego Bobby czynił to samo, lecz osobiście w pierwszej kolejności skupił się na ocenie wielkości posiłku... Oraz na obecności wśród potraw laptopa. To ostatnie nawet go już nie zdziwiło. Odnosił wrażenie, że z każdym dniem Berto coraz bardziej żył swoją pracą... Co w żadnym razie nie było zdrowe, ale pewnie rzeczywiście konieczne. W przeciwnym wypadku Sam o wiele częściej by na to protestował.
W następnym momencie mężczyzna poczuł już rękę układającą się na jego ramionach, przez co znów kątem oka zerknął na Bobby'ego, jednocześnie odruchowo obejmując go luźno w pasie. Bez śladu wahania pozwolił na to, aby przyjaciel poprowadził go w stronę stołu - a ruszył z miejsca od razu, w ogóle się nad tym nie zastanawiając, nim jeszcze w pełni dotarło do niego dokąd w ogóle zmierzali.
Dzięki temu już po chwili blondyn również zajmował miejsce przy stole obok Berto, przy okazji rzucając długie spojrzenie otwieranemu właśnie przez niego laptopowi. Tym razem jego twarz nie wyrażała niezadowolenia czy osądzania, świadomie postawił na neutralność... Między innymi dlatego, że domyślał się, że Bobby mógł czekać na coś konkretnego. W końcu wcześniej coś zapisywał - więc być może do kogoś się wtedy odezwał albo na przykład przekazał nerdzikom jakieś instrukcje? Ewentualnie Latynos mógł się też spodziewać nowych informacji w sprawie tych wybuchów... Pilnych opcji było tak wiele, że Sam po prostu nie mógł zwracać przyjacielowi uwagi. A poza tym... Berto przecież nie zapominał o jego obecności i w dodatku grzecznie sprowadził jedzenie, więc dostawał punkty przynajmniej za staranie się. Co nie zmieniało faktu, że blondyn tak czy siak śledził go uważnym wzrokiem tak długo, aż w końcu młodszy mężczyzna sięgnął po sztućce - i dopiero wówczas Sam również poszedł w jego ślady, zaraz zabierając się za posiłek.
- Powinienem się martwić, że spróbujesz mnie upić? A potem, kiedy nie będę już w stanie cię powstrzymać, wyślesz mnie do łóżka i pójdziesz pracować do późna? - odparł pytaniem, a właściwie dwoma, na pytanie przyjaciela, równocześnie unosząc jedną brew. Z tym upijaniem trochę przesadzał, bo w końcu nie miał aż tak słabej głowy, ale za to podejrzewał, że przynajmniej ta ostatnia część najprawdopodobniej się zgadzała. Był prawie pewien, że po kolacji Bobby zamierzał wrócić do gabinetu. Czasami Cannonball zastanawiał się czy udałoby mu się sprzymierzyć z nerdzikami, by dla dobra swojego ukochanego szefa zaczęły dbać o jego wypoczynek... Chyba warto by było to sprawdzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pon Gru 11, 2017 11:58 am

To, jak Sam objął go w pasie kiedy on obejmował blondyna na wysokości ramion nie zaskoczyło go, a jak zawsze było miłe. Cieszył się, że mogą być ze sobą tak blisko. Choć pragnąłby czegoś więcej, to i tak był zadowolony z tego co miał. Nie mógł narzekać. W końcu po tylu latach Cannonball nadal był obok niego, niezmiennie. Chyba mało która przyjaźń teraz wytrzymywała tyle lat. Ludzie się zmieniali. Zmieniały się ich miejsca pracy i zamieszkania. Oni też już od dawna nie mieszkali w Instytucie, a mimo to ich drogi się nie rozeszły. Czego chcieć więcej?
Czuł spojrzenie Samuela, które bacznie obserwowało to, jak otwiera laptop w pierwszej kolejności, siedząc już na krześle. Na całe szczęście szybkie wzięcie się za posiłek pozwoliło uniknąć jakichkolwiek komentarzy. Laptop stał spokojnie na boku, otwarty, a Latynos zajął się posiłkiem. Teraz, kiedy miał przed oczami jedzenie, a do jego nosa docierały wszystkie, wspaniałe zapachy, jego żołądek tym bardziej się upominał o świeżą dostawę składników. Dopiero teraz Berto naprawdę poczuł, jak bardzo jest głodny.
Pierwsze pytanie przyjaciela od razu wywołało u niego... Ciekawe myśli na temat upijania go, najlepiej niemal do nieprzytomności. Drugie pytanie jednak odepchnęło te myśli na bok, przywołując już te grzeczniejsze. Zmarszczył lekko nos, trzymając w ustach widelec, który zaraz cofnął, by móc się odezwać.
- Za dobrze mnie znasz, nic się przed tobą nie ukryje. Nawet nie mogę spokojnie uknuć jakiegoś planu. - westchnął teatralnie jakoby Sam właśnie go rozgryzł i jego misterny plan, tworzony od co najmniej godziny musiał zostać wyrzucony do kosza. Właściwie to wcześniej ani jedna ani druga opcja z jego myśli na pytania mężczyzny, nie przyszły mu do głowy. Raczej odruchowo zaproponował wino skoro już mieli się bawić w randkę.
- Skoro już wiesz, jaki był mój plan to czy mimo to chciałbyś wina? Teraz i tak już nie dasz się upić, prawda? - zapytał mimo wszystko. Żarty żartami, ale może jednak Sam miałby ochotę chociaż na jeden kieliszek. Alkohol w niewielkich ilościach był wręcz zdrowy, dobrze działał organizm. Szczegół, że "niewielkie ilości" w ich wydaniu były całkiem spore. Tak to bywa kiedy jesteś bogaty i możesz sobie na wszystko pozwolić.
Berto musiał przyznać, że taka kolacja w towarzystwie tego konkretnego mężczyzny była naprawdę przyjemna. Choć nadal czuwał nad laptopem i czekał na informacje zwrotne to mógł się nieco rozluźnić teraz. Przez chwilę nie myśleć o tym, co miał jeszcze do zrobienia i wrócić do tego po skończonym posiłku. Cannonball się nie mylił co do jego powrotu do pracy po kolacji. Choć raczej nie wyśle go do łóżka. Nie było aż tak późno, by trzeba było już iść spać.
Zaledwie chwilę po jego zamilknięciu na laptopa przyszła krótka informacja od jego minionków. Mężczyzna zerknął na nią z zaciekawieniem i uśmiechnął się pod nosem. Chyba nie tylko jego czekała praca do późna. Był niemal pewien, że naukowcy nie pójdą szybko spać.
- Nerdziki znalazły sobie nową zabawkę. W Los Angeles wylądował jakiś niewielki meteoryt i już go zgarnęli. - poinformował przyjaciela.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Wto Gru 12, 2017 2:39 pm

Kiedy Bobby ujmował to w taki sposób, Sam nie miał nawet ochoty posyłać mu wymownego spojrzenia, a co dopiero naprawdę się na niego irytować. Poza tym... Przecież i tak z góry domyślał się co przyjaciel zamierzał, więc nie mógłby zrzucić swojej reakcji na nagłe odkrycie jego niecnych planów. Co prawda mimo wszystko podjął próbę zmarszczenia czoła, lecz bez wątpienia zdradził go lekki uśmiech, który zawitał na jego ustach. Widać było, że tym razem przyzwalał na takie zachowanie Berto - głównie dlatego, iż wiedział, że i tak przegrałby tę walkę. Nie chciał też ciągle się powtarzać, bo to w końcu zmęczyłoby ich obu i pewnie doprowadziłoby do sprzeczki, a tego nienawidził.
To nie rozwiązywało jednak kwestii alkoholu i dlatego Sam wcale nie był zaskoczony, gdy zaraz potem Bobby powtórzył swoje pytanie. Tym razem blondyn nie odpowiedział mu natychmiast, tylko najpierw odchylił głowę na bok, jak gdyby to rozważał. Właściwie wyrażenie zgody chyba by mu nie zaszkodziło, nawet gdyby rzeczywiście wypili nieco więcej... W końcu było jeszcze wcześnie, a poczucie obowiązku - czasami nazywane też pracoholizmem - Berto na pewno niedługo wezwie go do gabinetu, tym samym ucinając spotkanie. No i Cannonball na ogół nie musiał wstawać wraz ze słońcem, co także ułatwiało mu podjęcie decyzji.
- Pewnie. Chętnie. Będę się pilnował i trafię do łóżka na własnych warunkach - odparł, również nawiązując do ostatniego żartu i spoglądając Bobby'emu prosto w oczy... Przynajmniej aż do momentu, gdy Latynos skierował swoje spojrzenie na ekran laptopa. Po wyrazie twarzy przyjaciela Sam był w stanie stwierdzić, że ten nie zaglądał na urządzenie kontrolnie, tylko coś na nim czytał, a choć wzbudziło to też i jego zaciekawienie, postanowił poczekać i jeszcze o nic nie pytać. W tym czasie wrócił do skubania posiłku i ponownie podniósł wzrok dopiero w chwili, gdy Berto przemówił. Jego słowa sprawiły, że zmarszczył brwi.
- Coś szczególnego? - spytał nieco ostrożnym tonem, bo szczerze powiedziawszy meteoryty potrafiły oznaczać spore kłopoty. Ile to razy przyniosły już na Ziemię coś paskudnego z kosmosu? Lepiej, by nie mieli do czynienia z kolejnym Venomem albo czymś od niego gorszym. A jeżeli A.I.M. się tym kamykiem zainteresowało, to najwyraźniej coś nietypowego musiało być na rzeczy... Chyba że nerdziki po prostu lubiły zbierać po świecie meteoryty? Tak naprawdę nawet by to Sama nie zdziwiło. Miewały dziwne hobby.
Z drugiej strony... Pewnie dobrze się stało, że to właśnie oni się tym zajęli, a nie - na przykład - wezwana na miejsce policja albo po prostu ciekawscy cywile. Jeżeli meteoryt rzeczywiście stanowił jakieś zagrożenie, to A.I.M. posiadało wszelkie warunki, aby opanować sytuację, a jeśli nie... To przynajmniej minionki będą szczęśliwe i nikt tak czy siak na tym nie ucierpi. Choć Cannonball nie wiedział jak bardzo nielegalne było porywanie kosmicznych kamyków. Chyba oficjalnie należały do państwa?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pią Gru 15, 2017 12:42 pm

Berto sam zdecydowanie by nie poczęstował się winem, gdyby Sam odmówił. Zazwyczaj dostosowywał się do drugiej osoby. Kiedy rozmawiał z klientem i ten zażyczył sobie kawę, mężczyzna również brał kawę. Miał po prostu taki odruch. I choć alkohol naprawdę lubił - ale to nie był raczej jeszcze alkoholizm, bo potrafił sobie odmówić - to mógł z niego zrezygnować jeśli druga osoba sobie go nie życzyła. Tym razem jednak miał ochotę na wino i po cichu liczył, że blondyn zgodzi się chociaż na jedną lampkę. Na szczęście, jak zawsze, przyjaciel go nie zawiódł.
- Zobaczymy. - odpowiedział jedynie na słowa Cannonballa, szybko informując jakiegoś minionka przez intercom żeby dostarczył butelkę pół słodkiego wina dla nich. Kiedy w międzyczasie zapoznał się z informacjami na temat nowej zabawki nerdzików, Samuel wyraźnie okazał ostrożne zainteresowanie. Nie dziwił się mu. Ile to razy meteoryt okazał się nie być meteorytem. Zaczynając od symbiota, przez którego później mieli na głowi Venoma. Kto wie co mogło się kryć w tym kosmicznym kamieniu.
- Dopiero co zgarnęli go. Póki co mam informacje, że jest nadzwyczaj ciężki jak na swój rozmiar. No i nie jest zwykłym meteorytem, skany temu zaprzeczają. Pewnie jutro dostanę pełny raport, mogę ci go przesłać jeśli chcesz. - zaproponował. Zapewne bez względu na to, jakie wyniki na koniec otrzymają naukowcy, jego towarzysz powinien je poznać. Nawet jeśli się nimi zmartwi, bo okażą się złe. Latynos sam był ciekaw co takiego znajdą w tym kosmicznym odłamku. Być może coś przydatnego, a może wręcz przeciwnie. Bez względu na to, która opcja wygra, lepiej, że to A.I.M. zgarnęło go, a nie ktoś inny. Organizacja miała najbardziej nowoczesną technologię i wierzył, że minionki sobie poradzą w razie kłopotów z meteorytem.
Butelka wina wraz z kieliszkami zostały dostarczone szybko, jak to zawsze miało miejsce w przypadku próśb Berto. Cieszył się uznaniem wśród swoich nowych poddanych. Ba, wiedział, że uważają go za fajnego, bo sami tak raz stwierdzili. Urok da Costy zadziałał nawet na nich. Nerdzik postawił wino na środku stołu, ustawił kieliszki przed nimi, po czym szybko napomykając, że w razie czego mają również świece, umknął z pomieszczenia. Latynos obejrzał się za nim, zdążył jedynie wyłapać jego plecy, po czym drzwi zaraz się zamknęły.
- No to chyba już oficjalnie jesteśmy na randce. - stwierdził ze śmiechem, komentując słowa minionka. To się żartowniś znalazł. O świecach mu się zachciało wspominać. Powinien być na niego zły, że coś takiego zasugerował, ale nie był. Gorzej, jeśli jego nerdziki domyślały się czegoś i spiskowały przeciwko niemu. Byli najmądrzejszymi ludźmi na Ziemi, tak mu się wydawało, więc na pewno byli niezwykle bystrzy. Powinien się przy nich pilnować. Tylko czy teraz to już cokolwiek mu da? Raczej nie, był na pozycji straconej. Pozostawało mu liczyć na ich dyskrecję.
Nie zwlekając już dłużej, Berto sięgnął po butelkę wina, wyciągając korek - teraz już tylko luźno włożony, bo nikt nie będzie przecież kazać szefowi męczyć się z otwieraniem - i rozlał trunek do kieliszków, zaczynając oczywiście od Samuela. Zawsze należało najpierw polać innym, a sobie na końcu. Odstawił butelkę i złapał swój kieliszek.
- Jakiś toast? - zapytał przyjaciela, unosząc lekko szkło do góry.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pią Gru 15, 2017 3:47 pm

Sam powoli pokiwał głową na słowa przyjaciela, w myślach rozważając już różne możliwości. Przy odrobinie szczęścia ten meteoryt mógł się po prostu składać z nietypowego materiału, jednego z tych, które nie występowały naturalnie na ich planecie i stąd wynikała jego dziwna waga... To byłaby chyba najprzyjemniejsza i jednocześnie najbezpieczniejsza opcja. Nerdziki zbadałyby sobie coś obcego, może nawet znalazłyby dla tego jakieś zastosowanie, a oni nie musieliby się martwić o żadnego kosmicznego potworka. Szkoda, że zazwyczaj nie było tak łatwo.
- Prześlij. Choć nie zdziwię się, jeżeli coś pójdzie nie tak i przed pełnym raportem dostaniemy już zawiadomienie o jakichś problemach - zauważył. Na ogół Cannonball nie był takim pesymistą i teraz tak naprawdę również nie wypowiedział swojego zdania ponurym czy zrezygnowanym tonem... Zwyczajnie na spokojnie zwrócił uwagę na coś, co wydawało mu się całkiem prawdopodobne. Mężczyzna wiedział zresztą, że Bobby na pewno również zdawał sobie z tego sprawę i brał tę możliwość pod uwagę. W końcu lubił być przygotowany na wszystko. O kilka kroków przed resztą świata. Przez ostatnie lata tak bardzo się rozwinął...
Temat meteorytu szybko został jednak wyparty przez pojawienie się nerdzika z zamówionym winem. Blondyn rzucił na nie okiem, lecz zaraz potem skupił się już na Berto... Przynajmniej do momentu, gdy kieliszki i butelka znalazły się na blacie, a minionek postanowił sobie z nich zażartować. W przeciwieństwie do Latynosa, Sam siedział tak, że mógł bez problemu przenieść wzrok na śmieszka i w tym celu nie musiał tracić czasu na obracanie się ku niemu. Jego brwi lekko się uniosły, a na usta powrócił uśmiech, lecz nawet nie próbował odpowiadać nerdzikowi - bo ten i tak już się oddalał, więc najprawdopodobniej by na to nie zareagował.
Zachowanie mężczyzny nie było dla niego zaskoczeniem. Minionki zachowywały się bardzo swobodnie, zarówno w stosunku do siebie wzajemnie, jak i do swojego szefa czy jego samego. Nie po raz pierwszy i na pewno nie ostatni ich zaczepiały... Ale prawdę mówiąc Cannonballowi to pasowało. Szczerze wolał taką luźną atmosferę. Biorąc wszystko pod uwagę, nie mógłby sobie chyba wymarzyć lepszej pracy.
- Najwyraźniej - zgodził się łatwo, w tych słowach również nie doszukując się żadnego głębszego znaczenia. Przecież cały czas tylko sobie żartowali, prawda? Dla niego tak to właśnie wyglądało. W pewnym sensie Sam przywykł już do mniej lub bardziej subtelnych uwag dotyczących jego relacji z Bobby'm i teraz w ogóle mu nie przeszkadzały. Tak, byli sobie bliscy, praktycznie nierozłączni, od wielu lat zawsze razem. Słyszał chyba wszystkie możliwe komentarze w tej sprawie i nie widział potrzeby im zaprzeczać.
Przez krótką chwilę blondyn przyglądał się temu, jak Berto nalewał im wina, po czym ujął w dłoń swój kieliszek i od razu odruchowo skopiował zachowanie przyjaciela. Toast... Do czego mogliby się teraz napić, by nie zabrzmiało to zbyt poważnie i otrzeźwiająco? Bo na pewno nie potrzebowali jeszcze bardziej się martwić.
- W takiej sytuacji chyba wypadałoby powiedzieć: za nas? I może jeszcze za to, by żaden nerdzik nie targnął się na mnie w nagłym przypływie zazdrości - zasugerował, ostatecznie decydując się kontynuować żart. Choć to ostatnie wcale aż tak by go nie zdziwiło. Mininki bywały naprawdę nieprzewidywalne, szczególnie te co bardziej szalone... To znaczy, entuzjastycznie nastawione.
Niezależnie od tego, czy jego propozycja toastu została zaakceptowana, czy tez Bobby podrzucił jednak własny pomysł, Samuel był gotowy znów podążyć śladami przyjaciela - i w tym samym czasie co on unieść kieliszek do ust, by upić z niego trochę wina.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pon Gru 18, 2017 5:18 pm

- Też bym się nie zdziwił. Ziemia jest chyba jakimiś magnesem na dziwactwa z kosmosu. Jakby się świeciła wielkim napisem ląduj tutaj. - stwierdził z lekkim uśmiechem. To było dosyć zastanawiające. Kosmici jakoś trafiali na Ziemię choć ludzie wysyłali swoje sondy naprawdę daleko i nie byli w stanie nigdzie wykryć życia. No, ale przynajmniej wszyscy wiedzieli, że kosmici istnieją. Gdzieś tam. Nie ważne gdzie. Tyle razy już odwiedzili tą planetę, że można było się przygotować na kolejne spotkanie. I spodziewać się go.
Mimo to wierzył w naukowców. Wiedział, że z tak zaawansowaną technologią poradzą sobie niemal ze wszystkim. I dadzą z siebie wszystko, by to udowodnić. By pokazać jak inteligentni są. Oczywiście istniała mała szansa, że coś pójdzie nie tak, zawsze trzeba to brać pod uwagę. W razie problemów on i Sam dadzą sobie radę, gdyby meteoryt miał się zamienić w krwiożerczego kosmitę.
Berto zdarzało się słyszeć komentarze na temat jego relacji z Samem choć nie słyszał ich zbyt często. Bywały za to naprawdę przeróżne. Od zwykłego podziwiania ich przyjaźni, która przetrwała tyle lat, tyle zmian w ich życiu i różne głupoty, które zdarzało im się popełniać. Przez pytania czy to tylko przyjaźń i kończąc nawet na pytaniach typu, czy Samuel w końcu zapytał go o chodzenie. Latynos zawsze zbywał tego rodzaju pytania uśmiechem i twierdzeniem, że jest dla Samuela po prostu przyjacielem. Zręcznie omijał swój punkt widzenia, by niepotrzebnie nie kłamać. Pewnie Cannonballa również nie ominęły tego typu komentarze, więc nie był zaskoczony, gdy blondyn łatwo się z nim zgodził. To mu trochę przypominało czasy X-Force i pewną parę. No, ale teraz to nieważne.
-W takim razie za nas. - uniósł kieliszek nieco wyżej - I tym bardziej za twoje bezpieczeństwo. Bo sam czasem odnoszę wrażenie, że te ich eksperymenty na tobie mają konkretny cel. - dodał jeszcze. Nie do końca poważnie to mówił, ale z drugiej strony nie było pewności czy bariera Samuela jest w stanie ochronić go przed dosłownie wszystkim. Co jeśli kiedyś w końcu jakiś wybuch zrobi mu krzywdę? Jeśli zdarzy się to podczas eksperymentów minionków w laboratorium to Berto nigdy sobie tego nie wybaczy.
Z dwoma toastami za jednym razem, napił się ze swojego kieliszka. Pyszne wino. Idealnie dobrane jak zawsze. A ich żart szedł coraz dalej. Coraz bardziej się w to zagłębiali. Oficjalna randka, toast za nich. Co dalej? No, pewnie nic. Nieważne jak bardzo by czegoś chciał. W końcu z żartem też nie można przesadzić. Nie wszystko da radę pod to podpiąć.
- A co tam słychać nowego u twojego brata? Dowiedziałeś się czegoś ciekawego podczas wizyty? Otworzył się wreszcie na życie towarzyskie? - zapytał, chwili jedzenia w ciszy i kolejnym łyku wina. Szczerze się interesował rodziną Guthrie. Byli dla niego prawie jak jego własna rodzina i lubił wiedzieć co się dzieje z rodzeństwem Samuela i jego matką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Wto Gru 19, 2017 10:54 pm

Popijając wino, Sam mimo wszystko nie mógł nie zgodzić się ze słowami przyjaciela - nawet jeżeli nie wypowiedział tego na głos. Na ogół nie martwił się eksperymentami minionków, bo ufał swojemu polu siłowemu. Wiedział ile potrafiło znieść, przetrwał dzięki niemu sytuacje, które pewnie zabiłyby niejednego super-wytrzymałego bohatera... I na podstawie podawanych mu przez naukowców informacji zwykle potrafił określić czy dane doświadczenie będzie dla niego zagrożeniem czy nie. Mimo to...
Mimo to mężczyzna nie mógł zaprzeczyć, że nerdziki myślały czasem bardzo jednotorowo. Nie w tym sensie, że nie były wszechstronne, wręcz przeciwnie, bo wiedzę posiadały ogromną - ale niekoniecznie zwracały uwagę na to, jakie efekty przyniosłyby niektóre z ich działań. Dobrze, że Bobby miał nad nimi jakąś kontrolę. Potrzebowały tego, żeby w którymś momencie przypadkowo nie wysadzić się w powietrze. Albo całej okolicy. Albo planety.
Jeżeli zaś chodziło o ich powody... Samuel głęboko wierzył, że nie robiły tego złośliwie czy z chęci siania zniszczenia. Ten element został usunięty z organizacji - albo z własnej woli z niej odszedł. Obecnie minionki były po prostu ciekawe świata. Chciały tworzyć i odkrywać, a potem się tym chwalić. I raczej nie zamierzały go przy okazji zabić. Może tylko czasami go nastraszyć. Choć niektóre wykazywały oznaki obsesji w stosunku do Berto, więc może rzeczywiście powinien się jednak mieć na baczności.
Blondyn został nagle wyrwany z zamyślenia, gdy jego przyjaciel odezwał się ponownie. Cannonball chętnie skupił swoją uwagę na nim i na jego wypowiedzi, nie chcąc nastawiać się negatywnie i nakręcać się na to, że nerdziki coś planowały. Poza tym... Ten nowy temat okazał się być o wiele przyjemniejszy i od razu sprawił, że mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
- Trochę. Wciąż nie tak bardzo, jak bym chciał, ale wydaje mi się, że jest już dużo lepiej. Bycie w drużynie też mu pewnie pomoże, choć wspominał, że trafił do niej także chłopak, za którym nie przepada... Ale z pozostałymi się lubi. Zresztą, wiesz jaki on jest. Powiedziałbym nawet, że ktoś polubił go aż za bardzo... Tyle że Jay twierdzi, że to nic poważnego, więc niech mu będzie. Pozwolił mi za to spróbować znaleźć mu dziewczynę i mam już jedną upatrzoną. Miła, grzeczna, powinni się dogadać - streścił z większym niż do tej pory entuzjazmem. Nie wykazywał przy tym żadnych oporów przed opowiadaniem Bobby'emu o takich rzeczach, choć pewnie nikomu spoza rodziny nie zdradziłby aż tylu prywatnych spraw Jay'a. Berto to po prostu co innego. Wyjątkowy przypadek.
- Przy okazji, dałeś mu amunicję do ręki. Nie myśl sobie, że nie zwrócił uwagi na to przesyłanie całusów - dodał, wciąż będąc w wyraźnie bardzo dobrym humorze. Prawdę mówiąc podejrzewał, że przyjaciel specjalnie liczył na to, iż to właśnie młodszy Guthrie odbierze i odczyta tę wiadomość... Wcale by go to nie zdziwiło. Mimo to nie mógł być przecież zły o nieszkodliwy żart, który w dodatku spodobał się Jay'owi - a Sam zrobiłby naprawdę wiele, aby utrzymać brata w jak najlepszym nastroju.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pią Gru 22, 2017 8:13 pm

Roberto martwił się jedynie tymi nerdzikami, które właśnie okazywały lekką obsesję względem jego osoby. Zapewne by nie zabiły Sama, bo chyba wszyscy wiedzieli, że tego nigdy by im nie wybaczył i od razu by stracili jego zaufanie. Mogli jednak podczas jakiegoś eksperymentu trochę uszkodzić blondyna, w ramach ostrzeżenia, by nie próbował sobie przywłaszczyć jego szefa. Problem leżał w tym, że jego serce już od kilku lat należało do Cannonballa i nic tego nie zmieni. Ile to już będzie? Sześć, może siedem lat. Na początku to faktycznie było tylko koleżeństwo, a potem przyjaźń. Sam nie był pewien kiedy to się zmieniło. Może kiedy przy jednej z pierwszych dziewczyn Samuela zaczął odczuwać dziwną zazdrość? Tak, bardzo możliwe, że właśni wtedy. A naukowcy A.I.M. powinni wiedzieć jak długo łączyła ich przyjaźń. Pewnie sobie robili research na temat swojego nowego szefa i jego ochroniarza. Skoro są tacy mądrzy to powinni też być domyślni.
Zauważył od razu, że zmiana tematu na jego brata przypadła mu do gustu. Sam wyraźnie się ożywił i uśmiechnął szeroko. Taką twarz chłopaka chciał zawsze widzieć. Uśmiechniętą, radosną, bez oznak troski i problemów. Słuchał go ze szczerym zaciekawieniem, upijając wina z kieliszka i cały czas patrząc na niego. Spodobało mu się to co usłyszał. Sytuacja Jay'a się poprawiła, a to co zadowalało Samuela, zadowalało również i jego. Już dawno zaczął myśleć o jego rodzeństwie jak o swoim własnym.
- Bycie w kolejnej drużynie, tak? Bo do tej pory był u Dani, chwaliła się przecież, że ma nowych New Mutants. No i wiadomo, że nie można lubić wszystkich. - pokiwał lekko głową. Doskonale to rozumiał. Sam przecież za czasów X-Force nie lubił Cable'a, a był ich przywódcą.
- Ktoś polubił go za bardzo? - tu się zaciekawił. Czyżby skrzydlaty brat Samuela miał wreszcie powrócić do życia towarzyskiego? To było interesujące. - Może z tą upatrzoną dziewczyną poczekaj trochę? Twój brat może przecież nie wiedzieć, że ta inna myśli o nim poważnie. Niech sobie najpierw porozmawiają. Skoro to zauważyłeś to pchnij ich jakoś do rozmowy. - kto by pomyślał, że on będzie doradzał w takich sprawach. W zasadzie nie powinien się wtrącać, ale... Ale przecież może wtrącić parę swoich słów.
- Uzbroiłem go? - zapytał z niewinnym uśmiechem na twarzy, wiedząc doskonale o czym mówił blondyn. Pamiętał tego smsa. I tak, liczył na to, że to Jay przeczyta go. W końcu wiadomość poszła na jego telefon właśnie. - Też pytał czy w końcu zostaliśmy parą? - pytanie było pokierowane czystą ciekawością. Fajnie by było wiedzieć, co młodszy Guthrie myślał na ich temat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Nie Gru 24, 2017 1:50 am

Samuel doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Bobby miał rację - że praktycznie nie było takiej opcji, aby w jakiejkolwiek drużynie wszyscy się lubili i nie mieli ze sobą żadnych problemów. On osobiście od początku naprawdę starał się utrzymywać ze wszystkimi pozytywne stosunki, ale niektórzy chyba umyślnie mu to utrudniali... Na przykład do tej pory pamiętał dawne spięcia z Feral. Na myśl o jednym z jej wyskoków aż go bolało - dosłownie. Tak... Zdarzyło mu się znaleźć po tej niewłaściwej stronie jej pazurów.
Mimo to blondyn trochę żałował, że Jay też będzie przechodził przez coś podobnego. Może nie aż na taką skalę, bo mężczyzna szczerze wątpił, aby podopieczni Instytutu mieli stosować przeciwko sobie wzajemnie swe mutacje, a przynajmniej nie na tyle poważnie, aby miało to stanowić zagrożenie dla czyjegoś życia... Ale konflikty i nieprzyjazne nastroje to tak czy siak nic przyjemnego. Być może jeszcze uda im się jakoś dogadać, lecz niestety Sam nie mógł za bardzo się w to wtrącać. Był zdany wyłącznie na relacje brata.
Nie mając możliwości pomóc czy tak naprawdę w ogóle zareagować, Cannonball postanowił więc skupić się na tym temacie, w którym mógł już coś zdziałać - bo w końcu otrzymał na to od Jay'a specjalne pozwolenie. Znalezienie mu kogoś odpowiedniego do towarzystwa powinno być proste i Sama bardziej martwiło to, aby jego brat okazał ze swojej strony jakieś zainteresowanie. Nie chciał i nie zamierzał go do niczego zmuszać, oczywiście, że nie, ale takie odcinanie się od ludzi nie było wcale zdrowe. Ani trochę. Jay powinien dać sobie szansę na miłość - i to dla własnego dobra.
Blondyna zdziwiło natomiast to, że Bobby zdawał się być bardziej zaciekawiony osobą, która polubiła jego - praktycznie ich - brata. W pierwszej chwili nie dotarło do niego, że przecież Berto nawet nie wiedział o kim dokładnie była mowa... Że o innym chłopaku, podczas gdy Jay nigdy nie wykazywał skłonności wobec osób swojej własnej płci. Pewnie powinien mu to wyjaśnić, tak na wszelki wypadek, ale z drugiej strony nie był pewien czy mógł. Obgadywanie rodzeństwa to jedno, ale kogoś tylko z nim powiązanego? To co innego. Choć tak naprawdę adorator Jay'a zdawał się nie kryć ze swoimi zamiarami, więc najwyraźniej nie robił z nich żadnej tajemnicy.
- Wspominał coś o tym, że trzymasz mnie w złotej klatce - odparł na początek wymijająco na te ostatnie pytania Bobby'ego, bo jakoś musiał mu się odciąć za ten niewinny ton głosu. I za treść tamtej wiadomości również, a nawet przede wszystkim. Blondyn świadomie przekręcił trochę słowa Jay'a oraz sens ich rozmowy, ale tak czy siak nie planował opowiadać Berto nic więcej na jej temat, więc chyba mógł sobie pozwolić na taką drobną nieścisłość. Na wszelki wypadek przewrócił zresztą oczami, by pokazać, że w dalszym ciągu nie mówił do końca na poważnie.
- A tak poza tym... Nie mam pewności, ale rzecz w tym, że wydaje mi się, że Jay'a polubił jego kolega z drużyny. Z pewnością się na to zachowywał, ale kiedy zwróciłem Jay'owi uwagę, to uznał, że się mylę, bo tylko się przyjaźnią. Więc sam nie wiem. Może przesadzam - wyjaśnił następnie, po czym wzruszył lekko ramionami i znów upił trochę wina. W gruncie rzeczy nie był pewien czy liczył na to, że Bobby go uspokoi czy poprze. Nie potrafił się zdecydować co by wolał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pon Gru 25, 2017 11:15 pm

Berto za to nie martwił się jakoś szczególnie o to, że nie będzie zgody w drużynie. Miał wrażenie, że Jay był na tyle spokojnym chłopakiem, by nie pakować się w żadne bójki ani niemiłe sytuacje. Sam fakt, że obok będzie ktoś kogo nie lubi nie powinien być czymś wyjątkowo strasznym. Kwestia jaki charakter miała ta druga osoba. Mogła specjalnie zaczepiać rudzielca czy naśmiewać się z niego. Owszem, to go już troszkę martwiło.
No, ale mieli tam Dani przecież. Może i jej drużyna już nie istniała, ale na pewno nadal będzie pilnować swoich podopiecznych i w razie potrzeby pomoże im. Wiedziała, że dziewczyna ma twardy charakter i utrzyma uczniaków w ryzach. No i zawsze pozostawał Logan, który na pewno nie przejdzie obojętnie obok bójek między uczniami. Da im obu wycisk i będzie spokój na dłuższy czas. Był pewien, że w Instytucie nadal stosowano szlabany. Jak ktoś sobie zasłuży to zostanie ukarany.
- W złotej klatce? To nawiązanie do tego, że jestem bogaty? Z drugiej strony, zasługujesz na złotą klatkę. Znaczy, nie, że na klatkę, tylko wiesz... - tu pomachał lekko widelcem, zastanawiając się jak dokładnie ująć to co miał na myśli żeby Sam przypadkiem nie pomyślał, że niby jest tak zły, że zasługuje na zamknięcie w klatce. - Że jak już ma być to powinna być ze złota zrobiona, o. Żadna inna nie byłaby odpowiednia. - skinął lekko głowę, bardziej do siebie niż do przyjaciela, zadowolony z tego jak udało mu się zręcznie wybrnąć z lekko krępującej sytuacji. Genialny jak zwykle. Temu nie można było zaprzeczyć.
W końcu jednak przeszli z powrotem do tematu skrzydlatego Guthrie. Choć Latynos chętnie by się dalej podroczył z Cannonballem odnośnie tamtego smsa i złotej klatki. Musi do tego później wrócić. Zerknął na laptopa w poszukiwaniu nowych wiadomości, przy okazji sprawdzając godzinę. Pewnie jeszcze trochę posiedzi, czekając na nowe wiadomości. I odpisując na nie. Chyba, że go poproszą o poczekanie do jutra rano. Pewnie nie każdy siedział nad pracą po nocach jak on. Doskonale to rozumiał.
- Ach. Kolega z drużyny... - mężczyzna umilkł na dłuższą chwilę, dokładnie się zastanawiając nad nagłą zmianą sytuacji. Musiał się zastanowić co powiedzieć Samowi w tej sprawie. Jakie istniały możliwości. Jay był po nieszczęśliwym związku, przez cały ten czas z nikim się nie umawiał, zamknął się w sobie. Nie szukał kolejnej miłości. Wiedział o tym wszystkim od blondyna. W końcu mówili sobie wszystko. Znał problemy jego rodziny.
- Myślę, że tym bardziej twój brat może być w błędzie. W końcu normalnie chłopak nie spodziewa się, że może się podobać drugiemu chłopakowi. No chyba, że jest gejem, ale obaj wiemy, że Jay gejem nie jest. Pozostaje kwestia bycia bi, ale tego często można też nie być świadomym. - uśmiechnął się do przyjaciela, zaraz upijając łyk wina ze swoje kieliszka i odstawiając go na stół.
- No, ale skoro to chłopak i się na to zachowywał to na pewno sytuacja szybko się wyjaśni. - dodał na koniec, w ramach pocieszenia. Choć nie był pewien czy Samuela to pocieszy. Nie wiedział jak podejście miał do spraw męsko-męskich. I do swojego brata. I tego kolegi. Znał go? Lubił go? Mógł tylko zgadywać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Wto Gru 26, 2017 5:12 pm

Gdy Bobby tak bardzo zamotał się w swych wyjaśnieniach odnośnie złotej klatki, Sam zdecydował się okazać mu litość i już tego nie komentować, żeby przyjaciel nie pogrążył się jeszcze bardziej. Nie mógł się jednak powstrzymać przed posłaniem mu długiego spojrzenia spod uniesionych brwi, które zdawało się mówić coś w stylu... "Naprawdę? I co mi więcej powiesz?"
Prawdę mówiąc słuchanie tego wszystkiego było nawet zabawne - bo oczywiście blondyn świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że Berto nie miał nic złego na myśli. Może nie do końca zgadzał się z jego stwierdzeniem, że zasługiwał na tak wiele, nie mniej jednak doceniał komplement... I rozumiał, że ta część już nie była tylko żartem. Nie do końca.
Dalsza rozmowa również utrzymywała się zresztą w trochę poważniejszym tonie. Cannonball starał się dzielić swoją uwagę pomiędzy posiłek i wino oraz Berto, lecz sam doskonale wiedział, że w rzeczywistości skupiał się głównie na tym ostatnim... I pewnie było to po nim dobrze widać. Dawał przyjacielowi czas na przetrawienie tych nowych informacji i w żadnym razie go nie popędzał, ale obserwował uważnie jego twarz - i z lekkim napięciem czekał na reakcję. Podejrzewał, że Bobby zaliczał właśnie tok myślowy, który on osobiście przerobił jeszcze w Instytucie.
Na szczęście Berto nie potrzebował dużo czasu, aby się zastanowić i już po krótkiej chwili jego pierwsze słowa sprawiły, że Sam od razu zaczął się rozluźniać. Brzmiało na to, że przyjaciel go popierał... Czemu pewnie nie powinien się dziwić. Wbrew pozorom - pomimo bardzo różnych charakterów - tak naprawdę częściej byli ze sobą zgodni, niż sądzili inaczej. Tylko czy w tym przypadku to dobrze czy źle? Blondyn wciąż nie miał całkowitej pewności.
W gruncie rzeczy Cannonball chciał po prostu, żeby jego bratu wszystko jak najlepiej się ułożyło. Czy okaże się, że się pomylił i faktycznie zobaczył w zwykłej przyjaźni coś, czego tam nie było - czy może w najbliższe święta Jay przywiezie do domu swojego nowego chłopaka... Nieistotne, byle był zadowolony i szczęśliwy. W końcu. Znowu. Mama na pewno by się z tym zgodziła, więc o reakcję reszty rodziny w razie czego też się nie martwił - i miał nadzieję, że brat również zdawał sobie z tego sprawę.
- Pewnie tak. Oby. Wiem, że to nie moja sprawa, że Jay musi mieć swoją swobodę i tak dalej, ale po tym wszystkim, co go spotkało... - Sam nie dokończył zdania, a jego spojrzenie osunęło się z twarzy Bobby'ego w dół, na blat stolika. Tak naprawdę mężczyzna wiedział, że nie musiał nic więcej dodawać, bo przyjaciel najpewniej i tak go rozumiał - a poza tym nie był nawet pewien jak powinien ubrać w słowa swoje myśli i wątpliwości. Chciał chronić rodzinę. Poczuwał się za nią do głównej odpowiedzialności. W gruncie rzeczy wszystko sprowadzało się właśnie do tego.
- Ale masz rację. Może do jego wizyty wszystko się już wyjaśni - dodał wreszcie, szczerze mówiąc starając się przede wszystkim przekonać do tego samego siebie. Kilka dni to wcale nie tak wiele, ale kto wie? Może rzeczywiście się uda i podczas ich następnego spotkania na żywo sytuacja będzie już jasna... I w razie czego rozwiązana, w ten czy inny sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Czw Gru 28, 2017 10:13 pm

Odpowiedzią Berto na długie spojrzenie Samuela był niewinny uśmiech, który z założenia miał go oczarować. Taki uśmiech sugerujący, że przecież on jest niewinny i chce dla nich obu jak najlepiej. A to, że się troszkę zamotał to nie jego wina. To już podchodziło trochę pod jego osobiste odczucia. Był w stanie dać blondynowi wszystko, czego ten by sobie zażyczył. Nie ważne ile to by miało kosztować i co musiałby zrobić. Złotą klatkę równie dobrze mogło zastąpić wielkie łóżko ze złotą ramą i złotą pościelą. I baldachimem ze złotą kotarą. Jak w pałacu.
Westchnął do siebie w myślach. Chyba było z nim coraz gorzej. Coraz więcej miał takich dziwnych myśli. Nie powinien się chyba dziwić, biorąc pod uwagę fakt, ile lat już skrycie kochał się w przyjacielu. Coraz trudniej mu było nie dawać po sobie niczego poznać.
Łatwiej było się skoncentrować na rozmowie o jego bracie, skrzydlatym chłopaku z problemem sercowym. Od czasu do czasu popijał wino, patrząc na przyjaciela co jakiś czas, w międzyczasie kontynuując posiłek i dolewając im picia do kieliszków. Zapewne dla niejednej osoby fakt, że brat jest podrywany przez chłopaka, mógłby się wydać czymś okropnym. Samuel jednak widocznie był bardzo tolerancyjny w tych sprawach. Dobrze wiedzieć. On sam również był i nie miał problemu z okazywaniem swojej tolerancji.
- Nie musisz mi tłumaczyć, doskonale się rozumiem. To twój brat, chcesz żeby był szczęśliwy. Powinien znaleźć sobie kogoś i znowu się zakochać. To na pewno mu pomoże. - pokiwał lekko głową, odstawiając butelkę z winem na bok. Miał nadzieję, że pierwszy zostanie poinformowany o nowym związku Icarusa. No, może drugi. Tuż po tym jak Samuel powie o tym ich mamie. Tak, może być drugi.
- Proponuję go zapytać. Czy nadal masz mu szukać dziewczyny czy się przestraszył swatania i sam sobie kogoś znalazł. Wiesz, takim lekko żartobliwym tonem. - uśmiechnął się delikatnie, popijając zaraz znowu z kieliszka. Może jednak dzisiaj nie będzie siedział po nocy. Alkohol, po przekroczeniu pewnego progu, działał na niego usypiająco. Najwyżej jutro odpisze na e-maila jeśli dostanie go dopiero jak zaśnie. Choć liczył jednak na szybszy kontakt niż środek nocy.
- Swoją drogą, postaram się zorganizować dla was jakąś rozrywkę tutaj. Jay to grzeczny chłopak, więc będzie mógł bez problemu pozwiedzać sobie naszą bazę. Możesz mu pokazać co chcesz. Pewnie i tak naukowcem nie jest żeby zrozumieć co tu się dzieje, nie? - wypowiedź, choć zakończona tonem pytającym, nie wymagała potwierdzenia ze strony blondyna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3779
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Czw Gru 28, 2017 10:52 pm

Jak się okazało, Roberto nie musiał czekać ani do rana, ani do nocy, bo na jego skrzynkę jedna po drugiej przyszły nagle dwie wiadomości - i to dosłownie w odstępie kilku sekund. Stało się to tuż po tym, jak mężczyzna zamilkł.
Pierwszy mail nadany został przez naczelnik S.H.I.E.L.D. - lub może kogoś z jej podwładnych - i zawierał przede wszystkim raczej oszczędną odpowiedź na pytania Sunspota - głównie informację na temat ofiar wybuchów, a także wspomnienie o tym, co stało się w Chinach. Wiadomość nie wchodziła głęboko w szczegóły. Mimo to zawierała również krótkie podziękowanie za dostarczone przez Roberto dane - oraz zapewnienie, iż agencja zajmowała się sprawą wybuchu bazy.
Drugi mail przyszedł od jednego z podwładnych mężczyzny i dotyczył najnowszego znaleziska A.I.M. Naukowiec donosił, że meteoryt został bezpiecznie przetransportowany, umieszczony w laboratorium i w tej chwili nie stanowił żadnego zagrożenia - nie groził ani wybuchem, ani wymordowaniem wszystkich w najbliższym otoczeniu. A.I.M. nie czekało do rana i od razu zaczęło z nim pracować, w tej chwili najbardziej zainteresowane faktem, iż meteoryt zdawał się wydzielać słaby, lecz nietypowy rodzaj energii.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pią Gru 29, 2017 4:48 pm

Samuel prześledził wzrokiem ruch butelki, gdy Bobby dolewał im z niej wina, a następnie odstawiał ją na blat, lecz prawdę mówiąc zrobił to tylko po to, aby móc zawiesić na czymś wzrok. W tym czasie jego uwaga i tak dzieliła się pomiędzy słowa przyjaciela oraz jego własne myśli, teraz już trochę pozytywniejsze.
Zrozumienie ze strony Berto wyraźnie poprawiało mu nastrój - i działo się tak praktycznie zawsze. Z jednej strony sam dobrze wiedział, że nie postępował irracjonalnie, bo przecież potrafił logicznie uargumentować swoją postawę, ale i tak przyjemnie było otrzymać potwierdzenie, że ktoś jeszcze zgadzał się z jego sposobem myślenia.
Szczerze mówiąc nawet rady Bobby'ego pokrywały się z tym, co blondyn zamierzał zrobić, w związku z czym Sam podsumował je kiwnięciem głowy. Tak, zdecydowanie chciał przy okazji spotkania jeszcze raz porozmawiać z bratem na temat jego przyjaciela... A sugestia Berto brzmiała całkiem nieźle na początek. Nie powinna zawstydzić Jay'a, gdyby okazało się, że Cannonball jednak się mylił. Mogła zostać zbyta jako zwykły żart.
Spojrzenie mężczyzny znów na moment powędrowało w dół, na stolik, choć na jego ustach mimo wszystko ponownie pojawił się lekki uśmiech. Chwilowo odpuścił sobie popijanie wina i skupił się na kończeniu swojej porcji kolacji, której - prawdę mówiąc - wiele mu już nie zostało. Blondyn czuł się teraz syty, ale nie przesadnie przejedzony.
- Jestem za. Myślałem o tym, by namówić nerdziki do pokazania paru bezpiecznych, ale widowiskowych eksperymentów. W szkole... - zaczął, chcąc wspomnieć o tym, że w Instytucie nawet Hank nie mógł zaprezentować wszystkiego, co by chciał, lecz przerwał mu charakterystyczny odgłos dochodzący z laptopa Bobby'ego... Najprawdopodobniej zwiastujący przybycie nowej wiadomości. Zaraz potem dźwięk się zresztą powtórzył i tym razem Sam uniósł już pytająco brwi, zerkając pomiędzy urządzeniem i przyjacielem.
- Coś ważnego? - spytał, odruchowo nachylając się odrobinę w stronę Bobby'ego, choć ze swojego miejsca i tak nie mógłby odczytać niczego z ekranu. Był zdany na relację Latynosa... Albo na to, że po zapoznaniu się z treścią maili obróci laptopa bardziej w jego stronę. Samowi odpowiadały obie te opcje - choć pewnie istniała jeszcze trzecia, że Berto uzna po prostu, iż wiadomości nie były na tyle istotne, aby o nich opowiadać... Ale Cannonball jakoś w nią nie wierzył.
Blondyn oparł przedramiona na blacie przed sobą, jedno przy drugim, jednocześnie spokojnie, ale z zainteresowaniem czekając na decyzję przyjaciela - oraz na dalsze informacje. Miał tylko nadzieję, że nie sprawią one, iż Bobby zarwie całą noc. Chyba powinien tego jednak dopilnować...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Pon Sty 01, 2018 6:10 pm

Choć ich całkiem przyjemna rozmowa została przerwana przez nagłe wiadomości, jedną po drugiej, to Berto nie mógł mieć o to pretensji. W końcu czekał na nie. Dlatego zaraz podsunął laptopa bliżej i kliknął pierwszą wiadomość, dosyć krótką, zapoznając się z jej treścią.
- Dostałem odpowiedź od Marii. Albo kogoś kto odpisuje za nią na e-maile. Wiesz, pisałem do S.H.I.E.L.D. i właśnie mam informację zwrotną. Ponoć większa część ofiar tych eksplozji to mutanci. Zarejetrowani oficjalnie lub niekryjący się po prostu ze swoimi mocami. Później jeszcze napiszę czy wiedzą coś o tych wybuchających samochodach. Może znają właścicieli, albo wiedzą skąd te samochody przyjechały. - odpowiedział Samuelowi, zamykając zaraz wiadomość. S.H.I.E.L.D. też na pewno nie było zadowolone z tych zamachów i pracowali już nad nimi, chcąc złapać terrorystów. Po chwili zajął się drugą wiadomością. Na jej treść uśmiechnął się lekko do siebie.
- Druga jest od grupki, która złapała meteoryt. Póki co jeszcze nie wybuchł i nikogo nie zabił. Wydziela jakiś rodzaj energii, ale jeszcze nie wiedzą co to dokładnie. Pewnie będą siedzieli nad tym do rana. - i to niby on jest pracoholikiem? On potrafi pójść spać. Czasem bardzo późno, ale nigdy nie siedzi do rana. Do rana... Tylko jedno byłoby w stanie trzymać go w bezsenności. No, ewentualnie dwie rzeczy. Tak, zdecydowanie dwie.
Chwilowo nie odpisywał na wiadomości. Postanowił, że zajmie się tym później, jak skończą posiłek. W końcu nie musiał się spieszyć, nie było takiej potrzeby. Zamknął więc laptop i odsunął go kawałek od siebie, wracając do resztek kolacji i wina. W pomieszczeniu powoli robiło się coraz ciemniej i sztuczne oświetlenie zostało włączone, by nie siedzieli po ciemku. Nie poprosili o świece, które by dawały im choć trochę światła, więc nie było wyboru. Trzeba było zapalić lampy.
- Uprzedzę nerdziki, że twój brat nie jest tak wytrzymały jak ty. Może i wraca do życia jak się go zabije, ale tego chemy zdecydowanie uniknąć. - poinformował jeszcze Cannonballa. Jay nigdy tutaj nie był, naukowcy go nie znali. Warto więc było dać im znać, do czego się ogranicza mutacja chłopaka. Powinni zwrócić Eemmie ucznia w jednym kawałku I bez uszkodzeń. Poza tym Samuel pewnie nieźle by się wściekł.
- Myślę, że jutro nadal będziemy działać na spokojnie. Nie chciałbym żebys sie gdzieś wpakował w kłopoty, ale jeśli chcesz się czemuś przyjrzeć to daj mi znać, gdzie dokładnie się wybierasz, dobrze? – robił to bardzo niechętnie, ale po ostatnich wydarzeniach doszedł do wniosku, że powinni być bardziej aktywni. I może powinien komuś w końcu wyjawnić, że przejął A.I.M. I małą armię szalonych naukowców. Powinien zacząć od Emmy. Później może Avengers? Emma miała tam jakieś znajomości, mogła mu podpowiedzieć, komu można zaufać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samuel Guthrie

avatar

Liczba postów : 109
Data dołączenia : 12/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Sob Sty 06, 2018 7:54 pm

Po pierwszej części wyjaśnień Bobby'ego, Sam ograniczył się jedynie do potakującego pomruku, nie chcąc przeszkadzać mu w dalszym czytaniu - bo w końcu widział, że przyjaciel wciąż działał na laptopie, a wcześniej słyszał dwa sygnały wiadomości. Rzecz jasna nie podobało mu się to, co Berto mu zdradził, ale prawdę mówiąc nie czuł się tym nawet zaskoczony. Oczywiście, że ktoś znowu atakował mutantów. Świat nigdy nie mógł im dać spokoju. Użycie tak nietypowej broni było czymś nowym i niepokojącym, ale przynajmniej z każdą chwilą zbierali więcej informacji... A skoro zajmowało się tym nie tylko A.I.M., ale i S.H.I.E.L.D., to Cannonball wierzył, że uda im się opanować sytuację.
Kolejna informacja była już o wiele przyjemniejsza i mężczyzna nawet uśmiechnął się lekko pod nosem, gdy do niego dotarła. Pocieszające, że wszystkie nerdziki wciąż żyły i miały siłę zajmować się "jakimś rodzajem energii", który wydzielała ich nowa zabawka. Pewnie powinien bardziej się tym przejmować, ale zakładał, że minionki będą w stanie ograniczyć promieniowanie czy inne problemy... Co nie zmieniało faktu, że cieszył się, iż akurat dzisiaj nocowali z Berto w innej bazie. Tak na wszelki wypadek.
Blondyn spodziewał się, że jego przyjaciel od razu przygotuje i wyśle odpowiedzi na otrzymane wiadomości, w związku z czym szczerze zdziwiło go zamknięcie laptopa. Od razu powiódł wzrokiem za odsuwanym na bok urządzeniem, ale nie skomentował tego działania na głos, tylko po prostu ponownie przeniósł spojrzenie na Bobby'ego, teraz już kontynuującego posiłek... A przynajmniej to, co z niego jeszcze zostało. Po krótkiej chwili namysłu, Sam sięgnął po swój kieliszek, aby dopić z niego resztkę wina, a w tym czasie Berto znów przemówił, wracając do wcześniejszego tematu.
- Zdecydowanie - powtórzył za nim z przekonaniem, dodatkowo kiwając przy tym głową. Osobiście również zamierzał porozmawiać z nerdzikami, aby upewnić się, że ta informacja naprawdę do nich dotarła i została przyjęta do wiadomości... Ale brata też planował ostrzec. W bazie obowiązywała zasada ograniczonego zaufania wobec najnowszych wynalazków A.I.M. A przynajmniej Cannonball ją stosował.
Na kolejne słowa przyjaciela blondyn nie zareagował już od razu, bo był akurat w trakcie upijania ostatniego łyku swojego trunku. Dobrze się jednak stało, gdyż dzięki temu miał okazję szybko rozważyć swoją odpowiedź bez oczywistego przeciągania i zwlekania. Jedynie wyraz jego twarzy, a szczególnie oczu zdradzał namysł.
- Będę cię informował. I postaram się unikać tego, czego tylko będę mógł - obiecał wreszcie, jednocześnie ostrożnie odstawiając kieliszek na blat stołu. Na tyle mógł się zgodzić. Zwłaszcza to pierwsze nie powinno być dla niego żadnym problemem, bo w końcu tak czy siak zazwyczaj donosił Bobby'emu czym się zajmował i gdzie... Druga kwestia była już jednak bardziej problematyczna. Oczywiście Sam nie zamierzał łamać danego słowa, ale rozumiał, że w niektórych nagłych czy wyjątkowo poważnych sytuacjach może być zwyczajnie zmuszony uczestniczyć.
- Zaczyna się robić późno - zauważył cicho, przesuwając wzrok w stronę szyb oraz widoku za nimi, teraz już trudnego do wyłapania, choć tak naprawdę godzina nie była jeszcze aż tak straszna. Wrażenie to pogłębiał pewnie fakt, że w środku świeciły się światła... Ale Sam chyba miał po prostu ochotę położyć się dziś trochę wcześniej niż zwykle. Musiał jeszcze tylko zadbać o Berto.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Roberto da Costa

avatar

Liczba postów : 107
Data dołączenia : 11/06/2016

PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   Sob Sty 06, 2018 11:48 pm

Berto również wierzył, że A.I.M. razem z S.H.I.E.L.D. dadzą sobie radę i prędzej czy później odkryją, kto stoi za tymi zamachami. W końcu mieli technologię daleko wykraczającą poza tą powszechnie dostępną na Ziemi. Nie wiedział jak z S.H.I.E.L.D., ale A.I.M. przebijało nawet Starka. Nerdziki nigdy się nie bały badać rzeczy pozaziemskich i wyciągać z nich dla siebie jakieś korzyści.
Nawet gdyby ofiarami nie byli mutanci to nie zrezygnowałby z badania tej sprawy. Ktoś wysadził samochód pod jego nosem, a z da Costa się nie zadziera. Jeśli myśleli, że ujdzie im to na sucho to się mocno mylili. Teraz byli na celowniku i Latynos im nie odpuści dopóki ich nie złapie i nie zamknie w więzieniu. Najlepiej w jakimś rygorystycznym, jak Raft. Terroryści, zabijający niewinnych obywateli zasługiwali na to jak najbardziej.
O drugiej sprawie nie myślał zbyt wiele. Było bezpiecznie, więc nie miał czym się martwić, a wiedział, że minionki dadzą sobie radę z tym meteorytem. Nie musiał się o nich martwić. Jedynie wyczekiwał dalszych informacji od nich. Zapewne jutro będą wiedzieć już więcej na temat tej nieznanej energii.
Mogło się wydawać, że mężczyzna postanowił być grzeczny i zjeść swój posiłek do końca, nie kontynuując już tematu pracy. Faktycznie, chwilowo miał taki zamiar. Ale łatwo można było się domyślić, że skoro teraz nie wziął się za odpisywanie na wiadomości to zrobi to później, a to oznaczało, że nie pójdzie od razu spać. Czuł, że Sam nie pozwoli mu ot tak siedzieć nie wiadomo ile nad tymi sprawami. Sam sobie powtarzał, że tylko odpisze i nic więcej. Grzecznie pójdzie do łóżka. Być może uda mu się dotrzymać własnych obietnic.
- Bardzo się postaraj. Jak już w coś się wpakujesz to też daj mi o tym znać. Tak jak dzisiaj. - poprosił dodatkowo. Taka odpowiedź ze strony Cannonballa  na jego prośbę wystarczyła mu. Wiedział, że blondyn nie miał wpływu na sytuacje nagłe. Tak jak z tą Valhallą dzisiaj, gdzie starał się pomóc dzieciakom. Młodsi go potrzebowali i nie odmówił im pomocy. Bardziej był zły na to wydarzenie niż na samego przyjaciela.
- Prawda, czas się zbierać. Tym bardziej, że posiłek skończony. - skinął lekko głową, szybko dopijając zawartość swojego kieliszka do końca. Zaraz też przywołał przez intercom jednego z nerdzików, by posprzątał naczynia po ich kolacji. Sam Berto wlał sobie do kieliszka resztkę wina, która nie dała mu nawet połowy zawartości naczynia. Raczej gdzieś tak jedną czwartą. Dosłownie dwa łyki i alkoholu nie było. A w tym czasie do pomieszczenia wszedł mężczyzna, by zgarnąć naczynia. Sunspot podniósł się ze swojego krzesła, łapiąc zaraz za laptopa i biorąc go pod pachę.
- Ja jeszcze chwilkę popracuję, ale ty idź spać. - odezwał się do Samuela. Jak zawsze, o nim myślał więcej niż o sobie. Sam musiał się wysypiać, on nie. Sam musiał się odpowiednio odżywiać, on nie. Lista była długa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ogrody na dachu jednej z wież   

Powrót do góry Go down
 
Ogrody na dachu jednej z wież
Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Ogrody na dachu jednej z wież
» Hightower/ Wysoka Wieża
» baśnie tysiąca i jednej nocy
» Komnata Rozkosz (wieża)
» Ogródek różany

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Reszta planety :: Savage Land :: Tajna baza A.I.M.-
Skocz do: