Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Quincy St (i okolice)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Hawkeye

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Quincy St (i okolice)   Sob Paź 29, 2016 10:50 pm


1, 2
Ulica mieszcząca się we wschodniej dzielnicy Brooklynu - Bedford-Stuyvesant, która graniczy z Williamsburgiem, Clinton Hill, Brushwick i Brownsville.
Quincy Street jest równoległa względem Lexington Ave, Gates Ave czy Monroe St, a krzyżuje się z Tompkins Ave, Marcy St i innymi ulicami. Nieopodal znajduje się Herbert Von King Park, komisariat policji, kościół czy też szkoła średnia. Zaczyna się na Broadwayu, kończy na Gates Ave (lub odwrotnie).
Przy tej ulicy znajdują się głównie budynki mieszkalne, kamienice, a także sklepy spożywcze i lokale usługowe. Wszystkie zaopatrzone w schody przeciwpożarowe, które są w zaułkach, na tyłach lub - co rzadsze - na froncie budynków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Hawkeye

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sob Paź 29, 2016 10:55 pm

| z loftu

Wyjście z budynku, w którym Clint pomieszkiwał i odnalezienie samochodu nie trwało długo. Dłużej trwało męczenie się z zamkami u obu par drzwi - frontowych i prowadzących na tyły kamienicy. Wiedział, że powinien wymienić na coś… bardziej współpracującego, a nadal się za to nie zabrał. Siedzenie w Wieży Mścicieli było zbyt wygodne. Stąd te całe zaniedbanie budynku, ale weźmie się za to. Prędzej czy później… Dobra wymówka, prawda?
Całe szczęście ukochany samochód Clinta był nieopodal, więc mógł już spokojnym krokiem do niego się skierować. Jęknął tylko na myśl, ile jeszcze będzie musiał kupić w drodze do Wieży. Choćby karmę dla psa, bo przecież pizzy ciągle zamawiać nie będzie… a może? Barton zresztą też korzystał z zamawiania pizzy! Sam Lucky na to nieszczególnie nie narzekał albo inni sąsiedzi potrafili zlitować się nad psem. Nie można było jednak zarzucić Clintowi, że całkowicie zaniedbywał czworonoga, który swego czasu stał się najlepszym przyjacielem Najbardziej Spostrzegawczego Mściciela Mścicieli.  
Stanął przy samochodzie, a Lucky pewnie obszedł cały wóz naokoło ze dwa razy. W tym momencie Clint zdał sobie sprawę, że dość dawno nie jeździł i wypadałoby się upewnić czy ruszy, czy będzie miał jakiś problem. Już nawet nie chciał myśleć o myjni, bo to wydawało mu się oczywiste. Z jego szczęściem mógłby spodziewać się tego, że wszystko się zepsuje jak tylko wjedzie na teren, gdzie jego samochód miałby być wyczyszczony z niemałą precyzją.
Po kilkunastu minutach męczenia się z autem, Clint mógł być pewien, że ruszy spod kamienicy śmiało. Wsiadł do pojazdu, przywołał gwizdnięciem psa, uprzednio otwierając drzwi od strony pasażera i wtedy ruszył spod swojego mieszkania, mogąc przejechać kilkadziesiąt metrów. Zakupy też trzeba było zrobić, a przede wszystkim - walnąć się z kawą w wolnym miejscu, gdzie miał szansę się zatrzymać.
Jeszcze tego brakowało, żeby Barton, Mściciel, dostał mandat za parkowanie w nieodpowiednim miejscu!
Clinton jako szary obywatel spisywał się równie dobrze jak gdyby był superbohaterem. Nie miał aż tylu udziwnień w postaci jakichś przybyszy z kosmosu, którzy to zapragnęli sobie tutaj siedzieć. Prędzej mógł zdziwić się tym, że na przykład nie miał żadnych środków na koncie czy tym, że ludzie się wpychali w kolejkę. A i to go nie dziwiło szczególnie.
Hawkeye zatrzymał się przy samochodzie z kubkiem kawy na wynos w ręce. Gdyby nie fakt, że trochę się naczekał na przygotowanie jej to już dawno wyrzuciłby do pobliskiego kosza na śmieci. Podobnie gdyby nie lenistwo to mężczyzna ruszyłby do jakiejś sieciówki, bodaj Starbucks, mogąc sobie pozwolić na kawę z rabatem. Komu jak komu, ale jemu to cholernie było na rękę. W końcu to, ile kawy pije, jest ciężkie do zliczenia. Można by odnieść wrażenie jakoby kawa nigdy mu się nie kończyła.
Korzystając więc z tej chwili po zapakowaniu paru rzeczy do bagażnika, wypuścił psa z auta, samemu opierając się o bok samochodu, próbując czegoś się nasłuchać. Prototypowe aparaty słuchowe, które otrzymał, nie należały do najlepszych, ale dało się wytrzymać. Byle działało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Nie Paź 30, 2016 12:08 am

Po zakończeniu spotkania z Hoodem Loki nie wrócił od razu do swojego tymczasowego domu. Wiązało się to między innymi z faktem, że przy zastosowaniu odpowiednich zaklęć czy technologii możliwym było prześledzenie czyjejś teleportacji... Choć podejrzewał, że Midgard czekała do tego jeszcze długa droga. Ot, po prostu przezorny zawsze ubezpieczony, więc dmuchał na zimne. Poza tym Trickster zwyczajnie miał ochotę trochę się przewietrzyć i zebrać myśli - aby móc ustalić swoje następne posunięcie.
Nie spodziewał się, że otrzyma od Hooda aż tyle wartościowych informacji. Ba, złodziej pewnie sam nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele mu zdradził... Ale z drugiej strony nie było to raczej nic takiego, co miałoby mu zaszkodzić. Za bardzo. Szepnięcie pewnym osobom tego czy owego na temat Thunderbolts... Tak, to mogło wywołać dodatkowe zamieszanie, szczególnie w tym okresie. Gdyby jeszcze udało mu się zgrać je w czasie z małym kryzysem w S.H.I.E.L.D. - tym, o którym dyskutował ostatnio z Drakonem, to byłoby już zupełnie cudownie.
Trickster nie posiadał w tej chwili określonego konkretnego celu podróży, jednakże umyślnie wybrał się na ulice Brooklynu, wśród których wyczuwał ostatnimi czasy nietypowe wahania energii. Nie były zbyt silne, więc nie poświęcał im większej uwagi - poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy, nie stanowiły przecież jego problemu - ale nie zaszkodzi, jeżeli z czystej ciekawości trochę rozejrzy się po okolicy, prawda? A nuż trafi przypadkiem na coś, co również uda mu się wykorzystać? Z Hoodem jakoś mu się to udało.
Do przypadku rzeczywiście doszło - lecz nie takiego, jakiego oczekiwał mag. Otóż przy zaparkowanym samochodzie dojrzał znajomą postać, krzątającą się właśnie przy bagażniku, z psem pomykającym tuż obok... Ach, chyba wszechświat życzył sobie, żeby przystąpił do działania. Lepszego znaku od losu wręcz nie mógł sobie wymarzyć.
Loki bez wahania ruszył w stronę łucznika, po drodze jeszcze z daleka minimalnie i bardzo płynnie modyfikując cechy jasnowłosej formy, którą przybrał przed wizytą u Hooda. Nie chciał zwrócić na siebie niczyjej uwagi, ba, przechodniom dookoła ciężko byłoby w ogóle dojrzeć te poprawki... Sprawiały wrażenie, jak gdyby wywoływał je zmieniający się kąt oświetlenia, nic więcej. Tricksterowi zależało na subtelnym upodobnieniu twarzy do jednego z - jak mniemał - żołnierzy, których ujrzał we wspomnieniach Robbinsa. Nie musiało być idealnie, ludzka pamięć tak czy siak była wadliwa, więc w razie czego później i tak najprawdopodobniej zostanie zidentyfikowany właśnie jako ten pechowiec... Tylko odziany w coś lepszego od munduru, gdyż w czarny, elegancki garnitur.
-Agencie Barton, jeden moment, jeżeli można- odezwał się, gdy znalazł się już wystarczająco blisko. Zadbał o to, aby przemówić dość cicho, ale jak człowiek z misją - a więc z pewnością siebie, ale bez przesady, aby nie wydawało się to dziwne w przypadku kogoś, kto właśnie się narażał... Gdyż owszem, zadecydował, że się narażał. Dla wiarygodności - oraz dla ukrycia szczegółów, których nie znał.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Hawkeye

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Wto Lis 01, 2016 12:39 pm

Nie tylko mag. Podobnie Barton nie spodziewał się spotkania. Tym bardziej osoby, która to ponoć miała siedzieć w asgardzkim areszcie domowym czy coś w tym stylu. Wówczas nieszczególnie zwracał uwagę, ciesząc się bardziej z tego, że nie będzie przez najbliższy czas miał z bożkiem do czynienia. A przez najbliższy czas miał na myśli na zawsze. To chyba oczywiste, prawda? Dla niego było, zdecydowanie. Może nie był pierwszym, który nie przepadał za bogiem chaosu, ale z pewnością nie był na końcu tej - jak mógłby przypuszczać - długiej kolejki niechęci czy też nienawiści. Jak zwał tak zwał. W końcu zły dotyk (dzidą) boli całe życie, a raczej - nie będzie zapomniane.
Clinton zdawał się być zamyślony. Może nie na tyle, aby paść ofiarą jakiegoś wypadku czy czegoś podobnego, ale dało się zauważyć z oddali, że mężczyzna nad czymś się zastanawiał. W końcu miał czas, nikt mu nie przeszkadzał w tym momencie, a dopijanie kawy i myślenie w wolnej chwili nie powinno mu zaszkodzić. Chyba.
Prawdopodobnie to było powodem, że Barton wcześniej nie zauważył idącego w jego stronę mężczyzny. Krążenie wokół spraw, które ostatnio miały miejsce, w jakimś stopniu musiało go zająć na tyle. Bo działo się i to całkiem sporo. Łucznik mógłby cieszyć się z tego, że to nie on jest osobą całkowicie decyzyjną. Nie żeby wątpił w swoje przywódcze możliwości, bo nie miał co narzekać (a innych narzekań raczej nie usłyszy, gdy ściągnie aparaty słuchowe). Nie było mu jednak do tego spieszno. Zwłaszcza że swego czasu wolał też pracować w pojedynkę lub w duecie; kiedy bardziej jego współpraca była z SHIELD niż teraz z Avengersami - czyli czymś, przynajmniej według niego, poważniejszym? Trudno byłoby to nazwać odpowiednio. Tym bardziej jeśli brało się pod uwagę to, że właśnie Barton czy taki Lang, czy też Stark byli w tej grupie. Już trochę mniej tej powagi było. Lepiej nie komentować dalej.
Niemniej ostatnie spotkanie z Magik, śmierć Rhodesa i jego dość szybkie wskrzeszenie może były sprawami, o jakich Clint dowiedział się jak najszybciej, jednakże jakiś szalony bieg po lustro, ognisty kurczak walczący w Hollywood - to sporo tego było. Osobiście uważał, że drobiowa zemsta to szybciej mogłaby mieć miejsce w Kentucky.
Zastanawiał się też co z Wdową, która poleciała do Nowego Orleanu - brak odzewu mu się nie podobał. Podobnie jak w przypadku Bobbi, choć Barton potrafił być cierpliwy. Albo zarówno Romanoff oraz Morse o to zadbały. To także prawdopodobna wersja.
Wyrwany z zamyśleń, potrząsnął głową i spojrzał na mężczyznę, który do niego podszedł. Ktoś spostrzegawczy mógłby zauważyć u łucznika z jednej strony pełen aparat słuchowy, z drugiej już mniej - niewielka słuchawka wystawała jedynie, jakby naukowcy nie potrafili zdecydować, jaka wersja lepsza.
Wykluczył od razu możliwość trafienia na przedstawiciela handlowego, skoro ten zwrócił się do niego jak do agenta, a do tego po nazwisku. Wątpił, żeby losowa osoba od razu tak swobodnym krokiem podeszła. Przyjrzał się mu nieco sceptycznie, w dłoni nadal trzymał papierowy kubek z kawą. Ze szczeliny w przykrywce unosiła się para, znikająca zaraz w powietrzu.
Rozejrzał się za psem, który mocował się z jakimś patykiem pod jednym z budynków.
Chyba mnie nigdzie nie wzywają? — zapytał, marszcząc czoło. Już chciał powiedzieć, że ma wolne. — Kto i w jakiej sprawie?
Ach, gdyby wiedział, z kim naprawdę miał do czynienia… To nie byłby taki chętny do rozmowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Wto Lis 01, 2016 2:40 pm

Wstęp poszedł dobrze, można by wręcz rzec, że całkiem obiecująco... Ale i nic dziwnego, bo póki co Hawkeye nie miał raczej żadnych powodów, aby podejrzewać jakieś nieprawidłowości. Niestety od tego momentu miały się już zacząć schody - zatajanie faktów nie budziło przecież niczyjego zaufania, choć efekt ten dało się w pewnym stopniu złagodzić, o ile tylko podjęło się ku temu należyte kroki... Loki natomiast znał przynajmniej większość z nich.
Dosłownie w mgnieniu oka przygotował sobie całą historię i teraz na bieżąco dopracowywał jedynie jej szczegóły. Nie był przecież w stanie podać swoich - czyli tego żołnierza - prawdziwych danych, bo po prostu ich nie znał, ale... To się jeszcze dało łatwo wyjaśnić. Nie mógł zdradzić swojej tożsamości, żeby nie narazić się swojemu dowódcy oraz całemu rządowi - którego to działań nie popierał i dlatego chciał je zdradzić komuś, kto by się nimi właściwie zajął. Logiczne. Wystarczyło tylko odpowiednio realistycznie to wszystko przedstawić i machina powinna zostać wprawiona w ruch.
-Tego pierwszego wyjawić nie mogę. Gdyby moje nazwisko wyszło na jaw, wpadłbym w poważne kłopoty, a wiele ryzykuję, żeby móc przekazać pewne nad wyraz istotne informacje... Nawet nie powinno mnie teraz być w Nowym Jorku- zaczął, zawierając w tych słowach rozsądną dawkę napięcia, stresu, ale i wciąż przekonania o słuszności swojego postępowania. Oczywiście, że taki szeregowiec martwiłby się w tej sytuacji o swój los. Musiał się jakoś chronić.
-Rozumiem, że to nie stawia mnie w najlepszym świetle i może nie zabrzmię przez to zbyt wiarygodnie, ale gwarantuję, że sprawdzenie moich danych potwierdzi ich autentyczność. Nie mam tu za wiele czasu...- Trickster potoczył wzrokiem po najbliższym otoczeniu, jak gdyby upewniał się, że nikt ich nie podsłuchuje, ale prawdę mówiąc nie mogłoby go to obchodzić mniej. W gruncie rzeczy wycieknięcie tych informacji byłoby mu nawet na rękę. Wywołałoby panikę, zwiększyło zamieszanie... A przecież właśnie do tego dążył.
-Avengers powinni dogłębnie zbadać poczynania Thunderbolts. Nie wiem czy już coś o nich słyszeliście... To organizacja rządowa, ale nie taka, jak S.H.I.E.L.D. Wyciąga superprzestępców z więzień, z Raftu, a potem wciela ich w swoje szeregi. Zmusza ich do działania po swojej stronie, a oni wcale nie są zachwyceni takim naciskiem. Są za to niebezpieczni, dostają spore prawa... Thunderbolts nad nimi w pełni nie panują. Jeden z takich przestępców, Hood, dopiero co uciekł i jeszcze nie został złapany- trochę koloryzował dla bardziej dramatycznego efektu, ale dodawał od siebie tylko takie rzeczy, które i tak zdawały mu się być logiczne. Jeżeli nawet niektóre informacje się nie sprawdzą, to grunt, że bohaterowie zostaną naprowadzeni na właściwy trop. Coś na pewno wygrzebią i raczej nie będą się wtedy za bardzo przejmowali zestresowanym żołnierzem, który trochę przekręcił parę faktów.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Hawkeye

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Wto Lis 01, 2016 9:43 pm

A gdzie powinieneś być? — zapytał Clint. Jeśli nie mógł poznać danych osobowych, to mógł zawsze dowiedzieć się czy to jakaś organizacja, czy ktoś z wewnątrz lub nie, czy ktoś, kto po prostu wie rzeczy. Nie oszukujmy się - informacje zawsze były na chodzie. Tym bardziej jeśli były przydatne, a nie tylko miały zaspokajać ludzką ciekawość.
Loki nie powinien być zdziwiony nieufnością Bartona. Nie była ona spowodowana tym, że łucznik rozmawiał z bogiem, który przyczynił się do tego, że przez większą część jego planu sprzed parunastu miesięcy łucznik był całkiem przydatną marionetką. Trudno jest obdarzyć zaufaniem osobę, która zna jego godność, zwraca się do niego jeszcze per “agent”, ale o sobie nic nie mówi, bo nie może. Mimo to, Avenger nie wydawał się zniechęcony do rozmowy. Po prostu był sceptyczny. To ponoć zdrowe podejście.
Zresztą kolejne słowa Trickstera pod przykrywką potwierdziły powyższe powątpiewania i założenia, jakich mógł się spodziewać ze strony superbohatera.
Clinton może i nieszczególnie ufał obcemu mężczyźnie, jednakże usłyszenie plotek, otrzymanie informacji, które - według żołnierza - mogą być czymś przydatnym, interesującym i ważnym, zaciekawiło Mściciela. Tym bardziej, że nie spieszyło mu się gdzieś naprawdę - nie czekała na niego, póki co, żadna misja czy też spotkanie. Parę(naście) minut rozmowy go nie zbawi.
W trakcie gdy Loki opowiadał Bartonowi, przekazywał mu coraz to bardziej zwracające na siebie uwagę informacje, łucznik pił kawę. Starał się jednak utrzymywać kontakt wzrokowy, aby rozmówca był świadom, że Clint go słucha. Nawet jeśli na dobrą sprawę słuch stracił, to też od czasu do czasu zerknął na jego usta, aby wyczytać z ruchu warg, co ten mówi. Uśmiechnął się ironicznie na wspomnienie o słyszeniu. W jego przypadku było to cięższe, o wiele cięższe, ale nie dawał po sobie poznać. W końcu jedyną, choć znaczącą, wskazówką o jego głuchości był zauważalny aparat słuchowy.  
Mściciel zmarszczył najpierw czoło, a następnie jedna z jego brwi wzniosła się nieznacznie.
Te wszystkie niuanse nie spodobały się Clintowi. Nie dlatego, że były niepotrzebne, wręcz przeciwnie - były nieco niepokojące, zalatywały pewną hipokryzją i mogły oburzyć. Zapewne taki wyraz poddenerwowania Barton okazałby komuś kogo zna, a nie osobie, której to twarz widzi dopiero pierwszy raz w życiu, a jeszcze mu się nie przedstawiła i od razu takimi rzeczami się z nim dzieli. Zdecydowanie będzie musiał to przekazać reszcie.
Czyli Thunderbolts nie składają się z samych przestępców? Kto za nich odpowiada? — zapytał i zaraz parsknął w kubek. — Hood? Naprawdę? Awansował z Czerwonego Kopciuszka z podziemi w Thunderbolts i już uciekł? — dopytał. — Ta lojalność. Wiadomo od jak dawna to jest, ta grupa od rządu?
Może o lojalności wypowiedział się w złym kontekście - w jego przypadku chodziło o oddanie grupie, a nie spodziewałby się takiego czegoś u większości przestępców. Niemniej, jeśli miał szansę w tym momencie, aby dowiedzieć się więcej - to właśnie to robił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sro Lis 02, 2016 6:07 pm

Gdzie powinien być? Całkiem niezłe pytanie, szczególnie zważywszy na fakt, że Hood nie pamiętał takich szczegółów i sam nie wiedział gdzie można by było szukać Thunderbolts. Mimo to... W jego wspomnieniach znajdowało się co nieco obrazów, a i ta walka, o której mówił, również ułatwiała Lokiemu sprawę. Może i nie znał położenia bazy tej organizacji, ale wiedział coś innego - coś, co powinno pokryć się później z informacjami, które Avengers zdobędą na temat grupy.
-W Los Angeles- odparł więc krótko, aby uciąć ten temat i przejść już do istotniejszych spraw, czyli przede wszystkim do zdania relacji z zaistniałej sytuacji... Przynajmniej na tyle, na ile był w stanie. Zakładał, że Barton może połączyć jego odpowiedź z ostatnimi wydarzeniami spod Hollywood, o których to tak trąbiły media... Ba, że najprawdopodobniej tak właśnie zrobi. Tym lepiej.
Kolejne pytania łucznika wymagały oczywiście dalszego improwizowania, ale na to również Trickster był przygotowany. Wystarczyło tylko popuścić wodze wyobraźni, aby jak najbardziej logicznie uzupełnić luki w informacjach, które rzeczywiście udało mu się uzyskać... A z weną twórczą akurat nigdy nie miał żadnych problemów.
-Nie jestem pewien dokładnie od jak dawna Thunderbolts funkcjonują, ani kiedy po raz pierwszy pojawił się pomysł ich utworzenia, ale ja służę dopiero od kilku tygodni. Większość zasobów ludzkich to zawodowi żołnierze i obsługa techniczna, na górze również stoją osoby wyznaczone przez rząd, tylko wyższe rangą... Ale trzon głównej grupy stanowią przestępcy. Oni zajmują się prawdziwymi zadaniami, a my to wsparcie, kontrola tłumów, wywiad i tak dalej. Sama idea wydaje się być słuszna, a przynajmniej na początku się wydawała, ale... Ci przestępcy są zbyt nieobliczalni. Jedni skorzystają z okazji i uciekną jak Hood, inni... Mogą spróbować czegoś jeszcze gorszego- Loki pokręcił głową, jak gdyby dla podkreślenia, że nie chciał nawet myśleć o tym, co mogą zorganizować przy takim przyzwoleniu ze strony władzy.
Osobiście mag uważał, że szło mu całkiem dobrze, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Nie oczekiwał, że Hawkeye tak po prostu uwierzy w jego słowa - byłby głupcem, gdyby to uczynił - jednakże chciał tylko zasiać ziarno niepewności, zaciekawić go, aby Avengers zbadali sprawę... A czuł, że to mu się udawało. Teraz chciał tylko prędko - lecz nie zbyt prędko - doprowadzić rozmowę do końca, aby nie otrzymać zbyt wielu pytań. Kłamanie było sztuką niedopowiedzeń. Karmiło się nimi, wzrastało na nich, najlepiej czuło się w ich towarzystwie.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Hawkeye

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sob Lis 05, 2016 1:16 am

Można było się tego spodziewać. Tym bardziej że wiadomości nadawały non stop, non toper o tym, co działo się aktualnie w zniszczonym Hollywood. Nie, żeby Clint wsłuchiwał się w te wiadomości… Obraz mu wystarczył, a też nie śledził tego na bieżąco. Zakładał po prostu z góry, poprzez doświadczenie, że to trwa albo niedawno się skończyło. Z pewnością dłużej zajmie sprzątanie po tej całej akcji, nie wspominając już o odbudowie miasta. Mieszkańcy nie tylko Los Angeles będą wstrząśnięci przez parę miesięcy.
Skinął krótko na odpowiedź.
Hawkeye może o tym nie wspominał, ale zastanawiał się też jak bardzo napięta będzie atmosfera podczas tej całej konferencji, o której było coraz głośniej nie tylko u nadludzi czy mutantów, ale też u zwykłych, bezbronnych (w porównaniu do poprzednich grup) obywateli Stanów Zjednoczonych. Poza tym był na tyle zorientowany czy też świadomy, że nie dziwił się nieobecności Avengers po drugiej stronie państwa; mieli sporo do zrobienia. Mimo to wiedział, że wszystko będzie na to rzutować.
Kilka tygodni — powtórzył po mężczyźnie Clinton. Tymczasem można było zrobić naprawdę dużo. Zwłaszcza jak to były jakieś organizacje - z reguły w takich powinien być porządek. Podobnie jak tajemnice, sekrety. Nie było to obce, rzadkie, a właściwie pewną codziennością. Współpraca z SHIELD, praca dla organizacji swoje robiła.
I jak dobrze rozumiem, rząd kontroluje ich… Wasze działania. Zleca, co zrobić i gdzie, ta? — zapytał. Póki mógł to korzystał z możliwości odpowiedzi. Więcej informacji, a te - jak już wcześniej wspomniano - były potrzebne i ciekawe. Temu nie mógł przecież zaprzeczyć, co dało się zauważyć choćby po tym, że Barton tym się zainteresował.
Przez parę lat wykonywania misji czy zadań Hawkeye zdążył nauczyć się tego, by nie wierzyć ślepo w to, co usłyszy (no i czasem w to, co widzi - różne rzeczy miały miejsce). Lepiej było takie wątpliwości rozwiać z kimś, kto albo znał się na rzeczy, miał doświadczenie lub też był osobą, która była w stanie pojąć czy też znieść łucznika. Swego czasu było to dość uciążliwe. Niemniej, blondyn nie miał zamiaru dać całej swojej wiary wypowiedzi człowieka, którego pierwszy raz widział na oczy. To, że mówił coś wartościowego, ważnego to jedno, ale wypadało też sprawdzić czy mieć choćby na uwadze to, o czym się dowiedział.
Na przykład czego gorszego?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sob Lis 05, 2016 2:08 pm

Pomimo dość wczesnej - bo bliskiej południa - godziny, nagle zaczęło się jakby... Ściemniać. Jedno spojrzenie na niebo wystarczyłoby jednak, aby zorientować się, iż to nie noc zapadała o wiele za szybko, tylko dopływ promieni słonecznych kompletnie odcinały nienaturalnie gęste, ciemne chmury, stale się kłębiące i przesuwające, jak gdyby nieustannie ich przybywało i robiły miejsce następnym.
Na ulicach Brooklynu zapadał mrok, a o tej porze nie można było liczyć nawet na światło lamp ulicznych. Niektóre budynki stopniowo uruchamiały swoje własne oświetlenie zewnętrzne, lecz nawet ono tak naprawdę wiele nie zmieniało. Sama atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka, pełna napięcia... Szerzył się przejmujący chłód.
Część ludności przebywała w pracy, inni w swoich domach, lecz byli również i tacy, którzy znajdowali się na zewnątrz. To właśnie wśród nich wybuchła największa panika. Niektórzy starali się dostać do wnętrz najbliższych budowli, licząc na schronienie, pozostali liczyli na to, że dotrą jeszcze do własnych domów czy mieszkań...

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sob Lis 05, 2016 4:23 pm

W tym momencie Loki był już na etapie szukania motywu, którym mógłby zgrabnie i sprawnie zakończyć tę dyskusję. Oczywiście nie dawał tego po sobie poznać, bo przecież i bez tego nie był zbyt wiarygodny, jednakże wewnętrzne wyczucie podpowiadało mu, iż osiągnęli właśnie optymalną długość trwania rozmowy - więc należałoby się z niej teraz wyplątać. Przesada rzadko kiedy popłacała.
-Właśnie tak. Rozkazy przychodzą z góry, a my jesteśmy przydzielani do poszczególnych zadań. Dostajemy sprzęt, pojazdy... Wszystko to, co może nam być potrzebne. Sądzę, że to idzie po prostu z wojskowych zasobów- strzelał, ale miał wrażenie, że w tym wypadku celnie. Poza tym... Nawet jeżeli nie, to tak czy siak zawarł w tej wypowiedzi jedynie swoją subiektywną opinię, prawda? Mógł się mylić. Zaraz zresztą kontynuował:
-Co się zaś tyczy tych przestępców... Nie wiem, mogą zrobić praktycznie wszystko, o ile tylko będą sprytniejsi od Hooda. Korzystać z rządowych danych, na przykład. Wkupić się w czyjeś łaski...- wzruszył lekko ramionami. On sam na miejscu Hooda rozegrałby to wszystko zupełnie inaczej, ale z drugiej strony nie miał ochoty dawać się tak uwiązać - więc było to rozważanie czysto teoretyczne.
Nim Tricksterowi udało się dodać coś więcej, skierować wreszcie tę rozmowę ku końcowi, atmosfera wokół nich zaczęła się zmieniać. Początkowo było to dość subtelne, lecz mimo to zauważalnie magiczne - przynajmniej dla kogoś, kto znał się na rzeczy. Ta energia była w dodatku wyraźnie znajoma... Kojarzyła mu się z tym, co już wcześniej zdarzało mu się wyczuć w tej okolicy. Z tym, co go tak zaintrygowało.
Loki zadbał o to, aby niczego po sobie zbyt wcześnie nie okazać, lecz tak naprawdę chyba nie musiał się o to martwić - bo zaraz zaczęło się robić ciemno, co dało mu już powód do reakcji. Mężczyzna odchylił trochę głowę do tyłu, aby spojrzeć na niebo, które stopniowo zasnuwały ciemne chmury. Na spadek temperatury nawet nie zwrócił uwagi. Chłód mu odpowiadał.
-Pewnie powinienem to zgłosić- oznajmił, stawiając na zdezorientowany i lekko zaniepokojony ton głosu, a jednocześnie w duchu ciesząc się, że okazja do przerwania dyskusji sama do niego przyszła. Czy chciał zostać w pobliżu i przyjrzeć się problemowi? Oczywiście, z czystej ciekawości. Czy miał zamiar pomagać miejscowym z rozwiązaniem problemu? Mm, nie, raczej nie; może tylko wówczas, gdy dostarczyłoby mu to jakiejś rozrywki.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Hawkeye

avatar

Liczba postów : 219
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Nie Lis 13, 2016 2:35 pm

Może gdyby Clinton spodziewał się takiego spotkania, rozmowy, tematu, który siłą rzeczy zwrócił uwagę łucznika, to miałby więcej pytań… Albo inaczej - pytania byłyby bardziej sprecyzowane, konkretne, wykluczające jakieś absurdy czy też podchwytliwe. A to ostatnie z pewnością mogłoby być osiągnięciem w kontakcie z Lokim. W końcu można by go uznać za mistrza w tej dziedzinie, czyż nie?
Niestety tak nie było. Mimo to, Clint nie mógł narzekać na brak jakichkolwiek informacji. Pewne kwestie wzbudzały powątpiewania, o ile nie cała ta dyskusja, aczkolwiek nadal to było więcej niż zero i lepiej było na tym się skupić. Wykorzystać to, sprawdzić gdy już wróci do Avengers Tower - czy to przez JARVISa, czy to za pośrednictwem kogoś z SHIELD, choć rozważał to pierwsze.
Wyraz twarzy Bartona nie wskazywał na wielce przejęty, aczkolwiek nie można było zarzucić, że nie ma żadnych oznak pewnego powątpiewania, zastanowienia czy też znaków zaniepokojenia; trudno powiedzieć, z jakiego dokładnie powodu. Najprawdopodobniej przekładało się na to wiele czynników czy wydarzeń, które wydarzyły się w ostatnim czasie.
Jest jakaś zależność wybierania ich? Kryteria, które decydują czemu ten się nadaje, a tamten nie? Czy tylko chęć wyjścia na zewnątrz i względnie poukładane w głowie? — może nieszczególnie profesjonalnie sformułowane pytanie, ale wykluczało to, co pierwsze mu przyszło do głowy. Ot, drobne utrudnienie w odpowiedzi. Zastanowiło go w końcu to udostępnianie przez wojsko broni komuś, kto czegoś takiego zdecydowanie mieć nie powinien. Tym bardziej, że część pewnie nie musiała ich używać, mogąc korzystać natomiast z innych sfer, jakie były im udostępnione - to, z kolei, nie napawało żadnym optymizmem.
Kubek po wypitej kawie rzucił celnie do kosza na śmieci, który stał nieopodal.
—  I w jaki sposób wkupić się w łaski oraz co za zadania mogą być im przydzielane? — zapytał jeszcze, choć przy ostatniej części zdania głos Clintona przycichł.
Jego uwaga, najprawdopodobniej ku uldze boga chaosu, skupiła się na schodzącej się gęstwinie ciemnych chmur. Szarość jaka nastąpiła niemalże natychmiastowo nad Brooklynem także nie należała do chętnie widzianych.
Hawkeye wzdrygnął się, czując zmianę temperatury w okolicy, co go również zdziwiło. Była już taka pora roku, że nie spodziewałby się nagłego ochłodzenia, nawet jeśli miałoby zebrać się na deszcz. Zazwyczaj latem ewentualne burze przyczyniały się do zmiany ciśnienia i po prostu to się czuło. W tym przypadku nie było to takie oczywiste.
—  Uh-huh, nie tylko ty — stwierdził, zerkając krótko w stronę mężczyzny. W oczekiwaniu na odpowiedź na jego pytania czy też działania. W międzyczasie Clint krótkim gwizdnięciem przywołał psa.
W przypadku, gdyby otrzymał odpowiedź - odczekałby aż Loki skończy mówić. Tak to skinąłby głową i otwierając drzwi od samochodu, wpuszczając najpierw psa, rzuciłby:
—  Oddelegować czy jak wy to w tym przypadku mówicie — mniej czy bardziej żartobliwym, choć już przejętym czym innym, tonem. Clint nie miał zamiaru tutaj zostawać, nie mając przy sobie ani łuku, ani kołczanu. To, że mógł takowe zdobyć gdzieś w okolicy byłoby zadowolające, ale nie ma to jak własny, sprawdzony i niezawodny sprzęt.
Gdyby nie - kiwnąłby, wsiadł do samochodu, w którym był już pies i pojechał w swoją stronę.
Jadąc więc w stronę Avengers Tower, Clint postanowiłby tylko poinformować SHIELD, żeby przyjrzeli się czy są jakieś (nienormalne) zmiany w pogodzie, czy coś innego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Pon Lis 14, 2016 6:17 pm

Czyżby miało się okazać, że jednak nie tak łatwo będzie wykorzystać tę okazję do zakończenia dyskusji? Barton sprawiał wrażenie, jak gdyby - pomimo zapadających nagle wokół nich ciemności - w dalszym ciągu oczekiwał na odpowiedzi... Choć sam stwierdził, że musiał się zająć także i tymi zmianami pogodowymi. Loki westchnął w duchu, lecz w tej chwili nie miał już większego wyboru; przecież nie chciałby pospiechem zepsuć teraz wszystkiego, gdy do tej pory rozmowa rozgrywała się tak ładnie i z grubsza po jego myśli.
-Nie znam takich szczegółów, nie stoję wystarczająco wysoko w hierarchii, aby ktoś miał mnie o nich informować. Mogę tylko zgadywać, że rekrutacja posiada bardzo luźne warunki, skoro zbierają ludzi pokroju Hooda i stosunkowo słabo zabezpieczają się przed ich nieuchronną zdradą. Ale... Jeżeli go namierzycie i będziecie mieć na oku, to pewnie prędzej czy później natkniecie się na kogoś, kto po niego przybędzie. Może zechcą go odzyskać, może zgarnąć z powrotem do więzienia... Albo po prostu wyeliminować. Tego też nie wiem- wzruszył lekko ramionami, jednocześnie rozkładając na chwilę ręce, jak gdyby dla podkreślenia, że nie mógł udzielić żadnych dokładniejszych informacji, gdyż najzwyczajniej w świecie ich nie posiadał. To akurat było prawdą, choć jeszcze paru rzeczy się domyślał... A w duchu zastanawiał się również nad tym, ile czasu miał w gruncie rzeczy Hood, nim ktoś go w końcu dorwie. Jego dawni szefowie? A może - po tej rozmowie - ktoś z Avengers, aby go wypytać? Jedno i drugie mogło być zabawne... Trickster aż żałował, że nie będzie mu dane tego obejrzeć.
Wyglądało jednak na to, że ta odpowiedź wreszcie zaspokoiła głód wiedzy Bartona. Na pożegnanie ze strony mężczyzny mag odpowiedział jedynie kiwnięciem głową, lecz sam się nie odezwał; Łucznik i tak pakował się już do swojego pojazdu, więc nie miało to większego znaczenia. Loki odczekał tylko moment, aby Hawkeye zdążył ruszyć i oddalić się ulicą, lecz nim jeszcze samochód całkowicie zniknął mu z oczu, cofnął się od drogi - bliżej ścian budynków. Ciemności były mu na rękę, ale i tak wolał najpierw znaleźć jakieś ustronne miejsce do teleportacji. Ach, tylko dokąd powinien się udać? Zbadanie tego zjawiska trochę go kusiło, lecz z drugiej strony nie miał ochoty natknąć się na kolejnych bohaterów - którzy niewątpliwie wkrótce pojawią się w okolicy. Musiałby wybrać sobie wówczas następną postać, uraczyć ich jakąś historią, a to robiło się męczące... I przede wszystkim nie miało teraz żadnego istotnego celu.

[Z/t, pewnie od razu za obu]

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Pon Sty 23, 2017 8:35 pm

Sukkuba westchnęła głośno i szybko owinęła swój ogon na całej długości ręki Eugene'a i lekko zacisnęła. Zrobiła to bez pytania, więc wiedziała, że jakkolwiek naruszyła jego strefę prywatności, aczkolwiek nie przejmowała się tym w obecnej chwili. Musieli się stąd w końcu zmyć, a dziewczynie wydawało się, że im szybciej tym lepiej, tak więc zamknęła ona oczy i zacisnęła powieki z całych sił. Musiała sobie przypomnieć gdzie dokładnie było Quincy St. Wędrowała myślami dobrą minutę próbując przypomnieć sobie wszystkie uliczki z Brooklynu, na których kiedykolwiek była. Cóż, dużo chodziła po mieście spędzając swój czas wiecznie na wielogodzinnych spacerach, ponieważ w domu po prostu nie czuła się zbyt komfortowo, by przesiadywać tam godzinami. W sumie z tego właśnie powodu poznała ona Wiccana, Tommyego i Eugene'a oraz dołączyła do Young Avengers. Działanie w dobrej sprawie powodowało u niej dziwne ciepło gdzieś tam w środeczku z niewiadomych przyczyn. Może i Klaudia wydawała się zimna, prawie bez emocjonalna, odlatująca myślami gdziekolwiek indziej, ale tak naprawdę po prostu trzeba było lepiej ją poznać, by zaznać ciepła, jakim może obdarzyć ona innych. Jednak na razie mogła ona owym ciepełkiem obdarzyć tylko siebie. Jest! W końcu doszła do tego, gdzie tak dokładnie znajduje się Quincy. W sumie była to dość spokojna ulica, mało jakkolwiek bogatych, wpływowych ludzi. Eugene może tam spokojnie pokraść i zarobić dzięki temu parę groszy. Fioletowowłosa nie miała zbytnio zamiaru mu pomagać. Kradzież nie kojarzyła się jej za dobrze, ponieważ Polacy jako tako mieli opinię złodziei, a ona na typowego polaczka nie chciała jednak wyjść w oczach przyjaciół i nieznajomych. Wystarczyło przecież, że tylko się odezwie, a po jej dziwnym akcencie słychać było, że jest ona słowianką, a polskie przekleństwa jakie rzucała pod nosem mogły tylko pomóc innym w identyfikacji jej pochodzenia. Koniec tych przemyśleń, czas brać się do roboty. Dziewczyna otworzyła oczy i mrugnęła szybko trzy, może cztery razy, po czym jej myśli wypełniły się tylko Quincy St. Zapach siarki jak i sama siarka w postaci pyłu rozniosła się w promieniu trzech metrów od dwójki członków Young Avengers, po czym Sukkuba postanowiła jeszcze postanowiła zwrócić się do Eugene'a w sprawie teleportacji. Wydawał się strachliwy, więc w czym może zaszkodzić takie jakby uspokojenie go? W sumie to w niczym.
- Przenosimy się na Quincy. Nie musisz się mnie trzymać, ale po przeniesieniu będę cię podpierać za ramię. Moje teleportacje nie są tak subtelne jak teleportacje Asgardiana, jeśli się nie ma w nich wprawy można się wywrócić. W dodatku zawsze o nich wiadomo jeśli ma się dobry zmysł węchu. Przepraszam za ten swąd siarki, zniknie kiedy tylko pojawimy się na miejscu.
Powiedziała by chwilę potem przenieśli się prosto na Quincy. Nie dała chłopakowi czasu odpowiedzieć, ponieważ wszystko, co mówiła odbywało się już w początku teleportacji, którą powstrzymywała na siłę, co przyprawiło ją o ból głowy. Gdyby tego nie zrobiła pewnie przenieśliby się w połowie zdania Sukkuby. Tego nie chciała, musiała dokończyć to, co mówiła zważając na fakt jak rzadko dziewczyna się odzywała. Jak wcześniej obiecała nowemu przyjacielowi w chwili, kiedy pojawili się już na miejscu dziewczyna trzymała go za ramie nie chcąc, by ten się przewrócił. Starczyłby mu pewnie jej silny ogon w utrzymaniu prawidłowej równowagi, ale wolała dmuchać na zimne i przy okazji nie ryzykować zranienia go. Nie chciała powtórki z Tommym, któremu się zdawało, że dziewczyna nie chce go złapać, lecz zabić. Ból głowy wywołany wcześniej wspomnianym wstrzymywaniem teleportacji spowodował, że mimo iż Klaudia trzymała Eugene'a, by ten nie stracił równowagi sama się zachwiała na szczęście na czas stawiając jedną nogę w przód by nie runąć na ziemię niczym szmaciana lalka. Wtedy poleciałby i jej kolega złodziejaszek, który przecież miał owinięty jej ogon dookoła swojej ręki. Oh, dopiero teraz zauważyła, że przez swoją nieuwagę nieco mocno zacisnęła swój ogon na jego ręku. Postanowiła więc poluźnić ucisk i przeprosić za swój błąd.
- Sorki.
Dziewczyna spojrzała, a raczej przyjrzała się dokładnie Eugenowi studiując jego mimikę twarzy. Jeśli była ona naturalna, tylko lekko zaskoczona Sukkuba puściła powoli jego ramię i odwinęła ogon starając się jakkolwiek nie trącić jego ręki, która musiała być obolała przez wcześniejszy zbyt mocny ucisk. Jeśli wyglądał na wyraźnie wystraszonego Klaudia lekko przejechała dłonią po jego ramieniu chcąc uspokoić go owym gestem i poluźniła ucisk na ręku chłopaka lekko uśmiechając się pod nosem. Nie ma się czego bać - to chciała właśnie powiedzieć swoją mimiką. Finalnie puściła jego rękę  z objęć swojego ogona, jak i zsunęła dłoń z jego ramienia jak w przypadku opcji pierwszej i rozejrzała się po okolicy. Mimo, że wylądowali w dość oczywistym miejscu, takim mocno wystawionym na gapiów to na szczęście zasłaniały ich duże śmietniki, przez co praktycznie nikt nie zauważył ich nagłego przybycia, chociaż bardziej zdziwiłaby ich forma, w jakiej Klaudusia się właśnie znajdowała. Czas wrócić do normalności. A, i rozwiać te śmierdzącą fioletową siarkę, co szybko da się zrobić tylko jednym sposobem. Skrzydłami. Z pleców dziewczyny dosłownie na kilka sekund wyrosła para praktycznie smoczych skrzydeł, którymi Sukkuba zatrzepała dwa, może trzy razy rozwiewając otaczający ich siarkopył, po czym powoli zaczęła wracać do swojej standardowej formy, w której praktycznie przypominała człowieka. Kiedy w końcu wyglądała jak ktoś normalny zorientowała się, że brakuje jej jednej rzeczy. Okularów. Przeklnęła cicho pod nosem oczywiście w swoim języku i rozejrzała się po kieszeniach. Serio, ani plecaka nie wzięła, ani okularów? Cóż, taką cenę przypłaca się za niezdarność. Teraz musi znosić spojrzenia ludzi gapiących się na jej aż świecące żarówiaste żółte oczy.
Powrót do góry Go down
Eugene Mercer

avatar

Liczba postów : 55
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Wto Sty 24, 2017 7:58 am

Eugene zaskoczony spojrzał na ogon, który owinął mu się wokół ręki. W pierwszym odruchu chciał uciekać, cofnąć rękę, ale zdał sobie sprawę, że może przez to oberwać. Nawet nie od dziewczyny, a podczas teleportacji. Wiedział, że musiała się skupić, a nie miał zamiaru jej rozpraszać. Wszyscy wiemy, że nieskuteczna teleportacja może powodować utratę narządów lub kończyn, więc Eugene wolał się w to nie pakować, tylko dlatego, że spanikował.
Mercer starał się nie panikować, ale na widok siarki rozejrzał się zaskoczony. Skąd toto się tutaj wzięło, i dlaczego wydawało mu się to pasować do obecnej sytuacji? Rozejrzał się niespokojnie. Na głos Klaudii natychmiast spojrzał na nią. Okej, a więc Quincy. Nie najgorsza dzielnica, da się spokojnie zwinąć kilka portfeli. Duża ilość dróg ucieczki, co w połączeniu z umiejętnościami Eugene'a dawało mu spore szanse na ucieczkę w razie wu.
Chciał zapytać o parę rzeczy, ale zaraz potem się teleportowali. Tym razem obyło się bez efektów wizualnych, jeśli pominiemy siarkę. Po pojawieniu się, Eugene faktycznie lekko zachwiał i zakaszlał lekko. Trochę siarki dostało mu się do ust.
-Czasem się zastanawiam, co wy wszyscy macie z tymi teleportacjami. Co się kręcę przy kimś z was, to się teleportujemy.-Zapytał, chcąc trochę rozluźnić atmosferę. Za pierwszym razem to prawie zaliczył zawał przy teleportacji, teraz już powoli się przyzwyczajał. Co nie znaczy, że to polubił. Wolał wolniejsze, ale kontrolowane sposoby. Nie zwrócił uwagi na siłę zaciśnięcia ogona, zresztą nie było to jakoś mocno. Szkolne dresy robiły to mocniej, kultura adidasa jakoś go sobie upodobała... Aż do tamtego dnia. Po tamtym dniu, postanowili sobie odpuścić.
Co do obecnego zachowania, nie nazwalibyśmy twarzy Eugene'a wystraszoną. Owszem, był zaskoczony, ale poprzez uprzedzenie go przez Succubs, nie był aż tak przerażony. No i przyzwyczajał się do tego, że go teleportują co dosłowne kilka chwil. Naprawdę, po tym jak chciał obrabować Wiccaana i jego przyjaciół w parku, teleportacje następowały co przysłowiowe kilka minut. Minimum dwie. No, ale skoro nie wydali go policji, to chyba niewielka cena. Ot, zawał, ewentualnie dwa co jakiś czas.
-Nic się nie stało-Mruknął do Klaudii, po czym rozejrzał się. Dobra, teren dobry. Nikt nie zwróci uwagi na dwoje nastolatków za śmietnikami, chyba, że Eugene'owi nie uda się zwędzić portfela. Wtedy i tak miałby problem.
Jak zareagował na skrzydła? Zaskoczony, aż się cofnął o krok. Nie spodziewał się czegoś takiego. Poczynił bardzo ważną notatkę w głowie. Przy wszystkich znajomych Wiccana spodziewać się wszystkiego. Jeszcze tylko brakuje żeby mieli kogoś ala Hulk w drużynie. Może mają? No nic, chyba nie ma wyjścia, trzeba się przyzwyczaić.
-Powinienem spodziewać się jeszcze czegoś w twoim wykonaniu, czy to już wszystko?-Zapytał lekko zaskoczony. Mimowolnie starał się być jak jego brat- gość, na którego mówiono "Luzak" w szkole. Był jednak zbyt strachliwy, ale... nikt nie mówi, że nie da rady nabrać odwagi, prawda? Mimowolnie Eugene do tej pory prowadził bardziej... Zwierzęcy tryb życia, niż łowiecki. Częściej uciekał, był ofiarą, a nie goniącym łowcą. Tak czy siak, mimowolnie spojrzał w górę, by się zorientować w sytuacji. Zaskoczył go widok nieba jaki ujrzał. Miał złe przeczucia
-Błagam, powiedz, że to twoja sprawka-Powiedział Mercer, patrząc w niebo. Miał nadzieję usłyszeć odpowiedź "to zraz minie, tylko efekt optyczny". Albo cokolwiek, co by mówiło, że to nie jest zjawisko, które oznacza wybranie złej dzielnicy. Naprawdę miał złe przeczucia. Na wszelki wypadek sprawdził czy ma nóż przy sobie. Tak, wciąż znajdował się w prowizorycznej pochwie wewnątrz spodni. Spokojnie. Tanio skóry nie sprze... Dobra, po prostu w razie zagrożenia postara się gdzieś skryć. Nie potrafił walczyć, nie nadawał się do tego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Wto Sty 24, 2017 3:57 pm

Quincy Street znajdowało się na tyle głęboko na Brooklynie, że na niebie nie dało się stąd dojrzeć dosłownie żadnych czystych fragmentów; całe sklepienie wciąż pokrywały gęste, ciemne chmury, kłębiące się, ruchome, ale nie odchodzące na dobre - tylko skręcające stale nad terenem Brooklynu. Co wyższe budynki przesłaniały miejsca, gdzie być może zjawisko miałoby swoje granice.
Succubus i Eugene mieli przynajmniej tyle szczęścia, że pojawili się w chwili, gdy latarnie uliczne już się świeciły, a zdecydowana większość mieszkańców przebywała w swoich domach - lub przynajmniej innych budynkach. Z licznych okien wydobywał się blask lamp. Z powodu chmur okolica zdawała się być spowita nocą, choć w rzeczywistości pora nie była wcale taka późna, bo dopiero popołudniowa.
Na tym nie kończyły się niespodzianki. Między nogami nastolatków niespodziewanie przebiegł szczur - i to taki naprawdę sporych rozmiarów, bo prawdę mówiąc mógłby się spokojnie równać z przeciętnym kotem. Fakt, w Nowym Jorku gryzonie rosły wielkie, ale zazwyczaj nie wychodziły tak po prostu na ulice, szczególnie te porządne - do których Quincy przecież należała, mimo wszystko.
Zwierzak pomknął w kierunku śmietników, przy których kręciła się już cała masa jego braci i sióstr. Sporo? Tak, ale na głównej ulicy szczurów było jeszcze więcej, jak gdyby korzystały z nieobecności ludzi, aby przejąć kontrolę nad sąsiedztwem. Niektórym udało się nawet wspiąć dość wysoko po budynkach, korzystając z przewodów, schodów przeciwpożarowych i innych struktur.
W skrócie, coś było nie tak.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Wto Sty 24, 2017 6:07 pm

Już na samym początku to wszystko wydawało się dziwne dla naszej fioletowej Polki ze względu na to, że jej oczy stają się nieco świecące tylko nocą lub po prostu w ciemności. Kiedy do uszu dziewczyny doszły słowa jej przyjaciela wykonała podobny gest do niego i w kompletnej ciszy zaczęła wpatrywać się w niebo. Coś tu było cholernie nie tak, teraz już wiedziała dlaczego odczuwała ona dziwny dyskomfort. Przecież każda normalna osoba na pierwszy rzut oka zauważyłaby wszechobecną ciemność, która na początku wydawała się dziewczynie zwyczajnie efektem siarki, która mogła wpaść jej do oka. Cóż, była w błędzie, to wszystko spowodowane było przez kompletnie czarne niebo. Można by pomyśleć, że zaraz lunie ogromna burza, jednak to wszystko wyglądało jak gęsty dym. Zaniepokojenie wywołane obecną sytuacją sprawiło, że mimowolnie dziewczyna wytworzyła swój ogon, który wił się niepokojąco na boki, jakby za dosłownie moment miał czemuś, bądź komuś przywalić. Wzrok dziewczyny co chwile uciekał gdzie indziej próbując zorientować się jakkolwiek w tej sytuacji, jednak się na to nie zapowiadało. Sukkuba po prostu była w tym momencie bezradna. Ani nie wiedziała co się dzieje, ani dlaczego. Jej oczy, a raczej ślepia pierwszy raz widziały takie zjawisko. Dla pewności część ręki Klaudii, a mianowicie od dłoni aż do połowy przedramienia zmieniły się w demoniczną formę, co dawało dziewczynie ostre szpony, które mogły być dodatkową obroną. W dodatku ma swój sztylet na pasku, co daje nam na razie trzy możliwości ataku i obrony Eugene'a, który wydawał się zbyt strachliwy, by zrobić cokolwiek. Mimo jego ciapowatości dziewczę zdążyło go jednak polubić tak samo, jak dwóch wcześniej poznanych przyjaciół. W dodatku była z nim sam na sam, więc mogła się dowiedzieć o nim więcej kluczowych dla niej informacji. Jej głównym celem póki co było dokładne poznanie swoich nowych znajomych, co jakoś zbytnio jej nie szło w tej chwili. Szmer, pisk znajomego dla uszu dziewczyny zwierzęcia, mimowolny ruch ogonem, który poprzez uderzenie tego czegoś jego płaską stroną wystrzelił w powietrze szczura. Wielkiego szczura. Klaudia widząc zwierze uśmiechnęła się pod nosem, ponieważ te zwierzątka kojarzyły się jej stosunkowo dobrze. Jej wuj miał kilka takich delikwentów.
- Słodki.
Wymsknęło się jej na widok lecącego pod śmietniki szczura, który wpadł w jeszcze większą bandę jego znajomych. Coś jednak znów ją niepokoiło. Jego wielkość. Musiał być zmutowany i groźny, a już na pewno się tego przekona po tym, jak zwierzak zareaguje na fakt, że przypizgała mu ona dość mocno ogonem. Ale przynajmniej zaliczył miękkie lądowanie na innych szczurach, które zapiszczały i zasyczały najpierw na niego, a potem w stronę dziewczyny. Klaudia postawiła krok w bok jednocześnie łapiąc Eugene'a za ramie i cofając go razem z sobą. Znów wyglądała demonicznie. To całe zmienianie formy co kilka sekund zaczynało ją powoli męczyć, ale skoro nie ma w okolicy praktycznie żadnej żywej duszy poza nimi to nie ma co się ukrywać. A nuż będzie potrzeba znów wytworzyć skrzydła i wzbić się w powietrze z powodu tych szczurów, które mogły w każdej chwili się na nich rzucić? W sumie mogłaby zrobić to też za pomocą teleportacji, ale wolała już nie denerwować tym Eugene'a, którego przecież nie zostawiłaby na pastwę przemiłym i przesłodkim zwierzakom.
- Eugene, co tu się k***a dzieje? Skąd tu tyle tych zwierzaków i praktycznie zerowa ilość ludzi nie licząc nas? Wybacz, przez ból głowy nie mogę myśleć racjonalnie i ocenić w jakiej sytuacji się znajdujemy.
Spytała trochę nerwowo nie stroniąc od wulgaryzmów. Ból głowy wciąż jej nie odstępował, a jedynie zdawało by się, że z chwili na chwilę się nasila. Ciche przekleństwo znów wyleciało z jej ust a jej dłoń powędrowała do góry finalnie dotykając czoła. Ból dziwnie pulsował.
Powrót do góry Go down
Eugene Mercer

avatar

Liczba postów : 55
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sro Sty 25, 2017 12:35 pm

Rozejrzawszy się, Eugene zaczął mieć falę złych przeczuć. Jest koło południa, a tu świecą latarnie? Dlaczego? Piski szczura zdawały się mu udzielić odpowiedzi. Przebiegł między nogami Eugene'a i Klaudii, co już samo w sobie było dziwne. Owszem, Mercer czasem budził się razem ze szczurami, ale było to raczej niegroźne, które tylko troszeczkę poskubały. Czasem dzielił się z nimi resztkami, czasem je odganiał. Nigdy nie potrafił zrobić im krzywdy.
A jednak ten gigant, duży i przede wszystkim zmutowany gigant, nie za bardo wydawał się być przyjaźnie nastawiony. Eugene widząc skupisko jego pobratymców, aż wykonał krok w tył
Nasz strachliwy nastolatek zdecydował się postawić jakąś barierę. Rozejrzał się uważnie. Tak, szyba pobliskiego domu. Skupił się na niej. Była w zasięgu jego wzroku, zatem...
W jego dłoni zaczął formować się kształt. Prostokątny, szyba pozostawała nienaruszona. Rozszerzał się. Nie mógł sobie pozwolić na pomyłkę, musiał od razu wytworzyć idealnie swój pomysł. Prostokąt po chwili przybrał większe rozmiary od naszej dwójki nastolatków. Rozszerzył jeszcze jego podstawę, by nie dało się go zbyt łatwo przewrócić, i postawił szklaną barierę przed sobą i towarzyszką
-Gdyby nagle zgłodniały, to kupi nam trochę czasu-Powiedział do Klaudii. Zauważył jej obecną demoniczną formę, ale... dobra, zaskoczyć, to go zaskoczyła. Jednak nie wywołała w nim odruchu ucieczki, chociaż to może przez to, że wiedział o tym, że to jego towarzyszka. -Będę szczery. Nie wiem, zazwyczaj kręcą się tu jacyś przechodnie-Powiedział, z lekkim strachem w głosie. Faktycznie, cała akcja nie wyglądała najlepiej. Zachciało mu się wycieczki na Brooklyn, no to ma. Ze zmutowanymi szczurami w zestawie. Szczury były też na wysokościach, więc możliwość ucieczki parkourem odpadała. Niewesoło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sro Sty 25, 2017 3:42 pm

Odtrącony szczur w pierwszej chwili wyraźnie spanikował, zaskoczony i zdezorientowany tym, co go właśnie spotkało - ale z drugiej strony wylądował właśnie tam, dokąd i tak zmierzał, przy potencjalnie pełnym pokarmu śmietniku, więc ostatecznie zdecydował się skupić właśnie na walce o pożywienie. Pozostałe gryzonie najwyraźniej również stawiały pełny żołądek ponad ewentualną zemstą, gdyż bardzo szybko straciły zainteresowanie Succubus, Eugene'em, a także wytworzoną przez tego ostatniego szklaną barierą. Chyba jednak nie była potrzebna.
Pomijając odgłosy szczurów, w okolicy panowała nieprzyjemna cisza, przerywana głównie wyciem psów, alarmami samochodowymi oraz syrenami - może policyjnymi, ale niekoniecznie - które jednak dobiegały z oddali. Podsumowując, wcale nie było miło. Takie warunki powodowały wręcz dzwonienie w uszach, a w połączeniu z wszechogarniającymi ciemnościami przemawiały do podstawowych, ludzkich instynktów - z pradawnym strachem przed nocą na czele.
Na ulicy było również jakby zimniej, niż można by się tego spodziewać o tej porze roku... Nie lodowato, ale jednak chłodno. Być może to akurat nie miało żadnego związku z resztą dziwactw, a może stanowiło skutek uboczny, bo w końcu Brooklyn stracił dostęp do promieni słonecznych - grunt, że temperatura sama w sobie nie była przynajmniej groźna.
Przy Quincy stało całkiem sporo samochodów, ale nie każdy z nich został poprawnie zaparkowany. Niektóre sprawiały wrażenie wręcz porzuconych, niby na uboczu, ale jednak w pospiechu. Kto wie, być może do części z nich dałoby się nawet wejść, jeżeli ich właściciele zapomnieli je zamknąć? Nie żeby miało to wiele dać, gdy zostawała jeszcze kwestia ich odpalenia...
Nagle z góry młodych dobiegł dziwny, a przede wszystkim nowy dźwięk: coś jak powtarzające się, gardłowe "k", ale prawdę mówiąc niezbyt ludzkie, sprawiające raczej wrażenie odgłosu, który wydawałoby z siebie jakieś zwierzę - albo postać z przeciętnego horroru. Spojrzenie w górę wiele by nie zdradziło, bo niestety ciemności uniemożliwiały dojrzenie w tym miejscu czegokolwiek... A to sprawiało, że uczucie niepokoju tylko rosło. Niewidoczne zagrożenie było o wiele gorsze od takiego, które mogło się mieć na oku.
Odgłos powtórzył się już po kilku sekundach, lecz za to parę metrów dalej wzdłuż ulicy; czy jego źródło było tym razem takie samo - czy może w grę wchodziły dwa różne? Dźwięk zabrzmiał praktycznie identycznie, ale jeżeli to coś się przemieściło, to musiało to uczynić idealnie bezgłośnie...

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Shadowcat

avatar

Liczba postów : 125
Data dołączenia : 27/02/2013

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sro Sty 25, 2017 7:07 pm

//pierwszy post, zostałam wydelegowana tu do pomocy~

Katherine nigdy nie była zbyt zadowolona z otrzymywania rozkazów od Emmy. Wciąż nie mogła się pogodzić z faktem, że kobieta zarządzała teraz instytutem. Ich wspólna przeszłość nie była zbyt piękna i dziewczyna nie miała zamiaru tego jej zapomnieć. Jednak odnalezienie nowego mutanta było ważniejsze od jej fochów. No i przy okazji mogła wybrać się na miasto. To też na pewno dobrze jej zrobi. Kiedy była już w Nowym Yorku, postanowiła resztę trasy przejść na pieszo, by dotrzeć na Brooklyn.
Wiedziała, że Lockheed cały czas nad nią czuwa. Będąc zaledwie wielkości kota, mógł lecieć między budynkami, chować się w cieniu i pilnować jej. I oczywiście robił to. Nigdy nie odstępował dziewczyny choćby na krok i zrobi wszystko by ją ochronić. Kitty nieraz mówiła, że Lockheed to najwierniejszy jej przedstawiciel płci męskiej. Oczywiście mówiła to w żartach, ale mimo to słowa te były jak najbardziej prawdziwe.
Już z daleka zauważyła, że działo się coś dziwnego. Cały Brooklyn tonął w ciemnościach. To zdecydowanie nie było naturalne. Ciemne chmury tylko nad tą jedną dzielnicą? Coś tu nie grało. Ludzie gdzieś poznikali. Chyba pouciekali do domów. Do budynków? Im bliżej była tym bardziej nie podobało jej się to wszystko. W pewnym momencie zauważyła jakieś poruszające się kształty. Dopiero gdy była w miarę blisko, mogła rozpoznać je i skrzywiła się z obrzydzeniem.
Lockheed w międzyczasie przyglądał się chmurom z nieufnością. Był coraz podejrzliwy, a przez to i zleciał niżej by być jeszcze bliżej dziewczyny. Ludzi nie było widać nigdzie, więc nie musiał się martwić o to, że ktoś go zauważy.
Do czasu. Zauważyli w końcu sylwetki. Ludzkie sylwetki. Idąc jak najdalej od szczurów, dziewczyna zbliżała się do pary nieznajomych. Zaraz też zorientowała się, że to młodziki.
- Ej, dzieciaki, co wy tu robicie, co? Wszyscy inni się pochowali - rozejrzała się, patrząc na szczury - I w sumie to mnie to nie dziwi. Fuj - wróciła spojrzeniem do młodych. Zastanawiała się czy któreś z nich zostało wykryte przez Cerebro jako nowy mutant czy może osoba ta już stąd się zmyła. Nie byłaby zdziwiona, patrząc na obecną sytuację w tym miejscu. Słysząc coś dziwnego ponownie się rozejrzała. Miała nadzieję, że Lockheed pilnował tego co się działo dookoła nich. Miał zdecydowanie lepszy wzrok od niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sob Lut 04, 2017 9:20 am

Także i w tym miejscu wzniesienie się nawet na kilka metrów w górę wiązało się z gwałtownym obniżeniem temperatury - w związku z czym dla Lockheeda również najwygodniej było trzymać się stosunkowo nisko. Być może smok najlepiej ze wszystkich obecnych wyczuwał to, że w okolicy działo się coś niedobrego; nie musiał sugerować się jedynie wzrokiem, w końcu jego czuły empatycznie umysł był bardziej otwarty na takie rzeczy...
Kitty z kolei zdecydowanie mogła łatwo stwierdzić, że młodzież, na którą się natknęła, nie należała do zwykłych ludzi. Przezroczysta, szklana bariera po stronie Eugene'a była raczej wymowna, choć lepszy wskaźnik stanowił wygląd Succubus - gdyż dziewczyna przebywała w swojej prawdziwej formie, fioletowej, rogatej i ogoniastej. Co prawda przypominała demona, lecz akurat Shadowcat powinna dobrze wiedzieć o istnieniu mutantów tego pokroju - więc piekielne pochodzenie dziewczyny nie było z góry przesądzone.
Słowa członkini X-Men musiały zwrócić uwagę nastolatków, bo w końcu poza nimi ona i Lockheed stanowili tutaj na pozór jedyne żywe dusze... I właśnie ten moment na atak wybrało sobie stworzenie czekające do tej pory na dachu pobliskiego budynku. Tak naprawdę była to kwestia sekund - niewielu, kilku, a bestia poruszała się niezwykle szybko i najwyraźniej nie bała się zeskoczyć z wysokości wielu metrów...
Stwór był mniej więcej wielkości człowieka, może trochę wyższy - lecz za to mocno przygarbiony. Jego blade, smukłe ciało zdawało się składać w głównej mierze ze sprawnych mięśni okrytych dziwną skórą... Refleksy światła z lamp ulicznych odbijały się od niej nie tak, jak od ludzkiej, lecz raczej - na przykład - jak od skórzanego ubrania. Istota miała na sobie podarte, ciemne spodnie, lecz stanowiły one jej cały strój. Brak butów czy rękawiczek umożliwiał dojrzenie lekko powiększonych stóp i dłoni... O długich palcach - i jeszcze dłuższych pazurach, jakich nie powstydziłaby się pewnie Lady Deathstrike. Równie niepokojąca była twarz kreatury; złociste oczy na czarnym tle nie świeciły co prawda w ciemnościach, lecz - znajdując się już w świetle - wyglądały naprawdę upiornie... Pod nimi zaś znajdowały się zapadnięte policzki, spłaszczony nos oraz najgorsze: szeroki, pozbawiony warg otwór gębowy z serią ostrych zębów, które przypominały wygięte, zachodzące na siebie igły. Fanom komputerowych mordobić oblicze to mogło się skojarzyć chociażby z Baraką z Mortal Kombat - a podłużne uszy tylko dopełniały tego obrazka, włosy na głowie zaś zdawała się zastępować krótka... Sierść?
Ciężko jednak byłoby dokładnie przyjrzeć się temu stworzeniu, gdy pozostawało w ciągłym ruchu. W pierwszej kolejności opadło na Eugene'a, w locie manewrując swoim ciałem w taki sposób, aby oprzeć na jego ramionach chwytne stopy i zepchnąć go na ziemię przodem w dół. Ciężar potwora - połączony z wysokością, z której spadał - był wystarczający, aby powalić chłopaka i pewnie go zamroczyć, tyle że... Gdyby bestia odrobinę zmieniła strategię, mogłaby go też równie dobrze zabić, złamać mu kark, kręgosłup... Cokolwiek. Co prawda nie widać po niej było inteligencji, ale instynkt już tak, więc czemu tego nie zrobiła?
Jeszcze zanim Eugene porządnie upadł, kreatura odbiła się już od jego ramion - przy okazji szponami rozcinając mu policzek - aby zrobić tuż nad nim coś na kształt salta, niskiego i zakończonego fikołkiem po oparciu przednich łap na podłożu. W trakcie tego pokazu istota zaprezentowała coś jeszcze: długi ogon, który w mgnieniu oka owinął się wokół nadgarstka Succubus i pozwolił bestii pociągnąć ją za sobą. Jako że potworek się obrócił, dziewczyna siłą jego rozpędu także powalona została na ziemię. Ogon natomiast szybko się cofnął, uderzył niczym bicz... A potem praktycznie zniknął z pola widzenia, migając tylko od czasu do czasu - tak prędko się poruszał.
Wszystko to wydarzyło się tak szybko, że trudno byłoby na to w ogóle zareagować. Na tym jednak przeciwnik nie poprzestał; kiedy tylko znalazł się na ziemi, od razu odbił się od niej na bok, jedną z nóg znalazł oparcie w ścianie, po czym wyskoczył już w stronę Kitty - z wyciągniętymi przez siebie pazurami. Bez problemu był w stanie pokonać dzielącą ich odległość kilku metrów - ale Shadowcat posiadała coś, czego Succubus i Eugene nie mieli, a mianowicie świadomość, że wróg się zbliżał. No i smoka.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.


Ostatnio zmieniony przez Loki dnia Czw Lut 09, 2017 6:30 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Shadowcat

avatar

Liczba postów : 125
Data dołączenia : 27/02/2013

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Sro Lut 08, 2017 10:13 pm

W ciemnościach i przy nie do końca znanym zagrożeniu Lockheed i tak starał się trzymać w miarę nisko, by móc jak najszybciej zareagować w razie ataku na Kitty. Szybko więcej opuścił wyższe, zimne partie powietrza, przelatując między budynkami. W przeciwieństwie do dziewczyny, smok od razu zauważył, że dwójka dzieciaków to nie zwykłe dzieci. On jednak miał po prostu dużo lepszy wzrok od niej, świetnie widział w ciemności, a Shadowcat w dodatku cierpiała na lekką krótkowzroczność. Trzymał się poza zasięgiem wzroku młodzieży, przyczajony w cieniu, obserwując uważnie otoczenie. Cały czas był czujny.
Katherine też w końcu dojrzała szczegóły otoczenia kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do mroku. Aż jej głupio się zrobiło przez to pytanie. Dziewczyna od razu skojarzyła jej się z Kurtem. Wiele lat temu bała się takich stworów, trzymała się z dala od nich. Jednak przyjazny, niebieski mutant powoli zmienił jej nastawienie do takich jak on. Skoro byli mutantami to na pewno nie byli tu bez powodu. Może to któreś z nich zostało wykryte przez Cerebro? W tej chwili jednak nie było to istotne. Coś się działo tutaj. Coś bardzo złego i nie podobało jej się to.
Nie zdążyła jednak nawet doczekać się odpowiedzi, gdy nastąpił atak z zaskoczenia. Ciężko było przyjrzeć się dokładnie przeciwnikowi przez panujące dookoła nich ciemności i zdecydowanie dużą prędkość istoty, ale jedno było pewne. Mieli do czynienia z jakimś potworem. Potworem-potworem lub mutantem-potworem. Tego nie można było być pewnym. Skąd taki potwór mógł się tu wziąć? Z drugiej strony dopiero co mieli kosmitów na głowie. Tutaj chyba wszystko było możliwe. W każdym razie wyglądał naprawdę koszmarnie, to zdążyła zauważyć.
Ataki były niezwykle szybkie, Kitty ledwo była w stanie zauważyć jak potwór się rusza. Moment przy powalaniu chłopaka, chwila przy rzucaniu dziewczyną, przypominającą demona. A potem już tylko mignięcia rozmazanej sylwetki, która na pewno szykowała się na kolejny atak. Shadowcat wiedziała, że jest następnym celem potwora. Dlatego też pierwsze co zrobiła to przeszła w stan fazowania. Przy tak szybkim przeciwniku jej moc była bardziej defensywna niż ofensywna. Niewiele mogła zrobić. Co najwyżej próbować fazowaniem wyciągnąć jakiś organ wewnętrzny stwora. Czasem się do tego uciekała choć trochę ją to brzydziło. Jednak przy tak szybkim przeciwniku byłoby to dosyć trudne.
Jednak ktoś mógł coś zrobić. Ktoś kto cały czas uważnie wszystko śledził. Rejestrował każdy ruch potwora, a gdy ten ruszył w stronę szatynki, sam postanowił zaatakować. Lockheed nie miał zamiaru bezczynnie patrzeć jak jego partnerka jest atakowana. Nie żeby wątpił w jej zdolności, ale nie mógł zostawić jej w obecnej sytuacji. Był dużo szybszy i zwinniejszy niż Kitty, być może też posiadał element zaskoczenia jeśli istota go nie wyczuła. Wystrzelił ze swojej kryjówki, posyłając kulę ognia w stronę przeciwnika. Ufał swoim zdolnościom. A nawet jeśli nie uda mu się trafić potwora to przynajmniej trochę go zdekoncentruje. Oczywistym było również, że starał się wyczuć zamiary potwora. Interesowało go to, tym bardziej po tym jak stwór nie zabił dzieciaków, co zapewne mógł zrobić z łatwością.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Czw Lut 09, 2017 7:37 pm

Jako że Kitty miała dość czasu, aby stać się niematerialna, bestia przeleciała prosto przez jej ciało, wylądowała może metr za nią i z rozpędu przekoziołkowała dalej - przynajmniej kolejne dwa, jeżeli nie trzy metry. Kompletnym przypadkiem uratowało ją to przed oberwaniem wygenerowaną przez Lockheeda kulą ognia, która bardzo skutecznie odwróciła jednak uwagę stwora od mutantki.
Przeciwnik obrócił się płynnie jeszcze zanim na dobre się zatrzymał, przez co znów znalazł się skierowany przodem do Shadowcat. Trzymał się nisko, nogi i ręce miał mocno ugięte, przemieszczał się zaś na czworaka... I obecnie skupiał wzrok na smoku. Wydawał z siebie przy tym pełen niezadowolenia odgłos - podobnie jak wcześniej przypominający następujące po sobie "k-k-k-k-k"... Ogon chodził mu nerwowo na boki, wciąż tak szybko, że ledwo dało się go zauważyć.
Succubus i Eugene wciąż byli oszołomieni po powaleniu na ziemię, w związku z czym nie włączali się do walki - bo po prostu nie mogli. Potwór chwilowo się nimi nie interesował, jednakże kręcąca się po okolicy masa szczurów już tak... Gryzonie bez cienia strachu wdrapywały się na ich ciała, a szczególnie zainteresowały je rozcięte policzki Eugene'a - i jego krew. Nie oznaczało to, że nie kąsały w innych miejscach, wręcz przeciwnie, ale być może przynajmniej otrzeźwią tym nastolatków...
Szczury zaciekawiła również Kitty, wokół której kłębiły się całą chmarą - kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt osobników na raz. Próbowały się na nią wspinać, tyle że oczywiście przenikały przez jej ciało... Tyle że w ten sposób nie pozwalały kobiecie przestać fazować - chyba że chciała nawiązać z nimi kontakt fizyczny.
Potwór z kolei najwyraźniej nie chciał zbyt długo przebywać po prostu na ulicy, gdyż - uważając na Lockheeda i jego płomienie - ruszył prędko w stronę najbliższego budynku i zaczął się po nim wspinać, bez trudu przyczepiając się do pionowej powierzchni i dosłownie nie zwalniając. Rzecz jasna przez to bestia znalazła się znów ponad smokiem... Więc być może coś planowała. Tylko co to mogło być?

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Eugene Mercer

avatar

Liczba postów : 55
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Nie Lut 12, 2017 10:09 am

Eugene wylądował na ziemi, powalony przez jakieś... Jakieś coś. Przy okazji rozcięło mu toto policzek. Zachciało się kraść na Bronxie, co? No to teraz płać. Najpierw szczury, teraz jakieś tajemnicze stworzenie. Ciekawe co będzie następne? Hiszpańska inkwizycja?
Dotknął palcem policzka. Tak, krew. Ten tajemniczy stwór był podejrzany. Odgonił ręką szczury. Ich skubanie faktycznie pomogło mu trochę, by wróciła mu świadomość.
-Mam nadzieję, że nie masz kolegów-Stwierdził wrednie w stronę stwora. Musiał wymyślić coś, by się obronić. Wyciągnął prawą dłoń, i się skupił. Po chwili miał w dłoniach nad wyraz ostry miecz ze szkła. Do szermierki się nie nada, ale do walki ze stworem bez pancerza będzie akurat. Chyba, że ten stwór będzie miał jakąś super hiper mocną skórę. To wtedy niewesoło... Ale może da radę. Pochwycił miecz prawą ręką, zaś lewą dobył noża. Był to prosty nóż, czarny. Naostrzony, akurat o to Eugene dbał.
-Jakieś pomysły?-Zapytał Klaudię i przybyłą. Może ktoś wymyśli, co zrobić..
Eugene najchętniej- nie czarujmy się-Uciekł. Ale coś go powstrzymywało. Jakiś głos z tyłu głowy. Ziarenko odwagi? Może. A może obawa, że stwór może mieć więcej towarzyszy? Kto wie, kto wie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3403
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Nie Lut 12, 2017 4:44 pm

Śnieżna trąba powietrza przemierzyła przynajmniej kilka ulic, lecz Dio pewnie trudno byłoby określić dokładny przebyty dystans. W końcu takie krążenie było bardzo dezorientujące, a kobieta już wcześniej wystawiła się na działanie własnych nabojów... W skrócie, nie doznawała niczego przyjemnego, zimno musiało jej doskwierać, ostre smagnięcia powietrza również, ale chociaż nie obijała się o budynki - gdyż tornado wędrowało środkiem drogi - i utrzymywała się z daleka od szczurów. Coś za coś.
W pewnym momencie wiatr zaczął jakby zmieniać kierunek. Nie zataczał już tak idealnych okręgów, rozluźniał sploty, aż w końcu Katalin została ciśnięta przez silny podmuch - niemalże poziomo, startując z wysokości może dwóch metrów nad ziemią. Wybiła się poza zasięg trąby... I poszybowała prosto w stronę Kitty.
Dopiero po lądowaniu - jakie by ono nie było - kobieta mogła w końcu przyjrzeć się okolicy... Mocno się kołyszącej, gdyż zawroty głowy nie chciały zbyt łatwo ustąpić. Przy jednej ze ścian zobaczyłaby Succubus i Eugene'a z jego nowym mieczem, w powietrzu zaś Lockheeda... A do tego mogłaby też wyłapać jakiś ruch na jednej ze ścian, lecz w mroku ciężko byłoby jej stwierdzić coś więcej, bo światła przydrożnych lamp nie pozwalały jednak na zbyt wiele.
Trąba powietrzna z kolei rozproszyła się i zajmowała teraz dużo większy teren. Ciągnęła się od jednego do drugiego rzędu budowli i wypełniała przynajmniej kilkanaście metrów ulicy, przypominając istną burzę śnieżną, ciskającą grubymi płatkami w każdą stronę i uderzającą silnymi podmuchami wiatru. Podłoże zaczęło zamarzać i pokrywać się warstwą puchu, zresztą nienaturalnie szybko. Z tego wszystkiego przynajmniej szczurom odechciało się atakować; gryzonie podjęły próbę ucieczki poza zasięg śnieżycy.

***

Dorzucam do akcji Dio, a poza tym przypominam, że kolejka nie jest dla mnie istotna, więc po prostu odpisujcie wtedy, kiedy możecie.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Shadowcat

avatar

Liczba postów : 125
Data dołączenia : 27/02/2013

PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   Nie Lut 12, 2017 9:44 pm

Przejście w stan fazowania było u dziewczyny niemal natychmiastowe. Po pewnym wypadku był to dla niej stan naturalny, tylko dzięki własnej woli mogła utrzymywać zwykłe ciało. Nie miała więc problemu z szybką zmianą, a ataki potwora na młodszych dały jej trochę czasu. Kiedy potwór przez nią przeleciał, Shadowcat obróciła się tak, by stać przodem do niego. Starała się cały czas mieć go na oku. Zauważyła przy okazji ataki Lockheeda i uśmiechnęła się lekko. Gotów do wsparcia jak zawsze. Ludzie przychodzili i odchodzili, a on niezmiennie trwał u jej boku.
Wielkości zwykłego kota. Szybki i zwinny. Choć mógł przybrać większą formę to jednak w tej postaci był zdecydowanie trudniejszym celem do trafienia. Nadal mógł ziać ogniem i dymem, więc nie było żadnych problemów. Lockheed chciał najpierw zorientować się czego chciał ich przeciwnik. Dlaczego atakował, ale nie zabijał. Starał się wyczytać cokolwiek z niego. Cały czas zachowywał czujność, gotów do ataku lub uniku.
Smok, w przeciwieństwie do Kitty, mógł wypatrzeć stwora w ciemnościach. Nie odrywał od niego wzroku. Dziewczyna natomiast spojrzała w stronę młodych mutantów, gdy usłyszała jednego z nich. Zdaje się, że chłopak wyszedł z oszołomienia. Dzięki szczurom. Ona sama odsunęła się nieco, nie chcąc by były tak blisko niej. Dobrze, że nie mogły jej dotknąć choć i tak to było obrzydliwe jak się tak przy niej tłoczyły.
- Nie mam pojęcia z czym mamy do czynienia, nawet nie przybyłam tu na tą walkę. Ale spokojnie, damy sobie radę. Musimy tyko zorientować się z czym mamy do czynienia - uśmiechnęła się delikatnie do młodego. Przecież każdy nowy przeciwnik był jedną wielką niewiadomą. Jednak prędzej czy później odkrywało się jego słabości. Nieznana istota wyglądała na taką, która wolała ciemność od słońca. Ciekawe czy słońce by mu zaszkodziło. Albo po prostu światło. Można by spróbować ze światłami samochodu. Bez problemu weszłaby do jakiegoś i uruchomiła lampy.
Nie miała jednak czasu, by spróbować wprowadzić swój pomysł w życie gdyż nagle pojawiła się trąba powietrzna. Pogoda zdecydowanie tutaj wariowała. Shadowcat odsunęła się na bezpieczniejszą odległość.
Lockheed również uważał, by nie znaleźć się zbyt blisko tego dziwnego zjawiska pogodowego. Zauważył, jak jakaś dziewczyna wypada z jej środka wprost na jego partnerkę, ale wiedział, że ta już utrzymywała się w stanie fazowania, więc nic jej nie groziło.
- Nic ci nie jest? - zapytała, patrząc na dziewczynę. Aż dziwne, że tak nagle ją tu wyrzuciło. To wszystko coraz mniej podobało się Katherine.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Quincy St (i okolice)   

Powrót do góry Go down
 
Quincy St (i okolice)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Okolice wybiegu pandy wielkiej

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: