Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1324
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Nie Maj 07, 2017 6:54 pm


Dracon Maxime, zwane również Delta Mike. Największa baza AAF, znajdująca się na terenie Federacji Alranois. Umieszczona jest w zachodniej części wyspy Zytalst, na specjalnym, sztucznie dobudowanym obszarze. Obiekt pełni głównie rolę lotniska oraz głównej jednostki operacyjnej dla połączonych rodzajów wojsk. Bardzo silnie chroniona, posiadająca niezliczone ilości sprzętu oraz personelu. Jest to pierwsze miejsce, do którego trafia większość wojskowych, przybywających do Alranois z za granicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1324
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Czw Lip 13, 2017 5:00 pm

NPC Storyline - AAF|Daalkiin|Jinkusu

Daalkiin podążył za lisem, podnosząc się ociężale z ziemi. Gdy dotarł do portalu, czarnofutry zatrzymał się i puścił wilka przodem. Ze swoim tempem nie zdążył zatrzymać Rho, tak więc lepiej, by wszedł ostatni, aniżeli drugi. Przejście przez portal było błyskawiczne. Fenris pojawił się zaraz za Rhoshanem, a dopiero po nich, Daalkiin. Po drugiej stronie, powitała ich długa i szeroka, czarna płyta lotniska. Zaraz po tym, zmysły odzyskały pełną sprawność. W ciała całej trójki uderzyły ciepłe płomienie słońca, a następnie do uszu dotarł ryk silników. Czarnofutry odwrócił się gwałtownie, tylko po to, by ujrzeć C-63 Spectre Strategic Airliftera, który akurat podchodził do lądowania. Pilot, widząc nagłą przeszkodę - a raczej trzy - na pasie, podniósł maszynę do góry i przerwał procedurę, odbijając ku niebiosom. Jakby tego było mało, kolejny dźwięk, tym razem silnika samochodu. Nie byle jakiego, bo jakieś pięć metrów od trójki, zatrzymał się MRAP. Z środka wyskoczyło trzech spośród czterech żołnierzy, którzy uzbrojeni w różne warianty karabinu MX, osłonili się drzwiami pojazdu i wymierzyli ku intruzom. Działko na dachu maszyny również się obróciło, biorąc ich na cel.
-Intruzi, intruzi, kod niebieski na pasie pierwszym.
Rzucił dowódca grupy do radia. W tym samym czasie, dwóch pozostałych żołnierzy zaczęło wykrzykiwać krótkie, proste hasła.
-Rzuć broń! Rzuć to!
-Na ziemię! Już! Na ziemię, mówię!

Daalkiin zacisnął kły, orientując się w jakiej sytuacji zostali postawieni. Oficer puścił klingę miecza, który z grzechotem upadł na pas startowy, a następnie cofnął się o kilka kroków na bok, unosząc powoli ręce ku górze, otwierając przy tym dłonie oraz poruszając się bardzo powoli. W tym samym czasie, z dwóch stron nadjechały IFVy. Cztery maszyny zatrzymały się jakieś 10-15 metrów od trójki, wysadzając z środka trzydziestu dwóch żołnierzy AAF, którzy błyskawicznie brali na cel intruzów, rozchodząc się dookoła za osłonami, kryjąc wzajemnie perymetry oraz ustawiając w niepełnym półkolu, by nikt nie znalazł się na linii strzału sojusznika. Widmo wysłało ich gdzieś daleko poza Amerykę. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 475
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pon Lip 17, 2017 7:46 pm

Pod uginającymi się łapami lisa nie było już zniszczonych chodników oraz asfaltu z Houston. Stał teraz na czymś twardym i równym, a gdy upadł na kolana by chwilę odpocząć, rozejrzał się wokół. Reszta również za nim przeszła, a jeśli chodzi o krajobraz to zmienił się diametralnie względem zniszczonego wojną Houston. Przypominało mu to po prostu bazę zbudowaną za pomocą technologii crathygtańskiej oraz ziemskich rąk. Surowo wyglądające budynki mogły być jego ostatnim widokiem w życiu jeśli szybko nie otrzyma pomocy medycznej. Ciekawe czy kiedyś już był w bardzo podobnym stanie? Pewnie tak i zapewne również był otoczony towarzyszami broni, chociaż teraz obok siebie miał dowódcę oraz wilka, który wbił mu ostry obiekt w klatkę piersiową.
Klęcząc widział jednostkę powietrzną, która poderwała się gwałtownie by uniknąć kolizji z przeszkodą. Lis zgiął się lekko, by w razie czego przetoczyć się na bok jednak nie było to potrzebne. Czemu w bok? Głupio by było nabić ciało na tą wykałaczkę, która już w nim tkwiła, a wyjąć raczej jej nie powinien. Znaleźli się na lotnisku. To już połowa sukcesu, gdyż jednostka latająca zdecydowanie nie była podobna do jednostek najeźdźców chociaż też daleko jej było do kształtów myśliwców lub większych transporterów Core. Najlepsze było to, że teraz jeszcze mieli towarzystwo. Wszędzie wyczuje ten charakterystyczny zapach ludzkiego mięsa, które wbrew pozorom nie smakuje jak kurczak. Przejechał wzrokiem po żołnierzach, którzy podchodzili do trzech rannych jak pies do jeża. Rhoshan był ledwo żywy i chyba tylko Fenris z Daalkiinem mogliby sprawić jakieś problemy. Co do drugiego był pewien, że tamten nie zrobi nic głupiego by nie narazić towarzyszy na szwank, zaś przy tym pierwszym faktycznie pomyślał przez chwilę, że wilk rzuci się na ludzi. Przynajmniej nie musiał wykonywać ich komendy, gdyż już był na ziemi. Pozostało tylko unieść łapy do góry i poczekać na rozwój wypadków. Odgiął się nieco w tył, by ułożyć ciężar swojego ciała na łydkach w tzw. seiza czyli kitajcowatej pozycji siedzącej. Najbardziej bolało go to, że tamci mogli z nimi zrobić cokolwiek by zechcieli, a on jest na tyle poturbowany by nie stawiać zbytniego oporu.
- Jak mam rzucić coś co jest wbite we mnie? – wymruczał pod nosem odnośnie pierwszego ich żądania. Może okażą się przydatni i wyciągną z niego to ostrze?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 282
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Sro Lip 19, 2017 11:52 am

Mimo tego że nie dał się do końca przekonać wojownikom CORE, Fenris chcąc nie chcąc podążył za nimi przez portal za nimi przez portal. Gdy na drugim końcu omal nie potrącił ich pojazd latający, a zaraz potem wokoło zaroiło się od ludzkich żołnierzy nie był nawet zdziwiony. Jego twarz mogłaby teraz wyrażać wilczy odpowiednik miny „A nie mówiłem?”
Do kolizji z samolotem wcale nie było tak blisko, jednak wilk dobrze rozumiał reakcję Midgardczyków. Prawdopodobnie gdyby jemu ktoś w taki sposób wtargnął na włości również powitałby go w podobny,  a może i nawet mniej przyjemny sposób. Zmierzył wzrokiem krąg ludzi i z niemałym zdziwieniem zauważył że nie czuć w nich strachu. Co więcej, nie czuć było choćby najmniejszego zaskoczenia, jakie mogłoby towarzyszyć widokowi trójki zwierzęcych sylwetek. Oczywiście, nie spodziewali się ich tutaj, ale zdecydowanie nie byli pierwszymi, których widzieli. Była to co najmniej ciekawa informacja. Pomimo to nie wyczuł w nich jawnej wrogości, a zaledwie chęć ochrony własnego terytorium. A więc to wszystko była pomyłka, nie pułapka.
Ludzie w swojej śmiałości odważyli im się grozić. Mieli brawurę, to trzeba im było przyznać.  Co dziwniejsze dla wilka, Daalkiin zdecydował się dać posłuch ich śmiesznym żądaniom, porzucił swoją broń i uniósł ku górze ręce w geście tak uniwersalnym, że nawet różnice kulturowe i tysiąc lat więzienia nie przeszkodziły wilkowi go zinterpretować. W oczach Fenrisa był to zresztą i tak pusty gest, bo zarówno Daalkiin, jak i on sam stanowili groźnych przeciwników z bronią w dłoni czy bez. Zgodnie z tą logiką cisnął o płytę lotniska ostrzem, które do tej pory trzymał w dłoni. Oczywiście nie omieszkał wyrazić swojej niechęci do takiego działania krótkim warknięciem. Wzniósł również ręce przed siebie do góry, w geście bardziej uspokajającym niż typowym złożeniem broni. W najgorszym razie może pokonają tę grupę efektem zaskoczenia. Gorzej, że w okolicy zdawały się być ich setki, jak gdyby trafili w centrum mrowiska.
- Nie ma potrzeby sięgać po broń. - zwrócił się od razu do człowieka najwyższego stopniem z obecnych patrząc mu w oczy. - Nasze pojawienie się tutaj jest dziełem przypadku, nie naszej woli. Uszanujemy prawa waszej domeny i ruszymy dalej w swoją drogę, jednak teraz mój towarzysz potrzebuje pomocy uzdrowicieli. - wskazał łbem na rhoshana. Lis nie wydawał się być w stanie iść, więc pomimo że Daalkiin zszedł na bok, Fenris nie opuścił rudego, żeby nie wypaść ze swojej roli zmartwionego kompana.
Oczywiście cały czas był nastawiony na wszelkie oznaki agresji wobec nich. Nie był pewien jak zareagują na jego słowa, ale z doświadczenia wiedział że ludzie potrafią być bardzo empatyczni i może los rannego kompana stanie się pomostem do komunikacji.
Zastanawiało go jak daleko trafili. Houston zdawało się być tysiące mil stąd. Spojrzał łbem w stronę z której przybyli. Nie znał się tak dobrze na geografii Midgardu, lecz był pewien ze są otoczeni wodą morską. To samo w sobie nie dawało wiele, jeśli chodzi o ich położenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1324
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Nie Lip 23, 2017 8:10 pm

NPC Storyline - AAF|Daalkiin|Jinkusu

Żołnierze nie wydawali się wzruszeni, zarówno komentarzem Rhoshana, jak i przemową Fenrisa. Otoczyli ich, zaczekali, aż ci się dostosują. Dopiero wtedy, trzy pary, dwójkami, podeszły do rzuconych przez nich broni, podnosząc je, a następnie cofając się. Dokładniej, dwie pary. Jedna zbliżyła się do Rhoshana, zatrzymując przy nim. Jeden wojskowy, z odległości pół metra, mierzył do lisa, kiedy drugi podszedł do niego, zarzucając karabin a plecy, a następnie sprawdzając ranę. Żołnierz klęknął przy lisie, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i sprawdzając, jak głęboko weszło ostrze oraz, powierzchownie, jak poważne uszkodzenia wyrządziło.
W końcu, nadjechała ciężarówka. W środku, kierowca oraz jeden dodatkowy żołnierz, siedzący na miejscu pasażera. Wyskoczył on z pojazdu, ruszając natychmiast w stronę trójki intruzów. Mundur, identyczny jak reszta. Zasłonięta twarz, jak u wszystkich. Z tym, że ten miał na głowie kaptur. Był z jednostki rozpoznania. Wojskowy natychmiast skierował się ku Daalkiinowi, podchodząc do niego dość szybkim, stanowczym krokiem. Na pasku, przed kamizelką, zwisał karabin wyborowy. Zatrzymując się przy Odrodzonym, wojskowy zerknął na ISACa, przykładając do niego dłoń. Urządzenie wyraźnie zareagowało na kontakt. Dopiero w tym momencie, człowiek cofnął się o krok, a następnie podał Daalkiinowi dłoń, by pomóc mu wstać. Oficer zerknął ku dłoni, a następnie opuścił swe ręce, chwycił człowieka za przedramię i dźwignął się ciężko do góry.
-To nie w waszym stylu. Pozostała dwójka jest nasza?
Rzucił krótko żołnierz, chcąc dowiedzieć się, jak mają potraktować pozostałych. Stąd, broń nie została opuszczona. Jedynie ci, co celowali do Daalkiina, podzielili się między lisa i wilka, ignorując już oficera. Czarnofutry zerknął w stronę swych kompanów, zatrzymując spojrzenie na ranie Rhoshana.
-Czerwony jest mój. Drugiego miejcie na oku.
Wyjaśnił Daalkiin, na co wojskowy wskazał gestem ręki na pozostałe stworzenia. Mundurowi natychmiast wzięli się do roboty. Dwójka, która była przy Rhoshanie, chwyciła go pod ramiona z obu stron, pomagając mu wstać na nogi. Nie mogli powiedzieć, by ciężar nie zrobił na nich wrażenia, jednak dawali radę. Natychmiast zaczęli prowadzić rudego w kierunku ciężarówki. Żołnierze w niczym się nie ograniczali. Dodatkowych dwóch wskoczyło na pakę, czekając, aż lis podejdzie z eskortą. Wtedy też, wyciągnęli swe ręce i pomogli densorinowi dostać się na pokład. Co ciekawe, nie zachowywali się tak, jakby pierwszy raz mieli do czynienia z kimś takim, jak Rhoshan. Choć ten samiec był tutaj po raz pierwszy. Ciężarówka na nikogo nie czekała, pojazd natychmiast ruszył z miejsca, zawracając i kierując się do szpitala wojskowego, znajdującego się na terenie bazy.
W kwestii Fenrisa, czwórka żołnierzy podeszła do niego od frontu oraz tyłu. Nie mierzyli już do niego, choć ich broń wyraźnie znajdowała się w gotowości. Daalkiin został odprowadzony z pomocą oficera AAF. Odprowadzony, bo człowiek musiał pomóc mu utrzymać się na nogach. Wilk mógł to dostrzec, wykonując przy okazji polecenia tutejszych.
-Do góry. - Rzucił krótko dowódca drużyny. - -Zapewne nie wiesz, gdzie się znajdujesz, więc to tobie przybliżę. Federacja Alranois, na środku oceanu atlantyckiego. Dowódca chce mieć na ciebie oko, więc trafisz do pokoju w którym posiedzisz tak długo, jak długo będą tego wymagali. Jako, że nie jesteś więźniem, zapewnimy tobie odpowiednie warunki bytowe. Idziemy.
Wyjaśnił żołnierz, nieco podniesionym, stanowczym głosem. Fenris za bardzo nie miał wyboru, biorąc pod uwagę, że został tu sam, pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi. Nie czuć było od nich strachu czy zdenerwowania. Zupełnie, jakby była to ich codzienność. Tylko zimny profesjonalizm. Wojskowi poprowadzili wilka do części koszarowej bazy, wprowadzając go do dość sporego budynku. Podczas krótkiego spaceru, wilkowi rzucały się w oczy duże grupy żołnierzy oraz pojazdów, wszyscy w pełni wyposażeni oraz gotowi, na służbie. Nikt nie odpoczywał, nikt nie drzemał, nikt nie ściemniał. Po jakiś dziesięciu minutach, wilk stanął przed drzwiami do pokoju, niewielkiej kwatery, w której znajdowało się łóżko z czystą pościelą, lodówka wypełniona owocami, świeżym mięsem oraz wodą, pomieszczenie łazienki połączone z pokojem oraz okno z widokiem na główny pas startowy, na którym przed chwilą się znajdowali.
-Masz nie opuszczać pokoju. Pod drzwiami będą strażnicy. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, możesz im to przekazać. Zgodnie z procedurami, uprzedzam, że wszelakie próby niedostosowania się do poleceń, mogące narazić bezpieczeństwo bazy, spotkają się z odpowiedzią w postaci śmiertelnej siły.
Wyjaśnił mundurowy, czekając, aż Fenris wejdzie do pokoju. Jeśli wilk nie miał pytań, to drzwi zostały za nim zamknięte, lecz nie zakluczone. Pod drzwiami pozostawiono dwóch wartowników, a wojskowi odeszli.
Rhoshan, w tym czasie, dojechał do szpitala wojskowego. Dwójka mundurowych zeskoczyła z pojazdu pierwsza, pomagając mu powoli zejść z pojazdu. Gdy weszli do szpitala, wszystko potoczyło się już szybko. Podbiegło do nich dwóch lekarzy w białych fartuchach, jeden krzyknął do pielęgniarki, by przygotowali salę operacyjną oraz wymagany sprzęt. W tym momencie, lis powinien był poczuć, że zaczyna mu brakować sił. Wszystko za sprawą utraty krwi oraz zmęczenia spowodowanego walką. Nie wiele dłużej musiał czekać, by przestać rozumieć, co do niego mówili. Lekarz wydawał się o coś pytać, jednak densorin nie był w stanie mu odpowiedzieć - przynajmniej nie sepleniąc. Po tym, lekarz chwycił latarkę i poświecił nią lisowi po oczach. Chwilę później, obraz pociemniał, a lis po prostu odpadł.
Przez te kilka godzin, Fenris nie był niczym niepokojony. W spokoju mógł odpocząć, zażyć kąpieli lub raczej obmyć się dzięki słuchawce w prysznicu, chyba, że zmienił swój rozmiar i odpowiednio się zmniejszył. Raz tylko drzwi do pokoju otworzyły się, a wojskowy po drugiej stronie zapytał, jakiego ciepłego posiłku potrzebuje wilk, proponując coś typowo mięsnego. Na ewentualne pytania "ile jeszcze" padłaby odpowiedź, że żołnierz nie posiada takiej wiedzy, a wilk "ma czekać".
W tym samym czasie, Rhoshan obudził się, po kilku godzinach. Znajdował się w jasnym pomieszczeniu, leżąc na czterech łóżkach szpitalnych, złączonych zmyślnie w jedno. Okryty był wielką, białą kołdrą. Przy jego łóżku stał stolik z owocami oraz wodą, po drugiej stronie, niewielka szafka na której leżał ISAC. W pomieszczeniu była dwójka drzwi, jedne prowadzące do łazienki, drugie - na korytarz. Za drzwiami na korytarz stało dwóch wartowników. W pokoju było również okno z widokiem na część bazy, inną, niż pas startowy. Stąd, lis mógł obserwować patrole poruszające się po obiekcie, pojazdy transportowe oraz żołnierzy, jak i personel bazy, kręcący się we wszystkie strony oraz wykonujący swoje obowiązki. W bazie panował spokój, co widoczne było zarówno przez okno z pokoju Rhoshana, jak i Fenrisa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 475
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Nie Lip 23, 2017 9:31 pm

Nawet z ciężkimi ranami próbował się wysilić na jakiś żart. Lis należał do tych twardogłowych istot, które zwykle potrafią przejść przez piekło ale nie radzą sobie w innych, bardziej prostych czynnościach jak chociażby właściwe zagadanie do samicy, bądź pocieszenie. Raz mu się to nawet udało ale wyszło całkiem przypadkiem, więc się nie liczy. Znaczy jeśli ktoś by zapytał to uparcie twierdziłby, że zrobił to specjalnie, nie narażając swojej lisiej dumy na szwank. Najgorsza była teraz ta świadomość, że był na łasce ludzi. Gatunku, którego przez wiele, wiele lat nienawidził, a ostatnio zaczął się nawet do nich przekonywać. Kiedyś odwarknąłby do żołnierza, że ma zejść mu z drogi i zostawić go w spokoju, teraz jednak ułatwił tamtemu dostęp do rany siląc się na lekkie uniesienie klatki piersiowej, by zaraz po skończonej inspekcji splunąć krwią pod siebie. Chwytając się zaraz potem za bolący bok oraz z każdą chwilą otrzymując coraz to większą dawkę bólu wraz z tym jak schodziła z niego adrenalina. Pulsujący ból pokrywał niemalże całe jego wielkie cielsko. Było to na tyle bolesne, że nie miał nawet sił wyprowadzać wilka z błędu. Wszakże przybyli tutaj nie przypadkiem, a otworzono im portal – jedyną drogę ucieczki przed śmiercią. Dwa widma walczyły tam w Houston, a jeśli pójdą na całość to nie będzie co zbierać z futrzaków, a na dodatek mogłoby się skończyć na tym, że ten szczur Sunad wziąłby kogoś na zakładnika. W skrócie rudy uważał, że byliby tam tylko przeszkodą. To była zbyt duża różnica sił, by mogli cokolwiek zdziałać i zdawało się, że w sumie to było jedyne wyjście. Dosyć słuszne zresztą.
- Chwilę… co!? – tutaj aż odwrócił się głową w stronę wilka, który nazwał się właśnie ich towarzyszem. No tutaj już Rho ugryzł się w język dla dobra futrzaka, bo jakby rzucił w eter, że towarzysze nie wbijają kolegom mieczy w klatkę piersiową to pewnie by tamtego rozstrzelali na miejscu. Oczywiście mogło to być teraz odebrane jako reakcja będąc w szoku po znacznych obrażeniach jakie były widoczne na jego ciele. Przyjął również pomoc od żołnierzy, aczkolwiek podczas tego krótkiego spaceru krzesał z siebie resztki sił, by pokazać się z tej silniejszej strony. Nie ukazywać tego tak bardzo, że jest ledwo żywy i ledwo co stoi, a stopniowo też siły mu się kończyły. Był jak nakręcana zabawka, w której zaczęło brakować pary. Musieli mu pomóc załadować się na pakę ciężarówki, gdzie lis walczył z utratą świadomości oraz powarkiwał z bólu. Malując przy okazji wnętrze pojazdu swoją ściekającą krwią.
Przez podróż balansował na tej cienkiej granicy świadomości, a wiecznego snu. Zdawało mu się, że znowu słyszy jej głos. Wołający go ku sobie oraz wyciągniętą dłoń, którą chwycił. Miał migawkę, w której na moment wszyscy pobliscy ludzie na moment wyglądali jak Inezri oraz pozostałe samice, które miał do tej pory okazję spotkać. Chciał coś powiedzieć, jednak język plątał mu się, a kończyny odmówiły posłuszeństwa, a zaraz potem jego świadomość odpłynęła.
Był teraz na łące. Na pewno nie ziemskiej sądząc po różniącej się roślinności oraz niebie. Wszędzie wokół byli jemu podobni. Inni densorini, niektórzy kotowaci, ale również znalazły się jakieś gady i smoki. Mówili coś do niego, jednak wszystko działo się jak w niemym filmie. Rhoshan patrzył na nich, nadstawiał uszu ale nie usłyszał żadnego z dźwięków. Dopiero po chwili ta rajska wizja zaczęła się rozpadać, jakby zrzucono na ten ogród bombę która spaliła wszystko. Łącznie ze znajdującymi się w nim osobami. On jednak nie odczuwał bólu, ale widział śmierć tych wszystkich istot, a raj w którym się znajdował został właśnie unicestwiony. W powietrzu unosił się swąd spalonych ciał oraz coś jeszcze. Dźwięk rozbrzmiewający niczym echo układał się najpierw w pojedyncze litery, a potem sylaby i ostatecznie słowa. „Zawiodłeś nas, zginęliśmy bo nas nie uratowałeś”. Dźwięk rozchodził się ze wszystkich stron, a lis nawet mimo zatkania uszu nadal go słyszał. Padł wtedy na kolana, próbując odegnać od siebie te myśli. Warcząc i krzycząc „Robiłem wszystko co mogłem!”. Dopiero po tym warknięciu rzeczywistość się zatrzymała, a oczy lisowatego zostały zaatakowane światłem. Czuł jak zaciska pazury na czymś miękkim, było to jedno z łóżek, na którym leżał. Czuł w nozdrzach zapach świeżych owoców oraz wody, a wokół całego sprzętu ten charakterystyczny zapach środków odkażających używanych w szpitalach. Zresztą ten zapach też czuł od siebie. Czuł również… no dobra czuł nieco mniej ból ze wszystkich miejsc. Pewnie nadal działały środki przeciwbólowe, a jego ciało zostało opatrzone. Zabandażowany wokół klatki piersiowej gdzie miał największe rany oraz nieco mniejsze opatrunki na karku, w który wgryzł mu się wtedy Sunad. W palcach czuł teraz tą miękką gąbkę, którą wypchane były łóżka. Koszmary senne oraz ostre pazury nie idą zbyt dobrze w parze. Podparł się prawą ręką i stopniowo zaczął się unosić do pozycji siedzącej. Bez szaleństw, by nic sobie przypadkiem nie otworzyć. Przysunął się bliżej szafki z wodą i owocami, sięgając zaraz po naczynie. Spojrzał w odbijającą się w tafli swoją gębę, zaciskając dłoń, w której aktualnie nic nie trzymał.
- Kiedyś cię zabije Czarny Ogniu. Nie ujdzie ci to płazem – wymamrotał pod nosem i ponownie poczuł we wnętrzu siebie tę pustkę, ale był dostatecznie twardym lisem lub żył dosyć długo wśród ludzi, by nie pokazywać tego smutku na zewnątrz. Nie rozpłakać się, a zacisnąć kły i wypić z naczynia zawartość. Po chwili sięgnął po ISAC’a by zacząć przeglądać bazę danych na temat tego jaki był ostateczny wynik w Houston. Jak dużo operatorów CORE zginęło oraz czy po prostu wygrali tę walkę. Pewnie chwilę będzie musiał poleżeć, ale tylko chwilkę, więc przynajmniej wykorzysta produktywniej ten czas. Uruchomił archiwum i zaczął poszukiwać Czarnego Ognia oraz danych na jego temat. Nie odpuści mu. Zabije go choćby miała być to ostatnia rzecz, którą zrobi w tym życiu. W tej chwili nawet nie rozpamiętywał tego, że Fenris wbił mu tamto ostrze w ciało oraz, że Sunad go uszkodził. Liczyło się tylko to, by tamto widmo poniosło konsekwencje swoich czynów.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 282
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Wto Lip 25, 2017 1:56 pm

Krótka przemowa wilka nie wywołała większego efektu. Dobrze że żołnierze rozpoznali jakimś cudem Daalkiina. Nastroje momentalnie złagodniały i już nikt nie wykazywał otwartej chęci do mierzenia do innych z broni.
Mimo iż Odrodzony otwarcie się go wyparł wilk nie czuł się szczególnie urażony. Wolał już być na oku, niż uznanym za „czyjegoś”. Z początku czwórka podchodzących do niego osób wywołała u niego reakcję podobną do zwierzęcia zaganianego w sidła, ale fakt że nie życzyli mu tak naprawdę źle, a wręcz przeciwnie potraktowali go dość po ludzku sprawił że jakoś udało mu się odprężyć. Do tego usłyszał odpowiedzi na pytania, których nie zdążył jeszcze nawet zadać. Nie wiedział czym jest Alranois. Nie słyszał tej nazwy, gdy wieki temu stąpał po ziemi. Natomiast Ocean Atlantycki to co innego. Dobrze go poznał w czasach gdy długie okręty niosły gniew asgardczyków, w tym jego, reszcie świata. Spojrzał w dal skąd czuł woń ziem starych bogów. Ciekawe jak Skandynawia wygląda po tysiącu lat... Nie mniej, potrafił teraz mniej więcej określić gdzie się znajdował.
Na polecenia człowieka skinął po prostu głową na znak że się zgadza. Nie od razu. Widać było po nim chwilę zamysłu nad tą perspektywą. Może żołnierze do tego nie przywykli, ale właśnie tym był ten gest. Zgodą na taki a nie inny tok działania. Mimo, że tego sobą nie prezentował, a nikt nie miał pojęcia kim właściwie jest (może poza Daalkiinem), to wciąż był członkiem królewskiego rodu. Zakładał że należy mu się ta odrobina szacunku i cieszył się że taką otrzymał.
Sam nawet nie wpadł na to że ktoś mógłby go tutaj traktować jak więźnia. Spodziewał się raczej że poczeka w jakimś hallu aż władca tej domeny udzieli mu audiencji. Teraz dźwięk tego słowa znowu zjeżył mu włosy na grzbiecie.
Gdy dotarli w końcu do jego miejsca pobytu wilk znowu wysłuchał słów człowieka. Dziwnie uśmiechnął się gdy wspomniano coś o śmiertelnej sile. - Wasza odwaga przynosi chlubę waszym władcom.  - odezwał się w końcu, kiwając głową. Jednak gdy wszedł do kwatery, a jeden z żołnierzy chciał zamknąć drzwi krzyknął odruchowo – NIE!  - zastygł w bezruchu z przerażonym wyrazem twarzy. Szybko się jednak uspokoił gdy zrozumiał w jak błazeńskiej sytuacji się postawił. - Ja... Ja źle znoszę zamknięte pomieszczenia.  - wyjaśnił zaskoczonemu zapewne strażnikowi, gdy już odzyskał nad sobą na nowo kontrolę – Wziąłbym za oznakę dobrej woli, gdyby wrota te pozostały otwarte.  - dodał.
Tak naprawdę wcale nie bał się tej celi. Nie było to przecież więzienie, ale zamykanie za nim drzwi i wspomnienie o tym wcześniej poruszyły jakieś ścieżki w umyśle wilka nad którymi sam nie miał kontroli. Niezależnie od tego czy wartownicy przychylili się do jego prośby czy nie powlekł się na pryczę.
Z początku niecierpliwie czekał na wezwanie. Po kilkunastu minutach zerwał się z kanapy i zaczął krążyć nerwowo po pomieszczeniu przyglądając się wszystkiemu wokoło. Jeśli były tam jakieś ziemskie przedmioty codziennego użytku, to podnosił je, oglądał dokładnie z każdej stony i odkładał na miejsce. Dwa razy sprawdził, czy łuska znajduje się bezpiecznie w jego plecaku.
Dopiero po jakimś czasie zrozumiał że chyba nieprędko po niego przyjdą. Dobrze, potrafił być cierpliwy gdy mu na tym zależało. Wrócił na pryczę, oparł się plecami o ścianę, zamknął oczy i wzniósł się swoim zmysłem poza ściany celi. W ten sposób dużo lepiej znosił zamknięcie. Sprawdzał co może dziać się z lisem i jakie są jego obrażenia. Gdzie i jak daleko znajduje się Daalkiin, oraz wiele innych rzeczy. Jego zmysł pozwalał mu sięgać daleko i przy odrobinie koncentracji badać rzeczy tak ulotne, że wrażenie było niemal bardziej intensywne, niż jakby fizycznie z nimi obcował.
Po pewnym czasie znudziło mu się jednak także i to. Już był bliski wpadnięcia znowu w gniew i rozniesieniu tej chatki, ale opanował się. Dość już dawał się wodzić za nos własnym emocjom. Ciekawe co pomyślałby teraz o nim ojciec. Tak. Czas nowego, lepszego Fenrira. Na cywilizowane czasy. Idąc za ciosem tej idei udał się do części jego celi, jaką stanowiła łaźnia. Rozpracowanie idei kurków nie zajęło mu dużo czasu, ale i tak ktoś kto oglądałby jego zmagania z boku mógłby się uśmiać. Na czas kąpieli przybrał swoją asgardzką postać, bo była bliższa rozmiarom z myślą o których projektowano kabinę. Gdy już się odświerzył i wytarł do sucha znów zamienił się w humanoidalnego wilka, tak więc gdy ktoś zapytał go czy ma ochotę na coś do jedzenia, był już czysty i umyty. Z początku poczuł się zawiedziony, że nie przeszkodzono mu w celu poprowadzenia się do miejscowego przywódcy, ale perspektywa ciepłego posiłku szybko poprawiła mu humor. Dawno nie jadł niczego, co nie byłoby surowizną, więc z chęcią przyjął propozycję jakiegoś mięsiwa. Po skończonym posiłku jeszcze raz się wyciszył i uspokoił.
Gdy po niego przyjdą, będzie wyglądał godnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   

Powrót do góry Go down
 
Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Wyspa Twarzy
» Wyspa Endor
» Bezludna Wyspa - Survival Time.
» Kronika rodu Tarth
» Most w Sligachan, wyspa Skye

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Reszta planety :: Alranois-
Skocz do: