Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Nie Maj 07, 2017 6:54 pm



Dracon Maxime, zwane również Delta Mike. Największa baza AAF, znajdująca się na terenie Federacji Alranois. Umieszczona jest w zachodniej części wyspy Zytalst, na specjalnym, sztucznie dobudowanym obszarze. Obiekt pełni głównie rolę lotniska oraz głównej jednostki operacyjnej dla połączonych rodzajów wojsk. Bardzo silnie chroniona, posiadająca niezliczone ilości sprzętu oraz personelu. Jest to pierwsze miejsce, do którego trafia większość wojskowych, przybywających do Alranois zza granicy.


Ostatnio zmieniony przez Dur-Shurrikun dnia Sro Paź 18, 2017 6:34 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Czw Lip 13, 2017 5:00 pm

NPC Storyline - AAF|Daalkiin|Jinkusu

Daalkiin podążył za lisem, podnosząc się ociężale z ziemi. Gdy dotarł do portalu, czarnofutry zatrzymał się i puścił wilka przodem. Ze swoim tempem nie zdążył zatrzymać Rho, tak więc lepiej, by wszedł ostatni, aniżeli drugi. Przejście przez portal było błyskawiczne. Fenris pojawił się zaraz za Rhoshanem, a dopiero po nich, Daalkiin. Po drugiej stronie, powitała ich długa i szeroka, czarna płyta lotniska. Zaraz po tym, zmysły odzyskały pełną sprawność. W ciała całej trójki uderzyły ciepłe płomienie słońca, a następnie do uszu dotarł ryk silników. Czarnofutry odwrócił się gwałtownie, tylko po to, by ujrzeć C-63 Spectre Strategic Airliftera, który akurat podchodził do lądowania. Pilot, widząc nagłą przeszkodę - a raczej trzy - na pasie, podniósł maszynę do góry i przerwał procedurę, odbijając ku niebiosom. Jakby tego było mało, kolejny dźwięk, tym razem silnika samochodu. Nie byle jakiego, bo jakieś pięć metrów od trójki, zatrzymał się MRAP. Z środka wyskoczyło trzech spośród czterech żołnierzy, którzy uzbrojeni w różne warianty karabinu MX, osłonili się drzwiami pojazdu i wymierzyli ku intruzom. Działko na dachu maszyny również się obróciło, biorąc ich na cel.
-Intruzi, intruzi, kod niebieski na pasie pierwszym.
Rzucił dowódca grupy do radia. W tym samym czasie, dwóch pozostałych żołnierzy zaczęło wykrzykiwać krótkie, proste hasła.
-Rzuć broń! Rzuć to!
-Na ziemię! Już! Na ziemię, mówię!

Daalkiin zacisnął kły, orientując się w jakiej sytuacji zostali postawieni. Oficer puścił klingę miecza, który z grzechotem upadł na pas startowy, a następnie cofnął się o kilka kroków na bok, unosząc powoli ręce ku górze, otwierając przy tym dłonie oraz poruszając się bardzo powoli. W tym samym czasie, z dwóch stron nadjechały IFVy. Cztery maszyny zatrzymały się jakieś 10-15 metrów od trójki, wysadzając z środka trzydziestu dwóch żołnierzy AAF, którzy błyskawicznie brali na cel intruzów, rozchodząc się dookoła za osłonami, kryjąc wzajemnie perymetry oraz ustawiając w niepełnym półkolu, by nikt nie znalazł się na linii strzału sojusznika. Widmo wysłało ich gdzieś daleko poza Amerykę. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pon Lip 17, 2017 7:46 pm

Pod uginającymi się łapami lisa nie było już zniszczonych chodników oraz asfaltu z Houston. Stał teraz na czymś twardym i równym, a gdy upadł na kolana by chwilę odpocząć, rozejrzał się wokół. Reszta również za nim przeszła, a jeśli chodzi o krajobraz to zmienił się diametralnie względem zniszczonego wojną Houston. Przypominało mu to po prostu bazę zbudowaną za pomocą technologii crathygtańskiej oraz ziemskich rąk. Surowo wyglądające budynki mogły być jego ostatnim widokiem w życiu jeśli szybko nie otrzyma pomocy medycznej. Ciekawe czy kiedyś już był w bardzo podobnym stanie? Pewnie tak i zapewne również był otoczony towarzyszami broni, chociaż teraz obok siebie miał dowódcę oraz wilka, który wbił mu ostry obiekt w klatkę piersiową.
Klęcząc widział jednostkę powietrzną, która poderwała się gwałtownie by uniknąć kolizji z przeszkodą. Lis zgiął się lekko, by w razie czego przetoczyć się na bok jednak nie było to potrzebne. Czemu w bok? Głupio by było nabić ciało na tą wykałaczkę, która już w nim tkwiła, a wyjąć raczej jej nie powinien. Znaleźli się na lotnisku. To już połowa sukcesu, gdyż jednostka latająca zdecydowanie nie była podobna do jednostek najeźdźców chociaż też daleko jej było do kształtów myśliwców lub większych transporterów Core. Najlepsze było to, że teraz jeszcze mieli towarzystwo. Wszędzie wyczuje ten charakterystyczny zapach ludzkiego mięsa, które wbrew pozorom nie smakuje jak kurczak. Przejechał wzrokiem po żołnierzach, którzy podchodzili do trzech rannych jak pies do jeża. Rhoshan był ledwo żywy i chyba tylko Fenris z Daalkiinem mogliby sprawić jakieś problemy. Co do drugiego był pewien, że tamten nie zrobi nic głupiego by nie narazić towarzyszy na szwank, zaś przy tym pierwszym faktycznie pomyślał przez chwilę, że wilk rzuci się na ludzi. Przynajmniej nie musiał wykonywać ich komendy, gdyż już był na ziemi. Pozostało tylko unieść łapy do góry i poczekać na rozwój wypadków. Odgiął się nieco w tył, by ułożyć ciężar swojego ciała na łydkach w tzw. seiza czyli kitajcowatej pozycji siedzącej. Najbardziej bolało go to, że tamci mogli z nimi zrobić cokolwiek by zechcieli, a on jest na tyle poturbowany by nie stawiać zbytniego oporu.
- Jak mam rzucić coś co jest wbite we mnie? – wymruczał pod nosem odnośnie pierwszego ich żądania. Może okażą się przydatni i wyciągną z niego to ostrze?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 338
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Sro Lip 19, 2017 11:52 am

Mimo tego że nie dał się do końca przekonać wojownikom CORE, Fenris chcąc nie chcąc podążył za nimi przez portal za nimi przez portal. Gdy na drugim końcu omal nie potrącił ich pojazd latający, a zaraz potem wokoło zaroiło się od ludzkich żołnierzy nie był nawet zdziwiony. Jego twarz mogłaby teraz wyrażać wilczy odpowiednik miny „A nie mówiłem?”
Do kolizji z samolotem wcale nie było tak blisko, jednak wilk dobrze rozumiał reakcję Midgardczyków. Prawdopodobnie gdyby jemu ktoś w taki sposób wtargnął na włości również powitałby go w podobny,  a może i nawet mniej przyjemny sposób. Zmierzył wzrokiem krąg ludzi i z niemałym zdziwieniem zauważył że nie czuć w nich strachu. Co więcej, nie czuć było choćby najmniejszego zaskoczenia, jakie mogłoby towarzyszyć widokowi trójki zwierzęcych sylwetek. Oczywiście, nie spodziewali się ich tutaj, ale zdecydowanie nie byli pierwszymi, których widzieli. Była to co najmniej ciekawa informacja. Pomimo to nie wyczuł w nich jawnej wrogości, a zaledwie chęć ochrony własnego terytorium. A więc to wszystko była pomyłka, nie pułapka.
Ludzie w swojej śmiałości odważyli im się grozić. Mieli brawurę, to trzeba im było przyznać.  Co dziwniejsze dla wilka, Daalkiin zdecydował się dać posłuch ich śmiesznym żądaniom, porzucił swoją broń i uniósł ku górze ręce w geście tak uniwersalnym, że nawet różnice kulturowe i tysiąc lat więzienia nie przeszkodziły wilkowi go zinterpretować. W oczach Fenrisa był to zresztą i tak pusty gest, bo zarówno Daalkiin, jak i on sam stanowili groźnych przeciwników z bronią w dłoni czy bez. Zgodnie z tą logiką cisnął o płytę lotniska ostrzem, które do tej pory trzymał w dłoni. Oczywiście nie omieszkał wyrazić swojej niechęci do takiego działania krótkim warknięciem. Wzniósł również ręce przed siebie do góry, w geście bardziej uspokajającym niż typowym złożeniem broni. W najgorszym razie może pokonają tę grupę efektem zaskoczenia. Gorzej, że w okolicy zdawały się być ich setki, jak gdyby trafili w centrum mrowiska.
- Nie ma potrzeby sięgać po broń. - zwrócił się od razu do człowieka najwyższego stopniem z obecnych patrząc mu w oczy. - Nasze pojawienie się tutaj jest dziełem przypadku, nie naszej woli. Uszanujemy prawa waszej domeny i ruszymy dalej w swoją drogę, jednak teraz mój towarzysz potrzebuje pomocy uzdrowicieli. - wskazał łbem na rhoshana. Lis nie wydawał się być w stanie iść, więc pomimo że Daalkiin zszedł na bok, Fenris nie opuścił rudego, żeby nie wypaść ze swojej roli zmartwionego kompana.
Oczywiście cały czas był nastawiony na wszelkie oznaki agresji wobec nich. Nie był pewien jak zareagują na jego słowa, ale z doświadczenia wiedział że ludzie potrafią być bardzo empatyczni i może los rannego kompana stanie się pomostem do komunikacji.
Zastanawiało go jak daleko trafili. Houston zdawało się być tysiące mil stąd. Spojrzał łbem w stronę z której przybyli. Nie znał się tak dobrze na geografii Midgardu, lecz był pewien ze są otoczeni wodą morską. To samo w sobie nie dawało wiele, jeśli chodzi o ich położenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Nie Lip 23, 2017 8:10 pm

NPC Storyline - AAF|Daalkiin|Jinkusu

Żołnierze nie wydawali się wzruszeni, zarówno komentarzem Rhoshana, jak i przemową Fenrisa. Otoczyli ich, zaczekali, aż ci się dostosują. Dopiero wtedy, trzy pary, dwójkami, podeszły do rzuconych przez nich broni, podnosząc je, a następnie cofając się. Dokładniej, dwie pary. Jedna zbliżyła się do Rhoshana, zatrzymując przy nim. Jeden wojskowy, z odległości pół metra, mierzył do lisa, kiedy drugi podszedł do niego, zarzucając karabin a plecy, a następnie sprawdzając ranę. Żołnierz klęknął przy lisie, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i sprawdzając, jak głęboko weszło ostrze oraz, powierzchownie, jak poważne uszkodzenia wyrządziło.
W końcu, nadjechała ciężarówka. W środku, kierowca oraz jeden dodatkowy żołnierz, siedzący na miejscu pasażera. Wyskoczył on z pojazdu, ruszając natychmiast w stronę trójki intruzów. Mundur, identyczny jak reszta. Zasłonięta twarz, jak u wszystkich. Z tym, że ten miał na głowie kaptur. Był z jednostki rozpoznania. Wojskowy natychmiast skierował się ku Daalkiinowi, podchodząc do niego dość szybkim, stanowczym krokiem. Na pasku, przed kamizelką, zwisał karabin wyborowy. Zatrzymując się przy Odrodzonym, wojskowy zerknął na ISACa, przykładając do niego dłoń. Urządzenie wyraźnie zareagowało na kontakt. Dopiero w tym momencie, człowiek cofnął się o krok, a następnie podał Daalkiinowi dłoń, by pomóc mu wstać. Oficer zerknął ku dłoni, a następnie opuścił swe ręce, chwycił człowieka za przedramię i dźwignął się ciężko do góry.
-To nie w waszym stylu. Pozostała dwójka jest nasza?
Rzucił krótko żołnierz, chcąc dowiedzieć się, jak mają potraktować pozostałych. Stąd, broń nie została opuszczona. Jedynie ci, co celowali do Daalkiina, podzielili się między lisa i wilka, ignorując już oficera. Czarnofutry zerknął w stronę swych kompanów, zatrzymując spojrzenie na ranie Rhoshana.
-Czerwony jest mój. Drugiego miejcie na oku.
Wyjaśnił Daalkiin, na co wojskowy wskazał gestem ręki na pozostałe stworzenia. Mundurowi natychmiast wzięli się do roboty. Dwójka, która była przy Rhoshanie, chwyciła go pod ramiona z obu stron, pomagając mu wstać na nogi. Nie mogli powiedzieć, by ciężar nie zrobił na nich wrażenia, jednak dawali radę. Natychmiast zaczęli prowadzić rudego w kierunku ciężarówki. Żołnierze w niczym się nie ograniczali. Dodatkowych dwóch wskoczyło na pakę, czekając, aż lis podejdzie z eskortą. Wtedy też, wyciągnęli swe ręce i pomogli densorinowi dostać się na pokład. Co ciekawe, nie zachowywali się tak, jakby pierwszy raz mieli do czynienia z kimś takim, jak Rhoshan. Choć ten samiec był tutaj po raz pierwszy. Ciężarówka na nikogo nie czekała, pojazd natychmiast ruszył z miejsca, zawracając i kierując się do szpitala wojskowego, znajdującego się na terenie bazy.
W kwestii Fenrisa, czwórka żołnierzy podeszła do niego od frontu oraz tyłu. Nie mierzyli już do niego, choć ich broń wyraźnie znajdowała się w gotowości. Daalkiin został odprowadzony z pomocą oficera AAF. Odprowadzony, bo człowiek musiał pomóc mu utrzymać się na nogach. Wilk mógł to dostrzec, wykonując przy okazji polecenia tutejszych.
-Do góry. - Rzucił krótko dowódca drużyny. - -Zapewne nie wiesz, gdzie się znajdujesz, więc to tobie przybliżę. Federacja Alranois, na środku oceanu atlantyckiego. Dowódca chce mieć na ciebie oko, więc trafisz do pokoju w którym posiedzisz tak długo, jak długo będą tego wymagali. Jako, że nie jesteś więźniem, zapewnimy tobie odpowiednie warunki bytowe. Idziemy.
Wyjaśnił żołnierz, nieco podniesionym, stanowczym głosem. Fenris za bardzo nie miał wyboru, biorąc pod uwagę, że został tu sam, pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi. Nie czuć było od nich strachu czy zdenerwowania. Zupełnie, jakby była to ich codzienność. Tylko zimny profesjonalizm. Wojskowi poprowadzili wilka do części koszarowej bazy, wprowadzając go do dość sporego budynku. Podczas krótkiego spaceru, wilkowi rzucały się w oczy duże grupy żołnierzy oraz pojazdów, wszyscy w pełni wyposażeni oraz gotowi, na służbie. Nikt nie odpoczywał, nikt nie drzemał, nikt nie ściemniał. Po jakiś dziesięciu minutach, wilk stanął przed drzwiami do pokoju, niewielkiej kwatery, w której znajdowało się łóżko z czystą pościelą, lodówka wypełniona owocami, świeżym mięsem oraz wodą, pomieszczenie łazienki połączone z pokojem oraz okno z widokiem na główny pas startowy, na którym przed chwilą się znajdowali.
-Masz nie opuszczać pokoju. Pod drzwiami będą strażnicy. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, możesz im to przekazać. Zgodnie z procedurami, uprzedzam, że wszelakie próby niedostosowania się do poleceń, mogące narazić bezpieczeństwo bazy, spotkają się z odpowiedzią w postaci śmiertelnej siły.
Wyjaśnił mundurowy, czekając, aż Fenris wejdzie do pokoju. Jeśli wilk nie miał pytań, to drzwi zostały za nim zamknięte, lecz nie zakluczone. Pod drzwiami pozostawiono dwóch wartowników, a wojskowi odeszli.
Rhoshan, w tym czasie, dojechał do szpitala wojskowego. Dwójka mundurowych zeskoczyła z pojazdu pierwsza, pomagając mu powoli zejść z pojazdu. Gdy weszli do szpitala, wszystko potoczyło się już szybko. Podbiegło do nich dwóch lekarzy w białych fartuchach, jeden krzyknął do pielęgniarki, by przygotowali salę operacyjną oraz wymagany sprzęt. W tym momencie, lis powinien był poczuć, że zaczyna mu brakować sił. Wszystko za sprawą utraty krwi oraz zmęczenia spowodowanego walką. Nie wiele dłużej musiał czekać, by przestać rozumieć, co do niego mówili. Lekarz wydawał się o coś pytać, jednak densorin nie był w stanie mu odpowiedzieć - przynajmniej nie sepleniąc. Po tym, lekarz chwycił latarkę i poświecił nią lisowi po oczach. Chwilę później, obraz pociemniał, a lis po prostu odpadł.
Przez te kilka godzin, Fenris nie był niczym niepokojony. W spokoju mógł odpocząć, zażyć kąpieli lub raczej obmyć się dzięki słuchawce w prysznicu, chyba, że zmienił swój rozmiar i odpowiednio się zmniejszył. Raz tylko drzwi do pokoju otworzyły się, a wojskowy po drugiej stronie zapytał, jakiego ciepłego posiłku potrzebuje wilk, proponując coś typowo mięsnego. Na ewentualne pytania "ile jeszcze" padłaby odpowiedź, że żołnierz nie posiada takiej wiedzy, a wilk "ma czekać".
W tym samym czasie, Rhoshan obudził się, po kilku godzinach. Znajdował się w jasnym pomieszczeniu, leżąc na czterech łóżkach szpitalnych, złączonych zmyślnie w jedno. Okryty był wielką, białą kołdrą. Przy jego łóżku stał stolik z owocami oraz wodą, po drugiej stronie, niewielka szafka na której leżał ISAC. W pomieszczeniu była dwójka drzwi, jedne prowadzące do łazienki, drugie - na korytarz. Za drzwiami na korytarz stało dwóch wartowników. W pokoju było również okno z widokiem na część bazy, inną, niż pas startowy. Stąd, lis mógł obserwować patrole poruszające się po obiekcie, pojazdy transportowe oraz żołnierzy, jak i personel bazy, kręcący się we wszystkie strony oraz wykonujący swoje obowiązki. W bazie panował spokój, co widoczne było zarówno przez okno z pokoju Rhoshana, jak i Fenrisa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Nie Lip 23, 2017 9:31 pm

Nawet z ciężkimi ranami próbował się wysilić na jakiś żart. Lis należał do tych twardogłowych istot, które zwykle potrafią przejść przez piekło ale nie radzą sobie w innych, bardziej prostych czynnościach jak chociażby właściwe zagadanie do samicy, bądź pocieszenie. Raz mu się to nawet udało ale wyszło całkiem przypadkiem, więc się nie liczy. Znaczy jeśli ktoś by zapytał to uparcie twierdziłby, że zrobił to specjalnie, nie narażając swojej lisiej dumy na szwank. Najgorsza była teraz ta świadomość, że był na łasce ludzi. Gatunku, którego przez wiele, wiele lat nienawidził, a ostatnio zaczął się nawet do nich przekonywać. Kiedyś odwarknąłby do żołnierza, że ma zejść mu z drogi i zostawić go w spokoju, teraz jednak ułatwił tamtemu dostęp do rany siląc się na lekkie uniesienie klatki piersiowej, by zaraz po skończonej inspekcji splunąć krwią pod siebie. Chwytając się zaraz potem za bolący bok oraz z każdą chwilą otrzymując coraz to większą dawkę bólu wraz z tym jak schodziła z niego adrenalina. Pulsujący ból pokrywał niemalże całe jego wielkie cielsko. Było to na tyle bolesne, że nie miał nawet sił wyprowadzać wilka z błędu. Wszakże przybyli tutaj nie przypadkiem, a otworzono im portal – jedyną drogę ucieczki przed śmiercią. Dwa widma walczyły tam w Houston, a jeśli pójdą na całość to nie będzie co zbierać z futrzaków, a na dodatek mogłoby się skończyć na tym, że ten szczur Sunad wziąłby kogoś na zakładnika. W skrócie rudy uważał, że byliby tam tylko przeszkodą. To była zbyt duża różnica sił, by mogli cokolwiek zdziałać i zdawało się, że w sumie to było jedyne wyjście. Dosyć słuszne zresztą.
- Chwilę… co!? – tutaj aż odwrócił się głową w stronę wilka, który nazwał się właśnie ich towarzyszem. No tutaj już Rho ugryzł się w język dla dobra futrzaka, bo jakby rzucił w eter, że towarzysze nie wbijają kolegom mieczy w klatkę piersiową to pewnie by tamtego rozstrzelali na miejscu. Oczywiście mogło to być teraz odebrane jako reakcja będąc w szoku po znacznych obrażeniach jakie były widoczne na jego ciele. Przyjął również pomoc od żołnierzy, aczkolwiek podczas tego krótkiego spaceru krzesał z siebie resztki sił, by pokazać się z tej silniejszej strony. Nie ukazywać tego tak bardzo, że jest ledwo żywy i ledwo co stoi, a stopniowo też siły mu się kończyły. Był jak nakręcana zabawka, w której zaczęło brakować pary. Musieli mu pomóc załadować się na pakę ciężarówki, gdzie lis walczył z utratą świadomości oraz powarkiwał z bólu. Malując przy okazji wnętrze pojazdu swoją ściekającą krwią.
Przez podróż balansował na tej cienkiej granicy świadomości, a wiecznego snu. Zdawało mu się, że znowu słyszy jej głos. Wołający go ku sobie oraz wyciągniętą dłoń, którą chwycił. Miał migawkę, w której na moment wszyscy pobliscy ludzie na moment wyglądali jak Inezri oraz pozostałe samice, które miał do tej pory okazję spotkać. Chciał coś powiedzieć, jednak język plątał mu się, a kończyny odmówiły posłuszeństwa, a zaraz potem jego świadomość odpłynęła.
Był teraz na łące. Na pewno nie ziemskiej sądząc po różniącej się roślinności oraz niebie. Wszędzie wokół byli jemu podobni. Inni densorini, niektórzy kotowaci, ale również znalazły się jakieś gady i smoki. Mówili coś do niego, jednak wszystko działo się jak w niemym filmie. Rhoshan patrzył na nich, nadstawiał uszu ale nie usłyszał żadnego z dźwięków. Dopiero po chwili ta rajska wizja zaczęła się rozpadać, jakby zrzucono na ten ogród bombę która spaliła wszystko. Łącznie ze znajdującymi się w nim osobami. On jednak nie odczuwał bólu, ale widział śmierć tych wszystkich istot, a raj w którym się znajdował został właśnie unicestwiony. W powietrzu unosił się swąd spalonych ciał oraz coś jeszcze. Dźwięk rozbrzmiewający niczym echo układał się najpierw w pojedyncze litery, a potem sylaby i ostatecznie słowa. „Zawiodłeś nas, zginęliśmy bo nas nie uratowałeś”. Dźwięk rozchodził się ze wszystkich stron, a lis nawet mimo zatkania uszu nadal go słyszał. Padł wtedy na kolana, próbując odegnać od siebie te myśli. Warcząc i krzycząc „Robiłem wszystko co mogłem!”. Dopiero po tym warknięciu rzeczywistość się zatrzymała, a oczy lisowatego zostały zaatakowane światłem. Czuł jak zaciska pazury na czymś miękkim, było to jedno z łóżek, na którym leżał. Czuł w nozdrzach zapach świeżych owoców oraz wody, a wokół całego sprzętu ten charakterystyczny zapach środków odkażających używanych w szpitalach. Zresztą ten zapach też czuł od siebie. Czuł również… no dobra czuł nieco mniej ból ze wszystkich miejsc. Pewnie nadal działały środki przeciwbólowe, a jego ciało zostało opatrzone. Zabandażowany wokół klatki piersiowej gdzie miał największe rany oraz nieco mniejsze opatrunki na karku, w który wgryzł mu się wtedy Sunad. W palcach czuł teraz tą miękką gąbkę, którą wypchane były łóżka. Koszmary senne oraz ostre pazury nie idą zbyt dobrze w parze. Podparł się prawą ręką i stopniowo zaczął się unosić do pozycji siedzącej. Bez szaleństw, by nic sobie przypadkiem nie otworzyć. Przysunął się bliżej szafki z wodą i owocami, sięgając zaraz po naczynie. Spojrzał w odbijającą się w tafli swoją gębę, zaciskając dłoń, w której aktualnie nic nie trzymał.
- Kiedyś cię zabije Czarny Ogniu. Nie ujdzie ci to płazem – wymamrotał pod nosem i ponownie poczuł we wnętrzu siebie tę pustkę, ale był dostatecznie twardym lisem lub żył dosyć długo wśród ludzi, by nie pokazywać tego smutku na zewnątrz. Nie rozpłakać się, a zacisnąć kły i wypić z naczynia zawartość. Po chwili sięgnął po ISAC’a by zacząć przeglądać bazę danych na temat tego jaki był ostateczny wynik w Houston. Jak dużo operatorów CORE zginęło oraz czy po prostu wygrali tę walkę. Pewnie chwilę będzie musiał poleżeć, ale tylko chwilkę, więc przynajmniej wykorzysta produktywniej ten czas. Uruchomił archiwum i zaczął poszukiwać Czarnego Ognia oraz danych na jego temat. Nie odpuści mu. Zabije go choćby miała być to ostatnia rzecz, którą zrobi w tym życiu. W tej chwili nawet nie rozpamiętywał tego, że Fenris wbił mu tamto ostrze w ciało oraz, że Sunad go uszkodził. Liczyło się tylko to, by tamto widmo poniosło konsekwencje swoich czynów.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 338
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Wto Lip 25, 2017 1:56 pm

Krótka przemowa wilka nie wywołała większego efektu. Dobrze że żołnierze rozpoznali jakimś cudem Daalkiina. Nastroje momentalnie złagodniały i już nikt nie wykazywał otwartej chęci do mierzenia do innych z broni.
Mimo iż Odrodzony otwarcie się go wyparł wilk nie czuł się szczególnie urażony. Wolał już być na oku, niż uznanym za „czyjegoś”. Z początku czwórka podchodzących do niego osób wywołała u niego reakcję podobną do zwierzęcia zaganianego w sidła, ale fakt że nie życzyli mu tak naprawdę źle, a wręcz przeciwnie potraktowali go dość po ludzku sprawił że jakoś udało mu się odprężyć. Do tego usłyszał odpowiedzi na pytania, których nie zdążył jeszcze nawet zadać. Nie wiedział czym jest Alranois. Nie słyszał tej nazwy, gdy wieki temu stąpał po ziemi. Natomiast Ocean Atlantycki to co innego. Dobrze go poznał w czasach gdy długie okręty niosły gniew asgardczyków, w tym jego, reszcie świata. Spojrzał w dal skąd czuł woń ziem starych bogów. Ciekawe jak Skandynawia wygląda po tysiącu lat... Nie mniej, potrafił teraz mniej więcej określić gdzie się znajdował.
Na polecenia człowieka skinął po prostu głową na znak że się zgadza. Nie od razu. Widać było po nim chwilę zamysłu nad tą perspektywą. Może żołnierze do tego nie przywykli, ale właśnie tym był ten gest. Zgodą na taki a nie inny tok działania. Mimo, że tego sobą nie prezentował, a nikt nie miał pojęcia kim właściwie jest (może poza Daalkiinem), to wciąż był członkiem królewskiego rodu. Zakładał że należy mu się ta odrobina szacunku i cieszył się że taką otrzymał.
Sam nawet nie wpadł na to że ktoś mógłby go tutaj traktować jak więźnia. Spodziewał się raczej że poczeka w jakimś hallu aż władca tej domeny udzieli mu audiencji. Teraz dźwięk tego słowa znowu zjeżył mu włosy na grzbiecie.
Gdy dotarli w końcu do jego miejsca pobytu wilk znowu wysłuchał słów człowieka. Dziwnie uśmiechnął się gdy wspomniano coś o śmiertelnej sile. - Wasza odwaga przynosi chlubę waszym władcom.  - odezwał się w końcu, kiwając głową. Jednak gdy wszedł do kwatery, a jeden z żołnierzy chciał zamknąć drzwi krzyknął odruchowo – NIE!  - zastygł w bezruchu z przerażonym wyrazem twarzy. Szybko się jednak uspokoił gdy zrozumiał w jak błazeńskiej sytuacji się postawił. - Ja... Ja źle znoszę zamknięte pomieszczenia.  - wyjaśnił zaskoczonemu zapewne strażnikowi, gdy już odzyskał nad sobą na nowo kontrolę – Wziąłbym za oznakę dobrej woli, gdyby wrota te pozostały otwarte.  - dodał.
Tak naprawdę wcale nie bał się tej celi. Nie było to przecież więzienie, ale zamykanie za nim drzwi i wspomnienie o tym wcześniej poruszyły jakieś ścieżki w umyśle wilka nad którymi sam nie miał kontroli. Niezależnie od tego czy wartownicy przychylili się do jego prośby czy nie powlekł się na pryczę.
Z początku niecierpliwie czekał na wezwanie. Po kilkunastu minutach zerwał się z kanapy i zaczął krążyć nerwowo po pomieszczeniu przyglądając się wszystkiemu wokoło. Jeśli były tam jakieś ziemskie przedmioty codziennego użytku, to podnosił je, oglądał dokładnie z każdej stony i odkładał na miejsce. Dwa razy sprawdził, czy łuska znajduje się bezpiecznie w jego plecaku.
Dopiero po jakimś czasie zrozumiał że chyba nieprędko po niego przyjdą. Dobrze, potrafił być cierpliwy gdy mu na tym zależało. Wrócił na pryczę, oparł się plecami o ścianę, zamknął oczy i wzniósł się swoim zmysłem poza ściany celi. W ten sposób dużo lepiej znosił zamknięcie. Sprawdzał co może dziać się z lisem i jakie są jego obrażenia. Gdzie i jak daleko znajduje się Daalkiin, oraz wiele innych rzeczy. Jego zmysł pozwalał mu sięgać daleko i przy odrobinie koncentracji badać rzeczy tak ulotne, że wrażenie było niemal bardziej intensywne, niż jakby fizycznie z nimi obcował.
Po pewnym czasie znudziło mu się jednak także i to. Już był bliski wpadnięcia znowu w gniew i rozniesieniu tej chatki, ale opanował się. Dość już dawał się wodzić za nos własnym emocjom. Ciekawe co pomyślałby teraz o nim ojciec. Tak. Czas nowego, lepszego Fenrira. Na cywilizowane czasy. Idąc za ciosem tej idei udał się do części jego celi, jaką stanowiła łaźnia. Rozpracowanie idei kurków nie zajęło mu dużo czasu, ale i tak ktoś kto oglądałby jego zmagania z boku mógłby się uśmiać. Na czas kąpieli przybrał swoją asgardzką postać, bo była bliższa rozmiarom z myślą o których projektowano kabinę. Gdy już się odświerzył i wytarł do sucha znów zamienił się w humanoidalnego wilka, tak więc gdy ktoś zapytał go czy ma ochotę na coś do jedzenia, był już czysty i umyty. Z początku poczuł się zawiedziony, że nie przeszkodzono mu w celu poprowadzenia się do miejscowego przywódcy, ale perspektywa ciepłego posiłku szybko poprawiła mu humor. Dawno nie jadł niczego, co nie byłoby surowizną, więc z chęcią przyjął propozycję jakiegoś mięsiwa. Po skończonym posiłku jeszcze raz się wyciszył i uspokoił.
Gdy po niego przyjdą, będzie wyglądał godnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Wto Sie 08, 2017 5:44 pm

NPC Storyline - AAF|Arion|Jinkusu|Kyle Medlock|Nodin

ISAC zareagował standardowo, pozyskując informacje z jednostek dowodzenia, a następnie wyświetlając je Rhoshanowi, według wymaganego schematu - czy to na samym urządzeniu czy generując obraz nad nim lub w dowolnie wybranym miejscu. Houston zniknęło z powierzchni, liczba zabitych sięgnęła tysięcy ofiar. CORE straciło trzynastu operatorów, zarówno pochodzących z Densorinu, Ziemi czy innych planet wspólnoty. Zapytanie o "wygraną" pozostało bez odpowiedzi, gdyż nie była to bitwa, w której pojawić się mogli wygrani lub przegrani. Zamiast tego, ISAC podał informację o wyeliminowaniu wszystkich znanych, wrogich sił, z obszaru planety.
Gdy lis zaczął szukać informacji na temat Czarnego Ognia, urządzenie na chwilę zgasło. Wyglądało to tak, jakby coś się zacięło lub system przestał odpowiadać. Tylko na chwilę, bo po kilku sekundach - ISAC zaskoczył ponownie. Na początku nie wyświetlił nic, tylko się zapalił. Dopiero po dwóch, kolejnych, sekundach, komputer wskazał kilka informacji, których nie było wiele. Vareoth, wśród Urkyn'Vareis, nosił miano starożytnego. Doszły do tego znane tytuły czy pseudonimy, jak "Niszczyciel", "Zdobywca" czy najlepiej znany - Czarny Ogień. Poza tym, padły informacje na temat standardowych wymiarów, jak 275 cm wzrostu w formie dwunożnej czy 380 w naturalnej. Do tego masa trzech ton w zwyczajowej oraz ośmiu - w naturalnej. W dodatkowych komentarzach, była podana informacja, wpisana do kodeksu jeszcze przez Prymarchę Atratherrę Kahrahir. "Unikać kontaktu bojowego". Komentarz miał jakieś osiemset tysięcy lat, rejestr pokazywał, że został utworzony w bardzo odległej części wszechświata, z dala od drogi mlecznej.
Lekki huk rozniósł się po pomieszczeniu, gdy czarna mgła zebrała się w nim nagle, łącząc się w całość i tworząc tym mającą prawie dwieście siedemdziesiąt centymetrów, czarną postać. Czarne łapy stanęły na posadce, układając za sobą ogon, a masywna postać prawie sięgnęła sufitu, mając jeszcze jakieś dwadzieścia-trzydzieści centymetrów wolnej przestrzeni nad łbem. Lord, czarnołuski, densorinskie widmo. Jak tylko się pojawił, ruszył powoli ku oknu wyglądającemu na zewnątrz szpitala. Stwór zatrzymał się, a jego krwistoczerwone ślepia przemierzyły obszar, na jakim teraz się znajdował. Nodin nawet nie odwrócił się w kierunku Rhoshana. Jego głos, natomiast, rozbrzmiał w umyśle rudego.
/Jeśli będzie to miało kiedykolwiek miejsce - sprowadzisz koniec na siebie oraz wszystkich swych pobratymców./
Czarnołuski powoli odwrócił swój łeb, kierując przeszywające spojrzenie na Rhoshana. Czy wiedział? Oczywiście, że tak. Za łbem podążyło ciało, a Nodin powolnym krokiem podszedł do łóżka, na którym leżał lis. Jeśli rudy spróbuje wstać, czarnołuski po prostu chwyci go dłonią za łeb, a następnie ściągnie z powrotem do pozycji leżącej. Jego uczyń potrzebował odpoczynku, a wbrew temu, jaka opinia krążyła o widmie, potrafił być bardzo pomocną istotą oraz rozumieć tych, którzy potrzebują dojść do siebie po walce. Jeszcze niedawno, czarnołuski sam wyglądał jak wrak. Teraz nie było tego po nim widać. Łuski niczym nowe, prawie że odbijały padające na nie światło. Gdyby nie fakt, że ich czerń wydawała się je absorbować. Wydawałoby się, że czarny chciał coś powiedzieć. Mimo to, lord milczał. Widmo stało obok łóżka, wpatrując się w Rhoshana. Jego spojrzenie było dosyć... neutralne. Nie wypełniał go gniew, jak wcześniej - zazwyczaj - miało to miejsce. Lub chociażby pogarda dla otoczenia, w którym musiał się znajdować. Był po prostu neutralny. Jednak na pewno nie obojętny. Spokojny.

-----

Żołnierz nieco się zdziwił, jednak nie wywołało to u niego żadnej widocznej reakcji. Może poza tym, że mężczyzna stanął na kilka sekund nieruchomo, tylko po to, by odczekać moment, a następnie zamknąć drzwi. Fenris znajdował się w bazie wojskowej, a nie placówce dyplomatycznej. Nikt nie zamierzał - w związku z tym - zmieniać tego podejścia. Drzwi zostały zamknięte.
Przez resztę czasu, Fenris nie był przez nikogo niepokojony. Od czasami dało się usłyszeć wytłumione dźwięki pojazdów, przejeżdżających za oknem. Co jakiś czas, można było usłyszeć dźwięk kroków dochodzący z korytarza, gdy personel bazy przechodził akurat w okolicy pokoju, w którym zakwaterowano wilka.
Dopiero po kilku godzinach, coś się zaczęło dziać. Jeśli można tak nazwać fakt, że do dwójki wartowników stojących pod drzwiami, podeszły dwie osoby. Miejscy czwórką wywiązała się krótka rozmowa, skutecznie tłumiona przez drzwi do pokoju. Baza była bardzo nowoczesna, więc na pokojach również nie oszczędzano.
Klamka powoli zsunęła się na dół, kiedy od zewnątrz została naciśnięta. Drzwi otworzyły się i bez chwili zwłoki, do środka weszły dwie osoby lub raczej - istoty. Pierwszy wszedł człowiek. Mężczyzna, około 184 cm wzrostu, wiek - pod sześćdziesiątkę. Krótko ścięte, siwe włosy, do nieco potargana broda o tym samym kolorze. Mężczyzna miał na sobie mundur w kolorystyce niemalże identycznej do tej, którą posiadały spodnie od munduru bojowego Daalkiina. Nie miał przy sobie żadnej broni, jedynie ISAC przyczepiony do ramienia, jak na członka CORE przystało. Jego twarz wyrażała wiek oraz spore doświadczenie życiowe.
-Generał Kyle Medlock, DSAT. To jest Arion, CORE.
Rzucił krótko, przedstawiając zarówno siebie, jak i swego kompana. Tak na prawdę obaj byli członkami CORE, jednak w tym wypadku, mężczyzna użył wersji nawiązującej do sojuszu. Choć nie był żołnierzem Alranois, to jednak przynależność do pozaziemskiej armii, nadawała mu status członka sojuszu. Drugi osobnik, który wszedł za generałem - wspomniany Arion. Mierzył dwieście trzydzieści centymetrów wzrostu, wyglądał tak, jakby siedział w pancerzu. Całe ciało pokryte było metalowymi płytami, idealnie wpasowanymi. Tak jak smoki posiadały łuski, a Fenris - futro, tak ten osobnik posiadał metalowe płyty pancerza, rozłożone na całym ciele. O ile można było to nazwać ciałem, bo stwór nie posiadał skóry czy tkanki organicznej, może poza samymi właściwościami metalu. Z wyglądu, przypominał smoka. Czarno-szaro-czerwonego smoka. Nawet jego oczy były mechaniczne, choć wydawały się dość żywe. Stwór wszedł do pomieszczenia, stając za generałem i splatające dłonie za swymi plecami. Nie miał przy sobie niczego, choć po jego wyglądzie można by wnioskować - że niczego nie potrzebował. Cyborg odczekał chwilę, a następnie podszedł powoli do okna, w momencie, w którym generał chwycił za jedno z krzeseł i przysunął je do znajdującego się w pomieszczeniu biurka.
-Przejdźmy od razu do rzeczy. - Zaczął oficer, kładąc na biurku niewielkiego laptopa, którego otworzył. Urządzenie natychmiast wyświetliło obraz z kamer monitoringu z ZOO na Bronx'ie. Nagranie ukazywało część walki, pomiędzy Fenrisem, a smokiem, moment wypuszczenia zwierząt czy śmierć osób, które nie zdążyły zbiec z miejsca. Nagranie było zapętlone, powtarzając się co jakiś czas, w momencie, gdy film dobiegał końca. Generał posłał wilkowi dość poważne, stanowcze spojrzenie. -Gdyby był to czas wojny, takie działanie nazwano by zbrodnią wojenną. Karą za to jest śmierć. Mamy jednak czas pokoju. Na twoje szczęście oraz nieszczęście, znajdujesz się na terenie Federacji Alranois.
Dokończył swą wypowiedź, a następnie pochylił się lekko do przodu, opierając przed ramiona na kolanach. Arion, w tym samym czasie, dalej stał przy oknie, plecami do rozmawiających. Cybernetyczny smok nie wydawał się zainteresowany lub po prostu pełnił rolę stróża. Nie poruszał się, nawet długi, mechaniczny ogon pozostawał w bezruchu.
-Co tam się wydarzyło i jakie były twoje motywy działania?
Zakończył pytaniem. Teraz już oczekiwano od Fenrisa odpowiedzi, jasnej i klarownej. Mężczyzna wyprostował się i oparł o podparcie krzesła, na którym siedział.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pią Sie 11, 2017 12:43 am

Trzynaście tysięcy poległych ludzi. Porównując z tą liczbą straty CORE były naprawdę malutkie. Mogło to wynikać głównie z tego, że większość maszyn była sterowana przez AI i nie musieli przez to narażać własnego życia. Wśród tej felernej trzynastki znajdowała się również grupa, którą prowadziła Inezri oraz niedawno poznany Bhun. Rzecz jasna o ile liczył się jako operator, gdyż samo przebywanie w pobliżu widm, cybersmoków oraz innych kosmicznych stworzeń nie gwarantowało tego. Przeciwnik został za to zanihilowany z typową dla maszyn precyzją. Dokładnie w ten sposób jak ciemiężyciele Densorinu niegdyś. Pewnie w ruch poszły te same procedury, by wybić ich na Ziemi. Kwestią było słowo „znanych” bo silnych sojuszników tamtym nie brakowało. Mimo, że szli do walki niczym mięso armatnie to mieli za sobą solidną ścianę w postaci chociażby tamtego widma lub tej gnidy Sunada. Przynajmniej teraz lis mógł się śmiać w myślach z tego leczenia kanałowego, które zafundował tamtemu. Najpewniej dzięki temu podskoczył w rankingach osobistej wendetty jaszczura, bo nie dość że taka pchła przeżyła pierwszą konfrontację to jeszcze zdołała go ukąsić i uciec. Musiało to bardzo zaboleć dumę tamtego skoro istota według niego słabsza, mogła napsuć tyle krwi. Chociaż lis też nie wyszedł z tego bez szwanku o czym świadczy jego obecny stan fizyczny i psychiczny. Na samą myśl o byciu gryzionym miał jakieś dreszcze i przebłyski z tamtej sytuacji. To może skomplikować sprawę dla samic, które lubią tego typu zabawy.
Wracając do sprawy samego Czarnego widma to przez moment Rudy miał wrażenie, że ISAC się popsuł i trzeba będzie kombinować nowy. Popukał w niego palcem przez chwilę, a potem odłożył przed siebie i westchnął. To był moment kiedy maszyna ponownie zaczęła odpowiadać. Widząc dane, które się wyświetliły Rhoshan mruknął z zainteresowaniem. Zaprawdę wysoko postawił sobie poprzeczkę. Poziom starożytnego… zapowiada się naprawdę toporny przeciwnik do zarżnięcia. Pewnie też umiałby wrócić do życia jak tamten krwiopijca. W sumie ciekawe czy kołek w serce by zadziałał na Sunada? Taki fajny kołeczek o promieniu 5 metrów wykonany z czegoś wytrzymałego. Tutaj w sumie kończyły się przydatne informacje o nim. Wzrost i wagę mógł ocenić po swoim spotkaniu oko w oko z bestią zaś sama data wpisu sugerowała, że raczej samemu tego przeciwnika nie pokona. 800 tysięcy lat to szmat czasu, który można wykorzystać na treningi oraz kupa doświadczenia. Trzeba będzie znaleźć sposób, by przeskoczyć tę granicę. Chociaż może i był na to sposób? Jemu podobni mogą lekceważyć pozornie nic nieznaczącego przeciwnika. Może kiedyś to będzie jakiś atut, ale tutaj lis się zasępił bo trzeba będzie opracować lepszy plan. Tym razem stare „przywalę mu dostatecznie mocno” raczej nie zadziała.
Słysząc huk lisowaty rozejrzał się po pomieszczeniu. Wyrwało go to z zamyślenia, a znajoma czerń zaczęła tworzyć dobrze znaną sylwetkę. Wyglądało na to, że dali radę go odratować i miał się znacznie lepiej. Oczekiwał jednak z grubsza innej reakcji jeśli chodziło o Vareotha. Dało mu to jednak kilka wskazówek. Starożytny miał dosyć solidne plecy i od rozmontowywania ich powinno się zacząć cały plan. Nie można przecież pozwolić, by tamten w środku inwazji przychodził sobie by mordować operatorów CORE. Zabolało go to, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak oddany wobec kompanów był Rhoshan. Ich śmierć nie mogła pójść na marne… jej śmierć. W jednej chwili ktoś ponownie zabrał fragment jego życia, bezpowrotnie go unicestwiając. Pozostało już naprawdę niewiele żywych więzi z przeszłością. Nawet teraz widmo przytrzymywało go, by nie wstał. Nie mógł długo się wylegiwać, zwłaszcza gdy potrzebował być silniejszym. Stać się na tyle mocnym, by nie dopuszczać do takich sytuacji.
Wtem przypomniał sobie jedną rzecz ze starcia w Houston. Ostatnie słowa, które usłyszał zanim rozpoczęła się walka między czerwonym a krwiopijcą. Spojrzał pytająco na Nodina, w myślach porządkując kwestie, które go zainteresowały.
- Co on miał na myśli mówiąc, że starożytni go… ich zdradzili? No i jakim cudem ten paszkwil wrócił do życia? – w myślach dodał „znowu”. Czyżby za tym kryła się jeszcze jakaś tajemnica? Może widma podzieliły się ze względu na Starożytnych. Jakby nie patrzeć byli najsilniejszymi, a słabsi zwykle podążają za tymi silniejszymi. Brakowało mu porównania ze względu na pewne braki wiedzy, ale wyglądało to na pewien rodzaj hierarchii, gdzie każdy z początku był sobie bratem, a potem w wyniku niezgody nastąpił podział. Na dwie strony, które uważały że czynią słusznie, czyli na tych złych i dobrych. Bardziej prawdopodobny byłby bunt i ucieczka tych słabszych widm, a następnie znalezienie tego jednego przedstawiciela starożytnych, który się za nimi wstawi.
- Swoją drogą strasznie dużo osób, które uważamy za zmarłe obecnie wraca do życia. Onuris żyje lub jest ktoś kto się pod niego podszywa. Ten wilk, który przeszedł razem ze mną przez portal – „i który wbił mi miecz w pierś” przypomniał sobie i dopisał do listy, by opieprzyć go za tak lekkomyślną szarżę – mówił, że Amelia jest z Onurisem. Teraz jeszcze ten krwiopijca Sunad wrócił. Kogo możemy się spodziewać następnego? Wielkiego zła sprzed miliona lat? – zapytał drapiąc się po łbie. Sięgnął chwilę później po jedno z soczystych jabłek, w które się wgryzł. Niby był wszystkożerny, ale jednak nic nie smakuje tak dobrze jak mięsko. Gdyby nie to, że Nodin był teraz spokojniejszy to Rhoshan w ogóle by o tym nie wspomniał. Teraz jednak warto spróbować i wyjaśnić nieco rzeczy. Oczywiście zakładał też, że mistrz mógł już o tym fakcie, że jego brat żyje wiedzieć i właśnie dlatego był spokojny.
Swoją drogą przez myśl przemknęło lisowi, że w sumie pewnie Czarnołuski dałby radę go poskładać magią, ale uznał że nie będzie to potrzebne bo rany same się niedługo zagoją.
- Dobrze wyglądasz. Myślałem, że zastanę Cię w podobnym stanie do mojego i będę mógł przynieść trochę ziemskich ciastek w ramach podarku – podobno istniała jakaś ziemska tradycja, gdzie przychodziło się do chorego i zostawiano jakiś podarunek. Owoce, słodycze lub kartkę, a Rhoshan chciał sprawdzić ten mit. No i przy okazji odciągnąć swe myśli od pewnych wydarzeń, które miały miejsce niedawno.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Czw Sie 17, 2017 5:02 pm

NPC Storyline - AAF|Arion|Jinkusu|Kyle Medlock|Nodin

Czarnołuski wiedział już, jakie zostanie zadane pytanie. Pozwoli sobie odczytać je z umysłu lisa, wraz z historią, która stała za samym pytaniem. Tego typu ciekawość nie bierze się z niczego. Czarny powoli cofnął dłoń z pyska lisa, pozwalając mu swobodnie poruszać łbem oraz umożliwiając na spoglądanie na otoczenie, nieco dalej, niż same czarne łuski, które widmo miało na dłoni.
/Nie mnie to rozsądzać. Ich powrót do życia może być sprawą samego starożytnego. Jeśli w jakikolwiek sposób przejął nad nimi władzę./
Nodin nie wydawał się pocieszony myślą o spotkaniu istoty, którą zabili przynajmniej dwukrotnie. Co prawda sam, nie do końca rozumiał, jak to było możliwe. Przywrócenie widma, które zostało zabite przez starożytnego. Nie potrafił wyobrazić sobie istoty zdolnej do takiego czynu.
Rhoshan kontynuował. Lis potrafił gadać rzeczy, które ślina przyniesie mu na język, bez przemyślenia ewentualnych konsekwencji wypowiedzianych słów. Słowa te natychmiast znalazły swe odzwierciedlenie w zachowaniu czarnołuskiego. Stwór z zacisnął dłonie, prawie że wrzynają pazury we własne łuski. Jego wzrok zrobił się bardziej pusty, wbity w nieistniejący punkt na ścianie. Rodzina, prawdziwa słabość tego widma. Wydarzenia, które można by uznać za zespół stresu pourazowego, gdyby Urkyn'Vareis był w stanie na takowy cierpieć. Nodin stracił zbyt dużo istot, które były dla niego ważne. Gdy posiada się całą tą potęgę, a nadal nie może ochronić najbliższych, jaki jest sens mocy?
/Mój brat...?/
Odezwał się, bardzo krótko, pusto. Nodin powoli odwrócił się, a następnie podszedł do okna, mozolnym krokiem, strasznie wolnym. Jakby nie chciał, miał dość. Rudzielec wspomniał imię karpatianki, do której przywiązał go białołuski. Czarny zacisnął prawą pięść mocniej, by zaraz podnieść rękę i szybkim ruchem wykonać uderzenie w kierunku ściany, tylko po to, by pięść zatrzymała się na samej ścianie, w ostatniej chwili. Widmo wzięło kilka głębszych wdechów, uspokajając się. Wybicie dziury w pokoju, wewnątrz szpitala, nie byłoby mile widziane przez tutejsza ludność. A wbrew temu, co o nim sądzono, czarnołuski nie był tylko wojownikiem, lecz również liderem, także dyplomatą. Ostatnie, czego potrzebował, ta narzekania ze strony malutkich ludzi lub któregoś z braci i sióstr, że robi zamieszanie oraz zwraca na siebie uwagę.
/"Wielkie zło sprzed miliona lat" już tu jest./
Zaczął czarnołuski, odwracając się frontem do densorina. Opuścił powoli swe ręce, otwierając ponownie dłonie. Dopiero, gdy stanął frontalnie do swego rozmówcy, Rhoshan mógł dostrzec krótki błysk czerwonych ślepi.
/Dereverial. Byt, którego pochodzenia ani wieku nie znamy. On zniszczył Crathygtan. Tak samo, jak zakończył istnienie wielu innych cywilizacji, ras, istot, nawet bytów./
Dokończył, znów ruszając przed siebie i zatrzymując się przy łóżku, na którym leżał lis. Dobry humor densorina nieco wytrącił widmo z tematu. Zwłaszcza komentarz o "ciastkach". Gdyby posiadały w sobie mięso, to może byłby zainteresowany. W innym wypadku, niekoniecznie. Nodin podniósł prawą dłoń, otwierając ją szerzej i kładąc czubek ostrza pazura, na ostrzu nosa lisowatego. Tak dla zasady, by nie wpadł na żadne durne myśli, którymi chciałby określić czarnołuskiego lub co gorsza - stroić sobie z niego żarty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pią Sie 18, 2017 11:41 am

Lisowi do głowy wpadła nawet pewna myśl, że skoro Sunad zachowuje się jak pasożyt to może również po tamtym wchłonięciu przez Starożytnego dał radę ukryć się jakoś wewnątrz niego, a potem uciec niepostrzeżenie. Tego nie można wykluczyć, bo w końcu wiele pasożytów potrafi dostać się niepostrzeżenie do ciała żywiciela, a następnie żyć przez jakiś czas do momentu, aż tamten połapie się o nieprawidłowościach. Sęk w tym, że widmo musiałoby się zmyć przed wyłapaniem tychże. Oczywiście mógł go wskrzesić również inny Starożytny, jednak nadal pozostaje kwestia jak to było możliwe. Kattal nie był głupcem i jeśli już to unicestwiałby kogoś tak, by ten ktoś nie wrócił. Nie wyglądał na kogoś kto przeoczyłby taki drobny detal.
- Do trzech razy sztuka. Może za trzecim wreszcie zginie na dobre – wymamrotał pod nosem. Przydałoby się pozbyć tego zagrożenia, bo będzie wracał i siał spustoszenie w szeregach. Do walki z takim przeciwnikiem większość operatorów raczej nie jest przystosowana, a czołgi na niewiele mogą się zdać. Chociaż istniała też inna opcja, a mianowicie pojmanie Sunada. Jeśli im to się uda to dadzą radę go wyłączyć z rozgrywki i jednocześnie uniemożliwić dalsze wskrzeszenia. Kwestia tylko, że łatwiej powiedzieć niż zrobić bo tamten na pewno nie będzie sam. Chyba, że zagrać na jego dumie i wystawić lisa jako przynętę, by tamten mógł naprawić swój „błąd”.
Patrząc na Nodina, Rhoshan miał mniej więcej obraz tego co mogły przeżywać osoby, które widziały go po powrocie do żywych. Mniej lub bardziej wewnętrznie zachodziły podobne rzeczy. Kwestia, że jemu ciężko było zrozumieć ten fenomen bo był po innej stronie barykady. Był osobą powracającą, a nie tymi którzy go widzieli po raz pierwszy. Obserwował jak Czarnołuski się do niego zbliża mówiąc o tym złym. W prawdzie Ziemia wielokrotnie opierała się różnym zagrożeniom z kosmosu, o których mówiły media a raczej o tych, które można było podać. Jednak te inwazje bledły na tle tego co miało tu przyjść. Crathygtan został przez Dereveriala zniszczony, a była to zdecydowanie bardziej zaawansowana technologicznie rasa od Chitaurich, z którymi Ziemianie walczyli nie tak dawno temu.
Spojrzał na pazur, który zatrzymał się na jego nosie. Nie wyczuwał wrogich intencji od strony widma, aczkolwiek był bardziej zadowolony, że temu jest po prostu lepiej i wrócił do dawnego nastroju.
- Tutaj chyba już taki klimat, że wszystkie siły w galaktyce nienawidzą tej planety i chcą ją podbić. Biedni ci ziemianie czyż nie? – zapytał, by nieco rozluźnić atmosferę aczkolwiek informacje o Dereverialu traktował poważnie. Zapowiadało się, że trzeba ustawić sobie schodki wyzwań i zacząć od tych pomniejszych sługusów, by dostać się do tego ostatecznego bossa.
- Tak swoją drogą to nie wiem czy zauważyłeś, ale jedziesz na dokładnie tym samym wózku co osoby, które myślały, że ja nie żyję. Nie jestem w stanie powiedzieć jak powinieneś postąpić, by sobie to poukładać w głowie – miał akurat na myśli, że może rozmowa z Akarynthem mogłaby nieco pomóc Nodinowi. Któż przeżyje większy szok niż rodzic widzący powrót swojego dziecka z zaświatów? To nadal podpadało pod więzi rodzinne, więc może to pomóc – Powiem tylko tyle, że Onuris pewnie będzie tak samo zdezorientowany niektórymi spotkaniami jak ja gdy spotykałem dawnych znajomych. Myślę jednak, że od mojego ojca usłyszałbyś coś takiego – podrapał się po skroni, mniej więcej układając brzmienie tak by pasowało do smoka – Raduj się, że jest wśród żywych. Nie często członek rodziny powraca z martwych – uśmiechnął się do Czarnołuskiego i dorzucił w myślach „przecież nie jesteś sam”. Mógł uchodzić za samotnika, jednak tak naprawdę nigdy sam nie był. Otaczała go rasa, którą chronił, inne widma będące mu przychylne, a teraz jeszcze brat, który powrócił do żywych. Czemu więc miał dźwigać ten problem samemu?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 338
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pon Sie 21, 2017 10:10 am

Bóg wilków już od dłuższego czasu czuł, że ktoś idzie w jego stronę, tak więc był gotowy. Gdy drzwi do pomieszczenia otworzyły się stał w możliwie dumnej i poważnej pozie po czym powitał gości skinieniem głowy.
- Fenris. Wilk Fenris. - odpowiedział prosto człowiekowi gdy przedstawił siebie oraz kompana. Nie sięgał po swoją długą listę tytułów i przydomków. Po pierwsze w krajach położonych daleko od Asgardu traciły one znaczenie, a po drugie wolał póki co zachowywać niski profil. Oczywiście istniała szansa że wśród Midgardczyków jego imię jeszcze coś znaczy. W takim razie dalsze tytuły również były zbędne. Był Fenrisem. Kropka.
Wilk już miał zacząć mówić, witać gości i przedstawiać swoją sprawę, ale ludzki oficer go ubiegł rozstawiając swego rodzaju urządzenie projekcyjne na jednym ze stołów celi. Wzrok wilka zwęził się na moment gdy już po pierwszych sekundach nagrania zrozumiał na co patrzy. Mimo to odzyskał powagę i z spokojną, poważną miną obejrzał całe nagranie do końca. W międzyczasie starał się wyczuć jakie nastawienie mają do niego nowoprzybyli. Nie chciał ryzykować kolejnej potyczki z nieznanym sobie wrogiem niepotrzebnie. Odnotował także w myślach słowa człowieka. Nie rozumiał jak czasy w których znalazł się Midgard można świadomie nazwać „czasami pokoju”, ale doskonale wiedział co oznacza reszta. Był zbiegłym wojownikiem, który trafił pod rękę innego Jarla. Sprawa nie dotyczy go wprost, ale wydanie go z powrotem mogłoby opłacić się politycznie.
- Widzę wilka, który stara się przywrócić tym stworzeniom wolność, której pozbawili ich ludzie.
Wiedzą że to on. Pomimo uroków ojca i faktu że nie jest jedynym wilkiem na świecie, wiedzą. Nie ma co owijać w bawełnę.
- Działałem pochopnie, racja, ale gardzę wszelkimi formami zniewolenia, a tak widziałem to miejsce. Te wspaniałe zwierzęta zasługiwały na to aby być wolne. Nie zrozum mnie źle człowieku, gdybyś to ty był w klatce, a... - przeszukał pamięć za odpowiednim słowem - ...słonie trzymały was na łańcuchach, też nie przeszedłbym obok obojętnie. Widzę po waszych twarzach że nie pochwalacie takiego działania. Dostałem już jednak za to nauczkę. Tamtego dnia zginął mój druch i przyjaciel. Nic nie odpokutuje tej straty. - wilk zamyślił się na chwilę wspominając Morgulusa. Nie znał go długo, ale nie da się ukryć że to właśnie jego działania doprowadziły do jego śmierci. Na domiar złego, Saurian, przyjaciel jego ojca i siostry, który również niechętnie ukazywał się ludziom może mieć problemy z okazji wilkowej głupoty. Brawo. Świetne zagranie, o ojcze bestii.
- Nie mam do powiedzenia nic więcej. Oceńcie mnie jak chcecie.
Wilk skrzyżował ręce na piersi. Co to za czasy by śmiertelnicy żądali od niego tłumaczenia się. Tak naprawdę jednak starał się wyczuć emocje rozmówcy. Jeśli naprawdę będą tak głupi, by okazywać mu jakąkolwiek wrogość, gdy on przyszedł do nich w pokoju nie da im wykonać pierwszego ruchu. Jeśli o niego chodziło wolałby jednak uniknąć takiego toku wydarzeń. Miał jeszcze wiele planów, a żadna zwłoka nie byłaby mu na rękę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Czw Sie 31, 2017 4:20 pm

NPC Storyline - AAF|Arion|Jinkusu|Kyle Medlock|Nodin

Rhoshan zaczął nieświadomie iść za daleko w swej wypowiedzi, poruszając tematy, które nie były dla czarnołuskiego zbyt przyjemne. Tematy, które na pewien sposób były jego "słabym punktem". Rodzina była tym elementem jego życia, który czarny ciągle zawalał. Niezależnie od tego, jak bardzo próbował, zawsze coś szło nie tak. I niezależnie od faktu, czy wina była po jego stronie czy też nie miał na to wpływu - potrafił obarczać siebie odpowiedzialnością. Niemniej, zawsze on był istotą, będącą "wyżej" od innych. Dlatego kierunek rozmowy szybko przestał mu odpowiadać, co objawiło się zaraz w czynach widma. Nodin przesunął pazurem po nosie lisa, znacząc na nim niewidzialny ślad, za pomocą ostrego zakończenia, by zaraz przed wypowiedzeniem przez lisa, imienia swego brata - chwycić tą samą dłonią za pysk rudzielca i zacisnąć na nim dłoń, skutecznie go uciszając. Oczy widma błysnęły czerwienią, a stwór powoli zbliżył swój pysk do łba Rhoshana.
/Nie waż się wypowiadać imienia mego brata./
Widmo wręcz wysyczało to krótkie ostrzeżenie, wysyłając je prosto do umysłu rudzielca. Nacisk na jego pysk nieco narósł, tworząc nieprzyjemne uczucie uciskania kłów o siebie wzajemnie. Nodin nie trzymał densorina w tej nieprzyjemnej sytuacji zbyt długo. Ot kilka sekund, dla przekazania krótkiej wiadomości. Czarny był tym, do którego inni przychodzili "pogadać". Nie na odwrót.
Czarnołuski poluźnił chwyt, a następnie zsunął dłoń z pyska liska, przeciągając ją na szyję densorina. Dla odmiany, nie zaciskał uścisku, nie rysował po nim pazurami ani nie czynił mu innego dyskomfortu. Zamiast tego, czarny zajął się czymś niewidocznym dla oka lisa. Stwór przepuścił przez ciało densorina swą energię, łącząc się z jego układem nerwowym i sprawdzając jego budowę, a przede wszystkim wyszukując wszelakich nieprawidłowości. W tym ubytków w tkankach, uszkodzonych kości, przerwanych nerwów. Gdy czarnołuski zapoznał się z obrażeniami, jakie znajdowały się na ciele lisowatego, jego dłoń zaczęła powoli przesuwać się w dół. Sunąc po ciele lisa, czarny dawkował mu nieco swej energii, rozsyłając ją pod dłoń oraz na boki od niej, tym samym powodując krótkie, miejscowe znieczulenie oraz lecząc uszkodzenia. Ruch był dość powolny, widmu nigdzie się nie śpieszyło. Nodin wybrał tą metodę leczenia, by Rhoshan sam mógł odczuć, co mu się zrasta lub wraca na swoje miejsce. Rudy nie odczuwał przy tym bólu, jednak delikatne mrowienie w miejscach, które ulegały naprawom. Mniej lub bardziej nieprzyjemne, bo zabieg nie miał powodować komfortu, tylko go wyleczyć. Czarny poprowadził dłoń przez całą długość korpusu lisowatego, zatrzymując się dopiero na podbrzuszu, czyli tam, gdzie dopatrzył się ostatnich uszkodzeń. Wtedy też posłał dodatkową dawkę energii, pozwalając się jej rozejść po całym ciele, w tym dotrzeć do wszystkich kończyn.
Po ukończeniu zabiegu, Nodin uniósł swą dłoń i cofnął się o krok. Wzrok widma ponownie powędrował w kierunku pyska rudzielca. Mina czarnego była bardzo wymowna. Wakacje i lenistwo właśnie dobiegły końca. Fakt, jeszcze nigdzie się nie przenieśli. Widmo nie chciało podróżować z żywą mumią, otoczoną bandażami, ani tym bardziej wyręczać futrzastego w zdejmowaniu ich z siebie. Przypadkiem mógłby skończyć bez bandaży oraz futra. Samiec poczekał, aż jeszcze-do-niedawna-ranny-lis będzie gotowy, czyli wstanie i pozbędzie się całości materiału. Gdy czarny uzna, że Rho jest gotowy to obaj zostaną przeniesieni w inne miejsce. Krótki "błysk", a raczej ciemny zanik obrazu, kiedy to czarna energia otoczy ich ciała oraz przetransportuje ich w inne miejsce. Odległe, choć niezbyt. Nadal na terenie federacji.
Do nozdrzy lisa dotarł zapach lasu, łąki. Świeże powietrze, dźwięki przody. Pod łapami nie znajdowała się już twarda posadzka budynku, lecz miękka trawa porastająca ziemię, na jednym ze wzgórz Alranois. Nodin stał jakieś pięć kroków od lisa. Obaj znajdowali się na skraju lasu, połączonego z polaną. Okolica była wzgórzem, typowym dla Alranois. Gdzieś w tle dało się usłyszeć odgłos rzeczki, płynącej przez las. Czarny przeszedł się powoli przed siebie, rozglądając się po okolicy. Wszystko wyglądało jak na Densorinie, tylko nieco mniejsze. Skala w dół.
/To miejsce będzie idealne./
Skomentował czarnołuski, odwracając się ku Rhoshanowi. W tym momencie, lis miał nieco czasu wolnego. Przynajmniej ze strony CORE. O czym niekoniecznie musiał wiedzieć. Jego mistrz natomiast, postanowił mu ten czas zagospodarować. Jeszcze chwilę poczeka, zanim dostąpi pełni wolności.
[zt -> TUTAJ]

-----

Cyborg stał nieruchomo, cały czas wpatrzony w okno oraz widoki znajdujące się za nim. Był jeszcze generał, który utrzymywał kontakt wzrokowy z wilkiem. Bestia wydawała się nie robić na nim najmniejszego wrażenia. Nie było to przejawem głupoty czy ignorancji, a doświadczenia, które człowiek miał wręcz wypisane na twarzy. Nikt mu nie przerywał, nie wchodził w słowo czy też nie wykonywał żadnych gestów, które mogłyby świadczyć o tym, że ma przestać. Oczekiwano, że wilk wytłumaczy się ze swych zachowań. Gdy Fenris dał im do zrozumienia, że zakończył, smok powoli się odwrócił, natomiast oficer położył dłoń na górnej pokrywie laptopa, a następnie nacisnął na nią i zamknął urządzenie, czemu towarzyszył charakterystyczny stukot, związany z zatrzaśnięciem się zamka, uniemożliwiającym przypadkowe otworzenie komputera.
Jak tylko urządzenie zostało zamknięte, oficer skierował swe spojrzenie ponownie na czarnego, tym razem podnosząc się i wykonując ku niemu dwa kroki, by podejść bliżej wilka. Wstał nie tyle dlatego, że skończyli, co dlatego, że Fenris siedząc, był od oficera wyższy. A ciężko do kogoś mówić, gdy stale spogląda się do góry. Mężczyzna stanął przed wilkiem, wyprostowany. Wbił swe spojrzenie w ślepia bestii, przymrużył lekko oczy i zaczął mówić.
-Ocena nie należy do nas. Wyrok w twojej sprawie zapadł kilka godzin wcześniej. Dowództwo chce cię żywego, uznając, że możesz okazać się przydatny. To, czy pochwalmy takie działanie czy nie, to już inna sprawa. Na tej planecie panują pewne zasady. Pierwsza jest taka, że nie jesteś tutaj prawem. Nikogo nie obchodzi czy coś się tobie podoba czy nie. Tak długo, jak długo jest zgodne z naszymi prawami, nie wtrącasz się w to. Jakkolwiek zwą ciebie tam, skąd pochodzisz - lub jakkolwiek zwano w przeszłości - tutaj jesteś zwykłym śmiertelnikiem. Arion wprowadzi cię w resztę.
Wyjaśnił mężczyzna, odwracając się następnie i podchodząc do laptopa. Generał chwycił go, skinął wilkowi głową, po czym zaraz opuścił pomieszczenie. Miał jeszcze trochę spraw na głowie. Dwa kroki naprzód uczynił cybernetyczny smok. Ostatnie słowa zostały pozostawione jemu do przekazania, kiedy to generał podgrzał już atmosferę?
-Znajdujesz się na terenie Alranois. Co za tym idzie, twój widok nie będzie powodował powszechnej paniki oraz wzywania służb porządkowych. Podjęto więc decyzję o tym, że możesz swobodnie poruszać się po terenie wyspy. Nie naruszając tutejszych praw. Pieszo, poruszasz się tam, gdzie nie ma pojazdów. Nie zbliżasz się do obiektów strategicznych, czyli wszelakie miejsca otoczone siatką bądź murem. Jeśli umundurowany funkcjonariusz czegoś od siebie zażąda, dostosowujesz się do jego poleceń. Ich broń jest w stanie i zrobi tobie krzywdę, zabije, jeśli ich do tego zmusisz. Poza tym, jesteś wolny. Alranois składa się z dwóch wysp po których wolno się tobie poruszać. Masz zakaz opuszczania ich. Jeśli nie masz pytań - możesz wyjść.
Wyjaśnił spokojnie smok, nie podnosząc tonu ani w żaden sposób wrogo nie gestykulując. Jego głos nie brzmiał mechanicznie tudzież komputerowo. Był dość naturalny, choć wnętrze jego paszczy wypełniał metal. Tak, jak większą część ciała. Drzwi pozostawały otwarte, po tym, jak przeszedł przez nie generał. Arion pozostawał na miejscu, w razie jakichkolwiek pytań, które chciałby zadać mu Fenris. Widzieli kim jest, do tego będzie stale obserwowany - chcąc tego lub nie. Miał okazję poznać ten świat na własną rękę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 338
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pon Wrz 04, 2017 7:30 am

Podczas wypowiedzi generała wilk nie mógł wyczytać z jego emocji nic, poza czystym profesjonalizmem. Oczywiście wilk nie pozostawał dłużnym. W pewnym sensie profesjonalizm żołnierza mu zaimponował. Fenris zerkał też co jakiś czas na drugiego osobnika, który cały czas wytrwale wpatrywał się w coś za oknem. Oczywiście cały czas słuchał słów człowieka. Wynikało z nich, że decyzja co z nim zrobić zapadła już wcześniej. Na co im w takim razie słowa wilka? Nie wydawałoby się żeby w takim wypadku miały na cokolwiek wpływ. Chyba że właśnie został poddany jakiemuś testowi. Pytanie tylko czy zdał.
- Możesz nazwać rumaka mułem, lecz nie zmienisz tym jego rodowodu. - Odpowiedział człowiekowi wraz z odwzajemnieniem skinienia głowy. - Jednak rozumiem twoje słowa. Nie martw się o to. A teraz, bywaj.
Nadeszła kolej na wysłuchanie słów kolejnego gościa. Z początku wilk myślał że jest to jakaś maszyna pokroju Niszczyciela, jednak wyczuł w nim pewną świadomość. Innego rodzaju, ale jednak. Wrażenie było podobne jak w przypadku Ahrovokuna.
Wilk słuchał uważnie słów istoty raz nawet w zamyśleniu pocierając brodę. Nie przerywał, dopóki nie skończyła mówić. Był to dobry, stary zwyczaj Asgardu, który po prostu oddawał szacunek rozmówcy. Fenris nie był pewien czy na ziemi zwyczaj ten był odbierany podobnie, nie miał jednak zamiaru zmieniać przyzwyczajeń.
-  Mam nadzieję że nie spodziewałeś się braku pytań z mej strony, gdyż mam ich wręcz mrowie. Kyle Medlock wspominał o jakimś "dowództwie". Rozumiem że to ono podjęło decyzję w mojej sprawie. Chciałbym wiedzieć czym ono jest i czego ode mnie oczekuje. Na razie zgadzam się na wiele, żeby okazać dobrą wolę, ale chcę wiedzieć jakie macie co do mnie plany.. - powiedział to zupełnie neutralnie. Może nawet odrobinę przyjaźnie, z czego był niemal dumny. –  Ponadto, chciałbym wiedzieć jak długo będziecie mnie tu trzymać. Dawno temu wyspiarskie ludy Midgardu szczyciły się tym, że uwalniały nawet niewolników, gdy ci odpracowali swoją wartość. - dobra, teraz trochę palnął, ale dopiero się rozkręcał. Nie wiedział jak maszyna zareaguje do tematu niewolnictwa, ani tym bardziej takiego dziwnego porównania do przeszłości. -  Po trzecie i ostatnie, opowiedz mi o prawie. Proszę. Bez tej wiedzy będę niczym ślepiec w blasku słońca. Wyjdę stąd i nieopatrznie znów złamię zasady waszej domeny.
Fenris miał zamiar w pełni wykorzystać ewentualną cierpliwość i chęć nauczania swojego rozmówcy. Niezależnie czy ten zechciał mu poświęcić godzinę, czy nawet kilka godzin, wilk chłonął wszystko co usłyszał. Miał niemal idealną pamięć, którą  na ogół wykorzystywał do zapamiętywania zapachów i żywienia uraz z antycznych czasów. Przyszedł czas by wykorzystać ją produktywniej. Nie marnując więc ani minuty przyswoił wszystko co miało być powiedziane. Nie tylko o prawie, ale i o całym systemie. O walutach, tych fizycznych jak i elektronicznych, dowodach osobistych, krajach, prawie własności i tym podobnych. Tyle ile łaskawie ofiarowałby mu android.
Po tym wszystkim szczerze mu podziękował i opuścił placówkę wojska. Cóż, zawsze chciał poznać nowy Midgard. O ile Arlanois nie różni się bardzo od reszty tego świata, to chyba nie nadarzy my się lepsza okazja. Pierwsze kroki skierował oczywiście w stronę najbliższego większego miasta. Wilk podchodził do ludzi jak do jakiegoś delikatnego eksperymentu lub dzieła sztuki. Obserwował ich z bezpiecznej odległości, nie nawiązywał kontaktu, nie wychylał się. Starał się nie korzystać z utartych dróg przemierzając wyspy z obawy przed ewentualną kolizją. Przyglądał się wszystkiemu. Zwyczajom, ubiorom, urządzeniom codziennego użytku. Przyznał w duchu, że ludzie, jak na tak kruche istoty, mają niesłychaną wolę życia. Zawsze wśród nich zdarzali się bohaterowie starający się w ten czy inny sposób rzucić wyzwanie bogom, jednak to co uczyniła cała ich rasa przez zaledwie tysiąclecie było niesłychane. W tym tempie za dwa czy trzy tysiąclecia dorównają technologii Asgardu. Ciekawe co o tym wszystkim sądził Wszechojciec. Szczerze mówiąc, Fenris wątpił, by sądził cokolwiek. Arogancja będzie pierwszym gwoździem, do trumny Odyna.
Oczywiście poznawanie Midgardo nie obyło się bez minimalnych przygód. Raz niemal wpadł na ciężarówkę, nie wiedząc że tak rozpędzony pojazd nie zahamuje od razu. Innym razem wywołał falę pisków wchodząc nieopatrznie do damskiej toalety. Raz też wyszedł na wyjątkowego debila wydając całą masę komend głosowych publicznej windzie, aż nie przyszło jakieś dziecko i nie wcisnęło guzika. Westchnął  też ciężko w duchu przechodząc obok miejskiego zoo. Oczywiście cały czas chłonął wszystko równie bardzo węchem, co innymi zmysłami. Po pierwsze, polegał na nim dużo bardziej niż na dowolnym innym. Po drugie chciał się upewnić czy nie jest śledzony.
W trakcie zwiedzania ciężko było mu nie poczuć do ludzi minimalnej sympatii. Kiedyś narzędzia w rękach bogów, dziś praktycznie wyrwali Midgard spod władzy Odyna. Skoro im się udało, to być może wilk też miał szansę. Obwarowali się oni jednak tak potężną siecią praw, przepisów i zasad, że ciężko było się w niej odnaleźć komukolwiek spoza niej. Do tego wilk doszedł do wniosku, że bez ziemskiej waluty, dowodu i tym podobnych nie miał czego szukać w mieście.
W pewnym momencie przystanął i wpadł na pomysł, żeby sprawdzić co właściwie znajduje się w zabranym na szybko z Houston plecaku. Było tam trochę suchego prowiantu (nic co mogłoby zaspokoić apetyt wilka), mapa miasta Houston (obecnie mocno przedawniona), jedno z tych urządzeń komunikacyjnych, które wszyscy mieli przy sobie. Był tam również portfel z garścią pieniędzy i kart, które wilkowi prawdopodobnie na nic się nie przydadzą. Innymi słowy zestaw początkowy człowieka tych czasów. Dowód osobisty mógłby od razu wyrzucić. Jak by się nie postarał nie będzie wyglądał jak pani Clare Robins, wpatrująca się w niego z obrazka. Spakował z powrotem wszystko poza telefonem i ruszył dalej.
Przechadzał się chwilę bez celu stukając pazurami w mały ekranik telefonu. Rozpracowanie tego, co chciał zrobić zajęło mu chwilkę. Zaczął się już poważnie bulwersować, ale w końcu udało mu się odnaleźć książkę adresów. Przesuwał listę aż nie znalazł „powiadomić w razie wypadku”. Wcisnął emblem przedstawiający dziwną zieloną podkowę i przyłożył telefon do ucha wzorem Midgardczyków.
-  Poprzednia właścicielka tego przedmiotu nie żyje. – oznajmił z marszu komukolwiek, kto odebrał telefon –  Zginęła w Houston w walce z najeźdźcami jeszcze przed wybuchem. Śmierć wyglądała na szybką. W zamian za tę informację biorę w posiadanie zawartość jej plecaka. Moje kondolencje. – rozłączył się. Teraz wszystko było w porządku. Handel.
Zaraz potem, już z czystym sercem poszedł do pierwszego zajazdu na jaki trafił. a Potem jednak musiał szukać kolejnych, aż nie znalazł takiego, w którym przyjmowali amerykańskie dolary. Kolejny efekt gęstej sieci praw i układów. Jakby nie mógł istnieć jeden system monetarny na cały Midgard? Zamówił jednak w końcu „Coś co jedzą ludzie w tym świecie” i był mocno rozczarowany rozmiarem porcji. Szybko ocenił też, że w tym tempie pieniądze szybko mu się skończą. Nocleg w pobliskich zajazdach nie wchodził w grę. W takim razie starą modłą należało przenocować w głuszy. Wilk nie miał nic przeciw. Wręcz przeciwnie, z chęcią da upust swojej dzikiej naturze spędzając spokojną noc pod gwiazdami. Wezbrał więc w nozdrza powietrze i skierował się do najbliższych terenów dzikich pozbawionych obecności zbyt wielu Midgardczyków.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ashara Nga'ar

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 26/06/2017

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Sro Paź 18, 2017 9:18 pm

Z nieukrywanym zainteresowaniem śledziła czynności i zachowanie Inusannona, jednak stosunkowo wdzięczna, że sobie poszedł. Ważne było, że, patrząc po ruchu ucha, podziękowanie usłyszał i przyjął do wiadomości. Chyba naprawdę będzie musiała się przyzwyczaić do takich istot. W oczach dziewczyny błysnęły iskierki ciekawości, kiedy jaszczur dotknął Daalkiina. Ewidentnie było widać, że futrzastemu się po tym poprawiło, czyli Sędzia musiał potrafić coś podobnego, co ona. Tyle, że o wiele bardziej rozwinięte, zapewne. Ciekawość w tym wypadku zaczęła nieco przeważać nad strachem, więc być może kiedyś nawet zahaczy o to Inusannona. Ale to bardzo odległe kiedyś.
Z tego też powodu dobrą chwilę nie zwracała uwagi na Hakkerę, wracając do niego wzrokiem dopiero, gdy Inusannon zniknął. Zastanowiła się chwilę nad jego słowami i skinęła głową.
- Powiedzmy, że rozumiem. Można powiedzieć, że jesteście… Hm… Czymś w rodzaju ambasady innej planety tutaj? – spytała ostrożnie, starając sobie to jakoś poukładać. Ambasada najlepiej pasowałaby jej do tego, co opisał Hakkera, ale nigdy nie mogła być niczego pewna. Dobrze również, że nie zadał pytania odnośnie jej podejścia do gadów. Miałaby zdecydowanie duży problem w wyjaśnieniu, jaka jest różnica między nim, a Inusannonem.
W sumie chętnie jeszcze poobserwowałaby otoczenie, ale wątpiła, żeby specjalnie dla jej przyjemności tu zostawali. Wolała więc uniknąć jakiegoś przymusowego zatargania jej przez Hakkerę, dlatego też ruszyła zaraz za nim. Ogólnie mogła się wydawać bardzo spokojnym i grzecznym stworzeniem, bez najmniejszych problemów podporządkowującym się innym. Ile tak naprawdę było w tym prawdy, zapewne zweryfikuje czas. Teraz zwyczajnie uważała, że nie ma powodu się sprzeciwiać czemukolwiek. W końcu jak dotąd nikt nie próbował jej zabić. No i wciąż nie odzyskała swojej broni, do której była zdecydowanie przywiązana. Zręcznie wlazła na pakę, siadając naprzeciwko Daalkiina i podciągając od razu kolana pod brodę. Tutejszy klimat zdecydowanie jej nie pasował, poza tym taka pozycja była jak dla niej najwygodniejsza. Wróciła wzrokiem do oficera, obserwując zmiany w jego zachowaniu. Nie pomyliła się zbytnio, zdecydowanie było z nim lepiej. Trochę ją ciekawiło, jak bardzo lepiej, ale nie zamierzała tego sprawdzać.
Słysząc o bardziej zabezpieczonym rejonie tylko uśmiechnęła się delikatnie. Czego by nie powiedzieć, było to dla niej całkowicie zrozumiałe, choć odrobinę zabawne. W zestawieniu z nimi była kompletnie bezbronna, zwłaszcza, że zabrali jej broń. Zresztą nawet z nią nie była pewna, czy byłaby w stanie im cokolwiek zrobić, czy jedyną opcją byłaby po prostu śmierć na własnych warunkach. Jak na razie jednak z zaintrygowaniem jechała do miejsca zwanego Dracon Maxime. Nazwa była w zasadzie nawet przyjemna dla ucha. Za to zdecydowanie zaskoczyła ją radość Hakkery na wieść, że będzie za nią odpowiedzialny. Jeszcze bardziej zaskoczyło ją, kiedy przyciągnął ją do swojego boku i owinął ramieniem. Odruchowo napięła mięśnie, zaraz je jednak rozluźniając. Typowy gest człowieka nieprzyzwyczajonego do bliższego dotyku. Brew dziewczyny od razu powędrowała w górę, gdy z uwagą obejrzała sobie obejmującą ją rękę, a następnie właściciela pazurzastej łapy, który dopiero teraz zdał sobie sprawę z faktu, że chyba się trochę pospieszył z takimi gestami. Uśmiechnęła się więc jedynie kątem ust i z lekkim rozbawieniem widocznym w oczach zwyczajnie oparła głowę o jego bok. Skoro sam chciał, to co mu będzie broniła? Zwłaszcza, że był cieplutki.
- Tu zawsze jest tak zimno? – spytała w końcu, z pewną dozą ciekawości w głowie. – U nas jest cieplej… O jakieś… 3-4 poziomy? – nie do końca mogła w tej chwili określić to dokładnie, ale na oko mniej więcej tyle. Zapewne mogła wyjść na wariatkę z takim pytaniem, ale cóż poradzić, skoro na jej planecie wyjściową temperaturą było 35 stopni. Wszystko poniżej 30 traktowała jako „zimno”. Skoro jednak wychodziła, że przynajmniej jakiś czas tu zostanie, to wypadało po prostu zorientować się, jak tu wygląda klimat.
Oczywiście, jeśli Hakkera miał jakieś pytania do niej, mógł je bez problemu zadawać. O ile nie będą to jakieś pytania zahaczające bardzo mocno o sferę prywatności, to mogła swobodnie odpowiadać. Sama Ashara jednak głównie milczała, obserwując otoczenie i czekając, aż dojadą na miejsce przeznaczenia. Zastanawiała się również, co z nią dalej będzie. W końcu jednak ponownie zamknęła oczy i zdjęła okulary, trzymając je w rękach i wciąż wtulając się w bok Hakkery. Nie spała, ani nic z tych rzeczy, zwyczajnie pozwalała głowie odpocząć. Mocno jednak zaciskała dłoń na okularach, nie zamierzając za żadne skarby pozwolić sobie na odebranie ich. Kiedy jednak zaczęli zbliżać się do bazy, z powrotem je włożyła i otworzyła oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Sob Lis 04, 2017 11:50 pm

NPC Storyline - AAF|Daalkiin|Hakkera|Jinkusu

Dość szybko w zasięgu wzroku pasażerów pojazdu, znalazła się ogromna baza wojskowa, znana jako Dracon Maxime. Struktura była wielkości niewielkiej miejscowości, obsiana budynkami, dokami w porcie czy długimi pasami startowymi, przystosowanymi do przyjmowania największych maszyn latających czy nawet jednostek zdolnych do lotów kosmicznych. Do bazy zbliżali się od wschodu, jedynej możliwej drogi lądowej. W oczy rzucały się ogromne mury oraz wieże strażnicze. Struktura stworzona była z metalu, nie kamienia lub innego prostego kruszywa. Obiekt, jako całość, prezentował się bardzo nowocześnie.
-Panuje tutaj umiarkowany klimat. Raczej cieplej, aniżeli zimniej.
Skomentował jasnołuski, odpowiadając przy tym na pytanie, czy tutaj jest zawsze "tak zimno". Dla niego, nie było nawet przeciętnie, żeby nie powiedzieć, że trochę za ciepło. Jako istota pochodząca z terenów pokrytych śniegiem, gdzie woda wiecznie zamarza, preferował nieco inne warunki klimatyczne. Niemniej potrafił czuć się tutaj dobrze oraz odnajdywać, co cały czas okazywał. Daalkiin zerknął w kierunku zbliżających się murów bazy, wysokich na kilkanaście metrów, przypominających długie budynki, jedynie bez okien oraz z wieżami strażniczymi. Wszędzie było pełno patroli, na drodze mijały ich pojazdy podobne ich własnemu czy nawet większe -
ciężarowe. Czasami znalazł się wóz bojowy piechoty. Czarnofutry skierował swe spojrzenie na dwójkę siedzącą przed nim, patrząc wymownie na ratownika, który najchętniej zaprzyjaźniłby się z każdą możliwą istotą o pozytywnym nastawieniu.
Wzrok skupił się na samym jasnołuskim, dość wymownie, co zaowocowało reakcją,
zabraniem ręki oraz lekkim odsunięciem się od kobiety.
-Jest lodowym smokiem z densorinu.
Wyjaśnił oficer, kierując krótkie zdanie do Ashary, opisując przy tym Hakkerę. Przed chwilą przylepiona była do istoty, której głównym żywiołem jest lód, zamrożona woda oraz minusowe temperatury. A to wydawało jej się nie przeszkadzać. Oczywiście powód rozdzielenia tej dwójki, był prosty. Mieli wyglądać profesjonalnie, a nie, jak turyści.
Gdy samochód zatrzymał się przed bramą, do kierowcy podszedł jeden ze strażników, posiadający to samo umundurowanie oraz podobne wyposażenie. Kierowca okazał ważna przepustkę elektroniczną, wbudowaną w "komputer" na prawym przedramieniu, a następnie pojazd wjechał do bazy. Tutaj było jeszcze więcej sprzętu wojskowego oraz samych wojskowych. Od tych w pełni umundurowanych oraz uzbrojonych, którzy patrolowali obiekt, ćwiczyli pod okiem oficerów bądź samodzielnie albo majstrowali przy sprzęcie, przez nieco mniej doposażonych oficerów, kończąc na zwyczajnie - lecz elegancko - ubranych pracownikach cywilnych bazy.
Czarny stuknął trzykrotnie w karoserię pojazdu, a ten zatrzymał się. Jako, że Hakkera otrzymał dalsze rozkazy, oficer po prostu przeskoczył przez barierkę pojazdu, a następnie udał się truchtem w swoją stronę. Samochód ruszył dalej, przemieszczając się jeszcze przez kilkaset metrów i zatrzymując przed sporym budynkiem piętrowym, z oknami, przypominającym budynek mieszkalny.
-Nasz przystanek.
Wyjaśnił densorin, podnosząc się i zaraz zeskakując z pojazdu. Odczekał, aż kobieta do niego dołączy, po czym gestem ręki wskazał jej, by ruszyła przodem do drzwi budynku. Odczekując, aż kawałek odejdzie, smok poleciał jednemu z żołnierzy, by ten odstawił jej uzbrojenie do techników, aby ci mogli sprawdzić oraz zabezpieczyć przedmioty, na czas jej pobytu w bazie. Zanim się obejrzała, samiec już stał przy niej. Stwór poprowadził ją korytarzami do windy, przy czy czasami musiał pochylić łeb, by o nic nie zahaczyć. W ciszy dotarli na drugie piętro, a następnie udali się na krótki spacer korytarzem budynku, do jednego z pokoi. Przed tym, stało dwóch wartowników, którzy otworzyli pokój i pozwolili im wejść do środka. Na pomieszczenie składało się wygodne łóżko z lodówką, stołem z dwoma krzesłami, telewizorem, szafą z podstawowym wyposażeniem oraz wewnętrzną łazienką, w której odnaleźć można było umywalkę, prysznic oraz toaletę. Nie czekając na nic, smok zamknął za sobą drzwi, po czym przeszedł obok kobiety, od razu otwierając lodówkę, z której wyciągnął dwie schłodzone butelki z wodą. Jedną odstawił na stole, drugą natomiast odkręcił - łapiąc końcami pazurów ostrożnie za nakrętkę - a następnie wybił duszkiem w przeciągu chwili. Pół litra wody w trzy sekundy. Jednak przy jego wzroście oraz masie, nie było to nic dziwnego. Pustą butelkę odłożył na bok, dopiero teraz skupiając swą uwagę na kobiecie.
-Władze Alranois są dość gościnne, stąd pokój, zamiast celi. Dam tobie chwilę na odświeżenie się oraz przemyślenie wszystkiego, jeśli potrzebujesz.
Wyjaśnił, przechodząc nieco na bok i łapiąc dłonią za stolik, a drugą za krzesło, które przeniósł bliżej łóżka, stawiając stolik przed tym, a krzesło za nim. Sam, rozsiadł się na łóżku, rozwalając swój ogon na całej jego długości. Te krzesła nie były dostosowane ani do jego wzrostu ani do długiego, obudowanego ogona, stąd jego próba zapewnienia sobie częściowej wygody. Jak tylko się rozsiadł, wrócił swą uwagą do kobiety.
-Gdy będziesz gotowa, zaczniemy naszą krótką rozmowę, składającą się z serii pytań. Wyjaśnisz ponownie kim jesteś, jak tutaj trafiłaś, skąd pochodzisz, kim są przedstawiciele twej rasy lub frakcji, którą reprezentujesz w kosmosie. Będę potrzebował zapoznać się z twoimi zdolnościami, jeśli jakieś posiadasz. Potem, będę mógł odpowiedzieć, na twoje pytania.
Wyjaśnił wszystko, spoglądając na kobietę z uwagą. Smok oparł przedramiona na stole, łapiąc swe dłonie wzajemnie i krzyżując swe palce, jednej dłoni o drugą. Teraz pozostawała tylko kwestia jej gotowości oraz odpowiedzi. Mógł pytania powtórzyć, jeśli Ashara po prostu usiądzie i uzna, że jest gotowa lub zacznie słuchać, gdyby ta zaczęła odpowiadać mu na podstawie już podanych wymogów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ashara Nga'ar

avatar

Liczba postów : 29
Data dołączenia : 26/06/2017

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Pią Lis 10, 2017 11:52 pm

Widok był jak dla niej naprawdę interesujący. Znaczy sam wygląd Dracon Maxime nie był dziwny, ot normalne miasto, niezbyt duże. Oczywiście elementy takie jak port, doki czy ogólnie statki morskie były czymś zaskakującym dla Ashary, ale domyślała się, że skoro istnieją tak olbrzymie zbiorniki wodne, to trzeba się jakoś po nich poruszać. Bardziej interesowało ją „metalowe miasto”, jak je od razu nazwała. Ogólnie nieco przypominało to wszystko niewielkie miasteczka na Altharze, gdyby nie ten metal. Pierwszy raz w życiu widziała budynki z metalu i była to najbardziej intrygująca rzecz tego miejsca. Miała ochotę zapytać, co to dokładnie za metal i inne niuanse techniczne, ale po chwili zastanowienie uznała, że nie byłoby to zbyt mile widziane. Może później jednak się na to zdecyduje. Metalowe miasto, ciekawy pomysł…
-Uhm. – skomentowała nieco niedowierzająco, słysząc o umiarkowanym klimacie. Zdecydowanie musieli mieć zupełnie inne pojęcie słowa zimno i ciepło, bo nikt, kogo znała, nie nazwałby tej planety umiarkowaną albo ciepłą. No chyba, że po prostu trafiła na okres, w którym było zimno.
Nie znała pojęcia pór roku, ale z opowieści słyszała o planetach, na których co pewien okres czasu temperatura i pogoda zmieniały się samoistnie. Najwyraźniej na tej planecie występowało podobne zjawisko. Kiedy jednak Hakkera odsunął się od niej, nie zareagowała w żaden sposób. Po prostu zmieniła pozycję na nieco wygodniejszą. Tak chyba nawet było lepiej, dzisiejszego dnia wyczerpała miesięczny zapas bliskiego kontaktu fizycznego. Słowa Daalkiina za to wyjaśniły, skąd tak wielkie różnice w pojmowaniu zimna i ciepła.
- To wiele wyjaśnia. – stwierdziła, choć w jej głosie słychać było nieco rezerwy.
Może nie to, że była pamiętliwa, ale po prostu Daalkiin nie zrobił na niej zbyt dobrego wrażenia. Hasło „Densorin” nic jej nie mówiło, ale zakładała, że to jakieś miejsce lub może nawet planeta. Za to „lodowy” mówiło jasno, że dla istoty obok niej to, co dla Ash było zimnem i temperaturą nie do przyjęcia, było całkiem naturalnym środowiskiem życia, a może i nawet nieco zbyt ciepłym. Lodowy kojarzył jej się z temperaturami ujemnymi i mając w pamięci poziomy zbliżone temperaturą do 0 pomyślała sobie, że nie byłaby w stanie przetrwać w takich warunkach. Nawet w odpowiednim stroju.
Z zainteresowaniem obserwowała sposób identyfikacji kierowcy i wjazdu na teren samej bazy. System przepustek był jej znany, choć u niej na planecie wyglądało to nieco inaczej. Sens jednak był ten sam, więc nie musiała nawet zadawać pytań. Wciąż trochę dziwnie było używać obcego języka, ale lepsze to niż telepatia. Spokojnie odprowadziła wzrokiem Daalkiina, kiedy wyskoczył przez barierkę. Można by spodziewać się jakiegoś komentarza odnośnie oficera, jednak nic takiego nie nastąpiło. Ashara od dziecka wychodziła z bardzo prostego założenia. Osoby wyższej rangą nie trzeba lubić. Trzeba jej po prostu słuchać. Takie też podejście zastosowała wobec Daalkiina.
Kawałek dalej samochód ponownie się zatrzymał, więc po komentarzu Hakkery zeskoczyła zwinnie z samochodu, koc zostawiając złożony w miejscu, w którym siedziała. Bez zbędnych słów ruszyła przed siebie niezbyt szybkim krokiem, kierując się do drzwi. Wyczuła, że samiec nie idzie za nią, ale zaraz potem do niej dołączył i zaprowadził ją do pokoju. Nie siliła się nawet na to, by zapamiętać drogę, świadoma faktu, że i tak jej to wiele nie da. W sumie wolałaby zostać na jakiś czas sama, żeby oczy mogły odpocząć, ale nie dano jej takiej możliwości. Po wejściu do pokoju od razu rozejrzała się, teraz dopiero rejestrując układ pomieszczenia. Zajrzała także do każdej szafki sprawdzając, co gdzie jest. Następnie zajrzała do łazienki, po chwili wracając do pomieszczenia. Zerknęła na butelkę z wodą i na razie jedynie zarejestrowała jej obecność. Zapewne zaraz zaczną się pytania, a więc woda potem się przyda. Obserwowała spokojnie smoka, gdy ułożył się na łóżku. Ja na razie i tak nie zamierzała siadać, wystarczająco się nasiedziała. Zresztą zawsze wygodniej było jej rozmawiać, gdy stała. Jakieś dziwne przyzwyczajenie z czasów młodości.
- W porządku. Możemy zaczynać od razu. – powiedziała cicho, słysząc o odświeżeniu się.
Im szybciej to będzie mieć za sobą, tym lepiej. Słysząc jednak kolejne słowa samca westchnęła w duchu. Zapowiadało się na naprawdę długą opowieść… Otworzyła butelkę z wodą i upiła dwa łyki, odkładając ją zaraz na bok. Tym razem jednak doskonale wiedziała, w którym miejscu będzie przedmiot. Zamiast usiąść na krześle, stanęła bokiem do Hakkery, opierając się o stolik. Pozycja wygodna, ale nie męcząca. Opuściła też nieco głowę, wyglądając, jakby wbijała wzrok w podłogę. Do odpowiedzi na wszystkie pytania potrzebowała pełnego skupienia. To nie będzie proste. Dlatego też zdjęła okulary, odkładając je również na stolik jednak po drugiej stronie, z dala od samca. Od razu również zamknęła oczy, co przez opuszczoną głowę i zasłaniające twarz włosy nie było aż tak widoczne, nie na pierwszy rzut oka. Pozycja ta nie była po to, żeby cokolwiek ukryć przed Hakkerą. Była po to, by jeśli będzie musiała otworzyć oczy, nie mogła dostrzec jego aury. Nie miała pojęcia, czego się po niej spodziewać, więc wolała się ubezpieczyć. Od niektórych aur potrafiła dostać oczopląsu i to potężnego. Ból głowy i tak już miała, więc po co sobie dokładać. Odetchnęła głęboko i postanowiła się choć chwilę zrelaksować. Dlatego też w głowie przez chwilę nuciła pieśń, której używała do wprowadzenia się w stan skupienia i jednocześnie uspokojenia nerwów. Dopiero wtedy mogła zacząć.
- Nazywam się Ashara Nga’ar. Jestem uzdrowicielką i pochodzę z planety o nazwie Althar, jest to trzecia zamieszkała planeta w galaktyce Verros. – zaczęła spokojnie, wyważonym głosem. Wciąż musiała szukać odpowiednich słów w tym nowym języku. – Moje trafienie tutaj było kompletnym przypadkiem. Ale od początku. Althar zamieszkują dwie… roboczo nazwijmy to rasy, Arunowie i Rhagkalowie. Obydwie te rasy różnią się od siebie wyglądem i charakterem. W skrócie, Arunowie to artyści i lekarze o ciemnej karnacji i niskim wzroście, Rhagkalowie to wysocy żołnierze i technicy o bardzo jasnej karnacji. Ja sama jestem unikatową na Altharze hybrydą obydwu tych ras. – mimo że bardzo się starała, w jej głos wkradły się nutki goryczy, gdy wspomniała o byciu mieszańcem. Najwyraźniej Althar, jak sporo innych nacji, nie do końca tolerował mieszańców.
Moja matka jest uzdrowicielką, natomiast ojciec komandorem Sił Zbrojnych, od małego więc byłam wychowywana w strukturach wojskowych. – nie mówiła tego po to, by się chwalić. Zrobiła to po to, by wytłumaczyć swoją znajomość zachowań i hierarchii wojskowej. Ton dziewczyny był dosyć bezosobowy, jakby referowała fakty o zupełnie innej osobie, a nie sobie samej.
- Althar jest złożoną planetą pod względem hierarchii, wszystko zależy od pochodzenia, urodzenia, zajmowanego stopnia w wojsku i na końcu stopnia w innych zawodach. Najbardziej jednak liczy się pochodzenie i urodzenie. Nie posiadamy naturalnych zbiorników lub źródeł wody, na pewno nie takich, jak tu. Woda jest w jakiś sposób wydobywana na którymś z poziomów, na które nie posiadam dostępu. Z powodu pewnych różnic w poglądach pomiędzy mną, a wysoko postawionymi dostojnikami, oficerami i Radą Altharu zdecydowałam się opuścić planetę, po uzyskaniu uprzedniej zgody Rady. – dorzuciła to specjalnie zresztą, żeby nikt nie wziął jej za zbiega lub wygnańca. – Ze względu na cechy charakterystyczne Rhagkalów nie jesteśmy zbyt chętni do opuszczania Altharu i nawiązywania współpracy na innych planetach. Istnieje u nas jednak kilka ambasad, głównie z czterech innych zamieszkałych planet. – tutaj na chwilę umilkła, zastanawiając się, jak wyjaśnić sytuację ze statkiem, tak dokładniej. Cała opowieść dziewczyny była prowadzona rzeczowym tonem, bez upiększeń czy też zbaczania z tematu. Opowiadała to, co mogło być ważne lub łączyło się z powodami jej obecności na tej planecie. Upiła łyk wody, wciąż nie otwierając oczu i mogła wracać do opowieści.
- Po uzyskaniu odpowiedniej zgody wzięłam statek ojca, jako jednostkę nie niezbędną do działania Armii, ale wystarczająco wytrzymałą, by znieść lot do innej galaktyki. Nie jestem pilotem ani technikiem, budowa maszyn jest mi całkowicie obca. Moim zamiarem było dostać się do galaktyki położonej obok Verros, na jedną z planet tam się znajdujących. Niedługo po wylocie zakodowany autopilot się zepsuł, a nawet gdybym potrafiła pilotować tę jednostkę, to odmówił posłuszeństwa również manualny układ sterowania. Funkcja wysłania sygnału S.O.S. musiała być uszkodzona wcześniej. – co jasno wskazywało, że awaria nie była przypadkowa, tylko celowa, ale tego nie powiedziała na głos. Nie należało rzucać oskarżeń, zwłaszcza tak poważnych, bez żadnych dowodów. Ton wypowiedzi nie wskazywał również, jakoby kogokolwiek o to oskarżała. Ot zreferowała sucho wydarzenia, po kolei, tak jak nastąpiły.
- Statek dryfował przez długi okres czasu, nie jestem jednak w stanie określić, jak długi. – skrzyżowała ręce na piersiach. – Po drodze coś, przypuszczalnie asteroida, uderzyła we mnie, co musiało zmienić trajektorię lotu oraz uszkodzić poszycie. Po długim okresie dryfowania trafiłam w pole przyciągania tej planety i rozbiłam się w dużym zbiorniku wodnym. – zakończyła spokojnie. Teraz doszła najgorsza część, zdolności. Już dawno przekonała się, że ciężko jest wyjaśnić, co dokładnie potrafi.
Ponownie upiła kilka łyków wody, tym razem milknąc na o wiele dłuższą chwilę. Najpierw zacznie od leczenia, widzenie aur może uda się pominąć. Tak samo zresztą, jak jej kompletny brak wzroku, ograniczający się do kolorowych plamek.
- Jak już mówiłam, jestem uzdrowicielką. Personel medyczny Altharu dzieli się tak naprawdę na dwie kategorie – medyków i uzdrowicieli. Medycy zajmują się zwykle niezbyt ciężkimi ranami, opatrują je, zszywają, leczą, można rzec, inwazyjnie. Podają różne leki i inne substancje wspomagające. Uzdrowiciele leczą nieinwazyjnie, bez użycia jakichkolwiek narzędzi. Po odpowiednich szkoleniach są w stanie wiedzieć, jaki uraz i w jakim miejscu organizmu nastąpił i wyleczyć go dotykiem, nie pozostawiając u pacjenta żadnych śladów po leczeniu. – przez cały czas nie poruszyła się ani na chwilę z miejsca, raz jedynie krzyżując nogi, bo tak było jej wygodnie. Dopiero w tym momencie lekko odchyliła głowę w tył, co sprawiło, że włosy odsunęły się jej z twarzy i ukazały zamknięte powieki. Zdecydowanie nie było to zbyt normalne zachowanie, ale dziewczyna najwyraźniej miała w tym jakiś cel. W tym miejscu opowieści zdała sobie także sprawę z faktu, że nie sposób będzie ukryć jej widzenia aur czy tkanek, bo to stricte wiązało się z tym, co potrafiła. Bez tego byłaby takim samym uzdrowicielem, jak inni.
- Również pod względem umiejętności uzdrawiania jestem unikatem. – powiedziała, dopiero wtedy otwierając oczy i wpatrując się sufit, a dłonie opierając o brzeg stołu. – Po pierwsze, widzę aury. I tylko je. – cóż, w ten właśnie zawoalowany sposób, przyznała się do swojego najbardziej słabego punktu – że była kompletnie ślepa. I nie było szansy, żeby cokolwiek z tym zrobić. Nie wiedziała, czy dobrze robi, ale bez tego punktu, wyjaśnienie jej umiejętności było prawie niemożliwe. Zresztą samiec obok niej był telepatą, nie byłoby dla niego żadnym problemem przetrzepać jej cały umysł i i tak byłby świadomy tego specyficznego… mankamentu jej osoby.
- Na ich podstawie jestem w stanie stwierdzić rasę, orientacyjny wygląd osobnika taki jak wzrost czy umiejscowienie kończyn. Również urazy odbijają się na aurze, na tym etapie jednak nie jestem jeszcze w stanie stwierdzić, w którym miejscu dany uraz nastąpił. Jeżeli się jednak skoncentruję, potrafię zobaczyć obraz istoty przede mną w formie układu tkanek i narządów. – zanim spojrzała na Hakkerę, chcąc usilnie uniknąć obrazu jego aury, skupiła się, by od razu widzieć jego żyły i tkanki. Dopiero wtedy odsunęła się od stolika i podeszła blisko samca.
- Trochę ciężko to wyjaśnić, więc sądzę, że najłatwiej będzie to zrobić po prostu na podstawie demonstracji. – powiedziała rzeczowo. Spokojnym ruchem dotknęła głównej żyły na ręce smoka i sunąc palcem w dość delikatny sposób skierowała się wyżej. Wybrała prawą rękę, jako tę dalszą od serca. Zaczęła od nadgarstka, jako że tak było najłatwiej i powoli przesuwała palcem po łuskach wyżej, przez całe przedramię, zgięcie łokcia i ramię, aż do miejsca na piersi, w którym znajdowało się serce.  – Wnioskując po wyglądzie, musi być to główna żyła ręki. W tym miejscu znajduje się kolejna, całkiem spora plama, wnioskując po kreskach i innych plamach wokół przypuszczalnie jest to serce. Idąc niżej, znajduje się kolejna plama, po kształcie przypuszczalnie powinna być to wątroba, a te dwie wielkie to zapewne płuca. – każdą z plam oczywiście obrysowała palcem, nie do końca zdając sobie sprawę, że mogłoby to być uznane za obmacywanie. Dziewczyna była bardzo… profesjonalna, z braku innego słowa, w tym, co robiła. Nie było w tym żadnego podtekstu, po prostu chodziło o to, by bardziej obrazowo wyjaśnić, co widzi. Jej dotyk był stosunkowo delikatny, a dziewczyna zdawała się kompletnie nie zwracać uwagi na łuski i futro. Po prostu na chwilę obecną skupiała się na dokładnym opisie tego, co widziała. W miarę dokładnym rzecz jasna. Futro trochę przeszkadzało, więc kilkukrotnie po prostu je odsunęła, żeby dostać się do łusek pod nim. Wszystko w celu dokładniejszych wyjaśnień oczywiście.
- Wszystko, poza sercem, bo na to wskazuje układ żył i tętnic, to tylko moje przypuszczenia, bez znajomości anatomii Twojej rasy nie jestem w stanie stwierdzić, czy dobrze wskazałam dany organ. Jak mówiłam, jestem unikatem wśród uzdrowicieli i wiedza anatomiczna nie jest mi do niczego potrzebna. Instynktownie wiem, w którym miejscu nastąpił uraz i równie instynktownie go leczę. Mówiąc bardziej obrazowo, nie powiem, że na przykład masz dziurawe płuco po przebiciu pociskiem, ale będę wiedziała, że uraz jest na przykład w tym miejscu… – tutaj delikatnie dotknęła miejsca, w którym wcześniej uznała, że być może jest płuco. Oczywiście po przeciwnej stronie, niż serce. Sama by się wściekła, gdyby ktoś dziubnął ją palcem w miejsce, gdzie biło serce, więc wybrała to drugie płuco. – …i bez najmniejszych problemów go wyleczę. Nie umiem wyjaśnić tego w bardziej logiczny i zrozumiały sposób. Po prostu tak właśnie potrafię. – dopiero wtedy się cofnęła na poprzednie miejsce do poprzedniej pozycji, znów zamykając oczy.
Ból głowy powoli przechodził, a dziewczyna zastanawiała się, co powiedzieć dalej. W sumie właśnie, okulary. Opróżniła do końca butelkę wody i podjęła dalszy ciąg.
- Althar jest dosyć rozwinięty technologicznie, wobec czego posiadam specjalne chipy w głowie. Pierwotnie miały służyć do łączenia się z urządzeniem sczytującym dla mnie napisy, jednak w efekcie sprawiły, że potrafię sczytywać dane z wszelkich nośników na mojej planecie. Potrafię także wchodzić do sieci danych. Zabezpieczenia nośników nie mają dla mnie znaczenia, przy zabezpieczeniach sieci jest już różnie. Zależy od sieci generalnie. W taki sposób potrafię również komunikować się ze sztuczną inteligencją. Wszystko oczywiście przy pomocy dotyku, muszę mieć fizyczny kontakt z urządzeniem podpiętym do sieci lub nośnikiem danych. Okulary, które noszę, są tak naprawdę systemem mikrokamer łączących się z chipami. Mam je niezbyt długo i wciąż ciężko mi się na nie przestawić, zbyt długie używanie powoduje ból głowy. – westchnęła lekko, wkładając okulary na oczy i dopiero wtedy spoglądając na Hakkerę.
Zdawała sobie sprawę, że takie zdolności nie są normalne i często spotykane, a przynajmniej nie w takim zestawieniu. Były kompletnie różne od siebie, bez żadnego czynnika łączącego. Ashara przypuszczała, że jest to wynik jej mieszanego pochodzenia, ale nigdy nie zostało to sprawdzone. Zresztą po co w ogóle było to roztrząsać. To właśnie potrafiła i jedyne, co mogła robić, to rozwijać te umiejętności. Chciała się nauczyć wielu rzeczy, a czego by nie powiedzieć, mogła nie mieć więcej okazji. Poza tym miała wrażenie, że z nośnikami danych tutaj może być spory problem, ale to może i lepiej. Uważanie na wszystko, czego dotyka, było naprawdę irytujące.
W zasadzie było to już wszystko, co powinna powiedzieć, przynajmniej we własnym mniemaniu. Dlatego też zdecydowała się w końcu usiąść na krześle naprzeciwko Hakkery i spokojnie czekać na jakieś jego pytania, o ile będą. Przypuszczała, że i owszem, skoro coś, co dla niej było kompletnie zrozumiałe i jasne, dla niego niekoniecznie. Podczas całej swojej wypowiedzi zdarzało się, że nie potrafiła dopasować jakiegoś słowa z tutejszego języka i zastępowała go własnym, rodzimym, ale generalnie pod tym względem powinna być to dosyć zrozumiała wypowiedź. Zastanowiła się chwilę, bo wcześniej samiec stwierdził, że ona również może zadać jakieś pytania. Obecnie w sumie miała dwa.
- Jeśli to nie jakaś tajemnica, dlaczego budynki są wykonane z metalu? – spytała uprzejmie, z niejaką dozą ciekawości w głosie. Znowu w głowie zaczęła sobie nucić, jako że było to dla niej w pewien sposób odprężające. – I czym tak dokładnie jest Densorin? – dość dobrze powtórzyła nazwę podaną jej przez Daalkiina, korzystając ze swojej świetnej pamięci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1401
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   Yesterday at 9:11 pm

NPC Storyline - AAF|Hakkera|Jinkusu

Hakkera zastygł we wcześniej przyjętej pozycji, spoglądając gadzimi ślepiami na przybyszkę z kosmosu, obserwując, jak ta opiera się o stolik, zamiast usiąść na wcześniej przygotowanym krześle. Nie zamierzał jej zmuszać, w końcu była to jej prywatna kwestia, a samo przesłuchanie miało miejsce na osobności. Nie musieli więc przestrzegać stricte reguł stosowanych w bardziej formalnych miejscach, jak na przykład cela czy dedykowane pokoje przesłuchań. Wzrok podążył za przedmiotem, przypominającym z wyglądu ziemskie okulary, tylko dodatkowo naszpikowane technologią. Powinien je jej odebrać, ze względów bezpieczeństwa, niemniej nic nie wskazywało na to, by przedmiot ten mógł być postrzegany w roli zagrożenia. Skupienie powróciło do kobiety, gdy ta odezwała się do niego, rozpoczynając swoją "opowieść". Ręce smoka powoli osunęły się płasko na blat, kiedy to ślepia wpatrzone były w nią z ciekawością. Jasnołuski uwielbiał słuchać o obcych cywilizacjach, podróżach oraz całym tym ogromnym wszechświecie, kryjącym w sobie tyle tajemnic. W ten sposób łączył przyjemne z pożytecznym, wykonując zarówno obowiązki żołnierza, jak również realizując własną pasję. Przez cały swój żywot nie zwiedzi zapewne nawet jednego procenta wszystkich zamieszkanych światów. Westchnął tylko głębiej na informację o tym, kim byli rodzice kobiety. Odnośnie densorinów, był w stanie jasno określić różnicę, pomiędzy medykiem, lekarzem, ratownikiem, a uzdrowicielem. W innych kulturach granic te potrafiły się bardzo zacierać, stąd informacja ta niewiele mu dała. Hierarchiczna struktura społeczna znacznie różniła się od tej, z jakiej pochodził lord. Nie tylko pochodzenie się liczyło, choć potrafiło niektóre kwestie ułatwić oraz utrudnić. Zazwyczaj istoty pokryte łuskami i władające magią, miały w życiu nieco łatwiej. Delikatnie zmarszczył brwi, zastanawiając się nad izolacjonizmem. Rzadko spotykane w przypadku rasy zdolnej do lotów kosmicznych. Niemniej był to ich wybór, którego nie zamierzał oceniać.
Nic jednak nie zwróciło tak uwagi pilota, jak historia dotycząca jej statku. Jasne, gadzie ślepia, przez chwilę wbite w blat stołu, uniosły się do góry i skierował prosto na kobietę. Źrenice nieco powiększyły się, uszy nadstawiły by wyraźnie słyszeć to, co do niego mówiła, nie do końca wierząc jej słowom. Absurd jej wypowiedzi był tak ogromny, że aż prawdziwy w przekazie. Niepasująca do swoich, postanowiła odlecieć do innej galaktyki, na niesprawdzonym wcześniej, a do tego uszkodzonym statku kosmicznym. W tym wszystkim sama nie posiadała najmniejszych umiejętności w kwestii pilotażu... a co najgorsze, mówiła prawdę. Dla kogoś, kto uwielbiał loty kosmiczne, siedząc przy tym za sterami, było to coś tak niewiarygodnego, że musiał to sprawdzić w jej umyśle, choć dość delikatnie, kontrolując tylko czy nie próbuje go bajerować. Gdy skończyła mówić, smok powrócił do bardziej naturalnego spojrzenia, kładąc uszy po sobie i przyjmując profesjonalny wygląd. Jeśli miała wygrać jakąś wielką nagrodę, to swoją okazję wykorzystała już na ten lot.
Ona skończyła na chwilę mówić, a on znów się zastanowił, opuszczając na chwilę swe spojrzenie. Technicznie rzecz biorąc, miała sporo szczęścia, że żaden z okrętów CORE nie uznał jej za cel do likwidacji. Biorąc pod uwagę niedawne wydarzenia, mogła zostać zniszczona zanim jeszcze dotarła do tego układu. Nie mówiąc już o systemach obrony planetarnej, usytuowanych na terenie Alranois. Ta historia robiła się coraz ciekawsza. A ona mówiła dalej, powodując, że ciarki przeszły po plecach samca. O ile sposób uzdrawiania dotykiem był mu znany i bardzo bliski o tyle jej ślepota dołożyła mu kolejnych przemyśleń, na temat tego, jakim cudem tutaj dotarła i przeżyła. Wzrok zawędrował ponownie na okulary, tylko na chwilę. Po to jej było to urządzenie, inaczej niczego by nie widziała. A był tego pewien, bo niedawno spotkała Inusannona, którego była w stanie dostrzec. Co za tym idzie, nie mogła posłużyć się aurą, gdyż tej u widma po prostu by nie dostrzegła. Po dalszych wyjaśnieniach, przyszedł czas na pokaz. Coś tknęło młodego densorina, że nie powinien dać się jej do siebie zbliżyć i demonstrować na sobie mocy. Niemniej należał do tej grupy istot, które były w stanie komuś zaufać. Zwłaszcza, posiadając dostęp do głowy tej istoty, a przynajmniej intencji.
Nie do końca wiedząc, czego ma się spodziewać, Hakkera początkowo się wyprostował, nie cofając rąk, a jedynie układając je płasko na stole i pozwalając jej sięgnąć ku sobie. Odwrócona wewnętrzną stroną do góry dłoń, zaraz została chwycona, a stwór obserwował poczynania kobiety, uważnie słuchając, choć bardziej - obserwując oraz czując. Palec który sunął mu po przedramieniu, układając pod sobą futro oraz naciskając na łuski, niezmiernie go zainteresował. Rzeczywiście, musiała widzieć wewnętrzną budowę jego ciała, gdyż łuski same w sobie znacząco utrudniały wyczucie żył i tętnic, a co dopiero w połączeniu z futrem, w które ten był wyposażony. Ogon powoli przesunął się po łóżku, a sam stwór lekko odchylił korpus do tyłu, kiedy jej dłoń nie zatrzymała się na ramieniu, a wsunęła mu na korpus, gdzie palec zatrzymał się w miejscu w którym znajdowało się serce. Teraz już spoglądał na nią, nie chcąc opuszczać pyska tak nisko. Wszystko było w porządku, a jemu nie działa się krzywda. Jedynie jej "przypuszczenia" pozostawiały nieco do życzenia, jasno informując, że mogłaby nie być w stanie wyleczyć przedstawiciela rasy, której nie zna, gdyż jej moc nie poinformuje jej jaki organ został uszkodzony. A każdy wymaga nieco innej opieki. W tym wszystkim, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zapomniała, iż jest istotą pokrytą łuskami. A niedawno jeden taki przyprawił ją o poważne nerwy. Nie mógł z resztą powiedzieć, że coś takiego mu się nie podobało. Pomijając kwestie dość przyjemnego dotyku, Hakkera lubił poznawać sposób działania mocy innych, zwłaszcza, gdy można było nimi pomóc. Sam miał na to swój, nieco skomplikowany sposób, stąd chętniej sięgał po narzędzia, aniżeli bezpośrednią moc. Przy następnym, lekkim dźgnięciu w pierś, smok spojrzał jej na twarz, sprawdzając czy ona aby na pewno dalej ukazuje mu swą moc, a nie na przykład zaczęła go zaczepiać. Nie mógł wiedzieć, jakie zwyczaje kierują innymi gatunkami. Zwłaszcza, że dla niego, jej zachowanie było jak najbardziej normalne oraz akceptowalne.
Prezentacja dobiegła końca, a jasnołuski stwierdził, że nic się w nim nie zmieniło. Co prawda był zdrowy, tak teraz, jak i przed chwilą. Nie bardzo więc co miało się zmienić. W takim wypadku, smok powrócił ustawieniem rąk do wcześniejszej pozycji, opierając łokcie na stole i krzyżując palce dłoni o siebie nawzajem. Praktycznie nic nie mówił, przestawiając się w pełni na tryb słuchacza, niemniej tak było po prostu wygodniej. Zamiast wchodzić jej co chwila w zdanie, po prostu słuchał. Zwłaszcza, że nie wydawała się niczego przed nim ukrywać, a jedyny fakt, jaki chciała zataić... cóż, sama wyjawiła kilka sekund później. Wyjaśniło się natomiast i miał rację, okulary były dość proste i wręcz archaiczne, biorąc pod uwagę jej opis tego przedmiotu. Nie mówiąc już o kontaktowaniu się ze sztuczną inteligencją. Ciekawe czy miała kiedyś do czynienia ze świadomą maszyną? Nadszedł jednak koniec jej części, a by nie tracić czasu, zadała pytania i jemu. Na pierwsze, po prostu rozejrzał się dookoła, zanim wziął się za odpowiedź. Odruchowo, przyjrzał się zabudowie pokoju, zerkając bardziej ku oknu by dostrzec widoczne tam budowle z metalu.
-Federacja jest dość bogata, stąd ta baza wojskowa stworzona jest w całości z metalu. Budynki są dzięki temu bardziej wytrzymałe oraz odporne, lepiej chroniąc personel. W końcu znajdujemy się w głównej bazie wojskowej tego małego państwa.
Wyjaśnił krótko w odpowiedzi, powracając wzrokiem do swej rozmówczyni. Nie chciał wdawać się w szczegóły dotyczące struktury tych budowli. Mogło to ją nie tyle nie zainteresować, co po prostu zanudzić przez szczegóły. Drugie pytanie było już nieco prostsze dla ułożenia odpowiedzi. Hakkera zaczął od... podniesienia rąk do góry, wyciągnięcia się, mruknięcia, a następnie przewalenia się na plecy. Tak, to był doskonały motyw na rozpoczęcia opowieści, lądowanie grzbietem na miękkim łóżku. Dodatkowo nie należącym do niego.
-Planeta oraz gatunek, jaki reprezentuję. - Zaczął, uginając ręce w łokciach i wsuwając sobie dłonie pod głowę. Ogon zsunął się po boku na ziemię, a on kontynuował. -Jesteśmy dość... starym gatunkiem ale młodzi, jako "cywilizacja". Wyłączając strukturę plemienną oraz wojnę wyzwoleńczą. Poza mną, spotkać można densorinów, takich, jak sędzia - czyli smoki.
Ze skrzydłami i wszystkim. Ród królewskie to złotołuscy. Ja jestem smokiem wschodnim. Lodowym. Do tego dochodzą wilkowaci, kotowaci, jaszczurowaci. Wszystko w różnych umaszczeniach, podgatunkach ale tworzymy jedną całość. Wspólnie. Densorinów. Mamy dość sporą flotę, kolonie, do tego jesteśmy częścią Wspólnoty Systemów.

Tutaj skończył swoje krótkie wyjaśnienia, nie chcąc znowu chodzić w szczegóły dotyczące hierarchii czy ich obecności na tej planecie. Zawsze może o to dopytać, a z drugiej strony - to on przesłuchiwał ją, a nie na odwrót. Ciężko więc, by nagle zamienili się rolami. Unosząc wzrok na nowo ku Asharze, Hakkera podniósł delikatnie łeb i postanowił zadać kolejne, bardzo krótkie pytanie lecz znaczące pytanie.
-Co teraz zamierzasz?.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)   

Powrót do góry Go down
 
Dracon Maxime (Wyspa Zytalst)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Wyspa Twarzy
» Wyspa Endor
» Bezludna Wyspa - Survival Time.
» Kronika rodu Tarth
» Most w Sligachan, wyspa Skye

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Reszta planety :: Alranois-
Skocz do: