Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)

Go down 
AutorWiadomość
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1548
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Nie Maj 07, 2017 8:30 pm


Ukryta placówka DSAT, znajdująca się na wzgórzach w północno-zachodniej części wyspy Zewyhn. Na zewnątrz, pomiędzy drzewami, znajdują się trzy niewielkie budynki oraz brama wjazdowa do większego, podziemnego kompleksu. Placówka pełni rolę bazy DSAT na ternie głównej wyspy Alranois.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 547
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Wto Lut 13, 2018 6:49 pm

Najpewniej CORE nie wyśle Eulali na jakieś arktyczne misje, podczas gdy Rhoshan mógł sobie radzić w zimnych warunkach jak również tych gorących. Chociaż w obu ze względu na rodzaj futra radził sobie przeciętnie. Na śniegu będzie go widać i nie zmarznie, zaś grube futro przez jakiś czas będzie izolowało gorąco. Gorzej jak wtedy człowiek by się chciał do niego przytulić. Poparzyłby się od nagrzanego futra. Czasami dobrze było mieć po prostu grubą skórę.
- Albo zaawansowany masochizm – skomentował. Były pewne granice, których nie przekraczał. Ból nie był jako tako przyjemną rzeczą, a jedynie dawał satysfakcje z dobrego treningu. Jako ten wskaźnik, że mięśnie są uszkodzone i będą się regenerowały, by móc potem podnieść więcej i więcej. Trzeba było tylko uważać, by nie zerwać sobie czegoś, bo wtedy cały trening szedł w pieruny przez rehabilitację.
- Czasami dawałem jej palec, ale nie mogła się przez skórę przegryźć. Żywi się pomniejszymi owadami – ta roślinka, którą miał była bardzo podobna do jednej z ziemskich roślin. Tylko ta była bardziej drapieżna, bo mogła rozłupać pancerz chrząszcza swoimi „szczękami”. Taka była zasadnicza różnica. No i nie zwabiała owadów słodkim zapachem, a po prostu atakowała jak drapieżnik wszystko co przelatywało i dotknęło wyrostka.
Nodin coś długo nie wracał, a Rhoshan zastanawiał się czy wszystko w porządku z mistrzem. Chociaż ten pewnie by go jeszcze skarcił za takie myślenie, bo jakże potężnym widmem chodzącym własnymi ścieżkami on nie jest. Kiedy tylko ISAC wydał z siebie dźwięk, odstawił Eulalię na ziemię, by móc sięgnąć do ramienia po swoje urządzenie i odebrać połączenie. Wtedy wyświetliło się holograficzne połączenie człowieka, który zadzierał głowę. Musiało to być dla niego niewygodne, więc jedyne co pozostało lisowi to pochylić się nieco, by ten nie musiał zadzierać głowy tak bardzo.
Istotnie im przeszkodził, a Rhoshan posłał Eulali uśmiech, by zaraz spoważnieć i wrócić wzrokiem do oficera. W końcu gdyby nic się nie stało, to nie kłopotałby się zakłócać spokoju tej dwójki. Chociaż kto wie, może ludzie mieli to w naturze, że lubili się komuś naprzykrzać. Zdecydowanie nie było tego widać po Akirze, którą wtedy spotkał w Houston. Tamta to pewnie schowałaby się pod kocykiem i nie wyszła z niego, gdyby na zewnątrz zaczęło padać. Lis na szczęście na deszcz nie musiał narzekać, bo miał futro, ale to nie znaczy że latanie z mokrym futrem jest przyjemne. Znaczy fajne uczucie to móc się otrzepać na takiego człowieka, który bardzo zadziera nosa i ukrywa się pod kocykiem.
- Wiedziałem, że poszedł się gdzieś bawić i zgarnia wszystko co najlepsze dla siebie – powiedział lis prostując się i zakładając ręce na piersi. To już wiadomo co takiego stało się z jego mistrzem. Znalazł sobie wesołą kompanie pokroju przeciwników, z którymi musiał pogłębić swoją znajomość. Najlepiej przy pomocy pazurów wbijanych w korpus lub inną część ciała. W sumie nawet fajnie się złożyło, że po chwili wyświetliła się mapa wyspy z celem. Akurat Eulalia chciała mieć spacerek, więc będzie jak znalazł wycieczka z punktu A do B.
- Ciekawe. Jeszcze nie miałem okazji na Ziemi być łowcą skarbów. Sunny pewnie będzie zadowolona jak dobierze się do artefaktu – skomentował słowa oficera. W sumie takie szukanie artefaktu to miła odmiana względem tego co miał ostatnio. Tym razem pewnie nikt nie będzie do niego strzelał, chyba że ktoś inny też zechce przyjść po artefakt. Nodin pewnie odpierał pierwszych „gości”.
Nie spodziewał się jednak tak szybkiego awansu po walkach w Houston. Na pysku wykwitł mu uśmiech i zamerdał ogonem. Nawet z ust człowieka takie gratulacje były tak samo łechcące ego – Dziękuję – chociaż niewiele mu też ten stopień mówił. Pewnie awansował z rekruta na stopień wyżej. Będzie musiał potem sprawdzić jak to wygląda w faktycznym łańcuchu pokarmowym dowodzenia. Chociaż też niespecjalnie zdziwił się, że tutaj mięśniami nic nie wskóra. W końcu mieli crathygtańską technologię więc posiadali środki do radzenia sobie z takimi olbrzymami. Reszta planety pewnie miała jakieś gadżety jak SHIELD, kwestia tylko jak faktycznie by sobie poradzili z wyszkolonymi gigantami? Hulk był tępą masą mięśniową, a siał takie spustoszenie w przeszłości. No nic, trzeba uznać, że tutaj nawet zwykły człowiek mógłby położyć futrzaka więc lepiej nie podskakiwać. Wyłączając z równania oczywiście przypadek, gdy głównodowodzący jest dupkiem, który wysyła ludzi na pewną śmierć. Wtedy można podskoczyć i go znokautować.
Lis więc pokiwał głową i przypiął urządzenie do ramienia, gdy transmisja dobiegła końca. Uśmiechnął się do Eulali – No to co? Ścigamy się kto pierwszy dotrze do połowy trasy? – zapytał po czym pomknął bez ostrzeżenia w kierunku, który wskazywał mu ISAC. To była świetna okazja, by rozprostować kości, chociaż pewnie samica będzie od niego szybsza ze względu na swoje gabaryty. Z drugiej strony to też dawało mu motywację, by biec szybciej i wykrzesać z siebie więcej niż zwykle. Nie mógł się pokazać z tej gorszej strony! Zresztą drugą połowę mogą przebyć na spokojnie, by Eulalia mogła nieco zwiedzić wyspy.
Kiedy w końcu dystans zaczął się skracać do dwóch-trzech kilometrów, mogli już nieco zwolnić tępo. Zwykle cywile ludzcy narzekaliby na taką odległość, gdyby nie mieli jakiegoś środka transportu jak rower, ale… czy widział ktoś lisa na rowerze? No właśnie. Z daleka lis usłyszał nadjeżdżającą ciężarówkę i zatrzymał się, spoglądając w jej stronę. Poczekał, aż kierowca podjechał do nich, a następnie zlustrował go spojrzeniem. Pewnie tutejszy, bo nie uciekł na ich widok, a ciężarówka zdecydowanie była militarnego przeznaczenia.
Pierwszą puścił Eulalię, by na spokojnie znalazła sobie miejsce. W końcu jest mniejsza, więc najwyżej Rho będzie się cisnął. Ona pewnie mogła wskoczyć na górę lub po prostu się podciągnąć. Lis wolał po prostu się podciągnąć, by swoją masą nie zatrząść całym pojazdem. Na pace było jeszcze trochę żołnierzy, którym lis skinął głową na powitanie, po czym usiadł na wolnym miejscu. Obok Eulali, w końcu żołnierze się posunęli i zrobili im miejsce, także na pewno się zmieszczą.
- Mamy odzyskać artefakt. Ja myślę, że to może być broń. Taka, która wywaliłaby w kosmos to Widmo, z którym walczyłem w Houston – podzielił się lis swoimi przypuszczeniami z resztą. W sumie jeśli coś jest crathygtańskie to najpewniej będzie to jakiś rodzaj broni. Nawet jeśli to statek to zawsze można go wykorzystać jako broń lub w ostateczności taran do zmiażdżenia innego okrętu. Lis również ucichł, gdy reszta się uspokoiła. Oparł się i patrzył na zmieniający krajobraz. Z terenów malowniczej wyspy, na bazę wojskową. Rhoshan spojrzał na zmyślne fortyfikacje wzniesione w tym miejscu. Niewielki posteruneczek, którego można bronić dosyć sprawnie. Kiedy reszta zeszła z paki, przyszedł i moment by Rhoshan i Eulalia też się ewakuowali z pojazdu. Zeskoczył na ziemię z dosyć głośnym tupnięciem. Nie było zapewne w tym tyle gracji co w przypadku Eulali.
Po chwili podbiegł do nich człowiek. Zmachał się niemiłosiernie, jakby goniły go psy czy coś takiego przez półtorej kilometra. Lis spojrzał na niego z góry (hehe, bo w końcu był wyższy), po czym dał mu chwilę na złapanie oddechu.
- Jasne. Jesteśmy za wcześnie? – zapytał. W sumie mogło mieć na to wpływ ich faktyczne tempo przemieszczania się. Stawiali większe kroki niż ludzie, zatem też szybciej pokonywali dystans. Potem zostało tylko pójść za żołnierzem.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 40
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Czw Lut 15, 2018 12:45 pm

Czyli roślinka była mała skoro Rho mógł jej dać tylko palec do spróbowania. A ona już sobie wyobrażała jakąś wielką, krwiożerczą roślinę, z którą trzeba uważać. Właściwie to nie przeszkadzało jej, że okazała się mała. Tak czy siak chciała ją zobaczyć, bo nie kojarzyła, by kiedykolwiek widziała coś takiego. Rośliny zazwyczaj spokojnie sobie rosły, żywiąc się promieniami słonecznymi. No, mogły się trafić takie, które potrafiły się poruszać. Jak na przykład pnącza, które chcą cię udusić, ale mięsożernych roślin na pewno nie widziała.
Ich spacerek i rozmowa o różnych, dziwnych rzeczach zostały przerwane przed dźwięk ich ISAACów. Nareszcie ktoś o nich pomyślał. Choć z jednej strony trochę szkoda, bo było całkiem przyjemnie móc tak sobie beztrosko rozmawiać. Odstawiana przez Rho na ziemię, stanęła tuż obok niego wyprostowana, kierując swoje spojrzenie na hologram, który się przed chwilą wyświetlił. A więc nawet dorośli ludzie byli od nich niżsi. Ciekawe. Choć i tak byli nadal w miarę wysocy. Przedstawiciele niektórych ras potrafili być naprawdę mali. Byli też tacy, przy których i ona i lis byli mali. Zawsze to jakieś nowe informacje dla niej.
- Mówiłeś coś o wybuchu, pewnie to tam Nodin walczy. A skoro tyle go nie ma to musi mieć ciężko. - zwróciła uwagę na wcześniejsze słowa samca, gdy ten jej tłumaczył, gdzie się podziewa jego mistrz. Podobało jej się zadanie, które przekazał im mężczyzna. Szukanie artefaktu oznaczało całkiem sporo podróżowania, więc dokładniej sobie obejrzy tą wyspę. Taki tam dodatkowy plus misji. Poznanie nowego miejsca i obejrzenie go sobie. Uśmiechnęła się jedynie lekko kiedy Rhoshan wspomniał o Sunny. Ciekawe czy w ogóle będzie mogła sobie obejrzeć ten artefakt. W końcu nie wiadomo było, co to dokładnie jest. Mieli tylko pewne domysły.
- No proszę, jeszcze cię nie dogoniłam, a ty już awansujesz. Gratulacje. - odezwała się z uśmiechem na pyszczku. Taki awans świadczył o tym, że lis czymś się zasłużył. Musiał wiele zrobić w tym całym Houston, czymkolwiek ono było. Co prawda nazwa stopnia nic jej nie mówiła, ale awans to awans. Oznaczał wspięcie się o jeden schodek wyżej.
Kiedy otrzymali trasę ze swoich ISAACów, gepardzica wywołała ją sobie przed oczami dzięki urządzeniu. W ten sposób nie było potrzeby zerkania na holograficzną mapę. Ledwo zdążyła to zrobić, a już Rho rzucił jej wyzwanie i ruszył pędem przed siebie. Wyszczerzyła kły w uśmiechu do siebie i zaraz ruszyła w z miejsca biegiem. Początkowo lis był przed nią, bo w końcu wystrzelił z miejsca niespodziewanie. Eulalia jednak szybko go dogoniła, a później nawet trochę przegoniła. Mimo wszystko jednak starała się trzymać dosyć blisko niego.
W końcu jednak przerwali bieg i ruszyli spacerem. To jej zdecydowanie bardziej odpowiadało, bo mogła się rozglądać na wszystkie strony i wszystko dokładnie sobie obejrzeć. Trzymała się blisko samca, a kiedy on się zatrzymał, zrobiła to samo. Spoglądała czujnie na pojazd, który się do nich zbliżał. Tutaj musiała się zdać na przyjaciela, on lepiej znał to miejsce i wiedział, jak się zachowywać. Ku jej lekkiemu zdziwieniu zostali zawołani, by dołączyć do grupy w pojeździe. Musieli trafić na wojskowych. Bez problemy podciągnęła się i znalazła sobie miejsce. Miała smukła sylwetkę i nie zajmowała wiele miejsca. Może trochę więcej od żołnierza, siedzącego obok. Czuła na sobie ich wzrok, ale nie usłyszała żadnego komentarza. Nawet takiego, wyrażającego czystą ciekawość. Sama więc postanowiła nie reagować na to przyglądanie się im.
- Też myślę, że to jakaś broń. Niebezpieczna w nieodpowiednich rękach. - odezwała się zaraz po lisie. W końcu bez powodu nie mieliby się zajmować tą misją. To musiało być coś niebezpiecznego. Przekonają się o tym później. Teraz Eulalia głównie się koncentrowała na podziwianiu widoków. Starała się trzymać ogon przy sobie, ale jego końcówka i tak drgała lekko, wyrażając jej ekscytację tymi wszystkimi nowościami.
W końcu jednak dotarli na miejsce. Ich pojazd się zatrzymał, a ludzie powysiadali z niego. Eulalia z gracją zeskoczyła na ziemię i przeciągnęła się, rozprostowując kości. Zaraz też podbiegł do nich jakiś mężczyzna, wyraźnie w pełni ubrany po wojskowemu. Gepardzica zerknęła na swojego towarzysza, a następnie z powrotem na nieznajomego. Faktycznie mogli być trochę za szybko skoro trafili na transport. Z drugiej strony nawet na pieszo byliby tu szybciej niż jakikolwiek człowiek. Ważne, że byli już tutaj i mogli poznać szczegóły misji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1548
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Wto Lut 20, 2018 9:50 pm

NPC Storyline - AAF|Dur-Shurrikun|Jinkusu

-Jakby się czepiać, to nawet za późno.
Skomentował mężczyzna, odwracając się zaraz i gestem ręki wskazując im, by podążyli za nim. A skierował się w stronę wielkich wrót "hangaru", nadając dość szybkie - jak na człowieka - tempo marszu. Podchodząc do samych wrót, mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, przepuszczając wyjeżdżający pojazd ciężarowy, podobny do tego, którym tutaj przyjechali. Różnicą była zakryta paka. Gdy tylko pojazd przejechał, cała trójka ruszyła dalej. Hangar wewnątrz góry nie był przystosowany do statków powietrznych. Dość spory, znajdowały się tutaj pojazdy naziemne, ciężarówki, opancerzone wozy bojowe, a nawet kilka czołgów. Do tego "armia" personelu, patroli, mechaników, żołnierzy - zajętych codziennymi obowiązkami. Oficer skierował się z nimi na sam koniec, przez co mieli okazję by przyjrzeć się poszczególnym pojazdom. Typowo ziemskim, mniej zaawansowanym, niemniej na pewno niebezpiecznym. Drzwi otworzyły się, jak na zawołanie. Akurat ktoś wychodził, przepuścili dwójkę żołnierzy i sami weszli na korytarz. Dość spory - dla ludzi. Rhoshan, przy swej masie, mięśniach - a co za tym idzie - szerokości, musiał momentami skręcać korpus, jeśli akurat mieli kogoś przepuścić. Był zwyczajnie za wielki. Kilka zakrętów, szybko dotarli do windy. Przewodnik nadusił na przycisk, odczekali kilkanaście sekund i maszyna dotarła na ich poziom. Weszli do środka, winda była przystosowana do transportu bardzo ciężkiego ładunku, stąd masa dwójki densorinów nie powodowała żadnego zagrożenia. W środku, mężczyzna wcisnął najniższych przycisk, a winda szybko popędziła na wskazane piętro. Drzwi się otworzyły, wyszli na zewnątrz i od razu natknęli się na ciężej uzbrojony, czteroosobowy patrol. Dowódca zatrzymał ich, zlustrował densorinów wzrokiem, sprawdził identyfikator ich przewodnika, po czym puścił ich dalej.
-W sumie nie potrzeba wam umundurowania. Wygląd mówi sam za siebie. Jeśli jednak wyjdziecie do miasta, to polecam nie zapomnieć o ISACu. Brak tego małego urządzenia i pierwszy patrol narobi wam problemów. Mimo wszystko jesteśmy ostrożni, nie chcemy, by ktoś się pod was podszywał, a co za tym idzie - swobodnie poruszał po terenie federacji.
Skomentował mężczyzna, w końcu rzucając jakiś temat do krótkiej rozmowy. Densorini mogli spokojnie poruszać się ulicami miast, pewnie - wzbudzali sensację, niemniej nie tak poważną. Tutejsi byli przyzwyczajeni. Mimo tego, nadal należało się liczyć z kontrolą ze strony policji czy AAF, którzy natknęli by się na pojedynczego lub dwójkę kosmitów w mieście. Nawet z CORE. Choć zawsze leżało to w indywidualnej decyzji patrolu. Nikt nikomu nie sprawiał problemów. I znów podróżowali korytarzami, marsz zajął im dobre dziesięć minut, zanim dotarli do miejsca docelowego. Po drodze stale mijali uzbrojone patrole, średnio co drugi ich kontrolował. Miejsce to było silnie chronione, wyraźnie trzymali tu coś, czym nie chcieli chwalić się przed resztą świata.
W końcu dotarli na miejsce. Wywnioskować to mogli z faktu, że przed drzwiami oraz w korytarzu znajdowało się łącznie szesnastu żołnierzy, uzbrojonych oraz pilnujących wejścia, jak i wyjścia. Pancerne, grube drzwi wydawały się silnie wzmocnione oraz przygotowane na możliwe niespodzianki. Gdy podeszli do samych drzwi, jeden z wartowników ich zatrzymał.
-Dowództwo przekazało kontrolę operacyjną CORE. Jest pan zwolniony. Operatorzy mają czekać na swojego przełożonego.
Krótko, zwięźle i na temat. Bardzo wojskowo. Oficer-przewodnik przyjął informację, odwrócił się, pożegnał i polecił im tutaj zaczekać. "Wartownicy potrafią być nerwowi". Odszedł, a oni zostali sami, z rozstawionymi dookoła żołnierzami. ISAC, zapytany, jasno wskazywał, że ich uzbrojenie było dla tej dwójki zagrożeniem. Warto więc było się nie wychylać, zwłaszcza, że komputer dosadnie wskazywał, iż karabiny nie miałyby problemu z ich skórą. Tak więc czekali. Dobre piętnaście minut, zanim ktoś w końcu się zjawił. Ale narzekać nie mogli, gdy "przełożony" pojawił się w krótkiej smudze białego światła.
Mierzył dwa metry i dwadzieścia centymetrów wzrostu, jego ciało pokryte było ciemno-szarym futrem na grzbiecie i ramionach z jasnym, białym futrem na korpusie, palcach oraz pysku. Jasna grzywa, srebrzyste pazury, długi ogon - również okryty futrem oraz osobną "grzywą". Oboje znali tego osobnika aż za dobrze. Dur-Shurrikun przysłał siebie, a dokładniej - avatar, androida. Żadnego dodatkowego opancerzenia, umundurowania czy uzbrojenia. Brakowało nawet ISACa, choć w jego wypadku - sam był dla siebie ISACiem. Android nieco spłoszył żołnierzy, którzy dość szybko zrozumieli, z kim mają do czynienia. Reakcja była do przewidzenia. Spuszczenie broni, wyprostowanie sylwetki, ustawienie się na baczność. ISACi oznaczyły androida po imieniu, również określając jego rangę, jako "Fozok Rel". Stopień tłumaczony zarówno, jako najwyższy dowódca, jak i prymarcha. Android wyglądał tak, jak zawsze. Doskonały zbudowany, umięśniony i zadbany. A pod cudownym ciałem, metal. Zerwanie skóry groziło zawałem oraz scenami rodem z terminatora, z tą różnicą, że "bebechy" zakryte były przez pancerz. Płyty oraz panele, znajdujące się pod skórą i będące "właściwą" skórą. Organiczna, zewnętrzna część była zwykłą przykrywą, choć idealną oraz prawdziwą.
-Drem Yol Lok. Eulalia. Rhoshan.
Przywitał się, zaczynając od tradycyjnego pozdrowienia. Pojawił się na końcu korytarza, zaraz skrócił dystans, spokojnym - lecz pewnym korkiem. Ręce trzymał wzdłuż ciała, ogon swobodnie ciągnął za sobą, nieco nad ziemią. Jego kroki były praktycznie niesłyszalne, pazury nie obijały się o metalową podłogę. Lata praktyki lub kwestia bycia maszyną.
-Poprowadzę was przez tą misję. Ograniczamy technologię do minimum.
Wyjaśnił, zatrzymując się przed nimi. Idealnie się wpasowali, samica mierzyła dwa metry, samiec prawie dwa i pół, a android znajdował się pomiędzy tą rozmiarówką. Nawet w kwestii widocznej masy mięśniowej, Rhoshan wyraźnie stał z przodu. Co prawda crathygtanin był lepiej podkreślony i "idealny", niemniej nadal mniejszy od rudzielca. Jedynie kwestia realnego ciężaru praktycznie go wyróżniała. Krótki błysk światła, a ich ISACi zniknęły z ramion futrzaków, pozostawiając ich bez wsparcia technologicznego. Bo ograniczali ją do minimum, a jednocześnie brali ze sobą mobilny superkomputer. Android nie czekał, zaraz zbliżył się do drzwi, chwycił za klamkę i pociągnął je w swoim kierunku. Ich oczom ukazały się... cóż, metrowej grubości drzwi, a za nimi niewielkie pomieszczenie, do którego w trójkę wejdą na styk. W środku stolik, a na stoliku - urządzenie. Coś, co przypominało połączenie wielu figur geometrycznych, świeciło na zielono, choć delikatnie.
-Tholaar. Artefakt. Podjedźcie.
Dur-Shurrikun zaraz znalazł się w środku, obchodząc stolik dookoła i przyglądając się urządzeniu. Wielkością, Rhoshan mógłby przyrównać to do swojej otwartej dłoni. Tak więc takie całkiem małe nie było - choć, jak na ich wielkie standardy, największe również. Żołnierze zamknęli za nimi drzwi, a trójka operatorów pozostała sama. Nie było tu kamer ani żadnego innego podsłuchu. Pełne zaufanie - to urządzenie to sprawa CORE.
-To nie jest broń.
Uprzedził możliwe pytania lub domysły. Podniósł wzrok na densorinów, zerkając wpierw na Rho, a następnie na Eul, po czym wrócił spojrzeniem do urządzenia.
-Kusah... wstępnie oceniam to, jako transmiter materii.
Tak, nie przesłyszeli się. Maszyna dokonała wstępnej oceny, przypuszczenia. Nie był pewien, co to dokładnie było, jak działało oraz co mogło im uczynić za krzywdę.
-Prawdopodobnie przeniesie nas do crathygtanskich ruin. Mogą znajdować się na tej planecie lub w innej galaktyce. Teraz nie jestem w stanie tego ustalić. Ta technologia jest w stanie wpływać na mnie oraz wszystko, co oparte jest na tworach crathygtanskich. Dlatego odebrałem wam ISACi. Jeśli coś przełamie moją świadomość, wyłączę androida i dokonam bezpiecznej likwidacji. Wy będziecie kontynuowali beze mnie, czekając na ekstrakcję. W innym wypadku, dotrzymam wam towarzystwa. Pytania?
Tutaj zakończył swoje dotychczasowe wyjaśnienia. Pozostawała jeszcze jedna, ostatnia kwestia, jednak zamierzał ją poruszyć po możliwych pytaniach oraz uwagach z ich strony. Android był bardzo... żywy. Naturalny, wykazywał jakieś emocje, tonował swój głos odpowiednio do dobieranych słów oraz powagi wypowiedzi. A wydawał się dość spokojny, jakby w sumie wybierali się tylko na zakupy.
-Możecie używać siły tylko po dokonaniu efektywnej identyfikacji wrogiego celu.
Zakończył, poruszając ostatnią, najważniejszą kwestię. A oznaczało to, że przed podjęciem walki musieli być bardziej, niż pewni - że przeciwnik jest wrogiem. Ograniczał ich całkowity zakaz podjęcia walki z niepewnym celem, oczywiście wyłączając ostateczność. Czyli chronienie samych siebie, nadal operatorzy byli znacznie ważniejsi, niż potencjalna zdobycz z czasów Imperium Crathygtanskiego. Niemniej, natrafić mogli na cokolwiek. Zaczynając od pustych ruin, przez komory hibernacyjne, innego jinkusu lub magazyn uzbrojenia. Albo nawet stocznię okrętów wojennych.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 547
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Nie Lut 25, 2018 5:32 pm

Pewnie wspieranie Nodina odpadało z dwóch, może nawet trzech powodów. Przeciwnik pewnie był znacznie większym wyzwaniem, a samemu jaszczurowi ich obecność by przeszkadzała. No i pozostała trzecia kwestia, gdzie czarnołuski wykłócałby się, że sam wszystko zrobi co byłoby w jego stylu. Raz tylko widział sytuację, gdy faktycznie prosił o pomoc, a było to w momencie kiedy rasa, którą się opiekował była zagrożona. To była jedyna sytuacja, w której widmo samo z siebie nie mogło nic zrobić ze względu na jakieś tam ich zasady oraz siłę przeciwnika. Wtedy był jeszcze młody, ale gdyby nie podjął wtedy tej decyzji, by schować swoją godność do jaszczurzej kieszeni, lis nie stałby tu. Pewnie historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej.
Dotarli tutaj za późno w jego mniemaniu? Mógłby się podroczyć, że przecież oni się nie teleportują, ani nie posiadają własnego środka transportu. No ale cóż, to już chyba w ludzkiej naturze, by na coś  narzekać. Rzucił jeszcze porozumiewawcze spojrzenie Eulali i ruszył za mężczyzną w stronę hangaru. Nieszczególnie trudno było za nim nadążyć, zwłaszcza gdy stawiało się większe kroki. Lis słysząc nadjeżdżający pojazd zatrzymał się, by go przepuścić. Taki był w sumie plus słuchu czulszego, niż u człowieka. Można było przejść przez ulicę bez rozglądania się, bo słyszało się czy coś nadjeżdża z drugiej strony. Chociaż pewnie ktoś by i do tego się przyczepił. Ten pojazd jednak miał zakryty ładunek, więc zapewne przewozili coś czego raczej postronne oczy nie powinny dostrzec. W hangarze było jeszcze więcej pojazdów, w stronę których lis spoglądał ciekawsko. Zwłaszcza w kierunku czołgów. W Houston nie miał okazji poprowadzić tych gigantów, ale może tu na wyspie może będzie mu dane. Jeśli było to na tej samej zasadzie co sterowanie myśliwcem, to będzie proste. Tak jak myśliwcem, tylko po ziemi i z wielką lufą czołgu. Widocznie w tym hangarze dokonywano też wszelkich napraw i konserwacji, także rudzielec mógł się bliżej przyglądać jak to wyglądało od środka niektórych maszyn ziemskich, którym akurat coś robiono. Był pilotem, więc pewnie też dałby radę naprawić swoją maszynę lub zdiagnozować co w niej nie działa. W dużej mierze pewnie powiedziałby mu to komputer pokładowy lub ISAC, który mimo wszystko był bardzo przydatnym urządzeniem. Tylko to najpewniej nie zadziała w przypadku ziemskiej technologii. Chyba, że weźmiemy pod uwagę maszynę, która otrzymała wsparcie techniczne CORE.
Przeszkadzało mu tylko to, że tutaj korytarze ewidentnie słabiej były przystosowane do istot jego gabarytów. No bo już tak się przyzwyczaił na okręcie, że tam wszystko jest wielkie i nie trzeba się przekrzywiać, ani gimnastykować by przejść. Znowu musiał się pochylić przy samej windzie. Taka wada kogoś kto ma gabaryty żywego, futrzastego łóżka. Być może dlatego widma wszędzie się teleportowały. By uniknąć wąskich korytarzy. Cwane.
- Prędzej chyba cywile by nam sprawiali problemy przez wygląd, ale okej – skomentował lis. Z tym urządzeniem najpewniej nie zgubi się też w mieście, a trochę dziwnie byłoby pytać przechodniów o drogę. Zwłaszcza, gdy nie są przyzwyczajenie do ogromnego futrzaka, który ma ostre zęby i pazury oraz wygląda dosyć groźnie sam z siebie. Pewnie 4/10 zapytanych przechodniów wzięłoby nogi za pas, kolejna czwórka błagałaby o życie, a pozostałe dwie osoby mu pomogły byle mieć spokój. Pewnie nawet znalazłby się ktoś kto robiłby z ukrycia zdjęcia jak jakiemuś okazowi w zoo. Oczywiście nie spotkał jeszcze cywili z tutejszych, więc takie miał wizje tego co może się stać przy pierwszym wyjściu na miasto.
Zresztą skoro byli gośćmi, dostali od gospodarzy opiekę medyczną i jedzenie to wypadało być grzecznym, stosować się do zaleceń tym samym nie sprawiając kłopotów. Taaa, nawet nie zdają sobie sprawy, że lis może być problematyczną istotą kiedy robi coś w dobrej wierze.
Im dalej szli, tym więcej patroli było. To oznaczało, że niebawem osiągną cel swojej podróży. Zwykle najwięcej ochrony jest tam, gdzie jest coś ważnego. W sumie ciekawe, że do tak ważnego zadania wysłano ich dwójkę. Na pewno zostały docenione ich umiejętności, a Eulalia miała mieć tym samym chrzest bojowy.
- Dzięki za oprowadzenie – rzucił do mężczyzny, który ich prowadził do tej pory. Lis oparł się o jedną ze ścian i przeglądał sobie ISAC’a oraz informacje, które podawał. Wyglądało, że cały personel był w razie czego przygotowany do walki z istotami, które człowieka wciągnęłyby nosem na śniadanie. Chociaż tyle dobrego, że w kupie będą stanowić jakieś zagrożenie dla ewentualnych adwersarzy.
- Jak Ci się podoba Twoja pierwsza misja? – zapytał Eulalii, przypinając do ramienia urządzenie. W sumie postanowił jakoś zająć jej czas oczekiwania na przełożonego poprzez rozmowę. Oczywiście od czasu do czasu zerkał na wartowników, którzy mogą być nerwowi. Zestresowani jacyś, czy po prostu nie mają tu samic, z którymi mogliby rozładować swoje napięcie?
- No i jak skończymy tutaj, to zechcesz mi towarzyszyć w zwiedzaniu miasta? Jestem bardzo ciekaw jak to jest przechadzać się ulicami miast. Zwykle korzystałem z dachów tylko, ewentualnie kanałów – zaproponował. W końcu, gdy „mieszkał” w Londynie to zwykle nie chadzał sobie po ulicach, a głównie skakał po dachach, bądź ścigał ludzi po kanałach i brudnych uliczkach. Można powiedzieć, że poznał Ziemski rynsztok, ale nie miał jeszcze okazji zobaczyć tych części miast, którymi zwykle ludzie się przechadzali.
W końcu przybył też ich dowódca. No i to nie byle jaki, bo z grubego kalibru. Miał z nim okazję zapoznać się w Houston. Lis zasalutował, prostując się i odpowiadając tym samym na powitanie.
- Drem Yol Lok – odpowiedział lis, rozluźniając się i spuszczając ręce wzdłuż ciała luźno. Pamiętał o tym, że nie ma do czynienia z organikiem, a androidem. Zresztą do tej pory przypominało mu się to dziwne uczucie, gdy został na niego nałożony tamten pancerz. Właściwie czy powinien przeprosić go za zepsucie tamtego podarku? W końcu użył wtedy uzbrojenia, by przeprowadzić widmu leczenie kanałowe i tym samym uratował swoją skórę, więc chyba nic złego się nie stało.
Z jego ust „ograniczamy technologię” zabrzmiało nieco dziwnie. Sam był wypełniony technologią, więc chyba był najbardziej zaawansowanym technologicznie bytem na całym kampusie. Dlatego lis uśmiechnął się lekko, bo po prostu nabierało to pewnego komicznego aspektu. Tak jak pójść na misję infiltracyjną i zacząć ją od wystrzału z grubych armat, by zagłuszyć swoje kroki. Po chwili zostały im zabrane urządzenia. Lis pomacał tylko miejsce, gdzie wcześniej był ISAC. Nic tam nie było obecnie, po czym wzruszył ramionami. Po co mu były, gdy mieli ze sobą androida, który tym wszystkim zawiaduje tak czy siak. Chociaż ciekawe na jakiej zasadzie. Czy ma własne banki danych, czy może ma stałe połączenie z okrętem? No albo najlepsze pytanie, jeśli ma to co się stanie, gdyby w pełni zagłuszyć to połączenie?
Lis poszedł za androidem, a po drugiej stronie drzwi było jakieś urządzenie na stoliku. Podszedł bliżej i przyjrzał się ciekawie zielonemu przedmiotowi. Wyglądało to trochę jak kostka do gry, którą wykorzystywali ludzie. Taka dwudziestościenna, a może i nawet więcej ścianek miała. W dodatku połączona z czterościennymi kostkami. Może trafili na jakąś starą grę crathygtańską?
- Wygląda jak tutejsze utensylia do gry połączone ze sobą – powiedział ciekawie oglądając przedmiot z każdego kąta, aczkolwiek nie dotykał go póki co. Po chwili Dur wyjaśnił, że to nie jest broń. Czyli ich założenia okazały się błędne, gdy obstawiali cóż to za artefakt. Jednak sam też najwyraźniej nie wiedział co to dokładnie jest. Transmiter materii, czyli po prostu… teleporter? Tak, to mogło też być bronią skoro pozwalało transportować materię. Czyli mogli mieć rację w pewnym aspekcie.
- Właściwie to mamy jakieś zabezpieczenie na wypadek, gdyby w tych ruinach nie było tlenu lub systemu podtrzymywania życia? Może powinniśmy użyć ziemskiej technologii, by się przygotować na taką ewentualność? Skoro wpływa to na twory crathygtańskie, to ziemski sprzęt może okazać się przydatny – zaproponował lis. W sumie nie jest powiedziane, że ładunki wybuchowe lub maski umożliwiające oddychanie będą absolutnie bezużyteczne. Lepiej się przygotować do wejścia w nieznane miejsce, zwłaszcza, że nie wiadomo co tam może na nich czekać.
- A no i zniszczyłem w Houston tamten pancerz. Sorki – podrapał się nerwowo po głowie, posyłając raptorowi przepraszający uśmiech.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 40
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Wto Lut 27, 2018 8:48 pm

Kotka przechyliła lekko łeb kiedy mężczyzna stwierdził, że jednak są za późno. To w końcu jak to było? Chyba sam nie był pewien. Brzmiało to dosyć niezdecydowanie jak dla niej. Kiedy mężczyzna ruszył w stronę hangaru, Eulalia poszła za nim, cały czas trzymając się blisko Rhoshana, idąc z nim ramię w ramię. Zatrzymała się, gdy jakiś pojazd wyjeżdżał ze środka i zaraz wznowiła marsz. Kiedy weszli do środka, rozglądała się dookoła z zaciekawieniem. Szczególnie sporo uwagi poświęcała różnym pojazdom, które były dla niej czymś nowym. Jak widać każda planeta miała własną technologię i własne pomysły na tworzenie różnych rzeczy. Ludzie też było od groma. Musieli mieć tu sporo roboty. Dalej mieli kolejne drzwi do minięcia, a za nimi korytarz. Który dla lisa okazał się trochę ciasnawy, co gepardzicę bawiło. Nawet tego nie ukrywała, rzucając przyjacielowi rozbawione spojrzenia. Na końcu korytarza czekała na nich całkiem spora winda, w której już się zmieścili bez problemu. Winda chwilę jechała w dół, by w końcu się zatrzymać. Kiedy po wyjściu z niej jeden z patrolu przyglądał się im, Eulalia posłała uśmiech, szczerząc kiełki.
- Ubrania i tak są strasznie niewygodne. Jak sam powiedziałeś, ISAC nam wystarczy. Tu urządzenie typowe dla nas i w dodatku nie można go ukraść. Jest przydzielane personalnie. - odpowiedziała na słowa mężczyzny, gdy ten im zwrócił uwagę, by pamiętali o ISACu. Raczej zdążyła już się domyślić, że takie osobniki jak ona i Rho nie były czymś normalnym na tej planecie. Mieli ich miniaturowe odpowiedniki za to. Póki co, cały czas mieli do czynienia z wojskowymi, z tego co zdążyła zauważyć. Byli więc spokojni, bo pewnie nie z takimi istotami mieli już do czynienia. Cywile jednak to zawsze była inna sprawa. Nie było pewności jak się zachowają na ich widok.
Ten korytarz był już bardziej wypełniony żołnierzami. Musieli zbliżać się do ważniejszej części pomieszczeń skoro tylu wojskowych patrolowało to miejsce. Korytarz się skończył, a przed nimi pojawiły się następne drzwi. Korytarz. Drzwi. Korytarz. Drzwi. I tak na zmianę. Jakby szli niekończącym się tunelem. Jednak słowa wartownika świadczyły o tym, że ich wędrówka się skończyła i tu mają czekać na przełożonego. Kim będzie ten przełożony? Kogo im CORE przyśle? Była ciekawa. Pozostawało jej przysiąść sobie pod ścianą, obok lisa i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Uniosła głowę do góry, by skierować swoje spojrzenie na rudego, gdy ten się odezwał.
- Póki co strasznie monotonna. Korytarz i drzwi na zmianę. - odparł mu z lekkim uśmiechem. Faktycznie na razie w ich misji nie było niczego ciekawego. Wiedziała jednak, że to się zmieni skoro mieli się zająć jakimś artefaktem. Musiała więc poczekać, aż zacznie się akcja.
- Bardzo chętnie. - skinęła lekko głową - Chętnie zobaczę jak wygląda tutejsze miasto. I może znajdę coś jakoś pamiątkę. Moją pierwszą pamiątkę z misji CORE. - dodała, wyraźnie ekscytując się tym, czemu świadczył jej drgający ogon. Obejrzenie ziemskiego miasta brzmiało wspaniale. Zobaczenie ich budynków, sklepów, cywili. Nie mogła sobie odpuścić takiej okazji.
W końcu ich przełożony się pojawił. Densorinka natychmiast poderwała się na równe nogi, stając prosto. Rozpoznała postać bez problemu. W końcu dopiero co spotkała androida na okręcie. Tam, gdzie odbyła rekrutację i złożyła oficjalną przysięgę. Miała wrażenie, że było to ledwie pięć minut temu. Nie spodziewała się, że kopnie ich taki zaszczyt, by sam Dur-Shurrikun im towarzyszył. Zdecydowanie podobała się jej ta decyzja.
- Drem Yol Lok. - odpowiedziała na powitanie, wysłuchując następnie jego dalszych słów. Technologia ograniczana do minimum. No i tak, mieli przy sobie tyko ISACi. Mieli. Właśnie. Czas przeszły. Ruszyła za androidem w stronę drzwi, a następnie przeszła przez próg, gdy te zostały otwarte. Dalej czekało ich małe pomieszczenie, gdzie na stoliku leżało... Coś. Jakieś urządzenie.
- Utensylia do gry? - zapytała, zerkając na lisa. Nie wiedziała co miał na myśli. Po chwili jednak Dur zaczął tłumaczyć im sytuację. Jego przypuszczenia i to, do czego może służyć ten mały mechanizm. Teleporter. Który może ich przenieść gdzieś. Nie wiadomo dokładnie gdzie. Nie wiedzieli na co mają się przygotować. Ewentualnie, jak to się mówi, muszą przewidywać nieprzewidywalne.
Eulalia osobiście nie miała żadnych pytań. Android ostrzegł ich przed tym, co mogło się wydarzyć w nieznanym miejscu, a Rhoshan zadał istotne pytanie. Walka miała być ostatecznością jeśli kogoś tam spotkają. To właściwie też rozumiała. Nie ma sensu atakować kogoś, jeśli nie jest się pewnym, że to wróg. Nawet jeśli zaatakuje. Atak najlepszą obroną. Mogą natrafić na kogoś, kto po prostu będzie chciał chronić tamto miejsce przed nimi. A jeśli podejmą walkę to może dojść do sporego nieporozumienia.
- Mamy tam szukać czegoś konkretnego czy to bardziej misja zwiadowcza? - zapytała jedynie, bo to jedno ją ciekawiło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1548
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   Pią Mar 02, 2018 7:21 am

NPC Storyline - AAF|Dur-Shurrikun|Jinkusu

Android spojrzał na lisa i zmrużył lekko ślepia, analizując jego pierwsze słowa oraz wydając się zastanawiać nad ich sensem. Tak wyglądał, jakby się zastanawiał. Źrenice powróciły do normalnego stanu, a stwór zrobił krok naprzód, opierając prawą dłoń na stole - tuż przy urządzeniu.
-Tak, to narzędzie. Grą jest teleportacja.
Odparł, unikając sarkazmu lub dogrywek, a jednocześnie przesadnie nie komentując wypowiedzi lisa. Niemniej rudzielec postanowił się rozgadać. Dur-Shurrikun zachował ciszę, nie przerywał mu. A ilość pytań, jaką został zasypany wydawała się przechodzić pojęcie. Nodin nie pozwalał mu się wygadać, że nadszedł moment nadrobienia okazji do otwarcia pyska? Stwór zerknął jeszcze na artefakt, cofnął powoli swą dłoń, opuścił rękę wzdłuż ciała, na wzór drugiej, po czym obszedł dzielący ich stolik dookoła, zatrzymując się przy Rhoshanie. Brakowało mu tych dwudziestu centymetrów wzrostu, więc pewnie efekt nie był tak straszny, jak przy wyższym i większym widmie. Jednak ten osobnik tutaj nie miał w sobie duszy, a do tego potrafił być bardzo bezwzględny, jako maszyna.
-Przypomnę, lisi densorinie, że jestem starszy od twojej cywilizacji. Po drugiej stronie będziesz miał czym oddychać, informacja aktualizowana jest przez transporter. Tutejsza technologia jest prymitywna, a to nadal miłe określenie. Dlatego udaję się tam z wami.
Oby to wyjaśnienie wystarczyło samcowi, jako powód, dla którego nie brali niczego innego. Gdyby jakakolwiek technologia z tej planety mogła im się tam przydać - już mieliby ją przy sobie. A nie mieli niczego, ponieważ broń była za słaba, a komputery zbyt prymitywne. W tym ostatnim przypadku, dodatkową przeszkodę stanowiły możliwości połączenia. Ziemskie urządzenia nie były w stanie łączyć się z urządzeniami crathygtan, bez "chęci" ze strony tych drugich. Lub jakiegoś konkretnego przystosowania. Android obszedł lisa, ustawiając się pomiędzy nim, a Eulalią, która do tej pory pozostawała bardziej bierna na rozmowę. A przynajmniej zadawała proste, konkretne pytania. Widać kogo szkolili żołnierze, a kogo Nodiny. Dlatego to ona pierwsza dostała teraz odpowiedź, gdy Dur zerknął w jej kierunku.
-Szukamy wszystkich punktów zaczepienia, jakie wydadzą się interesujące. Urządzenie nie chce zdradzić tego, co skrywa lokacja przeznaczenia. Dowiemy się na miejscu.
I znowu odezwał się pocieszny lis. Problemem okazał się pancerz, który otrzymał w Houston, a który uległ zniszczeniu. Dur-Shurrikun mrugnął przeciągle, równie powoli obracając łeb w stronę rudego densorina. Uniósł łeb do góry i spojrzał na Rhoshana, milcząc przez chwilę. Długą chwilę, dobre dwadzieścia sekund nie powiedział słowa, spoglądając na samca tak, jakby obliczał najbardziej bolesny sposób zamordowania go.
-Wiem, nie obchodzi mnie to.
Jakiej innej odpowiedzi mógł udzielić? Że ma tych pancerzy setki tysięcy, może milionów? Że strata tego jednego w sumie nie robi im żadnej różnicy, bo sprzęt ciągle jest niszczony, stale trzeba go naprawiać i doprodukowywać? Do tego Rhoshan nie znajduje się w pierwszej trójce czy nawet piątce istot, które przynoszą najwięcej szkód dla uzbrojenia, na i poza misją. Skoro skończyli już rozmawiać, a przynajmniej taką decyzję podjął android - mogli przejść do kolejnego etapu. Przeniesienia się do punktu docelowego. Crathygtanin skierował spojrzenie na zielony artefakt, który rozbłysnął, a następnie cała trójka zniknęła z niewielkiego pokoju, wraz z urządzeniem. Nie było żadnego specjalnego efektu, ot sekunda całkowitej ciszy oraz ciemności. Potem zrobiło się strasznie jasno, minęło kilka sekund zanim wzrok przyzwyczaił się do nagłej zmiany otoczenia. Mały hangar, jasne-srebrne ściany, sufit oraz podłoga. Do tego średnich rozmiarów statek kosmiczny posiadający typową Crathygtanską kolorystykę, oznaczenia oraz budowę. Przed nimi, jakieś piętnaście metrów naprzód, znajdowały się drzwi wejściowe do tego pomieszczenia. Prawdopodobnie hangaru. Za nimi, znacznie większe i szersze wrota, rozsuwane na boki. Miejsce wyglądało na hangar tylko nieco opustoszały. Prawie, bo poza statkiem znajdował się tu ktoś jeszcze. Tylko ten ktoś od bardzo dawna nie należał do świata żywych.
Pod drzwiami leżały pozostałości szkieletu w pancerzu crathygtanskim, dopasowanym do specyficznej budowy tegoż gatunku. Hełm przystosowany był pod łeb oraz pysk, na nogach zamiast butów była wzmocniona podeszwa pod budowę gadzich łap, na palcach dłoni znajdowało się miejsce na pazury oraz element przystosowany do krycia ogona. Na dawną śmierć operatora dowodem były spróchniałe kości znajdujące się w środku, widoczne przez wielką dziurę w klatce piersiowej. Sam szkielet. Dookoła nie było żadnej broni lub innego sprzętu. Pancerz również pozostawał dość zniszczony, nadszarpany upływem czasu. Ściany nie były zardzewiałe ani specjalnie zniszczone, choć gdyby ktoś starł z nich kurz to na pewno nikt by się nie obraził. Powietrze również nie należało do najświeższych. Jedynie stojący obok nich statek wydawał się być w całkiem dobrym stanie, sprawny i w miarę zadbany - choć na pewno nie nowy.
Dur-Shurriun zareagował, jako pierwszy. Nie potrzebował tych kilku sekund na przyzwyczajenie wzroku, od razu podążył w stronę siedzącego przy drzwiach szkieletu crathygtanina. Android podszedł do pozostałości, kucnął przy dawnej istocie i przyjrzał się dokładniej obrażeniom. Pancerz był niemalże identyczny, jak ten wykorzystywany przez CORE. Dużo się pod tym względem nie zmieniło. Stwór odczekał, aż dwójka kompanów do niego dołączy, po czym wyciągnął rękę, opierając dłoń na ramieniu trupa. Reszta potoczyła się już sama, kiedy to białe światło zaczęło krok po kroku pochłaniać i spopielać pozostałości. Szybki orz prosty sposób na pochówek.
-Mamy już punkt ewakuacji.
Zaczął, odwracając na chwilę łeb w kierunku znajdującego się za ich plecami statku. Stara jednostka crathygtanska pozostawała sprawna, czego ten osobnik nie musiał testować bezpośrednio, poprzez uruchamianie wszystkiego po kolei. Zdążył sprawdzić maszynę w drodze do trupa. Wzrokiem zerknął jeszcze na Rho i Eul, po czym skierował spojrzenie na drzwi wyjściowe. Obok nich znajdował się panel dotykowy, podobny do tych na okręcie. Pozostawał jednak przygaszony.
-Znajdujemy się na Ziemi. Dokładniej w Chinach. Jakiś kilometr pod ziemią.
Wyjaśnił, jakby zastanawiało ich, jak daleko zostali przeniesieni. W skali kosmosu, praktycznie nie zmienili położenia. Ogon jaszczura przesunął się szybkim ruchem po ziemi, omiatając ich łapy - jeśli akurat stali za blisko. Na szczęście nie na tyle, by zerwać grunt pod nogami.
-Otworzę drzwi.
Rzucił krótko, poderwał się na równe nogi i podszedł do drzwi. Nie kierując nawet wzroku w stronę panelu, android uniósł prawą nogę, po czym wykonał proste kopnięcie z biodra, wpierw podnosząc do góry kolano, następnie prostując kończynę i wpasowując łapę mniej-więcej w środek prawych wrót z rozsuwanych drzwi. Dźwięk gniecionego i wyrywanego metalu, a blokujące przejście wrota padły z hukiem na podłogę po drugiej stronie. Android odstawił łapę bezdźwięcznie na ziemię, po czym ruszył przodem, pochodząc do przejścia. Oparł dłonie na framugach lewych rozsuwanych drzwi oraz pozostałościach ściany po prawej stronie, nieco blokując im przejście. Wystawił łeb na drugą stronę, wyjrzał na ciemny korytarz ogarnięty przez półmrok. Przed nimi - zaraz za wyjściem, znajdowała się ściana. Korytarz umieszczony był równolegle do pomieszczenia w którym się znajdowali. Mogli więc ruszyć albo w prawo albo w lewo. Android wyszedł na korytarz, stając przy ścianie i odwracając się do nich frontalnie.
-Nie mam pojęcia co do struktury miejsca, w którym się znajdujemy. Nie przypomina żadnej znanej mi konstrukcji crathygtanskiej bądź schematu tejże. Korytarz po mojej lewej (ich prawej) to ślepy zaułek. Ten prowadzący w wasze lewo, pozwoli nam dotrzeć do trzech pomieszczeń rozmieszczonych jedno za drugim.
Dlatego nie potrafił rozpoznać dokładnego schematu samej budowli. Jak obie futrzaste istoty zdążyły już poznać w toku aktualnego bądź wcześniejszego życia, jednostki CORE nie należały do prostych w budowie. Na pewno nikt nie budował niczego na bazie skarbca lub prostej linii, gdzie jeden korytarz prowadził donikąd, a drugi do pomieszczeń ułożonych jedno za drugim. Android skierował wzrok w stronę, w którą zaraz mieli się udać. Do uszu obojga dotarły odgłosy kroków... a następnie głos. Przytłumiony przez skafander oraz maskę, nieco elektroniczny, jednak... ludzki.
-Ktoś tam jest, słyszałeś? Chyba rozwalili drzwi. Idzie...
Nie dokończyli. Android chwycił ogonem za kant wyrwanych drzwi, podrzucił, przechwycił w dłoń i rzucił nimi z zawrotną prędkością, w kierunku odgłosów. Do uszu organików dotarł dźwięk miażdżonych tkanek oraz... kolejnych rozwalanych drzwi, które padły pod naporem rzuconego obiektu.
-Biała Straż... miejcie się na baczności. To nie oni zabili crathygtanina.
Przyzwyczajenie do półmroku pozwalało im dostrzec dwa ciała, poharatane od zderzenia z blachą, leżące na wyrwanych drzwiach, pod wspomnianą blachą. Z końca korytarza dobiegało światło, kolejne przejście dokądś prowadziło. Niemniej, nie byli tutaj sami - i bynajmniej nie chodziło o ludzkich intruzów. Do nozdrzy densorinów dotarł zapach kolejnych osób, ludzi. Przynajmniej kilkunastu, siedzieli w pomieszczeniu, najwyraźniej się na nich szykując. Dało się usłyszeć dźwięk odskakujących zamków, ładowanych magazynków. Nie dało się ich dostrzec, więc zapewne znajdowali się po bokach pomieszczenia, poza drzwiami. Nie chcieli ryzykować, że coś, co rzuciło w ich towarzyszy dużym obiektem - powtórzy to, bo ktoś wychyli głowę dla sprawdzenia.
-Siedemnastu. Dziewięciu po lewej, ośmiu po prawej. Trzy strzelby, jedna po lewej, dwie po prawej. Trzy pistolety, po prawej. Jeden granatnik, po lewej. Reszta ma karabiny szturmowe, tutejsze serie Automatu Kałasznikowa. W środku znajduje się sporo broni crathygtanskiej. Ściany po obu stronach skryte są bronią białą, praktycznie pełny zestaw. Po bokach broń krótka i długa. Poza systemami CORE, może Was nie rozpoznać. Jak chcecie to rozegrać?
Dur udzielił im obszernych, aczkolwiek prostych wyjaśnień. Jasne, mógł bawić się w strategiczne rozplanowanie ataku, dokładnie objaśniając im gdzie konkretnie znajduje się każdy przeciwnik. Ale po co? Po pierwsze, nie zapamiętają, po drugie - po drodze umrą z nudów lub pobiegną na żywioł. Poza tym, oficer dawał im szansę na pochwalenie się umiejętnościami. Ściany po lewej i prawej stronie miały podczepione stojaki, a na nich miecze Frondinok, dwustronne włócznie Nahkriin Jaariliik, ostrza tonfy Vulonro Mah, czy nawet dwuręczne miecze Kroniid do Krasfaal. Dla bardziej wymagających dało się znaleźć morgenstern - Oblaan. Ziemskie kule nie powinny od razu wywołać u nich poważnych uszkodzeń ciała, chyba, że pechowo trafią kogoś w oko. Ich mięśnie i tkanki pozostawały znacznie bardziej wytrzymałe na obrażenia o czym Rho zdążył się już przekonać. Co prawda kaliber kałasznikowa oraz mała odległość sprawiały, że na pewno zaboli oraz na pewno będą ślady, niemniej najpoważniejszym zagrożeniem wydawał się granatnik. Kto wie czy szaleńcy ich nie wysadzą. Nadal jednak, Dur-Shurrikun dawał im opcję wyboru podejścia. Zapewne mógł tam wejść sam i wszystko wyczyścić, jednak gdzie w tym doświadczenie dla nich? W końcu nie ma to, jak stare dobre dzikie starcie bez broni, przeciwko uzbrojonemu przeciwnikowi. Jedynie siła, szybkość, mięśnie, atrybuty fizyczne.

Mundury białej straży:
Spoiler:
 

[zt -> Dżungla]

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)   

Powrót do góry Go down
 
DSAT Outpost (Wyspa Zewyhn)
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Wyspa Twarzy
» Wyspa Endor
» Bezludna Wyspa - Survival Time.
» Kronika rodu Tarth
» Most w Sligachan, wyspa Skye

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Reszta planety :: Alranois-
Skocz do: