Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Kryształowy Łuk

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Kryształowy Łuk   Pon Cze 26, 2017 9:45 pm


Wbrew nazwie to nie jest rodzaj łuku, a świątynia. Dosyć sporej wielkości zresztą, gdyż przed nią wystawione są znaki kilkunastu innych kultów z czego wynika, że każdy znajdzie tu swój kącik. Budynek wygląda jak blok z jasnego kryształu. Sądząc po rozmiarach niegdyś to mógł być jakiś pałac lub dworek.
Korytarze są zadbane i czyste, a oświetlają je lampy zrobione z czerwonego kryształu. Wewnątrz jest masa korytarzy, a znaki wskazują drogę do konkretnych świątyni. Poza nimi jest tu jeszcze sekcja administracyjna, gdzie składa się chociażby wnioski o przyznanie przestrzeni na użytek religijny.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias

avatar

Liczba postów : 58
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Sro Cze 28, 2017 9:18 am

Koniec końców nie było nawet w połowie tak źle jak druid zakładał. To nawet lekko pokrzepiło Lveliasa. Skoro udało się przekonać urzędniczkę do jego wersji z kapłanami może też się udać. W końcu to ludzie wiary, tak?
Przysłuchując się rozmowie, przyglądał się jak Jen i urzędniczka wymieniają formalności. Pozwolił hulczycy odebrać dokument, samemu odbierając swój wisior z pazura niedźwiedzia. Słowa skrzydlatej utwierdziły go w jego domysłach, co do miejsca w jakim się znaleźli. Każdy mieszkaniec miasta uważał barierę za zło konieczne, a walkę z cieniem za swego rodzaju powinność. Miał nadzieję że ich przywódcy nie uważają inaczej.
Pożegnał się z kobietą kolejnym błogosławieństwem i pokierował drużynę w stronę bram miasta. Strażnicy kręcili trochę nosami, ale glejt mówił sam za siebie. Gdy tylko brama się otworzyła, Lvelias dziarskim krokiem człowieka, który absolutnie wie co robi ruszył przed siebie. Jednak po kilku krokach zawrócił na pięcie, wrócił do żołnierzy przy bramie i z najwyższą powagą poprosił o wskazówki do miejsca gdzie znajduje się świątynia, bo niestety on nie ma bladego pojęcia gdzie jest.
Idąc przez miasto, niezależnie od tego czy wraz ze strażnikami, czy bez nich, delektował się przechadzką. Nie da się ukryć. Khatarsis bardzo przypadło mu do gustu. Może to że miasto pod ziemią satysfakcjonowało jego fomorskie korzenie? Może to dlatego że uwielbienie i szacunek do jego przyjaciela niedźwiedzia widać było na każdym kroku? Może wreszcie był to energetyzujący wpływ zawieszonego nad nimi kryształu, który druid odbierał dużo intensywniej od innych. Tak czy siak druid był widocznie zadowolony z życia. Co innego że elf i tak cały czas wydawał się podejrzanie wesoły. Nawet wtedy gdy walczyli o życie w lesie krwawych drzew. Zastanawiał się przez chwilę czy dobrym pomysłem nie byłoby przeprowadzenie na pobliskim gaju podobnego rytuału co w swojej twierdzy, tak by mógł przenosić się do miasta skrzydlatych w przyszłości. O ile, rzecz jasna, bariera nie okaże się silniejsza od jego zaklęć. Zatrzymał się też na moment przy przydrożnym straganie z ziołami, bacznie oglądając asortyment i wypytując sprzedawcę o zioła, których jeszcze nie widział. Gdy jednak uświadomił sobie że jego ostatnia moneta jaką miał przy sobie poszła na nocleg i kolację, z żalem ruszył dalej.
W końcu gotyckie uliczki miasta doprowadziły troje towarzyszy przed wrota ogromnej świątyni. Z jednej strony jej rozmach niejako przytłoczył druida, który przywykł do wielbienia natury pod gołym niebem. Z drugiej symbole wielu religii na reliefie jednej świątyni pokrzepiły serce druida. Nieczęsto spotyka się tak otwarte umysły pośród kleru.
Wkroczył więc do budynku rozglądając się za akolitami. Kolektywny religijny imperatyw zawsze zakładał istnienie takich religijnych chłopców na posyłki, zamiatających posadzki, odkurzających księgi, czy napełniających kielichy. Jeśli na takiego trafił złapał go za ramię i powiedział:
- Powiedz proszę arcykapłanom, że przybył mistrz Lvelias totemu niedźwiedzia zza bariery ze swą świtą. Mam kilka uwag co do szczelności osłony wokoło wyspy i z chęcią omówię je z nimi podczas spotkania. - nie pierwszy raz druid wpraszał się na salony i wiedział, że pierwszą zasadą jest zawsze dawać po sobie znać, że ma się zupełne prawo do tego co się robi. Nawet jeśli się nie ma. Całe szczęście moce empatii pozwalały dodać odpowiedniej powagi jego słowom.
Jeśli akolita zostawił ich na chwilę samych, zwrócił się do swoich towarzyszy.
- To zobaczymy jak pomocni są tutejsi mędrcy. Ktoś ma na coś ochotę? Wino? Owoce? Pewnie nieczęsto przyjmują pielgrzymki zza bariery
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Sob Lip 01, 2017 4:57 pm

Jen podążała o krok za dziarsko idącym druidem, ściskając w dłoni drogocenny dokument. W nią także wstąpiły nowe siły, jednak nie pozwalała sobie na tak otwarte okazywanie tego, co Lvelias. Jeszcze nie. Będzie się cieszyć, kiedy na powrót postawi stopę na amerykańskiej ziemi. Najlepiej polanej warstwą cementu i niepróbującej jej zabić. Katharsis było co prawda tak zbliżone do dużego miasta, jak to tylko możliwe w tej obłąkanej krainie, ale wciąż było dla niej obce. Na szczęście powoli zaczynała rozumieć prawa nim rządzące, a przynajmniej taką miała nadzieję.
Z zaciekawieniem obserwowała mijane budynki, podziwiała niecodzienną architekturę i ze spokojem znosiła zaciekawione spojrzenia przechodniów. Przywykła do nich, choć częściej doświadczała ich jako She-Hulk, niż zwyczajna, nudna Jen Walters. Cóż, co kraj, to obyczaj.
Olbrzymi budynek światyni, z pozoru wyglądający jak wyciosany z kryształu, subtelnie oświetlony czerwonymi lampami, robił niesamowite wrażenie, któremu Jen nie była w stanie się oprzeć. Kiedy skończyła badać łuki i kolumnady, wybrała się na krótką przechadzkę, by przyjrzeć się widocznym symbolom rozmaitych kultów. Nie była osobą szczególnie religijną, ale - choć było to mało prawdopodobne - ciekawiło ją czy odnajdzie tu jakieś znajome symbole.
Przerwała oględziny, słysząc, jak Lvelias zagaduje jakiegoś akolitę. Czym prędzej zawróciła i stanęła u boku druida, zerkając porozumiewawczo na Nathana. "Świta", w rzeczy samej. Bezczelność druida zdawała się nie mieć granic, ale jak dotąd się sprawdzała, a Jen odkryła, że zaczyna lubić tego starego wariata. Na wzmiankę o jedzeniu jej żołądek wydał charakterystyczny odgłos, przypominając wszystkim, że śniadanie zjedli już ładną chwilę temu.
- Zabiłabym za latte i francuskiego rogalika, ale owocami też nie pogardzę - odparła półgłosem, jeśli zostali na chwilę sami. - Mam nadzieję, że nie każą nam chodzić po rozżarzonych węglach ani nic w tym guście. Religia to twoja specjalność, rogaty, teraz ty czyń honory.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sly

avatar

Liczba postów : 211
Data dołączenia : 04/10/2015

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Nie Lip 16, 2017 1:29 pm

Nathan obserwował całość uważnie. Chociaż robił to stale, tym razem nie z wyboru. Po prostu wszystko przykuwało tutaj uwagę. Architektura, lampy....
-Mają rozmach...-Powiedział, wodząc wzrokiem po znakach kultów. Ciekawe, czy jakby pokazał swoją rękę, założyłby tu swoją religię? Podzieliłby się tą myślą z resztą, gdyby nie nagłe zawrócenie Lveliasa i podejście do strażników. No cóż, i tak to powie później.
Mimo wszystko, gra świateł która musiała tu zaistnieć wspaniale wyglądała na ścianach, sprawiających wrażenie bycia kryształem. Czerwone światło zdawało się potęgować wrażenie.
Tak czy siak, gdy Lelias zagadał do akolity, wymienił porozumiewawcze spojrzenie. Poprawił sprzęt na plecach, i uśmiechnął się lekko. Poważnie został członkiem świty? No proszę, zatrudnili cię do roboty nawet bez składania papierów.
Żarty na bok. Nie ukrywajmy, elf stąpał po cieniutkim lodzie. Ale Renko nieraz sam tak robił, a towarzysz zdawał się mieć odpowiednie predyspozycje do tego zadania. Załatwił glejt, to przekonanie o kulcie nie powinno być trudne. A kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, nieprawdaż?
-Mam wrażenie, że wprosiłbyś się do gabinetu owalnego, mówiąc, że jesteś prezydentem-Mruknął Nathan gdyby zostali sami-Dla mnie cokolwiek zjadliwego. A w razie jakiś prób, damy sobie radę. Mamy specjalistę od czynności paranormalnych-Tu skinął głową na elfa.-Kogoś, kto podejmie się prób wytrzymałościowych, oraz kogoś, kto musi być zwinny i sprytny z powodu zawodu. Nie dadzą rady nas powstrzymać-Tu posłał im uśmiech mówiący "Prawdopodobnie". No ale cóż, to religia, więc kto wie, co oni tam wymyślą. Najgorsze, że teraz cały czas grają Va Banque. Jedna porażka, i kończą jak Ned Stark. Może nawet gorzej...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Pią Lip 21, 2017 11:19 am

Jak się okazało większość stoisk z ziołami, które zauważył Lvelias należały do orków. Zdarzało się, że od czasu do czasu mignął jakiś elf, jednak zielarstwo to była zdecydowanie domena zielonoskórych szamanów oraz kupców. Ziółka z Shadow Isle miały bardzo podobne właściwości do tych, które znał druid jednak różniły się wyglądem. Te z wyspy były często albo ciemniejsze albo kształt ich liści był ostry, jakby roślina chciała oszukać potencjalnych roślinożerców i pokazać, że tego nie należy jeść. W rzeczywistości najpewniej dla tutejszych zwierząt nie miało to znaczenia, patrząc po tym jak wyglądali mięsożercy.
Jen jako, że była bardziej zainteresowana architekturą mogła lepiej przyjrzeć się sztandarom, które wywieszone były przed samą świątynią jak i na samym budynku. Ich ilość zdecydowanie przekraczała 20 sztuk, chociaż niektóre miały jakieś elementy wspólne co sugerowało, że coś mogło się wywodzić z czegoś, ale zostało w drobny sposób zmienione. Niektóre symbole wyglądające na bardziej prymitywne wykonane były ze zwierzęcych skór, natomiast już te bardziej schludne zrobiono z normalnych tkanin. W jaskini nie padał deszcz, ani nie było żadnych niesprzyjających warunków atmosferycznych dlatego budynki miasta musiały być zabezpieczone jedynie przed wilgocią samej groty. Nic tutaj nie gniło, ani nie było widać obecności grzyba jak to zwykle bywa w jaskiniach. Każdy z budynków, a zwłaszcza ten świątynny był w naprawdę dobrym stanie. Można to było również tłumaczyć użyciem jakiegoś czaru zabezpieczającego. Jeśli zaś chodzi o same symbole to najczęstszymi motywami były: czaszka (dla tych wykonanych ze skór zwierzęcych), drzewo (dla zwykle zielonych bądź błękitnych tkanin), zaciśnięta pięść bądź pazury również na tkaninie, czasami też paszcza smoka na porwanej i przegniłej płachcie, ale zdecydowanie najwięcej było sztandarów z niedźwiedziem. Głównie na białej tkaninie, ale też była wariacja czarnej i z grubsza tych było po równo.
Wewnątrz świątyni krzątali się akolici, a każdy z nich się różnił strojem. Byli to pomniejsi kapłani wszystkich bóstw czczonych w tym przybytku wiary, gdzie każda religia – mimo różnic – miała rację bytu tuż obok innej. Wyglądało na to, że trudne warunki potrafiły zjednoczyć kapłanów tego świata. Było to coś z czego wspólnota religijna była dumna, a zarazem coś o co po dziś dzień ludzie toczyli wojny. Wśród duchownych dało się jednak rozpoznać tych, których się szukało po odpowiednich elementach danego wyznania. Jak na przykład orkowi akolici mieli stroje wykonane ze skór zwierzęcych, czaszek oraz kości tak chociażby wyznawcy Ducha Niedźwiedzia mieli tkaniny z wyszytymi pyskami tego zwierzęcia. Elfy za to ubierały się w przewiewne szaty zdobione kwiatami lub winoroślą, zaś ich mroczne odpowiedniki przywdziewały skórzane maski oraz stroje. Wyglądali wtedy bardziej jak uczestnicy współczesnej parady równości niż mroczni kapłani. Zdarzały się również jasne elfy, które ubrane były w karmazynowe szaty i jak się dało odczytać z tabliczki prowadzącej do ich segmentu imię ich „bóstwa”. Czcili Cythorraka, który był druidowi dobrze znaną istotą. Oczywiście każdy użytkownik powinien kojarzyć imię istoty, która czerpie przyjemność z patrzenia na zniszczenie.
Jeśli zaś chodzi o chęć współpracy akolitów to był to po prostu ich obowiązek. Zakładali, że skoro wpuścili już kogoś za mury miasta oraz do świątyni to najpewniej jest to też ktoś ważny. Wśród wyznawców niedźwiedzia byli nie tylko skrzydlaci, ale również inne rasy, które zamieszkiwały grotę. Akurat ten akolita, którego poprosił o pomoc był półelfem. Wzrostowo niewiele wyższy był od krasnoluda, miał najwyraźniej trochę krzepy sądząc po budowie ciała, a zarazem zachował elfie atrybuty jak jasna skóra oraz odstające uszy. Ukłonił się, a spod kaptura widać było, że był dosyć młodym osobnikiem, jednak wiadomo jak liczyło się u elfów lata. Mógł się wydawać młody, a mieć kilka wieków na karku. Ponadto nie wypowiedział ani jednego słowa, nie wydał z siebie najmniejszego dźwięku. Akolita poprowadził ich w ciszy przez korytarze budynku, przemierzali je przez jakieś 10 minut, a po drodze mogli zerkać do sekcji innych wiar. Orkowie aktualnie składali ofiarę z czegoś co wyglądało jak kura, zaś u elfów trwała medytacja w niewielkim zagajniczku, który został im zapewniony. Mroczne elfy natomiast oddawały się praktykom magicznym wypełniając naczynie krwią ze swoich nadgarstków, zaś krasnoludy przeliczały góry swoich złotych monet. Co śmieszniejsze bóstwem krasnoludów był Patron. Nazywano go po prostu Patronem i reprezentowała go figura trzymająca w jednym ręku młot kowalski, a w drugim mieszek złota. Ich bóstwo było zakapturzone, a szaty wysadzane klejnotami. Były tam niezliczone bogactwa i za sam posąg pewnie można by kupić jakąś samotną wysepkę na Pacyfiku.
Akolita w końcu doprowadził ich pod pewne drzwi, nad którymi przewieszony był gobelin z wielkim niedźwiedziem. Był to jeden z tych podłużnych gobelinów, który przedstawiał etapy założenia miasta. Historię rodzeństwa uratowanego przez niedźwiedzicę, a następnie ich pierwsze młode, by ostatecznie zakończyć się na grocie którą oplatał niedźwiedź swymi łapami. Duchowny zapukał 3 razy do drzwi, a następnie otworzył je przed podróżnymi. W środku wnętrze przypominało wielką bibliotekę z setkami ksiąg na półkach. Czuć było, że cała ta przestrzeń wykreowana jest przez magię, zresztą wszystkie inne pomieszczenia wydawały się równie okazałe co to. Na podłodze biblioteki rozłożona była czerwona tkanina z zielonymi ścieżkami prowadzącymi do różnych segmentów pomieszczenia. Wszystkie miały punkt wspólny w środku, gdzie znajdował się stolik oraz kilka krzeseł, a całość otoczona była półkami w kształcie litery O z 4 wylotami zgodnie z kierunkami świata. Przy stoliku sądząc po wyrastających skrzydłach siedział jeden z mieszkańców groty. Miał wygoloną głowę wytatuowaną czerwonymi znakami, które schodziły w dół twarzy. Odziany był w brązowe, proste, pustelnicze szaty, które jednak były czyste i schludne. Oddawał się właśnie lekturze jednej z ksiąg i skinął dłonią wskazując krzesła przy stoliku, z którego chwilę później jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły księgi, a pojawiło się jedzenie oraz napoje. Znalazły się tu nawet przysmaki ze świata ludzi w postaci rogalików oraz kawy. Sam mnich rzekł dosyć pogodnym głosem, powstając jednocześnie. Teraz można było dostrzec, że był również dosyć wysoki bo mierzył dwa metry, zaś jego dłonie skryte były pod szmacianymi rękawiczkami koloru jego szat.

- Witajcie moi mili w przybytku bożym. Jestem Gnarl Oświecony, najwyższy kapłan. Usiądźcie i wyjawcie mi cel swej pielgrzymki spoza bariery. Zanim jednak zaczniecie, polecam spróbować rogalików wypiekanych przez krwawe elfy. Delicje - wskazał na currosainty, które znajdowały się na niewielkim półmisku wraz z resztą ciastek.
- Wybaczcie mojemu akolicie, że był niezbyt rozmowny. Złożył 100 lat temu śluby milczenia - wytłumaczył mając nadzieję, że goście zrozumieją dlaczego ich przewodnik był niezbyt rozmowny.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias

avatar

Liczba postów : 58
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Czw Lip 27, 2017 4:08 pm

Krocząc przez sale Łuku druid nie mógł się nadziwić temu co widzi. Po mniej lub bardziej przyjemnym spotkaniu z łowcami, a potem równie pomocnej wizycie w urzędzie, rogaty elf spodziewał się wszystkiego, tylko nie takiej harmonii i tolerancji. Zawsze był pełen uznania dla religii. Nie żadnej konkretnej, ale ogólnej chęci powierzania swojego życia większej sprawie i wierze w ogólne dobro, które czuwa nad światem w tej, lub innej postaci. Może i w jego wierze świątyń nie ograniczało się dachem, tak by wszystkie duchy w każdej chwili mogły być świadkami ceremonii, ale i tak czuł szacunek do tego świętego miejsca.
-Wspaniały przybytek. - zagaił swojego przewodnika. - Powstał za pomocą magii? - jednak nie doczekał się odpowiedzi.
Gdy mijali jakąś ścianę , cokół, lub inne miejsce z zebranymi symbolami zebranych wierzeń druid przystanął przed nim i stuknął w wolne miejsce kosturem. Spod skały momentalnie wystrzelił mały pąk, który rozrastając, rozdzielił się na trzy serpentyny układające się w dobrze znany symbol celtów. Był to swego rodzaju wpis do księgi pamiątkowej. "Tu byłem - Lvelias"
- Jak wiele kultów znajduje tu azyl? - zapytał znowu przewodnika. - Jak wiele światów zwiedziłem, nie pamiętam kiedy widziałem coś podobnego. - jednak znowu nie doczekał się odpowiedzi.
Odetchnął trochę z ulgą, bo spodziewał się udawać dalekiego wysłannika religii niedźwiedzia, a w takich okolicznościach prawdopodobnie zostanie także wysłuchany jako arcydruid Tir na Nog. Nie żeby miał coś przeciw wciskaniu kitu, ale miło było załatwić coś raz oficjalnie. Na mocy urzędu. Owszem, namieszali trochę przy wejściu do miasta, ale w takich okolicznościach powinno się im to wybaczyć. Skoro nawet Pan Otchłani miał tutaj swoich wyznawców.
- Daleko jeszcze? - zapytał dokładnie w momencie gdy akolita zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Pomysł gobelinu przedstawiajacego skróconą historię przybytku druid uznał za po prostu genialny i zanotował żeby sprawić sobie podobny w swojej warowni. Dodawał powagi, a każda nuta powagi w przypadku Lveliasa była na wagę złota.
- Uch... wybacz... - odpowiedział szczerze zmieszany do oddalającego się powoli akolity, gdy dowiedział się o jego ślubach. Od razu jednak odnotował w myślach, że kapłan nie tylko zna już cel ich wizyty tutaj, ale także fakt, że na stole znajdowały się rogaliki i kawa, o które prosiła Jen. Oczywiście to mógł być przypadek, ale po tylu latach posługi druid przestawał w nie wierzyć. Z ulgą przyjął jednak zaproszenie i poczęstował się kawą.
- Zwę się Lvelias Thro'Ame, arcydruid Tir na Nog, pierwszy z bardów, drugi po Merlinie strażnik magii Avalonu i takie tam inne... - machnął ręką gdy jemu samemu znudziło się wymienianie własnych tytułów, a co dopiero komuś słuchanie ich. Ukłonił się z uśmiechem Gnarlowi i usiadł przy stole. - Jeśli wierzysz że przybywamy zza bariery, wiesz jak poważna jest to sprawa. - siorb kawy - Powiem wprost. Parę stworów cienia znalazło drogę na zewnątrz i to one są powodem naszego pobytu tutaj. Podążyliśmy ich śladem, aby zażegnać problemowi u jego źródła i tak trafiliśmy na waszą wyspę. Bariera jest nieszczelna. - zrobił pauzę i pociągnął kolejny łyk kawy obserwując przy okazji wyraz twarzy arcykapłana. Z szacunku nie chciał skanować jego emocji. Wszyscy tutaj grają do tej samej bramki i nie było sensu trzymać sekretów. - Powiem więcej, po drodze natknąłem się na jedno z ognisk bariery, które wygasło. - druid wyjął z torby jedną z klepsydr i postawił na stole, żeby zaprezentować symbol starej latarni morskiej. - Nawet najpotężniejsze uroki bledną w próbie czasu, przyjacielu. Dla dobra naszych światów musimy uradzić co z tym robimy. Ja widzę dwa rozwiązania. Pierwsze - zbieramy kapłanów i magów Katharsis i reaktywujemy ognisko. Nie jestem fanem tego rozwiązania, bo prędzej czy później bariera zacznie przypominać starą piłkę do kopania, na której jest więcej łat niż materiału. To co ja proponuję, jest dość ryzykowne, ale permanentne. Z wyspy trzeba pozbyć się mroku. Raz na zawsze. Ale do tego trzeba obalić barierę.
Druid wygodnie rozsiadł się na krześle popijając kawkę i czekając na lawinę: "Co? Dlaczego? Odbiło ci? Nigdy się na to nie zgodzę! Jesteś chyba szalony!"
To zawsze tak przebiega. Rozmówca musi pogodzić się ze wstępnym szokiem. Elf to doskonale rozumiał, dlatego cierpliwie czekał aż ktoś zapyta go o szczegóły planu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Pią Lip 28, 2017 7:02 pm

Po pierwszym dobrym wrażeniu było już niestety tylko gorzej. Jeżeli Jen kiedykolwiek potrzebowała powodów, dla których postanowiła dać sobie spokój ze zorganizowaną religią, teraz otrzymała ich w nadmiarze. Mijając pomieszczenia, w których składano co krwawsze ofiary, czym prędzej odwracała wzrok, wzdrygała wewnętrznie i koncentrowała na powrót na zapamiętaniu trasy, którą przemierzali. Świątynia była ogromna i zdawała się ciągnąć bez końca. Uznała zapamiętanie trasy za dobry pomysł, na wypadek, gdyby musieli przebyć ją powtórnie w trybie przyspieszonym.
- Tylko mi tu nie zapesz - ostrzegła Nathana, gdy rzucił ostatnią uwagę. Naprawdę nie miała ochoty przechodzić przez kolejny cyrk, ze skrzydlatymi w rolach głównych antagonistów. Chcąc nie chcąc musieli pokładać ufność w Lveliasie i jego zdumiewającej zdolności przekonywania zupełnie obcych osób do swojej sprawy. Na nią i Renko to podziałało, prawda?
Kiedy zostali zaproszeni do komnaty najwyższego kapłana, pamiętna odgrywanej roli Jen odczekała, aż Lvelias zasiądzie na krześle, zanim sama zajęła miejsce. Ukłoniła się kapłanowi, usiadła, wygładziła szatę i... zamarła na widok ustawionych na stoliku smakowitości. Podobnie jak elf nie wierzyła w tak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Odwróciła się w kierunku drzwi, przez które weszli, podejrzliwie przyglądając się milczącemu akolicie, który ich tu przyprowadził. Mógł być telepatą, albo posługiwać się magią, której wolała nawet nie próbować zrozumieć. Tylko w jaki sposób tak szybko udało im się przygotować kawę ze smakowicie wyglądającą mleczną pianką i rogaliki, które do złudzenia przypominały te, które kupowała w swojej ulubionej piekarni na rogu w LA?
Ostrożnie przeniosła spojrzenie na kapłana, maskując konsternację uprzejmym uśmiechem, po czym rzuciła okiem na Lveliasa, ciekawa jak on reagował na to niespodziewane odkrycie. Druid jednak był już na dobre pochłonięty konsumpcją kawy i rozmową z ich gospodarzem, Jen nie pozostało zatem nic innego, jak pójść w jego ślady i mieć nadzieję, że w swych przepastnych kieszeniach ma antidotum na ewentualną truciznę, którą próbowano im przemycić w miejscowych delicjach.
Poza tym umierała z głodu.
Poczęstowała się rogalikiem i filiżanką kawy, przysłuchując się monologowi Lveliasa. Po raz kolejny była pod wrażeniem, choć teraz z nieco innych powodów. Elf, przez większość czasu sprawiający wrażenie irrelewantnego i, no cóż, nieco szurniętego, od razu przeszedł do rzeczy i przemawiał z sensem i rozsądkiem rasowego guru. Jen jak mało kto potrafiła docenić zręcznego mówcę, który już od pierwszych słów wiedział, jakiej reakcji oczekuje od swojego rozmówcy i konsekwentnie dąży do celu, nie szczędząc figur retorycznych. Popiła kęs rogalika łykiem kawy i zanotowała w pamięci kilka z owych figur, obiecując sobie, że pewnego pięknego dnia wykorzysta je w mowie końcowej.
Tymczasem mogła jedynie słuchać w skupieniu i potakiwać, co jakiś czas zerkając na najwyższego kapłana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sly

avatar

Liczba postów : 211
Data dołączenia : 04/10/2015

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Wto Sie 08, 2017 8:24 am

-Nie mam zamiaru. Ale najlepiej być nastawionym na najgorsze, nieprawdaż?-Spytał Sly, unosząc brew. Minus noszenia całego sprzętu na plecach był na pewno fakt, że nie mógł rozpiąć płaszcza, więc niestety, efektu powiewania nie uzyska. -10 do odgrywania kozaka. No cóż. Może da radę coś w rodzaju pochwy na miecz.
Rozglądał się uważnie, obserwując inne kulty. No i symbole też mu się wbiły w łepetynę... Nie jakoś specjalnie, ale na tyle, że wywołały komentarz
-Dosyć agresywne te religie mają...-Mruknął Renko, obserwując wszystko. Na widok mrocznych elfów niedaleko ich "jasnych" bratanków uśmiechnął się. Ciekawe, czemu się nie pomordowali? Może jakiś pakt o nieagresji, albo wszystkie uniwersa Fantasy kłamią. To też jest opcja. Natomiast widzą krasnoludy, instynktownie uniósł brew. I co wy na to, kościele katolicki? Jak wytłumaczysz fakt, że krasnoludy czczą pieniądz?
Dobra, to tak jakby kazać religijnie wytłumaczyć, co Thor robi w Avengers. Swoją drogą, ciekawe czemu wszyscy nie nawrócili się na nordyk. Wszak ci bogowie istnieją...
Tak czy siak, gdy uśmiech znikł, brew wróciła na swoje miejsce, dotarli do gabinetu.
~Jak? To wyjaśni mi łaskawie ktoś, jakim prawem oni mają kawę i currosainty?~Zapytał się w głowie, aczkolwiek zdziwienie odmalowało się na jego twarzy. Przez sekundę, gdy upomniał samego siebie~Nie pytaj o to, nie twój interes~
Tak czy siak, pochwycił jednego z rogali i kawę. Co prawda nieufnie, ale wziął pierwszy kęs. Siadł równocześnie na krześle i zaczął słuchać. Jego twarz stała się kamienną maską, za którą skrywał wszystkie zdziwienia. Trzeba zdać się na Lveliasa, a jeśli jeden ruch mięśnia twarzy go zdradzi, to nie będzie ciekawie. Oby nie opanował telepatii... Nie byłoby wesoło, gdyby odczytali wszytko z jego umysłu, nieprawdaż?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Czw Sie 17, 2017 8:48 pm

Gnarl okazał się bardzo wyrozumiałym gospodarzem. Nieznajomość tutejszej etykiety mogła sprawić trochę problemów, zwłaszcza jeśli mowa o imponderabiliach kulturowych, które poznaje się z czasem. Faktycznie mało wiedzieli na temat zwyczajów gospodarzy. Jak należy się kłaniać, co należy zrobić przed wieczerzą, jednak Oświecony im takich drobnych niuansów nie wypominał. Chociaż dało się poznać pewne zwyczaje wspólne jak chociażby kontakt wzrokowy z rozmówcą oraz wyrażanie zainteresowania poprzez potakujące kiwnięcia głową co jakiś czas. Zresztą lustrując ich wzrokiem dało się wyczuć, że nie są stąd. Zwierzęta wyczułyby inny zapach, zaś osoby wrażliwe na magię lub jej pochodne, znałyby różnice w aurach albo chociażby samej wydzielanej energii.
Akolita, na którego zwróciła uwagę Jen aktualnie zajmował się księgami na jednej z półek. Przecierał je za pomocą szmatki oraz po prostu ścierał kurz z półek, które pewnie nagromadziły go kilogramy. Widocznie do obowiązków duchownych należało również dbanie o źródła wiedzy, gdyż jak sami mówili „wiedza to potęga, strzeż jej dobrze”.
- Nie tyle wierzę co czuje oraz to widzę. Niewyedukowanych karczmarzy oszukasz, młodzików oszukasz, ale mnie nie oszukasz – odpowiedział sięgając po jeden z rogalików. Złapał akurat tego z czekoladowym nadzieniem i mimo, że wszyscy skubali z półmiska to ten ciągle był pełny. Lvelias w sumie mógł rozgryźć tę sztuczkę, bo do miski podprowadzono po prostu niewielki portal, który najpewniej prowadził do kuchni bądź spiżarni i przywoływał praktycznie to czego zażyczył sobie w danym momencie mag. Jeśli zaś chodzi o smak kawy to tutejsza należała do dosyć dobrych. Na pewno nie była to sieciówka, a bliżej jej do ekskluzywnego produktu zbieranego i pieczołowicie przygotowywanego. Rogaliki zresztą też nie były gotową masą w foremce, bo każdy był w innym kształcie chociaż rozmiarowo były bardzo podobne.
W momencie gdy druid wspomniał o cieniach, które się wydostały to na twarzy kapłana pojawiła się lekka zmarszczka konsternacji na czole. Jakby została mu powiedziana bujda lub coś wielce nieprawdopodobnego. Jednak z drugiej strony to wyjaśniało dlaczego przed nim były takie, a nie inne osoby. Sprawiło to, że przestał zajadać się wypiekami, a oparł swe łokcie o stół, a na dłoniach podbródek. Przymknął oczy i myślał nad czymś intensywnie, aczkolwiek dalej słuchał druida. Wybudził się ze swoich rozmyślań na samo wspomnienie o obaleniu bariery. Kategorycznie pokręcił głową i opadł na oparcie swego krzesła. Przez chwilę patrzył na Lveliasa jak na skończonego wariata, jednak powstrzymał się od uszczypliwego komentarza. Kto wie, może te metody medytacyjne oraz asceza na coś się przydają?
- Tak, wyczułem że ognisko wygasło bardzo dawno temu. Zanim jeszcze urodził się obecny Władca Katharsis, Orion – podrapał się po głowie i założył nogę na nogę, obracając w palcach pochwycony rogalik – To co mówisz wymagałoby nie tylko magów z Katharsis, ale również praktycznie najtęższych umysłów z każdego krańca wyspy. Zwłaszcza czarnoksiężników mrocznych elfów, których specjalnością są właśnie takie bariery. Nie wspominając już o tym, że to dawno zapomniana magia, a zapiski na jej temat są bardzo… ubogie – chrupnął rogalik i popił winem z kielicha, który ponownie się napełnił – Lveliasie muszę zaprotestować. Pewne rzeczy pozostają zamknięte z jakiegoś konkretnego powodu, a tego zła nie da się pozbyć tak łatwo. Nie możemy opuścić bariery, jednak myślę że udałoby mi się odesłać was do waszego świata jeśli tylko poznałbym sposób w jaki się tu dostaliście, a chyba nawet domyślam się o co mogło chodzić – wyciągnął z kieszeni swoich szat pewne pudełeczko. Zdobione rubinami, praktycznie caluśkie ze złota z wygrawerowaną paszczą niedźwiedzia. Rubiny zakreślały kontury oraz linie pyska, zaś dwa czarne klejnoty były oczami szkatułki. Dopiero po lekkim zaciśnięciu i charakterystycznym cyknięciu, które ją otwierało można było rozpoznać dosyć znajomy widok. Busola.
- Widzicie jest pięć dróg, by się tutaj dostać. Przypłynąć na Latającym Holendrze co jest równoznaczne ze śmiercią, gdyż kapitan nie lubi towarzystwa żywych – tu wystawił dłoń i odciągnął mały palec wyliczając kolejno, odginając następne palce – Można znaleźć dziurę i wykorzystać odpowiednio silną magię przeniesienia w co wątpię bo już byście się stąd wydostali sami. Można się tu urodzić, a raczej odrodzić jeśli dorwało was uosobienie zemsty. To również byłoby tożsame ze śmiercią i wiecznym potępieniem. Jest jeszcze opcja z zesłaniem poprzez naprawdę paskudną klątwę oraz bardziej prawdopodobna opcja… ktoś wam wręczył jedno z tych urządzeń – wskazał na swoją busolę – i najpewniej było ono nastawione na powrót do jakiegoś punktu przez co ominęło barierę dokonując przeniesienia tylko w jedną stronę – po chwili schował pudełeczko do kieszeni i uśmiechnął się serdecznie i zadać dosyć przyjaznym, aczkolwiek sugerującym że sprawa jest poważna tonem głosu – Więc jak się tu dostaliście dokładnie?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias

avatar

Liczba postów : 58
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Pon Sie 28, 2017 11:11 am

Mimo iż arcykapłan grzecznie przemilczał moment w którym wziął druida za skończonego wariata, elf i tak zwrócił na to uwagę. Przywykł do takich reakcji, nawet wśród swoich krajan, a co dopiero wśród nieznajomych. Nie miał tego jednak nikomu za złe. Wręcz przeciwnie, był wdzięczny Gnarlowi za tę oznakę szacunku i nie zamierzał pozostawać pod tym względem dłużny.
- Ależ oczywiście. - zgodził się z pierwszymi słowami kapłana co do karkołomności przedsięwzięcia - Powiem więcej. Potrzebowalibyśmy także magów spoza bariery, aby zabezpieczali wyłom po drugiej stronie. Nie proponuję ci, przyjacielu łatwego rozwiązania, tylko rozwiązanie ostateczne. Rozumiem zarówno skalę takiego rytuału, jak i twoje obawy. W świecie poza barierą pełnię rolę jednego ze strażników równowagi. To, że jakimś cudem wyspy te do tej pory umykały naszemu wzrokowi było karygodnym zaniedbaniem z naszej strony, ale teraz nie wierzę, że przeznaczenie wysłało mnie tutaj przypadkiem. Do tego, owszem, nasycimy teraz wygasłe ognisko, ale co za sto lat? Tysiąc? Bariera będzie coraz słabsza, a cień coraz silniejszy. Naszym obowiązkiem jest myślenie w dal. Zrzucanie tego na tych, którzy przyjdą po nas, nie jest właściwie. Mam plan, jak taki rytuał mógłby się odbyć, jednak nie uda mi się go przeprowadzić bez waszej pomocy. Stąd decyzja nie powinna należeć do mnie. - druid dobrze rozumiał co może stać za niechęcią kapłana do zmian, dlatego zdecydował się także poruszyć i ten temat - Wiem że gdyby się nam powiodło, skrzydlaci pozornie straciliby sens swej kultury, ale to nie prawda. Poza barierą kryje się również wiele cienia i ekspertyza, a także radość polowania, skrzydlatych mogłyby przydać się bardziej niż kiedykolwiek pod barierą. Proszę to przemyśleć. Wiele trudniej jest polować na cień, gdy nie jest widoczny na pierwszy rzut oka. - druid spróbował przybrać swój najpoważniejszy wyraz twarzy. Nigdy szczególnie dobrze mu to nie wychodziło. Chciałby zmusić kapłana do przynajmniej chwili namysłu, albo zwołania conclave. Miejscowy władca, Orion, również powinien mieć coś do powiedzenia. Lvelias zdecydowanie wolałby działać. Owszem, rytuał nie był prosty. Był tak daleki od prostego jak tylko się dało, jednak z czasem mogło być tylko gorzej. Na razie skrzydlaci trzymali cień w ryzach, ale na jak długo? Jeśli Gnarl odmówiłby teraz Lveliasowi pomocy, po powrocie będzie musiał odbyć poważną rozmowę ze Stephenem i innymi co zrobić gdy cień zacznie się przesączać zza bariery. - Tak czy siak musiałbym opuścić barierę, żeby pokierować przygotowaniami po drugiej stronie. - i w ten sposób przeszli do kolejnej poruszanej przez kapłana kwestii. Lvelias cierpliwie czekał gdy Gnarl wymieniał opcje. Wielu z nich sam się spodziewał. Planował wcześniej nawet złożenie wizyty pani Jones, jeśli kapłani nie byliby mu w stanie pomóc opuścić bariery. Zastanowił się jak potężna musiałaby być istota, żeby o własnych siłach opuścić magiczny klosz. Druid nie był Merlinem, ale na magi znał się jak mało kto, a sam nie mógł nawet liczyć że draśnie zabezpieczenia. Wątpił żeby nawet Merlin dał radę, a już zwłaszcza Sorcerer Supreme ziemi.
- Cóż, jak widzisz, wszyscy żyjemy. - odpowiedział Gnarlowi wyjmując na stół swoje busole, tak by kapłan mógł się im przyjrzeć. Paradoksalnie jego busola nie była od razu ustawiona na powrót, ale samemu nadpisał runy wpadając tym samym w pułapkę. Wolał przemilczeć ten fakt. Nagle uświadomił sobie że nie wie jak dokładnie trafił na wyspy ich kompan. Sly zdecydowanie nie był martwy, a wręcz przeciwnie, wszystko wskazywało że pochodził spoza bariery. Czyżby miał też swoją busolę? - Pozostaje zatem ostatnia z opcji. Moje pytanie brzmi: jak właściwie busole mogły znaleźć się poza barierą? Wydaje mi się że to również przejaw słabnących zabezpieczeń. Wolę na razie nie brać pod uwagę możliwości, że ktoś celowo ją sabotażuje.Sposób przedostania się busoli na drugą stronę. Do tego tak wielki rozstrzał miejsc, w jakich się pojawiły bardzo ciekawił druida. Liczył na to, że udałoby mu się zbadać tę sprawę i wykorzystać to zjawisko do przeprowadzenia rytuału. Oczywiście, o ile kapłani się na niego zgodzą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Nie Paź 01, 2017 10:30 pm

Gnarl nie mógł zaprzeczyć, że druid mimo iż szalony to jednak ma sporo racji. Nic niestety nie trwało wiecznie i prędzej czy później zło znajdzie sposób, by wydostać się na zewnątrz i siać spustoszenie. Być może radzili sobie z tym obrońcy pokroju Lveliasa jednak czy rozważnym byłoby uwikłać ich w sprawy tej wagi? Czar był bardzo potężny, jednak przy zebraniu najtęższych umysłów magicznych można by coś w tym kierunku zdziałać. Wymagała to tylko ogromnej ilości mocy magicznej, by otoczyć bardzo potężną barierą teren wielkości… no właśnie jakiej? Nawet nie wiedzieli jak wielkie jest to miejsce! Chociaż nasycenie wygasłego ogniska było dosyć dobrym pomysłem, którym Skrzydlaty widocznie się zainteresował. Widać było po drapaniu swojego podbródka, że coś rozważa. Do tego nie potrzeba było żadnej więzi empatycznej, bo takie rzeczy uważny obserwator mógłby wyczytać z zachowania rozmówcy.
- Muszę Cię zmartwić Lveliasie. Ogniska stworzone były przez bardzo starą magię i problemem pozostają brakujące zapiski inkantacji. Nie wszystkie rasy w tym miejscu są skore do współpracy, a my nie możemy wysłać naszych wszystkich magów do tego zadania. Rozumiesz co mam na myśli? – klasyczna sytuacja, w której królestwo zostaje bez swojej artylerii i jest narażone na atak ze wszystkich stron. Skrzydlaci mogli być potężnymi wojownikami oraz mądrymi magami, jednak mieli swoje ograniczenia, z których zdawali sobie sprawę.
Arcykapłan westchnął, bo tu nie chodziło o sam zarys kultury. Zawsze znajdzie się cień do zwalczania. W sumie brakowało mu tego polowania, gdyż sam musiał przebywać na terenie świątyni ze względu na piastowane stanowisko. Nie mógł sobie od tak zniknąć i porzucić swe obowiązki. Miał pod sobą ludzi, którzy na niego liczyli.
- Jestem jednak skory przystać na ten plan – złożył ręce na swoim podbrzuszu i rozłożył się wygodnie na krześle – Jednak jest jeden warunek. Pomogę z rytuałem jeśli zyskasz przychylność Dzieci Księżyca, czyli mrocznych elfów oraz jeszcze trzech ras zamieszkujących wyspę o znacznych zdolnościach magicznych. To są moje warunki, jednak przedstawię sprawę naszemu władcy przy najbliższym spotkaniu – Skrzydlaty postawił swój warunek z dosyć konkretnego powodu. Jeśli ma osłabiać siebie, by dokonać czegoś to również osłabi przy okazji pozostałych w pobliżu tak, by nie doszło do żadnego wrogiego najazdu. Władca może nieco zmodyfikować te żądania lub po prostu nie przystać na sam pomysł, ale druid miał wstępny zarys tego co może go czekać.
- Myślę jednak, że większą zagadką jest jak za barierą znalazły się busole. Istnieje szansa, że ktoś z wewnątrz tego dokonał. Nie wiem jak mógł tego dokonać, jednak w czarze musi być jakaś luka, która została wykorzystana – położył prawą dłoń na stole i chwycił jedno z ciastek, a następnie zaczął je sobie obracać w palcach.
- Mnie przychodzi tylko jeden sposób, by takie zdarzenie mogło mieć miejsce. Jeśli istnieje zdrajca to może znajdować się na pokładzie Latającego Holendra. Tylko on opuszcza barierę – powiedział arcykapłan i wykonał gest ręką, a magia zwizualizowała statek. Z zatęchłymi, podartymi żaglami oraz wyglądający jak coś z najgorszych koszmarów. Deski z powykrzywianymi ornamentami w kształcie twarzy w agonii oraz całość w przegniłej zieleni. Obraz ostatecznej rozpaczy, jednak sam statek w swojej koszmarności wyglądał również majestatycznie. To nie była byle łódka, a coś wielkości galeonu… może nawet większe. Sly już miał nawet okazję z tym statkiem się zapoznać.
- Nie sądzicie, że by naprawić barierę należy najpierw znaleźć tego kto zaburza równowagę? – zarzucił pomysłem arcykapłan. Cała ta szopka z naprawianiem starego zaklęcia mogłaby spełznąć na niczym jeśli nie znajdzie się problemu. Co jeśli ktoś by sabotował cały rytuał i zło zostałoby uwolnione? Po chwili Gnarl wstał i podszedł do jednego z regału, sięgnął po książkę z czerwoną okładką. Chociaż bliżej prawdy byłoby powiedzenie, że było to opasłe tomiszcze. Obrócił je w dłoni, a następnie otworzył wyjmując ze środka butelkę. Pojawiły się nowe kielichy, do których wlał zawartość butelki.
- Krasnoludzki samogon. Podobno można go używać do czyszczenia żelaznych elementów maszynerii. Przekonajmy się ile w tym prawdy. Za rzeczy, które nie powinny być dostrzeżone? – zapytał unosząc kielich w górę jakby pijąc do wcześniejszej uwagi druida na temat dostrzegania problemu bariery. Płyn w kielichach był lekko brązowy, koloru miedzi i dosyć intensywnym zapachu, który palił w nozdrza. Jakby ktoś zrobił nalewkę z chilli, gdzie 80% to spirytus a reszta to papryczki. Jeśli ktoś odważył się wypić to mógł poczuć coś bardzo specyficznego. Uczucie jakby przez gardło przepływała gorąca lawa, a wnętrzności miały być wypalone przez płyn. Takie to było mocne.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias

avatar

Liczba postów : 58
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Wto Paź 03, 2017 1:33 pm

Lveliasowi znowu zaimponowało jak bardzo otwarty na działanie był Gnarl. Owszem, nie zaraził się momentalnie entuzjazmem druida, ale też od razu nie skreślił jego pomysłu, jak prawdopodobnie zrobiłby to każdy inny arcykapłan.
Słuchając słów skrzydlatego co jakiś czas kiwał głową na znak że uważa, rozumie i zgadza się ze słowami rozmówcy. Rozumiał że dostrojenie się do magii starego bractwa będzie niemal niemożliwe, i że zamiast subtelnie wykorzystać istniejącą już magię, trzeba będzie niemal zburzyć ją potężniejszą mocą.
Doskonale też rozumiał obawy co do wysyłania takiej grupy magów z ramienia samych skrzydlatych. Wychował się na wyspach, które zdecydowanie były zbyt małe dla wszystkich mieszczących się na nich ras, przez co utrzymywanie równowagi i statusu quo było dobrze znanym mu problemem. Czasem funkcja strażnika równowagi przypominała bardziej pracę polityka, niż kapłana.
- Jest to sprawa nas wszystkich. Na pewno uda mi się ich nakłonić do współpracy. - odparł z pewnością w głosie, choć sam nie do końca w to wierzył. Choć sam zwany był często mrocznym elfem ze względu na pochodzenie, to nie miał z nimi wiele wspólnego. Tak naprawdę do tej pory spotkał zaledwie garstkę wędrowców, którzy zawitali kiedyś do jego świata. Sam nigdy nie postawił stopy w żadnym z dziesięciu światów Ygdrasila, do czego się nieczęsto przyznawał.
Od razu zaczął obmyślać do kogo by tu się jeszcze zwrócić. Czy orkowie dysponowali odpowiednią magią? Krasnoludowie? Oraz kim właściwie była tajemnicza kobieta spotkana na plaży. Zdawała się być wyjątkowo biegłą użytkowniczką magii, a nie widział w mieście wielu podobnych jej istot.
- Również sądzę że wyjaśnienie sprawy busoli powinno być naszym priorytetem. Przedsięwzięcie jakie planujemy jest dostatecznie karkołomne i bez tego typu dzikich kart na stole. – raz jeszcze przytaknął kapłanowi. Szczerze mówiąc do tej pory spodziewał się udziału cienia w sposobie jakim przedmioty wydostały się za barierę. Możliwość, że dokonał tego zwykły człowiek była dla druida szokująca, jednak, co przyznał w duchu, wielce prawdopodobna. Zabawne że po tylu latach spędzonych jako arcydruid wciąż mimowolnie wierzył w ludzkie dobro. – Z chęcią zajmę się również i tą sprawą. Czy mógłbym jednak wcześniej pokornie prosić o dostęp do tutejszej pracowni magicznej? Chciałbym przeprowadzić parę testów i potwierdzić kilka hipotez.
W pewnym momencie arcykapłan wstał i podszedł do jednej z półek sięgając po jakąś księgę. Druid z zaciekawieniem zastanawiał się jakiż to pradawny grimuar jest na tyle ważny, aby wnieść coś do trwającej dyskusji. Gdy jednak Gnarl sięgnął do księgi i wyciągnął z niej niewielki antałek, oczy druida aż się zaświeciły. Musi podpatrzeć ten pomysł, żeby gosposia przestała zabierać mu butelki z pracowni. Ciekawe czy arcykapłan miał podobny problem. Bez większych oporów wzniósł jednak kielich z Gnarlem. – Za to, co zrobić trzeba! – rzucił i wychylił zawartość niczym profesjonalista przyzwyczajony do smaku whiskey. Nie był jednak aż takim alkoholikiem, żeby trunek nim nie wstrząsnął. Panicznie rozejrzał za czymś do zagryzienia, lub popicia na stole.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym niezwłocznie przystąpić do pracy. – odpowiedział opanowując w końcu pieczenie w ustach. – Mam nadzieję że spotkamy się znowu niebawem. Pożegnał się z Gnarlem z należnymi honorami. Jeśli uzyskał dostęp do pracowni, niezwłocznie się tam udał. Planował poddać przeklęte klepsydry badaniom magicznym z prawdziwego zdarzenia. Może odpowiednie rytuały wieszczące rzuciłyby trochę światła na to jak znalazły się poza barierą.
Co tym wszystkim myślicie? – zapytał milczących dotąd kompanów, gdy już zostali w miarę sam na sam. W sumie planował już do czego mogą mu się przydać, ale chciał poznać ich opinię. Rozważał nawet rozdzielenie się. Jen z powodzeniem mogłaby zostać ich emisariuszką wśród orkowych plemion, wyposażoną zarówno w argumenty logiki, oraz siły. To co powinno przemówić do rozsądku zarówno wojowników, jak i starszyzny. Sly natomiast zdążył już nawiązać jakieś kontakty z piratami. Lvelias może nie mieć czasu załatwić wszystkiego osobiście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sly

avatar

Liczba postów : 211
Data dołączenia : 04/10/2015

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Sob Paź 28, 2017 11:11 am

Nathan uważnie... Nie, wróć. On się po prostu wyłączył, rozmowy na ten temat pozostawiając Lveliasowi. Gdyby chodziło o, dajmy na to, sposoby konserwacji cybernetycznych rąk, nową wersję systemu Android albo coś w tym stylu- tutaj by miał wiele do powiedzenia. Ale teraz? Teraz nie mógł mówić zbyt wiele. A już na pewno wolałby nie wrabiać kapitan Jones w firmę przewożącą pasażerów. Po co mu więcej wrogów, gdy ma ich już wystarczająco?
Natomiast widok galeonu wywołał niemiłe spojrzenie za okularami. Potężny statek, którym dowodzi kapitan widmo. Swoją drogą ważną sprawą jest, jak się trzyma Rakun... Niezwykle ważną. To pierwsza sprawa do ogarnięcia po powrocie. Pierwsza, ale nie ostatnia.
-Podziękuję-Mruknął na widok alkoholu. Aż tak wcześnie pijany być nie chciał, a zardzewiały jeszcze nigdzie nie był. Więc nie odczuwał potrzeby przeczyszczenia wnętrza, bo niby po co?
Pożegnawszy się skinieniem głowy, ruszył za Lveliasem. Uniósł brew.
-Jeśli skarbiec jest nieszczelny, ktoś to ze środka musiał zrobić. Nie wykluczajmy możliwości sabotażu wewnętrznego, ale podstawa to odkrycie, kto ma interes w tej całej sprawie.
Wiesz co mam na myśli, nikt nie sabotuje swojego domu, jeśli nie otrzyma za to czegoś równie wartościowego. A w ataki na tyle silne z zewnątrz nie wierzę, bo by je zauważyli i się do tego szykowali. Co oznacza, że sabotażu dokonał ktoś ze zdolnościami magicznymi, lub został wniesiony jakiś obiekt który zaburza zabezpieczenia.-
Krótki wykład, podczas którego Nate poprawił rękawiczki na dłoniach i broń na plecach. Miał nadzieję wywoływać chociaż odrobinę groźnego wrażenia, ale raczej wątpił, by mu się to udało. No cóż, tutaj raczej ledwie chłopaczek z patykiem go załatwi. Ale w sumie patyk w gównie to broń ostatecznej potęgi, nieprawdaż?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Wto Paź 31, 2017 2:12 pm

Pochłaniając rogal za rogalem, Jen siłą rzeczy nie miała możliwości aktywnie uczestniczyć w rozmowie, ale też nie zależało jej na tym. Skupiała się na wchłanianiu informacji (wraz z drogocennymi kaloriami). Jak dotąd argumenty obu stron brzmiały sensownie. Cieszyło ją też, że druid i kapłan są w stanie dojść do porozumienia. Ich gospodarz wydawał się rozsądnym mężczyzną, mającym na uwadze dobro krainy, jaka by ona nie była.
Prawniczka wtrąciła się do konwersacji tylko raz, kiedy kapłan wspomniał o zdobywaniu przychylności ras zamieszkujących miasto.
- Co to za rasy? – spytała, notując informację w pamięci. Nie podobała jej się konieczność przypodobania się kolejnym osobom. Nie dysponowali miejscową walutą na łapówki, zdobycie poparcia wiązałoby się zatem z wykonaniem dla nich jakichś zadań, a  z tym Jen nie czuła się komfortowo. Kto wie czego mogli od nich zażądać miejscowi? Z tego, co zdążyła zaobserwować, skrajny relatywizm moralny nie był tu nikomu obcy.
Kiedy na stole pojawił się alkohol, Jen powtórnie nabrała podejrzeń co do intencji ich rozmówcy. Ten pokaz gościnności i mocy musiał czemuś służyć. Albo więc kapłan miał ukryty motyw, albo potrzebował ich pomocy bardziej, niż był skłonny otwarcie przyznać. A może… Zawahała się, nim nazwała myśl, która nagle przyszła jej do głowy. Co jeżeli Gnarl po prostu się ich obawiał? Choć wydawało się to absurdalne, miało odrobinę sensu. Sam przyznał, że przybysze z zewnątrz byli tu niezwykłym zjawiskiem. Być może dla miejscowych byli taką samą niewiadomą, jaką jej wydawała się ta obca kraina. Rozważała tę kwestię bawiąc się szklanką whisky i pociągając co jakiś czas ostrożny łyk. Trunek był wyborny i działał cuda dla jej napiętych nerwów, choć nie przytępiał zmysłów. Nawet pod postacią człowieka nie upijała się łatwo. Metabolizm hulka miał swoje zalety, choć byli tacy, którzy by się z nią nie zgodzili. Czy Wolverine przypadkiem nieustannie nie narzekał, że tak trudno mu się upić?
Uśmiechnęła się pod nosem, co przypadkiem zbiegło się w czasie z toastem pomiędzy Gnarlem i Lveliasem. Jen rzuciła okiem na butelkę samogonu, pokręciła jednak głową i grzecznie odmówiła, zwracając uwagę na niedopitą whisky na dnie swojej szklanki. Może i w jaskini trudno było stwierdzić, czy południe już minęło, czy nie, ale nie zamierzała przesadzać z przyjemnościami. Uznała, że wystarczy, jeśli druid, jako ich umowny przywódca, dopełni zaszczytnego towarzyskiego obowiązku i uraczy się krasnoludzkim płynem do czyszczenia rur. Sądząc po minie elfa, napitek w pełni zasługiwał na swoją opinię.
Dopiła soją whisky i widząc, że mężczyźni przystąpili do pożegnań, wstała z miejsca, ukłoniła się z uśmiechem kapłanowi, podziękowała za poczęstunek i odczekała, aż Lvelias jako pierwszy opuści pomieszczenie, aby podążyć tuż za nim. Jak tylko znaleźli się znów we własnym towarzystwie, zmarszczyła brwi i przybrała zamyślony wyraz twarzy.
- Myślę, że Renko ma rację. O ile nie działa tu jakaś znacznie potężniejsza siła, wszystko wygląda na wewnętrzny sabotaż. – Pokręciła głową z niesmakiem. – Nie podoba mi się to. Nie jesteśmy nawet stąd, a siedzimy po uszy w mistycznej i potencjalnie politycznej grze, której zasady nie całkiem pojmujemy. Mam nadzieję, że masz plan, rogaty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Sob Lis 04, 2017 4:28 pm

- Najmniej skore do współpracy byłyby mroczne elfy. Kierują się tylko własnym zyskiem, a na dodatek dosyć ciężko oczekiwać od nich lojalności. Dlatego między innymi tego bym wymagał – wytłumaczył Jen jednocześnie obierając sobie mandarynkę, którą pochwycił w swe dłonie. Mroczne Elfy pałały się tutaj dosyć paskudną magią, jednak nie można jej było odmówić skuteczności. Chociaż różniła się nieco od tego, co Lvelias mógł zobaczyć w Asgardzie, o czym się zresztą kiedyś być może przekona – Równie mniej skore do współpracy są krasnoludy, które jedyne, co to patrzą na ilość złotych monet w swoim skarbcu, zaś wisienką na torcie pozostaje w ich kwestii aktualnie tocząca się tam wojna między kastami. Nie orientuje się, o co poszło, tyle wiem, że krasnoludy biorą się za łby non stop – o tak, krasnoludy znane były w ziemskich opowieściach ze swojej porywczości i upartości. Pewnie przedkładało się to na tutejsze realia. Mroczne Elfy natomiast niezbyt różniły się opisem względem tego, z czym mieli do czynienia Asgardczycy.  W końcu wystarczyło spojrzeć na sylwetkę samego Malekitha, by mieć obraz całej tej rasy. Nie wszystkich, ale większości przedstawicieli rzecz jasna. Może tutejsze mroczne elfy to jacyś odszczepieńcy, którzy założyli swoje własne państwo?
- Ostatnią z problematycznych ras są nieumarli. Nie są problemem sami w sobie, a raczej to, że pozostałe rasy niechętnie z nimi współpracują. Powiedzmy, że wielu uważa, że jeśli ktoś umarł to raczej nie powinien się ruszać, delikatnie mówiąc – wyjaśnił z pełnymi ustami. Ino mogła być to sprawa wszystkich, jednak nawet poza barierą trudno było porzucić swoje przekonania w obliczu zagrożenia. Każdy martwił się o swój własny kraj, a niektórzy pewnie szli tokiem, że pozostałe nacje wyginą i osłabią podczas walk przeciwnika na tyle, by tamci mogli ich podobijać.
- Tak, zezwalam na to. Poproś jakiegoś akolitę, a Cię poprowadzi do pracowni. Również przekażę im, by ugościli was w naszych kwaterach, w końcu gość w dom Bóg w dom – odpowiedział kapłan, tym samym dając do zrozumienia, że mogą się tutaj czuć jak u siebie. Oczywiście pewnie był w tym jakiś haczyk, jak zwykle zresztą przy okazji takich przysług, ale czy trzeba się tym teraz przejmować? Teraz, kiedy mieli przed sobą okazję wypicia krasnoludzkiego trunku. Szkoda mu trochę było, że tylko druid się z nim napił, ale gościnność nie zakładała narzucania czegokolwiek gościom. Chyba, że było się mrocznym elfem i proponowano sypialnie w lochach. Ciemniutkich oraz bardzo nieprzyjemnych lochach.
Arcykapłan od razu sięgnął po soczysty kawał mięsa, by pozbyć się smaku kransoludzkiego samogonu. Po twarzy widać było, że jego również to ruszyło, ale niektóre trunki mają wykręcać twarz, a nie smakować. Gdy smakują to już oznaka głębokiego alkoholizmu. Gnarl postanowił wstać i odprowadzić swoich gości do drzwi, a następnie wskazał im kierunek na korytarzu, w którym mają się udać do pracowni. Jak się zgubią to najwyżej poproszą jakiegoś akolitę, by ich poprowadził dalej. Idąc korytarzami mogli natknąć się na dosyć nietypowe zdarzenie. Trafili na rozdroże z trzema wylotami, gdzie pośrodku stały 4 postaci. Dwoje z nich ubrane było w skóry zwierząt oraz elementy wykonane z ich zębów oraz kości. Ta dwójka była znacznie wyższa oraz masywniejsza od przeciętnego człowieka. Kolor skóry niewiele sugerował, bo byli całkowicie szarzy. Dopiero, gdy jeden z nich odwrócił się twarzą, by spojrzeć na bohaterów, udało się rozpoznać rasę. Miał typowe, wysunięte dla orków kły, kolczyki z kości w nosie oraz charakterystyczne szpiczaste uszy i wygoloną głowę. Do tego przez twarz przebiegał mu tatuaż w kształcie łapy. Jego kolega był nieco wyższy, liczył sobie równe 2.20 metra. Miał oderwane lewe ucho oraz krótki kucyk na czubku głowy. Reszta czaszki była wygolona na gładko, zaś na twarzy miał również taki sam tatuaż. Miał też wyrwany jeden kieł. Była tam jeszcze mroczna elfka, która nie była już ubrana jak członkowie kultu. Sięgała najwyższemu z orków mniej więcej do połowy klatki piersiowej, więc pewnie miała w okolicy metr siedemdziesiąt. Nosiła czarne, przylegające szaty, a przy pasie przytroczone miała dwa lekko zagięte sztylety w pochwach. Elfka narzucony miała kaptur, a jakby spojrzeć pod kątem to widać było, że miała ślady po poparzeniu na całej prawej stronie twarzy, gdzie miała również przepaskę na oku. Wszystkie te trzy osoby krzyczały coś w nieznanym bohaterom języku względem tej czwartej sylwetki, która wyglądała chyba najbardziej ludzko. Był to starszy człowiek, wyschnięty na wiór niemalże z licznymi zmarszczkami na twarzy. Jego krótkie włosy i długa broda przybrały już kolor popiołu, zaś na oczach miał przepaskę z wyszytym okiem. Ubrany był w coś, co chyba kiedyś było workiem od kartofli, a nie szatami mnicha. Nie miał nawet butów, a w ręce dzierżył gałąź, która służyła, jako laska. Przyparty był do jednej ze ścian przez te 3 osobistości i trzymał laskę uniesioną nieco wyżej w postawie obronnej. Sądząc po seplenieniu, z jakim wypowiadał słowa również w bliżej nieznanym języku, również nie miał zębów.
Oczywiście pracownia była tuż za rogiem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lvelias

avatar

Liczba postów : 58
Data dołączenia : 14/07/2016

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Wto Lis 07, 2017 9:33 am

Pożegnawszy się z Gnarlem, idąc już korytarzami świątyni z zadumą przysłuchiwał się opiniom swoich towarzyszy. Głaskał się przy tym po brodzie i może minimalnie zbyt entuzjastycznie kiwał głową na znak że zgadza się z każdym ich słowem. To znaczy że nie tylko on zakładał możliwość sabotażu. Należało coś z tym zrobić, a do tego między innymi potrzebna mu była porządna magiczna pracownia. Ciepłe i suche łóżka również brzmiały kusząco, ale druid nie miał w zwyczaju wiele sypiać gdy już poświęcił się jakiejś sprawie. Czasem miał w zwyczaju wcale nie sypiać. Praca maga z prawdziwego zdarzenia oznaczała długie godziny w pracowni, spędzone na przygotowywaniu zaklęć, a następnie również długie prace w polu, które z doświadczenia nigdy nie przechodziły tak jak to planował w pracowni.
Od czegoś trzeba było jednak zacząć, a lepiej jest mierzyć się z nieznanym będąc choć trochę przygotowanym.
Po drodze do pracowni napotkali grupę kłócących się istot. Ostatnią rzeczą, którą Lvelias chciałby mieć jeszcze na głowie były lokalne spory, jednak poczuł nić zrozumienia dla starego, bełkoczącego pustelnika. Na ogół to on w towarzystwie pełnił rolę ekscentrycznego wariata, który zdecydował się zamieszkać zbyt daleko od cywilizacji, a zbyt blisko wpływów mroku.
Permanentnie działający na elfie urok pozwalał mu rozumieć mowę większości naturalnych istot, o ile nie bronili się przed tym jakąś magią. Tak więc mimo woli nadstawił uszu nad toczącą się kłótnią. Jeżeli sytuacja była naprawdę beznadziejna, lub po prostu uzna że powinien rozgonić zgromadzenie, podejdzie do grupy i powie.
- Nie godzi się zakłócać spokoju domu bogów takimi sprzeczkami. Ci którym służymy potrafią zachować pokój pod jednym dachem, więc i my powinnyśmy brać z nich przykład. Nawet pomimo różniących nas zdań zachowajmy szacunek. Przynajmniej w murach świątyni.
Jeśli natomiast mężczyzna chciał wyrazić swoją wdzięczność, lub kontynuować rozmowę, druid zasłonił się pilną pracą i zaprosił go ze sobą, aby towarzyszył mu w pracowni, jeśli taka jego wola.
W każdym razie gdy tylko znalazł się w pracowni najpierw przystąpił do wstępnych oględzin możliwości zaplecza. Mimo że każda pracownia powinna zawierać ten sam trzon podstawowych aparatów magicznych, to potrafiły się one od siebie różnić tak jak dwa płatki śniegu. Wszyscy czarodzieje wszechświata uprawiali tę samą sztukę, o tych samych zasadach, jednak każdy dochodził od niej z innego podłoża kulturowego. Z doświadczenia wiedział jak bardzo różniły się pracownie jego i Stephena, choć każdy z powodzeniem mógłby wykorzystać salę tego drugiego.
Gdy wreszcie odszukał to czego chciał przystąpił do dzieła. Rozpoczął pracę od problemu domniemanego sabotażysty. Wydobył z torby przeklęte busole i zbadał aurę ostatniej dotykającej je osoby. Oczywiście, najwidoczniejszą z nich, była aura samego druida, który od dłuższego czasu strzegł przedmiotów w swojej torbie.
- Jak dawno temu, mniej więcej, trafił ci w ręce ten przedmiot, Jen? – zadał pytanie kobiecie. Odpowiedź nie była mu niezbędna, lecz na pewno przyśpieszy jego pracę.
Następnie wziął do ręki kolejny przedmiot i z precyzją chirurga usunął z busol swoją aurę. Pod spodem powinny znajdować się słabsze aury ich poprzednich właścicieli. Oczywiście przedmioty mogły wiele razy przechodzić z rąk do rąk, ale druid zakładał, że w pewnym momencie przeszły one przez ręce jednej osoby. Nawet jeśli nie była to pojedyncza istota, tylko organizacja, prawdopodobnie istniał jeden twórca, lub zwierzchnik, mający kontakt ze wszystkimi busolami. Sztuczką było cierpliwe i dokładne pozbywanie się kolejnych warstw aur, aż nie pojawią się dwie identyczne. Ostatnia osoba, która była w posiadaniu obydwu artefaktów, a nie była druidem, nikim z jego drużyny, Gnarlem, czy kimkolwiek, komu mogli je pokazywać już po tym jak je dostali, była na pewno zamieszana w wydostanie się ich za barierę.
- Wracając do tematu. Zgadzam się z wami, oczywiście – druid miał wysoką podzielność uwagi i mógł doskonale prowadzić rozmowę, również pracując. – Nie od wczoraj gram w podobną partię u siebie w domu i nie chwaląc się, uważam się za wyjadacza. Żadna ze stron nie ruszy palcem, aby naruszyć status quo nie upewniwszy się że na tym nie straci, albo wręcz nie zyska, lecz nigdy nie zyskają wszyscy. Sztuczką nie jest dokonać uczciwego podziału, ale sprawić by każda strona myślała że ubiła dobry interes. – westchnął – To jednak, że nie jest to dla mnie nowością, nie znaczy wcale, że nie jest to dla mnie dodatkowe strapienie. Zgadzam się jednak z Renko, że odnalezienie kreta da nam dodatkową kartę przetargową. Nie wiem jeszcze jaką, ale zawsze łatwiej się gra mając pełniejszą rękę. – kolejna warstwa aur została odessana z przedmiotów, po czym druid zwrócił się znowu do Jen – Nie, nie mam czegoś, co w swoim rozumieniu nazwałabyś planem. Plan jest niczym drewniany klocek. Może być ociosany przez najwspanialszego cieślę, idealny pod każdym względem, ale nie wepchniesz sześciennego klocka w okrągły otwór. W odpowiednio duży otwór owszem, ale ten tutaj nie jest ani odpowiednio duży, ani okrągły. To raczej nieforemny dwunastokąt wklęsły o przekątnych przecinających się pod tak szalonymi kątami, że przypomina trochę kopniętego kucyka. – druid zrobił krótką przerwę, aby każdy mógł przyswoić tę metaforę – Dlatego ja nie mam klocka, tylko… ciasto na pizzę. Rozumiem przy tym twoje obawy i stanowisko. Ja jednak jestem zewsząd i uważam pomoc tym krainom jako swój obowiązek. Was jednak nie więzi żadna posługa. Gdy tylko odnajdę bezpieczny sposób odesłania was do waszych stron nie będę upierał się byście ze mną zostali. Wręcz przeciwnie, będę nalegał. W zamian za skromną przysługę rzecz jasna. Dostarczycie mojemu znajomemu z Nowego Jorku wiadomość ode mnie.
Druid przerwał monolog, czekając na odpowiedź towarzyszy. Znalazł zresztą w końcu pokrywający się wzór aur. Zdjął szybko jego wzorzec i przeszedł do kolejnego instrumentu. Wyciągnął jeden z wielu nic nie robiących amuletów ze swojej torby i wpisał na niego nożem do run wzorzec aury, oraz zaklęcie tropiące. Amulet powinien zacząć drgać po nakierowaniu w odpowiednią stronę, oraz lekko świecić na znak zbliżania do celu.
Uzbrojeni w taki przedmiot bez większych problemów znajdą osobę odpowiedzialną za przemycenie mroku za barierę. I za śmierć niewinnej dziewczyny w angielskim porcie, dodał w myślach.
Schował wisior z powrotem do torby, po czym zabrał się za dalszą część planu. Chciał przygotować busole tak by znowu dało się zamknąć w nich cień. Zgodnie ze słowami Jen, jej busola również zawierała potwora, a nic w magii nie było dziełem przypadku. Prawdopodobnie obecność potwora wewnątrz była jednym z warunków wydostania się busoli, a druid chciał przygotować je tak by ktokolwiek nie znający magii mógł złapać do nich potwora i zapieczętować go zatrzaśnięciem wieczka. Sam mógł nie znaleźć czasu na polowanie i rozważał zlecenie tego swoim towarzyszom. Wcześniej przygotował taki rytuał na biegu, więc powtórzenie go w pracowni z prawdziwego zdarzenia nie powinno być problemem. Naładowane busole były niezbędnym składnikiem jego „ciasta na pizzę”
Na odchodne jeszcze sprawdził, czy nie udałoby mu się odnaleźć na miejscu składników niezbędnych do sporządzenia kolejnej mikstury wzmagającej koncentrację, podobnej do tej, którą zużył, gdy tylko pojawił się w tej krainie.
Gdy i z tym się już uporał zaczął pakować do torby przyrządy pomiarowe, którymi chciał przebadać wielki klejnot u stropu pieczary Katharsis. Musiał być pewien że kryształ był tym czym zakładał. Jeśli pracownia była zaopatrzona w bibliotekę, to tam również poszukał wzmianek o działaniu kryształu. Lvelias zakładał że miał on związek z tym że mrok nie zapuszcza się do jaskiń, ale musiał to potwierdzić.
- Jeśli chcecie mi pomóc, to macie ostatnią chwilę na zasugerowanie jak chcecie to zrobić, bo za chwilę mogę wymusić na was sposoby, które się wam nie spodobają. – znowu szczery uśmiech. Przynajmniej grał z nimi w (na swój sposób) otwarte katy.
Sam jednak zdradzał po sobie ślady ekscytacji.
Czas na pracę polową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
She-Hulk

avatar

Liczba postów : 94
Data dołączenia : 17/04/2013

PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   Sro Lis 15, 2017 9:33 pm

Jen z początku nie była zachwycona sceną, jaką zastali na korytarzu, a jeszcze mniej tym, że Lvelias postanowił wmieszać się w rozmowę, po chwili jednak otrząsnęła się z pełnych niechęci i podejrzeń myśli. To miejsce dziwnie na nią działało. Chyba zaczynała popadać w paranoję. Co prawda w przeciwieństwie do elfa nie rozumiała ani słowa z tego, co kobieta wykrzykiwała w kierunku starca, scenka musiała jednak wzbudzać litość każdej wrażliwej istoty i po krótkiej chwili zdecydowała, że, słusznie czy nie, powinni interweniować. Do cholery, była superbohaterką czy nie?! Była dumna z tego, że zarówno w pracy dziennej, jak nocnej, broniła słabszych i potrzebujących. Może i była tu obca i niewiele pojmowała w panujących tu praw, ale własne zasady nie przestały jej obowiązywać tylko dlatego, że znalazła się daleko od domu…
Dlatego stanęła w opiekuńczej postawie o krok za druidem, uważnym spojrzeniem śledząc reakcje kobiety i towarzyszących jej orków, gotowa do przemiany, gdyby zaszła taka potrzeba. Miała jednak nadzieję, że nie dojdzie do przemocy. Nie tutaj, w świątyni, w której najwyraźniej byli chwilowo honorowymi gośćmi.
Jakkolwiek potoczyła się konfrontacja, Jen odczuła ulgę, kiedy wreszcie znaleźli się w pracowni i mogli pogrążyć w mniej więcej swobodnej rozmowie. Na pytanie druida o dzień, w którym weszła w posiadanie busoli, zamyśliła się głęboko i dopiero po chwili wyrzuciła z siebie odpowiedź, tonem w którym wyraźnie było słychać jej zdumienie i zmieszanie.
- Jakieś trzy, cztery dni temu… Jeśli przyjmiemy, że czas płynie tu tak samo, jak w moich stronach. – Zamyśliła się ponownie, podliczając w pamięci doby. Walka z potworem na stacji benzynowej, podróż do Nowego Jorku, wizyta w Baxter… Te wydarzenia wydawały się tak odległe, jakby przydarzyły się komuś innemu, w innym życiu. A jednak według jej najlepszej rachuby upłynęły dopiero cztery standardowe ziemskie dni… Pokiwała głową, potwierdzając swoje wcześniejsze słowa, po czym oddała się obserwacji poczynań elfa.
Znalazła sobie jakieś krzesło lub wolny od aparatury fragment blatu i przysiadła na nim, z fascynacją przyglądając się jak warstwa po warstwie zdejmuje magiczne aury z artefaktów, choć po prawdzie niewiele pojmowała z tego, co robił. Podobne skupienie i pewność ruchów obserwowała niekiedy u Sue i Reeda, ilekroć miała okazję obserwować ich przy pracy. Najwyraźniej pozornie odległe od siebie dziedziny wiedzy przyciągały jednak podobny typ umysłu badacza.
- Ciasto, powiadasz… - przydługą analogię Lveliasa skwitowała uniesieniem brwi i lekkim uśmiechem posłanym Sly’owi ponad głową zajętego pracą elfa. – Niech będzie ciasto. Nigdy nie odmawiam dobrej pizzy. I nie, nie mam chwilowo żadnych sugestii, więc ryzykując potężny ból głowy, chętnie wysłucham twojej.
I mam nadzieję, że nie będę tego żałować, dodała w myślach, ale powstrzymała się od wypowiedzenia tych słów na głos. Jakiś fragment wcześniejszej wypowiedzi Lveliasa nie dawał jej spokoju… To, z jaką naturalnością i bezpretensjonalnością druid przyjmował na siebie problemy nie tylko tego, ale wszystkich światów, poruszyło w niej jakąś strunę i sprawiło, że spojrzała na rogatego elfa z nową dozą szacunku.
- Podaj nazwisko i adres tego znajomego. Osobiście dostarczę mu wiadomość.
Chciała dodać coś więcej, jakieś zapewnienie lub słowa wsparcia, jednak zabrakło jej słów. Jakimś cudem najlżejsza sugestia, że mieliby pozostawić tu druida, niejako na pastwę losu i miejscowych potworów, sprawiła, że już z mniejszą niecierpliwością wyczekiwała chwili, kiedy ponownie postawi stopę na nowojorskiej ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Kryształowy Łuk   

Powrót do góry Go down
 
Kryształowy Łuk
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Mag kryształu
» Las Kryształowej Pieśni
» Kryształowe jeziorko
» Kryształy
» Umiejętności, Kryształy i Moce

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Wielka Brytania :: Shadow Isle :: Grota Katharsis-
Skocz do: