Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Modsadainir

Go down 
AutorWiadomość
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1535
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Modsadainir   Nie Kwi 22, 2018 5:44 pm


Modsadainir to niewielka osada położona daleko na południowy zachód, z dala od stolicy. Panuje tutaj umiarkowany klimat, choć temperatury bywają dość chłodne. Niewielka osada pozostaje w głównej mierze samowystarczalna, korzystając z ochrony własnej straży, skupiając się głównie na przemyśle rolniczym, jak również korzystając z otaczającej ich natury. Niedaleko wioski znajduje się kopalnia bogata w najróżniejsze metale. Niektórzy mieszkańcy pracują tam, zapewniając osadzie doskonały materiał do handlu oraz możliwość zaspokajania ekskluzywnych potrzeb, jak i stałego istnienia na mapach Caer'Aechealan.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1535
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Nie Kwi 22, 2018 7:58 pm

NPC Storyline - Eltarn

Czasami miejsce mają wydarzenia, których nie sposób przewidzieć. Jeszcze gorzej odnaleźć w nich logikę oraz sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy. Brak logiki oraz wspomnianego ciągu, trafiły tym razem na Sana. Mężczyzna ledwo wyszedł z baru na ulice Puente Antiguo, kiedy to zielona, błyszcząca anomalia pojawiła się tuż przed nim. Gdzie "tuż przed nim" należało rozumieć "centralnie przed jego twarzą, nie dając mu szansy wyhamować kroku". Świadkowie widzieli, jak wielka, zielona kula utworzyła się przed mężczyzną, wciągnęła go, a następnie zniknęła.
Slayer uderzył o coś. Przed oczami z zrobiło mu się bardzo zielono, czuł się tak, jakby spadał. Uczucie zamiennie zmieniało się z tym, jakie towarzyszy człowiekowi podczas ekstremalnie szybkiego zjazdu wewnątrz zjeżdżalni na pływalni.
Błysk jasnego światła i mężczyzna zarył w ziemię. Niezbyt przyjemnie, poczuł się tak, jakby spadł z konia. Początkowo oszołomiony i obolały, jednak do jego uszu zaraz dotarły krzyki, skomlenia oraz błaganie o litość. Kobiety, dzieci, starcy, nawet mężczyźni. W otoczeniu - odgłosy walki. Metal uderzający o metal, metal uderzający o drewno. Gdy podniósł głowę, dostrzegł kilkudziesięciu nieumarłych atakujących ludzi, którzy akurat znajdowali się wokoło. Opór im stawiali prości wieśniacy, uzbrojeni w kije, topory, widły, a czasem bardzo improwizowaną broń. Pomagało im kilkunastu strażników, nieco lepiej uzbrojonych. Mieli miecze, włócznie i tarcze, choć wyglądali jak milicja z miejscowego posterunku. I to wszystko mu się nie śniło. Działo się naprawdę. Mężczyzna znalazł się w środku bitwy rodem z książek, filmów i gier fantastycznych. Tylko, czy było to takie dziwne i nierealne? W końcu w jego własnym świecie do takich wydarzeń dochodziło niemalże na porządku dziennym. Wtedy pojawił się ktoś jeszcze. Jakieś pięć metrów przed Slayerem, z pobliskiego budynku wyszła postać. Ubrany w podarte, mroczne szaty. Jego twarz i widoczne dłonie posiadały białą, poszarpaną skórę. Palce były kościste, zakończone długimi i ostrymi pazurami. Dzierżył coś na styl berła, zakończonego zielonym kamieniem. Promieniowała od niego bardzo nieprzyjemna aura. Osobnik mierzył jakiś metr i dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Obrócił powoli spojrzenie prosto na Cho Sunga. Mężczyzna poczuł, jak ogarnia go strach. Jak nekromanta wydaje się sięgać do jego duszy. W ten, pojawił się ktoś jeszcze. Srebrzysty błysk tuż za plecami mężczyzny, potem huk, gdy potężne łapy stanęły na ziemi - tuż za nim. Na Sana padł wielki cień, ogromnej istoty. Stanął za nim mierzący dwa metry i pięćdziesiąt osiem centymetrów, dwunożny smok. Był dobrze zbudowany, atletyczne i umięśniony. Posiadały srebrne, matowe łuski o płytowej budowie. Jego ślepia również pozostawały srebrne. Masywny, długi ogon powoli przesunął się po ziemi, kreśląc na niej ślad. Łapy powoli uniosły się, gdy gad odszedł na dwa kroki od Slayera, pozostawiając w ziemi ślady po czterech ostrych pazurach u każdej z łap. Łeb dodatkowo zakończony był dwoma, wielkimi kolcami. Walka na chwilę ustała. Ludzie, jak i nieumarli obejrzeli się na przybysza. Ucichli, zamarli. Nekromanta syknął, wyciągając głowę przed siebie. Walczący powrócili do boju, a on sam wyciągnął broń przed siebie i wystrzelił zielonym promieniem w srebrnołuskiego smoka. Gad zareagował błyskawicznie, podniósł prawą dłoń. Jego ciało otoczyła srebrna aura, z dłoni wystrzeliła srebrna energia. Zderzyła się ona z energią z zielonego kryształu, a obie istoty zaczęły się siłować. Srebrzysty wydawał się wychodzić na prowadzenie. Powoli i miarowo, wykonał jeden krok, a następnie drugi, skracając dystans do przeciwnika. Uniósł wargi i ukazał ostre, białe kły. Z gardła wydobył się wrogi warkot. Nekromanta nie wyglądał na wzruszonego. Stał dalej, mierząc się ze smokiem. Wtedy też, San usłyszał głos w swej głowie.
/Zabij tą abominację. Zabij go, zanim jego pomioty skrzywdzą więcej ludzi!/
Telepatia. Telepatia, za którą prawdopodobnie odpowiadał srebrzysty smok, który zerknął ku niemu kątem oka. Polecenie było jasne. Zaatakować wroga. Należało jednak uważać, choć nadal - łuskowaty trzymał go w szachu.

Strażnicy:
Spoiler:
 

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Slayer

avatar

Liczba postów : 72
Data dołączenia : 30/03/2017

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Nie Kwi 22, 2018 9:35 pm

Jak żyć? Jak żyć w tym chorym świecie? Może po prostu wystarczy zachać się w trupa i jako trup skończyć? Przecież to życie to i tak jedno wielkie bagno, a ludzie traktują mnie jak zwykłe ścierwo - broń, którą mogą się wysługiwać. - wychodząc z baru myśli Slayera nadal skupiały się na słusznościami planowego gdzieś podświadomie samobójstwa z przepicia, użalaniem się nad samym sobą i świadomości, że wszyscy traktują go jak śmiecia. Już wychodził z baru, już zmierzał do hotelu, aż tu nagle - JEB! ŁUBUDU! SRUTUTU! CHUJUMUJU DZIKIE WĘŻE! Wielka świetlista kula wciągnęła nieszczęśnika jednocześnie zalewając jego nietrzeźwy umysł falą zielonego światła. Nie było to jednak nic w stylu tego agresywnego światła rodem z klubów i dyskotek, a raczej miękka barwa przypominająca wewnętrzne obicie pudełka z szachami. Co? Światło jest miękkie? Z resztą, nie ważne. Teraz zorientował się, że... spada? Ale, że spadał w górę, czy w dół? Hmmm, obydwie z opcji były niesamowicie prawdopodobne. W sumie, to robiło się mu niedobrze. Zawartość jego żołądka poczęła odwalać dzikie okrążenia między jelitami, a jego gardłem. Co to musiało być za widowisko, gdyby ktoś tylko nagrywał to od środka, pewnie uznałby, że rajd F1 na torze w Abu Zabi, aż musiało to być widowisko!
Wracają jednak to naszego protagonisty - pędził sobie gdzieś tym dziwnym środkiem transportu będąc jednocześnie oślepiony zielenią - nie, nie mówię tu o byciu zjaranym jak bóbr, czy inny gołąb - aż nagle spadł na glebę, gdzieś z wysokości mniej więcej pół metra. Szybko omiótł to, coś w okół niego działo - wieśniacy rodem z europejskiego filmu kostiumowego walczyli z banda szkieletów, norma. Nagle coś mu zaświtało w głowie, czas pozbyć się palącego w gardło balastu - zgiął się w pół, włożył dwa palce do japy, nacisnął nimi na niewidoczną część języka i wyrzucił z siebie srogą dawkę wymiocin składających się głównie z przetrawionego hamburgera, frytek z majonezem i sporej ilości wlanego w siebie whiskey. Ulga - pierwsze, co pomyślał wstając do pionu, ocierając usta rękawem kurtki i widząc dziwnego gościa, który był całkiem dobrze ucharakteryzowany na postać rodem ze wspomnianych wcześniej produkcji. Cholera, San zawsze myślał, że takie efekty - jakie emitował jego kij - dogrywa się później, ale co on tam wiedział, był tylko przeciętnym gościem, który trafił wprost na plan filmowy. Tylko czemu te słońce tak cholernie świeciło? Ech, mówi się trudno.
Oczywiście on nic nie mówił, tylko stał zamurowany bardziej, niż Antygona nadal nie ogarniając co się tu odwala. Zmrużył oczy, podrapał się po szyi chcąc jakoś sensownie nazwać tę sytuację wydusił siebie jedynie wymowne:
- Osz ja k***a pierdole - będące ujściem jego wszystkich natłoczonych od czasu podróży i znalezienia się tu myśli. Wypuścił siebie powietrze, aż tu nagle jebnięcie rangi sejsmicznej przewróciło Chińczyka na glebę - na szczęście nie wpadł w plamę "mroków" swego wnętrza. - O k***a smok! - mimowolnie wyrwało się z jego ust. Fakt faktem tuż za nim wylądowało wielkie srebrne bydle przypominające - o ironio - smoka z japońskich bajek lat '90. Było piękne, majestatyczne i.... W tym miejscu tok myśli Sana został urwany, gdyż jego przetrawione alkoholowe demony domagały się opuszczenia pieczar jego bebechów. Posłuszny swym instynktom Slayer zgiął się w pół i wyrzucił z siebie demoniczny balast o składzie identycznym jak poprzednio. Przez to całe "uzewnętrznianie się" ominął go moment, jak bestia i koleś w kostiumie czarownika zwarli się w pojedynku na lasery, czy co to tam do cholery było. Sam widok był jednak świetny, widać było, że reżyser dostał spory budżet na tę produkcje.
Aż tu nagle coś przeszyło jego głowę. Wow, takich rzeczy raczej w kinach nie grali, a tym bardziej na planie filmowym. Więc gdzie on do jasnej ciasnej był i czyj głos słyszał w głowie i czym była ta "abominacja"? Rozejrzał się dookoła - tu smok walczy z jakimś typem, aha; tam banda szkieletów gromi wieśniaków, też sympatycznie. Ale co do jasnej cholery miał robić?
- Ale, że kogo? - zerknął w stronę majestatyczne bestii jednocześnie sięgając po swój rewolwer, bo coś mu świtało, że będzie musiał go użyć. Nie wyciągnął go jednak, a jedynie zbliżył rękę do poły kurtki. Wiedział, jak wyciągnąć broń i jednym ruchem połączonym z automatycznym przeładowaniem oddać mniej więcej mierzony strzał. - W ogóle to co się tu odwala? - zadał pytanie będące tak bardzo nie na miejscu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1535
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Wto Kwi 24, 2018 6:03 pm

NPC Storyline - Eltarn

I człowiek nic nie zrobił. Może poza tym, że pozbył się dawki alkoholu z organizmu, jak również ostatniego posiłku. Chwycił za broń. W sumie tyle. Smok pewnie przewróciłby oczami, gdyby był taki z charakteru. Ale do takowych nie należał. Zamiast tego, srebrnołuski wypuścił z dłoni potężniejszą falę uderzeniową, która rozeszła się przed jego ręką, tworząc coś na styl niewidzialne tuby. Uderzenie wytrąciło nekromantę z równowagi, powodując jego zachwianie się oraz potrzebę ponownego złapania pionu. Osobnik wydał przy tym z siebie specyficzny warkot połączony z jęknięciem. Smok w tym czasie odwrócił się błyskawicznie, wybił z prawej łapy w powietrze i przeleciał nad Slayerem, wykonując nad mężczyzną półobrót i lądując lewą łapą na głowie trupa, który właśnie kończył swój zamach na mutanta. Ostrze minęło głowę Sana o jakieś trzy centymetry, natomiast srebrny wylądował na ziemi, po czym wykonał dwa szybkie uderzenia jednym i drugim ramieniem, roznosząc na części kilka trupów, potem wykonując piruet dookoła własnej osi i zahaczając ogonem jeszcze kilku kolejnych, dając przy tym milicji nieco więcej luzu. Ludzie nie czekali i natychmiast wzięli się za kolejne pomioty, natomiast smok znów obrócił się, wyciągnął lewą dłoń i wystrzelił z niej srebrzysty pocisk energetyczny, który trafił centralnie w zielony kryształ na kiju nekromanty.
Na zielonym krysztale pojawiły się pęknięcia. Nekromanta spojrzał na swój oręż, a następnie na smoka. Warknął na niego, jęknął, a następnie kryształ zabłyszczał, otoczył właściciela energią i teleportował go z dala od pola walki. Nie było śladu. Lub nie było śladu dla istoty niewtajemniczonej. Końcówka długiego, pancernego ogona gada stuknęła trzykrotnie w lewe ramię Sunga (gad stoi po jego prawej stronie), po czym stwór ruszył przed siebie, otaczając swe ciało srebrzystą energią i przygotowując się do szybkiego oraz silnego jej uwolnienia.
/Orientuj się!/
Rzucił krótko, znów głos słyszalny był wewnątrz głowy, w umyśle. Telepata. Czy miał z tym doświadczenie czy nie, zapewne kiedyś o tym słyszał. A jak nie, to właśnie miał miejsce jego pierwszy raz. Człowiek strasznie się ociągał, zwłaszcza, jak na osobę z chociaż podstawową bojową przeszłością. Ale srebrzysty w żaden sposób nie zamierzał na niego czekać, ani dawać mu czasu na przemyślenia. Uwolnił energię, a jasno-srebrna fala rozeszła się po całej okolicy. Fala przechodziła przez żywych oraz dezintegrowała martwych, roznoszących strukturę ich kości, pancerzy czy tkanek - lub wyposażenia - nie pozostawiając śladu po istnieniu niegodnych kreatur.
Srebrnołuski nawet się nie wzruszył. Nie stanął, kiedy uwalniał energię. Podszedł do miejsca w którym zniknął nekromanta, a w międzyczasie miejscowi mieszkańcy oraz milicja wzięli się za pomoc rannym oraz opłakiwanie zabitych. Niektórzy obserwowali Slayera, zaraz jednak skupiając się na wielkim gadzie. Wyglądali na zaskoczonych, zszokowanych. Ale nie przerażonych. Wprost przeciwnie. W ich oczach dało się dostrzec ekscytację, szczęście, nadzieję. Mierzący dwieście pięćdziesiąt osiem centymetrów gad zatrzymał się w miejscu, w którym przed chwilą stał nekromanta. Nie zwracając na nikogo uwagi, wyciągnął lewą rękę przed siebie, lekko ugiętą w łokciu. Dłoń skierowana była w stronę ziemi, gad wystawił lewy profil nieco na bok. Stał pewnie, wyprostowany, dumny oraz pewny siebie. Ogon spokojnie przeczesywał ziemię, tuż za jego łapami. Osobnik był wieki i masywny, mięśnie świetnie przygotowane do akrobacji, które przed chwilą wyczyniał. Walki oraz przetrwania. Do smoka zbliżyło się kilku mieszkańców. Kobiety, mężczyźni, starcy, nawet dzieci. W tym milicja. Jeden z nich - miecznik wystąpił naprzód. Stanął po prawej stronie smoka, spuścił głowę nisko by nie zadzierać jej i przypadkiem nie spojrzeć istocie w oczy. Widział tylko jego łapy. Miecz miał schowany, sylwetę rozluźnioną, nieco skurczoną. Jakby sugerującą uległość. Smok nie zwracał na niego uwagi. Zajęty był swoim... czymś, czego nikt inny poza nim nie był w stanie dostrzec.
-Dziękujemy ci panie i chwalimy cię. Chcielibyśmy poznać imię naszego wybawcy. Te pomioty atakowały nas już trzeci raz w tym tygodniu, tym razem ze swym władcą. Bez ciebie nie dalibyśmy rady! Panie...?
Mężczyzna mówił, ale czy srebrnołuski go słuchał? Stał dalej, lekko przesuwając dłonią, spod której wyskakiwały niewielkie, srebrzyste iskry. Czynił coś swą mocą, choć nikt za bardzo nie wiedział - co dokładnie. Wśród zgromadzonych zapanowała konsternacja. Ogromny, srebrnołuski zajęty był sobą, chyba ich nie zauważając. Do momentu, aż mały chłopiec - mający raptem osiem, może dziewięć lat - nie zbliżył się do stworzenia. Dziecko podeszło do gada i bez wahania sięgnęło do jego prawej dłoni, opuszczonej nadal wzdłuż ciała. Pochwycił pokryte srebrną łuską palce, z wielkim zaciekawieniem poznając czym są potężne łuski ich wybawcy. To zwróciło uwagę samca. Opuścił on swój łeb i delikatnie zacisnął palce prawej dłoni, obejmując obie dłonie dziecka. Dopiero teraz zorientował się, że jest obserwowany. I w sumie otoczony przez grupę wdzięcznych mu ludzi.
/Jestem Eltarn Srebrnołuski. Urkyn'Vareis, Eidolon zwany Zjawą./
Krótkie wyjaśnienia, po których ludzie spojrzeli po sobie pytająco. Nikt nie rozumiał, co właściwie stwór powiedział. Oraz jak usłyszeli jego głos. Niektórzy zaczęli szeptać, że to telepata. Że nie ma skrzydeł, że nie jest, jak inne smoki. Jest wielki, potężny, ale inny. Kim są ci cali "Eidolon"? "Urkyn'Vareis"? "Zjawa"? Pytaniom w tłumie nie było końca. Smok nie zwracał uwagi na szepty. Swą uwagę skupił na małym chłopcu, który wyraźnie nie zamierzał puścić jego dłoni. Opuścił więc lewą rękę wzdłuż ciała, uginając następnie kolana i kucając przed dzieckiem. To poczuło się teraz pewniej i sięgnęło prawą dłonią do pyska srebrnego, kładąc rękę na trzonie pyska. Lewą dalej trzymało za dłoń ogromnego gada. I przy tej akcji znajdował się San.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Slayer

avatar

Liczba postów : 72
Data dołączenia : 30/03/2017

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Sro Kwi 25, 2018 8:32 am

Strach, skołowanie i ogólne zaćmienie umysłu - tak był najłatwiej opisać to, co czuł San (choć strachu było w tym najmniej, alkohol działał). Niby miał dostosować się się do poleceń stwora, niby już sięgał po broń, a jednak nie mógł jej użyć. Całe to widowisko był tak surrealistyczne, że jedynie stał wpatrzony w obydwie postaci, a cały świat zdawał się płynąć gdzieś obok - zupełnje nie zważał na toczącą się obok bitwę. Patrzył zahipnotyzowany jak srebrnołuski zwiększa moc - jeżeli tak to można nazwać - swego ataku i wytrąca z równowagi maga.
Wtedy - w chwili skoku smoka - instynkt Sana zadziałał, a on odruchowo skulił się jednocześnie wyciągając i odbezpieczając broń, oraz wysuwając kolce na głowie i wierzchach dłoni. Można powiedzieć, że to go w pewnym stopniu otrzeźwiło, a na pewno przywrócił jasnością umysłu. Oczywiście ten głupi alkoholik nawet nie dostrzegł, że gdyby nie centymetry i refleks smoka, to jego durna kolczasta głowa pewnie potoczyłaby się gdzieś na trawę. Tak, był to tego stopnia oderwany od rzeczywistości, że nie zauważył szkieleta w swoim otoczeniu. Będąc skulonym obserwował, jak jego wybawca z gracją roznosi na strzępy kolejne szkielety, a następnie strzela promieniem w stojącego opodal maga, a konkretnie w jego laskę. To był niesamowite - czarodziej zrobił jakieś swoje szekeleke i znikł. W tym momencie działająca już sprawnie - jak na niego - psychika Slayera podpowiadała mu, że to musiała być teleportacja.
Czując dotyk na ramieniu, Slayer odruchowo wykonał zwrot przez ramię i przyklękając na jedno kolano wycelował w pustkę. Dopiero po chwili zorientował się, że tam nic nie ma i schował kolce, broń wolał trzymać dalej na widoku. Chwilę później znów usłyszał w głowie głos smoka, jednak przez swoje zdenerwowanie, a raczej chwilową panikę i nieogarnięcie nawet nie odpowiedział. Zobaczył też, jak nagle wszystkie szkelety zostają zdezintegrowane, nie widział jednak, jak srebrnołuski to robi. Z resztą nawet nie musiał, domyślił się, że to jego robota.
Następnie wstał i zerkną za smokiem. Nie wiedział, czy powinien za nim iść, czy stać tak w miejscu jak kołek. Dostrzegł też spojrzenia ludzi skierowane na niego, jednak ci szybko stracili zainteresowanie Chińczykiem i skupili się na ich wybawcy. Po prawdzie nie dziwił się im, sam nawet podążył w kierunku stwora, tylko szedł bokiem z dala od całej gromady.
Teraz dopiero mógł przyjrzeć się lepiej stworowi. Nie wyglądał on jak typowy smok z ogólnych wybrażeń - stwór ze skrzydłami i długą szyją. Nie był też podobny do Chińskiej wersji smoka - tamte były jeszcze bardziej wężowe, niż te w stylu europejskim wymienione wcześniej. Ten natomiast wydawał się być bardziej ludzki? Tak, to dziwne, ale właśnie tak było. Dla Slayera stwór ten - mimo, iż wbudzał w nim naturalny lęk - to jednak przypominał mu z budowy człowieka. Widać też było, że każdy ze znajdujących się w koło ma do stwora szacunek i respekt, zwłaszcza po jego czynach. Jednak i bez nich stwór wzbudzałby pewnie w nich takir samo uczucie. Zapewne byłoby ono spowodowane po części strachem i obawą o własne życie - naturalny strach przed nieznanym - a jednocześnie widać było w tym stworze naturalną dominacje i bycie samcem alfa - porównywanie go z Sanem nawet nie ma sensu.
Tak więc stwór badał miejsce, gdzie zniknął magik vel dowódca nieumarłych, a wieśniacy nadal stoją wpatrzeni w niego i mówiąc o swych problemach.
I znóg dało się słyszeć głos stwora - przedstawił się. Tym, co zrozumiał Slayer, był jego imię oraz to, żd jest zjawą. To drugie by się zgadzało, w końcu smok pojawił się niczym zjawa i posprzątał cały syf.
Wtem coś dziwnego, a zarazem pięknego się stało - do stworzenka podeszło dziecko pełne swej naiwność i braku strachu. San wpatrywał się w tę scenę nie kontrolując swych rąk, które mimowolnie schowały broń z powrotem pod kurtkę. Całe te widowisko napełniało mutanta dziwnym i obcym mu uczuciem ciepła. Nawet nie wiedział czemu, ale nie mógł oderwać od nich oczu.
Jednak po pewnym czasie jego umysł znów zaczął działać, a on podchodząc ostrożnie w ich stronę zaczął nieśmiało.
- Przepraszam. - zaczął jednoczesną próbą przerosin na brak swoich rekacji podczas starcia i wtrąceniem się w całą scenkę - Wybacz za moje zachowanie. I... - zgubił słowa - Chciałbym podziękować Ci za uratowanie mi życia, jestem Twoim dłużnikiem, więc jeżeli mógłbym się jakoś odwdzięczyć, to zrobię co mi zlecisz. Chciałbym też porozmawiać z Tobą na osobności - to ostatnie dodał ciszej. Zmrużył oczy czując jak umysł zaczyna mu wirować. Potrzebował snu i prysznica, ale najpierw musiał dowiedzieć się gdzie jest, a Eltarn - gdyż tak nazywał się smok - wydawał się być najlepszym źródłem informacji o jego obecnym położeniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1535
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Nie Kwi 29, 2018 6:58 pm

NPC Storyline - Eltarn

Zrobiło się niemałe widowisko. Postawa srebrnołuskiego wywarła wyraźnie wrażenie na mieszkańcach. Ci jednak nie chcieli testować jego cierpliwości, więc matka chłopca zbliżyła się, pokłoniła nisko przed gadem, po czym chwyciła syna i odciągnęła go od stworzenia. Wtedy zbliżył się i odezwał Slayer. Smok przesunął lekko łeb na bok. Nie całkowicie w stronę człowieka, lecz na tyle, by móc spojrzeć na niego kątem oka. Na tyle, by dać mu do zrozumienia, że go słucha. I go wysłuchał. A następnie nie odpowiedział. Nie od razu. Wpierw wstał, wyprostował się i skierował spojrzenie na jednego, ze strażników znajdujących się najbliżej. Dokładniej na tego samego, który wcześniej się do niego odezwał.
/Zajmijcie się rannymi i przygotujcie mi spotkanie ze swym przywódcą. Ja muszę odbyć rozmowę z podróżnikiem./
Na reakcję tłumu nie trzeba było długo czekać. Smok wydał polecenie, a mieszkańcy się dostosowali. Wszyscy natychmiast rozeszli się do obowiązków, trzech strażników udało się do największego budynku w wiosce, by właśnie przygotować wspomniane spotkanie. Gdy ich opuścili, srebrny spojrzał na Sana, po czym gestem łba wskazał mu, żeby ten się ruszył. W tym wypadku, podążył za gadem. Eltarn ruszył pierwszy w kierunku czegoś, co przypominało niewielkie przejście z wieżą, połączone z resztkami murów otaczających wioskę. Biorąc pod uwagę, że z mury nie były gruby, a do tego pozostały z nich ruiny - raczej miały tylko przeszkadzać w przejściu, aniżeli chronić przed oblężeniem. No i ich stan wskazywał jasno, że legły dawno, dawno temu.
/Nie przyjmuję pośrednich rozwiązań. Jeśli chcesz się "odwdzięczyć" służbą to czeka się przysięga wasalna wobec mej osoby. W innym wypadku nie masz co zawracać mi łusek./
Skomentował smok w drodze do niewielkiej bramy. Zatrzymał się przy niej i obrócił frontem do mutanta. Właśnie znajdowali się na osobności. Zanim jednak Sung zdążył się odezwać, srebrnołuski wyciągnął w jego kierunku swą prawą dłoń, otwartą - wewnętrzną stroną skierowaną ku górze. Długie pazury wskazywały na jego osobę, a dokładniej na kaburę chowaną pod ubraniem. Tak, gad nie oczekiwał żadnej zapłaty, haraczu lub innej formy przekupstwa.
/Twoja broń. Natychmiast./
Polecenie należało do tych, których nie wolno było ignorować, tudzież nie wykonać. Hasło "natychmiast" miało na siebie położony największy nacisk, wraz z poważnym i ostrym tonem gada. Slayer miał tutaj dwie opcje. Mógł wyciągnąć broń i posłusznie oddać ją swemu rozmówcy bądź próbować się sprzeciwić, co zakończy się krótkim błyskiem ślepi u gada. A efektem będzie wyciągnięcie broni przez mężczyznę oraz oddanie jej Urkyn'Vareis. W drugim przypadku, jego ciało wykona polecenie bez możliwości oparcia się temu. Oczywiście te sama kwestia dotyczyła amunicji lub czegokolwiek innego związanego z tą konkretną bronią. Bynajmniej smok nie chciał bawić się tą "zabawką". Gdy rewolwer tylko znalazł się w jego dłoni, gad spopielił go w srebrzystym płomieniu, a popiół wysypał na ziemię. Dopiero teraz mogli rozmawiać.
Eltarn opuścił swe ręce wzdłuż ciała, stał wyprostowany. Jego ogon nieruchomo oczekiwał na trawie za jego łapami. Slayer musiał zadzierać głowę do góry, by móc spojrzeć na pysk swego rozmówcy. A on nie zamierzał mu tego ułatwiać. Nie miał powodu, a pierwszy moment ich spotkania nie przebiegł raczej "pozytywnie" lub w jakikolwiek sposób... wyjątkowo. Chyba, że zwrócenie ostatniego posiłku można było do tego zaliczyć. Tak więc tyle z dobrego wrażenia.
/Znajdujesz się w wiosce Modsadainir, w świecie zwanym Caer'Aechealan. Inna rzeczywistość, do której nie należysz. Nie odeślę cię do domu, jeśli zamierzasz o to zapytać. Nie pełnię służby transportowej dla zaginionych w czasie i przestrzeni. I tak, wyczytałem to z twojego umysłu./
Wyjaśnił mu, uprzedzając niektóre z pytań, jakie mężczyzna zapewne zamierzał mu zadać. Eltarn, jak wszystkie widma, nie krył się ze swoja telepatią. Z resztą w ten sposób do niego przemawiał, słyszał jego myśli. Nie zagłębiał się w szczegóły, nie badał jego wspomnień. Ale te najpłytsze zawsze był w stanie wychwycić, nawet niechcący. Lub z prostego nawyku.
Jeśli chodziło o nastawienie smoka do jego osoby, to było ono wyraźnie neutralnie-obojętne. Stwór stał przed nim wyprostowany, górując nad mężczyzną. Jego mięśnie pozostawały rozluźniony, dłonie otwarte. W przypadku człowieka, wróżyłoby to dobrze. Lub przynajmniej "nie jest źle". Jednak dłonie tego osobnika zakończone były ostrymi, długimi pazurami. Nie było sensu, by zaciskał pięści. Spiętych mięśni nie dało by się zauważyć, a przynajmniej nie bez spędzenia z nim jakiegoś czasu, by móc poznać nieco anatomię tej istoty. Łuski po prostu zakrywały ścięgna. Źródłem wiedzy mogły być łapy. Ludzie zazwyczaj ustawiali stopy w wysuniętym profilu, jeśli szykował się do ataku. Łapy smoka znajdowały się jednak obok drugiej, równolegle. Więc raczej nie planował niczego złego względem człowieka. O ile schemat jego zachowań można było swobodnie przełożył na schematy ludzkie. Pozostawał ogon, jednak nim nie poruszał. Pytanie - co to oznaczało? Neutralność i brak emocji? Może irytację lub przyczajenie do ataku? Albo nic konkretnego. Najwięcej "mówił" wyraz pyska stwora. Był neutralny, choć nie obojętny. Skupiony na swym rozmówcy, utrzymywał nawet kontakt wzrokowy - jeśli Slayerowi chciałoby się zadzierać stale głowę do góry. Prosta, pewna sylwetka jasno sugerowała, iż smok czuł się w tej okolicy najgroźniejszym łowcą. A na pewno nie odczuwał żadnego strachu lub niepokoju. Wprost przeciwnie. Wydawał się tylko czekać, aż stanie się coś, co wymagałoby jego interwencji. Przy tym - stale był rozluźniony. No i biła od niego ta aura, zarówno pewności siebie, jak i swoistego bezpieczeństwa. Mutant również mógł to wyczuć. Tutejsi czuli się przy nim bezpiecznie, dzieci - nawet swobodnie. Być może wpływał na umysły, a być może był taką istotą. Przedstawił się, jako "Urkyn'Vareis". Cokolwiek to znaczyło, na ten moment.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Slayer

avatar

Liczba postów : 72
Data dołączenia : 30/03/2017

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Wto Maj 01, 2018 10:14 am

Widmo, zjawa, czy inne smokopodobne stworzenie zdawało się z początku ignorować. Niby patrzyło na niego, a jednak było co coś w rodzaju "mów, a ja może łaskawie wysłucham". W sumie co się tu dziwić? W końcu San był na dobrą sprawę nikim, a przez swój stan nie pomógł stworowi w walce. Jedynym, co mógł robić było stanie i czekanie na swoją kolej, czyli aż srebrnołuski rozporządzi wieśniaków. Gdy widmo dało znak i ruszyło w stronę ruin, Slayer podążył za nim. Zaczynał mrużyć oczy, bolała go głowa i zdecydowanie potrzebował snu - adrenalina opuściła jego organizm, a na jej miejsce pojawiło się zmęczenie związane alkoholem. Jednak podążał za stworem, choć średnio już kontaktował - utrzymywał się w pionie, to prawda, jednak z myśleniem miał problemy.
Słuchał tego, co mówił do niego i łapał ogólny kontekst, choć z trudem utrzymywał na nim wzrok. Więc musiał złożyć mu przysięgę wasalną, czyli oddać się mu na służbę. Problem był tylko taki, że coś na wzór takowej złożył już dla rządu Stanów Zjednoczonych wstępując do Thunderbolts. No ale skoro był w innym wymiarze, to chyba sprawy jego wymiaru tu nie obowiązywały?
Już miał odpowiedzieć, gdy wtem stwór zażądał jego broni. Przez chwilę Slayer zastanawiał się, po co zjawie jego rewolwer, jednak po chwili bez namysłu go oddał. Zdążył pożałować tej decyzji, gdy broń została dosłownie spopielona w dłoni jego rozmówcy. San spojrzał na niego z wymownym żalem w oczach, jednak nie wyraził słowa sprzeciwy. Był zmęczony i nie miał chęci, ani siły na konfrontację z ogromnym stworem. Co do amunicji, to nie posiadał przy sobie więcej. Jedynie nóż, ale ten schowany był w kieszeni spodni - gdzieś pomiędzy telefonem, a fajkami.
Po akcie zniszczenia broni, Slayer nadal czekał, na to, co zrobi jego dziwny rozmówca. Ten zaczął objaśniać mu, gdzie się znajdują, ale nie powiedział czemu. To zaczęło nurtować mężczyznę.
- Skoro wiem już gdzie jestem, to chciałbym wiedzieć czemu tu jestem. - skierował się do widma. I nagle coś mu zaświtało w głowie - skoro "wciągnęło" go zielone światło, czy co to tam było i takiego samego używał mag, z którym wcześniej walczyli, to może te sprawy były ze sobą połączone.
- A może to sprawka gościa, z którym wcześniej walczyłeś? Byłem na ulicy i nagle wciągnęło mnie zielone światło i jestem tutaj. Do tego tamten facet używał laski, która emitowała identyczne światło. - mózg Sana może nie kontaktował jak powinien i spowalniał jego reakcje, ale przebłyski intelektu zdarzały się mu nawet w takim stanie.
Co do samego faktu, że stwór stosował wobec niego telepatię, to San się domyślił. Spotkał kiedyś mutantkę o podobnych zdolnościach, pracowała dla triady. Zawsze się jej bał, w końcu robiła ona za "wykrywacz zdrajców".
- Pomogę Tobie w czym chcesz i odwdzięczę się jak tylko będę mógł, jednak najpierw muszę się wyspać, bo dużo nie zdziałam. - odruchowo wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, włożył do ust jednego i odpalił - Potrzebuję też broni, bo moją zniszczyłeś - zaczynał wątpić w logikę działań stwora, bo po co niszczył jego broń. Jak San miał teraz walczyć? Rękoma przeciwko szkieletom z mieczami? Przecież to byłoby szaleństwo. Teraz jednak bardziej, niż czegokolwiek potrzebował snu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1535
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Czw Maj 03, 2018 3:27 pm

NPC Storyline - Eltarn

/Wpadłeś w portal prowadzący do tego miejsca. Przesył pozwolił mi namierzyć to miejsce i ostatecznie przybyłem tutaj za tobą./
Odparł srebrnołuski bez jakiejkolwiek dodatkowej otoczki. Można powiedzieć, że znalazł się tutaj przez Sana. Wszystko dlatego, że wyczuł jego podróż pomiędzy wymiarami i postanowił sprawdzić, co się dzieje - oraz dlaczego. Ostatecznie trafił tutaj, wybrał stronę i interweniował. Smok skierował na chwilę łeb ponad człowieka, dostrzegając wieśniaków dźwigających w dwójkę deski do pobliskiego domu. Mieszkańcy rozpoczęli naprawy uszkodzonych domostw. Będą potrzebowali surowców, o które - na szczęście - nie muszą się martwić. Stwór wrócił spojrzeniem do człowieka.
/Kolor nie określa właściciela mocy. Może jedynie sugerować osobowość, w niektórych przypadkach. Tamten... potwór, używał kryształu. Może być ich więcej, więc nie ma możliwości trafnego uznania, że to jego sprawka. Z resztą, zamierzam po niego iść, gdy tylko tu skończę./
Stwór wyjawił nieco swoich planów na przyszłość, a jego ogon silniejszym ruchem omiótł ziemię za jego łapami. Urkyn'Vareis zrobił krok naprzód, a następnie sięgnął lewą dłonią do człowieka. Pazur palca wskazującego uderzył o środek czoła człowieka, powodując nieco nieprzyjemne uczucie ukłucia, po którym Slayer poczuł szybką zmianę. Nagły skok energii, zanik senności oraz pojawienie się znacznie lepszego samopoczucia. Bez efektów niedawnego kontaktu z dużą ilością alkoholu. Srebrnołuski odsunął się na bok i ruszył przed siebie, przechodząc obok mężczyzny. Swe kroki skierował do największego w wiosce budynku. Po drodze wyjaśnił mu jeszcze ostatnią sprawę, dotyczącą broni. Kwestia posłuszeństwa wydawała się bowiem oczywista.
/Ten świat to nie twoja planeta dwudziestego pierwszego wieku. Żadnej broni, żadnej nowoczesnej technologi. Masz swoje kolce, zrób z nich użytek. Przynajmniej do czasu, aż coś tobie znajdziemy./
Wyjaśnił, a chwilę później obaj znaleźli się pod drzwiami największego budynku. Przy drzwiach stali już strażnicy oraz mieszkańcy, w luźnych grupach po bokach. Gdy srebrzysty podszedł bliżej, jeden ze strażników podszedł do drzwi i otworzył je przed nimi. Zanim jednak weszli, smok znowu się zatrzymał. Zerknął na mężczyznę, a papieros w jego ustach, jak również paczka, którą przy sobie miał - zostały spopielone. Podobnie stało się z innymi przedmiotami, które nie pasowały do tutejszych realiów, a zostały ściągnięte dwudziestego pierwszego wieku. Poza ubraniami, które pozostawił nietknięte. Dopiero teraz mogli wejść do środka.
Eltarn musiał schylić się, by nie urwać łbem oraz korpusem połowy sufitu. Przynajmniej wchodząc, bo gdy już znalazł się w środku, to łbem idealnie sięgał prawie do sufitu. Mógł więc poruszać się wyprostowany. Ich oczom ukazała się wielkie wnętrze drewnianej chaty. Po bokach zgromadzili się mieszkańcy, stojący przy ścianach. Na przeciwko wejścia - przy przeciwnej ścianie - stał starszy wioski, wraz z kilkoma pomagierami oraz trzema strażnikami, w sumie najważniejsze osoby w tej mieścinie. Nikt nie siedział. W środku nie było krzeseł. Nie byliby w stanie zaoferować wielkiemu gadowi żadnego wygodnego siedziska, przynajmniej nie tak szybko. Więc wszyscy postanowili stać. Srebrnołuski zatrzymał się przed starszym, mierząc go uważnie wzrokiem. Człowiek miał już swoje lata, opierał prawą dłoń na lasce, która pomagała mu utrzymać ciężar własnego ciała.
-Pozdrawiamy cię, panie. I dziękujemy za ratunek. Doniesiono mi, że to ty pokonałeś przywódcę pomiotów. Zagrożenie jednak nie minęło. To był ich kolejny atak. W imieniu na wszystkich, proszę, byś nam pomógł.
Głos starca był drżący. Pełen szacunku, respektu przed potężną istotą. Śmiał spoglądać mu na pysk, jednak nie mierzył się spojrzeniem ze srebrnołuskim. Jego ręce drżały nieco, a w głosie dało się usłyszeć proszący ton. Sami nie będą mieli tyle szczęścia, jeśli zostaną porzuceni. Gdy usłyszeli odpowiedź, starszemu oraz jego pomocnikom - jak również widowni - prawie opadły szczęki.
/Pomogę wam./
Rzucił krótko smok. W tle dało się usłyszeć westchnięcia, odetchnięcia, odgłosy szczęścia oraz radości. Do ludzi przybył protektor.
-Przygotowaliśmy dla ciebie kwaterę w jednym z domów. Żebyś mógł wypocząć.
/Dobrze. Wskażcie drogę mojemu towarzyszowi. Ja zostanę na dworze. Jutro z rana przygotujcie ochotników oraz ochotniczki, zbierzemy materiały na odbudowę, umocnienia oraz broń, jak również narzędzia./
Ludzie popatrzyli po sobie, jednak nikt nie odważył się sprzeciwić. Starzec skłonił jedynie głowę ze zrozumieniem. Srebrnołuski nie zamierzał marnować czasu. Odwrócił się natychmiast i ruszył na zewnątrz, dając wszystkim jasny sygnał, że skończyli audiencję. Wyglądało to tak, jakby to on przyjął ich na widzenie, wewnątrz ich własnej siedziby. Gdy wyszli, jedna z kobiet wskazała Slayerowi niewielki dom na obrzeżach wioski, do którego go zaprowadziła. Gdyby potrzebował odświeżenia, w środku znajdowała się już misa z gorącą wodą, a za chatą płynęła rzeczka z krystalicznie czystą wodą. Kobieta zostawiła go i odeszła do swoich spraw. W środku znajdowało się łóżko, niewielki stolik ze świeżymi owocami oraz chlebem i serem, do tego świeża woda, jak również dzban tutejszego wina. Na zewnątrz ściemniło się, więc ludzie porozchodzili się do domów. Zostali tylko strażnicy i wartownicy, rozmieszczeni przy granicach osady, obserwujący otoczenie oraz zmieniający się co jakiś czas na warcie. Srebrnołuski znalazł sobie miejsce w samym sercu wioski, na placu. Rozsiadł się na środku w siadzie skrzyżnym, oparł dłonie na kolanach i zamknął ślepia, oddając się medytacji. Nikt nie śmiał mu przeszkadzać, a on sam nie spał - lecz czuwał. Delikatna, srebrzysta aura otaczała jego ciało. I pozostał tak w bezruchu, aż do rana. W nocy padało, mimo to stwór nie wzruszył się pogodą, pozostał nieruchomo. Poranek powitał ich gorącym słońcem oraz bezchmurnym dniem. Życie powoli wracał do wioski, choć większość mieszkańców jeszcze spała. Smok dalej pozostawał na swoim miejscu.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Slayer

avatar

Liczba postów : 72
Data dołączenia : 30/03/2017

PisanieTemat: Re: Modsadainir   Czw Maj 03, 2018 6:19 pm

Czyli smok był tu przez niego, a nie on przez smoka. To zdziwiło co bardzo, bo wydawało mu się coś innego. Cóż, nie jemu rozważać nad sprawami, o których nie ma pojęcia. Jednak co by nie powiedzieć, do miał szczęście, że ten stwór go namierzył i uratował. Gdyby nie on, pewnie skończyłby z uciętą głową i tyle by go było, a tak żył i mógł mu się odwdzięczyć. Choć z drugiej strony co obchodził go ten świat? Ci ludzie mogliby umrzeć, nawet wszyscy - byle, by on wrócił go siebie i prowadził żywot godny karalucha. Z resztą co to za żywot? Cały czas żył w przekonaniu, że jest nic nie warty, a każdy traktuje go jak broń ze względu na jego mutację. Zero śladów, zero powiązań, sto procent pewności, że cel zostanie zlikwidowany.
Dalsza część była o wiele bardziej ciekawsza i częściowo obalał wysnutą przez niego hipotezę, jakoby owy mag stał za jego - a raczej ich - sprowadzeniem do tego świata. Choć widmo nie obaliło tej teorii, to jednak jej nie potwierdziło. San wolał się z nim nie spierać. Pojawił się też promyk nadziei, na to, że uda mu się wrócić! Widmo oświadczyło, że zamierza iść po tamtego maga - czy jak to nazwało, potwora - i sprawdzić, czy to na pewno jego sprawka. Oczywiście Slayer domyślał się, że będzie musiał iść tam razem z nim i nie będzie to łatwa sprawa. W końcu skoro ich wcześniejszy adwersarz dysponował laską generującą taki pomnień i dowodził armią szkieletów, to nie było mowy o łatwej przeprawie z nim. Jednak nie ma nic za darmo. Oczywiście, San bał się ewentualnej konfrontacji. Pierwszy raz widział kogoś operującego magią, sam do tej pory miał doczytywania jedynie z ludzi operującymi jedynie mutacjami i bronią. Na tym się znał, więc konfrontacja z kim całkowicie mu nieznanym. Do tego pozostawał bezbronny. Choć może widmo miało co do niego jakieś plany, których on nie dostrzegał?
Nagle stwór wystawił w jego kierunku szpon, na co San odruchowo odchylił głowę w tył. Nie miał zamiaru uciekać, w końcu widmo raczej nie chciało zrobić mu krzywdy. Prawda? Poczuł ukłucie w środek czoła. Było to dziwne, bolało przez chwilę, a zaraz po niej mutanta ogarnęło dziwne uczucie. Nie czuł już zmęczenia, nie bolała go głowa i piekło w żołądku zgasło. Zupełnie, jakby stwór uleczył go z całego poczucia zezwierzęcenia i upicia. San nawet mu nie odpowiedział i nie podziękował, był zbyt skołowany. Oczywiście, gdy widmo ruszyło, Chińczyk natychmiast poszedł w jego ślady wyrzucając niedopałek gdzieś na trawę, aby od razu odpalić kolejnego papierosa. Podążał za widmem słuchając jego wypowiedzi o tym, że to inny świat i wymiar i nie może mieć żadnych sprzętów ze swojego świata. Co najmniej bezsensowny było twierdzenie, że będzie on w stanie używać kolców do walki. Do cichej i skutecznej likwidacji celów i owszem, ale do walki już nie. Co najwyżej mógł używać ich jako coś na wzór tarczy i świadomość, że w zwarciu przeciwnik zrobi sobie krzywdę atakując go. Zaraz po tym znaleźli się przy drzwiach do największego z budynków. Widmo znów spojrzało na mężczyznę i po chwili papieros w jego ręki, jak i cała zawartość wszelkich kieszeni po prostu znikła pozostawiając po sobie nagłe odczucie dziwnego luzu i lekkość. Uświadomił sobie, że właśnie znikł mu cały zapas papierosów, portfel, telefon i nóż. W myślach zaczął przeklinać stwora, jednak była to bardziej bezsilna złość. Bo co on mógł w stosunku do tego stworzenia? Jedynie odprowadził go pustym wzrokiem, gdy ten wchodził do pomieszczenia, po czym ruszył za nim.
Widział on tych wszystkich ludzi, którzy byli na prawdę przerażeni i potrzebowali realnej pomocy. To dało mu do myślenia. W końcu powrót do domu może poczekać, bo tam i tak dalej będzie jak szczur w klatce wlewając w siebie butelki alkoholu i paląc masę szlugów. Tu ludzie potrzebowali pomocy i byli w znacznie gorszej sytuacji, niż on. W tej sytuacji musiał więc słuchać się widma, - jakby miał inny wybór - ponieważ ono wiedziało, jak radzić sobie z tym rodzajem przeciwników. Nawet nie musiał słuchać, jaką decyzję podjął jego nowy przełożony - wiedział przecież, że ten pomoże tym ludziom. San pozostawał wciąż asekuracyjnie milczący i jedynie biernie czekał na decyzje, jakie zapadają dookoła niego.
Gdy cała audiencja została zakończona, a on odprowadzony do chaty od razu wziął kąpiel w misce z gorącą wodą. Te warunki przypominały mu te, w których się wychował. Dziwna nostalgia ogarnęła go i siedząc półnagim na ławie odruchowo sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów, której nie znalazł. Zaklną w myślach i wzrokiem zaczął szukać czegoś, czym mógłby zająć się i nie myśleć o utracie cennego ładunku szlugów. Spojrzał na stolik z jedzeniem. Było to coś innego, niż jadał za zwyczaj. Żył raczej w biegu - treningi, jedzenie na mieście, picie, jedzenie na mieście, sen i powtórka całego ciągu. To jednak było świeże, nie robione pod bezdusznie jednakową modłę gastronomicznych korporacji. Chwycił chleb, odkroił kawałek leżącym obok nożem, - już wiedział, że przywłaszczy sobie ten nóż - później odkroił kawałek sera i zerknął do dzbanka. Wino. Zostawił je z dwóch powodów - nie przepadał za tym trunkiem i miał dość alkoholu. Gdy już zjadł, to położył się spać.
Noc nie minęła mu spokojnie - "trzeźwe" sny były okropne. Widział wszystkie dzisiejsze wydarzenia, widział swoje błędy i analizował je nie mogąc w pełni zasnąć. Zerwał się z łóżka, podszedł do stolika i z braku lepszego wyjścia wlał w siebie dzbanek wina. Nie przeszkadzało mu, że spora jego część spłynęła stróżkami na jego nagi tors - musiał zasnąć, a nie chciała robić tego na trzeźwo. Znał zasadę - im szybciej się pije, tym szybciej alkohol działa na głowę. To mu pomogło, brakowało tylko papierosa. Po chwili poczuł przyjemne kręcenie się w głowie, wtedy odwrócił się i padł na łózko, a noc minęła mu nadzwyczaj błogo. Sen miał lekki, przyjemny i co najważniejsze nie męczyły go koszmary i świadomość błędów.
Rano zwlekł się z łóżka i chcąc jakość doprowadzić się do ładu poszedł nad znajdujący się za domem strumień. Sporą rolę w jego doprowadzeniu się do porządku odgrywało również powietrze. Nie zwrócił na to wczoraj uwagi, jednak czyste i nie przepełnione spalinami powietrze robiło mu dobrze na głowę. Będąc nad strumieniem zanurzył się w nim nago i najchętniej zasnąłby na wodzie, jednak świadomość współpracy z widmem nie dawała mu spokoju i nakazywała stawienie się na spotkanie z przełożonym. Tak więc wyszedł z wody i nadal lekko boląca głową skierował się na plac, gdzie odpoczywał srebrnołuski.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Modsadainir   

Powrót do góry Go down
 
Modsadainir
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Inne światy :: Inne światy :: Caer'Aechealan-
Skocz do: