Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Wyżyna Junnan-Kuejczou

Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Pią Lip 20, 2018 11:51 am



Wyżyna w południowo-wschodnich Chinach (prowincje Junnan i Kuejczou), ograniczona rzeką Jangcy na północy, Górami Południowochińskimi na wschodzie, wybrzeżem Zatoki Tonkińskiej na południu oraz Hengduan Shan na zachodzie. Stanowi ona przedłużenie Wyżyny Tybetańskiej.

Junnan-Kuejczou odznacza się bardzo urozmaiconą budową geologiczną i rzeźbą terenu. Wzdłuż pęknięć tektonicznych występują obniżenia, częściowo zabagnione, w dnach, w których ciągną się „łańcuszki" podłużnych jezior. W rejonach tych występują z dużym nasileniem zjawiska sejsmiczne. Pasma wzniesień na obszarze pogórza mają przebieg zbliżony do południkowego, sięgając 2000-3000 m n.p.m. Pomiędzy nimi ciągną się głęboko wcięte doliny rzek: południowych dopływów Jangcy, rzeki Yuan Jiang (górnego biegu rzeki, znanej w Wietnamie jako Rzeka Czerwona) i Mekongu. W zachodniej części prowincji, w „Krainie Wielkich Wąwozów", łańcuchy gór sięgają 5500 m n.p.m. Ciągnące się między nimi doliny są najgłębszymi wąwozami świata – głębokość ich sięga 3000 m. Zbocza i dna dolin pokrywa specyficzna roślinność, wśród której występują olbrzymie paprocie i mchy. Góry, zwłaszcza na południu, są zalesione. W dolinach rzek lasy przechodzą w formacje zbliżone do dżungli podrównikowej. Junnan ma klimat podzwrotnikowy z ciepłym latem i łagodną zimą oraz znaczną ilością opadów. Średnie temperatury stycznia oscylują około 8-10 °C, na południu około 15 °C. Temperatury lipcowe przekraczają z reguły 25 °C.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Sob Lip 21, 2018 8:43 pm

Okoliczne lasy były spowite całkowitą ciemnością, a jedynym źródłem światła pozostawała jasna tarcza księżyca, którego srebrny blask odbijał się o płynącą przez nie rzekę, nadając miejscu wyjątkowo mrocznego, aczkolwiek na swój sposób przyciągającego oko klimatu. Mimo uroków tutejszego krajobrazu, mało osób zapuszczało się w te rejony, ponieważ były one nie tylko trudno dostępne przez specyficzną rzeźbę terenu, ale i niebezpieczne ze względu na zamieszkujące je stworzenia. Ostatnio jednak sporo było słychać o grasujących kłusownikach, którzy dla zysku postanowili polować na rzadkie okazy dzikich zwierząt i nie były to jednorazowe przypadki. W lasach znajdowano dziesiątki ukrytych sideł, które mogły stanowić zagrożenie nie tylko dla zwierząt, ale i dla ludzi. Z tego też powodu teren był monitorowany przez władze, lecz nawet patrole przemierzające lasy nie odstraszały kłusowników.
Pod osłoną nocy, prawie dwumetrowa, dwunożna i pokrytą sierścią istota wygrzebała się ze swojej kryjówki, znajdującej się między korzeniami drzew i stanowiącej idealne schronienie przynajmniej na kilka dni. Była to sporych rozmiarów nora, choć jej wejście pozostawało wąskie i praktycznie niedostrzegalne na tle gęstych zarośli. Wnętrze było starannie wyściełane suchą, wcześniej zebraną trawą. Noctis był zmuszony prowadzić nocny tryb życia. Tylko nocą szukał jedzenia, nowego schronienia lub miejsca, gdzie mógłby zaspokoić swoje pragnienie. Tym razem zależało mu właśnie na dotarciu do położonego nieopodal strumyka z wodą nadającą się do picia. Za dnia istniało zbyt duże ryzyko, że zostanie przez kogoś zauważony i tylko dzięki swojej ostrożności pozostawał nieuchwytny przez prawie dziesięć lat. Był bardzo płochliwy, dlatego nawet najcichszy szelest mógł go sprowokować do ucieczki. Przemierzając las schylał nisko swój korpus, zmierzając w znanym sobie kierunku. Kiedy znalazł się nad małym strumykiem, ukucnął przed nim i nabrał wodę w obie dłonie, by po chwili zbliżyć je do pyska i ukoić swoje pragnienie. Czynność ta wyglądała bardzo ludzko, co zupełnie nie pasowało do jego zwierzęcej aparycji. Mutant wyglądał na spokojnego, lecz wbrew pozorom zachowywał czujność. Noctis opuścił ręce i spojrzał na strumień.
- Dziękuję, że przynosisz mi ukojenie... - wyszeptał cicho. Z powodu swojej samotności miał zwyczaj mówić do siebie lub rzeczy nieożywionych. Dzięki temu mowa nie sprawiała mu takich trudności, a on wciąż mógł czuć się choć trochę człowiekiem. Nagle coś zakłóciło jego spokój. Gad zwrócił pysk w kierunku zarośli, zamierając w bezruchu i nasłuchując. Dźwięk był dla ludzkiego ucha praktycznie niesłyszalny, lecz wyczulony słuch Noctisa wyłapał ten odgłos bardzo wyraźnie. Zmarszczył podejrzliwie brwi i wstał, zastanawiając się czy powinien to sprawdzić czy lepiej byłoby wrócić do kryjówki. Hałas się nasilił i przypominał on piski jakiegoś drobnego zwierzęcia. Mutant był świadom obecności kłusowników w okolicy i podejrzewał, że zwierzę mogło wpaść w zastawione przez nich sidła. Noctis był zbyt wrażliwy na cierpienie niewinnych stworzeń, by to zignorować. Ruszył w kierunku źródła dźwięku, które - jak się okazało - było oddalone o kilkaset metrów. W tym czasie poruszał się niemal bezszelestnie, na czterech łapach. Mimo że wykonywał długie susy - łapy stawiał na podłożu prawie niesłyszalnie.
Zatrzymał się, prostując sylwetkę, gdy bezbronne zwierzę znajdowało się zaledwie kilka kroków dalej. Odgarnął dłonią gałęzie sprzed pyska. Przeczucia go nie myliły. Na niewielkiej otwartej przestrzeni otoczonej gęstymi zaroślami, we wnykach znajdował się zając, który desperacko usiłował się uwolnić z prostej drucianej pułapki. Noctis obawiał się wyjść na leśną polanę, wahał się, jednak piski zwierzęcia nie pozwoliły mu  pozostać obojętnym. Powoli odgarnął gałęzie i podszedł do zająca, klękając przy nim.
- Shhh... - syknął tylko, próbując uspokoić drobną istotkę. Zbliżył do niej rękę i wtedy jego czujne srebrne ślepia dostrzegły coś nietypowego. Drut owinięty wokół tylnej łapy zająca był nienaturalnie związany. Nie wyglądało to na zwyczajnie zaciśniętą pętlę. Mutant otworzył szeroko ślepia i usłyszawszy cichy trzask gałęzi od razu obrócił się o 180 stopni z zamiarem gwałtownego wybicia się z ziemi i błyskawicznej ucieczki, lecz wtedy spadła na niego wielka metalowa siatka, która przybiła go do ziemi. Mutant w niekontrolowanej panice zaczął się szamotać i machać łapami, ze wszystkich sił próbując się uwolnić. Nie zrozumiał od razu, co się stało. Zza krzewów wyłoniły sylwetki aż sześciu dobrze zbudowanych, po zęby uzbrojonych mężczyzn. W rękach każdego z nich znajdowały się strzelby myśliwskie w każdej chwili gotowe do użycia. Byli odziani w specjalnie przystosowane mundury kamuflujące, a sądząc po wyglądzie mieli z jakieś 40 lat na karku. Noctis na moment zamarł, poruszając jedynie klatką piersiową, podczas gdy obcy konsultowali coś niewyraźnie między sobą. Następnie jeden z nich uniósł swoją strzelbę. Mutant na widok wymierzonej do niego broni zaczął ryczeć i syczeć, ponownie wijąc się pod siatką. Pocisk ze środkiem usypiającym trafił prosto w jego kark. Nie trzeba było czekać, aż stworzenie przestanie walczyć. Kłusownicy nie zwlekali z czasem i mimo że Noctis wciąż miał otwarte ślepia, zaczęli ściągać z niego siatkę.
- Mówiłem, że królik zadziała. -
- Jest dużo mniejszy niż mówili. Ma na oko mniej niż dwa metry -
- Może to młode? -
Noctis słyszał niewyraźne szumy nim całkowicie odpłynął. Jego ciało pozostawało bezwładne, podczas gdy mężczyźni oglądali jego pazury i uzębienie, zapisując coś w notesie. Jeden, stojący z boku - robił dokładne zdjęcia. Liczył, że już na samych zdjęciach schwytanej bestii uzbierają fortunę.
- Ubogie uzębienie, ale nie sądzę, by były to ubytki. Kły wyglądają na zdrowe. -
- Płeć? -
- Prawdopodobnie samica. -
- Dobra, zabierajcie sprzęt, nie mamy czasu. Obejrzymy go, gdy będziemy już na miejscu. Ten hałas mógł przyciągnąć czyjąś uwagę. -
Minęła ponad godzina. Małe obozowisko znajdowało się nieopodal, w środku lasu, zaledwie pół godziny drogi od miejsca schwytania mutanta. Noctis był zamknięty w klatce na tyle niskiej, że nie mógł w niej choćby uklęknąć. Była za to na tyle długa i szeroka, aby mógł się odwracać. Od momentu włożenia do klatki leżał nieruchomo. W tym czasie trzech mężczyzn siedziało przy niewielkim ognisku, dwóch innych stało na czatach, a ostatni stał przy Noctisie, w pobliżu wozu, którym tutaj dotarli.
- Co z nią zrobimy? -
- Nie obchodzi mnie czy trafi do zoo, cyrku czy w ręce jakiegoś durnego miliardera. Będzie własnością tego, kto da najwięcej, a co z nią zrobią to już mało mnie obchodzi. -
- Miliardera? -
- To żywa kryptyda, rozumiesz? -
- Nagłaśniając tę sprawę możemy mieć poważne kłopoty. Lepiej załatwić wszystko po cichu. -
Podczas gdy grupa rozmawiała, najmłodszy z mężczyzn pilnujący mutanta spojrzał na niego. Noctis leżał odwrócony do niego plecami. Teoretycznie powinien się już dawno wybudzić, lecz od momentu schwytania nie poruszył się ani razu. Człowiek podniósł patyk obok swojej prawej nogi i w mało rozsądny sposób włożył go przez kraty, dźgając nim w grzbiet mutanta. Reakcja była niemal natychmiastowa. Stwór odwrócił się do niego przodem i kłapnął zębiskami, łamiąc nimi kij bez najmniejszego problemu. Mężczyzna odskoczył zszokowany. Noctis wpatrywał się w niego dzikim spojrzeniem srebrzystych, świecących ślepi, sycząc głośno. Chłop uderzył kijem w klatkę, lecz zamiast uciszyć tym Noctisa, sprowokował go jeszcze bardziej. Zwierzę zaczęło biegać po całej klatce, uderzając kilkukrotnie o zamkniętą bramkę. Praktycznie wystarczyłoby jeszcze jedno uderzenie, by stwór zdołał się uwolnić, ale wtedy stało się coś, czego Noctis nie przewidział. Nagle jego ciało przeszedł silny impuls elektryczny, przez który cały zesztywniał, upadając sztywno na ziemię. To natychmiastowo uciszyło mutanta, mającego na swojej szyi nic innego jak obrożę elektryczną, założoną w trakcie uśpienia. Wystarczył jeden przycisk.
- To bydle prawie się wydostało. - powiedział osobnik z pilotem w stronę pozostałych. Właśnie na takie sytuacje był przygotowany. Noctis leżał wpatrzony w urządzenie. Wiedział z czym ma do czynienia i jak to działa. W końcu nie był zwierzęciem. Gdyby udało mu się jakoś je zdobyć... ale niestety było ono poza jego zasięgiem.
- Gdybyś zostawił to "bydle" w spokoju to byś nie musiał tego robić. -
- A zamknij się, ma nauczkę. Zobacz jak teraz milczy. Jeszcze trochę i to wytresuję. -
Noctis położył się na boku, znów tyłem do stojącego mężczyzny i zamknął ślepia. Uszy miał położone. Wyglądał na przygnębionego. Tak łatwo dał się złapać i teraz nie mógł zrobić absolutnie nic, żeby się wydostać. W oddali widział drzewa, las. Jego dom, a w jego głowie wciąż powracał obraz zająca, któremu chciał tylko pomóc. Mając na sobie obrożę przypomniał sobie o tym, jak niewiele ma już z człowieka i jak inni go spostrzegają. Na dodatek zmienili mu płeć...
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Nie Lip 29, 2018 6:41 pm

/Iceclaw./
/Smoku./
/Mam imię./
/Ja również./
/Aramis.../
Przedrzeźnianie się w środku Azji. Pięknej Azji. Góry, lasy, wzgórza, doliny, rzeki. Drugie miejsce, które mogło konkurować z rodzinnym Alranois. Pierwszym była kraina z której pochodził lodowy smok. Stwór podzielił się obrazami ze swym młodym podopiecznym. Człowiek wiedział, jak piękny był świat pochodzenia tej istoty. Miejsce to było pierwszym konkurentem na liście. Tymczasem obaj znajdowali się bardzo daleko od tutejszego domu. To nie dżungla, choć tutejsi predatorzy potrafili być równie niebezpieczni. Aramis wziął ze sobą mały nóż, srebrny Sanremu 710. To ultra-drogie i nowoczesne ostrze było tak wielkie, że ledwo był w stanie zmieścić je w najmniejszej kieszeni, jaką znalazł w swoich taktycznych spodniach na wzorze urban tactical pants koloru "zielonej dżungli". Do tego t-shirt w zielonej, łuskowej kolorystyce kamuflażowej. Na to uparł się gad. Po tylu latach miał swoje zapotrzebowanie. A każdy noszący w sobie smoka, powinien dzierżyć na sobie łuskowe barwy. Wszystko podsumowały buty firmy LOWA w kolorystyce KHAKI, sięgające do pięt. Na plecach green assault pack wypełniony prowiantem, zestawem do pierwszej pomocy i w sumie tyle. No może do tego jakiś telefon przygotowany na trudne warunki. I można było maszerować przed siebie, wedle wskazań smoka. Lodołuski śledził grupkę łowców, przekazując swemu hostowi kierunek, natomiast człowiek dzielnie maszerował. Czwartą godzinę, bez przerwy. Maszerował, pokonując liście, kamienie, pagórki, obchodząc drzewa lub szukając przejścia, które pozwoli mu uniknąć przedzierania się przez gęste chaszcze. Ale nie narzekał. Lubił takie wyprawy, kiedy on i jego "komputer pokładowy" udawali się do jakiegoś obcego sobie miejsca, odkrywając ruiny, poznając historię oraz kulturę lokalnych społeczności. Tak, jak tutejszej. Z miejscowego motelu nie bardzo chcieli go wypuścić bez przewodnika. "Przewodnik być potrzebna. Przewodnik pomóc zachodni człowiek się nie zgubić!". Zachodni człowiek mieć smok w głowa. Zachodni człowiek dać sobie radę oraz dziękować za troskę. Jak Aramis został wariatem. Ale kto normalny uwierzy, że w jego ciele przesiaduje inna istota? Że to nie schizofrenia, nie wytworzył w sobie drugiej osobowości. Łatwiej było, gdy chcieli ujawnić się przed kimś zaufanym. Wtedy Eldunar po prostu objawiał się niewiarkowi. W wielu wypadkach ta opcja odpadała.
/Znalazłem go./
Aramis zatrzymał się, stanął jak wryty. Dobrze usłyszał, umysł nie mógł go zmylić. Często ludziom się coś wydawało, jednak gdy smok do niego przemawiał, to nigdy nie były to "omamy słuchowe". Nie mogło mu się wydawać. Eldunar powiedział, że go znalazł. A skoro tak powiedział, to tak było. Smok wytworzył - w umyśle mężczyzny - mapę, tuż przed nim. Pokazał mu jego aktualną pozycję, a następnie "oddalił" widok i niczym komputerowa projekcja z gry lub filmu - wskazał mu położenie celu. Znajdował się w klatce, w towarzystwie sześciu kłusowników. Sześciu martwych ludzi, którzy jeszcze nie wiedzieli, jak duży błąd popełnili. Jak dużo wygadał ich znajomy podczas pobytu w barze w Alranois. Jak bardzo Eldunar przetrzepał mu umysł, pozostawiając go niemalże warzywem. Aramis ruszył szybkim krokiem, cel znajdował się raptem trzy kilometry dalej. W tym lesie nie będą mieli kontaktu wzrokowego. Oni z nim - nie. On z nimi już miał.
Zatrzymał się za krzakami, kilkanaście metrów od sześciu mężczyzn oraz ich "ofiary" w klatce. Zaczął od przyjrzenia się każdemu z nich. Zdążył zrobić to już wcześniej, w głowie miał niemalże wgrany plan otoczenia. Wszystko znowu zasługa jego "gadziego komputera". Proszę, jak wyobraźnia ułatwiała funkcjonowanie. To był swego rodzaju element rozwojowy Eldunara, po trafieniu do tego ciała. Uczył się, poznawał czym jest "3D". I efekty potem wykorzystywali w boju, lecz nie tylko. Nie miał przy sobie żadnej broni, poza małym nożykiem. Taki też nadawał się do walki, choć jemu służył bardziej, jako otwieracz do paczek lub malutkie urządzenie do cięcia tego, co akurat przecięte być musiało. Niekoniecznie żywych istot. Sześciu. Uzbrojonych. Broń długa, w tym strzelby myśliwskie oraz karabiny samopowtarzalne. Prawdopodobnie znalazła by się jakaś broń krótka. Skuteczna eliminacja tylu, bez zagrożenia, wychodziła tylko w grach komputerowych oraz filmach o bohaterach, gdzie walka była zazwyczaj jednostronna. Bo ci źli nie próbowali zabić tego dobrego. Z tą zdobyczą w klatce, zapewne będzie to pierwsze, co zrobią n jego widok.
/Uciekaj./
Głos Eldunara spadł na niego, niczym grom z jasnego nieba. Zobaczył cień padający na krzaki oraz siebie. Powoli odwrócił głowę, by dostrzec wielką łapę znajdującą się tuż za nim. Łapę ponad dwu i pół metrowego smoka, pokrytego lodową łuską. Bez skrzydeł, jednak ze wszystkimi atutami smoka. Pyskiem, kłami, pazurami oraz ogonem, zakończonym tym zakrzywionym ostrzem. Uciekaj. Słowo rozbrzmiało w jego głowie ponownie, niczym przerażające wspomnienie. Hiper-adrenalina wystrzeliła, a wraz z nią człowiek - wyskakując z krzaków. Narobił sporo hałasu, od razu zwracając na siebie uwagę. Z przerażeniem wymalowanym na twarzy, dobiegł do jednego z mężczyzn, prawie na niego wpadając.
-Ratujcie! Bestia! Potwór!
Wykrzyczał, dobiegając do mężczyzny i zatrzymując się obok niego, ramię w ramię. Odwrócił się natychmiast w stronę, z której przybiegł. Mężczyźni mieli już broń, dokładniej trzech z nich. Ten obok Aramisa oraz dwóch obok. Pozostali oglądali, co to miało się wydarzyć... i z krzaków wyskoczył gigantyczny, lodowy smok. Bez skrzydeł, wyglądał, niczym lodowy posąg pchnięty do życia. Masywny, umięśniony. Wydobył z siebie ryk, ruszając z miejsca w stronę dwóch uzbrojonych mężczyzn znajdujących się kawałek obok. Facet obok Iceclaw'a podniósł strzelbę, a następnie światło mu zgasło, gdy żołnierz chwycił za lufę, a potem wpasował mu sierpowy idealnie pod nos - w górną wargę. Wyłączył go natychmiast, przechwytując strzeblę. Padły pierwsze strzały, sekundy strasznie się dłużyły. Ryk, wrzask, łomot kul odbijających się od magicznego, wzmacnianego lodu. Potem odgłos prutego materiału oraz rozrywanej tkanki. Lodowy smok urwał pierwszemu uzbrojonemu łeb, a następnie rzucił nim w głowę drugiego. Przerażające. Ale Aramis tego nie widział, wiedział natomiast co się stało. Już mierzył do faceta, który otworzył drzwi auta i sięgnął po broń na siedzeniu. Gdy cofnął korpus i był już na zewnątrz, jego aortę przebiła kula ze strzelby myśliwskiej. Z przodu była mała dziurka, w środku sieczka, a z tyłu dziura po kuli armatniej. Teraz dopiero zwrócił uwagę na pokrytego czerwonym płynem, lodowego smoka. Pysk oraz pazury na dłoniach. Ruszył bez wahania, szybko skrócił dystans czwartego. Mężczyzna przewrócił się z przeraźliwym wrzaskiem, a smok wpadł na niego. Aramis tymczasem przeładował strzelbę i wymierzył w kolejnego mężczyznę, stojącego przed klatką. Kolejny strzał i truchło faceta walnęło we front klatki, powodując wstrząs. To był piąty. Został jeden. Siedział na ziemi, na prawo od klatki. Podpierał się lewą dłonią o ziemię, prawą miał wyciągniętą przed siebie. Trząsł się z przerażenia. Lodowy smok skończył z jego kompanem, podniósł się i ruszył ku ostatniej ofierze. Mężczyzna zaczął krzyczeć i zawodzić, błagając o litość. Powoływał się na rodzinę, dzieci, bogów, wszystko co tylko mógł. On więcej tego nie zrobi, już nie spróbuje. Eldunar mu nie wierzył. Podszedł bliżej, a następnie podniósł prawą łapę, oparł ją na klatce piersiowej mężczyzny. Wbił go w ziemię, a ten wrzasnął przerażony, trzęsąc się oraz dalej błagając.
-Wystarczy. Jest nieuzbrojony, przerażony. Ucieknie i nie wróci. Zapomni. Smo...
Trzask. Odgłos łamanych kości oraz gniecionej tkanki. Oczy faceta wyszły z orbit, a jego klatka piersiowa została dosłownie sprasowana przez łapę lodowego smoka. Aramis stał, jak wryty. Zabił go, tak po prostu go zabił. Czasami zapominał, że ma do czynienia z istotą wyznającą inne wartości. Eldunar już dawno postanowił, że ich zabije. Jeszcze przed wylotem. A skoro tak postanowił, to tak uczynił. Wojskowy rzucił broń na ziemię, a następnie podszedł powoli do klatki. Złapał dłonią za fraki przekrwawionego trupa, którego odstrzelił przy klatce, po czym odsunął go na bok. Wrócił do niebieskiego stworzenia i kucnął przed nim. Dzieliła ich klatka, choć spokojnie mogliby się sięgnąć ramionami, przekładając je na drugą stronę, przez kraty. O ile przerwa między prętami była na tyle duża.
-Jesteś bezpieczny.
Odezwał się, spokojnie oraz ciszej. Chciał uspokoić sytuację, bo jego rozmówca zapewne będzie teraz przerażony. Lodowy pot... smok, zrobił dwa kroki ku klatce. Był na tyle daleko, by znajdował się poza zasięgiem ramion, ale też na tyle blisko, by szybko móc doskoczyć do Aramisa. Bardzo użyteczna metoda walki, kiedy to Eldunar kontroluje wytworzone, lodowe ciało - natomiast Aramis... Aramis stara się przeżyć.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Nie Lip 29, 2018 9:15 pm

Noctis przestał stawiać jakikolwiek opór i leżał nieruchomo na dnie klatki, nie wiedząc właściwie, co go czeka. Za bardzo się bał i nawet nie spoglądał na swoich oprawców z bronią w rękach. Odkąd pamiętał broń myśliwska budziła w nim paraliżujący lęk, który po czasie mógł przerodzić się albo w gwałtowną agresję, albo w atak paniki. Zachowanie mutanta bywało bardzo nieprzewidywalne. Noctis sam starał się je rozgryźć, zrozumieć czy też spróbować wykorzystać to w dobrym celu. Tylko jak wykorzystywać to, co nieprzewidywalne? Nie da się. Pierw by trzeba było się z tym oswoić, czego niebieskofutry nie potrafił. Nie akceptował swoich instynktów. Rozumiał je u zwierząt wśród których żył, ale nie u siebie. On ciągle czuł się inny od wszystkiego dookoła i to wcale mu nie pomagało.
Ognisko zaczęło już powoli dogasać. Kłusownicy nie zamieniali między sobą tylu zdań, co wcześniej, zapewne za sprawą naturalnej potrzeby odpoczynku i wyciszenia. Mimo to pozostawali czujni, wciąż mając broń w pogotowiu. Noctis opatulił się swoim ogonem pokrytym długą i gęstą sierścią. Dzięki tej ciszy mógł chociaż trochę się uspokoić. Spokój jednak nie trwał długo. Uszy mutanta wychwyciły dziwny hałas szybciej niż mężczyźni w obozie. Noctis uniósł łeb i otworzył szeroko oczy ze zdumienia, kiedy zza krzaków wyskoczył przerażony mężczyzna i krzyczał o jakimś potworze. Różnił się on od kłusowinków, ponieważ w przeciwieństwie do nich nie posiadał żadnej widocznej broni, jednak mówił w ich języku, który Noctis również doskonale znał, więc nawet w ciemnościach łatwo było stwierdzić, że to nie był miejscowy. Jedynie tyle mutant zdążył zanotować w swojej głowie, gdyż nagle zza krzaków wyłoniła się lodowa bestia, której łuski intensywnie połyskiwały w blasku płomieni. Niebieska istota wpatrywala się tępo, nie mogąc w to uwierzyć, lecz gdy nastąpił ryk, mutant otrząsnął się, zerwał się na łapy i odruchowo chciał uciec w przeciwnym kierunku, jednak przeszkodziła mu w tym metalowa krata. Nastało ogromne zamieszanie. Zaczęły padać strzały, słychać było krzyki ludzi, którzy jeszcze chwilę temu byli pewni  swego dożywotniego dostatku i wielkiego szczęścia. Noctis szamotał się w klatce, tworząc jeszcze większy hałas i zamieszanie. Przestał dopiero wtedy, kiedy mężczyzna przed klatką grzmotnął w jej frontową część i upadł, nie dając żadnych oznak życia. Mutant przylegał brzuchem do dna klatki, mając zgięte w łokciach ręce po bokach, blisko żeber, natomiast nogi ustawione z tyłu, dotykając opuszkami palców metalowego, zimnego podłoża. Stał tak na czterech łapach, nieruchomo, wpatrzony srebrzystymi i świecącymi ślepiami na postać smoka oraz jego ludzkiego towarzysza. Mutant nawet nie drgnął, kiedy ostatni człowiek błagający o litość został brutalnie zabity poprzez zmiażdżenie jego marnego ciała łapą lodowego smoka. Ślepia pokrytego sierścią gada pozostawały zwężone mimo niskiego natężenia światła płynącego z ogniska za plecami dwójki obcych mu istot. Noctis patrzył na nich jak na przybyszy z innej planety, a serce biło tak szybko, jakby stwór miał im zaraz paść na zawał. Kiedy Aramis uklęknął przed klatką, Noctis nie wydając z siebie żadnego dźwięku, cofnął się do tyłu na tyle, by jeszcze nie dotykać tyłem końca klatki. Włożenie ręki przez pręty w takim momencie mogłoby się bardzo źle skończyć. Stwór wyglądał na przestraszonego, jednakże każdy gest mógłby odebrać jako atak. Mógł w każdej chwili użyć pazurów oraz kłów, których w żaden sposób nie zabezpieczono. Mimo że Noctis wyglądał jak wychudzone, spłoszone zwierzę - w jego ślepiach widać było świadomość, własny rozum. Coś ludzkiego i znajomego.
Usłyszawszy głos Aramisa, mutant uniósł nieznacznie łeb. Nawet jeśli jego ciało drżało, Noctis słuchał, lecz dla większego poczucia bezpieczeństwa, bardzo, baaardzo powoli cofnął się o dwa kroki, dokładnie tyle samo, ile wykonał Eldunar w jego stronę, wciąż na nich patrząc. Było już w miarę spokojnie, ale wtedy właśnie Noctis zetknął się łapami z prętami za plecami, co zadziałało jak impuls. Gad przestraszył się, w przekonaniu, że ktoś jest za nim, wybił od podłoża i dosłownie wystrzelił z klatki, wybijając pyskiem metalową, uszkodzoną już wcześniej bramkę. Aramis mógł odskoczyć na bok lub też zostać przewroconym na plecy przez wyskakujące, prawie dwumetrowe zwierzę, co zakończyłoby się co najmniej boleśnie. Jeśli stwór w tym momencie nie został natychmiastowo złapany tuż przy klatce, to kiedy dłonie mutanta zetknęły się z ziemią, gad przeturlał się, w trakcie czego wsunął długie i przerosniete pazury pod obrożę elektryczną, z łatwością ją rozgrywając, a kiedy znów znalazł się na czterech łapach, gad obrócił się gwałtownie w lewo, uciekając prosto w zarośla w znanym sobie kierunku. Jeśli udało mu się wymknąć, zamierzał odnaleźć swoją norę, a o ile sytuacja wciąż była dla niego korzystna i miał czas na ucieczkę, celowo próbował zmylić ewentualny pościg, omijając swoją kryjówkę szerokim łukiem, by zaraz do niej zawrócić. Gdyby się w niej schował to wyciągnięcie go stamtąd siłą byłoby praktycznie niemożliwe.
Jeżeli Noctis nie zdołał wymknąć się z obozu i coś go zatrzymało, mutant stanie się agresywny i będzie usiłował się bronić, atakować - a najpewniejszym celem byłby w tym przypadku Aramis. Stwór byłby zdolny do gryzienia i drapania, lecz wciąż zależałoby mu przede wszystkim na jak najszybszej ucieczce do lasu, a nie na zabiciu obcych.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Czw Sie 02, 2018 6:44 pm

Aramis Zane|Scalebound|Eldunar

Aramis nie nadążył. Drzwi klatki wystrzeliły mu prosto w twarz, nie zdążył nawet wrzasnąć, gdy jego ciało szarpnęło się na bok i przetoczyło przez ramię, przez co drzwi uderzyły tylko w łokieć. Nie był to przyjemne, wprost przeciwnie. Upadł i odzyskał kontrolę, podnosząc się, jak poparzony, łapiąc za łokieć i widząc mroczki przed oczami. Metal trafił w punkt na ciele. Przy całej ilości szczęścia. Przynajmniej nie musiał zbierać nosa ani twarzy z ziemi. Nie była to jego reakcja. Eldunar stał z boku, obserwował. Widział każdy ruch mięśni stworzenia, czuł jego emocje, a doświadczenie pozwalało mu aż za dobrze trafnie ocenić, co zaraz się wydarzy. Stąd, gdy niebieski wyskoczył - on był już gotowy. Nigdy nie miał problemów z kontrolowaniem ruchów Aramisa, świadomie lub nieświadomie dla mężczyzny. Zane wiedział, że pod tym względem nie ma żadnej dyskusji. W kwestii bezpieczeństwa, przeżycia i zdrowia - Eldunar nie dbał o jego wolną wolę wyboru pt. "w jaki sposób chcesz mieć dziś skwaszony nos?". Reagował tam, gdzie człowiek nie był w stanie nadążyć.
Noctis przeturlał się i chciał ruszyć dalej, jednak i na to Eldunar miał plan. Smok stworzył dookoła "obozu" lodową ścianę, idealnie wygładzoną oraz wysoką na jakieś pięć metrów, pokrytą ostrymi szpikulcami, aż proszącymi o nabicie kogoś na ruszt. Odciął mu drogę ucieczki, co wywołało dwie reakcje. Płochliwą Noctisa oraz komentarz Aramisa.
-Smoku, przecież mamy go oswoić, a nie zamknąć!
-Złap go w kleszcze.
Aramis prawie osłupiał, gdy niebieski stwór obrócił się w jego kierunku i ruszył. Tego nawet nie można było nazwać normalnym. Przecież obok stał dwu i pół metrowy, lodowy smok-rzeźba, który przed chwilą wymordował kłusowników bez chociażby momentu zawahania.
-Sam go złap!
Krzyknął, skacząc na bok, dosłownie rzucając się w stronę zakrwawionego ciała mężczyzny. Aramis mu przecież nie ucieknie, nie tutaj i nie w takich warunkach. Normalnie po prostu podjąłby walkę, lecz nie o to chodziło. Nie planował stawiać przed sobą kolców, na której nabije tą istotę. Nie po to narobił sobie tyle problemów z dostaniem się tutaj, by teraz wszystko poszło na marne. Musiał go jednak jakość powstrzymać, nastraszyć. Przekonać? Metoda Eldunara była bardzo prosta. Dać mu podejść, wtedy wystarczy go po prostu złapać, gdziekolwiek. Smok zrobi resztę, przerobi mu mózg na papkę i zmusi do posłuszeństwa. Jeśli trzeba, to odłączy mu niepotrzebne systemy, niczym w komputerze. Aramis nie był do tego przekonany. Ta metoda była najskuteczniejsza, jednak wydawała mu się nieetyczna. Nie byli tutaj stróżami prawa, działali na własną rękę, pod niczyją banderą - poza swoją własną.
Aramis upadł przy ciele, chwycił za leżący pistolet, obrócił się na plecy i wymierzył go w niebieskiego. Teraz pozostawało pytanie, jak daleko znajdował się niebieski oraz czy w ogóle wystraszy się broni. Niezależnie od efektu, człowiek nie pociągnie za spust. Co najwyżej zasłoni się ramieniem, jeśli stwór do niego doskoczy. Tymczasem Eldunar... skieruje ciało lodowego smoka ku Noctisowi. W taki sposób, by ten słyszał, że smok się zbliża. Wielka, lodowa bestia. Krok po kroku, zmniejszając dystans, nieśpiesznie, choć bardzo pewnie z dość nieprzyjemnym wyrazem pyska, jednak ukrytymi kłami - a nawet pazurami schowanymi w pięściach.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Pią Sie 03, 2018 8:51 am

Po uwolnieniu się z klatki, zamierzał jak najszybciej opuścić obóz, nie oglądając się nawet za siebie i nie zawieszając swego spojrzenia na dwie dziwne postacie. Mutant nie rozumiał tego, że tamci wcale nie chcą go skrzywdzić. Wszystko traktował jak potencjalne zagrożenie i najlepszym sposobem na uniknięcie go była dla niego ucieczka, która nagle została udaremniona.
Przed niebieskim stworzeniem powstała lodowa i idealnie gładka ściana, okalająca najbliższy obszar wokół trójki i uniemożliwiająca jakąkolwiek ucieczkę, jednakże Noctis spróbował swoich sił i nawet nie zatrzymując się wbiegł na ścianę, usiłując zaczepić na niej wszystkie swoje pazury i wykorzystać wcześniej powstałą prędkość. Działanie to było ani trochę przemyślane, ponieważ ściana miała aż pięć metrów wysokości i zakończona była ostrymi szpikulcami. Nie było szans, by Noctis zdołał na niej choćby zaczepić pazury, więc zjechał w dół, przyciągany przez grawitację. Spłoszony stwór usiłował ponowić próbę jeszcze kilka razy, co było już mniej efektowne niż ta pierwsza. Gad szybko zdał sobie sprawę z tego, że jest uwięziony i w jakąkolwiek stronę by nie pobiegł - napotka nienaturalną lodową ścianę. Właśnie wtedy po raz pierwszy odwrócił pysk w stronę obcych. Mutant był zwinny i bardzo szybki. Kiedy przemieszczał się na czterech łapach, trudno było za nim nadążyć i przewidzieć jego ruchy, lecz na ten jeden moment się zatrzymał, patrząc naprzemiennie na lodową bestię oraz na z pozoru normalnego człowieka. Trwało to zaledwie kilka sekund, nim gad nagle ruszył wprost na Aramisa. Stwór ruszył na niego szarżą, lecz mężczyźnie udało się na czas odskoczyć. Oczywiste było, że niebieski mutant zaraz zawroci i ponowi próbę. Wtedy Aramis miał czas sięgnąć po broń, jednakże stwór wcale się nie zatrzymał na widok wymierzonego w niego pistoletu. Był już zbyt blisko, by zdołał zatrzymać się przed leżącym człowiekiem lub odwrócić się do niego plecami i zawrócić. Noctis z rykiem przybił mężczyznę do ziemi i pierwsze co próbował zrobić to odwrócić lufę pistoletu w inną stronę. Stwór nie był głupi i najwyraźniej wiedział jak działa ta broń, mimo że podjął tak wielkie ryzyko i zaatakował uzbrojonego przeciwnika. Mutant położył dłoń na prawym policzku Aramisa i przygniótł jego twarz do ziemi, natomiast drugą ręką próbował wyrwać mu z ręki pistolet lub chociaż sprawić, by ten nie miał go na celowniku. Mężczyzna czuł jak przerośnięte haczykowate pazury bestii przecinają jego skórę na rękach oraz na twarzy, choć tam akurat w mniejszym stopniu. Jeśli stawiał opór i się szamotał (nawet w odruchu fizycznego bólu), gad ugryzł go w uniesione przedramię, które miało na celu odwrócić uwagę stwora od odsłoniętej szyi mężczyzny, zatapiając w nim sześć ostrych kłów. Gdyby Aramis w ogóle nie wyciągnął broni, Noctis wcale by go nie zaatakował, a jedynie powalił na ziemię i uciekł. Ugryzienie - jeśli w ogóle nastąpiło - było krótkie, niedokładnie wymierzone, ale na pewno bolesne. Nagle uwagę stwora odwrócił lodowy smok. Noctis zamarł w bezruchu, patrząc na bestię i zaprzestając ataku. Aramis wciąż znajdował się pod nim, z twarzą dobitą do ziemi. Uszy Noctisa przyległy do głowy, jednak gad nie atakował ani nie uciekał. Eldunar miał schowane pazury oraz kły i Noctis to dostrzegł. Mimo wszystko bał się go - to oczywiste. Kto by się nie bał lodowego smoka, który nie miał prawa istnieć w prawdziwym świecie? Nie powinno go tu być. To się nie mogło dziać naprawdę.
Eldunar powoli się do nich zbliżał, wzrok mutanta na krótko skierował się w przeciwną stronę, a potem znowu skupił się na białych ślepiach olbrzyma. Aramis czuł, jak ciężar i uścisk mutanta się zmniejsza, a to oznaczało tylko jedno - niebieski zaraz zerwie się do ucieczki. Teraz pozwalał Eldunarowi zbliżyć się do niego, choć kwestią czasu pozostawało to, aż ucieknie. Noctis nie trzymał Aramisa jako zakładnika. Po prostu o nim zapomniał, przestał zwracać na niego uwagę, skupiając się w całości na postaci bestii. Aramis był dla niego teraz jak zwykła cześć podłoża, na którym opierał swe łapy. Niczym więcej, aczkolwiek wystarczył jeden wyraźniejszy ruch z jego strony, by Noctis spłoszył się dokładnie w ten sam sposób jak wtedy, gdy był w klatce. Trzeba było działać ostrożnie, inaczej stwór ucieknie albo co gorsza - znów zaatakuje.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Nie Sie 05, 2018 6:58 pm

Aramis Zane|Scalebound|Eldunar

Nie wystraszył się! Aramis ledwo powstrzymał się przed instynktownym pociągnięciem za spust, co mogłoby się dla tej istoty bardzo źle skończyć. Nawyki jednak pozostawały, choć teraz górę wzięła samokontrola. Szkoda tylko, że pomysłodawca całej tej "operacji" stał teraz spokojnie obok, kiedy to człowiek musiał szarpać się z przerośniętym, niebieskim czymś pokrytym futrem, co nie przypominało mu żadnego konkretnego zwierzęcia. Bardziej mieszankę kilku. Dopadł go szybciej, niż przypuszczał. Był znacznie silniejszy, niż początkowo zakładał. Jak na chudego, mało groźnego stwora, wpierw odsunął rękę mężczyzny na bok, a potem wbił jego głowę w ziemię. W głowie zahuczało mu przy zderzeniu z ziemią, chciał odgarnąć się drugą ręką, ale wtedy poczuł kły stworzenia na swej ręce. Wrzasnął z bólu i prawdziwie się wściekł. Nie po to leciał tu z drugiego końca świata, by pogryzło go teraz jakieś zwierze. A Eldunarowi nigdzie się nie śpieszyło. On tymczasem poczuł krew. Krew na swym lewym przedramieniu, krew od zadrapań na twarzy i prawej ręce. Oby nie był niczym zarażony, ostatnie czego potrzebuje, to tłumaczyć się w szpitalu, co zadało mu takie obrażenia. Wtedy też niebieski mu odpuścił. Nie z dobroci serca, ot co to - to nie. Eldunar zbliżył się do nich, stanął mu nad głową. Kątem oka widział lodowy pazur smoka. Szykował się do ucieczki! Niech mu się nie śni.
Aramis szarpnął lewą ręką, którą stwór puścił. Dłoń i całe przedramię - aż po łokieć - błyskawicznie zmieniły strukturę, tkanka pociemniała i pogrubiła się, momentami wręcz rozerwała - na linii ścięgien tworząc lodowe wzory, będące samą tkanką ciała. Odgłos nie był przyjemny, uczucie było równie niemiłe - bolesne. Ale zrobił to co chciał, złapał stwora za pysk. W tym momencie zapadła dla Noctisa ciemność. Poprzednia uczuciem lodu na policzku, potem już tylko ciemność. Eldunar dosłownie odłączył mu odpowiednie receptory, wymuszając na jego organizmie wyłączenie się. Przynajmniej na ładne dwie godziny. Wystarczająco, by oni zdążyli ogarnąć okolicę z dowodów zbrodni. Pierwszym więc, co należało uczynić, było zdjęcie cielska stwora z Aramisa. W tym pomógł Eldunar, który podniósł niebieskiego jedną ręką, a następnie oparł go o koło znajdującego się obok samochodu. Zwiadowca podniósł się zaraz, a następnie pokuśtykał w kierunku krzaków, gdzie w pośpiechu rzucił swój plecak. Chwycił go i przytaszczył z powrotem na miejsce. Lodowy smok już zajął się czym innym. Wykopał ponad sześciometrowe doły, a następnie zaczął wrzucać tam ciała zabitych. Cóż, jednego po prostu wrzucił. Aramis klęknął z plecakiem i zaczął wygrzebywać z niego materiały, wodę, apteczkę, prowiant. Wpierw woda. Chwycił za butelkę, a następnie odkręcił ją i wylał część zawartości na pogryzione przedramię, następnie drugą część podzielił pomiędzy drugą rękę, gdzie były ślady pazurów - po czym uniósł twarz w stronę nieba i wylał wodę na siebie, przemywając policzek. Nie było czasu na zabawy. Powoli zaczynało się ściemniać, więc Eldunar zakopał dowody zbrodni, a następnie ruszył w las. Narwał drzew i kijów, przytaszczył je do prowizorycznego obozu. Ustawił pół metra przed niebieskim, otoczył wszystko kamieniami, a Aramis już rzucił mu rozpałkę. Potrzebowali ogniska, momentu na odpoczynek. Nic im tutaj nie grozi, po prostu przeczekają, aż ten dureń się obudzi. Zanim się obejrzeli, ognisko już płonęło. Stosunkowo niewielkie, lecz wystarczy. Smok podszedł jeszcze do plecaka, wyciągnął z niego butelkę wody oraz suszone mięso, po czym przeszedł kawałek i odstawił je przy ogłuszonym stworzeniu, dokładniej tuż przed nim. To będzie pierwsze co zobaczy, gdy się obudzi. Aramis przemieścił się do ogniska, siadając naprzeciwko stwora, nieco pod kątem. Smok usiadł w siadzie skrzyżnym po jego lewej stronie, wbił wzrok w ogień i zaczął kontemplować. Lód i ogień niespecjalnie za sobą przepadały, jednak w wypadku tego stworzenia, trochę ciepła nie da rady naruszyć struktury wytworzonego ciała. Tymczasowego. Ognisko, ściemnia się. Prawie zgodnie z planem. Tylko miał nie być ranny. Zwiadowca ustawił plecak pomiędzy sobą, a smokiem. Ściągnął z siebie koszulkę i ułożył ją na plecaku, rozłożoną, skierowaną w stronę ognia. Przyśpieszy to wyschnięcie, a on w tym czasie zobaczy, czy gdzieś jeszcze nie został podrapany. Po dwóch godzinach, Noctis obudzi się, mając przed sobą trochę suchego mięsa, odpowiednio zapakowanego - do tego wodę w butelce, ognisko - oraz mężczyznę siedzącego na przeciwko, a obok niego lodowego smoka. Wszystko w najnormalniejszym porządku. Lodowa ściana oczywiście zniknęła, Aramis nie chciałby zostać zauważony przez turystów lub tutejsze władze. Pytanie, czy niebieski teraz spanikuje i rzuci się do ucieczki, czy też znowu zaatakuje. W obu wypadkach, Eldunar zamierzał osobiście opanować sytuację.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Wto Sie 07, 2018 9:33 am

Mutant wpatrywał się w ślepia lodowej bestii, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. O ile wcześniej był szybki i nieuchwytny, tak teraz nie wiedział, co ma zrobić, jak się zachować i w jaki sposób uciec, mając przed sobą... Innego potwora. Pod niebieskim stworzeniem leżał pokryty krwią mężczyzna, który odniósł dość poważne obrażenia, ale na pewno nie zagrażające jego życiu... O ile mutant żyjący w lesie go czymś nie zaraził. Noctis był odporny na wiele chorób, ale wciąż mógł być nosicielem. Należało jak najszybciej odkazić i opatrzyć rany. Mutant zadał temu człowiekowi ból, ale myślał, że postępował słusznie. Był przekonany, że chcą go skrzywdzić, zamknąć, zadać mu ból, a na to nie chciał pozwolić, choćby miał ktoś ucierpieć.
 Eldunar znalazł się niebezpiecznie blisko dwójki. Istota położyła uszy, mięśnie napięły się. To był punkt krytyczny. Stwór drgnął i chciał się gwałtownie obrócić i uciec, lecz niespodziewanie ręka Aramisa sięgnęła jego pyska. Noctis pisnął ze strachu i upadł na mężczyznę, nie ruszając się. Wszystko trwało tak szybko, że mutant nie zdołał w żaden sposób się obronić i zaatakować przeciwnika pod sobą. To było ryzykowne działanie, lecz Aramis je podjął.
Cielsko mutanta nie było na tyle ciężkie, by upadek spowodował dodatkowe obrażenia mężczyzny. Samemu stworzeniu nic się nie stało. Na jego futrze nie było śladów krwi. Nie został fizycznie zraniony, ale mimo to był nieprzytomny, uśpiony. Nie stanowił już zagrożenia. Przynajmniej na jakiś czas.
Podczas gdy tamta dwójka zaczęła po sobie sprzątać, Noctis siedział, oparty plecami o koło stojącego za nim samochodu. Czas mijał, jednak przybyszom się nie spieszyło. Kwestią czasu było to, aż niebieski się obudzi. Trwało to blisko dwie godziny, więc mieli wystarczająco dużo czasu, by się na to przygotować. Nie zostawili żadnego śladu po masakrze, jaką miała tu miejsce. Nie ma ciał, nie ma lodowych tworów, nie ma świadków. Nic się tutaj nie wydarzyło.
Stwór mruknął cicho, powoli wybudzając się. Górne wargi gada delikatnie zadrżały, a powieki zacisnęły się. Mięśnie zaczęły na nowo pracować. Organizm odczuwał zewnętrzne bodźce, nasilające się z każdą chwilą. Noctis wyczuł w pobliżu dziwną, nieznaną woń. Inną niż zapach palonego drewna w ognisku, a na pewno ciekawszą dla głodnego zwierzęcia. Noctis otworzył świecące ślepia, co było dobrze widoczne na ciemnej barwie futra. Ujrzał przed sobą zapakowane suszone mięso oraz butelkę wody. Te rzeczy musiały należeć do człowieka, lecz blask ogniska szybko odwrócił jego uwagę i niebieski uniósł pysk wyżej, w kierunku ognia. Mutant wyglądał na przestraszonego, gdy ujrzał dwie siedzące przy ogniu postacie. Pamiętał, co się działo przed chwilą. Przed chwilą, ponieważ Noctis nie odczuł upływu czasu. Ci dwaj nadal tu byli, lecz w milczeniu wpatrywali się w płomienie, jakby nic wielkiego się nie stało i nie przejmowali się obecnością pokrytej sierścią leśnej bestii. Nie mieli również broni. Widok ten zaskoczył Noctisa, ale zdziczały stwór był uparty i wszędzie widział zagrożenie. Noctis oparł dłonie na trawie i drgnął do przodu, myśląc w pierwszej chwili o kolejnej ucieczce, aczkolwiek tego nie zrobił. Obcy przy ognisku nawet nie wstali i niebieski wyglądał na zdziwionego tym zjawiskiem. Spojrzał na samochód za swoimi plecami, a potem na żywność, którą zauważył zaraz po wybudzeniu. Był bardzo niepewny swoich ruchów i zachowywał ostrożność, jednak spróbował sięgnąć po jedzenie i wodę. Butelka wody znalazła się w jego pysku, natomiast mięso chwycił w lewą dłoń. Musiał być bardzo głodny, skoro mimo strachu widocznego gołym okiem, spróbował się nieco zbliżyć i zdobyć jedzenie. Gdy już mu się to udało, mutant cofnął się do tyłu - w to samo miejsce, w którym był przed chwilą, wciąż obserwując uważnie lodowego smoka i jego ludzkiego towarzysza, aby mieć pewność, że wciąż się nie ruszają.
Poruszając się bardzo podobnie do przechadzającego się kangura bądź zająca, Noctis oddalił się trochę od ogniska, jednak wciąż pozostawał widoczny i w miarę daleko od bujnych zarośli. Chciał się znaleźć w mniej oświetlonym miejscu, bez przeszkody w postaci samochodu za swoimi plecami. Przykucnął na trawie, zwrócony bokiem do smoka i mężczyzny. Odłożył butelkę wody na bok i z pomocą pazurów otworzył opakowanie, wewnątrz którego znajdowało się wysuszone mięso. Noctis nie jadał go za często, unikał go, jednak to mięso pachniało trochę inaczej. Zresztą nie musiał zabić żadnego zwierzęcia, by zdobyć nieco bardziej wartościowy posiłek od tego, co zwykle znajdował. W jego obecnym stanie każdy jadalny pokarm był na wagę złota. Chwycił w obie dłonie kawałek mięsa i zaczął go oszczędnie jeść. Dotąd położone uszy lekko uniosły się, więc musiało mu to zasmakować. Noctis jadł mięso w ciszy, jednak wciąż wyczuwał obecność przybyszów, która nie dawała mu spokoju i rodziła w jego głowie wiele pytań.
- Dlaczego... Nie zamknęliście mnie? Czemu wciąż tu jesteście? - odezwał się bardzo cichym głosem, barwą nie pasującym do groźnej bestii, jaką wcześniej poznali. Noctis nie zrozumiał tego, po co tu przybyli, dlaczego zabili tamtych kłusowników, nie zabijając i jego przy okazji. Dla kogoś, kto od lat nie doświadczył niczego dobrego od innej istoty, było to dziwne, niezrozumiałe. Noctis przemówił bardzo niepewnie. On ich rozumiał, ale czy oni zrozumieją jego?
- Kim wy jesteście..? -zapytał bardziej przestraszony. Źrenice lekko się zmniejszyły, gdy po zadanym pytaniu spojrzał prosto na Eldunara. Lodowego smoka, który ujawnił się znikąd. Noctis patrzył na niego jak na przybysza z innego wymiaru. Jakby patrzył na oblicze jakiegoś nieznanego mu boga... i właśnie za niego go uważał. Nie miał odwagi do niego podejść, zaatakować go ani nawet z nim rozmawiać. Odwrócił od nich obu wzrok, zjadając ostatni kawałek suszonego mięsa. Odruchowo skierował pysk ku ziemi, szukając jakiś resztek. Zabawne w jaki sposób obawa i głód walczyły między sobą, uniemożliwiając Noctisowi skupienie się na strachu, który nasilał jego wcześniejsze nieprzewidywalne zachowania. Wystarczył kawałek mięsa, cisza, spokój, by wszystko nabrało zupełnie inny tor. Kiedy Noctis nie wyczuwał strachu bądź agresji u innych, wszystko wyglądało inaczej.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Czw Sie 09, 2018 8:01 pm

Aramis Zane|Scalebound|Eldunar

Aramis zajął się sobą oraz opatrywaniem swoich ran. Czynił to dość powoli i mozolnie, po drodze wspomógł swego kompana, potem obaj przesiedli się do ogniska. Moment przy wybudzeniem się niebieskiego, zwiadowca postanowił wymienić zabrudzony bandaż, który rozwinął dłonią, a następnie zdjął opatrunek. Zapakował je do siatki, po czym schował do plecaka. Wyrzuci je gdy wrócą do cywilizacji. Obudził się, a oni obaj dbali tylko o swoje interesy. Dokładniej, lodowy smok wpatrywał się w ognisko, natomiast Aramis przemywał rany po kłach Noctisa, które znajdowały się na jego lewym przedramieniu. Miejsca z zaznaczonymi śladami jego kłów nadal lekko krwawiły, choć mężczyzna przecierał je gazą nasączoną płynem odkażającym. Czasami ręka lekko mu drgnęła w odruchu na bodziec, jakim był ból albo ukłucie związane z dotykaniem rany. Nie przeszkadzało mu, gdy Noctis poruszył się, zabrał jedzenie, a chwilę później oddalił kawałek od nich. Zgodnie z ustaleniami poczynionymi z Eldunarem - jeśli odejdzie, będzie to tylko i wyłącznie jego decyzja. Nie będą go powstrzymali, nie będą pomagali mu na siłę. Osobną kwestią pozostawała zmiana nastawienia Aramisa do tego stworzenia. W końcu został zaatakowany, zraniony i nie wiadomo - czy jeszcze czymś nie zarażony.
Eldunar powoli przesunął swym ogonem, kreśląc ostrzem na końcu idealny półokrąg za swoimi plecami. Robił to dość niewidomie, odruchowo, z nudów. Czekał, wpatrywał się w ogień. Oczekiwał decyzji od niebieskiego, reakcji, która da im przekonanie w którą stronę będą mogli podążyć. Rozejść się i powrócić do codziennych obowiązków, czy może skupić się na oryginalnym celu tej samostanowionej misji, wydostać stąd niebieskiego i przetransportować go do Alranois? Lodowy smok powoli obrócił łeb w stronę pokrytego niebieskim futrem mutanta. Cóż za bezczelne - na swój sposób - pytanie. Aczkolwiek Eldunar w pełni go rozumiał. Samotna istota żyjąca w dziczy przez tyle lat. Bez oparcia, bez niczyjej pomocy. Bez sojuszników, na których mógłby polegać. Do tego musiał stale się ukrywać, chować przed łowcami czyhającymi na jego życie, myślącymi tylko o tym, by sprzedać go dla zysku. Albo gorzej.
-Obecny tu smok...
Zaczął Aramis, wskazując gestem głowy na lodowego, ponad dwu i pół metrowego gada, jednak nie kierując wzrok ku Noctisowi - dalej zajęty swoimi opatrunkami.
-Dowiedział się o tobie i postanowiliśmy pomóc. Chociażby eliminując tych, którzy chcieli schwytać cię do klatki, a potem sprzedać w niewolę.
Zwiadowca sięgnął po gazy, przykładając je do ran na przedramieniu. Następnie wyciągnął bandaż, trzymając lewą rękę nieruchomo. Prawą złapał bandaż, przesunął go sobie do ust i pomógł zębami rozwinąć końcówkę. Wtedy dopiero przycisnął kciukiem początek taśmy do rany, po czym zaczął dokładnie bandażować przedramię, w ciszy i spokoju owijając je kilkukrotnie dookoła ran na kończynie. Przez ten czas nic nie mówił, nie wypowiedział nawet jednego słowa. Pamiętał, że jeszcze nie zdążyli się przedstawić. Wpierw musiał dokończyć bandażowanie. Gdy po raz ostatni owinął rękę, chwycił róg końcówki bandaża w zęby, z drugiej strony natomiast łapiąc palcami. Szybkim ruchem rozerwał końcówkę na dwie części, owijając następnie jedną dookoła ręki, przeciwnie do wcześniejszego ruchu. Związał oba rozdarte pasy w jedną całość, niczym sznurówki od butów. Dopiero teraz podniósł wzrok na niebieskiego, który nadal siedział w oddaleniu od nich, spoglądając ku nim niepewnie, może wręcz podejrzliwie.
-Ja jestem żołnierzem rezerwy Federacji Alranois. Lodowy smok to powłoka będąca magicznym wytworem istoty - smoka, który zmieszał sobie w moim ciele przy mych narodzinach. Nie mamy możliwości jednoczesnego stąpania po świecie, więc on wykorzystał swą moc, by zmaterializować się w tej formie i... "pomóc" z kwestią przewagi liczebnej kłusowników.
Aramis chwycił swoją koszulkę i rzucił ją sobie na kolana, by następnie sięgnął do plecaka. Pogrzebał w nim i wyciągnął kolejny zapakowany kawałek suszonego mięsa, które zabrał ze sobą na drogę. Spore zapasy, bardziej myślał tutaj o sobie samym. Wykorzystanie magii skutecznie by go zmęczyło, organizm wymagałby uzupełnienia braków. Ale w tym wypadku... zrobi wyjątek. Rzucił zapakowane jedzenie nad ogniskiem, a to wylądował po lewej stronie Eldunara, tuż przy jego boku. Smok zerknął kątem oka wpierw na pakunek, a potem na Aramisa, jakby nagle wyrwano go z transu, a on sam musiał się upewnić, czy człowiek był niespełna rozumu - chcąc karmić lodowy posąg mięsem. Ale nie, przecież to nie o niego chodziło.
-Mam tego zapas, nie musisz grzebać w ziemi.
Musisz natomiast podejść do ponad dwu i pół metrowego, żywego lodowego posągu, a następnie wziąć sobie "podarunek". Oto cena, jaką niebieski będzie musiał zapłacić za zaspokojenie głodu w miarę normalnym posiłkiem. Będzie zmuszony zaufać im oraz najlepiej dosiąść się do ogniska. Oczywiście prawie nie istniała szansa, by ten stwór tak to zrozumiał. Aramis na jego miejscu w życiu nie zbliżyłby się do Eldunara. Zwłaszcza nie po tym, co widział. Z jakąś łatwością i bez oporów, stwór zabił tych ludzi. Tak po prostu, jakby ich życia nic nie znaczyły. Jakby sam fakt odebrania życia nic nie znaczył. Ale co mógł znaczyć, skoro nie był to pierwszy, ani ostatni raz - kiedy smok się do tego posuwał? Nie byli pierwsi, nie znajdowali się nawet w pierwszej setce jego ofiar. Tylko jak na razie, smok siedział w bezruchu, czasami tylko zerkając - to na Aramisa, to na Noctisa, wyrwany ze swojej kontemplacji.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Wto Sie 14, 2018 7:48 am

Noctis dopiero teraz dostrzegł obrażenia, jakie sam zadał mężczyźnie siedzącemu przy ognisku. Najbardziej ucierpiało jego lewe przedramię, jednak rany powstały również na głowie, tuż nad czołem i było one wynikiem kontaktu skóry z pazurami niebieskiego. Mutant odruchowo przestał spoglądać na człowieka, chcąc uniknąć kontaktu wzrokowego, pokazać uległość, wstyd. Tylko ile to było teraz warte? Noctis go zaatakował. Gdyby nie przedramię, które ochroniło szyję mężczyzny, Noctis mógł sięgnąć kłami jego krtani, a wtedy kto wie, w którą stronę wszystko by się potoczyło. Kiedy emocje opadły, mutant czuł wstyd. Ogromny wstyd i żal za to, co zrobił. Wcześniej praktycznie nigdy nie atakował. Nie na poważnie, z użyciem kłów... Zachował się jak bezmyślne zwierzę, które pragnęło zatopić kły w pozornie słabszej od siebie istocie. Czy właśnie nie tak postępują drapieżniki? Niebieski schylił nisko łeb, odwracając pysk lekko na bok, a srebrne ślepia uniósł dopiero wtedy, kiedy Aramis się odezwał, lecz łeb pozostał nieruchomy.
Analizował dokładnie każde słowo po słowie. Może i wyglądał jak zwierzę, aczkolwiek doskonale rozumiał, co do niego mówią. Przynajmniej teraz, gdy nie był pod wpływem tak silnego stresu jak wcześniej. Potwierdziło się to, że zaatakował kogoś, kto chciał mu tylko pomóc. Ani Aramis, ani ten lodowy smok nie należeli do łowców, którym zależało na schwytaniu go. Gdyby tak było, Noctis nie dostałby szansy na powrót do lasu. Lasu, który był na wyciągnięcie ręki i do którego w każdej chwili mógł wrócić. Tylko czy właśnie tego chciał? Wrócić tam i nadal obawiać się o własne bezpieczeństwo, żyjąc w bezustannym strachu i przekonaniu, że wszędzie czai się niebezpieczeństwo? Teraz siedział w pobliżu kogoś, kto pozwolił mu przemówić. Kto go nie odpędzał, nie krzyczał, nie strzelał. Noctis czuł jak z każdą sekundą mięknie mu serce, kiedy Aramis do niego przemawiał jak do drugiego, zwyczajnego człowieka. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo mu tego brakowało.
Usłyszawszy o Federacji Alranois, Noctis podniósł swój pysk. Pierwszy raz słyszał o czymś takim, lecz nie przerywał, słuchając dalej. To, o czym mężczyzna mówił brzmiało jak fikcja. Smok w ciele człowieka? Brzmiało nieprawdopodobnie i pewnie Noctis nie uwierzyłby jego słowom, gdyby nie dowód w postaci lodowego stworzenia, siedzącego tuż obok Aramisa. Niebieski skinął łbem na znak, że rozumie, ale nie ośmielił się zadawać jakichkolwiek bardziej wnikliwych pytań.
Mutant nastawił lekko uszy, widząc, jak Aramis wkłada dłoń do swojego plecaka i zaczyna w nim grzebać. Stwór wyglądał bardziej na zainteresowanego niż podejrzliwego, a widząc, że mężczyzna wyciąga kolejną porcję jedzenia z plecaka jak z magicznego kapelusza, źrenice Noctisa nieznacznie się rozszerzyły, wpatrzone w zapakowane mięso. Czy to naprawdę się działo?
Entuzjazm stworzenia szybko opadł, kiedy suszone mięso wylądowało przy Eldunarze. Noctis nie zrozumiał, co to miało znaczyć. Miała to być porcja dla lodowej istoty? Jednak smok jej nie ruszał. Dopiero Aramis rozwiał wszelkie wątpliwości. Porcja należała do Noctisa, ale tym razem on sam musiał po nią podejść. Tylko czemu ona była tak blisko tego olbrzyma...? Za jakie grzechy? A tak, może dlatego, że prawie zagryzł jego ludzkiego przyjaciela i nadal miał jego krew na swoich kłach.
Mutant prychnął i odwrócił się do nich bokiem. Chcieli go zachęcić do podejścia jak jakieś dzikie zwierzę, kusząc go wizją łatwego i smacznego posiłku. Z drugiej strony przecież nikt go do tego nie zmuszał i decyzja czy to faktycznie zrobi należała tylko do niego. Noctis odwrócił łeb do Eldunara. Smok nadal się nie poruszał, a jedyne co wyróżniało go od lodowej rzeźby było to, że obserwował poczynania mniejszej od siebie dwójki. Zląkł się, gdy białe ślepia na moment spoczęły na nim.
Weź się w garść, Noctis. Gdyby mieli cię skrzywdzić to już dawno by to zrobili. Dali ci drugą i prawdopodobnie ostatnią szansę. Jedyne, co może sprawić, że pójdzie coś nie tak nie tak to twoja własna fobia, lęk do wszystkiego, co żyje. Lęk, który jako jedyny może wszystko zniszczyć. Pokaż im, że masz w sobie coś z człowieka. Podejdź.
Noctis zacisnął wargi i odwrócił się przodem, powoli zbliżając się do ogniska. Kroki stawiał ostrożnie, nie robiąc przy tym żadnego hałasu. Gdyby nie to, że był widoczny jak na dłoni, wykrycie jego obecności graniczyłoby z cudem. Nie uważał się za drapieżnika, ale miał do tego odpowiednie predyspozycje. Zwinność, umiejętność zakradania się, powalania na ziemię ofiary oraz szybkiego zabijania jej. Aramis niemal tak skończył. Prawie został upolowany przez zdziczałego mutanta.
Noctis trzymał łeb i podbrzusze, ale nie na tyle, by sięgać ziemi, jak robił to wcześniej. Przesadne okazywanie strachu mogło według niego albo pogłębić stan wewnętrznego strachu i niepokoju, albo sprowokować smoka do działania. Nie odwracał pyska w stronę Aramisa, skupiając się na swoim celu, leżącym obok Eldunara. Pożywienia nie było zbyt wiele. Na pewno nie tak wiele, by Noctis chciał ryzykować za nie własne życie. Pchało go naprzód coś więcej niż głód. Zbliżał się bardzo powoli i był to długi proces, jednak koniec końców znalazł się na tyle blisko smoka, by przy odrobinie wysiłku i gimnastyki sięgnąć ręką opakowanie. Już mógłby je wziąć i wycofać się, aczkolwiek mutant zrobił coś innego. Spojrzał na płomienie obok. Pierw usiadł na ziemi przy ognisku, wciąż niepewnie, sądząc po płasko położonych uszach, a dopiero potem sięgnął po jedzenie. Zamiast oczekiwać tego, że to oni będą starać się o jego zaufanie, Noctis postarał się zyskać ich własne. Usiadł przy nich i teraz cała trójka siedziała przy ognisku, jakby żadnej walki wcześniej nie było. Niebieski odczekał chwilę, nim zaczął szeleścić opakowaniem. Nie rzucił się na jedzenie w pierwszej kolejności, jakby oczekując na nieme pozwolenie. Dopiero potem zaczął się pożywiać. Nie zadawał żadnych pytań, godząc się na to, że teraz nadeszła ich kolej. Teraz oni mogli go przesłuchać, a nie on ich, jak robił to wcześniej. Tak powinno być już na samym początku. Mieli pewność, że Noctis sobie od tak nie pójdzie, kiedy skończy posiłek. Jedzenie było nagrodą nie za samo zbliżenie się do smoka, a za rozmowę, która teraz będzie się toczyć między mutantem, człowiekiem i lodową istotą. Swoją drogą bardzo nietypowe towarzystwo. Dobrali się.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Pią Sie 24, 2018 8:51 pm

Aramis Zane|Scalebound|Eldunar

Mężczyzna wyciągnął ramiona przed siebie, przybliżając dłonie do ogniska. Zupełnie, jakby było mu zimno lub przynajmniej chłodno. Zapewne musiałby więc zacząć od ponownego nałożenia na siebie mokrego i brudnego od ziemi t-shirtu. Na szczęście - dla niego - nie to było powodem. Bardziej prosty odruch lub chęć poczucia ciepła ogniska. Ze względu na swoje zdolności, a raczej "pożyczone" - wykazywał większą tolerancję na zimno. Niebieski dosiadł się do nich, raczej bijąc się z własną mentalnością oraz strachem przed Eldunarem. Wygrał szaleniec, więc może była dla niego nadzieja. W końcu, jak Aramis wcześniej pomyślał, sam nie miałby odwagi na taki ruch. Lodowy smok oczywiście uraczył go odpowiednim spojrzeniem, będącym jednocześnie komentarzem do tychże myśli. Aramis poczuł na sobie wzrok smoka, więc odwzajemnił mu spojrzenie.
/Powinieneś go przeprosić.../
Usłyszał Noctis... w swojej głowie. Głos niski, należący do dorosłej, doświadczonej przez życie istoty. Niemalże brzmiący mitycznie, jak z jakiejś fantastyki. Lodowy smok spoglądał na niego neutralnie, przy tym jednak, jakby łagodnie. Jak na lodowy posąg, twór mógł wykazywać zaskakująco dużo emocji. Aramis nie patrzył ani na jednego, ani na drugiego stwora. Wpierw skupił się na ognisku, a potem zaczął szperać w plecaku. Bluzkę zdjął z niego i rzucił sobie na kolana, szukając jakiegoś przedmiotu. Nie słyszał tych słów, co było bardzo dobrym rozwiązaniem. Inaczej pewnie spróbowałby wepchnąć łeb smoka w ognisko.
/Nie czuje się przy tobie pewnie, podświadomie uważając, że ponownie go zaatakujesz./
Eldunar wyłączył tryb nauczyciela i przestał się odzywać. Nim więcej będzie mówił, tym większa szansa, ze niebieski zacznie mu się przesadnie i jasno przyglądać, co sprawi, że Aramis po prostu domyśli się, iż rozmawiają. A jako, że tu był i Eldunar korzystał z jego własnego ciała, to niekoniecznie podobałoby mu się ukrywanie konwersacji. Mężczyzna znalazł to, czego szukał. Oryginalna, szwajcarska czekolada mleczna, zapakowana w lekko pozłacane, aluminiowe opakowanie. Dokładnie taki smakołyk znalazł się w jego dłoni, gdy podniósł rękę, wyciągając ją z plecaka. Tabliczka nie była duża, ledwo dwa paski po trzy kostki. Mężczyzna przełamał smakołyk na pół, jedną część odkładając na koszulce, a drugą rzucając w Noctisa. Jak złapie, to złapie - jak nie, to odbije się od jego klatki piersiowej i upadnie mu przy nogach. Zwiadowca nie dbał o szczegóły.
-Powinno tobie zasmakować. Mam tylko jedną, a skoro żyjemy to można to uznać za okazję do świętowania.
Skwitował krótko, zerkając kątem oka na niebieskiego. Odgryzł kostkę czekolady, odłożył pozostałe dwie na plecak i złapał za koszulkę. Podniósł ją, chwytając materiał wcześniej oburącz, następnie strzepnął i zaczął zakładać. Operację rozpoczął od spokojnego przełożenia lewej - rannej ręki - przez dziurę rękawa. Była to stanowcza, aczkolwiek ostrożna i powolna operacja mająca na celu nie powodować więcej bólu i nie naruszyć bandaża, który tak długo i starannie nakładał. Gdy ręka znalazła się po drugiej stronie, mężczyzna przełożył drugą w jej miejscu, a następnie wciągnął na siebie koszulkę przez głowę. Poprawił ją na szybko i rozejrzał się po okolicy. Noce nie należały tu do najcieplejszych, a jemu nie zależało na wyziębieniu się. O ile byłoby to możliwe. Z drugiej strony, po co ryzykować? Cały czas jego postawa sugerowała, że nie boi się niebieskiego stworzenia. Być może nie czuł przed nim strachu i urazy, o której wspomniał smok - a być może to właśnie obecność lodowego trzymała jego nerwy na wodzy. Po co przejmować się zagrożeniem, wiedząc, że ma się ponad dwumetrowego, lodowego "smoka stróża".
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Pon Sie 27, 2018 8:58 am

W przeciwieństwie do Aramisa, Noctis trzymał ręce blisko siebie, podobnie jak ogon, który pozostawał owinięty wokół łap. Wciąż nie czuł się do końca komfortowo, lecz nic nie wskazywało na to, że zaraz spanikuje i pomyśli o ucieczce, bądź ugryzie i podrapie wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego pyska oraz pazurów.
Był małomówny, bardzo małomówny. Już wcześniej zdawało się, że mowa sprawiała mu problemy, aczkolwiek wynikało to bardziej z faktu, że do tej pory nie rozmawiał z innymi. Co najwyżej sam ze sobą, ale to nie pomagało w nawiązywaniu z kimś słownej komunikacji. Łatwiej było mu skinąć łbem, syknąć, niż stworzyć rozbudowane zdania. Musiał się jednak przełamać i zmienić się, jeśli chciał, by ta rozmowa miała jakikolwiek większy sens.
Nagle dotarł do niego czyiś głos. Niebieski zląkł się i od razu usiłował namierzyć źródło, skąd go usłyszał, jednakże nie ruszając przy tym łbem, jak gdyby w cichym przekonaniu, że zaczyna wariować i słyszeć głosy. Telepatia uniemożliwiała mu ustalenie kierunku, który pomógłby mu od razu ustalić właściciela głosu, jednak gad zaraz dopasował głos do lodowego smoka. Jego brzmienie, barwa, brzmiała tak mityczne, że od razu powinna przywodzić na myśl doświadczonego przez tysiąclecia smoka z baśni, filmu... Ale Noctis domyślił się tego bardziej po tym, że lodowa istota na niego spoglądała.
Mutantowi jednak ze stresu delikatnie zjeżyła się sierść na karku. Nie spodobało mu się to, że jakiś głos znalazł się bezpośrednio w jego głowie. To nie było normalne (tak samo jak nie było normalne to, że siedział z tym smokiem przy ognisku). Tyle dobrego, że Noctis miał już na tyle oleju w głowie, że wolał pozostać w miejscu, aby nie zwracać na siebie uwagi i nikomu się nie narazić. To pozwoliło mu w ogóle skupić się na samej treści zdania, jakie usłyszał. Mutant szybko się zrelaksował, uspokoił i ślepia zwróciły się w stronę Aramisa, o którym była mowa. Niebieskiemu było go żal, co było widać po współczującym i przykrym wyrazie pyska, lecz jeśli człowiek na niego spojrzał, odwracał szybko wzrok. Mężczyzna naprawdę się go obawiał nawet teraz? Mutant mimo posiadania zwierzęcych zmysłów nie wyczuwał od niego strachu, który by to zdradził. Zwiadowca zachowywał spokój i profesjonalizm, które były niezbędne przy kontakcie z "dzikim zwierzęciem". Gdyby Noctisowi znów odbiło, to strach, który by wyczuwał od Aramisa ponownie uczyniłby go celem ataku. Mutant jednak widział, że mężczyzna był ranny, a słowa smoka dały mu dużo do myślenia. Nie spróbował odpowiedzieć Eldunarowi choćby szeptem. Domyślał się, że była to informacja, o której zwiadowca nie mógł się dowiedzieć, więc jedynie skinął dyskretnie łbem, ledwo zauważalnie, kiedy mężczyzna był zajęty przeszukiwaniem zawartości plecaka.
Noctis już nie wpatrywał się jak głodne zwierzę i nie liczył na kolejną przekąskę tak samo jak wcześniej. Skupiony był na tym, aby porozmawiać z Aramisem i to na nim skupił swe spojrzenie, zamiast na czekoladzie, choć czekoladą był szczerze zdziwiony. O ile rozumiał, że suszone mięso miało choćby w najmniejszym stopniu zaspokoić jego głód i pomóc mu przetrwać, tak czekolada była jak smakołyk. Smakołyk za co?
Mutant był tak skupiony na mężczyźnie, że nawet nie zdążył złapać lecącej na niego czekolady i jedynie pochylił pysk, jakby ta czekolada miała wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę. Wyglądało to dość zabawnie, kiedy tak groźny stwór zrobił się nagle taki niezdarny. Czekolada, która normalnie odbiłaby się od jego klatki piersiowej, drasnęła nieszkodliwie jego pysk i upadła mu przy nogach, bez jakiegokolwiek hałasu. Noctis zamrugał i wziął ją do rąk, zaraz unosząc pysk i patrząc na zwiadowcę.
- Ja... Ja nie mogę tego przyjąć. Nie zasłużyłem po tym, co ci zrobiłem. Nie nagradzaj mnie za złe uczynki. - powiedział tak, jakby w dłoniach trzymał coś więcej niż zwykłą czekoladę i sądząc po tonie jego głosu - mówił poważnie.
- P-przepraszam za to... Nie wiem, co mnie wtedy opętało. Nic mi przecież nie zrobiłeś. Chcieliście mi tylko pomóc, a ja zachowałem się dokładnie jak bestia, za którą uważają mnie inni. - pochylił łeb, a w jego głosie słychać było gniew na samego siebie. Mutant westchnął i po chwili ciszy kontynuował. -...  Odkąd żyję sam, straciłem wiarę w innych, żyjąc w przekonaniu, że jakoś sobie poradzę na własną rękę. Że wszyscy są źli i chcą mnie skrzywdzić tylko dlatego, że jestem inny. Do tej pory uznawałem się za tego dobrego... A jednak zaatakowałem cię, myśląc, że jesteś bezbronny. Byłem gotów skrzywdzić bezbronnego człowieka... Tak postępują tylko zwierzęta... Prawda?  ...Jeżeli moje przeprosiny są coś warte to przepraszam... - przeprosił ponownie, chyląc nisko łeb, jednak wciąż patrząc na mężczyznę. Mutant spojrzał na zranioną rękę zwiadowcy, która mimo tego, że była zabandażowana, nie wyglądała najlepiej. Noctis sam wiedział jak długie ma kły i jak głęboko potrafi ugryźć. Nie pamiętał jak mocno zacisnął szczęki, lecz widok krwi przesiąkającej przez bandaż nie wróżył niczego dobrego. Oby wyglądało to tylko gorzej niż jest naprawdę, bo wizja szwów lub infekcji przerażała Noctisa.
- Naprawdę powinien obejrzeć to jakiś specjalista. Nie ma czasu na świętowanie... - wyszeptał szczerze zmartwionym tonem.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Nie Wrz 23, 2018 11:44 am

Aramis Zane|Scalebound|Eldunar

Aramis ledwo zdążył ubrać się w bluzkę, którą wcześniej zdjął na potrzeby opatrzenia ran - a ich nowy znajomy już wtrącił się słownie z... dość dziwną sugestią. Żeby nie powiedzieć - niezrozumiałą dla mężczyzny. Stąd w pierwszym ruchu zlustrował sylwetkę stworzenia, uważnie obserwując jego reakcję. Eldunar również obserwował, choć w jego wypadku było to dość... naturalne, normalne. W przeciwieństwie do człowieka, smok był w stanie natychmiast zrozumieć emocje niebieskiej istoty. Aramis przerzucił wzrok na smoka, spoglądając na wyraz jego pyska i upewniając się, że naprawdę usłyszał, co usłyszał. Ale słuch go nie mylił. Ten osobnik uważał się za zwierzę.
Lodowy smok zerknął na swego ludzkiego hosta, podsuwając się delikatnie bliżej ogniska. Ogon stworzenia przesunął się po ziemi, zataczając krąg dookoła jego sylwetki, od lewej strony, zatrzymując się owinięty dookoła od prawej. Zane nadal słuchał i próbował nie poddawać w wątpliwość zasłyszanych słów. Nie uznać, że to wszystko zasługa siedzącego obok smoka, a nie indywidualna decyzja niebieskiego stworzenia. W końcu jednak temat go zaciekawił. Przynajmniej do momentu, aż stwór nie wspomniał o jego ranach - te, jak na złość, zaczęły boleć. Zupełnie, jakby właśnie zostały wywołane do odpowiedzi. Umieraj z bólu, człowieku. Wzrok mężczyzny podążył na chwilę na lewę, ranne przedramię, którego dłoń zacisnęła się w pięść. Po tym, wrócił spojrzeniem do niebieskiego.
-Nie byłem bezbronny. Po prostu nie pociągnąłem za spust.
Skomentował krótko, mając inną perspektywę na całe zdarzenie. Aramis od początku nie chciał go krzywdzić, tym bardziej nie chciał go zabić. A czasu miał aż nadto, by pociągnąć za spust i posłać go na tamten świat. Nie wspominając o Eldunarze - smok w tym momencie spojrzał na Aramisa, słysząc jego myśli - który swobodnie sobie chodził, niespecjalnie przejmując się, że jakieś bydle próbuje urwać mu rękę. Bo przecież potrafił odtworzyć własne kończyny, więc pewnie jego też by naprawił, nie ma sensu się przejmować. Ogon lodowego smoka drgnął lekko, a zaostrzona końcówka uniosła się pionowo w górę. Aramis spojrzał na niego wymownie, a potem powrócił uwagą do mutanta.
-Za nic cię nie nagradzam. Czekolada to poczęstunek, nie nagroda. A to...
Podniósł lewe przedramię do góry, by pokazać je mutantowi.
-Nic nowego. Pewnie nawet nie będzie blizn.
Lodowy ogon wystrzelił w powietrze, owijając się na rannej ręce i zaciskając na niej. Aramis wrzasnął z bólu, sięgając prawą dłonią ku drugiej ręce, jednak nie zbliżając jej do niej bezpośrednio. Bez żadnych gwałtownych ruchów i gestów. Zwiadowca doskonale wiedział, że woli tego stworzenia nie będzie w stanie się oprzeć. Chociażby dlatego, że Eldunar stworzył sobie lodową formę, która była zbyt twarda dla prostego "odsunięcia" dłonią. Smok miał już swój pomysł na potencjalne zakażenia i inne problemy, jakie mogły wynikać z ran na ciele żołnierza. Przede wszystkim z kontaktu tych ran z istotą niekoniecznie dbającą (lub mogącą dbać) o swoją własną higienę. Zaczęło się dość szybko. I równie szybko skończyło. Ciało smoka zaczęło się rozpadać, wpierw powoli, jakby krystalizując. Potem, bez ostrzeżenia, rozpadło się w miliony maleńkich płytek, które pofrunęły w powietrzu, prosto do rannego człowieka - osadzając się na jego ciele i wnikając w nie, w tym przenikając przez materiał ubrań. Aramis początkowo spiął się, drgnął i znieruchomiał. Osad powstający na jego ciele przypominał smocze łuski, które powoli "wnikały" do środka. Nie było to zbyt komfortowe, ale również nie było bolesne. Aramis został pokryty łuskami, które przybrały przezroczystą barwę, wtopiły się w jego ciało i chwilę później zniknęły. Z ranami nie stało się to samo, jak można by się spodziewać. Smok po prostu oddał człowiekowi energię i nieco go podleczył, przy okazji wzmacniając układ immunologiczny. Aramis potrząsnął głową i spojrzał na niebieskiego, opuszczając rękę.
-Będę żył. Przeprosiny przyjęte. Ale następnym razem tobie również się oberwie.
Mężczyzna oparł obie dłonie na kolanach, kierując spojrzenie prosto w oczy stworzenia. Zmienił nieco swój ton, stał się pewniejszy, choć nie był ostry. Być może smok się pomylił i człowiek wcale się nie bał ani nie odczuwał stresu.
-Jak cię nazywać?
Rzucił w końcu pytaniem. Nie przedstawili się sobie z imion. A po tylu uwagach od lodowego, nie chciał nazywać tej istoty "stworem" albo "niebieskim". Za bardzo określało to rzecz, za mało istotę.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Nie Paź 07, 2018 7:38 am

Mutant schylił pokornie pysk, kiedy człowiek wspomniał o broni. Noctis dobrze widział wymierzoną do niego lufę pistoletu, lecz był wtedy w szalonym przekonaniu, że lepiej było zginąć w walce, niż być zapędzonym do kąta, gdzie czekałoby go dokładnie to samo. Tak naprawdę nie przyjmował innej wizji niż ta, że zginie. Nadzieja wygasła w momencie, gdy cała trójka została zamknięta w lodowej barierze. Niczym gladiatorzy, którzy mieli stoczyć ze sobą walkę na arenie. Teraz można było nazwać zachowanie niebieskiego czystą głupotą, ponieważ wcale nie zginąłby jako wojownik, lecz jako szaleniec, który nie dał sobie pomóc. Był o włos od otrzymania kulki w łeb i jedynie to, że Aramis zachował zimną krew, dało mu drugą szansę.
Przyjmując wyjaśnienie, że czekolada, którą otrzymał jest zwykłym poczęstunkiem, dokładnie takim samym jak wcześniejsze mięso, stwór powoli zbliżył ją do pyska, jednak nagle upuścił ją na ziemię, gdy ogon Eldunara gwałtownie owinął się wokół rannej ręki nieznajomego. Mutant uderzył dłońmi o ziemię, stając na czterech łapach, strzosząc sierść na karku i unosząc ogon wygięty w kształcie litery "s". Zaczął syczeć i ryczeć na lodowego gada, co przypominało szczekanie. Noctis odebrał ruch Eldunara jako atak na Aramisa i nagle z przestraszonej i nieufnej istoty, niebieski zmienił się w psa obronnego. Ironio, nagle zaczął bronić kogoś, kogo jeszcze nie tak dawno sam by zaatakował na sam widok. Mutant, omijając ognisko, zrobił krok do przodu, jednak sierść na karku szybko opadła, gdy istota nie wyczuła u mężczyzny strachu ani niczego, co mogło wskazywać na to, że dzieje się coś złego. Noctis schował kły, nieruchomiejąc i przyglądając się, jak lodowa struktura wnika w ciało Aramisa. Byłoby kłamstwem powiedzieć, że nie wyglądało to niezwykle. Stwór znajdował się na tyle blisko mężczyzny, że gdyby wyciągnął bardziej łeb, mógłby dotknąć nosem ramienia, lecz tego nie zrobił. Człowiek mógł poczuć, jak Noctis wypuszcza ze swoich nozdrzy powietrze, wąchając i upewniając się, że z "zaatakowaną" ręką jest wszystko w porządku. Potem zabrał łeb i powoli wycofał się na swoje miejsce. Usiadł przy ognisku, relaksując się.
- Rozumiem... To się już nie powtórzy. - skinął łbem, w duchu czując ogromną ulgę, że mężczyzna przyjął jego przeprosiny. Wkrótce ich spojrzenia się spotkały. Coraz trudniej było dostrzec w nich strach, nieufność czy wrogość.
Mutant zamrugał, wyraźnie zdziwiony zadanym pytaniem. Niebieski wahał się i wyglądało to tak, jakby zaraz miał na to proste pytanie odpowiedzieć "Nie wiem".
- Ludzie nadali mi imię Noctis. Nie wiem, co ono oznacza, ale wszyscy tak na mnie mówią... Kiedy jeszcze miałem dom, rodzinę, nazwałem się Ace, lecz to imię budzi we mnie wiele złych wspomnień. Myślę, że nie ma co rozpamiętywać przeszłości. Te czasy już nigdy nie wrócą, a rozdrapywanie starych ran w niczym nie pomoże. - powiedział dużo więcej, niż miał zamiar. Choć zdania były dość chaotyczne, Aramis powinien zrozumieć, że stwór chce, by korzystał z pierwszego imienia.
- A ty i ten smok? Jak na was mówią? - zadał podobne pytanie, lecz po chwili dodał - Nie boicie się, że ktoś was skrzywdzi, gdy opuścicie to miejsce? Nie jesteście tacy jak inni. - zwrócił uwagę.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   Nie Paź 28, 2018 12:02 pm

Sesja zostaje anulowana.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wyżyna Junnan-Kuejczou   

Powrót do góry Go down
 
Wyżyna Junnan-Kuejczou
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Chiny-
Skocz do: