Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ulice NYC

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16, 17, 18  Next
AutorWiadomość
Darkhawk



Liczba postów : 148
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Ulice NYC   Pon Sie 27, 2012 4:04 pm

First topic message reminder :

Ulice Wielkiego Jabłka. Można je podzielić na dwa rodzaje: uczęszczane i lepiej-się-tu-nie-zapuszczaj. Te pierwsze są zatłoczone i szare, drugie puste i brudne. Nieważne do którego rodzaju można zaliczyć tę na której się znajdujesz, w obu przypadkach: pilnuj swojego portfela!


Ostatnio zmieniony przez Loki dnia Nie Sie 31, 2014 11:19 am, w całości zmieniany 5 razy (Reason for editing : Pierwotnie znajdował się tu także post fabularny. Został przeniesiony do pierwszego fabularnego posta Darkhawka.)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Mar 03, 2016 4:12 pm

NPC Storyline - Ancalagon


Kolejna uliczka miała zostać spokojnie przebyta przez Franka. Ta była nawet pusta, wolna od marginesu społecznego oraz ludzi którym po prostu w życiu się nie udało. Możliwe, że było to spowodowane wczesną porą lub zwykłym zbiegiem okoliczności, iż akurat w tej chwili, mężczyzna był tutaj całkiem sam.
Jeśli coś niezwykłego miało się wydarzyć, to w tym momencie postanowiło się wydarzyć. Zaczęło się niepozornie. Jedna z lamp zamrugała, jak by zwyczajny spadek mocy. Nie minęło jednak kilka sekund, a lampa po prostu pękła, została rozsadzona od środka. Wyładowanie elektryczne? Można to było raczej wykluczyć, lampy po prostu nie pękają same z siebie. Pojawiło się coś innego. Jakieś pięć metrów przed mężczyzną, w samym środku zaułka, ujawniła się wielka kula energetyczna. Znajdowała się jakiś metr nad ziemią, a sama w sobie wielka była na jakieś trzy metry. Były to fluktuacje energii o czerwonym odcieniu. Ten z kolei zmieniał się, falując od najciemniejszych do najjaśniejszych barw czerwieni. Energia zachowywała się bardzo chaotycznie, wypływając ze skupiska, wracając z powrotem lub załamując się we wnętrzu dziwnej, wielkiej kuli.
Mało? Na tym się nie skończyło. Z dziwnej wyrywy w pewnym momencie ktoś lub raczej coś - wypadło. Z drugiej strony, stąd czerwona energia nieco przykryła owego przybysza. Co dało się początkowo zauważyć? Przede wszystkim, miały łapy - nie stopy - zakończone czterema palcami, które z kolei wieńczyły czarne, długie i ostre pazury. Dało się również zauważyć masywny ogon istoty, pokryty od góry i dołu płytowymi, czarnymi łuskami - a po bokach mniejszymi, równo rozłożonymi czerwonymi łuskami w kształcie "tarczy". Typowa budowa dla gadów.
Zanim udało się dojrzeć całego przybysza, ową czerwoną kulę rozsadziło. Ona sama zniknęła, a przez otoczenie przeszła fala uderzeniowa - powodując tutaj niemałe spustoszenie, niczym po uderzeniu huraganu. Powywracane śmietniki, stare gazety w powietrzu, porozbijane szkło, a w kilku miejscach nawet popękane lub rozbite całkowicie szyby. Frank miał to szczęście by dostać impetem bezpośrednio, jednak dla niego skończyło się jedynie na zostaniu wywróconym na ziemię, raczej bez obrażeń.
Po powstaniu, Murphy mógł w końcu ujrzeć przybysza w pełnej klasie. Nie był to człowiek, o czym wskazało to co na początku dało się ujrzeć. Był to... kosmita? Stwór? Potwór? Zacznijmy od tego, że mierzył jakieś dwa metry i sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. Jeśli to było mało, to należało przyjrzeć się jego budowie. Że był szeroki, to mało powiedziane. Ten gad był masywne, dobrze zbudowany z nieźle ukształtowanymi mięśniami, jednak był po prostu wielki. Nie jakoś super, w swej klasie raczej "pudzianem" tudzież kulturystą by nie był, jednak zmniejszając go do wzrostu człowieka, spokojnie dostałby tytuł rycerza-paladyna-tanka od przyjmowania obrażeń i utrzymywania grupy. Jego ciało pokryte było całkowicie łuskami, dokładnie dwoma typami łusek. Pierwszymi, były standardowe, małe czerwone łuski rozmieszczone dokładnie na całym ciele. Drugimi były łuski o płytowej budowie, rozmieszczone na ramionach - ciągnąć się aż po łokcie, okrywając górną część pyska oraz czaszki, jak również cały grzbiet - aż po sam ogon. Dodatkowo, czarne płytowe łuski znajdowały się na jego brodzie, ciągnąć się przez szyję ku korpusowi, który następnie okrywały całkowicie aż po ogon, do którego końcówki dało się je ujrzeć. Spod czarnych łusek, w miejscu "łączenia" dało się zauważyć dziwne zjawisko, jak by pod nimi znajdował się ogień, lawa bądź inne źródło delikatnego światła. Nadawało to tej bestii bardzo specyficznego wyglądu. Dłonie gada były z kolei zakończone pięcioma palcami z których jeden był kciukiem - jak u człowieka. Należało tutaj wspomnieć, że poruszał się on również jak człowiek - na dwóch nogach w wyprostowanej pozycji, jedynie z lekko zmodyfikowaną budową ciała - jak np. łapy zamiast ludzkich stóp. Do tego dochodziły dwa kolce wyrastające do tyłu z jego łba, kolce okryte błoną - ciągnące się od łba, przez kręgosłup, aż po końcówkę ogona oraz na koniec - gadzie, niebieskie ślepia.
Jak zachował się przybysz? Przede wszystkim, fala uderzeniowa nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Jedyne co musiał zrobić, to postawić prawą łapę z przodu by się nie wywrócić. Po za tym, specjalnie nim nie potrząsnęło. Po przejściu fali, samiec  odwrócił się w stronę kuli energii, która musiała być portalem, a która zniknęła. Odruchowo, stwór wyciągnął ku zjawisku swą prawą rękę, jak by chciał je "złapać" jednak na nic się to nie zdało. Portalu już tutaj nie było. Stanął on tak na kilka sekund, wydając się być zszokowanym faktem, że się tutaj znalazł. Długo to jednak nie trwało, zaraz otrząsnął się i rozejrzał po otoczeniu. Podniósł łeb do góry, spoglądając na spore budynki, a następnie opuścił go i zauważył człowieka - Franka.
-Który to rok i co za miejsce?
Odezwał się, otwierając pysk i wyrażając się poprawnie, zrozumiale po angielsku. W jego głosie dało się wyczuć lekkie zdenerwowanie, może nawet poirytowanie. Przede wszystkim jednak ciekawość. Osobnik stał z prawym profilem wysuniętym do przodu, lekko spięty jak by oczekując na coś co mogłoby się zaraz wydarzyć. Może to ta podróż tak na niego wpłynęła, może przed czymś uciekał lub czegoś albo kogoś oczekiwał. Jego ogon stał w miejscu, opuszczony za jego plecami, raczej nie sugerując nerwów. Lub sugerując skupienie, czujność.
O dziwo również - całe to zamieszanie nikogo nie przywiało. Jak byli tutaj sami, tak są dalej sami.


Ancalagon:
Spoiler:
 

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Mar 03, 2016 6:37 pm

Mieliście kiedyś tak, że w głowie utknęła wam jakaś piosenka i ciągłe słyszeliście jej tekst, albo melodie? Żeby to raz. Po głowie mutanta chodziły już różnego rodzaju utwory, które usłyszeć można w odwiedzanych przez niego lokalach. Czy był to jego ulubiony rodzaj muzyki? Niekoniecznie, jednakże po kilku drinkach można się bawić do wszystkiego. Cenił sobie naturalnie klasykę, hity nieskupione jedynie na narkotykach, pieniądzach i kobietach przedstawianych w złym świetle. W zasadzie, utkwił mu w umyślę pewien bardzo przyjemny kawałek, często świetnie podsumowujący hucznie kończone wieczory i który mógłby z pewnością adekwatnie podsumować dzisiejszy dzień.
Na ulicach było spokojnie, zasługa wczesnej pory dnia. Słynna nowojorska cisza przed atakiem kosmitów? Nie. W tym przypadku rzeczywistość była nudna i szara - po prostu było rano. Na pewno nie wszyscy mieszkańcy są tak gorliwymi i uczciwymi pracownikami, mimo to nawet złodzieje samochodów, dilerzy i alfonsi muszą spać. Smutne życie śmiertelnika. Coś musiało przerwać rutynowy przemarsz w rytm największego hitu brytyjskiej grupy Bee Gees. Jak to już było mówione, nawet jeśli akurat nic się nie dzieje, to wkrótce się wydarzy, albo już się dzieje. Zaczęło się niewinnie, pękające lampy. Murphy już szykowałby solniczkę gdyby akurat nie zapomniał jej wziąć z mieszkania. Celowo, bo zwykle nie zabiera ze sobą solniczki w teren. Co więc zapowiadało to tajemnicze zjawisko? Czyżby po przeciwnej stronie ulicy przechadzał się Electro? Nic z tego. Może Shocker? Też nie. Ograniczony do zwyczajnych zmysłów mutant przystał na chwile oczekując nagłego zwrotu akcji. Jeden z ciemnych zaułków znacznie rozświetliła wielka, czerwona kula, z której tryskało energią. Wyraźniejszy konkret mógł zwiastować znacznie więcej możliwości, niekoniecznie miłych dla samego obserwującego. Pierwszym założeniem byli oczywiście kosmici, drugim nagi cyborg pokryty ludzką tkanką pochodzący z przyszłości. Pełna trójka w końcu wydaliła coś na ten świat, dało się zauważyć na pierwszy rzut oka, że nie jest to nic sympatycznego. Niepewny co wydarzy się dalej, Frank, stał w bez lęku, rozejrzawszy się uprzednio czy aby ktoś jeszcze nie zainteresował się ową anomalią. Był pewny siebie, gotów do przemiany jeśli zajdzie taka konieczność i do walki z tajemniczym nieznajomym. Czuł to w sobie, adrenalina przepływała przez żyły, jak Magellan przez Ocean Atlantycki. Już miał stawić czoła nieznanemu i... zaliczył glebę powalony przez implozje piłki. Tłum klaskał, a w oddali było słychać śmiech z puszki. Pierwsza reakcja, będąca niemal wyuczonym na przestrzeni lat odruchem? Sprawdzić czy szybka w telefonie się nie rozbiła. Te nowe, dotykowe draństwa wprost uwielbiają pękać od małego podmuchu wiatru, co dopiero od wybuchów. Czymkolwiek jest kulkowy podróżnik ma bardzo dużo szczęścia, bowiem komórka nie miała żadnej rysy, co było nie do uwierzenia.
Zbierając się bohatersko z ziemi, ujrzawszy co za bestia jest winna całemu zajściu, z trudem powstrzymywał mięśnie twarzy przed formowaniem zdumionej miny. Widział już dużych gości, widział siebie po przemianie w lustrze, ale to? Drobna przesada. Stał przed nim prawie trzymetrowy jaszczur na sterydach. Prawidłową reakcją byłoby wyjęcie jeszcze raz z kieszeni telefonu i zadzwonienie na policje, oczywiście zaraz po przebiegnięciu tak z trzech kilometrów by znaleźć się w bezpiecznej odległości od stwora. Co natomiast robił mutant? A stał sobie zuchwale, badając wzrokiem przybysza. Niewiele brakowało by wyzwał go na pojedynek na spojrzenia, wiedział jednak, że w chwili obecnej grymas i wyłupione oczy raczej nie dodają mu punktów do groźności. Nie przeceniał swych zdolności, nie zamierzał jednak podejmować ucieczki, w spokoju oczekując rozwoju wydarzeń. Urwanie głowy chyba tak nie boli. Jedno już wiedział. Legendarne, nowojorskie aligatory nie biorą się z kanałów, a z portali. W Daily Bugle zrobiłby furorę z tą nowinką. Potwór wyglądał na rozkojarzonego, rozglądał się wokół nerwowo, kwestią czasu było kiedy dojrzy stojącego jak słup mężczyznę. Dziwne, że zamiast rzucić się nań bestialsko kulturalnie, przystępnie i w rozumianym przezeń języku zadał krótkie, acz treściwe pytanie.
- Dwa tysiące czternasty. Nowy Jork, Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Ziemia - odpowiedział najlepiej jak mógł, zachowując pewność siebie. Póki co jednak darował sobie głupie przytyki w stronę giganta, chcąc bliżej poznać jego zamiary. Ciekawiło go, że pierwszym ruchem jaszczura było rozeznanie się w terenie. Być może sztucznej inteligencji z przyszłości się pomyliło i przysłała nie tego kulturystę co trzeba.
- Potrzebujesz... taksówki? - nowojorczycy znani ze swojej kultury nie mogą przejść obojętnie obok zagubionego w ich rodzinnym, olbrzymim mieście, gościa - Albo ciężarówki?
Zaiste wspaniały to początek urlopu, nie ma jeszcze południa, a tu już życie pozwoliło sobie wyciąć taki numer Frankowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Mar 03, 2016 7:33 pm

NPC Storyline - Ancalagon


Przybysza chyba zatkało. Gapił się na człowieka jak by jeden z nich miał być szaleńcem, a on sam nie wiedział który to. Potrząsnął swym łbem, budząc się z transu i spojrzał ponownie na człowieka stojącego przed nim.
-Pół tysiąca lat przed wydarzeniami które znam?
Zapytał. Nie skierował tego pytania do człowieka, a raczej do siebie. Teraz rzeczywiście na myśl mógł przyjść jeden z tworów kina, gdzie sztuczna inteligencja wysłała roboty do przeszłości, w celu zabijania ludzi.
Jaszczur ruszył w kierunku mężczyzny. Nie jednak bezpośrednio na niego, a obok niego. Szedł w kierunku wyjścia z zaułka, początkowo szybko, dynamicznie. Nierozważnym byłoby jednak wyjście na środek ulicy. Dlatego też gdy zbliżył się do końca "bezpiecznej strefy", zwolnił i po cichu podszedł do ściany, przyklejając się do niej plecami i wyglądając za róg niepostrzeżenie dla innych. Jak na giganta, skradając się, poruszał się niesłyszalnie. Fakt, że nie posiadał butów zapewne dużo mu w tym pomagał, nadal jednak jego masa, pazury na łapach - działało to nieco przeciwko niemu. Można więc było wnioskować, że albo to było dla niego naturalne albo został tak wyszkolony.
-Tak wyglądał... wygląda. Nowy Jork? Niesamowite.
Wymruczał pod nosem sam do siebie, a następnie cofnął się od rogu, odwrócił i podszedł bliżej człowieka. Zmierzył istotę ludzką swym spojrzeniem od butów po sam czubek głowy.
Amerykanie...
Pomyślał i postanowił wykorzystać nowego znajomego. Tak, znajomego. Ancalagon był widmem, gorzej, egzekutorem. Robił co chciał i jak chciał. Do tego wiedział co go w tym świecie czeka, jak nie zrobi pierwszego kroku. Jednak o czym tutaj była mowa, względem Murphy'iego?
-Ciężarówki. Przyprowadź i wskocz na pakę. Przydasz się jako kolacja na później.
Rzucił człowiekowi i uśmiechnął się na pokaz. Jego słowa nie były jednak groźbą, a żartem. Odpowiedzią na słowa człowieka, choć ten mógł to odczuć dość... poważnie. Ot groził mu ponad dwu i pół metrowy jaszczur. A ludzie takowych się raczej bali, nie ufali im.
-Greaser? Frankie? Frankie lepiej, hm? Nie uciekłeś więc będę miał z ciebie pożytek. Na początek Times Square. Albo sam coś zaproponuj. Gdzie nie będą się bali czegoś takiego, jak ja?
Kontynuował, nadal... nie do końca na poważnie. Prawdą jednak było, że siedzenie tutaj to tylko kwestia czasu, zanim jakiś panikarz tu przyjdzie i zacznie panikować. Ludzie tutaj nawet nie wiedzieli czym są widma. W innym wypadku ten osobnik od razu by go rozpoznał. I inaczej z nim rozmawiał. Ale skoro było inaczej... Ancalagon postanowił ujawnić nieco swą ludzką cząstkę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Mar 03, 2016 10:19 pm

Pół tysiąca lat przed coooo... - próba zrozumienia przerośniętej, czerwonej jaszczurki, która chwile temu wyskoczyła z energetycznego ping-ponga mogła być nieco wymagającym zadaniem, nawet dla takiego asa jakim był Frank. Mimo to starał się, ze wszystkich sił próbował pojąć przekaz przybysza. Obaj byli równie tym wszystkim zmieszani. Mężczyzna miał tę przewagę, że przynajmniej był u siebie, wiedział gdzie jest najbliższy posterunek policji i by w razie sytuacji zagrażającej życiu krzyczeć "POŻAR" bo na "POMOCY" niestety nikt w dzisiejszych czasach nie reaguje. Chyba, że miałby faktycznie aż tyle szczęścia by w pobliżu przelatywał akurat Iron-Man, najlepiej w zbroi do zwalczania Hulka. Skąd więc wzięło się to gadzisko? Z przyszłości, przeszłości, alternatywnej linii czasowej gdzie zamiast Parku Jurajskiego jest Park Miejski? Wtedy byłby bardziej przerażony widząc człowieka. Coś tam mruknął do siebie o pięciuset latach, ale Murphy był w kiepskiej pozycji do rozkminiania sensu tychże słów. Wtem bestia ruszyła w jego kierunku. Jeśli mutant przeżyje to spotkanie to najpewniej pozwie scenarzystów filmów o dinozaurach. Nie drgnął ani trochę tak jak radzili bohaterowie tychże, a łuskowaty poczynił akcje miast dalej wypatrywać potencjalnego śniadania. O dziwo jednak potwór nie ruszył odgryzać niczyjej głowy, przykleił się do ściany co wyglądało... na pewno nietypowo. Trzymetrowy jaszczur odprawiający Bourne'a nie może wyglądać poważnie. Może w świecie z którego pochodzi jest szpiegiem miesiąca, tu jednak mamy inne wzorce jeśli chodzi o ten konkretny zawód.
W końcu jednak zbliżył się do nowojorczyka, zachowując na tyle przyzwoitości by nie naruszać jego sfery prywatnej.
- Hah, no nie wiem Prada, ludzie są żylaści - oj, te słowa mogą go dużo kosztować. Nie wiedział wszak czy tamten się tylko droczy, czy przypadkiem faktycznie nie ślini się na myśl o małej przekąsce. Trzeba jednak zachować twarz, póki jeszcze jest tam gdzie jej miejsce.
Nieco zdębiał słysząc jak Ancalagon zwraca się do niego po imieniu, a nawet używa przezwiska, które często było w jego kierunku posyłane.
- Fr... - zgłupiał. Poważnie, chodzący na dwóch łapach, gadający po angielsku krokodyl? Da się zrozumieć. Krokodyl z wiedzą wykraczającą poza wiedze przeciętnych, zamieszkujących Nowy Jork, krokodyli? Nie do przyjęcia - FRANK. - Jaszczur, nie jaszczur, mistyczny, niemistyczny, zasady musi znać. A zasada numer jeden brzmi: żadnych zdrobnień w pobliżu Murphiego. Już nie mówiąc o zdrabnianiu jego imienia kiedy się nawet o nie nie zapytało. SZCZYT - Na zlocie fanów komiksów, w domu strachu. - chociaż tam akurat by się bali - Musisz coś zrozumieć. Jestem specem od miejsc gdzie zwykle jest pełno ludzi. CHWILA, też mam pytania. - Olśniło go i choć cień gada był większy od niego samego nie powstrzymało to ziemiańskiego zuchwalca przed zachowaniem zimnej krwi. Był w końcu nowojorczykiem z wspomnianej krwi i w dodatku kości! Z tych drugich był czasem bardziej mutantem niż nowojorczykiem, ale to już szczegóły. Stał więc tak, wyprostowany, z podniesionym czołem i rozluźnionymi ramionami.
- Poznaliśmy się wcześniej? Zaliczyłem kilka cięższych nocy, niektóre nie do końca pamiętam, ale i tu rodzą się pewne granice.
Nie wystarczą pokłady adrenaliny serwowane do krwiobiegu przez sam fakt bycia w pobliżu monstrualnego jegomościa, trzeba jeszcze napastować mrowisko kijem. Cóż, nie można go winić w stu procentach. Względnie zachowałby większą powagę gdyby nie podobne podejście przybysza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Pią Mar 04, 2016 9:42 pm

NPC Storyline - Ancalagon


Na pysku stwora narysował się delikatny uśmiech. Nawet wargi lekko uniosły się, ukazując wielkie i bardzo ostre kły z którymi mutant na pewno nie chciałby się spotkać. Niemniej jednak nie była to żadna groźba ani ostrzeżenie, a po prostu uśmiech. Ciężko by się nie uśmiechał, bo ma pysk wyładowany mieczami których wszyscy się boją. Dla takich jak on było to... naturalne i normalne.
Fr...? Zdenerwowany? Ancalagon różnił się tym od swych pobratymców, że od matki otrzymał... pewne cechy charakteru które niekoniecznie występują u widm. Lub są po prostu przez nie dławione. A on je ukazywał. Lubił więc komuś dogryźć, zwłaszcza gdy słyszał myśli tej istoty - tak jak miało to miejsce w tym przypadku.
Czerwonołuski cofnął łeb lekko do tyłu, wyginając swą szyję lekko, jednak nie przemieszczając całego ciała. Była to reakcja obronno-rozbawiona na zachowanie człowieka. "FRANK". Ktoś nie lubił zdrobnień? Szkoda ale będzie musiał się przyzwyczaić. Pewna bliska mu osoba notorycznie zdrabniała imię jego oraz wszystkich których znał. Zaraziła go tym.
"Krokodyl" podniósł prawą rękę do góry i wyciągnął pazury do własnego korpusu, przesuwając nimi po łuskach na swej klatce piersiowej oraz zaznaczając tym realizm swego istnienia.
-Prawdziwe. Słaby z tego kostium krokodyla.
Odezwał się, odpowiadając nieco na tą sugestię. Z drugiej strony, znowu coś zdradził. Frank pomyślał o krokodylach, a on o nich wspomniał. Zbieg okoliczności? Ciekawe jak szybko człowiek się domyśli.
Zabawa trwała. Ancalagon nie mógł odmówić sobie nieco przyjemności z podręczenia biedaka. Ale sam się prosił, sam zadawał pytania, chciał doszukać się nieistniejącej prawdy. A on był... był kim był. Mutant dowie się zapewne lada chwila. Czerwonołuski podszedł bliżej, zrobił te kilka kroków, stanął kilkanaście centymetrów od człowieka, a następnie ugiął swe kolana i kucnął. Powinno mu być o tyle wygodniej, że nie będzie musiał zadzierać głowy do góry mu móc mu na pysk spojrzeć. Przynajmniej teraz linia ich wzroku znalazła się na mniej więcej równym poziomie. Czy przeszkadzało mu, że kucał przed człowiekiem? Nie, jak najbardziej nie. Szanował ludzi, a w tej sytuacji... na miejscu Franka, on by się martwił. Biorąc pod uwagę posturę krokodyla. Ale nie ważne.
-Jesteś mutantem, zmieniasz się w górę mięsa. Imię matki - Andrea, imię ojca - James. 25 lat, miałeś mieć miesiąc wolnego, niestety spotkałeś mnie.
Odezwał się, mówiąc wprost, pewnym siebie głosem, wręcz wygarniając co o nim wiedział. Ślepia gada błysnęły lekko na czerwono, jak by przepełniła je jakaś energia. Jakby coś zrobił. Tak na prawdę nie zrobił nic, po prostu był ciekaw czy jakoś człowieka nastraszy.
-Znamy się od pięciu minut. Jestem Ancalagon. Widmo, egzekutor, strażniczy byt który został tutaj wysłany wbrew swej woli. Mój wymiar przestał istnieć, a ja mimo całej swej mocy i potęgi - nic nie mogę na to poradzić. Do tego nie wolno mnie tu być, prawdopodobnie będą chcieli mnie zabić. A ciebie wraz ze mną, bo się mną zainteresowałeś zamiast uciec. Pytania?
Dokończył swą wypowiedź, nieco przyśpieszając tempa by powiedzieć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, nadal jednak w pełni zrozumiale oraz wyraźnie. Na koniec uniósł jeszcze swój ogon do góry i walnął nim w ziemię za sobą, powodując pęknięcie w podłożu, tworząc huk oraz podkreślając, że skończył mówić. Pozostawał w pozycji kucznej z przedramionami wspartymi na kolanach, wpatrując się w swego rozmówcę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Mar 05, 2016 12:41 am

A więc istnieje przynajmniej pozorne podobieństwo między panem ziemianinem, a jaszczurką z kosmosu. Barwne uzębienie, pełne przepięknych siekaczy przeznaczonych, a jakżeby inaczej, do robienia niewyobrażalnej krzywdy tym, którzy zdecydują się stanąć im na drodze. Tyle tylko, że Frank musiał najpierw obudzić w sobie wewnętrzną bestie, a i nawet wtedy nie mógł sobie pozwolić na gryzienie wszystkiego co popadnie. Zwykły śmiertelnik może sobie być przestępcą, zabijać, okradać, napadać i spóźniać się do pracy, ale jeśli okaże się, że ma jakieś nadludzkie moce to najlepiej dla niego zamówić bilet w jedną stronę na Antarktydę i udawać pingwina do końca życia. Niby jesteśmy w kraju bezprawia, ale weź tu znajdź porządnego gangstera mutanta.
Wracając do teraźniejszości, jakie były odczucia Franka co do bieżącej sytuacji? Coś się działo, a to było przecież najważniejsze w życiu mężczyzny. W najgłębszych wyobrażeniach nie przewidziałby podobnego scenariusza na pierwszy dzień urlopu, wszelkie zapewnienia o niesamowitych planach na dzisiejszy wieczór legły w gruzach, rozsypując się beznadziejnie po całym Nowym Jorku. Trochę to przygnębiające, teraz ilekroć będzie dopijał pierwszą szklankę mleka dla dorosłych z pewnością przez jego głowę przejdzie myśl "Ale czy ten wieczór będzie lepszy od spotkania gadającej tapicerki podróżującej magiczną kulą do kręgli?". Chyba, że na samej pogawędce i wymianie poglądów się nie skończy, na co odrobinę liczył. Wątpliwym, by zabrał go do którejś ze swoich ulubionych spelunek, większość z nich nie toleruje nawet mutantów, tyle dobrze, że jeszcze nie mają żadnych detektorów obecności genu X we krwi, inaczej musiałby sobie poszukać innego hobby.
Na każdy, nawet najmniejszy, ruch gada reagował niepewnie, o ile rozmawiało się ciekawie, a sam łuskowaty sprawiał wrażenie dość wyluzowanego, to nie oznaczało to, że należy zawczasu opuszczać garde. Ile to razy ktoś się doń uśmiechnął by moment później rozbić butelkę o ladę baru i próbować go nią ugodzić. Ile to razy śmiał się z głupich docinków na temat jego fryzury czy stroju, by chwile potem posłać delikwenta na glebę jednym, celnym strzałem. Pomimo zmiany gracza zasady pozostają te same. Murphy na pewno nie pchał się na ring z gigantem, nie czułby jednak zdziwienia, gdyby ten uderzył w gong. Czyli w niego.
Czy rozmowę dwóch dżentelmenów dało się uczynić jeszcze dziwniejszą? A jakże! Jaszczur skrócił bardziej dystans, na tym się niestety nie poprzestał. Pochylił się przed człowiekiem, co wyglądało jakby jakiś licealny nicpoń pragnął upokorzyć młodszego, wobec tego znacznie niższego, kolegę. Niemniej, z pewnością poczynił to by ułatwić obojgu przeprowadzany dialog. Wszystko z dobroci serca.
Tak więc, jak wyjaśnił się krokodyl usłyszawszy pytanie dochodzące z ust nowojorskiego zawadiaki? Powiedział coś, czego w zasadzie nie miał prawa wiedzieć nikt poza samym Frankiem i może kilkoma typami niestroniącymi od alkoholu i podobnego, autodestrukcyjnego stylu życia. Prawdę mówiąc próbowałby się jeszcze kłócić z myślami. Przekonywać, że to, albo tamto, ale kiedy gadzina wymówiła imiona jego rodziców... Dobra, czym - sytuacja z pobudzającej i interesującej zamieniała się powoli w niepokojącą. Zanim w ogóle skończył myśl, tamten uzupełnił swą wypowiedź o kolejne, równie cenne, co jeszcze bardziej przytłaczające informacje. Widmo, egzekutor, strażniczy byt. To ostatnie najbardziej odbiło się echem w umyśle Franka. Do tej pory jedynymi znanymi mu strażnikami pokoju i porządku na świecie byli Mściciele, a jeśli mówili o jeszcze jakichś zrzeszeniach w telewizji to pewnie przespał to wydanie wiadomości. Ancalagon przedstawił się zatem tak zacnymi tytułami, dodając na koniec, że ktoś może chcieć go załatwić, a Amerykanina podepną pod przypadkowe straty. KTOŚ jest gotów połasić się na jaszczura obwieszczającego się strażniczym bytem.
Więc. - zebrał się na odpowiedź - Jaki jest następny ruch? - słowa wypowiadał cichym, spokojnym głosem, jakby wydawał wyrok na czyjeś życie, albo właśnie sam usłyszał wyrok na swoje. Co prawda nie odbierał tego aż tak pesymistycznie, był jednak wystawiony na niemałą porcje całkiem nowych i dość ciężkich do przyswojenia informacji. Fakt, że ktoś, bądź coś będzie chciało go dopaść tylko dlatego, że tu stoi i gada z gadem chyba jeszcze nie do końca do niego dotarł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Mar 05, 2016 5:39 pm

NPC Storyline - Ancalagon


/Gadającej tapicerki... serio?/
Rzucił w swych myślach, zirytowany tym określeniem jego osoby. Człowiekowi się chyba zaczęło nieco mylić. Biorąc jednak pod uwagę jego stan oraz dotychczasowe życie, jakie prowadził... widmo nie było tym zdziwione.
Ancalagon powoli podniósł się do góry, prostując swe nogi oraz grzbiet. Spojrzał na człowieka jak na dziecko które nie wiedziało co ma ze sobą począć. Choć w jego języku, musiałby go określić pisklęciem. Co by zapewne strasznie nie spodobało się rozmówcy tego "krokodyla". Czerwonołuski podniósł powoli wzrok przed siebie, patrząc na wprost i zastygł tak na chwilę w bez ruchu. Coś chyba było nie tak albo krokodyl nagle przestał wykazywać się aktywnością mózgową. Na szczęście dla tego stworzenia, a nieszczęście dla człowieka - coś było nie tak.
Frank mógł ujrzeć niebieskie światło wydobywające się z za swych pleców i rzucające poświatę na całą okolicę. Nawet łuski egzekutora zmieniły kolor. Nie było to jednak zwykłe światło, lampa od samochodu. Ancalagon szarpnął lewą dłonią do góry, przelatując nią tuż obok głowy człowieka - którą prawie mu urwał, gdyby tylko zmienił trajektorię lotu o kilka centymetrów. Podnosząc dłoń, wyciągnął rękę nad - a nawet za człowieka (na co pozwolił mu jego wzrost), a następnie otoczył ich obu czerwoną barierą w którą dosłownie sekundę później trafiło coś, co wyglądało jak niebieska wiązka laserowa. Uderzyła ona w barierę i rozbiła się na niej, rozłączając się na dwie części i niszcząc okolicę - przebijając ściany budynków, dewastując chodniki oraz robiąc z tego miejsca pobojowisko.
Czy na tym się skończyło? Nie, bariera opadła tak jak promień zniknął - a Frank zobaczył wielkie czarne coś stojące za plecami Ancalagona. Wzięło się tam znikąd, jak mrugał to niczego nie było - jak otworzył powieki, to coś już stało. Mało tego, Murphy zobaczył pewien precyzyjny moment w którym czerwonołuski akurat się odwracał o sto osiemdziesiąt stopni, chcąc zareagować na atak - a dokładniej na wielgachną łapę której pazury trafiły go w bok, rozerwały łuski niczym gorące ostrze przecinające masło - a następnie sam impet łapy rzucił jaszczurem jak szmacianą lalką w prawo (prawo tak jak patrzył Frank).
Krokodyl zniknął w dziurze w ścianie, którą stworzył z pomocą jegomościa który nim rzucił. Z za dziury łeb wystawił jakiś człowiek, spoglądając na sytuację niezrozumiale, jak w jakiejś bajce puszczanej w telewizji. Mało tego, mężczyzna mógł poczuć, że po jego twarzy coś spływa, jakiś płyn. Gdy spróbował to zetrzeć, zobaczył krew na własnej skórze. Miała bardzo ciemny, niemalże czarny kolor. Było jej pełno, zarówno na nim, w okolicy jak i na ścianie przez którą wpadł egzekutor. Owa krew zaczęła jednak szybko parować, znikać, niemniej jednak dało można było się domyślić, że nowo poznany nowojorski krokodyl mógł być ranny. Co natomiast stało przed Frankiem? Stwór? Potwór. KLIK Czterometrowe monstrum, pokryte dziwną - kamienną niemal skórą, płytami przypominającymi łuski, kolcami ciągnącymi się przez cały grzbiet. Był on na tyle wielki oraz masywny, że Ancalagon wyglądał przy nim jak Frank przed krokodylem.
Stworzenie spoglądało teraz na mężczyznę, swoją następną ofiarę. Powoli zaczęło opuszczać swój łeb, a Murphy'ego zaczął łapać w tym momencie potężny atak migreny. Nawet więcej, próba sięgnięcia po moce mutacyjne zakończyła by się teraz niepowodzeniem, zupełnie jak by był zwykłym człowiekiem. Mężczyźnie pociemniało na chwilę przed oczami, obraz na sekundę zgasł, a gdy odzyskał wzrok... nie znajdował się już w zaułku na jednej z ulic NYC. Znajdował się na samym środku skrzyżowania na Times Square. Jakieś piętnaście metrów od niego znajdował się potwór... Natomiast dookoła znajdowali się się wszyscy szarzy mieszkańcy Nowego Jorku. Armia pieszych oraz samochodów... które na widok człowieka i jakiegoś bydlęcia na środku ulicy - zaczęły gwałtownie hamować, zjeżdżać na boki, uderzać w siebie. Nie wszystkie, jeden z tych pojazdów miał wpaść we Franka i zapewne stałoby się to, gdyby nie czerwony błysk i pojawienie się czerwonołuskiego krokodyla pomiędzy samochodem, a Frankiem. Ancalagon zatrzymał pojazd jedną ręką, wgniatając nieco maskę ale samemu nawet nie wzruszając się, nie drgnąwszy z miejsca.
Stosunkowo było już bezpiecznie. Samochody się zatrzymały lub zaczęły zawracać, ludzie uciekali w popłochu, niektórzy opuszczali pojazdy i wybierali ucieczkę pieszo. A Frank był tutaj z dwoma nowymi znajomymi... z czego jeden chciał go zabić. Ale przynajmniej migrena minęła. Objawiło się to czerwoną poświatą która przetoczyła się przez ciało mężczyzny. Ból zniknął, moce wróciły. A obok stał Ancalagon. Na jego korpusie znajdowały się cztery długie szramy po pazurach napastnika, przebiły łuski, skórę oraz porozrywały mięśnie jak również ścięgna. Mimo to gad stał na nogach, nawet nie dyszał. Nie wydawał się specjalnie poruszony atakiem, choć nie wyglądał też na takiego który ignorowałby tego typu ranę. Miał lekko ugięte kolana, ręce delikatnie rozsunięte na boki oraz ugięte w łokciach, lekko opuszczoną pozycję. Jego wzrok obserwował uważnie coś co ich zaatakowało.
-Odważny... atakować egzekutora, wymuszać na nim ujawnienie się.
Odezwał się "krokodyl". Stworzenie spoglądało natomiast na Ancalagona i Franka zamiennie. Możliwe, że obaj byli jego celem... lub tak jak wspominał czerwony, Murphy stał się nim, bo zainteresował się zjawiskiem zamiast iść zająć się swoim życiem.

[zt obaj -> Times Square

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Mar 26, 2016 1:03 pm

Ulice Nowego Yorku, przepełnione ludźmi którzy nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji.
Jedni idą do pracy, a drudzy do innych swoich zajęć.
Ross jadąc wojskowym samochodem zastanawiał się ile ludzi wie o tym, że każdy dookoła nich może posiadać specjalne umiejętności i każdy z nich mógłby zabić ich jednym ruchem ręki.

Samochód wreszcie stanął, a Thaddeus wyciągnął akta w których znajdowały się różne doniesienia o jakimś kosmicie który może znajdować się gdzieś na ulicach NY.
Generał by w ogóle się tym nie zajmował, ale przekonała go rozmowa z jednym ze swoich naukowców, który stwierdził że łapiąc taki okaz moglibyśmy zmodyfikować naszą technologię o technologię obcych, a w tej sytuacji może się okazać to bardzo przydatne.

Po przejrzeniu ostatniej strony, stwierdził że uda się sam na polowanie i wysiadając z samochodu udał się w uliczkę, gdzie miał ostatnie donosy o pobycie tego stwora.

- No dobra, gdzie ty jesteś? - powiedział pod nosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ortchocea



Liczba postów : 62
Data dołączenia : 09/01/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Pon Mar 28, 2016 12:50 am

Dla Ortcho ten dzień był niezbyt ekscytujący, postanowił go przespać i właśnie zbudzał się robiąc sobie "przerwę" od spania. Ziewnął parę razy i oblizał pysk swoim czarnym jęzorem. Znajdował się na dachu jakiegoś budynku przy dość zaludnionej ulicy. Podszedł do krawędzi (dodajmy że oczywiście był niewidzialny) i spojrzał w dół zsypując troszkę pyłu z płaskiego dachu który niczym śnieg powoli spadł na dół. Nawet polubił ludzi i nie lubił kiedy silniejszy człowiek krzywdził tego słabszego. Ostatnio jednak nie był aktywny jako cichy "bohater" i głównie to się obijal. A tutaj coś zjadł a tutaj pobawil się ponad atmosferą czy w chmurach. Ścigał się z samolotami ale nie wygrywał bo nie był zbyt szybki, ogólnie rok w mieście i ogółem na Ziemi minął w miarę spokojnie nie licząc paru razy kiedy np. do niego strzelano ale zapomniał o tym. Przyglądał się tak z góry ludziom aż jego wzrok od tak zatrzymał się na siwowłosym mężczyźnie z wąsami. Zaśmiał się po swojemu, wąsy zawsze go smieszyły. Zamachal lekko swoim ogonem i uderzył nim o komin przez co lekko go naruszył ale cichy hałas był. Natychmiast się wycofał z krawędzi aby nikt go nie widział czy czegoś nie podejrzewał. Ułożył się wogodnie obok drugiego komina i patrzył na boki. Nie był zbyt ostrożny, ludzie niemal zawsze myśleli że na dachu jest kot. A sam Ortcho za cholerę nie wiedział że ktoś na niego poluje! To było nie do pomyślenia dla niego.

Łamiesz regulamin. Nie wyszłaś z poprzedniego tematu i zaczynasz grę w następnym - w związku z czym ten post powinnaś skasować, dokończyć poprzednią akcję i dopiero odezwać się tutaj u Rossa.
~ Loki


//już wyszłam z poprzedniego
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Kwi 02, 2016 11:56 am

Chodząc po alejce Thaddeus dostrzegł parę śmieci i taki tam podobnych typu jakieś puszki, papierki a nawet zdawało mu się że zobaczył jakieś stare gacie, ale przecież nie po to przyszedł.

Pragnął spotkać tego kosmitę czy cokolwiek to było.

W pewnym momencie miał się już wycofać i szukać w innym miejscu, gdy koło niego spadło jakby trochę gruzu z dachu.

Momentalnie spojrzał w górę i uśmiechnął się lekko pod nosem.
Od razu Ross znalazł jakąś drabinę, których pełno na ulicach Nowego Yorku i wszedł na dach najzwyklejszej kamienicy i odparł.

- Słuchaj, nie wiem jak masz na imię ani skąd jesteś i czym jesteś ale wiem, że tu jesteś i nie musisz się ukrywać możemy zawsze się dogadać. Ja pomogę tobie a ty mnie. Co ty na to? - powiedział w stronę paru kominów i anten telewizyjnych.

Gdyby ktoś go teraz zobaczył pomyślałby, że to jakiś wariat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ortchocea



Liczba postów : 62
Data dołączenia : 09/01/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Kwi 02, 2016 6:09 pm

No to chyba czas wrócić do spania co nie? Ortcho ziewnął sobie porządnie i położył głowę na dachu. Zamknął oczy (chociaż nie było tego widać bo jego oczy wyglądały jak owadzie) i zaczął cicho mruczeć. Zaraz jednak podniosł głowę i się obudził kiedy na dachu pojawił się ten wąsacz! Na dodatek zwracał się jakby do niego...nie...na pewno zwraca się do niego. Ale to wzbudziło w Ortchocei lekkie podejrzenie. Skąd on wie że tutaj jest? Skąd wie że nie jest kotem? To było dość podejrzane. Nie ruszał się, nawet nie drgnął poza tym jednym uniesienem głowy. To poza tym. Nie mógł jednak zostawić go bez odpowiedzi tak więc w głowie Rossa nagle robrzmiał głos- ni to męski ani żeński, aksamitny i delikatny jak powiew letniego wiatru ~ein manz ęic. Mik yt śetsej ?
Ciekawe czy Ross zorientuje się w jakim języku mówi Ortcho. Na pewno nie jest to język kosmitów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Kwi 02, 2016 9:22 pm

He he pisane od tyłu

--------------------------------


Ross, w pewnym momencie pomyślał, że to rzeczywiście jakiś kot bo się nie odzywał i już wziął kamień żeby tam rzucić, a tu nagle usłyszał w głowie jakiś dziwny głos.
Nie wiedział co to, ale domyślił się że to jego poszukiwany "przyjaciel".

- Posłuchaj nie wiem o co ci chodzi i nie mówię w twoim języku. Pokaż się a nie się ukrywasz, a dogadamy się, jeśli oczywiście potrafisz mówić w moim języku. Nie martw się nie jestem jak ci inni ludzie, których widzisz tam na dole. Chodzą, a jak tylko zobaczą coś nie naturalnego od razu panikują. - powiedział Rulk w powietrze, bo w końcu nie widział swojego rozmówcy, który jakoś wlazł mu do głowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ortchocea



Liczba postów : 62
Data dołączenia : 09/01/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Nie Kwi 03, 2016 7:52 am

No i to w sumie wystarczyło stworkowi bo w sumie naiwny też trochę był. Tak czy inaczej wstał i wskoczył na komin oddalony od Rossa jakieś 5 metrów, przyjrzał mu się przez chwilę po czym uznał że może mu się pokazać. Tak więc pomyślał o czymś śmiesznym jak chociażby te wąsy nieznajomego, zaśmiał się i przestał być niewidzialny. Po chwili Ross już widział swojego rozmówcę. Ortcho zamachał swoim ogonem na boki jak pies który cieszy się na widok swojego pana. Przechylił w bok głowę przypatrując się uważnie człowiekowi i oblizując się czarnym jęzorem
- ein setsej? Kaj ot?
Usłyszał ponownie mężczyzna w swojej głowie


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Wto Kwi 05, 2016 6:08 pm

Ross wreszcie doczekał się pojawienia tego czegoś co gadało w jego głowie i prawdę mówiąc spodziewał się czegoś innego, ale zobaczył małych rozmiarów stworzenie i na dodatek chyba jakieś głupie, bo nie zrozumiał że jego języka nie rozumie.

- Wybacz, kimkolwiek jesteś ale mówiłem ci że nie znam twojego języka i nie wiem o co ci chodzi. - powiedział do "robaka" ale nie spodziewał się jakiegoś zwrotu akcji.

Może ci kosmici nie byli tacy inteligentni jak wszyscy mówili i może to był zły pomysł złapać go w celach eksperymentalnych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ortchocea



Liczba postów : 62
Data dołączenia : 09/01/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sro Kwi 06, 2016 7:52 pm

Ortcho po prostu przewrócił oczyma co było widać również po ruchu jego głowy. Zeskoczył z komina i bardzo powoli zbliżył się do nieznajomego. Zachowywał się trochę jak kot który próbuje zaprzyjaźnić się z człowiekiem ale z tą różnicą, że Karrablast raczej nie zamierza ocierać się o jego nogi i mruczeć. Kiedy zbliżył się już na niecały metr wzbił się w powietrze aby jego wzrok znalazł się na wysokości oczu Rossa. Wyciągnął w jego stronę kończynę na której był srebrny napis "Ortchocea"
Może chociaż to zajarzy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Pią Kwi 22, 2016 6:50 pm

Ross nie wiedział, czy zmienić się w swoją bardziej boją wersje gdy zobaczył podchodzącego kosmitę, a szczególnie że nie wiedział jakie ma zamiary.
W pewnym momencie ujrzał jakąś kartkę, która wisiała z jakimś dziwnym napisem "Ortchocea".

Hmm.... może to jest jego imię.

- Rozumiem, że tak masz na imię? Posłuchaj, bo to trochę trudne do wypowiedzenia na naszej planecie, więc może zgodzisz się na to żebym nazywał cię Ort. Będzie to łatwiejsze dla mnie. Co ty na to? - zapytał choć chciał już przejść do głównego tematu tej rozmowy.
Ross nie był zbytnio chętny na jakąś bójkę szczególnie, że wywołało by to za dużo zamieszania wśród ludzi, Thunderbolts jak i samego Ross'a.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Pon Kwi 25, 2016 8:50 am

Komunikator generała niespodziewanie przerwał mu dyskusję z obcym - sygnałem nawiązywanego właśnie połączenia - a w następnej chwili rozległ się już z niego męski głos, najpewniej należący do jednego z podwładnych Rossa:
-Sir, Dinah Rize przesłała zaproszenie na konferencję w sprawie mutantów i innych istot obdarzonych nadludzkimi zdolnościami. Nie jest... Imienne, tylko wystawione na przedstawiciela Thunderbolts- wytłumaczył. Wskazanie nazwy drużyny, tajnej drużyny, na wspomnianym zaproszeniu mogło oznaczać wiele rzeczy... Na przykład to, że za bezpieczeństwo debaty odpowiedzialne będą osoby i tak wtajemniczone w istnienie grupy.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Pon Kwi 25, 2016 12:50 pm

Oczekiwanie na odpowiedź kosmity przerwał jeden z żołnierzy Ross'a, gdy skontaktował się przez komunikator i oświadczył, że pani Rize przesłała zaproszenie na jakąś konferencję.

- Rozumiem, a gdzie ma się odbyć ta konferencja i skontaktuj się z Moonstone i również jej to przekazać. - powiedział i od razu zwrócił się do swojego wcześniejszego rozmówcy.

- Kolego przejdę do rzeczy, bo nie mam zbytnio czasu. Propozycja moja jest taka, że idziesz ze mną do mojej kwatery i spróbujemy się jakoś dogadać co do naszej współpracy. To jak pasuje? - zapytał z pośpiechem w głosie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Pon Kwi 25, 2016 4:54 pm

Odpowiedź z komunikatora padła praktycznie od razu, co świadczyło o tym, że rozmówca generała zawczasu przygotował sobie odpowiedzi... A to z kolei oznaczało, iż z Moonstone próbował skontaktować się jako pierwszą... Być może wiedząc, że Ross będzie zajęty? Kto wie. Jakie nie byłyby jego powody, grunt, że orientował się co i jak - mniej więcej.
-W Waszyngtonie. Doktor Sofen nie reaguje na próby nawiązania połączenia. Nie mieliśmy z nią kontaktu od czasu, gdy opuściła Raft, lecz stale śledzimy jej położenie- wyłożył.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Thaddeus Ross



Liczba postów : 155
Data dołączenia : 30/07/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Kwi 28, 2016 7:36 pm

Ross zwrócił się od razu do kosmity.

- Posłuchaj wybacz, że ci zawracałem głowę ale niestety jestem teraz dosyć bardzo zajęty więc muszę wrócić do swoich obowiązków. Może jeszcze tu wrócę i się spotkamy na razie żegnaj. - powiedział Rulk i udał się drabiną w dół w celu skierowania się do samochodu.

W między czasie odpowiedział ostatni raz przez komunikator.

- Żołnierzu, przekaż Moonstone żeby od razu po powrocie stawiła się w moim gabinecie. I druga sprawa dowiedz się jak tam z rekrutacją nowego. Jeśli udało jej się to niech przyjdzie razem z nim. - odpowiedział wchodząc do samochodu i oddalając się w stronę kwatery Thunderbolts.

[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ortchocea



Liczba postów : 62
Data dołączenia : 09/01/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Kwi 28, 2016 8:38 pm

Ortcho chwilę tak sobie patrzył na faceta... kiedy ten mu zaproponował... coś tam coś tam. Nie zajarzył dokładnie o co mu chodziło, jednak zaintrygował go i postanowił po cichu za nim iść. Kiedy nieznajomy zszedł z dachu on stał się niewidzialny i popatrzył do czego wsiada wojskowy, kiedy auto ruszyło on pognał za nim mając nadzieję że uda mu się iść teraz krok w krok za Rossem. Przecież nie pozwoli sobie na takie pożegnanie bez wyjaśnienia!

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Spider Woman



Liczba postów : 67
Data dołączenia : 19/05/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Czw Maj 05, 2016 3:49 pm

Spider Woman pomachała jeszcze chłopakom i spojrzała jeszcze raz na wyświetlacz komórki. Żołądek ścisnął się jej na myśl o tym wszystkim co je jeszcze czeka.
- Co myślisz o tym wszystkim Wando?- to chyba była najważniejsza sprawa. Schowała telefon rozglądając się w poszukiwaniu punktu zaczepienia dla swojej orientacji. Po chwili ruszyła do wyjścia z uliczki wiedząc, którędy należy zmierzać do domu.
Cała sytuacja była jednym wielkim bagnem, po którym należało stąpać jak najbardziej ostrożnie. Jeden głupi błąd i wpadną wszyscy po uszy. A z tego już się tak łatwo nie wyciągną.
- Myślisz, że ma to związek z przyszłą konferencją?- szczerze wątpiła, ale może? Kto ich tam wie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ant-Man



Liczba postów : 21
Data dołączenia : 08/05/2016

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Sob Maj 14, 2016 6:25 pm

Wyobraźcie sobie imprezę. Wielką imprezę. O, i jeszcze taką, na której rozdaje się darmowy alkohol. Mamy więc głośną muzykę mieszającą się z chrzęstem miażdżonych butami plastikowych kubków. Mamy pary alkoholu tak gęste, że aż odbierają dech w piersi, przyduszają, upijają umysł samym intensywnym zapachem. Mamy też kilku wymiotujących nastolatków, kogoś biegającego w samych bokserkach i jakąś parkę w szafie. Ale to nie najważniejsze.
Bo wcale nie chodzi o samą imprezę. Chodzi o to co dzieje się następnego dnia.
K a c.
Wyobraźcie sobie rozmiary kaca po czymś takim. Potraficie? Świetnie! Bo tak właśnie czuł się Scott Lang w chwili, w której odkrył, że znajduje się w ruchliwym centrum Nowego Jorku.  
Różnica polegała na tym, że kac nie był efektem imprezy tylko grupowego ratowania świata. Chyba. Scott nie miał pewności. Równie dobrze mogła to być impreza, co wyjaśniałoby ucisk w żołądku, któremu towarzyszyło mdlące uczucie, podchodzące żółcią aż do samego gardła. Ignorując je Scott przeszedł kilka niepewnych kroków. W uszach szumiała mu krew, w głowie kręciło się odrobinę. Oparł się o latarnię i odetchnął, ignorując spojrzenia, jakie rzucali mu przechodnie. Na pewno widzieli dziwniejsze rzeczy (Scott mimo czerwono-grafitowego kombinezonu uważał się za normalniejszą rzecz niż taki Hulk w fioletowych portkach czy cała armia Centaurów, czy jak im tam było). Po kolejnych paru metrach powolnego spaceru odkrył, że jest coraz lepiej. Towarzyszące mu początkowo wyładowania fioletowej energii, przebiegające po kombinezonie i rozbłyskujące się w powietrzu zaczęły zanikać. Zapach ozonu ustępował zwykłemu smrodowi wąskich, nagrzanych ulic wysokiego miasta. Nie chciało mu się już wymiotować, ale za to chętnie zjadłby batona. W skrócie nie było tak źle. Scott Lang żył, chociaż czuł się tak, jakby wysiadł właśnie z rollercoasteru i odkrył, że jednak dopada go na takich atrakcjach choroba lokomocyjna.
- Nigdy więcej wycieczek krajoznawczych, żadnych ognistych ptaków i żadnego grilla – jęknął.
Potarł dłonią wierzch hełmu i ruszył dalej. Nie uszedł wiele gdy nagle jego oczom ukazały się znajome postacie. Uczucie ulgi opadło na dno żołądka Scotta. Mężczyzna odetchnął i przeszedł jeszcze kilka kroków.
- Hej! Heeeej! – zawołał, machając w stronę Spider Woman i Wandy.
Miał szczerą nadzieję dowiedzieć się, o co do cholery w tym wszystkim chodzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Scarlet Witch



Liczba postów : 169
Data dołączenia : 05/12/2012

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Nie Maj 15, 2016 4:33 pm

Lubiła pić. Chyba jak wróci do bazy to napije się czegoś mocnego. Dzisiejsze wydarzenia, to że Pietro znów ją opuścił i niesamowicie niespodziewane spotkanie z nastolatkami sprawiło, iż miała już wszystkiego dosyć. Może to dlatego nie myślała zbyt logicznie, a sympatia do chłopców zapoczątkowana odczuciem znajomej energii płynącej od Wiccana, wzrosła do tego poziomu, że jest skłonna im pomóc.
To co od nich usłyszała wstrząsnęło Wandą na tyle, iż musiała sobie dać czas na przemyślenie tego wszystkiego, ponieważ gdyby miała się teraz odezwać to... na korzyść chłopców. Nienawidziła jak ludzie potrafią krzywdzić istoty z powodu ich inności.
Jej myśli zamieniały się w czarne chmury, aż w końcu doprowadziło to do burzy. Może właśnie dlatego nic nie mówiła? A może nie chciała nic mówić.
Wymiana telefonami to dobry pomysł, później weźmie od Jess ich numer. Zazdrościła przyjaciółce tego, że potrafiła spojrzeć na tę sprawę obiektywnie, bo ona od początku i chyba do końca będzie po stronie chłopców. Jakoś nie chciało jej sie wierzyć, że to wszystko wymyślili, aby je oszukać i wyssali z palca historie o Tarczy. A przecież obie ze Spider Woman wiedziały, że ta organizacja nie jest oraz nie będzie święta, a takie zagrywki idealnie do niej pasują.
Poza tym Maximoff chętnie dowiedziałaby się co takiego jeszcze przed Mścicielami ukryli.
Milczała do końca ich konwersacji, pożegnała się z nastoletnimi bohaterami, a jak znalazły się na ulicach NY, Wanda postanowiła odpowiedzieć:
- Myślę, że należy jak najszybciej zabrać się za tę sprawę, zanim nabierze nieciekawych barw. Trzeba się dowiedzieć czy mówią prawdę, choć ja osobiście nie mam co do tego wątpliwości oraz skonfrontować to z innymi...
Niespodziewanie usłyszała swoje imię. Obróciła się. Pomachała w stronę nadchodzącego Scotta i znów zwróciła się do Jess, rzucając krótką i chyba najbardziej uniwersalną odpowiedź w dziejach całej ludzkości.
- Nie wiem.
Ciekawa była co Lang tu robił. Jakaś misja czy po prostu zwykły spacerek? Z nim nigdy nic nie wiadomo, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Spider Woman



Liczba postów : 67
Data dołączenia : 19/05/2013

PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Nie Maj 15, 2016 5:42 pm

Sama Spider Woman, została już raz wykorzystana. Nie chciała powtórki, szczególnie od tak młodych osób. Niemniej, nie mogła stwierdzić, że przecież TARCZA jest złem tego świata. Pamiętała, że to właśnie jej zawdzięczała w ogóle przynależność do Mścicieli... i reszty świata. Wspomnienia HYDRY wróciły, mimo że były kompletnie nie chciane. Potrząsnęła głową.
- Ja nie wiem... już nie wiem w co mam wierzyć... nie znam tych dzieciaków...- a na instynkcie Wandy wolała się nie opierać. Zwyczajnie w świecie ufała tylko sobie, bo zwalanie winy na kogoś było skrajnie dziecinne-Niemniej, na pewno trzeba o tym powiedzieć reszcie Mścicieli. Może już coś wiedzą? Albo więcej jak my. To może pomóc nam w odzyskaniu jakiegoś punktu zaczepienia.- ewentualnie różne zdania pomieszają jej jeszcze bardziej w i tak trudnym wyborze. Niemniej, Jess była bardziej po stronie TARCZY.
- Chcesz ten numer?- spytała miło wyciągając telefon i podając jej, gdy tylko Wanda wyciągnęła swój. Tak, jedna sprawa załatwiona. Choć przez chwilę, przez myśl przeszło jej, że to było naprawdę głupie posunięcie. W końcu... Wanda mogła zacząć samowolkę, a wtedy mogłoby się zrobić nie fajnie.
Jako pierwsza zauważyła Ant-Mana, mniej skupiona na własnych myślach a otoczeniu. Ucieszyła się, choć jego stan nie wskazywał, by stało się coś dobrego. Zmarszczyła brwi i podeszła do niego.
- Scott? Co ci się stało?- spytała łapiąc go by zmienił ustawienie z nieruchomej latarni na bardziej ruchomą i pomocną Jess. Obejrzała go od stóp do głów.
-Wyglądasz jakbyś zaliczył pokaźną libację.... nie wiem czy mam czuć się zazdrosna, że mnie nie zaprosiłeś czy ci współczuć... I błagam, nie wymiotuj na mnie. Lubię tą koszulkę i to bardzo.-zastrzegła. I owszem, słyszała że kilkoro bohaterów poleciało z Nickiem na orbitę... ale nie spodziewała się, że będą tam pić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ulice NYC   Today at 4:58 am

Powrót do góry Go down
 
Ulice NYC
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 15 z 18Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16, 17, 18  Next
 Similar topics
-
» Ulice NYC
» Ulice
» Ulice
» Bronx - Ulice

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: