Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Central Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11, 12, 13  Next
AutorWiadomość
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Central Park   Pią Cze 08, 2012 4:19 pm

First topic message reminder :






Oaza zieleni w centrum Manhattanu. Zajmuje osiemset czterdzieści trzy akry powierzchni. Na terenie Central Parku oddawać się można wielu zajęciom, takim jak obserwowanie ptaków, pływanie po jeziorach w łódkach czy kajakach, jazda rowerami czy bryczkami konnymi, bieganie, tenis, siatkówka, kręgle, wspinaczka na skałkach, pływanie w basenie - lub zimą jazda na łyżwach oraz wiele, wiele innych.

Tutaj można znaleźć mapę.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com

AutorWiadomość
Quicksilver



Liczba postów : 74
Data dołączenia : 07/12/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Pon Mar 28, 2016 3:19 pm

Pietro musiał przyznać, że nie spodziewał się dzisiejszego dnia spotkania z siostrą. Oczywiście nie chodziło o to, że miał zamiar jej unikać. Po prostu ostatnimi czasy mieli dość dużo obowiązków jako członkowie Avengers, więc bardzo często udawali się osobno w zupełnie inne miejsca. Oczywiście mężczyźnie się to nie podobało, w końcu coś mogło stać się Wandzie!, ale nie miał na to zbyt wielkiego wpływu, przynajmniej teoretycznie. W razie potrzeby miał zamiar po prostu porzucić swoje zadanie i udać się do siostry. Tak właśnie stało się tym razem. Maximoff wykonywał małą misję dla jednego z członków drużyny, gdy nagle napisała Wanda, co zrobił? Cóż, pozwolił swojemu "celowi" działać dalej i pobiec na miejsce. Białowłosy miał pewne priorytety, których nie miał zamiaru zmieniać. Poza tym to mógł skończyć trochę później, w końcu kto jak kto, ale on nie musiał martwić się korkami na mieście.
Już na miejscu, wraz ze Spider Woman oraz siostrą wymyślili naprędce plan, który nie ukrywając bardzo mu się spodobał. Może i był członkiem drużyny superbohaterów ratujących świat, ale już dawno nie miał porządnej rozrywki. Unieszkodliwienie tych handlarzy było naprawdę kuszącą perspektywą. Obserwowanie ich zdumionych spojrzeń i krzyków przemieszanych z bólem... tak, to będzie doprawdy doskonała zabawa. Mówiąc szczerze nie był pewien co sprawiało mu większą radość. Możliwość przebywania z siostrą na wspólnej misji, czy też szansa na małe rozgrzanie mięśni. Oczywiście dochodziła też zmiana misji, gdyż przy poprzedniej raczej nie miałby możliwości wykorzystać swoich zdolności w pełnej krasie, ale jedno było pewne. Był zadowolony, gdyż mógł mieć oko na Scarlet oraz upewnić się, że żadna z tych szumowin nie tknie jej palcem.
Jak postanowił tak też zrobił. Nim kobiety zdążyły w ogóle ruszyć z miejsca zaczął lawirować po pomieszczeniach budynku unieszkodliwiając kolejnych przeciwników. W międzyczasie obserwował poczynania Spider i musiał przyznać, że była w tym całkiem niezła… chyba warto zapamiętać, żeby jej nie drażnić. Jednocześnie zauważył, że siostra coraz bardziej się rozkręcała. Gdyby tylko zerknął na jej twarz chwilę wcześniej zrozumiałbym, że musi interweniować, ale zrobił to dopiero wtedy, gdy kobieta uspokoiła swoją osobę. Pietro uznał więc, że wszystko jest w porządku i najzwyczajniej w świecie kontynuował swój mini rajd.
Gdy w końcu prawie wszyscy przeciwnicy zostali powaleni chciał podejść do siostry i sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, ale niespodziewanie odezwał się telefon. Chyba będzie jednak musiał wrócić do wcześniejszego zobowiązania… Nie był z tego faktu zadowolony, ale skoro coś obiecał to chciał słowa dotrzymać. Chciał pożegnać się z siostrą i SW, ale… jeśli się pośpieszy to może uda mu się nawet do nich wrócić! Dodatkowo wyjaśnianie bliźniaczce, że musi już iść… miał dziwne wrażenie, że nie spodobają jej się te słowa. Wolał więc uniknąć awantury i latających aut oraz budynków, więc ulotnił się nim w ogóle zdążyły się zorientować. W końcu wróci! Szkoda tylko, że nie zorientował się dobrze w sytuacji.
Podczas biegu przez miasto coś dziwnego zwróciło jego uwagę. Ludzie uciekający z Central Parku.
-Co jest grane do cholery? – mruknął do siebie po czym niewiele myśląc pobiegł w stronę parku. Chcąc nie chcąc musiał to sprawdzić, ocenić czy nie ma zagrożenia. W sumie to na pewno było skoro uciekali… tyle kłopotów jednego dnia. Ciekawe kiedy w końcu będzie mu dane skończyć tę całą przysługę. Jeszcze oberwie ochrzan za to, że olał sprawę, po prostu cudownie.
Rozwalony robot oraz dwóch gości grzebiących w jego rozwalonym truchle. Tak, to z pewnością nie wyglądało normalnie. Delikatnie się skrzywił po czym westchnął i odchrząknął, aby zwrócić na siebie ich uwagę. Nie mógł tego tak po prostu zignorować, zwłaszcza teraz, gdy był w Avengers, niezależnie od chęci. A trzeba przyznać, że zajmowanie się tymi dwoma typkami znajdowało się bardzo nisko na jego liście rzeczy do zrobienia.
-Możecie mi streścić co się tutaj stało? I kim tak właściwie jesteście? - rzekł po czym spojrzał na nich badawczo utrzymując spięte mięśnie. Miał nadzieję, że po prostu mu odpowiedzą, ale kto by tam trafił za tymi wszystkimi pseudo bohaterami i świrusami, kto wie, może zaatakują go myśląc, że chce im uniemożliwić kradzież części z tego żelastwa? Istniała jednak spora szansa, że będą go znali. W końcu był dość znany jako duet z siostrą, zwłaszcza teraz, gdy dołączyli do powszechnie znanej organizacji bohaterów. Pozostało mu czekać, a on cholernie nie lubił czekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shatterstar



Liczba postów : 25
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Central Park   Czw Mar 31, 2016 11:09 am

Na słowa mężczyzny Star tylko skinął głową, po raz ostatni omiatając spojrzeniem teren parku. Już nikogo nie było w pobliżu, ani cywili ani bohaterów, zostali tylko oni i resztki robota. Co prawda wciąż się zastanawiał czemu Domino uciekła z pola bitwy zabierając ze sobą obcą kobietę. Przeprowadzała szybką akcję ratunkową? Nawet jeśli, czemu nie została by się z nimi przywitać, zobaczyć jak sobie radzą albo nawet do nich dołączyć. Skoro zajęli się robotem, nie powinna się bać o bezpieczeństwo tamtej kobiety, sama by już mogła uciec. Chyba jednak nie było sensu się w to zagłębiać, widać miała w tym jakiś cel.
Na pytanie nieznacznie przekrzywił głowę na bok, patrząc co mężczyzna robi. Widząc jak delikatne wibracje naruszają robota w miejscach złączeń, dotarło do niego co Ric miał zamiar zrobić. Nie przejmując się aż tak bardzo jak Latynos, stanął nad głową robota, ostrzem rozcinając metal, ostrożnie by nie naruszyć niczego wewnątrz, nie wsunąć go zbyt głęboko i zniszczyć, może dość istotne, części. Zwłaszcza, że Rictorowi raczej zależało by nie masakrować maszyny bardziej niż trzeba. Gdy skończył z głową, odłożył blachę na bok, by przyjaciel nie musiał się z tym bardziej męczyć niż trzeba, a zamiast tego zabrał się za przeglądanie wnętrzności. Kiedy skończył z tym, powtórzył dokładnie to samo z korpusem robota, odrzucając ciężką blachę na bok i zabierając się za dokładniejsze badanie tego czym był wypełniony.
Nie musiał poświęcać zbyt wiele czasu na przeglądanie zawartości, szybka analiza danych była jedną z jego licznych umiejętności, dodatkowo wystarczająco znał się na technologi by rozróżniać większość części lub domyślać się do czego mogły służyć; nie był to dla niego żaden problem. Dlatego gdy skończył z korpusem, przesunął się do Rictora by pomóc mu z przejrzeniem zawartości głowy. Nie wątpił w brak zdolności partnera, widział go w akcji i wiedział, że Ric pod wieloma względami jest utalentowany, i to zawsze w przydatnych kwestiach i bez modyfikacji genetycznych, co tylko upewniało Stara w tym jak niezwykłą osobą Rictor był.
Podobnie jak wcześniej nic konkretnego nie rzuciło mu się w oczy, przynajmniej jeszcze nie, raczej standardowe i dość prymitywne, przynajmniej jak dla niego, wyposażenie.
- Bez wątpienia nie jest to technologia pozaziemska. Zbyt prosta i prymitywna, by mogła uchodzić za coś kosmicznego albo z innego wymiaru. - Gotów był już sobie odpuścić i skupić się na czymś innym, gdy jeden element zwrócił jego uwagę. Wyjął go, unosząc do oczu i przez chwilę obracając w palcach.
- Nie jest to ani broń ani coś odpowiedzialnego za sterowanie. - Schował swoje ostrza, by móc wygodniej manewrować przedmiotem; przez chwilę zastanawiał się czy nie powinien spróbować tego rozebrać, jednak lepiej byłoby to zrobić w bazie. Wygodniej i mniej na widoku; coś jeszcze mu nie pasowało w tym urządzeniu, miał wrażenie, że coś namierzało lub szukało... Nie miał jednak okazji lepiej się tym zająć, bo kolejna osoba postanowiła do nich dołączyć. Wyczuł speedstera chwilę przed tym jak się przy nich pojawił. Podniósł wzrok na mężczyznę, przyglądając mu się przez chwilę. Nie kojarzył go, nie żeby był ostatnimi czasy bardzo na bieżąco, jeśli chodziło o sprawy bohaterów, zresztą nigdy nie był to temat szczególnie go fascynujący, w telewizji znajdował ciekawsze rzeczy niż spis aktualnych herosów. Poza tym, był zbyt zajęty szukaniem Rica by marnować czas na takie głupoty.
Podał Julio ów przedmiot, wychodząc białowłosemu na spotkanie; wyciągnął dłoń w jego stronę, przywołując na usta jeden ze swoich firmowych, pewnych siebie i jakże czarujących uśmiechów.
- Hel-lo. Nazywam się Shatterstar, miło cię poznać. - Odczekał grzecznie, aż mężczyzna uściśnie jego dłoń, bądź nie, opierając zaraz obie na biodrach. - Pokonaliśmy robota. - Odparł prosto, jakby to była dość oczywista rzecz, zwłaszcza, że jego truchło właśnie leżało za rudzielcem, co było raczej wystarczającym dowodem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rictor



Liczba postów : 57
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Central Park   Czw Mar 31, 2016 3:44 pm

Oczywiście Ricowi zależało na tym, aby jak najszybciej załatwić sprawę; w końcu dosłownie w każdej chwili ktoś mógł zechcieć im przeszkodzić, czego świadomość przez cały czas krążyła na obrzeżach jego świadomości. Faktem było również to, iż mutant doskonale wiedział, że Shatterstar miał dobre intencje - jak praktycznie zawsze, gdy w grę wchodził sam Rictor. Jedno i drugie w żadnym razie nie zmieniało tego, iż Latynos poczuł nagłe ukłucie irytacji, kiedy rudzielec tak po prostu bez słowa go wyręczył... Lecz szybko zdusił je w sobie i pokręcił tylko głową, nie komentując zachowania Stara.
Nim jeszcze zabrał się za przeglądanie wnętrza "swojej" części robota, Ric powiódł spojrzeniem za przyjacielem, aby upewnić się, że ten zajmie się grzecznie korpusem powalonego przeciwnika, a nie... No, nie zrobi czegokolwiek dziwnego, choć w tych okolicznościach nawet nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Prawda była taka, że sprawdzał to kompletnie odruchowo. Przyzwyczaił się do tego, że powinien pilnować Stara, weszło mu to w krew, nawet pomimo zbyt długiej rozłąki.
Jako że rudzielec postąpił zgodnie z oczekiwaniami Rictora - i to nawet tymi pozytywnymi - to on sam mógł się już w pełni skupić na swoim zadaniu. Miło byłoby odnaleźć w środku coś charakterystycznego, idealną opcję stanowiłoby wręcz logo czy nazwa twórcy... A wbrew pozorom trafienie na podpis wcale nie było takie znowu nieprawdopodobne. Szaleni naukowcy i inżynierowie najczęściej uwielbiali rozgłos, więc zazwyczaj nieszczególnie kryli się z autorstwem swych dzieł. Niestety w tym wypadku Latynos nie widział niczego takiego... No trudno, mieli jeszcze inne opcje.
Rictor akurat zdążył odłączyć i wyjąć kilka nieistotnych jego zdaniem części, które spoczywały teraz na trawie - i zabierał się właśnie za oglądanie następnego elementu, gdy Star ponownie do niego dołączył. W tym momencie Latynos już przeczuwał co będzie dalej i oczywiście się nie mylił, bo jakże by mogło być inaczej. Ukłucie irytacji powróciło i tym razem mutant zacisnął na kilka sekund szczęki, aby powstrzymać się przed zareagowaniem - przypominając sobie w myślach o dobrych intencjach Stara. Na szczęście trochę pomagały... No i mimo wszystko Ric sam zdawał sobie sprawę z tego, że rudzielec najprawdopodobniej będzie w stanie stwierdzić więcej.
Na informację o tym, że technologia wykorzystana przy budowie maszyny pochodziła z Ziemi, mutant kiwnął krótko głową. Kompletnie ufał osądowi Stara, ale z drugiej strony uwaga ta tylko trochę ograniczała listę potencjalnych sprawców. Miło było wiedzieć, że nie mieli do czynienia z kolejną dawką wrogo nastawionych kosmitów... Ale opcji w dalszym ciągu pozostawało sporo. Pewnie pomogłoby, gdyby ustalili dlaczego robot zaatakował akurat Domino i tamtą dziewczynę... Być może to właśnie z tego powodu obie od razu zniknęły? Czyli wszystko wskazywało na to, że chyba jednak czeka ich szukanie dawnej "nauczycielki".
Rictor zaczynał już sądzić, że tutaj na miejscu niczego więcej nie ustalą, gdy Star podniósł jakiś panel - a spojrzenie Latynosa odruchowo za nim powędrowało. Nie rozpoznawał jego przeznaczenia, nie tak na oko, ale nie oznaczało to od razu, że w lepszych warunkach nie ustaliłby czegoś konkretnego...
... Tyle że to musiało poczekać, bo - zgodnie z wcześniejszymi ponurymi przewidywaniami Rica - ktoś rzeczywiście musiał im przeszkodzić, w dodatku już pod sam koniec akcji. Mutant westchnął krótko i cicho, jednocześnie przesuwając wzrok ku przybyszowi, którego... A i owszem, kojarzył, choć nie miał jeszcze nigdy okazji, aby poznać go osobiście. Członek Avengers, jeden z tych świeższych... Mutant - tyle że dobrze ustawiony mutant, który niespecjalnie musiał się przejmować uprzedzeniami tłumu wobec całej ich rasy.
Rictor nie musiał nawet odwracać wzroku od białowłosego, aby przejąć od Stara ten szczególny element robota, który - korzystając z tego, że rudzielec zajął Mściciela dyskusją - natychmiast wsunął sobie do wewnętrznej kieszeni kurtki, przy okazji modląc się o to, aby twórca machiny nie był w stanie w ten sposób ich namierzyć i zaatakować. Osobiście nie miałby nic przeciwko kolejnemu starciu, a Star zdecydowanie tym bardziej, ale Madroxowi pewnie nie spodobałoby się zdemolowanie biura...
Tak czy siak, Latynosowi nie pozostawało już nic innego, jak tylko podnieść się z kolan i wykonać kilka kroków w stronę obu mężczyzn. Zatrzymał się tuż obok Stara, po czym przełożył mu rękę przez ramiona w przyjacielskim geście, który przy okazji w razie czego pozwoliłby mu sterować rudzielcem... I głównie o to ostatnie mu chodziło, nawet jeśli dotykanie Stara stanowiło przyjemny dodatek. Druga dłoń Rica wylądowała natomiast w kieszeni jego kurtki.
- Chodź, dopiszemy sobie na wizytówkach, że działamy szybciej od avengersowego speedstera - zwrócił się do swojego partnera, nie mogąc się powstrzymać przed tym lekkim przytykiem, a przy okazji na wszelki wypadek informując Shatterstara z kim mieli właśnie do czynienia. Przeczuwał, że jeśli zaraz się nie zmyją, to mogą jeszcze stracić swój cenny "łup"... Ale zbyt oczywista ucieczka też nie byłaby dla nich dobra, w związku z czym Ric ponownie zerknął na pseudo-albinosa.
- A gdyby Mściciele chcieli nas wynająć do załatwienia tej czy innej sprawy, to wystarczy wyszukać X-Factor Investigations. Biuro detektywistyczne, mutanci w służbie narodowi i trochę jakże amerykańskiemu kapitalizmowi - dorzucił, po czym zacisnął krótko palce na ramieniu Stara.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Quicksilver



Liczba postów : 74
Data dołączenia : 07/12/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Kwi 03, 2016 6:36 pm

Pomimo przebywania z dwoma nieznajomymi myśli Pietro krążyły po zupełnie innych rejonach. Jakich? Cóż, to bardzo proste. Wokół jego siostry. Ostatnimi czasy, przez cały ten natłok zajęć związany z nowymi funkcjami mieli ze sobą mniej kontaktu. Oczywiście wiedział, że ich wzajemnego przywiązania nic nie będzie w stanie zerwać, ale delikatnie wyszczerbić... to co innego. Tak, był tym zaniepokojony. Właśnie z tego powodu, czekając na odpowiedź ogarniało go coraz większe wzburzenie oraz niechęć, a co za tym szło nieufność wobec obcych. Nasuwały się także kolejne wnioski. W okolicy nie było widać żadnego agenta SHIELD czy bohatera, a nawet "czarnego charakteru". Oznaczało to więc, że to właśnie Ci, którzy stoją przed nim byli odpowiedzialni za zniszczenie tego ustrojstwa. Nie wyglądał on na szczególnie potulnego, ani tym bardziej bezpiecznego. Świadczyć mogły o tym lekkie zniszczenia, jakie zaobserwował oraz z reakcji ludzi, którzy uciekali stąd w popłochu. Jasnym więc było, że byli niebezpieczni. Byle człowiek nie potrafiłby sobie poradzić z czymś... takim. Maximoff jeszcze mocniej skupił swoje zmysły i uważnie obserwował każdy ruch mężczyzn.
Co zrobił z wyciągniętą w jego stronę ręką? W pierwszej chwili chciał ją uścisnąć, ale przypominając sobie, że miał do czynienia z kimś nieszczególnie "normalnym" wolał zachować pewien stopień bezpieczeństwa. W końcu kto wie jakie zdolności posiadał rudowłosy. Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że mógłby go w ten sposób sparaliżować, otumanić lub zrobić setkę innych rzeczy, która wyłączyła go z obiegu. Nie chciał być przesadnie ostrożny, ale mogli nawet chcieć go złapać lub zabić, a sam robot miał być tylko wabikiem. O tak, zdecydowanie trzeba zachować ostrożność.
Shatterstar... Muszę zapamiętać, poszperać w aktach. Może coś o nim będzie. - pomyślał. Zanotował także informację, jakoby to oni załatwili tę puszkę. Jego podejrzenia się sprawdziły, faktycznie byli kimś więcej, niż zwykłymi ludźmi. Pytanie jednak kim, a także jakie mają plany. Nie chciał jednak wyjść na przesadnie podejrzliwego i nie zignorował powitania, w swój sposób.
-Pietro, mi również. - rzekł po czym kiwnął mu głową. Cóż, można by rzecz, że przywitał się nawet grzecznie. Może i nie było to zbyt kurtuazyjne, ale wolał poczekać. Jeśli okażą się godni zaufania będzie mógł się poprawić. Na razie wolał się dowiedzieć czegoś więcej.
Zastanawiało go, czy na pewno go kojarzą. Ten pierwszy nie wyglądał, jak gdyby jego twarz  miała mu coś mówić. Mógł oczywiście udawać, ale... słowa jego towarzysza rozwiały wątpliwości białowłosego, przynajmniej w pewnym stopniu. "Avengersowy speedster", tak, nie było żadnych wątpliwości. Na pewno znał jego twarz, nazwisko oraz umiejętności. Nagle naszła go nieprzyjemna myśl. "Co jeśli chodzi o Wandę?" Mimowolnie delikatnie się skrzywił, szybko jednak powrócił do wcześniejszej mimiki. Skupionej i pełnej nieufności. Oczywiście nie spodobało mu się to, że schował rękę do kieszeni, ale przecież był to normalny odruch. Maximoff złapał się na tym, że aż zbyt mocno doszukuje się w nich wrogości. Jednakże czy było to złe?
Uprzejmie zignorował żart brązowowłosego, który zdecydowanie mu się nie spodobał, w końcu po co robić sobie wrogów... Tak, czasem nawet Pietro potrafił utrzymać język za zębami. Tym razem jednak było to kwestią dobrej motywacji. Chciał jak najszybciej wrócić do siostry, a więc wywoływanie sporów i bójek nie było dla niego szczególnie atrakcyjne, przynajmniej jeśli nie będzie takiej potrzeby.
Nie mógł jednak ukryć ciekawości. Biuro detektywistyczne X-Factor Investigations, w służbie narodowi... Tak, zdecydowanie go zaintrygowali. Przez krótką chwilę patrzył na nich w milczeniu zastanawiając się nad odpowiedzą, ale w końcu zadecydował co zrobi teraz.
-Biuro detektywistyczne o nazwie X-Factor Investigations. Nigdy o Was nie słyszałem... jak długo się tym zajmujecie? I czy ten robot ma z Wami jakiś związek? Wiecie coś na temat jego pochodzenia oraz celów? - rzekł po czym obdarzył ich lustrującym spojrzeniem. Tak, wygrała ciekawość. Nie zapomniał jednak o swoich obowiązkach avengera. Musiał się dowiedzieć czegoś więcej o tej maszynie. Skoro napatoczyła mu się dwójka, która go unieszkodliwiła to czemu by z nich nie skorzystać?
Nadal jednak nie wiedział, czy może im ufać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rictor



Liczba postów : 57
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Central Park   Sro Kwi 13, 2016 3:34 pm

To by było najwyraźniej na tyle, jeżeli chodziło o pomysł szybkiego zmycia się z miejsca wydarzeń. Ric po cichu liczył na to, że jego przeciętnie miłe i przyjazne komentarze zwyczajnie odstraszą od nich Mściciela - zirytują go, a zarazem wyjaśnią na tyle "dużo", aby po prostu nie chciało mu się męczyć dłużej w ich towarzystwie... On zrobiłby sobie śledztwo na własną rękę, oni zaś mogliby w spokoju wycofać się do biura i zbadać swoją zdobycz - bez wzbudzania dodatkowych podejrzeń i sprawiania wrażenia, że uciekają, gdyż mają coś do ukrycia... Choć po części taka właśnie była prawda. W niewielkim stopniu. Przecież pokonali tego robota, nie? Czyli mieli pełne prawo do zgarnięcia tej jednej jego części.
Trudno. Przynajmniej zafundują sobie coś w rodzaju reklamy - bo Quicksilver najprawdopodobniej przekaże informacje na ich temat dalej, pozostałym członkom Avengers albo agentom Tarczy... A w pewnym sensie tego właśnie chcieli, prawda? Rozgłosu. Nie tylko po to, aby otrzymywać więcej zleceń, choć to też bardzo im się przyda, ale i przede wszystkim dlatego, by w końcu pokazać mutantów w dobrym świetle. Jak do tej pory media jakoś nie zawracały sobie tym głowy, więc przydałoby się je zmusić do zmiany nastawienia... W ten czy inny sposób. Niech ludzie wiedzą.
- Jesteśmy stosunkowo nowi na rynku. I jedyni w swoim rodzaju, akurat zajęliśmy niszę - wyjaśnił więc w pierwszej kolejności, wzruszając przy tym lekko ramionami... A właściwie tylko jednym z nich, tym wolnym, gdyż drugim wciąż obejmował Shatterstara i to w taki sposób, że siłą rzeczy i tak było już trochę uniesione. Ot, różnica wzrostu między nimi robiła swoje.
Nie uważał za stosowne zaznaczyć, że "nowi" byli właściwie tylko i wyłącznie jako X-Factor Investigations, nie zaś jako... Cóż, jako oni sami, czyli Rictor i Shatterstar. Jeżeli nie byli znani i rozpoznawalni - to tylko tym lepiej dla nich, bo dzięki temu łatwiej im było operować. Poza tym... Technicznie rzecz biorąc, X-Force zdarzało się działać na granicy prawa, zresztą delikatnie mówiąc. Do tego stopnia, że przez niektórych bywali uznawani za przestępców - albo i wręcz terrorystów. Może lepiej nie ciągnąć za sobą tej opinii do X-Factor... Madrox nie byłby zachwycony - nawet jeśli na przykład tacy Avengers przyjmowali w swoje szeregi faktycznych przestępców i terrorystów.
- Co do robota natomiast, to obawiam się, że sam musisz go spytać o szczegóły. Atakował ludzi, więc my zaatakowaliśmy jego, to tyle z naszej strony. Przy czym może być teraz mało rozmowny - w tym momencie Latynos obrócił głowę, aby wymownie rzucić okiem ku szczątkom doczesnym maszyny, z naciskiem na jej odcięty łeb; te powierzchowne zniszczenia nie powinny raczej przeszkodzić w grzebaniu w jej wnętrznościach w poszukiwaniu odpowiedzi... A przynajmniej nie za bardzo. Przy odrobinie szczęścia brak jednej części też chyba nie zwróci niczyjej uwagi.
W "drodze powrotnej" Rictor przesunął również spojrzeniem po twarzy Stara, nim znów skierował wzrok ku speedsterowi. Nie był nawet świadomy tego, że głowę pozostawił nachyloną lekko ku rudzielcowi - subtelnie, delikatnie, ale jednak zauważalnie. Ot, dawny nawyk, odruchowe układanie ciała w taki sposób, by dopasować się do partnera.
- A jeżeli to już koniec przesłuchania... - dorzucił, unosząc brew i nie kończąc nawet zdania, pozwalając Quicksilverowi samemu dopowiedzieć sobie - bądź co bądź dość oczywistą - resztę. Prawda była taka, że nie potrzebowali ze Starem żadnego pozwolenia, aby się oddalić, mimo wszystko Avengers nie posiadali przecież oficjalnej władzy, a nawet gdyby było inaczej, to Ric nieszczególnie by się tym przejmował... Tyle że sprowadzanie na siebie podejrzeń czy kłopotów nie miało sensu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shatterstar



Liczba postów : 25
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Central Park   Czw Kwi 28, 2016 1:57 pm

Kiedy jego dłoń została zignorowana, spojrzał na nią a następnie na białowłosego mężczyznę, nieco zdezorientowany tym okazaniem braku szacunku. Bo dokładnie tak to odebrał, a z pewnością jego natura wojownika. Cofnął dłoń, a niezadowolenie jasno się wypisało na jego twarzy - tym samym kiedy Ric objął jego ramiona mógł wyczuć nieznaczne spięcie ciała partnera. Mógł docenić pewne zachowania, oczywiście, w końcu mógł zostać uznany za wroga lub przeciwnika, chociaż wtedy zachowałby się inaczej. Dla rudzielca było to oczywiste, jak widać dla 'avengersowego speedstera' mniej. Jednak obaj znali nieco inne zasady postępowania, Star o wiele bardziej honorowe... Tym razem jednak zignorował to nietaktowne zachowanie, głównie dlatego, że Ric był obok i w razie czego by go powstrzymał przed czymś... Jeszcze bardziej nieodpowiednim.
Odnotował gdzieś w głowię imię mężczyzny, rozmowę jednak zostawiając Rictorowi, zwłaszcza, że sam był dość świeży w tym fachu. No, fachu to złe określenie, bo na walce znał się jak nikt, na szpiegostwie raczej mniej, wolał bardziej bezpośrednie podejście, akcje. Ale XFI było dla niego czymś zdecydowanie nowym, jakby nie patrzeć należał do niego od kilku godzin, może trochę mniej. I nawet nie zamierzał być członkiem, jedyne na czym mu zależało to odnalezienie Rictora - co zakończyło się sukcesem.
Robot budził emocje, nawet zniszczony, albo raczej pytania, na które sami chcieliby mieć odpowiedzi, a z pewnością Julio, dla Stara najważniejsze było to, że już nikomu w tym momencie nie zagrażał; minus stanowił fakt, że ten tak szybko padł, nie dając im dłużej chwili na zabawę. Brakowało mu walki. Porządnej walki.
Przez cały ten czas postawa rudzielca nie uległa zmianie nawet na moment, wciąż prosta, nieco sztywna chociaż bardziej rozluźniona niż chwilę temu. Nawet nie musiał patrzeć na robota, wzrok wbity w twarz ich rozmówcy, poniekąd kontrolnie wręcz. Sądząc po zachowaniu Rica nie powinien się nim przejmować albo podejrzewać, że zechce ich celowo zranić, jednak wolał mieć stuprocentową pewność i dokładnie śledzić jego poczynania. Speedster czy nie, rudzielec czuł się spokojniejszy.
- Mamy coś do sprawdzenia. - Dokończył zdanie Rica, patrząc Pietro w oczy. Nie czekał na pożegnanie, dobre słowo czy cokolwiek innego, zwyczajnie wymijając mężczyznę by skierować kroki do auta, którym tutaj przyjechali. Jeżeli Rictor chciał coś dodać, zrobić, spokojnie mógł, Star go w żadnym wypadku nie pospieszał, osobiście jednak nie widział sensu by zostawać tam dłużej, skoro Avengers zajął się sprawą, nawet jeśli wiele z niej nie zostało już; wiedział, że Latynos wkrótce do niego dołączy. I nie mylił się, wkrótce słysząc jego kroki tuż za sobą - przez tyle lat zdążył się nauczyć odróżniać jego kroki od wszystkich innych. Sposób w jaki stawiał nogi, rozkładał nacisk, tak, wiedział kiedy przyjaciel był blisko.
Obaj zapakowali się z powrotem do samochodu, wracając do siedziby głównej X-Factor Investigations, problem szczątków pozostawiając komuś bardziej odpowiedniemu do tej roboty.

[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Loki
Administrator


Liczba postów : 3045
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Sob Kwi 30, 2016 8:38 pm

Wyprowadzam Quicksilvera z tematu na jego prośbę, bo nie jest w stanie w tej chwili wrzucić postu. Lokacja wolna.

_________________


No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com
Eugene Mercer



Liczba postów : 34
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Maj 01, 2016 3:07 pm

Eugene wkroczył na teren Central Parku. Nie miał dzisiaj jakiś specjalnych planów. Ot, zwinie komuś portfel, może znajdzie parę drobnych. Co prawda jakieś żelazne rezerwy miał, jednak wolał po prostu zdobyć trochę pieniędzy. Na ulicy zorientował się że warto mieć nadmiar zapasów niż ich brak. Zaczął krążyć po okolicy, wypatrując osoby którą mógłby pozbawić pieniążków. Niestety, było już koło godziny 11, choć Eugene mógł się mylić. Jednak pomyłka mogła sięgać do góra godziny. Nieważne, tak czy siak osoby spacerujące o tej porze w CP miały się na baczności. Nie miał szans okraść ani jednej z tych osób. Przysiadł na ławce, nie patrząc gdzie. Sytuacja wyglądała tak, iż będzie musiał skorzystać ze swoich zdolności, by kogoś okraść. Jednak czy naprawdę musiał się do tego posunąć? Mimo wszystko wolał się bez tego obejść. Wolał dawać ludziom szansę, niż z góry ich na coś skazywać. Jednak postanowił zająć się tym później. Postanowił spędzić noc w Central Parku. Wszystko co potrzebne miał przy sobie, a tutaj nie musiałby ryzykować że go okradną. Na razie jednak siadł na ławce, zastanawiając się jak rozegrać sprawę. W teorii wystarczyło schować się w krzakach, jednak strażnicy czasem zaglądali do krzaków. Pomyślał czy by nie stać się niewidzialnym na czas patrolu. Jednak musiałby się obudzić przed szóstą, coby nikt nie zorientował się że znajduje się w tym konkretnym miejscu. Postanowił przeczekać do chwili gdy wpadnie mu do głowy pomysł. Na razie więc siedział na ławce, obserwując całą okolicę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan



Liczba postów : 247
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Czw Maj 05, 2016 6:30 pm

Pierwsza teleportacja umieściła całą grupę w pustej uliczce, której wygląd szczerze mówiąc niczego Billy'emu nie mówił. W Nowym Jorku było takich wiele, a chłopak nauczył się już ufać swoim zdolnościom przynajmniej na tyle, aby nie podważać tego, iż rzeczywiście trafili tam, gdzie chciał... Szczegóły nie były więc tak naprawdę istotne, jak długo obie Mścicielki mogły same znaleźć z tego miejsca drogę do domu. Dalsza podróż nastolatków i tak odbyła się przy pomocy kolejnej teleportacji, gdy tylko krótko pożegnali się z kobietami.
Tym razem Billy wybrał jako swój cel już trochę bardziej konkretną lokalizację. Skoro mieli się dostać do Central Parku, to musieli wylądować dość blisko niego - ale nie na tyle, aby ktoś mógł za nimi łatwo podążyć. Kaplan może i posiadał przydatne moce, nie mniej jednak ich używanie wiązało się przecież z pokazem świateł, które zdecydowanie przyciągały uwagę... A właśnie tego chciał teraz uniknąć. W związku z powyższym zadbał o lądowanie w kolejnym cichym i spokojnym zaułku - tylko że znajomym. Jedynie z widzenia, ale wciąż znajomym. Zakamarki w pobliżu klubu sportowego przy Siedemdziesiątej Trzeciej na szczęście stanowiły wystarczającą osłonę dla teleportacji, a przynajmniej Kaplan miał taką nadzieję.
Najważniejsze, że tę trasę chłopak kojarzył bardzo dobrze i przede wszystkim czuł się na niej pewniej - do tego stopnia, że po drodze zaczął nawet wskazywać Victorowi niektóre miejsca, oczywiście po uprzednim wyjaśnieniu mu sytuacji. Pomimo późnej pory miasto żyło w najlepsze, jak to zwykle bywało w Nowym Jorku. Przechodniów było mniej, to prawda, lecz samochody w dalszym ciągu przemykały ulicami. Jako że chłopcy wylądowali na zachód od parku, Billy w pierwszej kolejności doprowadził swojego towarzysza do drogi biegnącej przy samej granicy zieleni. Potem skręcili w prawo, aż do Dakoty - i wreszcie przeszli na drugą stronę, tym samym wkraczając na teren Central Parku.
W porównaniu z innymi parkami w mieście ten był nocą dość bezpieczny, co nie oznaczało jednak, że nie zdarzały się w nim różnego rodzaju incydenty... A choć przeciętny złodziej nie stanowiłby raczej problemu dla dwóch nastolatków o wyjątkowych zdolnościach, to jednak użycie ich mogłoby ściągnąć niepotrzebną uwagę. Z tego powodu Kaplan zdecydował się ruszyć jedną z głównych dróg, znów biegnącą łagodnie w prawo, aż do momentu, gdy złączyła się z następną i zakręciła.
Billy nie wiedział gdzie dokładnie Kate chciała się spotkać, park zaś zajmował spory obszar. W związku z tym nastolatek sam również nie podał Teddy'emu i Tommy'emu konkretnej informacji, choć planował wkrótce wysłać do nich kolejne wiadomości. Pomijając jednak to wszystko, Kaplan miał pewien pomysł gdzie chce chciałby zabrać Victora - i to mu na początek wystarczało.
Ich trasa wkrótce zaczęła biec przy jeziorze i na tym etapie Billy wybrał pierwszy dostępny skręt w lewo - ku fontannie na Cherry Hill. Sama w sobie była już śliczna, lecz urok tego miejsca leżał w czymś innym... A pora roku była po prostu idealna. Wiosną ten zakątek udowadniał pochodzenie swojego imienia, wypełniając się kwitnącymi drzewami wiśni - pięknymi i bardzo nastrojowymi. Za dnia w pobliżu czekały zwykle bryczki z końmi, ale teraz było już na nie trochę za późno... Pewnie na szczęście, bo członkowie Young Avengers raczej nie potrzebowali świadków dla swojego spotkania. Nie zmieniało to faktu, że sceneria prezentowała się uroczo - i pewnie mogła sprawiać wrażenie dość wymownej, nawet jeśli Billy naprawdę nie wybrał jej umyślnie i świadomie - ale niestety nie stanowiła głównego celu podróży.
Ten znajdował się nieco dalej. Wystarczyło przejść jeszcze tylko kawałek i ponownie skręcić w lewo, rzadziej uczęszczaną ścieżką pomiędzy drzewami... By wreszcie trafić do Zatoczki Wagnera. Miejsce to nie było może zbyt popularne, ale w tym wypadku działało to akurat na korzyść grupy. W końcu chcieli prywatności, prawda? W dodatku mieli tutaj do dyspozycji dwie ławki, a konary, gałęzie i liście w razie potrzeby skryłyby ich przed wzrokiem każdego przechodnia... Nie wspominając już nawet o zbiorniku wodnym, który otaczał altankę, gdyż dzięki niemu podejść do niej dało się tylko z jednej strony. Kaplanowi bardzo to wszystko pasowało.
- Więc... Nikt nie powinien nam tutaj przeszkadzać. Zaraz napiszę do pozostałych, żeby wiedzieli gdzie nas szukać - poinformował swojego rówieśnika, równocześnie zbliżając się do ławek. Początkowo stąpał ostrożnie, doskonale wiedząc, że w przeszłości altance zdarzało się już zapadać... Ale wyglądało na to, że teraz była już stabilna i pewna. Tym lepiej. Jako że Billy nie oczekiwał tak naprawdę odpowiedzi na swoje słowa, sam mówił dalej.
- Ładnie tu, prawda? Nie widać wszystkiego tak dobrze jak w dzień, ale przynajmniej nie ma tłoku. To znaczy, tutaj zwykle go nie ma, bo chyba niewiele osób w ogóle wie o tym miejscu. Czasem odbywają się tu śluby, ale poza tym jest raczej... Pusto - nie były to żadne istotne informacje, ale nastolatek czuł, że powinien się odzywać. Kierując rozmową mógł zadbać o to, aby temat nie zszedł jeszcze na spotkanie ze Scarlet Witch i Spider Woman... Na niezbyt udane jak do tej pory kontakty z Avengers. Opisywanie mijanych obiektów czy po prostu okolicy zdawało się o wiele milsze i bezpieczniejsze od stawiania czoła nieprzyjemnej rzeczywistości. To zresztą robił już przed chwilą i miał dość.
W trakcie mówienia Kaplan ponownie wydobył z kieszeni komórkę i wystukał na niej prostą wiadomość: "Cherry Hill, przy jeziorze." Tym razem wysłał ją nie tylko do Teddy'ego i Tommy'ego, ale i do Kate. Zakładał, że w ten sposób łatwiej będzie im się odnaleźć, niż gdyby skierował ich po prostu do Zatoczki Wagnera... Ta zaś naprawdę wyglądała na swój sposób pięknie. Nie była aż tak zadbana, jak wiele innych atrakcji w parku, ale to chyba właśnie to przekładało się na jej urok. Brak chmur na niebie sprawiał, że noc zdawała się być dość jasna, a może był to po prostu efekt łuny bijącej ze świateł całego miasta - grunt, że widoczność nie była wcale taka zła, jak można by przypuszczać. Mimo to woda w jeziorze sprawiała wrażenie bardzo ciemnej... A Billy nie miał pewności jak głęboko tutaj sięgała.
Nastolatek schował telefon z powrotem do kieszeni, po czym ułożył delikatnie rękę na jednej z podpór zadaszenia, tej znajdującej się po jego lewej i zarazem bliżej zbiornika. Drewno było zimne w dotyku i lekko wilgotne, ale właściwie mu to nie przeszkadzało. Skupiał się głównie na tym, aby nie myśleć jeszcze o tym wszystkim, co zdążyło już pójść źle i nastrajał się psychicznie na rozmowę z resztą drużyny, której będzie musiał jakoś to wyjaśnić. Wręcz nie mógł się tego doczekać...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kate Bishop



Liczba postów : 55
Data dołączenia : 24/07/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Sob Maj 07, 2016 9:52 pm

W taksówce rozmowa co chwila się rwała. Kate nie zakrzątała sobie głowy wyciąganiem informacji od Cassie - wolała luźniejszą konwersację. O pogodzie, o korkach, kilka oszczędnych uwag odnośnie sytuacji w Hudson. Nic, co mogłoby kogokolwiek naprowadzić na ich prawdziwą tożsamość i planowaną przyszłość w roli Mścicieli. Bishop wolała do końca utrzymać otoczkę przeciętności, która zapewniała względny spokój. Kierowca i tak rzucał im, co jakiś czas, ukradkowe spojrzenia we wstecznym lusterku, jakby zakładał, że dwójce nastolatek nie wolno ufać. Bishop próbowała ignorować jego palący wzrok, bacznie obserwując blondynkę. Nie zauważyła niczego podejrzanego - przeciętna Amerykanka, garderoba na poziomie klasy średniej, błyszczące oczy, zaraźliwy uśmiech. Nie wzbudzała w niej negatywnych uczuć, jedynie podszytą współczuciem troskę. Nagłe zniknięcie ojca z życia Cassie musiało być potwornie ciężkie. Naprawdę nie sklasyfikowałaby jej jako potencjalne zagrożenie, więc taksówkarz mógł skoncentrować się na drodze.
W pewnym momencie uderzyła w Kate myśl, że może - ale tylko może, nie popadajmy w paranoję - facet rozpoznał młodą Lang. W końcu, kto wie, ludzi z pamięcią ejdetyczną chodzi po ulicach tysiące. Fakt, że Bishop nie dopatrzyła się w rysach blondynki niczego znajomego, nie czyniło kamuflażu idealnym. Ta obawa zrodziła w Bishop falę wątpliwości. Córka Ant Mana to postać znana, od której wiele się oczekuje - jakby sam fakt przekazania konkretnej kombinacji genów czynił z niej superbohaterkę. Za słów Cassie wynikało, że ta nie posiadała żadnych specjalnych mocy. Kate wolała naiwnie sądzić, że Lang nie kieruje ambicja, a chęć pomocy innym. I naprawdę przyniesie ze sobą w szeregi YA cenne informacje oraz kilka przydatnych kontaktów.
Pojedynczy sygnał zasygnalizował nową wiadomość. Kate uśmiechnęła się lekko, wyciągając komórkę. Billy odpisał, wskazał nawet konkretną lokalizację spotkania. Dziewczyna przygryzła wargę, próbując przywołać z pamięci mapkę Central Parku. Kojarzyła, że The Lake ciągnęło się od Siedemdziesiątej do Siedemdziesiątej Siódmej, a Cherry Hill mijało się po drodze do Bethesda Terrace. Podała taksówkarzowi ich cel: stację metra przy Siedemdziesiątej Drugiej. Mężczyzna znów zmierzył ich podejrzliwym wzrokiem, ale skinął głową, podkręcił radio i kwadrans później przyjął zapłatę za przejazd. Bishop nawet dodała napiwek - z przyzwyczajenia, niż faktycznej ochoty.
- Nie ma to jak Central Park o zmroku - zagadnęła wesoło Kate, mimowolnie wciskając dłonie do kiszeni płaszcza. Usilnie uciszała wewnętrzny niepokój, żałując w myślach, że zostawiła swój łuk. Czułaby się z nim znacznie bezpieczniej.
Nawet po kursach samoobrony, godzinach spędzonych w gabinecie terapeuty i wierze we własne umiejętności, nie potrafiła zniwelować wrażenia déjà vu.
Jednak, co Bishop zauważyła dopiero, gdy Cassie odpowiedziała jej niezobowiązująco, wcale nie była spięta. Zaciskała palce na telefonie w kieszeni, rozglądała się czujnie, ale krok miała całkiem swobodny, równie posuwisty, co zwykle. Nawet uśmiechała się lekko, ciągnęła rozmowę. Wydawało się, że obecność blondynki działała na Kate kojąco. Zupełnie nieświadomie Cassie sprawiała, że Bishop czuła się pewniej, spacerując główną uliczką Central Parku.
Zapewne stało za tym wyłącznie dobre towarzystwo, które zapewniała.
- W lewo. Kierunek na Cherry Hill. - Wskazała dłonią na jedyną odnogę ścieżki, obejmując kątem oka sylwetkę na ławce. Gość raczej smukły, żadnych znaków szczególnych - poza okularami, oczywiście. Dostatecznie młody, by mogła go powalić. Z pomocą Cassie, rozprawiłaby się z nim zapewne w kilka minut, w zależności od jego ochoty na interakcje. I kłopoty.
Minęły nieznajomego, a gdy dojrzały kształt fontanny, zamilkły. Bishop zmrużyła powieki, wodząc wokół wzrokiem. Nigdy nie sądziła, że widok ciemnej Cherry Hill Fountain sprawi jej taką radość. Co prawda nie dostrzegła żadnego Młodego Mściciela na horyzoncie, ale ten fakt nie studził entuzjazmu. Na plus mogła wpisać, że trudno było się dopatrzeć jakiegokolwiek świadka ich spotkania.
Westchnęła ciężko, obchodząc fontannę dookoła. Ikona Central Parku nigdy nie wzbudzała jej zachwytu - nie liczyła się oprawa, nastrój, ujęcie. Obróciła głowę, jakby oczekując, że zaraz zza pobliskich drzew wychyli się sylwetka któregoś z YA.
Zamrugała, gdy wyłapała pośród wątłych cieni znajomy kształt. Przystanęła, unosząc dłoń wyżej, w ramach pobieżnego powitania. Zaraz na twarzy Kate pojawił się szeroki uśmiech.
- Pora poznać resztę, Cassie. - Bishop nie oglądała się za siebie, ale była pewna, że Lang podąża za nią, gdy przecięła ścieżkę, zmierzając ku wąskiej odnodze. Tutaj drzewa słaniały się niżej, tworząc naturalną barierę przed resztą świata. Bajkowe miejsce, idealne na altankę.
Na pierwsze zebranie YA jak znalazł.
- Nie zabrałyśmy ze sobą wina i świec, ale romantyczny nastrój zrobi się sam - rzuciła zamiast oficjalnego powitania, zerkając dyskretnie przez ramię na Lang. Wolała uprzedzić podejrzliwy wzrok kompanów, z miejsca przedstawiając swoją towarzyszkę wieczornych spacerów. Ponadto, skoro ona miała problem z rozszyfrowaniem tożsamości dziewczyny, to pewnie podobną przeszkodę napotkałaby i reszta świty. - Oto i Cassie Lang, córka Ant Mana, Młody Mściciel. - Odsunęła się nieco w bok, by nie zasłaniać sobą blondynki. Zaprezentowała ją, jak asystentka magika magiczną sztuczkę i nim ktokolwiek zdążyłby się odezwać, pociągnęła dalej. - A to Billy.
W tym momencie zarejestrowała drugą sylwetkę, której kształt zamajaczył za chłopakiem. Zsunęła z nosa okulary, by przyjrzeć się jej w naturalnym świetle, czekając aż Billy zdradzi imię swojego kompana.


[Kolejka: Billy -> Kate -> Cassie -> Eugene -> Eli. Reszta YA spokojnie może dołączyć w trakcie, powitamy z otwartymi ramionami!]


Ostatnio zmieniony przez Kate Bishop dnia Pon Maj 09, 2016 2:09 pm, w całości zmieniany 1 raz (Reason for editing : Zmiana w kolejce pisania.)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassie Lang



Liczba postów : 24
Data dołączenia : 10/04/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Maj 08, 2016 3:05 pm

Cassie czuła się odrobinę winna, że nie była w stanie bardziej umiejętnie utrzymać konwersacji, płynniej przechodzić z tematu na temat, czy też zaciekawić czymś towarzyszkę na tyle, by trochę jej pomogła. Przede wszystkim starała się naprowadzić Kate na cele dla jakich dołączyła do YA, sądząc, że były to wcale istotne informacje oraz mogły przekonać łuczniczkę o rzeczywistej przydatności młodej Lang. Tym większe było jej zdziwienie, gdy Bishop niedbale machnęła na nią dłonią i skupiła się na aktualnej pogodzie, czy sytuacji na drodze. Poczuła się zbita z tropu, choć tylko na moment, w następnej chwili bowiem kątem oka dostrzegła czujne spojrzenie ich kierowcy. Będąc pewną, że była to tylko część planu, szybko zmieniła swoje nastawienie i błysnęła niewinnym, niemal dziecięcym uśmiechem, znacznie już swobodniej kontynuowała rozmowę.
Gdy tylko w oczach Kate błysnęło zmartwienie, Lang ponownie skierowała wzrok ku mężczyźnie i widząc, co mogło mieć tu miejsce, ponownie odwróciła twarz ku towarzyszce i zachichotała, dłonią sięgając po gumkę od włosów i tym samym częściowo zasłaniając znane z okładek lico.
-  Spójrz, końcówki zupełnie mi się rozdwoiły! – Zaświergotała cicho, choć na tyle wyraźnie, by kierowca mógł ją usłyszeć. – Będziesz musiała pomóc mi je potem podciąć, choć może nieco lepiej, niż wtedy u Erica. To był koszmar! – Zaśmiała się dźwięcznie, poniekąd dumna z siebie, że z taką łatwością pozbawiła nieznajomego wszelkich podejrzeń co do jej osoby. Udawanie zupełnie nieświadomej i płytkiej nastolatki było zadaniem prostym, a mimo to dobrze spełniało swoją funkcję.
Po dodarciu na miejsce i zapłaceniu za przejazd (za co Cassie w duchu podziękowała, sama bowiem miała ograniczone środki), blondynka z ciekawością rozejrzała się po ogromnym parku, być może częściowo oczekując, że przynajmniej część grupy będzie ich tam oczekiwać. Nie dostrzegając jednak żywej duszy, mruknęła coś ledwie słyszalnie pod nosem i spróbowała wytężyć wzrok. Koniec końców poza samotną ciemną figurą siedzącą nieopodal nie zdołała zobaczyć nikogo więcej, domyśliła się więc, że nadal czeka je mały spacer.
- To miejsce ma swoją magię, szczególnie o tej porze. Dawno nie widziałam Central Parku o zmroku… - Odpowiedziała, przypominając sobie jak kiedyś chodziła tymi samymi uliczkami z tatą, rysunkiem mrówki na policzku i wielką watą cukrową. Tak, to naprawdę było coś.
W przeciwieństwie do Kate, młoda Lang mogła pochwalić się chyba samymi dobrymi wspomnieniami związanymi z ów parkiem, choć niestety większość z nich pochodziła z jej odległej przeszłości. Jakby nie było cieszyła się, że ponownie mogła się tutaj znaleźć z kimś do towarzystwa, a już niedługo pozna pozostałych. Zapowiadał0 się naprawdę ciekawie.
Na słowa Bishop przytaknęła szybko, nadal zastanawiając się jak powinna się zachować, by wzbudzić jak największe zaufanie wśród Młodych Mścicieli. Wyprostować się i wyglądać na pewną siebie, uśmiechnąć się i zamachać ręką, a może teatralnie się ukłonić, licząc, że mieli jakieś poczucie humoru? Chociaż znając ją to gdy tylko dojdzie do interakcji palnie coś głupiego, ewentualnie się o coś potknie i wpadnie na jednego z nastolatków. Dziewczyna westchnęła głęboko i z powrotem związała długie włosy i luźną kitkę, grzywkę zaś odgarnęła nieco z oczu dla lepszej widoczności. Chociaż może wyjątkowo będzie miała trochę szczęścia i-
Zanim przemyślała do końca swoje przywitanie z YA, Kate zdążyła ją już przedstawić i wystawić na zaintrygowane spojrzenia. Cassie wyprostowała się szybko i odkrząknęła możliwie dyskretnie zanim zrobiła krok do przodu i pochyliła głęboko głowę przed chłopakami.
- Bardzo miło mi poznać. – Powiedziała, starając się zachować wszelki potrzebny profesjonalizm. Wyciągnęła także dłoń do uściśnięcia w stronę Billy’ego, którego twarz przynajmniej kojarzyła z kilku prześledzonych przez nią uprzednio akcji. Bystre oczy mogły także dostrzec, że mimo dobrych chęci nadal była dość spięta, choć podekscytowana, co jakiś czas również patrzyła za siebie, chcąc się upewnić, że łuczniczka nadal nie opuściła zajętego przez nią miejsca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eugene Mercer



Liczba postów : 34
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Sro Maj 11, 2016 4:17 pm

Siedząc z pochyloną głową, Eugene usłyszał głosy. Nie jakieś zwykłe, lecz osób młodych. Lekki uśmiech zagościł na jego twarzy. Osoby młode często nie zważały na bezpieczeństwo, uważając że wszystko o świecie wiedzą. Eugene, choć sam był młody, zdawał sobie z tego sprawę, a także umiał patrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Podniósł głowę, zmazując uśmiech z twarzy. Nasunął kaptur głębiej na twarz. Zaczął się skupiać, starając przejąć się właściwości szkła. Po chwili był przeźroczysty niczym szyba. Fakt iż było późno, pozwalało mu być spokojnym jeżeli chodzi o sprawę refleksów świetlnych. Począł kierować się w stronę głosów. Nie miał daleko, zajął ławkę w okolicy jeziora. Ujrzał dwie dziewczyny wraz z dwoma chłopakami. Skradając się tak, by unikać latarni, powoli zbliżył się do jednej z nich. Była to blondynka, która prawdopodobnie właśnie poznała resztę. Tak wnioskował Eugene, gdyż wcześniej nie zwracał uwagi na rozmowę. Powoli, spokojnie podszedł bliżej, aż znalazł się kilka centymetrów za nią. Nie powodując nadmiernego ruchu, zaczął wzrokiem szukać kieszeni. Gdy którąś znalazł, powolnym ruchem przeszukiwał ją, w poszukiwaniu czegoś cennego. Choć on sam starał się być niewidoczny, można było dostrzec delikatne ruchy w kieszeniach. Starał się tego dokonać w ten sposób, iż ruchy było widać, właścicielka miała niczego nie poczuć. Dlatego starał się robić to delikatnie, bez gwałtownych ruchów. Wciąż jednak istniała obawa iż ktoś to dostrzeże. Dlatego Eugene był gotów uciec w każdej chwili, obserwując po twarzach reszty grupki czy go zauważono. Po chwili wydobył z kieszeni telefon, mając nadzieję iż "lewitujący" telefon zostanie niezauważony.


//Postarajcie się nie zabić Eugena, proszę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Sro Maj 11, 2016 5:04 pm

Po dłuższym chodzeniu i schowaniu się słońca, Eli wraz z dwiema dziewczynami w pewnym momencie doszedł do zamkniętego Central Parku. Pomyślał chwilę, po czym przeskoczył przez ogrodzenie, kierując się dokładniej do miejsca w którym mieli się spotkać wszyscy młodzi mściciele. Nie chodził żadnymi ścieżkami czy innym rodzajem dróg. Zrobił to najszybszym ze sposobów - przeszedł trawnikiem. Aż w końcu doszedł do miejsca w którym znajdowali się wszyscy inni, którzy byli częścią projektu. Cóż... Patriot przyglądnął się wszystkim. Mieli tutaj całkiem zgrabną grupkę ludzi. Co jeśli jednak oficjalne Avengers będzie miało mieć tylko kilka osób? Co będzie z resztą? Nastolatek wzruszył ramionami i wszedł na drzewo, siadając wygodnie na jednej z gałęzi.
- Cześć. Przyprowadziłem ze sobą dwie... prawdopodobnie Asgardianki. Ale więcej prawdopodobnie opowiedzą wam o sobie one same. - I wtedy ujrzał Kate. Mówiąc szczerze to poczuł w sobie uczucie skrępowania, gdy tak przyglądał się jej. Czy podobała mu się? Prawdopodobnie sam sobie zaprzeczy, ale jakie naprawdę uczucia skrywa serce czarnoskórego? Sam raczej o tym nie powie tak przy wszystkich. - H-Hej, Kate. - wydukał tylko dwa słowa ze swoich ust. A następnie wsłuchiwał się w resztę. A wtedy dowiedział się czegoś bardziej nieprawdopodobnego. Oto w ich kręgu stała córka Ant-Mana, Cassie. Nie spodobało się to widocznie chłopakowi, który zniżył swoje brwi i postanowił otworzyć swoje usta. - Nie wierzę, że Mrówka miał córkę. Jakoś nie pasuje mi ona do niego. Zresztą, jakoś nie widzę tego... Czegoś w niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skuld



Liczba postów : 13
Data dołączenia : 25/02/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Sro Maj 11, 2016 5:50 pm

Prawie nie odzywała się w czasie przemarszu z kawiarni do parku. Nie widziała sensu w bezmyślnym kłapaniu pyszczkiem - zwłaszcza, iż robiło się coraz później. Nie znała się na ludzkim prawie, ale stróże tego właśnie prawa zapewne nie cieszyliby się na widok grupy dzieciaków błąkającej się gdzieś po okolicy. Nie miała właściwie rodziców ani domu, więc równie dobrze mogłaby im próbować uciekać, ale nie chciała trafić za kratki. Nade wszystko ceniła swoją wolność.
Nie myśląc wiele, zrobiła to samo co Patriot - przeskoczyła przez ogrodzenie, choć czuła nieznośne mrowienie w okolicach łopatek. Odkąd została trafiona klątwą, nie miała pojęcia jak bardzo się zmieniła. Wiedziała, iż jej moce nie były takie jak niegdyś, ale w dalszym ciągu ich dobrze nie znała. Prawdę mówiąc miała pojęcie wyłącznie o tym co utraciła, a to na niewiele się przyda. Zdziwiła się jednak widząc ilość zgromadzonych już osób.
Na przywitanie pochyliła wyraźnie głowę. Zanim się przedstawiła, dokładnie zlustrowała wzrokiem każdą z postaci, starając się zebrać odrobinę informacji z kim ma do czynienia i czy mogą być dla niej zagrożeniem. Ostatnio mało komu potrafiła zaufać, ale oni nie wydawali się groźni. Już miała się przedstawić, już otworzyła usta, gdy nagle zamknęła je i zmarszczyła brwi, patrząc w kierunku blondynki. Gdyby nie jej odruch oglądania każdej spotkanej istoty, nic by pewnie nie zauważyła. Ale jednak.
- To normalne w waszym świecie? - zapytała, wskazując palcem na przedmiot unoszący się ot tak nad ziemią, niedaleko dziewczyny. Nie potrafiła nawet nazwać owej rzeczy, dopiero uczyła się o technologicznych cudach Ziemian. Wydawało jej się jednak, że aż takie cuda u nich nie występowały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly Night



Liczba postów : 23
Data dołączenia : 07/03/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Czw Maj 12, 2016 5:01 pm

W ciągu ich "wędrówki", Kelly praktycznie na każdy dziwny odgłos zawracała chodźmy najmniejszą uwagę. Przez cały czas trzymała dłoń na rękojeści swojego miecza. Chciała być przygotowana w razie, gdyby jakiś dureń, który nie wiedział, z kim ma do czynienia, dostał za swoje. W końcu już zbyt długo pozwalała by nią pomiatano. Nie liczyły się teraz dla niej konsekwencje. Najważniejszymi rzeczami była jej duma, osiągnięcie celu i pomoc przyjaciółce, a może nawet i przyjaciołom, których pozna dopiero na tajemniczym spotkaniu w Central Parku. Bez wahania przeskoczyła przez ogrodzenie. Jak wylądowała, przyszło jej na myśl, że mogła po prostu nad nim przelecieć, ale gdyby osoby postronne to zobaczyły, miałaby jednak kłopoty. I tak, jak widać, chyba zbyt dużo osób znało jej twarz z jej akcji ratowniczych albo "skandali", jak mówili na to niektórzy.
Gdy byli na miejscu, zlustrowała całą grupkę wzrokiem. Było ich tutaj całkiem sporo. Kanerva kiwnęła im głową na powitanie.
- Kelly Night - powiedziała tylko. Nie było mimo wszystko sensu by krzyczeć wszystkie, nadane niegdyś, tytuły. Samo jej ziemskie imię, w zupełności wystarczyło.
Oparła się plecami o jedno z drzew by obserwować innych, a w razie konieczności wbić sztylet w konar i uspokoić ich wszystkich. Na razie nie chciała mówić zbyt wiele o sobie. Jeśli ją o to poproszą, to to zrobi. Nawet jeśli nie i tak stanie się to prędzej lub później.
Na słowa Skuld, spojrzała szybko w stronę przyjaciółki i blondynki, po czym zmarszczyła brwi.
- Latające telefony - powiedziała z uznaniem. - Tego to ja jeszcze nie widziałam - i mimo, że już miała podejść w tamtą stronę, cofnęła się, ciekawa jak zareagują inni na tę rewelację, bo widziała naprawdę dużo rzeczy, jednak to było prawdziwą nowością. Dla niej i być może dla reszty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Victor Mancha



Liczba postów : 68
Data dołączenia : 15/07/2015

PisanieTemat: Re: Central Park   Pią Maj 13, 2016 10:42 pm

Tak jak przypuszczał - spotkanie z Avengers nie były zbyt owocne, przynajmniej z tymi konkretnymi Mścicielkami. Nawet jeśli Billy zdobył numer Jess, to jeszcze nic nie znaczyło. Równie dobrze mogła się na to zgodzić by po prostu mieć ich z głowy i wrócić do własnych, ważniejszych, problemów. A jaki był lepszy sposób niż danie dzieciakom choć wrażenie, że dostały to czego chciały.
Kolejne teleportacje, dwie praktycznie pod rząd. Powoli zaczynał się przyzwyczajać co nie zmieniało faktu, że wciąż za nimi nie przepadał i trochę czasu zajmie zanim do nich przywyknie, oczywiście o ile ten czas będzie. Nie miał pojęcia jak długo zagrzeje miejsce przy Billym, a chwilowo sprzeciw był trudny bo chłopak i tak ciągał go wszędzie za sobą jak cień. Sam nie był pewien co o tym myśleć - z jednej strony, wiedział, że Billy próbował mu pomóc, przynajmniej z początku, teraz coraz bardziej odczuwał to jako, może nieco samolubną, zachciankę. Ale z drugiej strony, co zrobiłby bez niego? Sam nie znajdzie matki, nie dotrze do niej, nie mówiąc nawet o ratunku, a coraz bardziej się niepokoił. Minęło tyle czasu od jej porwania, nie wiedział czy wciąż ją przetrzymują, przesłuchują czy zamknęli w kolejnej szklanej celi. Czuł się zagubiony, zdenerwowany i bezradny. Zwłaszcza to ostatnie, bo co mógł zrobić? Nie odbije jej od takiej organizacji, z pewnością nie sam, nawet nie wie gdzie jej szukać, w jakim mieście, państwie, może kraju? Sytuacja naprawdę nie wyglądała dobrze, mógł się tylko oddać w ich ręce co wciąż uważał za najlepszą możliwą opcję. Chwilowo i tak nie mógł poruszyć tej kwestii, nie w momencie kiedy Billy zabrał go na spotkanie swojej grupy, ale nie omieszka napomknąć o tym przy pierwszej sprzyjającej ku temu okazji, czyli gdy będą sami. Kaplan znał jego sytuację, a nie było sensu rozpowiadać o tym dalej, chwalić się, zwłaszcza, że nie było czym... "Hej, jestem Vic, porwała mnie agencja rządowa i zamknęła, bo uznali mnie za coś w stylu Terminatora", tak z pewnością zdobędzie masę przyjaciół. Kto się oprze takiej reklamie? Wszystko w swoim czasie.
Podczas ich krótkiego spaceru rozglądał się dookoła, zapamiętywał budynki, czasem sam Billy'ego podpytywał o niektóre lokacje. Dobrze znał mapę Nowego Jorku, nie raz ją przeglądał, ale jednak zobaczyć wszystko na własne oczy, z innej perspektywy, niesamowite. Zwłaszcza, że o tej porze wszystko było pięknie rozświetlone, zupełnie inaczej niż w jego dzielnicy. Sam Park też prezentował się przyjemnie, chociaż w tym wypadku o wiele bardziej ciągnęło go do plaż i oceanów z wysokimi palmami i pięknymi zachodami. Dodatkowo, nie czuł się specjalnie w nastroju by zachwycać się pięknem drzew i fontann. Jego myśli wciąż krążyły wokół matki i swojego stwórcy. Jeden dzień, a tyle problemów...Same problemy. Nawet nie potrafił się cieszyć ze spotkania z Avengers, a to przecież nie trafia się codziennie.
Gdzieś tam rejestrował to, że Billy mówił, głównie o otoczeniu, ale nie był to teraz priorytet. Nie dla niego; tak, wiedział, to nieuprzejme, ale Kaplan miał teraz swoje problemy a Latynos swoje i musiał coś szybko wymyślić.
Usiadł na ławce w altance, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Czy jakoś odnajdzie swojego twórcę? Może gdzieś miał zaprogramowane szczątkowe informacje o nim, albo podpis cyfrowy? Cokolwiek, mało kto tworzy cyborga i się pod tym nie podpisuje, zwłaszcza tak zaawansowanego jakim Victor był... Bo był. Pewnie były i lepsze, ale, w końcu on sam jak i otoczenie byli przekonani o tym, że był człowiekiem. Więc jak tu nie mówić o czymś zaawansowanym?
Dopiero pojawienie się kolejnych osób sprawiło, że podniósł się z ławki i zbliżył do Billy'ego. Kiedy przedstawiona im została Cassie, uniósł lekko dłoń.
- Victor. - Przedstawił się krótko, więcej nie było potrzebne w tym wypadku. I tak jego nazwisko im nic nie powie, a i specjalne opowiadanie o sobie byłoby zbędną dla nich informacją. Poza tym, musieli się uporać z Tarczą i podjąć ważne decyzje dotyczące przyszłości tej grupy, zdecydowanie nie był w tym wszystkim istotny.
Zbierało się ich coraz więcej, obcych osób, które nie spieszyły się z przedstawieniem, z wyjątkiem Kelly. I tak nie będzie miał okazji z nią porozmawiać, ale imię i tak zapamięta - w końcu był superkomputerem czy czymś w tym stylu. Miał zamiar się oddalić, dopiero na komunikat o latającym telefonie, przesunął się w taki sposób by móc go zobaczyć za plecami Cassie. Potrzebował chwili na pełne zarejestrowanie obrazu, zbadanie, ale udało mu się wyłapać pewnie niezgodności. Światło lampy jak i łuny bijącej z nieba, układały się na czymś, odbijały w bardzo specyficzny sposób rysując tam pewien kształt. Niepełny, oczywiście, ale na pewno nie był to latający telefon, coś lub ktoś mu pomogło. Wysunął nieznacznie dłoń, powodując spięcie w sprzęcie, niegroźne, jednak wystarczające by zachęcić osobnika do reakcji, która mogłaby go zdradzić. Sam telefon przyciągnął do siebie, poświęcając moment na przywrócenie go do normy zanim oddał Cassie.
Ciekawe kto postanowił zaczepić grupkę dzieciaków... I to w tak nietypowy sposób. Chyba dzisiaj w Central Parku gromadziły się wszystkie młode talenty. Cyborg, Asgardczycy, mutanci, córka Antmana i kilka nieznanych mu jeszcze osobowości. Zdecydowanie wyjątkowy okres w jego życiu.


/Billy chce odpisać po mnie, więc rezerwuję za niego kolejkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan



Liczba postów : 247
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Sob Maj 14, 2016 3:45 pm

Billy naprawdę starał się nie brać do siebie tego, że od pewnego czasu Victor uparcie milczał i właściwie nawet nie reagował na jego ostatnie wypowiedzi. W końcu nie było przecież tak, że kompletnie go ignorował, bo jeszcze po drodze rozmawiali o okolicy... A obaj mieli teraz dużo do przemyślenia. Rozumiał to i nie miał żadnych pretensji. Sam zresztą mówił głównie po to, aby skupić się na czymś przyjemniejszym od problemów, z którymi się właśnie borykali. Tyle że... Brak odzewu mimo wszystko trochę go zniechęcał, a dokładniej wpędzał go w zakłopotanie i sprawiał, że po prostu głupio było mu się znów odzywać - dlatego też ostatecznie zdecydował się tego nie robić. Spojrzał tylko krótko, kontrolnie, na Latynosa, jak gdyby chciał się upewnić, że wszystko z nim w porządku - przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w tych okolicznościach - a następnie znów obrócił głowę twarzą ku wodzie.
Jako że w zakątku zapanowała teraz względna cisza, nie licząc rzecz jasna dobiegających z oddali odgłosów miasta, zbliżające się kroki - a konkretniej ich dwa zestawy - bardzo skutecznie zwróciły uwagę Kaplana, który z ich powodu niemalże od razu obejrzał się w stronę ścieżki. Jego wzrok padł w pierwszej kolejności na znajdującą się na przedzie tego miniaturowego pochodu Kate i już miał ześlizgnąć się dalej, na nadciągającą tuż za nią dziewczynę, gdy komentarz koleżanki z drużyny wybił go z rytmu... I zarazem sprawił, iż zamiast tego Billy ponownie zerknął ku swojemu dotychczasowemu towarzyszowi. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ten gest mógłby zostać odebrany, gdyż jego myśli zajęło teraz coś innego...
Wino i świece? Romantyczny nastrój? Nie, nieszczególnie. Może trochę. No dobrze, właściwie pewnie bardziej, niż tylko "trochę", ale nastolatek zdecydowanie tego nie zaplanował, a przynajmniej nie w sposób świadomy. Zgoda, gdzieś w głębi ducha pewnie od samego początku kołatała mu się myśl, że to miejsce wiąże się głównie ze ślubami, randkami i podobnymi okazjami, ale umyślnie ją ignorował, skupiając się na korzyściach płynących z odosobnionej, ukrytej wśród drzew strefy. Potrzebowali prywatności. To znaczy, cała grupa, a nie Victor i on sam.
Na szczęście Kate łaskawie oszczędziła mu reagowania na tę uwagę, gdyż odezwała się po raz kolejny, a nawet jeśli na policzkach Kaplana pojawiło się przez ten czas trochę więcej koloru, to przy braku porządnego oświetlenia tak czy siak nie powinno to być zbyt dobrze widoczne - o ile w ogóle. Sam chłopak zamierzał natomiast ignorować to lekkie uczucie ciepła na twarzy, licząc na to, że szybko ustanie. Taki miał z grubsza plan.
Zaprezentowanie nowej koleżanki bardzo pomogło mu zresztą w jego realizacji, gdyż przede wszystkim przestawiło jego myśli na inny tor, dużo bardziej znajomy, bezpieczniejszy, a więc i komfortowy. Nim jeszcze słowa Kate na dobre zarejestrowały się w jego głowie, nastolatek skierował już wzrok ku blondynce... I prędko zrozumiał, że właściwie nie potrzebował żadnego przedstawiania, nie w tym wypadku. Jego usta rozchyliły się na moment, jak gdyby zamierzał się odezwać, lecz zaraz potem ponownie je zamknął, słusznie upominając samego siebie, że najpierw się myśli, a potem się mówi... Gdyż nie był nawet pewien, co palnąłby w tej chwili. Ostatecznie zdecydował się zacząć od uśmiechu oraz od uściśnięcia zaoferowanej przez Cassie dłoni, nie ufając jeszcze do końca swojemu wewnętrznemu nerdowi. W tym czasie zaś przeprowadzał już dostępne treści przez filtry dopuszczalności towarzyskiej.
Córka Scotta Langa, traktowana wśród członków Avengers praktycznie jak dobro wspólne - mająca przynajmniej pod tym względem takie życie, jakiego pozazdrościłaby jej pewnie zdecydowana większość fanów superbohaterów, wliczając w to zresztą samego Billy'ego. Możliwość przebywania na porządku dziennym z idolami... Którzy ostatnio okazali się trochę mniej cudowni, niż sobie to wyobrażał, a jednak wciąż nie stracili swojej pozycji w jego osobistej hierarchii... Zrobiłby wiele, aby móc z nimi obcować. Tylko może w trochę mniej problematycznych okolicznościach.
Wszystko to nie zmieniało jednak faktu, że - o ile Kaplan posiadał prawdziwe i aktualne informacje - sama Cassie raczej nie wykazywała żadnych nadzwyczajnych zdolności. To znaczy, była normalnym człowiekiem, prawda? Więc mogłaby polegać chyba tylko na szkoleniach oraz na sprzęcie, a po odcięciu się od Tarczy najprawdopodobniej z jednym i drugim będą mieli pewne kłopoty. Ten wątek też będą musieli poruszyć... O ile w ogóle wszyscy zainteresowani zgodzą się na odłączenie Young Avengers od organizacji, a w tym momencie nie było to wcale takie pewne.
- Wzajemnie - powiedział więc tylko, nim puścił dłoń Cassie, a następnie wykonał drobny krok w stronę Victora, tym samym jeszcze trochę się do niego przysuwając. Jako że Latynos podał swoje imię, Billy zamierzał jedynie wspomnieć krótko i ogólnie o jego sytuacji, póki co pomijając zbyt osobiste szczegóły... Oraz zapewne wszystko to, co mogłoby wzbudzić niepotrzebne i tak naprawdę bezpodstawne podejrzenia... Ale najzwyczajniej w świecie nie zdążył, gdyż akurat wtedy na scenę przybyły trzy kolejne osoby. Stojąc teraz tyłem do jeziora, a przodem do ścieżki Kaplan widział to, jak nadchodziły i pomimo kiepskiego oświetlenia mógł już wyciągnąć kilka wniosków.
Przede wszystkim były to dwie dziewczyny i jeden chłopak - a nie kojarzył żadnego z nich. Wyglądało na to, że albo Tarcza nie próżnowała i w dalszym ciągu zgarniała do projektu kolejnych rekrutów... Albo Kate ich skądś wytrzasnęła, co zdawało mu się jednak mniej prawdopodobne. W takim wypadku stawiliby się chyba wszyscy razem, prawda? Były to jednak tylko jego domysły, a pierwsze słowa nieznajomego nastolatka trochę im przeczyły. "Przyprowadził ze sobą" - brzmiało tak, jak gdyby tylko on był w tej chwili częścią grupy... Ale zaraz. "Asgardianki"?
To jedno określenie wystarczyło, aby Billy na moment zupełnie stracił zainteresowanie chyba nowym kolegą i, co za tym idzie, zignorował również jego jakże subtelne podejście do Kate. Obie towarzyszące mu dziewczyny wyglądały dość normalnie, miały na sobie ziemskie stroje, które ani trochę nie przypominały - na przykład - zbroi Thora... A mimo to jedna z nich najwyraźniej posiadała przy sobie miecz, co dawało już trochę do myślenia. Wzrok Kaplana zatrzymał się nieco dłużej na wspomnianej broni, nim do chłopaka dotarło, że się gapi - gdyż wówczas prędko poderwał spojrzenie wyżej, a dokładniej ku twarzom najpierw jednej, a potem drugiej nieznajomej. To nie był najlepszy czas na kultywowanie miłości do Asgardu.
Dopiero kolejne słowa adoratora Kate faktycznie przywołały Billy'ego do porządku. Chłopak odruchowo zmarszczył czoło, spoglądając na rówieśnika... I prawdę mówiąc nie do końca rozumiejąc o co mu chodziło. To znaczy, oczywiście rozumiał, że nie każdy śledził życie superbohaterów, znał na pamięć ich historie i orientował się w układach rodzinno - towarzysko - romantycznych, ale akurat Cassie była... Znana. Popularna. Chyba wszyscy wiedzieli o tym, jak bardzo Ant-Man kochał córkę. To z kolei, że zupełnie obcy i anonimowy nastolatek nie widział w niej "tego czegoś", dla Kaplana znaczyło mniej więcej tyle samo, co zeszłoroczny śnieg. Gorzej, że dla samej Cassie już niekoniecznie...
To właśnie dlatego Billy - zanim jeszcze się odezwał, aby najprawdopodobniej zrobić sobie w drużynie pierwszego wroga - na początek skierował wzrok ku blondynce, chcąc ujrzeć jej reakcję. Po części ciekawiło go czy na jej twarzy odbije się wyraz złości czy może dotknięcia, bo to powiedziałoby wiele o jej nastawieniu... Ale uwaga jednej z boginek znów sprowadziła dyskusję na inne tory, a spojrzenie Kaplana instynktownie przesunęło się ku wskazanemu przez nią zjawisku.
Latający telefon. Przy kiepskim świetle, a dokładniej w cieniu rzucanym przez... Przez wszystko - drzewa i zebrane przy jeziorze osoby... Nie tak łatwo było go zauważyć, ale teraz Billy nie spuszczał już z niego oka, skoro wiedział, że on tam jest. Nastolatek zamrugał szybko, jak gdyby to miało coś zmienić, ale jednak wzrok go nie mylił. W dodatku najwyraźniej wszyscy widzieli to samo, gdyż Victor zareagował jako pierwszy - przechwytując komórkę po uprzednim potraktowaniu jej... Iskrami.
To właśnie one okazały się niezwykle istotne, gdyż ich blask odbił się na jakiejś pobliskiej powierzchni - niewidzialnej, a może raczej przezroczystej, a jednak zakrzywionej, jeżeli sądzić po tym, w jaki sposób zatańczyły na niej błyski energii... Czyli coś się tam znajdowało. Albo może nawet ktoś... Czy materialny? O tym akurat łatwo można się było przekonać, a w dodatku jeżeli zdolności Billy'ego przydawały się do czegokolwiek - poza teleportacją - to właśnie do rozświetlania otoczenia.
To prawda, że zwykle podnosił lżejsze obiekty, ale zdarzało mu się już lewitować ludzi, dlatego też był dobrej myśli, gdy zaczął skupiać się na obszarze przy Cassie, szukając punktu zaczepienia, generując błękitną energię - tak przy swoich oczach i dłoniach, jak i obok blondynki. Starał się ograniczać blask do minimum, aby nie przedarł się przez drzewa na drugą stronę i nie został zauważony, ale mimo to istotniejsze wydawało mu się zdemaskowanie... Złodzieja? Szpiega? Odbijające się na nim światło pozwoliło ustalić jego położenie, dzięki temu z kolei Kaplan mógł już poderwać go w górę i zawiesić jakiś metr nad ziemią.
- Naprawdę powinniśmy mieć własną bazę na takie spotkania. Właśnie po to, żeby na przyszłość uniknąć tego rodzaju sytuacji - skomentował, chwilowo zapominając o swoich pretensjach względem... No tak. Jeszcze nie wiedział jak miał na imię czarnoskóry chłopak, który przed chwilą przyczepił się Cassie. Wypadałoby to chyba naprawić, przedstawić się po raz kolejny, ale może niekoniecznie przy obcym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Pią Maj 20, 2016 7:03 pm

Eli nie przyglądał się wszystkim. Był bardziej nieobecny, aniżeli skupiał się na kimś konkretnie. No może z wyjątkiem Kate, która wyglądała całkiem uroczo według czarnoskórego. Ale zaraz złapał samego siebie na zbyt długim wpatrywaniu się w dziewczynę, więc postanowił przenieść wzrok na Wiccana, który według niego też za długo wpatrywał się w dziewczyny.
- Coś cię w nich zafascynowało, gościu? - spojrzał na niego może nie bardziej jak na wroga, ale kogoś, kto chciałby przeprowadzić na nich eksperymenty. A może był po prostu zbyt przewrażliwiony. W końcu był tylko nastolatkiem natchnionym historiami swojego dziadka o nim i o wujku. O historii, której ludzie nie chcieli słyszeć. Zaślepieni byli tylko jedynym, tym najbardziej popularnym Ameryką - Stevem Rogersem. To powodowało w nastolatku, że musiał coś z tym zrobić. Przywdziać uniform, stać się symbolem z którego jego dziadek będzie dumny. I może nawet inspiracją dla innych młodych, chcących być bohaterami.
Ale nagle nastał etap w którym każdy musiał się przedstawić, a więc nie chciał pozostać dłużny.
- Eli Bradley, wnuk Isaiaha Bradleya. Prawdziwego Kapitana Ameryki. - W ostatnich trzech wyrazach można było słyszeć jak Patriot wycedził je przez swoje zęby jak gdyby coś go bolało. Może to fakt, że ktoś może nie znać jego dziadka, który według niego był lepszy niż Steve Rogers. A może po prostu chciał, żeby ktoś zadał mu pytanie o niego. Tego sam Eli już nie wiedział.
Drugą rzeczą, która przykuła jego uwagę była... latająca komórka. O ile nie mamy dwudziestego piątego wieku, gdzie ewentualnie takie mogą występować to tutaj Eli cóż... Zdziwił się. I nie było to raczej dzieło przypadku. A później magiczny chłopak uaktywnił swoje moce i pokazał im wszystkich sprawcę tego cudu zwanego latającą komórką. Okazał się nim... nerd? Takie wrażenie odnosił Eli. - Taa... Powinniśmy mieć własną bazę... Coby NIEPROSZENI goście nie musieli przy okazji wpadać do nas. - Tutaj oprócz obserwacji i opinii na samego lewitującego chłopaka, Eli miał także na myśli dziewczynę. Ale czy ktoś dostrzeże drugie dno?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eugene Mercer



Liczba postów : 34
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Sob Maj 21, 2016 6:55 pm

Eugene się uśmiechnął. Udało mu się! Kradzież telefonu poszła gładko... w teorii. Bo z tego powodu, iż chciał się trochę nacieszyć zdobyczą, nie schował go od razu do kieszeni. Nie zwracał uwagi na rozmowę nastolatków, ale zdanie wypowiedziane przez jedną z dziewczyn go przeraziło. Zamarł w bezruchu, mając nadzieję że uzna to za przewidzenie. Niestety, następna także to dostrzegła, przez co nadzieje Eugena poszły precz. Musiał uciekać, jak najszybciej. Gdy tylko ta myśl zaświtała, telefon kopnął go prądem. Natychmiast wypuścił go z dłoni, zaskoczony. Pojawiło się także tajemnicze niebieskie światło, które go oświetliło. Choć został odkryty, nie zmienił koloru skóry. Dalej był przeźroczysty, co postanowił wykorzystać. Jednak zdał sobie sprawę, iż lewituje, a jemu samemu ciężko jest się poruszać. Zupełnie jakby coś go chwyciło za każdą zewnętrzną komórkę ciała, i uniosło ku górze. Przeraził się.
~Kim oni są?~Zastanowił się w myślach chłopak. Przecież normalne nastolatki tak nie robią? Wcześniej gadali coś o Avengersach i innych bohaterach, ale myślał że to zwykłe rozmowy młodzieży. Zdał sobie sprawę także z jednej rzeczy-otóż z powodu przerażenia, zmieszanego z zaskoczeniem, zapomniał o utrzymaniu szklanej powłoki. Dlatego wyglądało to jakby pojawił się w tej sferze, ze zwykłego konturu postaci
~Baza? Kto to do jasnej cho[cenzura]y jest?!?~Pomyślał. Z przerażenia niemal zapomniał języka w gębie. Nie miał jak uciec, nie mógł użyć swoich mocy. Spróbował się poruszyć, by mieć jakąś możliwość odwrócenia uwagi, wystrzelić choć trochę szkła. Nic z tego, "sfera" trzymała go mocno. Nie wiedział co zrobić, przerażenie na jego twarzy było nie do opisania słowami. Nie mógł logicznie myśleć. W końcu powiedział pierwsze co mu przyszło do głowy
-J-j-ja p-p-prze-e-epra-a-a-asz-a-a-am-Z przerażenia zaczął się jąkać. No i dodajmy do tego wrodzoną nieśmiałość, co tylko utrudniło wypowiedzenie słów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cassie Lang



Liczba postów : 24
Data dołączenia : 10/04/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Maj 22, 2016 5:36 pm

Cassie, zadowolona z tego jak została przyjęta przez obu z nastolatków, uśmiechnęła się lekko i przez ramię zerknęła w stronę Bishop, bez słów dzieląc się z brunetką własnym szczęściem. Coraz to bardziej pewna siebie i swojego głosu, dodała zaraz:
- To miejsce rzeczywiście jest urokliwe. Sam je wybrałeś? – Zapytała Kaplana, samej nie mogąc oderwać oczu od odbijającego się od tafli wody błękitnego światła. Musiała koniecznie jeszcze odwiedzić te okolice, szczególnie o tej porze. Tylko może następnym razem w bardziej normalnych okolicznościach, niż tajne spotkania z ugrupowaniem młodocianych herosów.
Kiedy tylko kolejne osoby dołączyły do ich grona, dziewczyna skupiła się na ich cechach charakterystycznych. Raczej nie miała większych kłopotów z rozpoznaniem kolejnego z członków, Patriota, który przy okazji rzeczywiście okazał się być równie złośliwy i negatywnie nastawiony, jak na ekranie telewizora. Spodziewając się podobnej reakcji, Lang zignorowała jego dość bolesne słowa i spojrzenie przerzuciła na dwie pozostałe postaci, które również okazały się być dziewczynami, w dodatku pochodziły z Asgardu. Było to znacznie bardziej interesujące niż czyjeś kąśliwe komentarze na jej temat, toteż szybko udało się jej zapomnieć o wszystkim i skupić na nowoprzybyłych. Choć nie były one zbyt rozmowne, Cassie nadal starała się dowiedzieć jak najwięcej z ich postaw, czy ubiorów. Miała tylko nadzieję, że nie zostanie odebrane to jako coś złego, a raczej czysta ludzka ciekawość.
Tak było przynajmniej do czasu.
Na moment zanim Billy zdążył zlokalizować intruza i unieszkodliwić go poprzez wysłanie w powietrze, blondynce udało się wymierzyć kilka bolesnych ciosów, tak jak kiedyś nauczył ją tata – „Jeżeli znajdzie się ktoś, kto nie będzie chciał odpuścić i dać za wygraną, poślij mu kopniak w łydkę, łokieć w brzuch i pięść w nos”, powiadał. Cassie, mając już doświadczenie w podobnych sytuacjach, bez ostrzeżenia wymierzyła cios w miejsce gdzie teoretycznie miał się znajdować żołądek złodziejaszka. Uderzenie mogło odebrać Eugene’owi oddech na kilka sekund oraz niewykluczone, że zemdliło go nieco, dziewczyna bowiem nie planowała żegnać się z telefonem tak szybko, nie wtedy, gdy miała w nim zapisany kontakt taty i wszystkie ich wspólne rozmowy. Następnie zacisnęła pięść i wycelowała gdzieś w głowę chłopaka, tym razem trafiając w samą szczękę. Gdy tylko przeciwnik uniósł się nieco nad ziemię odetchnęła i wzrokiem zaczęła ponownie szukać komórki, zaś otrzymawszy go z powrotem kiwnęła głową do Victora z wdzięcznością i pozwoliła swoim mięśniom się zrelaksować, skoro niebezpieczeństwo było już za nimi.
Niestety, słowa Eliego nie były w żadnym wypadku pomocne, a wciąż podatna na skrajne emocje Lang poczuła rosnącą w niej złość. W dodatku ciągłe ukradkowe spojrzenia Patriota w stronę widocznie niezainteresowanej i podirytowanej jego zachowaniem Kate wzbudziło w niej swego rodzaju obrzydzenie, słowem – Bradley aż się prosił o wojnę.
- Posłuchaj mnie uważnie, bo nie mam zamiaru się powtarzać. – Zaczęła Cassie, mierząc czarnoskórego lodowatym spojrzeniem niebieskich oczu. – Jestem tutaj nie po to, by wysłuchiwać głupich domniemań, czy zostać wyzwaną od „nieproszonej”. Jako członek Młodych Mścicieli przybyłam tu, by pomóc drużynie z ustaleniem niektórych kwestii i ewentualnie wypowiedzieć się na część naglących tematów, nie być potraktowaną jak niechciana zabawka. – Blondynka, z delikatnie zaczerwienionymi policzkami i świecącymi niebezpiecznie oczami, zbliżyła się na krok do Eliego, tym razem wyraźnie patrząc już na niego z góry. – I czy tego chcesz czy nie, ale jestem córką drugiego Ant Mana, Mściciela, bohatera i najwspanialszego ojca jakiego kiedykolwiek mogłam mieć.
Blondynka wydęła nie do końca świadomie usta i sapnęła ze złości, nadal nie rozumiejąc jakim prawem Patriot zachowywał się wobec niej w taki sposób, niczym najzwyczajniejszy awanturnik. Cholera, była w stanie zawalczyć o swój honor tam gdzie stali, zupełnie lekceważąc fakt, że jako członkowie jednej drużyny powinni raczej spróbować rozwiązać to pokojowo.
Ale po co komu zasady, gdy mieli pięści?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skuld



Liczba postów : 13
Data dołączenia : 25/02/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Maj 22, 2016 9:20 pm

Widząc jak nastolatkowie szybko rozprawiają się z niedoszłym złodziejaszkiem, uśmiechnęła się delikatnie, wzrok błękitnych oczu pozbawionych źrenic cały czas mając utkwiony w punkcie, gdzie widziała "telefon", jak to nazwała przedmiot jej przyjaciółka. Musiała przyznać, że ludzie potrafili ją miło zaskoczyć i nie byli aż tak słabi na jakich wyglądali. Z tego co wiedziała, ruszali na spotkanie Młodych Mścicieli, więc sama nazwa mogła jej podsunąć jako takie wyobrażenie o osobach, które miała poznać. Nie mogły to być ciepłe kluchy, które niczego nie umieją. Prawdę powiedziawszy, Skuld zaczęła czuć fascynację pochodzeniem ich siły - ludzie ponoć nie mieli żadnych naturalnie wrodzonych mocy. Przynajmniej ci zwykli, szarzy, którzy zamieszkiwali większość Ziemi.
Spojrzała na Patriota, a uśmiech zniknął z jej bladej twarzy. W każdym gatunku musiał znaleźć się jakiś osobnik poniżej przeciętnej, czarna owca... wróć. Czarna to w tym momencie trochę zbytnia dosłowność.
- Bradley, ty to sobie nieźle grabisz chyba u każdej dziewczyny, którą spotkasz... - burknęła nieco oskarżającym tonem. Odnosiła wrażenie, iż Eli ma problem z płcią przeciwną. I to poważny.
- Nie przejmuj się jego słowami, młoda damo - tu zwróciła się w stronę Cassie i posłała jej łagodny uśmiech. Patriota zaś pacnęła otwartą dłonią w tył głowy - może nie mocno, ale zapewne dobrze odczuwalnie. - Faceci to kretyni i niższa rasa. Przynajmniej większość - dodała, zabierając rękę i wsuwając ją do kieszeni spodni. Nie czuła się najlepiej w ziemskich ubraniach, ale została zmuszona do niezwracania na siebie uwagi. Materiał wydawał jej się zdecydowanie za ciepły i utrudniający ruch, a do tego nie komponował się z jej gustem. Może narzekałaby mniej, gdyby dookoła leżał śnieg po pas, ale nawet w takich sytuacjach wolała swoją dość skąpą zbroję. Ot, los zimnolubnego stworzenia, które wychowało się wśród śnieżnych zamieci.
- A wykorzystując okazję sypania tytułami... Nazywam się Skuld Odindóttir, walkiria, prawdopodobnie była już norna, opiekunka Drzewa Świata, Widząca Przyszłość... i takie tam - odezwała się po raz kolejny, przysuwając się bliżej zgromadzenia i delikatnie kłaniając. O ile Bradleya na pierwszy rzut oka nie polubiła, tak reszta zdawała się przyjemniejsza i bardziej normalna. Zresztą... i tak by się kiedyś dowiedzieli kim jest, więc lepiej wyznać im to wcześniej niż później. Poza tym, wszystkiego im nie powiedziała, bo spędziłaby przy tym parę minut.
Miękkim krokiem podeszła do przerażonego chłopaka, który jeszcze chwilę temu próbował być niewidzialny. Zbliżyła się do niego na niebezpiecznie bliską odległość i wbiła straszny wzrok w jego oczy. Blada twarz i brak jakichkolwiek emocji na niej tym bardziej mogły wywołać niepokój. Nic nie powiedziała, nic nie zrobiła. Po prostu obserwowała jego zachowanie, samej wyglądając na nieco nawiedzoną. Ale nigdy przecież nie była normalna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan



Liczba postów : 247
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Sro Maj 25, 2016 6:21 pm

Obserwując poczynania podświetlonego na niebiesko złodzieja Billy odczuwał pewien rodzaj satysfakcji i zadowolenia z siebie. Może rzeczywiście nie był to nie wiadomo jak wielki sukces, ale jednak coś mu się wreszcie udało, wykorzystał swoje zdolności w celu, który tym razem już chyba bezsprzecznie musiał być uznany za dobry... Bo złapał przestępcę, a w dodatku takiego, który za ofiarę obrał sobie jego nową koleżankę.
Tyle że... Koleżanka najwyraźniej sama potrafiła o siebie zadbać, a zarówno widok, jak i późniejsze wspomnienie wyprowadzanych przez nią przed chwilą ciosów sprawiały, że Kaplan prawie współczuł niedoszłemu złodziejowi. Wyglądało na to, że słusznie podejrzewał, iż Cassie wiedziała co nieco o walce, a przynajmniej tej w samoobronie. Uczyła się od ojca? A może od kogoś z jego drużyny? Nastolatkowi wcale nie było trudno wyobrazić sobie na przykład Kapitana Amerykę - chętnego podszkolić córkę przyjaciela.
To odnoszące się do współczucia "prawie" rozpłynęło się w momencie, gdy napastnik przywrócił sobie kolory i w ten sposób stał się widzialny... Ukazując im wszystkim oblicze ich rówieśnika. Choć może nie do końca ich wszystkich, bo jeżeli przyprowadzone przez Drażliwca dziewczyny faktycznie pochodziły z Asgardu, to mogły być akurat dużo starsze... Najważniejsze jednak, że złodziej był młody i w tej chwili sprawiał wrażenie przerażonego do tego stopnia, że nawet nie mógł się wysłowić. Nie oznaczało to, że Billy zamierzał go wypuścić, lecz przynajmniej nakazało mu przesunąć pytającym spojrzeniem po pozostałych... Którzy zdawali się już myśleć o czymś innym. Głównie przez Eliego.
Poznanie jego imienia wcale nie nastawiło do niego Kaplana pozytywniej, lecz nastolatek nie ukrywał, że zobaczył go przez nie w trochę innym świetle. Nazwisko "Bradley" nie wymagało żadnego tłumaczenia, nie dla Billy'ego, który wiedział o jego dziadku praktycznie wszystko, co tylko mógł znaleźć w internecie, czyli swoim głównym i najważniejszym źródle informacji. Określenie "prawdziwy Kapitan Ameryka" trochę go ubodło, bo osobiście uważał, że Steve Rogers był bardzo prawdziwy i istotny... Lecz nie umniejszało to w ogóle jego szacunku i zainteresowania względem innych osób związanych z tym tytułem.
W związku z tą rewelacją Kaplana już niezbyt zaskoczyło poparcie Eliego dla jego słów odnośnie zapotrzebowania na własną bazę. Limit zdziwienia musiał zostać kiedyś wyczerpany i w tej chwili potrzebował czasu, aby się po prostu odnowić. Ten na irytację był na szczęście większy i póki co miał się jeszcze dobrze, dlatego kolejna wycieczka personalna pod adresem Cassie skwitowana została przez Billy'ego w pierwszej kolejności przewróceniem oczami, a w następnej - cichym i pełnym zrezygnowania westchnięciem. Ich współpraca zapowiadała się doskonale.
Blondynka zdążyła już udowodnić, że sama świetnie potrafiła się bronić i dlatego w tej chwili Kaplan nawet nie próbował wtrącać się w temat. Zapamiętał tylko, aby później, gdy sprawy się uspokoją i w pobliżu nie będzie tak wielu świadków, porozmawiać z dziewczyną i być może wspomnieć o tym, że osobiście ją popierał, a nawet podziwiał za to, jak sobie radziła. Sam pewnie zareagowałby zupełnie inaczej, gdyby znalazł się na jej miejscu... Ale o tym nie chciał teraz myśleć.
Cassie go zresztą nie zawiodła i wyrzuciła z siebie przemowę, z której chłopak był dumny. Dzięki temu wiedział już, że najprawdopodobniej bez problemów będzie umiał się z nią dogadać... I że postawa rówieśniczki w pełni mu odpowiadała. Nastolatka z całą pewnością nadawała się do ich drużyny, a jeżeli Eli w dalszym ciągu nie będzie w stanie tego zauważyć... To może powinien lepiej się jej przyjrzeć. Dosłownie, bardzo dosłownie, bo - przyglądając się uważnie Cassie - Billy był pewien, że dziewczyna właśnie trochę urosła. Szybkie zerknięcie w dół potwierdziło, iż nie uniosła się na palcach, ani nie zrobiła niczego podobnego. Limit zaskoczenia Kaplana nie wypełnił się jeszcze z powrotem, a do faktycznego zdziwienia nie miał tak naprawdę powodów... Bo to przecież córka Ant-Mana, tak? Widocznie po sieci krążyły po prostu przekłamane albo nieaktualne informacje na jej temat.
Billy już miał powiedzieć coś na ten temat, gdy odezwała się jedna z przybyszek z Asgardu - a jej pierwsze słowa od razu sprawiły, że chłopak mimowolnie się uśmiechnął. Nie był w stanie się przed tym powstrzymać. Czyżby z nią również Eli miał na pieńku? Jakoś go to nie dziwiło... A mimo to chyba nie byli w złych stosunkach. Raczej. Nawet biorąc pod uwagę to o "kretynach" i "niższej rasie", co sam Kaplan postanowił rozsądnie zignorować, aby nie sprawdzić jaką dokładnie siłą dysponowała dziewczyna i na ile skutecznie potrafiła się z nią ograniczać.
Jego milczenie zostało nagrodzone poznaniem miana Skuld. Jako wielki entuzjasta mitologii nordyckiej Billy natychmiast zrozumiał cóż takiego mogło wynikać z nazwiska "Odindóttir", ale w porę ugryzł się w język, aby jeszcze o to nie zapytać. Może później... Choć wszystko wskazywało na to, że będzie musiał przygotować sobie całą listę spraw do poruszenia ze Skuld oraz jej towarzyszką... Z Kelly. Swoją drogą, ciekawe czemu korzystała z ziemskiego imienia. Ukrywała się z prawdziwym? Nie ufała im jeszcze? A może po prostu nie posiadała innego? Opcji było tak wiele, ale jednak Kaplan nie sądził, aby wypadało teraz się tym zajmować, więc tylko dodał tę kwestię do listy.
- Umm... Dwa pytania. Po pierwsze, złodziej? Może jednak powinniśmy coś w związku z nim zrobić? Mogę jeszcze trochę potrzymać go w powietrzu, nie ma sprawy, ale to trochę mało permanentne rozwiązanie. I.... Może niekoniecznie bezpiecznie jest przy nim tak otwarcie dyskutować, choć mogę się mylić - zauważył, wzruszając przy tym ramionami i unosząc lekko jedną dłoń, wnętrzem skierowaną ku górze, a wskazującą mniej więcej w stronę dorwanego kieszonkowca. Ruch ten sprawił, że tańczące po jego skórze błękitne iskry, światła i błyski na chwilę pozostawiły po sobie w powietrzu smugę.
- Po drugie... Cassie, od dawna posiadasz moce swojego taty? - zagadnął od razu potem, bardzo wygodnie ignorując fakt, iż sam przed chwilą wspomniał o powstrzymywaniu się przed mówieniem przy ich nieproszonym gościu. Ta kwestia i tak wyszła już na jaw, dziewczyna sama nazwała się córką Ant-Mana, więc większych szkód tym pytaniem chyba nie wyrządził... A przynajmniej taką miał nadzieję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eugene Mercer



Liczba postów : 34
Data dołączenia : 27/04/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Wto Maj 31, 2016 5:49 pm

Jeśli Eugene do tej pory był przerażony, to teraz dosłownie stał się czystą esencją strachu. Zachowanie dziewczyny która przedstawiła się jako Skuld, go przeraziło. Można było dostrzec jak bezskutecznie stara się wycofać. Automatycznie, z nawyku zaczął wytwarzać szklany szpikulec, by jakoś się obronić. Zdał sobie sprawę że uderzenia dziewczyny przestawały piec. Miał nadzieję że nie będą one przeszkadzały w ucieczce. Najpierw w jego dłoni zauważyć można było odłamki szkła, które zbiły się w kupkę i zaczęły się formować. Równocześnie zaczął analizować sytuację, nie na chłodno, ale na zasadzie: muszę stąd jak najszybciej uciec. Dlatego postanowił spróbować posłać kolce w ścianę. Nie chciał ich skrzywdzić (choć zdawał sobie sprawę że to prędzej oni mogli go skrzywdzić).Toteż na chwilkę przed zamianą iskierek w chmurę dymu wystrzelił 10 małych szpikulców, które wbiły się ze stukotem w jeden z filarów. Gdy tylko iskry zamieniły się w dym, spróbował się zerwać. Nie słuchał rozmowy, musiał po prostu uciec. Spróbował to w zasadzie dobre słowo. Był jednak gotowy w każdej chwil ruszyć. Miał zamiar uciec i niespodziewanie skręcić, by znów zostać niewidzialnym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Patriot



Liczba postów : 43
Data dołączenia : 23/01/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Pią Cze 03, 2016 5:58 pm

Patriot patrzył się w dziewczynę płonącym wzrokiem, tak jakby miał coś do niej. I faktycznie, tak było, bo nagle wycelował do niej palcem, a jego brwi zniżyły, na grzbiecie nosa zaczęły pojawiać się zmarszczenia, zaś usta ułożyły się w grymas złości.
- Może i jesteś jego córką, ale to czy nadajesz się, zależy też bezpośrednio do mnie... To ja potrafię tutaj rządzić, Lang. Możesz mieć nazwisko swojego ojca, możesz być podobna do niego, ale to nic nie znaczy. Bo nie ważne jak będziesz się starała to i tak pozostaniesz bezwartościowa. Pogódź się z tym. - Przy tym Patriot uniósł swoją zaciśniętą dłoń w stronę dziewczyny, lecz tak naprawdę opamiętując się nad tym co czyni, cóż, puścił dłoń i warknął. - Po prostu zrozum, że nie potrzeba nam ludzi bez niczego. Jesteś jak zepsuta zębatka zatrzymująca sprawne części. - Z ust Patriota leciały co chwila mocniejsze słowa. Było to wszystko spowodowane nerwami, po części także tym, że wszystko związane z organizacją grupy szło tak... powolnie. Chciał prężnie rozwijającej się grupy, osób pragnących czynić to samo co on. Czynić ten świat lepszym. Ale jak to mogło dziać się, gdy jest ktoś, kto nie ma żadnych mocy. Żadnych.
Niestety, hormon używany przez Eliego nadal działał, a ten w złości uderzył po prostu w drzewo tak, że opadła z niego kora w okolicach uderzenia pięścią. Dłoń zabolała, złość nadal pozostała, ale Bradley odszedł już od nich, siadając gdzieś dalej. Lecz nadal słyszał ich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Skuld



Liczba postów : 13
Data dołączenia : 25/02/2016

PisanieTemat: Re: Central Park   Pią Cze 03, 2016 6:36 pm

Jeszcze chwila, a mogłaby zacząć wyczuwać w powietrzu emocje niedoszłego złodziejaszka. Zastanawiała się co może siedzieć w jego umyśle. Postrzegał ich jako przyszłych morderców, kryminalistów zbiegłych z najmroczniejszych więzień? Wszyscy wyglądali całkowicie normalnie, łącznie z nim samym. Jedyne co ich odróżniało od zwykłych nastolatków to brak bezbronności... i to, że dwójka z nich zdecydowanie nie miała już dwucyfrowej liczby obok wieku. Kogo jednak to obchodziło? Kobiet nie pyta się o takie rzeczy, a wyglądały młodo - równie dobrze mogłyby być ich rówieśniczkami. Tak czy w krzak, on również nie należał do normalnej części społeczności. Czego się bał? Że go zabiją?
Jakaś część walkirii chciała to zrobić. Ale ciężko byłoby gołymi rękami i w obecności tylu świadków.
Przechyliła nieznacznie głowę na lewo, a po chwili na prawo, nieruchomymi oczami wpatrując się w "ofiarę". Całkowicie zignorowała to, że może zacząć się bronić, że kamuflaż nie jest jego jedyną zdolnością. W czasie swojego długiego życia widywała różne istoty, które zwykle ukrywały swoje plany B. Teraz liczyło się tylko poznanie tego, co kotłuje się pod tą ciemną czupryną. Próbowała użyć swojego doświadczenia w obserwacji zachowań, wyciągania z nich wniosków. Nie wiedziała jednak, iż przypadkiem użyje czegoś innego.
Na początku obraz po bokach zaczął się rozmywać, ale Skuld kompletnie to zignorowała, biorąc to za efekt skupiania wzroku na oczach Eugena. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z faktu, że nie może się ruszyć, mrugnąć, odezwać. Ziemia wydawała się powoli uciekać spod stóp, aż wreszcie przed ślepiami ujrzała ciemność.
Więc to miał być jej koniec? Ziemski łez padół, park w centrum ogromnego miasta, obecność mnóstwa nieznanych jej osób i jedna tylko przyjaciółka, którą miałaby teraz zostawić?
W sumie oko za oko, Kelly też ją już raz zostawiła na pastwę losu.
Świadomość powróciła tak szybko, jakby dziewczyna została oblana wiadrem lodowatej wody. Przez chwilę nie mogła się ruszyć, aż wreszcie zerknęła w dół, zmuszając głowę Mercera do lekkiego pochylenia się. Zobaczyła siebie samą, leżącą jak gdyby nigdy nic na podłożu. Ciemne włosy rozlały się na ziemi, błękitne oczy patrzyły uporczywie w górę, jakby widziały tam jeden z cudów świata.
Na ogon Ratatoska, jak ja okropnie wyglądam w tych ziemskich szmatławcach, przemknęło jej przez myśli, co niestety mógł usłyszeć chwilowy nosiciel jej świadomości. Sam Eugene odczuć mógł lekki uścisk w klatce piersiowej, a chwilę potem delikatne zawroty głowy. Gdy przeszły, zostało nieznośne uczucie trudności w jakimkolwiek poruszaniu się i poczucie bliskiej obecności.
Skuld zerknęła jeszcze na swoją twarz i zauważyła coś, czego nie powinno tam być. Podczas upadku, jeden ze szklanych odłamków musiał drasnąć jej policzek, na którym w chwili obecnej zauważalna była czerwona, lekko krwawiąca kreska.
Twoje szczęście, że nie mogę się ruszyć, bo stałbyś się piękną płaskorzeźbą, burknęła w myślach niezbyt przyjemnie. A teraz, z łaski swojej, nie próbuj się rzucać, bo zrobię się niemiła, dodała, próbując przeszukać mu umysł w poszukiwaniu jakichś informacji. Wystarczyłoby, że zacząłby o czymś myśleć - nawet próba ukrycia czegoś nie była w tym momencie rozsądnym planem. Nie ma co, dalej dążyła do poznania tego, czego pragnęła mimo mało żywego widoku swojego własnego ciała walającego się radośnie u stóp złodziejaszka. Zupełnie jakby nie zrobiło to na niej wrażenia, choć w rzeczywistości nie miała pojęcia jak tego dokonała. Zmiany związane z klątwą wciąż w większości były dla niej tajemnicą, a odkrywanie swoich możliwości stało się czymś w rodzaju celu głównego.
Gdyby chłopak pogodził się ze swoim losem i trochę uspokoił, byłaby w stanie odczytać jego najbliższą przyszłość. Czuła to gdzieś w głębi ducha, coś podpowiadało jej próby dotarcia do tych właśnie wiadomości. Myśli niebieskookiej próbowały uspokoić Mercera, ale nie była zbytnio wprawiona w tej zdolności. Równie dobrze mógł ją za chwilę wyrzucić ze swojej głowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Central Park   Today at 4:57 am

Powrót do góry Go down
 
Central Park
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 10 z 13Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11, 12, 13  Next
 Similar topics
-
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: