Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Osobiste wyzwanie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Pathfinder

avatar

Liczba postów : 32
Data dołączenia : 11/02/2013

PisanieTemat: Osobiste wyzwanie   Wto Lut 12, 2013 10:07 pm

Tak jak głosi temat, jest to moje osobiste wyzwanie, rzucone w twarz Prawdziwej Prozie! Fragment poniższy, jest jedynie ułamkiem klawiaturopisu, nad którym siedzę już n czasu, a który chciałby, aby został poddany (przynajmniej w tej małej próbce) przeczytaniu i krytyce.
Zaliczam go tematycznie do twardej fantastyki, chociaż może tego nie widać na pierwszy rzut oka. Jeśli ktoś chciałby, na prawdę chciałby, służę na PW obszerniejszymi fragmentami (może nawet całością?).

FRAGMENT

(...)
Nad pustynią pojawiały się dopiero pierwsze, rozpraszające chłód nocy promienie słońca, a młody mężczyzna już szedł spiesznym krokiem przez miasto, by spotkać się ponownie ze swoją nową mentorką.
Idąc pustymi uliczkami w kierunku kamienicy, którą Francesca obrała za swoją siedzibę brunet rozmyślał nad tym, co dziewczyna już zdążyła mu przekazać podczas krótkiej, wstępnej sesji treningowej wczorajszego popołudnia. Jijirei już zdążył zarobić kilka siniaków, a przecież jeszcze nie zaczęli trenować naprawdę. Francesca smagała go tylko bambusową witką po ramionach i udach, by skorygować jego postawę, kiedy trzymał pałasz w dłoniach.
- Musisz trzymać go pewniej, nie ugryzie cię.- Instruowała ruda wojowniczka swojego protegowanego.
Jijirei potakiwał tylko, ocierając bolące miejsca, by chociaż trochę złagodzić ból uderzeń. W miarę upływu czasu było ich jednak coraz mniej, aż w końcu Francesca zadowalała się przesuwaniem kończyn Molokanina o milimetry w jedną, lub drugą stronę. Przed sygnałem na zachód słońca postawa Jijireia z mieczem w dłoni uchodziła już za dość odpowiednią. Dzisiaj miały zaś zacząć się prawdziwe ćwiczenia.
Trąbki sygnałowe na wschód słońca odezwały się akurat w chwili, gdy Jijirei przestępował próg kamienicy, w której mieszkała Francesca.
Dziewczyna otworzyła mu drzwi już ubrana. Długie włosy związała w koński ogon, by nie ograniczały jej widoczności, zaś na jej strój składała się lekka koszula zapinana na guzy wykonane zdaje się z kostek jakichś małych, pustynnych szkodników, oraz długie szarawary. Jijirei wiedział jednak, że ten strój jest tylko swego rodzaju zasłoną dymną – w istocie pod nim Francesca nosiła przylegający do ciała skórzany, gruby napierśnik, oraz pasujące do niego spodnie.
- No, i jak się czujesz po wczorajszym, Jijireiu?- Zapytała otwarcie, gestem zapraszając młodzieńca do swego mieszkania. Całe składało się z jednej izby. Z mebli Jijirei dostrzegał tylko wąskie łóżko, czy też raczej pryczę, oraz stojak na broń, na którym bezpiecznie spoczywał berdysz dziewczyny. Ważnym elementem było także wmurowane w ziemię palenisko, w którym gorzało jeszcze kilka węgielków. Z tego co Jijirei orientował się, podobne paleniska były standardowym wyposażeniem każdej sypialni w mieście – dzięki nim w nocy łatwiej było utrzymać pożądaną temperaturę, co nie było zbyt proste przez duże, wychodzące na ulice okna, które w dzień zapewniały odpowiednią cyrkulację powietrza.
Francesca zamknęła dokładnie drzwi i usiadła na pryczy.
- Gotów?- Zapytała Jijireia, nerwowo zaciskającego palce na rękojeści broni. Gdy młodzieniec skinął głową, ruda rozkazała.- Pokaż mi teraz postawę.-
Jijirei posłusznie dobył pałasza i stanął w lekkim rozkroku na nieco ugiętych nogach. Broń starał się trzymać tak, by ostrze nie było skierowane prosto w górę i nie tworzyło linii równoległej do linii pionu ciała – poprzedniego dnia dostało mu się za to wiele razy. Jednocześnie wolną rękę wyciągnął nieco w bok, by zachować równowagę. Francesca skinęła głową, a w jej oczach błysnęła aprobata.
- Nieźle. Machnij nim teraz kilka razy.-
Yugya, pamiętając, by trzymać swój miecz pewnie, wykonał posłusznie silne cięcie z góry na dół, pomagając sobie siłą ciążenia dla jeszcze większego impetu ataku. Z wielkim trudem zatrzymał sztych pałasza dopiero o kilka cali nad podłogą. Wolał nie uszkodzić posadzki. Następnie wrócił do pozycji wyjściowej i pchnął zamaszyście sprzed piersi, by zaraz potem cofnąć się i ciąć odlew jakiegoś wyimaginowanego wojownika.
- Wystarczy.- Zakomunikowała Francesca, wstając.- Trzymasz go już zupełnie dobrze, starasz się też wracać do domyślnej pozycji, co nieczęsto się zdarza u początkujących – wielu trzeba dopiero tego uczyć, z tego co mi wiadomo. Machasz jednak zbyt mocno, zaufaj mi. Jasne, jest to broń sieczna, może mało elegancka, ale nigdy nie rąbana. A ty, gdybyś miał w rękach trochę mniej krzepy, zniszczyłbyś podłogę tym cięciem z góry. Jeśli twój zbyt mocny atak trafi na zastawę, albo w ogóle pójdzie bokiem, twoja własna broń więcej sprawi bólu tobie, niż przeciwnikowi. Jasne?-
Jijirei skinął głową zawstydzony. Doskonale rozumiał argumenty dziewczyny, co więcej, wyobrażał sobie efekty.
- Chcę spróbować jeszcze raz.- Zakomunikował. Francesca uśmiechnęła się.
- Byłabym zawiedziona, gdybyś nie chciał. Dalej.-
Tym razem Jijirei, gdy stanął w pozycji bojowej ciął podlew, by zaraz potem zaatakować poziomo na wysokości bioder. Francesca pokiwała głową z uznaniem.
- Szybko się uczysz.- Uśmiechnęła się promiennie.- Jednak nadal nie jest idealnie. Jeszcze raz!-
Zanim dziewczyna usatysfakcjonowana pozwoliła Jijireiowi opuścić miecz, zaczynał od początku przynajmniej sześć razy. W końcu jednak trud się opłacił. Zadowolona Francesca wstała i swobodnym krokiem obeszła dyszącego ze zmęczenia protegowanego, by ze stojaka na broń wziąć swój berdysz. Była to piękna, pieczołowicie wykończona broń, na pierwszy rzut oka nie podobna w ogóle do tych tanich, prostych berdyszy używanych przez milicję i strażników miast. Szerokie ostrze osadzone na drzewcu z jakiegoś ciemnego drewna pokrywały misternie wykonane postrzępione linie płomieni, wykute z pewnością przez jakiegoś bardzo doświadczonego kowala. Kucia te nie zaniżały w żaden sposób wartości bojowej broni, ale jednocześnie w oczywisty sposób podnosiły jej cenę.
Francesca pewnie chwyciła swoją broń i machnęła nią kilka razy na próbę.
- Co powiesz na mały sparing?- Zapytała, odwracając się do Jijireia. Nie czekając na jego odpowiedź od razu ruszyła do ataku. Berdysz jest przede wszystkim przeznaczony do cięcia i rąbania, przy jednoczesnym utrzymywaniu wroga na dość dużym dystansie. Jednak oszlifowany i zaostrzony sztorc ostrza doskonale nadawał się również do wykonywania morderczych, długich pchnięć. W pojedynku między Francescą i Jijireiem, to po jej stronie znajdowała się wyraźna przewaga broni.
Dziewczyna zaczęła od szerokiego, potężnego zamachu wyprowadzonego znad głowy siłą ramion. Jijirei jednak nie dał się zaskoczyć i przywarował szybko, unosząc pałasz nad głowę w zasłonie św. Jerzego , ustabilizowanej dodatkowo przez przytrzymanie końca ostrza blisko sztychu wolną ręką. W ten sposób młodzieńcowi udało się przyjąć na siebie cały impet uderzenia jego nauczycielki. Stal brzęknęła. Jijirei poczuł lekki, pulsujący ból w przedramionach, ale nie przerwał blokowania, dopóki Francesca nie uniosła ostrza swojego berdyszu nieco w górę. Wtedy Molokanin przetoczył się natychmiast i unosząc się nieco na nogach, przystawił ostrze miecza do ciała kobiety, nieco poniżej linii żeber. Francesca postąpiła krok do tyłu zaskoczona, zanim zareagowała. Końcem drzewca odepchnęła Jijireia od siebie na tyle lekko, by nie zrobić mu zbytniej krzywdy, ale też dość mocno, by odepchnięty przewrócił się na plecy. Zanim chłopak zdołał pozbierać się z podłogi, ujrzał przystawiony mu do nosa koniec broni dziewczyny.
- Nie zawsze ma się przewagę, Jijireiu. Zwłaszcza, kiedy jest się blisko przeciwnika.- Francesca cofnęła berdysz i pozwoliła wstać Jijireiowi.- Jeszcze raz!-
Tym razem młodzieniec nie pozwolił swojej przeciwniczce na pierwszy atak. W jednej chwili zaszedł ją z prawej flanki i wyprowadził cięcie z podlewu. Rudowłosa sparowała jednak łatwo przyjmując ostrze na drzewce. Było to jednak zgodne z zamierzeniami Jijireia. Przenosząc ciężar ciała na prawą nogę obrócił się na niej, wykonując prosty, szybki piruet i stając do Franceski plecami, wciąż blokując jej broń własną, uderzył ją łokciem w plecy. Rudowłosa jęknęła, bardziej z zaskoczenia, niż bólu. Manewr Molokanina zaskoczył ją, jednocześnie jednak była zadowolona z jego szybkich postępów w sztuce walki. Nie zamierzała jednak tanio sprzedać swojej skóry, nawet w pojedynku treningowym. Złapała więc głęboki oddech i zaatakowała.
Jijirei i Francesca potykali się jeszcze przez jakiś czas. Przerwało im dopiero otwarcie drzwi wejściowych mieszkania. Obydwoje zastygli w pół kroku z uniesioną bronią. W drzwiach stał wysoki, przeciętnie umięśniony mężczyzna w białym płaszczu, znoszonym już i porwanym w kilku miejscach, ale wciąż jaśniejącym czystym kolorem. Catanzaro.
Jijirei widział go już wcześniej na Uniwersytecie, jednak nigdy wcześniej z nim nie rozmawiał. Wiedział o tym wojowniku jedynie tyle, że pełni funkcję opiekuna Francesci i jej mentora, podróżując wraz z nią, oraz że nosi ze sobą aż cztery miecze i chociaż teraz nie było ich widać, Yugya był przekonany, że są po prostu ukryte pod płaszczem.
Catanzaro nie wydawał się zaskoczony obecnością Molokanina w mieszkaniu jego uczennicy.
- Trenujecie sobie? To dobrze. Wpadłem zobaczyć jak sobie radzicie, nie przeszkadzajcie sobie w niczym.- Zakomunikował i zamknąwszy drzwi przeszedł przez pokój i rozsiadł się na pryczy.
Jijirei i Francesca wrócili do przerwanego starcia, ale teraz starali się walczyć jakby staranniej, bardziej uważnie. Sama obecność Catanzaro sprawiała, że człowiek trzymający w dłoniach broń starał się posługiwać nią poprawnie ze wszystkich swoich sił, byleby tylko zasłużyć na aprobatę wysokiego mężczyzny. Po obejrzeniu kilku szermierczych figur w wykonaniu młodych ludzi Catanzaro wziął głęboki wdech, jakby postanowił nagle coś powiedzieć.
- Francesco, moja droga, czy mogę wtrącić się na chwilę?- Zapytał kurtuazyjnie wstając z pryczy. Dziewczyna skinęła głową i pospiesznie odsunęła się, robiąc miejsce swojemu nauczycielowi.
- Stań proszę w pozycji, Jijireiu.- Zażądał Catanzaro. Gdy Molokanin spełnił prośbę, mężczyzna obszedł go kilka razy, przyglądając się uważnie ułożeniu ciała, położeniu rąk, czy sposobowi trzymania pałasza w dłoniach.
- Stoisz całkiem pewnie, ale zauważyłem, że chociaż wykonujesz bardzo szybkie, intuicyjne ruchy w czasie walki, nie dążysz do prawdziwego zwarcia.-
- Co masz na myśli?- Zapytał Jijirei, zanim uświadomił sobie, z jaką impertynencją zwrócił się do starszego mężczyzny. Catanzaro jednak, niezrażony tym, odpowiedział na pytanie.
- Nie starasz się ugodzić Francesci. Starasz się odepchnąć ją, wystraszyć, lub zmusić do kapitulacji. Ale nie zranić. A już na pewno nie zabić. Wybacz mi, chłopcze, ale umiejętność zabijania… Nie, źle się wyraziłem. Umiejętność nie wahania się w kluczowej chwili jest dość istotna w prawdziwym pojedynku.-
Jijirei odetchnął kilka razy. Nie do końca wiedział, co ma odpowiedzieć. Kiedy postanowił podjąć lekcję walki myślał raczej o bronieniu się i dlatego postępował tak, jak postępował podczas sparingów z Francescą. Uwaga Catanzaro sprawiła jednak, że musiał dogłębnie zastanowić się nad wszystkim raz jeszcze. Zanim jednak zostało mu to dane, Catanzaro skinął na niego ręką.
- Spróbuj teraz ze mną. No dalej.- Ale mimo tej zachęty jasnowłosy wojownik nie dobył żadnej broni. Jijirei wzruszył ramionami i ciął prosto z góry. Mimo, że nie włożył w ten ruch całej swojej siły, uderzenie nie należało do słabych. Catanzaro jednak nadal stał bez żadnej broni, uśmiechał się nawet lekko. W ostatniej chwili złapał ostrze pałasza Jijireia gołymi rękoma i siłą mięśni zmienił linię cięcia tak, by przeszła ponad jego lewym ramieniem.
- Nieźle, ale nadal zbyt niepewnie.- Ocenił Catanzaro.- Zaatakowałeś, ale tak naprawdę na tym się skończyło. Musisz chcieć zranić. Chcieć skończyć pojedynek zwycięsko, nie tylko zmusić przeciwnika do ucieczki.-
Jijirei kiwnął głową i ciął z obrotu przez plecy. Tym razem atak był dużo mocniejszy, jednak Catanzaro uchylił się przed nim tak zwyczajnie, jak gdyby cały czas był w trakcie spaceru po jakimś parku, lub ogrodzie.
- Lepiej. Mocny cios, bardzo niebezpieczny.- Wysoki wojownik uśmiechnął się, po czym przechylił ciężar ciała do przodu i pchnął oburącz Jijireia w brzuch. Po raz kolejny tego dnia Molokanin wylądował na podłodze.- Jednak wciąż widzę w twoich oczach wahanie. Z resztą… może to dlatego, że źle ci to tłumaczę…-
Starszy mężczyzna podał rękę początkującemu i pomógł mu wstać.
- Słuchaj, nie chodzi mi w żadnym razie o krwiożerczość, jasne?- Jijirei skinął głową na znak, że rozumie.- Wszystko sprowadza się do tego, że jeśli zranisz przeciwnika na tyle mocno, że nie będzie mógł już ustać z bólu, albo unieść miecza… walka będzie wygrana.-
Te sformułowania znacznie lepiej trafiły do świadomości Jijireia, niż poprzednie tezy o chęci ranienia przeciwników. Chociaż chłopak odznaczał się pewnego rodzaju odwagą, oraz zawsze starał się postępować pewnie i zdecydowanie, brak w nim było instynktu zabójcy, nawet w obronie własnej. Ranienie ludzi przychodziło mu z trudem, podobnie jak przyswojenie sobie myśli o tym, że niewolnictwo może być legalne.
Po krótkiej przerwie na posiłek Jijirei znowu stanął przed Francescą. Catanzaro tym razem tylko instruował go siedząc na pryczy. Młodemu wojownikowi udało się nawet dwa razy czysto pokonać swoją przeciwniczkę, jednak mimo wszystko sam poniósł klęskę w pięciu starciach. Do tawerny Kangi wrócił więc poobijany i zmęczony, tuż przed wieczornym sygnałem na zachód słońca. Gdy padł na łóżko, zasnął niemal od razu.
Przez kolejne kilka dni Jijirei regularnie odwiedzał mieszkanie Francesci. Każdy następny trening przynosił mu coraz więcej doświadczenia, coraz pewniej i swobodniej leżał w jego ręku pałasz. Częściej wygrywał również z rudowłosą wojowniczką. Catanzaro przyglądał się ich treningom tylko sporadycznie. Czasem zastępował Francescę jako sparingpartner Jijireia, ale zawsze z łatwością pokonywał Molokanina nie dobywając nawet broni. Jijirei chciał wierzyć, że to jakiś rodzaj magii, ale podświadomie wiedział, że w istocie Catanzaro jest po prostu zbyt dobrym wojownikiem.
Piątego dnia treningów nastąpił jednak pewien przełom w starciach Jijireia z jasnowłosym mentorem.
Jak zawsze stanęli naprzeciw siebie, Jijirei z mieczem w dłoni, Catanzaro zaś bezbronny. Jak zawsze również Catanzaro oddał młodszemu wojownikowi przywilej pierwszego ataku, ale wszystkie ruchy Jijireia, wszystkie finty i sztychy jasnowłosy mężczyzna zbijał, lub przyjmował i odtrącał gołymi rękoma.
Jijirei w akcie rozpaczy ciął wysoko wręb, ale w ostatniej chwili zmienił kąt nachylenia ostrza i uderzył wlic, za cel biorąc twarz Catanzaro. Atakowany szybkim ruchem spuścił dłonie, aż nagłe poruszenie poderwało jego płaszcz jak gwałtowny podmuch wichru. W następnej chwili metal zadźwięczał uderzeniem o metal. Francesca wstrzymała oddech. Catanzaro przytrzymywał pałasz Jijireia jednym z własnych mieczy – wspaniałym, długim ostrzem, którego rękojeść zdobiona była złotymi i srebrnymi wężami. Wokół bardzo szczątkowego jelca również wił się złoty wąż.
- Przywitaj się z Viritrą, Jijireiu.- Uśmiechnął się Catanzaro i całą siła mięśni naparł na swoją broń, spychając przeciwnika w prawo. Jednocześnie wystawił w przód nogę, podcinając Molokanina i zmuszając go do upadku.
Gdy pojedynek skończył się, Catanzaro pomógł Yugyi wstać.
- Brawo, to była wspaniała walka, wspaniałe zamarkowanie.-
Jijirei skinął głową w podzięce.
- Walka z panem była dla mnie zaszczytem.- Catanzaro roześmiał się.
- „Pan” i „zaszczyt”, no no no… Ileż taktu. Dodatkowy punkt za maniery, bo nie widuje się ich zbyt często pośród takich jak my – wojowników.-
(...)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Osobiste wyzwanie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» "Podejmiesz wyzwanie?"
» 30 Dni Pokemon - Wyzwanie!
» Gra Nivisa wyzwanie Day

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Offtopic :: Galeria-
Skocz do: