Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Times Square

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Quicksilver



Liczba postów : 74
Data dołączenia : 07/12/2012

PisanieTemat: Times Square   Wto Maj 07, 2013 6:11 pm

First topic message reminder :



Plac na Manhattanie w Nowym Jorku znajdujący się na skrzyżowaniu Broadwayu i alei Siódmej, rozciągający się od ulicy 42 do ulicy 47. W Stanach Zjednoczonych jest tym, czym Plac Czerwony w Moskwie, Pola Elizejskie w Paryżu czy plac Trafalgar w Londynie. Jest to jedna z ikon Nowego Jorku oraz centrum światowego handlu oraz mody, słynie z dużej ilości oświetlenia.
Nazywający się wcześniej Longacre Square, plac ten otrzymał swoją obecną nazwę po tym, gdy The New York Times przeniósł swoją siedzibę do nowo wybudowanego New York Times Building (obecnie nazywanego One Times Square). Powiększony obszar placu Times, zwany Theatre District, składa się z budynków pomiędzy aleją 6 i 8 oraz ulicą 40 i 53, uzupełniając zachodnią część handlową centrum Manhattanu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Valkyrie



Liczba postów : 37
Data dołączenia : 18/10/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Wto Paź 01, 2013 4:53 pm

Zacisnęła zęby, czując jednocześnie drobne draśnięcie na ramieniu i bolesne wbicie w obojczyk, ale uśmiechnęła się. Poruszała mocno nozdrzami, upajając się zapachem krwi - nieważne, że swojej własnej.

Uniesioną ręką, w której nie miała nic, a którą próbowała zasłonić się przed pazurami potwora, złapała swoją włócznię, chcąc przytrzymać ją, aby nie mógł jej więcej zranić jej własną bronią. I, oczywiście, postanowiła wykorzystać to również na swój plus - napierała całą siłą na potwora, mając nadzieję, że uda jej się uderzyć go łokciem ręki trzymającej włócznię w brodę, może uszkadzając mu przy tym żuchwę, jeśli ten takową ma. I może przy okazji odgryzie sobie język, przynajmniej nie będzie tyle gadał.

Wrzaski nie zniknęły, ale przestały docierać z takiego bliska jak wcześniej, dzięki czemu wiedziała, że nie ma już w swoim pobliżu cywilów, na których musi uważać - a to plus.

Nie drgnęła, czując owijające się wokół jej dłoni macki, chcące ją zmusić do puszczenia miecza, ale wiedziała, że zagrożenie może paść z innej strony, dlatego starała się złamać swoją włócznię, aby móc wyrwać się z tej przewagi potwora i móc zaatakować mieczem jego tors. Szybkie decyzje, szybkie działania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Green Goblin



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/06/2013

PisanieTemat: Re: Times Square   Sob Paź 05, 2013 5:23 pm

Pocisk, który trafił w skrzydło glidera sprawił, że Goblin nieco się zachwiał, jednak jego ulepszona genetycznie koordynacja plus opanowanie swojego ciała sprawiła, że nie zleciał ze swojego środka transportu.
Fakt, że Carol uszkodziła jego zabawkę sprawił, że złość Goblina stała się jeszcze większa, co za tym szło – jego szaleństwo wzrosło. Jeśli chodziło o zabawki stworzone przez Normana Osborna, to Zielony by bardzo na nie uczulony. Przecież jego nudny „przyjaciel” tyle pracy w nie włożył, żeby Goblin tak uroczo i beztrosko masakrował i terroryzował miasto! Szkoda by było, gdyby się zepsuły, prawda? Na szczęście Zielony nie był nieprzygotowany na takie ewentualności, no bo przecież jeśli przegra, to jego podobizna zniknie z pierwszych stron gazet, a tego byśmy nie chcieli.
Wyjął z kieszeni pilota i wcisnął czerwony guzik, jednak na tę chwilę nic się ciekawego nie wydarzyło. A więc niespodzianka miała być nieco spóźniona.
Niewzruszony kontynuował nalot na niewinnych cywilów, po czym chwycił pierwszego lepszego i wzniósł się z nim wysoko w górę. Okazało się, że była to na oko jedenastoletnia, blond dziewczynka, która spoglądała w dół z przerażeniem malującym się na jej niewinnej twarzyczce.
- Blondyna! – warknął, aby zwrócić całą uwagę na siebie i dziewczynkę, którą w tej chwili trzymał za tył ubrania, unosząc ją lekko do góry, jakby miał zaraz puścić. – Patrz, znalazłem twojego sobowtóra. Myślisz, że też potrafi latać tak jak ty? A może się przekonamy? – zaśmiał się wesoło. Był naprawdę wściekły za jego glider i tym razem postanowił zagrać mniej fair niż wcześniej. A właściwie… czy on kiedykolwiek grał fair?
- Jeśli spróbujesz sztuczek, jakichkolwiek… to będę o tym wiedział – syknął. Bawił się z Danvers, jakby chciał kupić trochę czasu dla siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar


Liczba postów : 329
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Times Square   Nie Paź 06, 2013 4:30 pm

Kiedy Carol już mogła pozwolić sobie na odwrócenie się w stronę Green Goblina - co nastąpiło dosyć szybko, gdyż "działanie" rzuconego przez niego granatu miało swój koniec, zrobiła to czym prędzej. Nie mogła w końcu odpuścić tego, chociaż była zdania, ze czekały ją znacznie ważniejsze rzeczy, niż użeranie się z kolejnym psycholem, który najwidoczniej nudzi się w życiu za bardzo.
Mimo zadowolenia wyrządzoną szkodą skrzydle gildera, wiedziała dobrze, że to nie sprawi, iż Gnomek się opamięta. Liczyła jednak na uniemożliwienie mu poruszania się na kilka(naście) metrów nad ziemią, dzięki czemu łatwiej byłoby opanować sytuację. Tak przynajmniej zakładała w tym momencie.
Widziała, że alter ego Osborna, sięgało po coś do kieszeni, aczkolwiek nie miała już szansy dojrzeć czym było owe "coś", toteż zmarszczyła brwi w niejakim skupieniu, lecąc w jego stronę. Do czasu, póki nie zauważyła dziewczynki trzymanej przez psychola. W takiej sytuacji, wolała nie zachęcać mężczyzny do stworzenia z dziecka plamy krwi, która miałaby znaleźć się na ulicy czy też wciąż uciekających ludzi.
- Tak czy siak, z pewnością ma w sobie więcej uroku, niż zielony czubek przede mną. - sarknęła w jego stronę, nie zbliżając się do niego, ani nie oddalając od Green Goblina.
- Czyżby elfie dzieciątko było złe, bo zabawka mu się psuje? - rzuciła ironicznie, czując, jak po raz kolejny energia napływa do jej dłoni, by w każdej chwili móc ją wykorzystać.
Ostatniego zdania, które wypowiedział, nie skomentowała. Bardziej zastanawiała się nad tym, jaki był cel poinformowania jej o tym.
Niemniej, jej zamiarem było wycelowanie w jego stronę wiązką energii, a zarazem zareagować - co jest bardzo prawdopodobne - w momencie, kiedy puści ubranie przerażonej dziewczynki, aby ją zdążyć chwycić, nim spotka się z glebą, najpewniej zakańczając żywot przez jakiegoś idiotę.

_________________

This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sasha Aristow
Mistrz Gry


Liczba postów : 95
Data dołączenia : 30/09/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Pon Lis 04, 2013 8:57 pm

Carnage bez większych problemów pogłębiał ranę Valkyrie, zadaną jej własną bronią. Kobieta mimo usilnych starań w tej sytuacji nie miała zbyt wielkiego pola do popisu, po prostu nazbyt "otoczona" symbiontem i jego małymi pomocnymi mackami. Faktycznie, udało jej się uderzyć go w żuchwę, jednak na tyle nieszkodliwie, iż on sam ledwo to poczuł, czyli jej chwilowe starania spełzły na niczym, ponieważ sytuacja kobiety nie poprawiła się w żadnym stopniu. A miało być znacznie gorzej. Chwilowy brak koncentracji, jaki wywołała próba ataku Carnage'a umożliwił mu wbicie szponów w jej gardło. Póki co niezbyt głęboko, jednak wiadomo, zabawa między tą dwójką dopiero nabierała pikanterii. Zaplanowane powalenie kobiety nie powiodło się, ponieważ właśnie w tym momencie włócznia ustąpiła pod naciskiem kobiety łamiąc się, jednak na tyle niefartownie, że jej część została w ciele Val, a przełamanie nastąpiło na tyle blisko skóry, iż nie było szans póki co wyciągnąć pozostałości, tym samym krwawienie z lekka się nasiliło, a ból stawał się mocniejszy przy każdym jej ruchu, za plus można postrzegać fakt, iż nie mógł on jej bardziej porozcinać włócznią, minusem było to, iż macki trzymały na tyle mocno, by uniemożliwić jej jakikolwiek ruch mieczem.
Wycelowanie w Goblina wiązką energii, nie było w tym momencie najlepszym posunięciem, bo chociaż kobieta trafiła, co prawda jedynie w bok glidera, szok jaki wywołało nagłe trzęsienie sprawił, iż Zielony przyciągnął dziewczynkę do siebie ściskając ją mocniej, zupełnie jakby nie miał zamiaru jej puszczać nigdy więcej. Niczym ulubioną przytulankę w gorsze dni. Sprzęt Goblina, szybko zaczął tracić wysokość co poniekąd zmusiło stwora do odwrotu. Nie miał zamiaru zmierzyć się z Carol bez swojej zabaweczki, to traciło cały urok.
W pewnym momencie Green przypomniał sobie o istnieniu dziewczynki, gdy ta z przerażeniem zaczęła płakać mu w ramię. Glider wciąż tracił wysokość, a uznawszy ją jedynie za dodatkowe obciążenie, wyrzucił dziecko niczym worek śmieci, zgrabnie manewrując swoją zabawką na niewielkiej odległości od ziemi, tratując kilka pobliskich samochodów i sunąc wzdłuż ulicy przy której znajdywał się sklep - aktualne miejsce potyczki Val i symbionta, by koniec końców zniknąć z obsesyjnym śmiechem gdzieś między budynkami Nowego Jorku.
Mimo usilnych starań, Ms. Marvel nie zdążyła złapać jasnowłosej ofiary, która została niefartownie wyrzucona w stronę Carnage'a, wpadając na niego z impetem. Oczywiście wcześniej w niemalże okrutny sposób wlatując przez ramy okien wystawowych do środka sklepu. Ach, Goblin, ten to dopiero ma cela. Symbiont runął na ziemię, sunąc jeszcze kilka metrów i zostawiając za sobą ślad w sklepowej podłodze. Zderzenie to skończyło się fatalnie dla dziewczynki, bo mimo tego, iż przeżyła, spotkanie to było na tyle brutalne oraz silne, iż wiele z jej kości zostało połamanych, łącznie z kręgosłupem.
Za pozytyw można uznać to, że to zdarzenie pozwoliło Valkyrie na szybką reakcję, gdy jej ciało zostało uwolnione od symbionta i jego natrętnych macek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Valkyrie



Liczba postów : 37
Data dołączenia : 18/10/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Sob Lis 23, 2013 1:33 pm

Valkyrie zacisnęła szczękę, czując wbijające się w szyję pazury stwora. Kiedy poczuła, że jej włócznia wbija się coraz głębiej, to wiedziała już, w jaki sposób będzie musiała się od niej uwolnić. Kiedy włócznia się ułamała, w dość niefortunnym miejscu, Valkyrie uzyskała kolejną broń, którą chciała zadać cios w potwora, ale nie zdążyła, bo z hukiem do pomieszczenia coś wpadło i powaliło jej przeciwnika.

Valkyrie nie kłopotała się sprawdzeniem, co to było; szybko docisnęła włócznię tak, że przeszła na wylot i wyciągnęła ją ze swoich pleców z ostrym syknięciem. Kij od włóczni rzuciła w stronę potwora, na którego dopiero spojrzała, zbrojąc wolną rękę w pozostałość włóczni, która była w jej ciele.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carnage



Liczba postów : 51
Data dołączenia : 05/10/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Pią Gru 13, 2013 7:42 pm

Carnage gdyby miał język jak Venom, na pewno oblizałby się właśnie, podekscytowany wizją zbliżającego się posiłku. Lecz nie doszło do konsumpcji. Obiad nadal żył, a zamiast móc go przyrządzić, symbiont oberwał jakimś kawałem mięsa prosto w zębatą mordę. Wywinął klasycznego "kozła", z kretyńskim wyrazem twarzy, po czym przejechał grzbietem po ziemi, zatrzymując się pod ladą. Okazało się, że ten kawał mięsa to połamane małe dziecko...I że Goblin odleciał hihocząc wesoło...
Co za ciota...A zabawa dopiero się zaczyna. Nigdy nie ufaj pederastom w ciasnych mundurkach, dziadunio mawiał...
Powiedział do siebie w myślach Carnage, po czym zerwał się na równe nogi, a raczej wyciągnął do tyłu, wybił rękami w górę i wylądował na ladzie, siedząc sobie jak wściekły pies, szczerzący kły i toczący ślinę z pyska. macki na jego grzbiecie pochwyciły połamane, jeszcze żyjące dziecko i rzuciły nim w Walkirię. Następnie, za pomocą sieci, Carnage począł rzucać w nią wszystkim co popadnie, między innymi butami, pudłami, kawałkami gruzu i trupami. Parę ich się narobiło, w tym jeden, obdarty ze skóry przez Kasady'ego. Przez chwilę miał myśl...Kurtka szyta u Kasady'ego...Jakie to modne!
Kiedy skończyła mu się pobliska "amunicja", symbiont wystrzelił z łap po trzy długie kolce, prosto w Valkyrie, i zaraz potem skoczył do góry, przebijając strop z lichego materiału. Właściwy sufit mieścił się ciut wyżej. Pomiędzy obiema powierzchniami biegły przewody wentylacyjne, elektryczne, Rury od spryskiwaczy ppoż...i Carnage. Wcisnąwszy się między dyktę a beton, krążył niezauważenie, aby w najmniej odpowiednim momencie spaść na Brunhildę niczym Obcy, łapiąc ją za ręce mackami, szponami wbijając się w barki, a zębami w głowę, jednocześnie zwisając z góry za pomocą nóg, przyczepionych do tego nietypowego podłoża.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar


Liczba postów : 329
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Times Square   Nie Sty 26, 2014 8:55 pm

Dla Carol sytuacja była niewygodna - nie dość, że Gnomek poleciał najwidoczniej znużony całą zabawą, to wlatujące w drugiego potwora dziecko śmiało mogło pożegnać się z jakąkolwiek karierą sportowca. Nic to, jeśliby miała martwić się każdą, ale to każdą ofiarą, to nie byłaby skłonna do robienia tego, co robiła w tej chwili. Owszem, miała świadomość i nie skazywała niewinnych oraz bezbronnych ludzi, jednak nie mogła pozwolić na to, ażeby jej wyrzuty sumienia przyćmiły rozsądek.
Dopiero po chwili - kiedy najpewniej Carnage krążył tuż pod sufitem - wleciała do zgliszcz sklepu. Przerzucone trupy oraz przedmioty na drugą stronę nie dawały najwidoczniej za wiele. Blondynka jednak musiała jakkolwiek zareagować, nawet jeśli miała zamiar ulotnić się wkrótce, bo były inne sprawy.
Najpewniej w momencie, kiedy złoczyńca chciał chwycić ręce Walkirii, Carol kolejną wiązką energii - z kapką niepewności - cisnęła w jego stronę, by znaleźć zaraz coś cięższego, a w tym i metalowego, by następnie również ugodzić nim Karnisza.

_________________

This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sasha Aristow
Mistrz Gry


Liczba postów : 95
Data dołączenia : 30/09/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Nie Mar 16, 2014 8:12 pm

Kilka rzeczy wyrzuconych w stronę Walkirii dosięgnęło ją bez większego problemu, nie stanowiąc jednak zbytniego zagrożenia. Co najwyżej rozpraszając ją do tego stopnia, by nie zauważyła jak Carnage znika między "sufitami".
Gdy ten nagle wyskoczył, Carol była już na miejscu, reagując na tyle szybko by nie dopuścić, by ten wbił swoje szpony w ciało Brunhildy. Wiązka energii trafiła w Carnaga, jednocześnie niszcząc słabą dyktę, która zaczęła pękać, a co większe kawałki opadać na ziemię.
Wszelkie kable znajdujące się w tymczasowej kryjówce Carnaga, w dużym stopniu się pourywały spadając na ziemię i sypiąc na wszystkie strony fontannę iskier.
Tym samym niewiele czasu minęło, jak kolejne materiały zajęły się ogniem. W sklepie już zaczęło się robić niezłe ognisko, które oczywiście ładnie się rozprzestrzeniało, zajmując większą część pomieszczenia.
Zważywszy na to, że w budynku nad sklepem znajdowały się inne lokale, pożar stanowił dodatkowe zagrożenie, głównie ze względu na rury gazowe. Gdy tylko ogień zajął odpowiednią...no, dla naszych bohaterów już mniej odpowiednią, część sklepu, ów rury dość szybko zaczęły się nagrzewać - w końcu prowadząc do wybuchu. Nie był on szczególnie potężny, jednak siła eksplozji wystarczyła by wyrzucić całą trójkę (oraz kilka palących się wesoło zwłok) na ulicę. Każdego w inną stronę.
Na to wydarzenie, ktoś w pobliskich budynkach zareagował na tyle szybko, że już z dala dało się słyszeć syreny wozów policyjnych, strażackich oraz najpewniej ambulans.
Całe zamieszanie dało Carnagowi szansę znalezienia mniej walecznego obiadu, zaś pojawienie się odpowiednich służb zwolniło Carol i Valkyrię do dalszego przebywania w tej okolicy.

Oficjalnie jesteście przeze mnie zwolnieni z tematu, jeżeli chcecie dorzucić coś od siebie, śmiało. Ja z wami skończyłem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Black Panther



Liczba postów : 45
Data dołączenia : 21/10/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Sro Cze 04, 2014 7:26 pm

- Nie, nie brakuje mi domu. Zostawiłem go w dobrych rękach. - Pomyślał o swojej siostrze Shuri i obowiązkach jakie zrzucił na jej barki. Ciężko było samemu zarządzać całym królestwem ze Złotego Miasta i T'Challa wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Jednak jego siostra jak na razie idealnie wypełniała swoje obowiązki, czasem zastanawiał się czy nie robi tego lepiej od niego. Na pewno lud Wakandy miał do niej inne uczucia niż wobec Pantery, ona była kochana, on szanowany.
Słysząc słowa Carol spojrzał na nią z uniesioną brwią. Założył tylko maskę Bast i poczuł jak moc bogini wypełnia jego ciało. Z pewnością nie wyprzedzi Carol, ale nie będzie też wlekł się w jakimś żółwim tempie. Poderwał się na równe nogi i zaczął biec po krawędzi budynku. Biegł trochę oddalony od Captain Marvel ale kiedy ta zatrzymywała się w dwie, trzy sekundy ją doganiał a wtedy ona znów odlatywała mu na kilkadziesiąt metrów. W pewnym momencie musiał przejść na drugą stronę dachów szerokiej ulicy, do czego wykorzystał pojedynczy kabel przechodzący z jednego dachu na drugi. Potem musiał przeskoczyć wiele mniejszych uliczek. Po chwili oboje znaleźli się na Times Square. Najpierw Danvers, potem T'Challa. Stali dokładnie na dachu budynku rozdzielającego dwie najsławniejsze ulice świata. Pantera podbiegł do neonu i szybko wspiął się na sam szczyt reklamy. Kiedy już tam dotarł usiadł na skraju i wydychał powietrze przez nos.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar


Liczba postów : 329
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Times Square   Wto Lip 01, 2014 1:44 pm

W przypadku Carol - dotarcie na wcześniej wspomniane miejsce naprawdę nie zajęło jej dużo czasu. Znaczy, nie zajęłoby tyle, ile faktycznie było, gdyż jasnowłosa co jakiś czas odszukiwała wzrokiem swojego towarzysza na dzisiejszą noc. Był to w końcu wyścig o dość pewnym wyniku, toteż nie można było spodziewać się czegoś, co samą Danvers wprawiłoby w jakiegoś rodzaju osłupienie. Niemniej, Miss Marvel z lekkim podziwem czy też uznaniem przyglądała się T’Challi, kiedy tylko zwróciła twarz w jego kierunku, jak sprawnie przeskakiwał na kolejne dachy i pokonywał przeszkody.
Kobieta swobodnie mogła wznieść się nad budynkami i w linii prostej dotrzeć na Times Square. Jednakże  z tego zrezygnowała, będąc nad ulicami i kierując się w odpowiednią stronę. Ponadto na tyle, aby móc obserwować - że tak pozwolę sobie to nazwać - tor, jaki obrał Czarna Pantera.
Zatrzymawszy się na dachu, zerknęła na niego z lekkim uśmiechem, po niedługiej chwili wtórując po nim tym, aby skierować się na reklamę. Nie zasiadła jednak na niej, a jedynie wsparła ramieniem o kant neonu, spoglądając na całe towarzystwo, które całkiem nieświadome obecności kobiety i mężczyzny na górze, podążało w obranym przez siebie kierunku.
- Zachwycające jest, że tyle osób w ciągu jednej nocy przemierza zawsze to samo miejsce - skwitowała z cichym westchnieniem, obserwując całe zgrupowanie, które gdzieniegdzie się zatrzymywało. Inni zanosili się śmiechem, skądś dobiegała muzyka. Gdzieś nawet udało jej się dostrzec tańczących ludzi. Gdy tylko uniosła spojrzenie na budynki, multum kolorów chwilowo oślepiło Danvers, przez co zamrugała kilkakrotnie powiekami.
Mimo że była osobą, która wiele lat spędziła w Nowym Jorku, to była świadoma, jak ludzie z innych miejscowości, stanów czy też kontynentów zachwycają się tym miejscem; było ono w końcu najpopularniejsze w stolicy świata.
W milczeniu, Carol spojrzała w miejsce zniszczonego sklepu, w którym jakiś czas temu doszło do jednej z sytuacji, z jakimi superbohaterowie mieli do czynienia. Coś, co mimowolnie sprawiło, że na twarzy kobiety przez ułamek sekundy pojawił się grymas. Niezadowolenia z tego wszystkiego, co tam się działo.

_________________

This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Black Panther



Liczba postów : 45
Data dołączenia : 21/10/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Pon Lip 28, 2014 12:28 pm

T'Challa westchnął patrząc w dół. Wiedział, że co noc przychodzi tutaj mnóstwo osób, nie dziwił im się. Tylko tutaj nie byli samotni, pośród tego tłumu na pewno czuli się lepiej, byli anonimowi ale mieli grupę z którą mogli się utożsamiać. Mianowicie: tłum. Usiadł na rzeczonym neonie i popatrzył białymi oczami maski na stojącą obok Carol.
- Dobrze mi się z tobą rozmawiało panno Danvers. Dziękuję za to. - skinął głową w jej stronę. Dobrze, że w Avengers znalazły się osoby posiadające rzadką w tych czasach umiejętność refleksji.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. - Odwrócił się i zeskoczył z neonu znikając w cieniu.

[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Sob Mar 05, 2016 11:10 pm

Ancalagon był istotą o wiele starszą, o wiele bardziej doświadczoną i potężniejszą od liczącego sobie ledwie dwadzieścia pięć lat mutanta, który przeszło sekundę temu nie był świadomy swojego daru. Bo tak najpewniej postrzegają czas długowieczne byty, jak choćby obecny tu jaszczur. Świadomy maleńkości swojego rozmówcy zapewne bawił się przednio obserwując jego zdezorientowanie, zakłopotanie i rosnące poczucie znikomości. Na przestrzeni wieków rodziło się milion podobnych jemu ludzi, którzy byli jedynie gośćmi, korzystającymi ledwie z procenta możliwości jakie dawało im życie po to by opuścić ów świat bez pozostawienia wyraźnego śladu ich obecności. Kiedy spotyka się taki twór, pojedyncze indywiduum odgrywające znaczącą role w istnieniu wszystkiego co nas otacza, żywy organizm zdolny nadawać kształt nadchodzącej przyszłości, zapisujący karty historii swoimi czynami, można się jedynie poważnie zastanowić nad celem własnej egzystencji. Przytłaczająca to i niestety prawdziwa wizja życia przeciętnego człowieka. A czymże Frank różnił się od takiego. Indywidualność mężczyzny sprowadzająca się do posiadanych przezeń nadludzkich zdolności ostatecznie była równie pozorna, co przeświadczenie o indywidualności każdej istoty ludzkiej. Tacy jak on rodzą się i umierają, a to co dzieje się pomiędzy dla krokodyla z kosmosu jest mrugnięciem oka, albo jednym uderzeniem serca.
Wpatrując się beznamiętnie w ślipia gada, zupełnie jakby to one miały udzielić odpowiedzi na zadane przez niego pytanie, stał się świadkiem niepokojącej reakcji. Wyglądało to jakby Ancalagon po drugiej stronie ulicy dojrzał sklep ze skórzanymi torebkami. Oczywiście wredna pani rzeczywistość musiała być gorsza. Kolejna bombka energii pojawiła się na nieszczęsnej ulicy, a dinozaur w tym czasie pozwolił sobie wykonać na tyle gwałtowny ruch by zapewnić mutantowi tak sporą dawkę adrenaliny, że chyba nie wyzbędzie się jej z organizmu przez najbliższy tydzień. Łuskowaty najprawdopodobniej uratował mu życie, zamykając obu pod czerwonym kloszem mistycznej mocy. Coś wystrzeliło z niebieskiej kuli w ich kierunku, rozpraszając się wokoło i robiąc z uliczki plan zdjęciowy Dnia Niepodległości. Ciekawe czy za to wejście smoka był odpowiedzialny kolega jaszczura, czy może wspomniane "COŚ" co może chcieć ich zabić. Pewnie, że to drugie. Jasne, oczywiste, klarowne. Żeby to chociaż był jakiś puszysty misiaczek, ale nieee. Cokolwiek chce śmierci przybysza musi być od niego jeszcze większe, brzydsze i silniejsze. Bestia zaatakowała, odrywając kawałek tego bardziej rozmownego potwora i wkomponowując go w ścianę pobliskiego budynku. Szykuje się równa walka. Widmo, egzekutor, strażniczy byt kontra... No właśnie, co? Bo skoro teraz otrzymał jeszcze tytuł ozdoby architektonicznej nowojorskiego bloku to jak można określić tego tam giganta. A właściwie tego tu, stojącego naprzeciwko mutanta. Co biedny mógł zrobić w takiej sytuacji. W zasadzie nie zdążył nawet dobrze pomyśleć, a tu jak nie złapał go niemiłosierny ból głowy, jakby zaliczył bliskie spotkanie z kijem bejsbolowym. Na sekundę urwał mu się film, co akurat było dość powszechne w życiu Franka, w tej chwili jednak był trzeźwy, a po otwarciu oczu nie był już w jednym z tysiąca takich samych nowojorskich zaułków, a na samym środku Times Square. Pech chciał, że potwór też tam był. Wokół pełno ludzi, kwestią czasu była stosowna do owego zajścia reakcja. I tak pierwsi kierowcy zaczęli dusić hamulec, manewrując maszynami jak furiaci, co wcale nie było takie niezrozumiałe. Jeden z rajdowców o mało nie przestawił mężczyzny swym wehikułem. Na pomoc, ponownie, przybył mu Ancalagon, materializujący się znikąd, efektownie zatrzymując pojazd dzięki potędze mięśni. Teraz tylko załatwić tamtego stwora i wszyscy będą mogli wrócić do swoich spraw. Chmara przechodniów rozproszyła się w cztery strony miasta, przerażona starciem tytanów do jakiego lada chwila miało dojść. Frank się tylko rozejrzał - Aaaah, trzeba było zadzwonić po taksówkę - pomyślał w duchu. Znów miał siły by postrzegać sytuacje przez pryzmat głupich żartów. Migrena sobie poszła, w sposób wręcz magiczny opuszczając ciało. Wywołałoby to większe zaskoczenie dosłownie parę minut wcześniej, teraz już się przyzwyczaił. Przynajmniej wydawało mu się, że nic więcej nie jest go w stanie zadziwić. Rana krokodyla wyglądała poważnie, jasnym było, że mutant niewiele tam zawojuje, nawet jeśli uaktywni swe zdolności. A byłby to stosunkowo głupi ruch, z zegarkiem w ręku można odliczać czas przyjazdu pierwszych radiowozów, następne pewnie będą helikoptery, a co potem to już on sam nie jest w stanie powiedzieć. Może Mściciele. Niemniej, rozważając za i przeciw, miałby minimalne, marginalne, ociupinkę większe szanse przeżyć bezpośredni cios monstrum. I tak trzeba by potem szukać drugiej części ciała po przeciwnej stronie miasta, dlatego odpuścił sobie zgrywanie bohatera. To nie jego walka. Byłby na pewno uradowany gdyby czerwony rozwiązał problem, o ile to nie jest ledwie początek ich problemów. Podobnie jak gad obserwował adwersarza, w razie potencjalnego ataku spróbowałby odskoczyć w przeciwną, do wyprowadzonego przezeń, stronę, bądź zwyczajnie odbiec. Powinien w sumie uciec wraz z resztą cywili, ale jakby wtedy wypadł przed widmem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Nie Mar 06, 2016 10:24 am

NPC Storyline - Ancalagon|Potwór


Ancalagon i potwór spojrzeli po sobie, obaj obniżając nieco swe pozycje. Z boku to mogło wyglądać niczym dwa wilki, zamierzające ustalić między sobą kto jest panem na tym terytorium. Tak na prawdę obaj siebie po prostu pilnowali. Ancalagon doświadczył już tego co potrafi przeciwnik, a to nie było wszystko. Potwór natomiast mógł wiedzieć z kim lub z czym ma do czynienia - więc nie chciał ryzykować.
-Nie uciekłeś. Zamiast tego będzie stał i czekał, aż on ciebie zabije, Frankie?
Odezwał się "krokodyl", nie odwracając wzroku do mężczyzny. Nadal pilnował przeciwnika, a jego komentarz miał być w tym wypadku pewnym ostrzeżeniem dla mutanta. W tej formie jak to coś go trafi, to zapewne nic z niego nie zostanie. Lub tak jak myślał, będzie zbierany po całym otoczeniu przez służby porządkowe.
Potwór nie podzielał ich humoru i podejścia. Z jego ciała została uwolniona silna dawka fali uderzeniowej, która rozeszła się na bardzo małą odległość - ledwo pięciu metrów - dookoła stwora. Efekt tej fali był jednak dużo bardziej widowiskowy. Stwór znajdował się pomiędzy samochodami, które zatrzymały się, a których właściciele uciekli w przerażeniu. Samochody te, trafione falą, niczym piłeczki do ping-ponga - rozleciały się po otoczeniu na wszystkie strony. Niektóre uderzały w inne pojazdy, inne wpadały w znaki i zaparowane samochody oraz przystanki, a jeszcze inne wybiło do góry i rozrzuciło po okolicy. Jednym z wyrzuconych w górę samochodów był niemały Dodge Ram, który wybity w powietrze - wpadł w znajdujący się na wysokości billboard. Efektywna szkoda, jednak jakby tego było mało - billboard odczepił się od budynku i runął w dół. Za mało? Pod billboardem znajdowali się ludzie, "ukryci" w bezpiecznej odległości, nie chcący ryzykować wybieganiem na sam środek ulicy tylko dlatego, że chcieliby się oddalić. Każdy miał własną strategię przetrwania, a ich właśnie przyniosła negatywne skutki.
Czy w okolicy był jakiś bohater? Nie. Był natomiast wielki, czerwony krokodyl który nie bacząc na nic, zmienił się w czerwoną energię która w postaci promieni błyskawicznie dostała się w miejsce gdzie znajdowali się ludzie - a tam zmaterializował się ponownie. Wrzaski i krzyki przerażenia, Ancalagon wyciągnął ręce nad siebie i po prostu złapał spadający billboard, zanim ten przerobił ludzi na krwawą papkę. Jaszczur zacisnął swe kły warknął pod nosem z bólu. Miał na tyle sił by złapać i nie poczuć, jednak gwałtowne szarpnięcie przypomniało mu o ranie znajdującej się na jego korpusie. Najlepsze w tym wszystkim były chyba miny ludzi którzy przeżyli. Stali osłupieni faktem, że przed jednym potworem - uratował ich innych potwór. Niektórzy oczywiście natychmiast zaczęli się oddalać, a ci którzy się zapomnieli...
-WON!
Ryknął jaszczur, jego głos hukiem rozszedł się po okolicy - a wszyscy którzy się zapomnieli - wzięli nogi za pas i zaczęli uciekać. Sytuacja była opanowana, do momentu aż monstrum które to spowodowało - nie wyskoczyło do góry i samo nie wpadło w billboard trzymany przez widmo, powodując wgniecenie go w jaszczura oraz wbicie gada jak i billboardu w ziemię. W powietrzu uniosły się chmary kurzu, przesłaniając widok na to co się tam działo. Widoczna była nadal wielka sylwetka czterometrowego potwora, który "skończywszy" z jednym, obrócił swój łeb powoli w kierunku Franka.
-Egzekutor... będziesz większym wyzwaniem, chudzinko? Co tam kryjesz?
Odezwał się potwór. Jego głos odbijał się echem w otoczeniu, był zimny, złowrogi. Potwór powoli odwrócił się i ruszył w kierunku Franka. Nie spieszyło mu się, szedł powoli, rozdeptując po drodze samochody i napawając się momentem, zniszczeniem które uczynił, paniką która spowodował. I w tym wszystkim znajdował się Murphy. Sam na sam z monstrum.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Nie Mar 06, 2016 4:35 pm

Prawdziwym i jedynym panem terytorium był tak naprawdę Frank, rodowity nowojorczyk, a nie jakieś warany z kosmosu. Nie palił się jednak by uświadamiać o tym któregoś z nich, w obawie przed utratą głowy, choć ten większy i brzydszy miał właściwie dokładnie takie zamiary. Dlaczego w ogóle przyczepił się mutanta? Prawidłowym pytaniem powinno być dlaczego ów mężczyzna zwyczajnie nie uciekł z epicentrum chaosu i zniszczenia póki jeszcze istniała taka sposobność. Koleś ma nie po kolei w głowie, ot cała zagadka.
- Przyda ci się wsparcie moralne. - nie skomentował ponownie zdrobnionego przez jaszczura imienia, skwitował je tylko morderczym spojrzeniem w jego kierunku.
Potwory stały naprzeciwko siebie, motywem przewodnim ich starcia były wrzaski rozbieganych cywili, szukających jakiegoś bezpiecznego schronienia. A PRZECIEŻ BYLI NA TIMES SQUARE. Poważnie, tak ciężko schować się wewnątrz któregoś z tysiąca ulokowanych tam sklepów, witryn, czegokolwiek co ma wnętrze, do którego prowadzą drzwi? Ludzie mają tendencje do wyolbrzymiania, a w panice zachowują się wręcz komicznie. Jeden z szaleńców porzuciwszy samochód przebiegł niedaleko bohaterów sytuacji.
- RATUJ SIĘ KTO MOŻE! KONIEC ŚWIATA! - facet na oko w wieku Franka, a świrował jakby zobaczył pojedynek Godzilli.
- GOŚCIU, wyluzuj. Ten tutaj ma wszystko pod kontrolą. - rzucił do wariata, wskazując kciukiem na Anacalagona - Co nie? - dodał, mówiąc ciszej sam do siebie, odwróciwszy się już w stronę krokodyla.
W czasie kiedy kończył swój wywód, który miał chyba pocieszyć przerażonego obywatela, monstrum zdecydowało się wykonać pierwszy ruch wywołując efektowny wybuch rozrzucający zostawione na pastwę losu pojazdy. Popisówa - skomentował w myślach, obserwując jak jedna z ładniejszych bryczek unosi się w przestworzach, trafiając ostatecznie z wielkim hukiem w bilbord, symbol amerykańskiego placu. Dusza Franka pękła, coś w środku niego umarło kiedy zobaczył jak ten cud motoryzacji uległ destrukcji tylko po to by kosmiczny stwór pokazał na co go stać. Cóż za bezsensowna strata. Zdenerwowało go to, już miał wygarnąć przerośniętemu szczurowi, że zadzierając z Nowym Jorkiem zadziera z nim, bądź też rzucić jakimś innym, równie tandetnym tekstem, ale w tym czasie zauważył jak na głowy idiotów miała zlecieć gigantyczna reklama. A dlaczego idiotów? No bo tam stali i sobie grzecznie czekali na śmierć. Przyzwyczajeni, że z opresji zawsze ktoś ich uratuje w sumie zbyt wiele się nie mylili. Widmo będąc przy okazji pełnoetatowym strażniczym bytem teleportował się i w ostatniej chwili uchronił ludzi przed zabójczo niskimi cenami. Murphy był pod wrażeniem. Czerwony wcale nie żartował z tymi tytułami. To teraz potwór, pamiątkowa fotka z dziennikarzami którzy się zaraz zlecą i mamy świetny artykuł do wieczornego wydania wiadomości. Krokodyl musiał wyperswadować ocalonym co powinni zrobić dalej, nie spieszyło im się bowiem zbytnio by stamtąd wiać. Szok to fajna rzecz. Można wszystko na niego zgonić. "Dlaczego nie uciekałeś gdy przed pewną śmiercią uratował cie wielki gad?" - "Byłem w szoku". "Dlaczego zostawiłeś swoje auto na środku ulicy?" - "Byłem w szoku". "Frank. Jesteś pijany. Dlaczego przyszedłeś do pracy pijany?" - "Byłem w szoku". To ostatnie nie miało póki co miejsca w życiu mężczyzny, przygotowywał się jednak na taką ewentualność, planując zastosować taką właśnie wymówkę.
Zła i niedobra bestia wybiła się w powietrze, imponujący był to widok. Z impetem przywalił w egzekutora, trzymającego jeszcze chwile temu bilbord, teraz już stanowiąc z nim jedność. Gdzie ta policja? Doprawdy, jestem oburzony - jaszczurka odpadła z gry, jeden-zero dla stowarzyszenia nieprzystojnych kreatur. Zaraz. Chwila, chwila. Nieprzystojna kreatura może być tylko jedna. Oby żaden gnojek nie nagrywał całej tej akcji, Murphy nie chce się potem znaleźć na YouTube. Jakby to wytłumaczył kolegom z pracy, szefowi, a co ważniejsze, mamie? No nic, chwila nieuwagi i spada ci na głowę kilkutonowy bydlak i tym samym zostawiasz brudną robotę facetowi, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wyciągnął pustą dłoń i rzuciwszy w stronę przeciwnika zawadiackim spojrzeniem odparł:
- Skończyła mi się guma balonowa. - widząc jak potworowi nie spieszy się by go zgnieść ściągnął skórzaną kapotę i odrzucił na bok. Zaczął postękiwać, jakby coś sprawiało mu dyskomfort. W nienaturalny sposób rozrostowi ulegało ciało mutanta. Kości się wydłużały, mięśnie powiększały w oczach. Słychać było przy tym charakterystyczne, wzbudzające niesmak dźwięki, które towarzyszyły rosnącemu ciału. Palce u rąk przybrały kształt szponów, nadrywając zakończenia skóry. Niebieska podkoszulka na ramiączkach pozostała nienaruszona opinając się w tej chwili na napakowanym tułowiu, Frank będąc asem planowania z wyprzedzeniem zawsze ubierał większe podkoszulki. Z gołą klatę można wyjść na plaże, tu się dzieje poważna rzecz. W końcu, szczęka poczęła ulegać deformacji, uśmiech się nieco przedłużył, jakby ktoś nawpychał mu herbatników do ust wskroś, miast wzdłuż. Uzębienie także ulegało mutacji, łącząc się, rozdzielając i ostatecznie tworząc długie na parę centymetrów kły. Zaistniałby w domu strachów, bez wątpienia. Chcąc kupić sobie trochę czasu zanim Ancalagon łaskawie strzepnie z siebie te kupę lekkiego gruzu złapał w swe szpony pięknego, złotego Forda, zaparł się mocno nogami i uniósł go nad ziemią. Wyprowadził zamach posyłając maszynę w stronę nadchodzącego niszczyciela marzeń i dekoracji. POTRZEBUJESZ TAKSÓWKI?! - wrzasnął w myślach rzucając samochodem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Pon Mar 07, 2016 10:59 am

NPC Storyline - Ancalagon|Potwór


Na potworze - z oczywistych względów - żadne słowa, zachowania, ani nawet przemiana - nie zrobiły wrażenia. Rzut samochodem kupił mutantowi dodatkowe kilka sekund - dokładniej czas jaki był potrzebny od momentu rozpoczęcia lotu, do zakończenia go na zostaniu strąconym oraz wgniecionym w ziemię przez łapę potwora. Stwór zatrzymał się wtedy na chwilę, spoglądając na Franka jak na rzeczywistą przekąskę. Rzut się nie udał, przynajmniej nie ten który wykonał mężczyzna. Moment po tym wydarzeniu, mutant był świadkiem jak w prawy bok stwora wpada pojazd - tym razem był to pojazd ciężarowy. Nagłe uderzenie, szybkość oraz impet zrobiły na potworze wrażenie - przemieszczając go o kilkanaście metrów i wywracając.
Obracając się w lewo, w stronę z której pojazd nadleciał - Murphy ujrzał znajomego, czerwonołuskiego stwora. Stał on na innym pojeździe, którego maska lekko wgniotła się pod jego własnym ciężarem. Jego postawa była nieco opuszczona, krew oraz kurz pokrywały większą część jego ciała. Do tego wszystkiego dookoła stwora tańczyły czerwone wyładowania elektryczne - ujawniające nieco jego mocy. Ślepia gada świeciły jasną czerwienią, wargi były podniesione - w pełni ukazując kły gada. Na to wszystko nałożony został widok obnażonych pazurów, rąk rozsuniętych nieco na boki z otwartymi dłońmi. Jeśli ktoś uważał gada za wyglądającego na miłego stworka - to zapewne w tym momencie cały ten obraz został zrujnowany. Ancalagon wyglądał niczym wściekła bestia, mająca za cel rozszarpać każdego kto wejdzie mu w drogę.
-Mając pełnią mej mocy lub jej schyłek, przysięgam, że tutaj dokonasz żywota.
Wywarczał do stwora przez zaciśnięte kły. Że był wściekły, to mało powiedziane. Jego gniew szybko został jednak odwzorowany w rzeczywistości. Zaczęło się od tego, że większość pustych pojazdów zaczęła świecić się na czerwono. Następnie pojazdy te zaczęły unosić się w powietrzu, samochody, pojazdy dostawcze, ciężarówki, taxi. Potwór ruszył w stronę widma, wyskakując ku niemu i chcąc przerwać to co czerwonołuski planował, jednak było już na to za późno. Samochody zostały rzucone w kierunku stwora, wpadając w niego z każdej możliwej strony - z większym lub mniejszym efektem. Jedne odbijały się od niego niczym piłeczki, inne wytrącały go z równowagi, niektórym udało się nawet doprowadzić do powstania małych ran na ciele stwora. Nie było to nic poważnego - jednak tak jak potwór leciał, tak znowu padł na ziemię. W pewnym momencie został nawet pogrzebany przez stos samochodów które na nim wylądowały. Ubezpieczyciele zapewne chwytali się za głowy, na samą myśl o wycenianiu szkody w tych pogiętych pojazdach.
Potwór wykonał swój ruch - powstając i z impetem rozrzucając wszystko na boki. Następnie wydobył z siebie potężny ryk, który spowodował lekkie trzęsienie ziemi, pęknięcie kilkudziesięciu szyb oraz uruchomienie alarmu w niektórych pojazdach. Stwór skupił ponownie swe spojrzenie na "krokodylu", a następnie zaczął powolnie kroczyć w jego stronę. Był pewien tego, że wygra. Wiedział bowiem o czymś, o czym w tej walce nie wiedział jeszcze - tylko Frank.
W tym samym czasie czerwone ślepia Ancalagona przeniosły swe spojrzenie z potwora, na mutanta stojącego kawałek dalej. Krokodyl uważał, że po tym co spotkało go do tej pory, po tym co przeżył - głupio byłoby tutaj zginąć. A już na pewno, zostając zabitym przez jakąś podrzędną istotę, pupila nasłanego na niego by "dokończył robotę". Dlatego też egzekutor podniósł swą prawą rękę i wycelował otwartą dłonią we Franka.
/Nie ruszaj się./
Odezwał się jaszczur. Jego głos nie był słyszalny z miejsca w którym stał. Ba, krokodyl nie otworzył nawet swojego pyska. Zamiast tego, jego głos rozbrzmiał w głowie Murphy'ego. Zupełnie jak by to były jego własne myśli, jedynie czyjś głos. Telepatia.
/Dokończą tą walkę. Moje ciało tego nie wytrzyma, więc zrobisz to ty./
Rozbrzmiał ponownie w jego głowie. Frank poczuł teraz dziwne uczucie, na początku dreszcz, potem ciepło ogarniające całe jego ciało, a na samym końcu delikatna, czerwona aura która zaczęła unosić się dookoła jego ciała. Aura utrzymała się tak przez kilkanaście ładnych sekund, zanim zniknęła i nie pozostawiła po sobie śladu. Po za jednym. Mutant poczuł się, jak nowo narodzony. Możliwości jego ciała zostały wzmocnione niemalże stokrotnie, o czym zaraz przyjdzie mu się przekonać. Zarówno siła, wytrzymałość, szybkość - wszystko.
Chwilę później, Frank mógł obserwować jak potwór dobiega do Ancalagona i wykonuje zamach łapą z góry, prosto na krokodyla. Ten klęknął na lewym kolanie i podniósł obie ręce nad siebie, krzyżując je nad głową i wykonując solidny blok. Łapa stwora wgniotła widmo w samochód, jednak nie wywróciła go. Blok się udał. Nawet więcej, gdyż chwilę po tym, czerwonołuski trzymając dalej blok lewą ręką - chwycił prawą dłonią za łapę stwora, a następnie uwolnił nieco swej energii. Frank ujrzał jak sylwetki obu istot otaczają się w czerwonych płomieniach, powodując u obu niemiłosierny ból. Stwór ryknął z bólu, Ancalagon jedynie zacisnął swe kły. Energia zniknęła, a potwór cofnął się o krok, spoglądając gniewnie na swego oponenta.
-Rzuciłeś na nas obu klątwę, która nas osłabiła, głupcze!?
Zapytał wściekle, kiedy to czerwonołuski padł na kolano, opierając jedną rękę na ziemi, a drugą na własnym kolanie. Gad wbił wzrok w ziemię, starając się pozostać przytomnym, dysząc ciężko oraz całkowicie ignorując potwora. Potwór powiedział bowiem Frankowi, co się właśnie stało. On sam został wzmocniony, a ich przeciwnik - osłabiony. Należało jednak coś zrobić, gdyż niebieski twór podniósł swą łapę ponownie, chcąc walnąć pazurami w czerwonołuskiego, a ten nie wydawał się mieć siły na kolejny blok.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Pon Mar 07, 2016 5:06 pm

Adrenalina, którą przez cały ten czas musował w sobie organizm mutanta wreszcie się na coś przydała. Frank nie przechodził żadnego specjalistycznego szkolenia w zakresie sztuk walki. Brudne i nieszczególnie efektywne przeciw prawdziwym przeciwnikom techniki to jedyne co potrafił. Kiedy się więc przemieniał w umięśnionego brzydala stosował się sztuczek, które znał najlepiej. Wykorzystywał brutalną siłę. W jego metodach nie było finezji, czy sprytu, chodziło o to by wytrzymać cios i oddać trzydzieści razy mocniej. Sprawdzało się to doskonale przeciw zwykłym ludziom, przerażonym na sam widok rozpoczynającej się mutacji. Obecny tu potwór? Nawet nie spojrzał na niego z zażenowaniem, po prostu kontynuował destrukcyjny marsz po dachach samochodów. Rzut taksówką nie wzbudził większej reakcji, mężczyzna też nie był specjalnie zaskoczony. Monstrum co prawda zbijając mało imponujący dlań atak zatrzymało się na chwile, co można było odebrać jako przejaw zażenowania. Zębaty oddawał się w pełni gniewowi, dominującej w tej chwili emocji. Wierzył, że w tym konkretnym uczuciu znajduje się siła. Sam proces przemiany wywoływał skrajne i mieszane wrażenia. Ból temu towarzyszący na zmianę wprowadzał go w furie i ekscytacje. Lubił to robić, zmieniać się, wzbudzać przerażenie wśród innych swoim mrocznym obliczem. Nie czuł wstydu z bycia odmieńcem, wręcz przeciwnie, uważał się za lepszego od innych. Choć przypuszczać można, że i bez genu X zawartego w kwasie deoksyrybonukleinowym uznawałby się za istotę wyższą od szarych, nudnych i przeciętnych mieszkańców reszty planety. Żyłby wówczas w potwornym błędzie, wielu jest jednak podobnych jemu ignorantów na świecie.
Bestii nie było do śmiechu kiedy po nieudanym ataku taksówką przyszedł czas na udany atak ciężarówką. Murphy ryknął gniewnie widząc powalonego stwora. Sprawcą był naturalnie nasz czerwony, superprzyjazny, superbohater. Wymknął się niepostrzeżenie spod jeszcze sekundę wcześniej leżącego na nim bilbordu i pojazdu, stojąc aktualnie nieopodal Franka. Chyba był zły. Świecił się jak kula plazmowa, nie ma opcji - musiał być rozwścieczony. Mutant powinien się cieszyć, że jaszczurka stoi po jego stronie. Gad także nie stronił od gniewnych powiedzonek, szybko jednak poparł je czynami wzbudzając potężną energie wokół siebie, emanującą czerwonym światłem. Wszystkie auta w pobliżu uniosły się nad ziemią. Powiedzcie proszę, że ktoś to nagrywa. Potwór chcąc porwać się na tapicerkę zaliczył bliskie spotkanie z jednym, drugim, trzecim, dwudziestym wprawionym w ruch pojazdem. Iście piękne, widowiskowe, majestatyczne i niewyobrażalnie cudowne zjawisko. Pokaz siły obcych dawał się otoczeniu we znaki, niemniej warto było poświęcić kilka blaszaków by móc oglądać to spektakularne przedstawienie. Pogrzebany żywcem pod stosem złomu nie potrzebował zbyt wiele by się wydostać.
- BIS. - syknął Frank, oblizując, niemal jakby był to wyuczony odruch, zewnętrzną część kłów, pokrytym obrzydliwą mazią językiem.
Zasłonił ręką paskudne lico kiedy tamten rozrzucił dookoła śmieci. Napięcie rosło, bestia pogniewała się, sygnalizując ów fakt przeszywającym rykiem. Starcie nabierało dramaturgii, do pełni szczęścia brakowało tylko bębnów. Awatar zniszczenia ponownie przestawił się na tryb powolnego kroczenia, jakby był antagonistą jakiegoś horroru klasy B. W takim tempie członkowie Young Avengers zdążą podrosnąć i stać się pełnoprawnymi Mścicielami.
W głowie nowojorczyka pojawiła się sugestia. Głos w niej słyszalny był zbyt wyraźny, by jego źródłem mógł być Ancalagon. Faktycznie nim był, choć za sprawą kolejnej sztuczki, piętnastego asa w łuskowatym rękawie, który to pozwolił sobie teraz ujawnić. Tak jak wyczytał z umysłu Amerykanina kim był, tak teraz potrafił przenieść doń swoje słowa. Mutant przyjął rozkaz patrząc na adwersarza z żądzą krwi. Już pewnie wziąłby się za wybieranie kolejnej taksówki, gdyby nie roztaczająca się wokół niego dziwna aura i przeszywająca jego ciało kojąca energia. Po tym krótkim, standardowo dziwnym, magicznym czymś poczuł moc. Nie wzięła się z gniewu, od adrenaliny, czy przez osiągnięcie nirwany. Mistyczny pan jaszczur ją w nim wyzwolił. Potwór chyba jeszcze nie wiedział, w każdym bądź razie rzucił się na krokodyla stawiając go w trudnej sytuacji. Bronił się twardo przed napastnikiem - mało tego - złapał dziada za łapę i któryś już raz użył swych magicznych zdolności. Frank nie musiał się nawet zastanawiać co to było, brzydki szybko zdradził skutki rzuconego zaklęcia, klątwy, jakkolwiek by tego nie nazwać. Chciał powtórzyć ofensywę, zgniatając osłabione widmo. Murphy nie zamierzał przejść obok tego obojętnie. Zerwał się z niebywałą prędkością z miejsca, w którym dumnie stał i ruszył na potwora z zamiarem jak najbardziej odczuwalnego wpadnięcia w bok jego kosmatej mości, chcąc obalić go na ziemie, zachowując charakterystyczne dla niego barbarzyńskie usposobienie. Skracając dystans zamierzał także wgryźć się w ciało bestii, za cel obierając - przypuszczalne przez niego - miększe łapy, okolice karku, bądź w ostateczności korpus. Gdyby udało mu się powalić kolosa, dosiadłby go, jak to robili profesjonalni zawodnicy MMA w telewizji i zaczął okładać pysk łapami, przy tym próbując rozerwać szyje pazurami, bądź dotkliwie potraktować samą paszcze. Jeżeli jednak jakimś cudem pupil szatana uratowałby się przed amatorskim dosiadem mężczyzna szukałby alternatywy wśród któregoś z porzuconych  w pobliżu aut, starając się zdzielić nim maszkarę w łeb.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Akira



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 02/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Pon Mar 07, 2016 9:21 pm

Dla Akiry to miał być jeden wielki i zarazem spokojny dzień. Po prostu, zająć się samodzielnym udoskonalaniem własnych umiejętności, a potem pisanie programów. Chciała dzisiaj zabrać się za tworzenie nowej gry, ciesząc się przy okazji, że pomysł w jej głowie już zaczął się kreować. Pozostawało oczywiście znalezienie osoby, która o wiele lepiej znała się na grafice niż ona sama. Może wysłać ogłoszenie do internetu lub spytać się znajomych? To jest myśl!
Poprawiła torbę na ramieniu, pozwalając sobie na lekki uśmiech. A po czym ujrzała widok w postaci spadającego billboardu. Zamrugała oczami i lekko otworzyła usta, patrząc skołowana na to. Zamarła w miejscu, nawet nie myśląc, by spróbować tam podbiec i użyć "magii" by jakimś cudem to powstrzymać. Albo zwiewać. Po prostu leciało to... A ona jak idiotka wlepiała w to swoje ślepia.
- C-co... - wymamrotała... - Nie!
W końcu udało się otrząsnąć jej z tego stanu, ale czy nie było za późno? Najwyraźniej nie, bo pechowcy znajdujący się tam na ziemi stali się nagle szczęśliwcami, którym ocalono życie. Ze swojego miejsca nie za bardzo widziała, co się tam stało. Zacisnęła zęby i chwyciła mocniej torbę, zastanawiając się, co właściwie dalej. Miała ochotę uciekać. Tutaj, gdzie znajdowała się, jeszcze nie miała przyjemności doświadczyć efektów walki, jaka się aktualnie toczyła. To była jeszcze bezpieczna strefa... Ale ludzie już zaczęli przebiegać koło niej. Panika. Lęk. Nie trzeba było się domyślać tych uczuć.
No, ale, najwyraźniej jasnowłosa dziewczyna dostała olśnienia... Nie, zwyczajna ciekawość. Zastanawiało ją, co sprawiło, że oni wszyscy przeżyli. Ta... Więc, genialnym zagraniem z jej strony było udanie się tam.
Gdy zaś dotarła na miejsce...
- Eee... - i znów skołowanie. - Dobra, to nie był najlepszy pomysł - mruknęła w ten sposób komentując swoje zachowanie i pozwolenie na uniesienie się ciekawością. Dlaczego taka reakcja? Dojrzała nietypową istotę. Jaszczur? Krokodyl? Smok? Salamandra? Była prawie pewna, że to nie jest cudowny jednorożec spełniający życzenia. Chyba, że taki typowo zmutowany.
Mimo to, zamiast zwiać, zbliżyła się. Gdyby coś miało polecieć w jej stronę, zamierzała uniknąć, lub spowolnić tego ruch za pomocą silnych podmuchów wiatru. I pewnie gdyby nie to jedno uczucie (ciekawość), jej odwagi w tym momencie kompletnie nie byłoby widać. No bo, co by ją obchodził los jakieś obcej istoty, nie będącej nawet człowiekiem?
- Nieźle ktoś cię urządził - odezwała się kpiącym tonem głosu, gdy zbliżyła się wystarczająco blisko, by móc sprawdzić, czy żyje czy już zmarł. - Żałosne - miła nie była specjalnie, jednak jaszczur mógł poczuć wokół siebie powiew powietrza, sprawiający jednocześnie, że rany tamtego się zamknęły. - Wyglądasz tak żałośnie, że aż tyle ci pomogę - dodała jeszcze z nutką niechęci w głosie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Times Square   Pon Mar 07, 2016 11:14 pm

Spokojny dzień, spokojny przynajmniej do pewnego momentu. Ichiro siedział sobie obecnie w domku popijając piwko i oglądając mecz Premier League. Uwielbiał ligę angielską, zdecydowanie było ona jego ulubioną, tam niemal każdy mecz trzyma człowieka w napięciu do końca i nie możesz usiedzieć w fotelu. Nie inaczej było teraz, Manchester United i Liverpool rozrywały wspaniały mecz, nic tylko podziwiać tą walkę do samego końca, niemal jak pojedynek w UFC, tylko lepszy. Właśnie się zaczynał doliczony czas, wynik 2-2, ostatnie minuty, panowie zapierdzielają aż miło, aż zgniotłem puszkę z piwem, przez co większość wypłynęła mi na podłogę. Nie zauważył jednak tego, oglądał pełen ekscytacji, a wtedy... Zadzwonił mu komunikator Thunderbolts... Wkurzył się, walnął tylko puszką o ścianę i szybko podszedł by go odebrać, jednocześnie oglądając mecz. Centrala przekazała, że jeśli jest w Nowym Jorku, to ma natychmiast udać się na Times Square, gdyż jest tam jakaś rozróba i biegają potwory. Wtedy dopiero spoważniał, chociaż z niemałą irytacją, bo jego seans został przerwany. Wiedział jednak, że musi się tam udać, więc szybko przebrał się w swój strój, bardzo podobny do ninja, tylko bez maski na twarzy, zabrał ze sobą swój ekwipunek, a więc shurikeny i kunai'e(ich ilość w KP), małe tanto, swoją katanę zamocowaną w kaburze na plecach, oraz drugi miecz - Kusanagi, także w specjalnej kaburze na plecach(Nie mam go w KP, ale Loki i Herr mogę potwierdzić, że zdobyłem, bo u pierwszego kończyłem misję, a u drugiego wykonałem ją prawie w całości, do miecza posiadam też trzy kryształy: jeden wytwarzający potężną kulę ognia, drugi potężny piorun mogący zabić dziesiątki ludzi na raz, oraz kamień leczący niemal każdą ranę. Każdego mogę użyć tylko raz na jakiś czas, a więc zazwyczaj raz na walkę). Dopiero z pełnym osprzętem i komunikatorem udał się na wskazane miejsce...

Najpierw miał w planie udanie się na dach jakiegoś budynku w pobliżu rozróby(jeśli nie będzie wyboru, to nawet wysokiego, Ichiro ma mocno wyczulone zmysły, więc powinien dojrzeć), aby ocenić sytuację i to, czy będą potrzebne posiłki. Jeśli tak, to wtedy skontaktuje się z bazą, by przysłała mu stosowne do sytuacji posiłki(nie znam dokładnej siły potwora, więc po oględzinach sam uznaj, jakie mogą być potrzebne), jeśli jednak baza uzna, że za długo to potrwa, to niech poprosi wojsko, bądź inną organizację o przysłanie wsparcia. Dopiero potem wkroczy do akcji. Jego zamiarem było wejście z hukiem(o ile budynek nie jest drapaczem chmur, bo wtedy nawet Ichiro mógłby poczuć lądowanie xD) i pojawić się jakieś 40 metrów za kolczastym potworem i robiąc w ziemi mały krater oraz wywołując niemały huk, patrząc też w ich stronę, jednak bez jakiejś złości, gniewu, a raczej lekko zapijaczoną mordą. Miał pojawić się na drodze, wolnym od ludzi kawałku. Spokojnie zauważył wcześniej całą zgraję dziwnych stworów, więc postanowił zachować dystans i nie mieszać się od razu w walkę. Jeśli przykuje ich uwagę, wtedy przygotuje się do ewentualnej walki, nie łapiąc jednak jeszcze za broń, ale będąc gotowym, aby jednym, szybkim ruchem dobyć miecz Kusanagi gotów zarówno by nim atakować, lub się bronić, gdyż miecz był niezniszczalny i ciął niemalże wszystko. Pytanie tylko, jak to wszystko się rozwinie...
Powrót do góry Go down
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Czw Mar 10, 2016 10:16 pm

NPC Storyline - Ancalagon|Potwór


W normalnych warunkach, potwór zapewne zorientował by się o nadchodzącym ataku. Jednak tym razem jego uwaga skupiona była w pełni na czerwonołuskim stworze, który skutecznie wyprowadził go swymi działaniami z równowagi. Frank wpadł w czterometrową, masywną bestię - czując się nieco tak jak by uderzył w ścianę. Pancerz który bestia miała na sobie, stanowił bardzo skuteczną ochronę. Próba zwykłego atakowania go wydawała się mijać z celem, niemniej jednak uderzenie - impakt - podziałało. Mimo to, odrzucił go kilka metrów na bok. Stwór jednak wykorzystał impet by przeturlać się i podnieść od razu do góry, tak więc gdy tylko Murphy zbliżył się ponownie - został zdzielony łapą. Tutaj ujawniła się nieco zdolność którą aktualnie posiadał od Ancalagona. Mężczyzna poczuł ból, rzuciło nim nawet do tyłu i wpadł w samochód - jednak bez większych obrażeń. Najbardziej w tym wszystkim ucierpiał jakiś samochód. Przez zwiększenie dystansu, potwór postanowił nie doskakiwać do nikogo. Tym razem wziął głębszy wdech, a w jego pysku uformowała się świecąca, niebieska energia. Wyglądało na to, że potwór zaraz buchnie czymś z pyska - prosto na Franka.
Akira zbliżyła się bezproblemowo do ponad dwu i półmetrowego, czerwonołuskiego jaszuczura o anthro-budowie ciało. Masywny gad szybko wychwycił ją swym spojrzeniem, niekoniecznie ciesząc się z faktu, że ta zbliżała się do niego. Słysząc jej słowa oraz odczuwając podejście, samiec prychnął pogardliwie. Nie, żeby obok znajdował się czterometrowy stwór, odpowiedzialny za całe to zamieszanie oraz zniszczenia. A oni znajdowali się na ten moment może z dwadzieścia metrów od owego potwora. Kobieta nazwała go... żałosnym? Tak to zrozumiał z jej słów. Istota do której dziewczę się zwracało, miała trochę więcej lat w głowie. I nieco więcej honoru. Stąd też gdy spróbowała użyć na nim swej mocy, ta po prostu rozproszyła się. Jej żywioł odmówił jej posłuszeństwa.
-Spoglądałaś kiedyś w lustro, dziewczynko z domu dziecka?
Wywarczał do niej zirytowany jaszczur, niemalże przez zaciśnięte kły. Następnie gad napiął mięśnie, podnosząc się powoli do góry i zeskakując z samochodu na którym dalej się znajdował. Ból był co dało się po nim zauważyć, jednak samozaparcie było jeszcze większe. A dziewczyna wyraźnie czerwonołuskiego poirytowała.
Dodatkiem do całej sytuacji okazała się dwunastoletni dzieciak, który był sam, zbliżył się na jakieś dwadzieścia metrów do całego zdarzenia z telefonem i zaczął to wszystko nagrywać, zachwycony oraz z istnym "bananem" wyrysowanym na twarzy. Nie baczył lub nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Ancalagon zauważył młodego osobnika i postanowił ruszyć ku niemu, powolnym lecz stanowczym krokiem, trzymając prawą dłonią krwawiącą nadal ranę. Ciężko było określić czego jaszczur mógł chcieć od dziecka.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Akira



Liczba postów : 35
Data dołączenia : 02/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Pią Mar 11, 2016 6:49 pm

Ups... Akira nawet się nie spostrzegła, że jej słowa mogły urazić nieznajomego, nawet jeśli sama nie miała osobiście nic takiego na myśli... Może i miała? Nie widziała już różnicy pomiędzy byciem miłą, a wredną. To wszystko przychodziło jej naturalnie, co niekiedy już ją samą dręczyło... I tak, niedługo najdzie ją sumienie, wypominające, jaka była niedobra dla niego.
Jednakże na początku nastąpiło skołowanie. Pierwsze, faktem, że jej moc nagle przestała się jej słuchać, rozwiewając się przy jaszczurze. Nieprzyjemne i zarazem niecodzienne zjawisko dla Akiry, co sprawiło, że skrzywiła się nieco, ale nie skomentowała tego. No co? Niecodziennie napotykała się na coś takiego. A na dodatek jego pytanie...
- Hę? Co do tego ma lustro? - odezwała się, zastanawiając się jednocześnie nad sensem tego pytania. I przez to dopiero po kilkunastu sekundach od odejścia tamtego dotarło do niej całość. A ten... Nie, skąd to wiedział? - dobra, teraz ją lekko zaskoczył, ale zarazem wzbudził zaciekawienie wymieszane z niepokojem. - I nie podoba mi się to określenie - miała wrażenie, że to miało ją jakoś obrazić.
Wtedy również rozejrzała się wokół, by tutejsza sceneria do niej dotarła, jak również, że... Właściwie, gdyby tamtego bardziej wkurzyła, mógłby zabić ją bez żadnych przeszkód. Ups... Jak zwykle nie umiem się pohamować - pomyślała ponuro, skupiając oczy na samym jaszczurze. Faceci i ich męska duma... W teorii powinna odpuścić i pozostawić go samego sobie, pomimo tego, że widziała, jaki musiał odczuwać ból przez tą ranę. Przygryzła dolną wargę... I ruszyła za czerwonołuskim, z niepokojem spoglądając na scenę niedaleko. Mogła tylko się łudzić, że nie nią się ktoś nagle zainteresuje. I ten potwór... Jeśli będzie chciał podejść bliżej, zacznie po prostu używać mocy, by go odrzucić... Albo przynajmniej spowolnić. Za pomocą podmuchów wiatru. Jednak póki co, skupiła się na zdenerwowanym osobniku.
- Sorka, jeśli cię wkurzyłam bardzo - odezwała się, a raczej burknęła. Nie przyzwyczaiła się do takich słów, więc tym bardziej było jej trudno zmusić siebie, by to wypowiedziała, ale wątpiła, by nieznajomy to docenił. Nikt nigdy tego nie robił, a sama wiedziała, że przez własne zachowanie nie znajdzie sobie przyjaciół. - Ale daj przynajmniej sobie pomóc, nawet jeśli niewiele umiem. Proszę - ostatnie słowo było wręcz dla niej męczarnią, ale Akira wypowiedziała to jednak. No i, nawet jeśli nie była miła dla osób, których nie znała, to jednakże cechowało ją coś jeszcze. Upartość, która sprawiła, że poszła za nim.
Poprawiła torbę i wtedy ujrzała jakiegoś dzieciaka. Jasnowłosa uniosła lekko brwi... No tak, ciekawość. To samo, co sprawiło, że tutaj się pojawiła.
- Młody, zabieraj się stamtąd! - krzyknęła do niego, nie przejmując się tym, że mogła ponownie przez to kogoś wkurzyć. Weszło to już w jej rutynę. - Tutaj nie jest bezpiecznie - nie wiedziała, czego chciał od młodego nieznajomy, ale czy miał dobre, czy złe zamiary... Lepiej, by tutaj nie był.
- No daj sobie pomóc - marudziłaby jeszcze, jeśli wcześniej nie uzyskałaby twierdzącej odpowiedzi. Gorzej będzie, jeśli zdecyduje się ją zaatakować - starałaby się wtedy wybronić za pomocą umiejętności... Albo poświęci ukochany laptop.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Times Square   Pią Mar 11, 2016 7:43 pm

No cóż, nikt nie zauważył wejścia Ichiro, co w sumie mu odpowiadało, mógł z daleka ocenić, jak poważna jest sytuacja. Przyjrzał się dobrze każdemu jej uczestnikowi, począwszy od wielkiego, czerwonego jaszczura, po dwójkę bijących się ze sobą potworów. Nie podobało się to Ichirowi, ta bestia z kolczastym pancerzem wydawała się twardą sztukę, więc walka z nią na pewno nie będzie należeć do najprzyjemniejszych. Na razie jednak Japończyk dał ją kontynuować potworom. Nagle jego uwagę przykuł jakiś dzieciak, który kręcił się tam i kręcił całą akcję telefonem. Wyraźnie nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, jak to dzieciaki zresztą, myślą pewnie, że to wszystko zabawa, bo oglądały to w kreskówkach...
Ichiro nie miał wyboru, musiał je stamtąd zabrać, i to jak najprędzej, gdyż w jego stronę właśnie ruszył się czerwony gad. Nie czekając na to, co będzie dalej, wystrzelił z miejsca jak z rakiety, używając do tego całej siły w nogach. Miał pojawić się przy chłopaku i wziąć na ręce, po czym odskoczyć w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie zostawiłby go, a później momentalnie wrócił na pole bitwy. Na razie nie chciał wdawać się w walkę z potworem, miał zamiar udać się ostrożnym krokiem w stronę czerwonego gada i zadać mu kilka pytań:
- Jestem Ichiro. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak duży burdel robić w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc świata, ale zapewniam Was, że wszystkie agencje rządowe już o tym wiedzą. Pewnie pojawią się tu za jakiś czas, więc lepiej mi powiedzcie, co się tu, do cholery, dzieje? Czym są te dwa stwory? Bo Ty zapewne smokiem, podobnym trochę do tych, co widziałem. Nie chce walczyć, przynajmniej na razie, ale jeśli nie zatrzymamy tego kolczastego psa, to może się zrobić nieciekawie nie tylko dla Was, rozumiecie? Tak, Ichiro się trochę rozgadał, ale w końcu nie orientował się w sytuacji. W każdej chwili był gotów dobyć miecza Kusanagi, aby wybronić się przed ewentualnym atakiem smoka. Był też gotów zmienić się w dowolny gaz, jeśli będzie musiał uniknąć ataku. W każdym razie na tę chwilę jego zadaniem było zaczerpnięcie jak największej ilości informacji...
Powrót do góry Go down
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Sob Mar 12, 2016 7:47 pm

Jeszcze chwile temu Frankowi przez myśl nie przeszłoby, że jest w stanie choćby zadrapać potwora niszczącego piękne Times Square. Co tam z ludźmi, którzy to w większości przypadków byli zagrożeni z własnej, nieprzymuszonej woli. Piękne samochody, bilbordy, nawet budki z hot-dogami tworzyły razem klimat tego magicznego miejsca. Teraz stało się ono pobojowiskiem, areną dla istot o nieprzeciętnej aparycji. Czas powoli przyzwyczajać się do takiego właśnie stanu rzeczy. Za niedługo podobne zajścia będzie się nazywać poniedziałkiem, o ile ktoś już tak tego nie postrzega. Poziom zagrożenia wynikający z walki bestii musiał zostać uznany przez te wszystkie organizacje "strzegące" pokoju za niski, może nawet nieistniejący. Piekielny pies mierzący sobie cztery metry i ważący Bóg wie ile? Pheh, niech lokalna policja się tym zajmie. Nie ma co angażować Iron-Mana, Thora, czy nawet Spider-Mana. Monstrum o takich gabarytach, mające za cel jedynie chaos ku uciesze chorych ambicji nie jest niebezpieczeństwem dla mieszkańców Nowego Jorku.
Mutant tak chwile temu, jak i w sumie teraz miał problem. Problem z bestią, która chce jego śmierci. Problem z ujawnieniem swojej tożsamości całemu miastu. Problem z zadaniem faktycznych obrażeń adwersarzowi, które mogłyby wreszcie unieszkodliwić parszywca, miast go coraz bardziej rozjuszać. Udało mu się co prawda odrzucić bydle na parę metrów, choć nie na tyle by zrobiło to na kimkolwiek wrażenie. Na pewno Ancalagon był rozczarowany. Karaluch kosmosu skontrował atak, posyłając mężczyznę w ruch i wkomponowując w samochód. O dziwo, wielka łapa śmierci nie pozbawiła go życia. Klątwa krokodyla uczyniła z niej maluczką grabę wstydu. Ciosowi towarzyszyły nieprzyjemności, czy były one jednak większe od tych, następujących przy przemianie - Murphy mógłby się kłócić. Jeszcze trochę I GO ZABIJE - ponownie uniósł się w myślach wyraźnie skonsternowany sytuacją. Miał zdaje się dokończyć te walkę za czerwonego, a idzie mu to bardziej ślamazarnie niż tamtemu. W dodatku niecny gagatek szykował się do kolejnego destrukcyjnego natarcia. Jego paszczę wypełniła niebieska energia. Zapewne magiczny kłak wypluje prosto we Franka. Zębacz podejrzewał, że gdy ten kumuluje w pysku magiczną moc to być może właśnie teraz stał się bardziej podatny na obrażenia. Mógł się mylić. I to bardzo. Potwór każdą próbę ataku równie dobrze może zbić gilem z nosa. Spróbować nie zaszkodzi. Wbił więc swoje obrzydliwe łapska w maskę samochodu, o który przed chwilą się rozbił i wykonał silny zamach, wyrzucając pojazd w stronę oponenta. Był sceptycznie nastawiony co do tego oryginalnego pomysłu, dlatego też zachował pełną gotowość by w razie nieskuteczności ów ofensywy przejść do defensywy i wykonać unik.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC


Liczba postów : 1143
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Times Square   Sro Mar 16, 2016 11:23 pm

NPC Storyline - Ancalagon|Potwór|???

Czerwonołuski dalej kroczył powoli ku dzieciakowi, który wydawał się wszystkim zachwycony, podekscytowany. Skierował nawet aparat swojego telefonu na czerwonego gada, wyraźnie się nie bojąc - jak by nie zdawał sobie w ogóle sprawy z zagrożenia które tu na niego czekało. Samego Ancalagona trapiło natomiast coś innego. Uparta istota która przyczepiła się do niego, prezentująca z zewnątrz jedno podejście - a wewnątrz całkowicie inne. Gad odpowiedział jej, nie zatrzymując się ani nie zwalniając w drodze do swego "celu".
-Męczysz się, mówiąc do mnie w ten sposób. Nie jesteś szczera przed sobą, dlaczego więc miałbym tobie powierzyć moje życie?
Skomentował jej prośbę. Ona nie widziała świata tak jak on, a on... nie był wobec niej miły, ponieważ jej nie ufał. Jego rasa świetnie znała się na telepatii, a on sam ten fakt wykorzystywał - by poznać swe otoczenie, poznać realne intencje czy podejście otaczających go istot.
Uwaga dwójki ludzi zwróciła się ku dzieciakowi, który prawdopodobnie zapomniał gdzie się znajduje i po prostu wszystko nagrywał. Zaczęło się więc od tego, że chłopak zignorował lub nie usłyszał słów Akiry. Że niby miało być niebezpiecznie, tutaj? On miał inny pogląd w tej sprawie. Ichiro postanowił przeszkodzić czerwonołuskiemu, doskoczyć do dzieciaka i go stąd ewakuować. Gdy jednak wyskoczył, lądując przy młodzieńcu, ten zrobił unik i odskoczył na jakieś pół metra do tyłu - oddalając się od mężczyzny. Tak, zwykły dwunastolatek. Ślepia dziecka zrobił się czarne, wyglądały niemalże na puste. By dostrzec poszczególne elementy budowy wewnętrznej oczu, należało się porządnie przyjrzeć. A sam wygląd mógł na takim dziecku nieco przerazić.
-Jak śmiesz, śmiertelniku? Trzymaj swe łapy z dala ode mnie.
Przemówił chłopiec. Przemówił głosem dziecka, takiego na jakiego wyglądał - po za oczami które uległy lekkiej zmianie. Coś było z nim nie tak, nie tylko ze względu na ślepia. Zdążył bowiem uniknąć chwycenia przez Ichiro, który przecież prezentował poziom wyższy od zwykłego człowieka - a co dopiero dziecka.
Frank w tym czasie kontynuował swą batalię przeciwko potworowi. Rzut samochodem sprawił, że mutant kupił sobie dodatkowe sekundy. Gdy tylko z paszczy stwora wystrzelił promień energii, pojazd został przebity na wylot - niemalże tak, jak by go tam nie było. Murphy'emu udało się uniknąć trafienia promieniem, potwór nie poprawiał i nie gonił celu swym atakiem, a zamiast tego trafił dodatkowo w inny samochód który został zmiażdżony oraz rozbity, jak również w ścianę jednego z budynków, która została przebita na wylot. Ze środka dało się usłyszeć krzyki przerażenia oraz osoby wyjące z bólu. W powietrzu znów uniósł się kurz i choć nie dało się tego dostrzec, to na pewno zostali ranni cywile. Stwór zamknął swą paszczę i ponownie rozejrzał się po okolicy, od nowa poddając sytuację analizie. Jego wzrok na chwilę skupił się na dziecku, choć potwór nie pozostawiał swej czujności.
-Przedstawiasz się potencjalnym wrogom i rzucasz monologiem. Skądś się wziął taki?
Rzucił do Ichiro czerwonołuski, słysząc słowa mężczyzny. Ani mu się śniło odpowiadać na to wszystko. Po prostu nie do końca rozumiał jaki cel miały wypowiedziane w jego kierunku słowa. Z resztą jego uwagę całkowicie przykuł dzieciak, "smok" czy też "krokodyl" wbił w niego swe spojrzenie, jak by zaraz miało wydarzyć się... no właśnie, co? Bo dziecko jedynie uśmiechało się, spoglądając na całą grupkę. W oddali dało się już usłyszeć syreny nadjeżdżających jednostek bezpieczeństwa oraz ratowniczych.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Otto Octavius



Liczba postów : 36
Data dołączenia : 24/07/2014

PisanieTemat: Re: Times Square   Czw Mar 17, 2016 9:58 pm

Od kiedy Otto zaczął współpracę z SHIELD przyzwyczaił się do ludzi. W końcu przez pewien czas żył tylko w jaskini, wychodził nocą by coś ukraść i tyle. Spotkanie z Coulsonem zmieniło jego życie. Po pierwsze, mógł zdjąć to cholerstwo ze swoich pleców. Po drugie, czuł się spełniony kiedy pomagał rozwijać się Tarczy pod względem technologicznym. Wiadomo, Stark i Banner nie mieli tyle czasu co on, więc chętnie ich wyręczał jako geniusz. Warto nadmienić, że oficjalnie nie należał do organizacji, ale pracował dla nich namiętnie.
Dzisiejszy dzień miał być taki jak każdy inny od pewnego czasu. Popracuje w laboratorium, wróci, popracuje w domu i zaśnie. Nie bardzo miał z kim spędzać wolnego czasu, jego umiejętności interpersonalne nie rozwinęły się jeszcze na tyle żeby skutecznie nawiązywać znajomości poza pracą, więc wolny czas spędzał...również nad pracą. Wracał do apartamentu kiedy usłyszał, że niewątpliwie coś się dzieje. Podbiegł kilka przecznic by sprawdzić co to. Tym sposobem wylądował na Times Square, gdzie jego oczom ukazał się dosyć ciekawy widok. Smok, potwór, kolejny potwór, jacyś ludzie o ponadprzeciętnych umiejętnościach, chłopak z wyraźnie powiększonymi źrenicami. Na swoje szczęście, zawsze gdy gdzieś wychodził zakładał macki. Już nie musiał, nie były do niego przymocowane, ale bezpieczniej się z nimi czuł. Teraz niewątpliwie się przydadzą.
Otto uznał, że zamiast pakować się od razu do walki, poczeka i rozegra to trochę inaczej. W końcu nawet nie wiedział kto jest zły, kogo ma bić. Zanim kogoś uderzy, poczeka. Poobserwuje walczących, ale jeśli ktoś rzuci się na niego, bez zastanowienia będzie się bronił i odda. Póki co jednak wyglądał jak wszyscy inni cywile, może był mniej przerażony. Rozglądał się uważnie. W razie gdyby ktoś z niewinnych ludzi potrzebował pomocy, Otto nie zawaha się użyć swoich macek. Może trzeba będzie kogoś wyciągnąć spod pojazdu lub z jego wnętrza. Może coś będzie na kogoś spadało lub leciało w jego kierunku. Wtedy Otto uaktywni swoje macki by tego kogoś uratować. To na tę chwilę był dla niego priorytet.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Frank Murphy



Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/03/2016

PisanieTemat: Re: Times Square   Czw Mar 17, 2016 11:30 pm

Times Square miewało się lepiej. Obecnie stało się centrum nieopisanych dziwactw, dziwadeł i wszystkiego innego co dziwne, zlepionego w wielką, chaotycznie uformowaną kulę dziwności. Czy więc faktycznie zachowanie nowojorczyków było aż tak nieodpowiednie? Chwile temu ich głowy zaprzątały przyziemne sprawy. Praca, szkoła, niektórzy po prostu wyszli na miasto by nacieszyć się jego urokiem w słoneczny poranek. Nikt nie planował walki o życie na dzień dobry, stąd też w momencie gdy świat wokół tych biednych ludzi zaczął się walić ruszyli w przerażeniu by jak najbardziej oddalić się od miejsca zagrożenia. Frank był w tej samej sytuacji co tamci. Nie znalazł się tu z własnej woli, nie rozumiał i właściwe wciąż nie rozumie o co w tym wszystkim chodzi. Kieruje się najprostszymi instynktami, żądzą przetrwania i determinacją. W tej chwili jego zmysły zaćmione są właśnie tymi czynnikami. Dlaczego w ogóle zaangażował się w konflikt, który zdaje się całkowicie go przerastać. Teraz jedyne co mu chodziło po głowie to czym walnąć w łeb potwora, żeby załatwić dziada na amen. Z pewnością będzie wymagał odpowiedzi kiedy tylko cały ten kurz opadnie. Każdy cywil będzie chciał wyjaśnień. Mutant może być jednym z niewielu szczęśliwców, którzy otrzymają ten przywilej usłyszeć co tak naprawdę było powodem zjawienia się potwora i czemu w ogóle sam Ancalagon przedostał się tu czerwoną bańką mydlaną. Bez wątpienia historia krokodyla będzie ciekawa. Z pewnością przebije opowieści jakich do tej pory musiał wysłuchiwać w pracy. No, może jego przygody miłosne nie są aż tak ciekawe, a przynajmniej aż tak ubarwione jak te opowiadane przez współpracowników Franka.
Mężczyzna nie był sam w całym tym szaleństwie. Za jaszczurem pętała się jakaś dziewczyna. Czemu nie, w końcu wyglądał całkiem sympatycznie, z bliska to już w ogóle idealny partner do pogaduszek. Może miała bardziej nie po kolegi w głowie niż zębaty? Albo też ma jakiegoś asa w rękawie, tyle tylko, że nigdy wcześniej nie próbowała zgrywać superbohatera i nie za bardzo wie jak ma do tego podejść, tak więc zdecydowała się zapytać czerwonego o, choćby, pozwolenie? Kimkolwiek była ta wariatka nie była zmartwieniem mutanta, a to już duży plus. Niech sobie męczy gadzinę, okaże się na ile starczy mu cierpliwości. Towarzystwo swoją obecnością wzbogaciła jeszcze jedna osoba. Koleś. Azjata. Z całkiem fikuśnym wyposażeniem, warto wspomnieć. Zanim skierował się w stronę jaszczura by biedaka pomęczyć, ruszył na chłopca, który z całkiem nie tak dalekiej odległości obserwował całe zajście, mało tego - nagrywał wszystko telefonem. Murphy prychnął pogardliwie widząc smarkacza. Gdzie w takich chwilach są rodzice? Dzieciak musi mieć na imię Kevin, bez dwóch zdań. Jest to jednak bardzo poważny i irytujący problem. Wystarczy przejść się do centrum handlowego, pospacerować po nim paręnaście minut i można podsłuchać jak przerażone matki robią wyrzuty ochroniarzom, bo idą na zakupy z synem, czy córką i nie wiedzą, że jest to młode, nienauczone, ciekawe i roztrzepane jak diabeł tasmański.
Azjata chyba był z tych dobrych. Rzucił się na amatorskiego reżysera kina akcji pewnie z intencją zabrania go z, przecież bezpiecznej, okolicy. Chłopak zrobił unik, nie byle jaki zresztą. Umknął dorosłemu facetowi z niezgorszym refleksem. Oczy małolata zrobiły się czarne. Prezentował się trochę upiornie z tymże nowym wizerunkiem. Frank miał w tej chwili nieco większy problem, brzydala plującego promieniami z pyska. Tyle miło, że go nie trafił. Nawet rozproszył się przez obecność małego. Coś wisiało w powietrzu, a tenże tutaj, teraz to bardziej Damien niźli Kevin, zapewne za niedługo ujawni rąbka tajemnicy odnośnie swej osoby. Wokół nie było słychać nic poza wrzaskami biednych, bezbronnych i uciśnionych ofiar gadziego sporu. Dźwięki te wwiercały się w głowę zębacza. Narastał w nim gniew, napędzany ich cierpieniem. Cierpieniem zupełnie obcych mu ludzi. Zawsze był pewien, że jest ponad to. Alfa i omega wśród maluczkich. Kiedy jednak przyszło co do czego, kiedy walka zdawała się dłużyć w nieskończoność, a straty wśród ludności cywilnej powiększały się, negatywne emocje kipiały w brzydalu. Do tego swoje dodawały krzyki i bezowocne wołanie o pomoc pozbawionych nadnaturalnych zdolności kobiet i mężczyzn. Parę minut temu byli idiotami, teraz potrzebowali ratunku. Od niego mogli oczekiwać wsparcia tylko w jednej formie. Wpatrywał się w bestie jakby chciał samym wzrokiem wypalić w niej dziurę na wylot. Zaczął dyszeć niczym zwierze. Moc przekazana mu przez Ancalagona musiała starczyć by wreszcie skończyć z półśrodkami. Bez większego namysłu rzucił się do najbliższego samochodu, który gabarytami znacznie przerastał przeciętną taksówkę i szarpnął nim do góry. Musiał się odrobinę bardziej nagimnastykować, ale ostatecznie wyprowadził zamach godny mistrza bejsbolu. Na tym się nie skończyło. Przestało go obchodzić czy jeden pojazd wystarczy. Ledwie cisnął jednym, a już podbiegł do następnego, tym razem lżejszego i ponowił działanie. W okolicy roiło się od opuszczonych aut. Posyłając drugi wykonał sus w stronę jeszcze kolejnego, powtarzając czynność. Zamierzał tak robić do skutku, zasypać wroga, aż w końcu ugrzęźnie pod stertą złomu, albo chociaż złamie paznokieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Times Square   Today at 4:56 am

Powrót do góry Go down
 
Times Square
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
 Similar topics
-
» Trafalgar Square
» Imperial Times IV

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: