Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dżungla

Go down 
AutorWiadomość
Black Cat

avatar

Liczba postów : 298
Data dołączenia : 16/10/2012

PisanieTemat: Dżungla   Pon Sie 05, 2013 11:09 pm


Las deszczowy - miejsce pełne dzikich zwierząt, pająków i przeróżnych owadów. To miejsce, w którym może zdarzyć się wszystko, a także można spotkać stawonogi gigantycznych rozmiarów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Preludio

avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 16/12/2015

PisanieTemat: Re: Dżungla   Wto Gru 22, 2015 2:24 pm

Ten wymiar, ten świat, ta planeta dawała tyle możliwości, a jednocześnie tak dużo zabrała Preludio, że czasem zastanawiał się nad samobójstwem. Nie miał tutaj sensu życia, brak większej rywalizacji, a nawet jakby znalazł coś w czym można by rywalizować to nie dawało mu to na tyle satysfakcji, aby zastąpić dawny styl życia polegający na poszczególnym przejmowaniu form. Czy tęsknił za swoim płaskim światem z małymi wzniesienia i depresjami? Nie odczuwał on zbyt dużego przywiązania do miejsca gdzie dane było mu przebywać. W swoim poprzednim życiu prowadził ciężki tryb bytu. Raz był w jednym miejscu i siedział tam kilka dni chcąc znaleźć miejsce do spania, potem spał kilka godzin, następnie przenosił się do innego miejsca. W poprzednim świecie unikał walki ze słabszymi, bo była po prostu nieopłacalna. Nie dość, że większość form już posiadał to jeszcze mógł się trochę poharatać z byle przeciwnikiem i zablokować sobie przemianę w sytuacji w której byłaby ona niezbędna do przeżycia, w sytuacji gdy dane będzie mu spotkać silniejszego lub równego względem jego mocy wroga. Wszystko się wali tak gwałtownie na głowę, wystarczyła jedna nieudana akcja. Tyle potężnych istot zostało wrzuconych do obcych wymiarów, a zapewne jedynym i to na dodatek niepewnym powrotem była dla nich śmierć. Tutaj czasem chciało się aż samemu sobie rozciąć flaki, obco wymiarowa istota nie może być pozbawiona sensu swojego jestestwa bo zacznie szukać go na siłę siejąc chaos. Preludio nie chciał siać chaosu, był dzikim stworzeniem ale nie aż tak zdesperowanym, aby krzywdzić innych, których śmierć ani go nie pożywi ani nawet nie wzmocni. Co da zabicie nic nie znaczącego człowieka, skoro i tak nie można nic zrobić z jego truchłem poza zjedzeniem, co oczywiście brzydziło Preludio. Chyba tylko ze względu na to, że mięso ludzkie mu nie smakowało. Ludzie żywili się śmieciami, to co wpadnie w dłoń. Czekoladowy batonik przeładowany chemią, sok pomarańczowy z napisem bez cukru, a w jego skład zapewne wchodziło pełno substancji pochodnie słodzących dających taki sam efekt. Ludzie byli wszystko żerni, może gdyby Preludio spotkał jakiegoś człeka, który w miarę zdrowo się odżywia i posiada dobrą przemianę materii - zjadłby go, ale pierwszy skonsumowany przez niego ludź był przykładem typowego Amerykanina, żywiącego się fast-foodami, a w wolnych chwilach popijającego cole nafaszerowaną całą tą badziewną chemią. Taki posiłek to Preludio by chyba wydalał z tydzień, jedyne co z takim grubasem można zrobić to dać dla Repugnusa, przynajmniej będzie z czego produkować zabójcze substancje chemiczne. Przechodząc do aktualnego celu jaki wypełniał Preludio. Siedział sobie w dżungli i wykonywał trening pierwowzoru w postaci ostrzenia swoich ostrzy na grubych głazach. Były w sam raz do kilku godzinnych ćwiczeń. Preludio w swoim wymiarze nie musiał niczego ćwiczyć, zawsze kiedy to jakaś forma okazywała się za słaba do danego przeciwnika to błyskawicznie ją zmieniał, a poza tym gdyby miał on przeprowadzić indywidualny trening dla wszystkich to w kilka lat nie wyrobiłby się i prędzej padł z wycieńczenia no ale nie miał wyboru w tym przypadku - miał ubogi zasób form, więc musiał każdą wytrenować.
Przechodząc do samego faktu jak znalazł się tutaj Preludio - okres godowy. Nie pamięta, mogę osobiście ze swojej strony wypuścić najtrafniejsze przypuszczenie, że dostał okresu godowego, a jako, że był na obcej planecie to jego zmysłom odbiło i jak powalony biegł przez następne dwadzieścia cztery godziny w jednym kierunku sądząc, że znajdzie jakiegoś osobnika gotowego do kopulacji.
Mówi się, że zwierzęta mają szósty zmysł, a istoty humanoidalne przeczucie do czegoś wielkiego co ma się wydarzyć. Od wstania ze snu odczuwał wewnętrzny niepokój, że to właśnie w tym dniu coś nadejdzie i coś zrobi, może zmieni czy jak? Równie dobrze może to być nadmiar hormonów albo dostosowywanie się układu immunologicznego do życia w dżungli. Chiny, inna część świata, inne bakterie, inne choroby. Czy jego mieszanka przeczucia z szóstym zmysłem go myliła, czy może na prawdę dzisiaj miało się coś zmienić? Szczerze, to teraz i tak był zbyt zajęty swoim treningiem. Stał twardo przed kamieniem w swoim pierwowzorze i wykonywał to kolejne cięcia na obiekt mech, jakaś roślinka porastająca głaz, nic nie zbiegło jego ostrzom.
Czasem Preludio się rozglądał szukając to nie wiadomo czego, mieszanka przeczu-zmysłu mimo, że była ignorowana to nadal się odzywała w postaci dekoncentracji jego uwagi na ćwiczeniach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1519
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Gru 27, 2015 10:27 pm

Zawartość usunięta przez autora.

_________________



Ostatnio zmieniony przez Dur-Shurrikun dnia Wto Lut 20, 2018 9:04 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Preludio

avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 16/12/2015

PisanieTemat: Re: Dżungla   Pon Gru 28, 2015 4:37 pm

Preludio ostrzył swoje ostrza. Wykonał ostatnie cięcie, a tu ni stąd ni zowąd kamień się rozpadł. Pierwsze co w ułamku sekundy przyszło mu do głowy, to była myśl, że może za mocno uderzył ale tutaj nasuwa się pytanie. Czy byłby w stanie cięciem spopielić kamyk na tak drobne części? Nie. To musiało być co innego. Potem nastąpił silny podmuch wiatru, stwór przyjął go na swoją klatkę piersiową prze co poleciał trochę do tyłu, ba może by go nawet lekko wybiło w powietrze, gdyby nie to, że momentalnie jego garb się otworzył i dzięki skrzydłom spokojnie skorygował swoją postawę ciała. Sytuacja zdawała się być coraz bardziej niezrozumiała dla obco wymiarowego stworzenia. Nie wiedział tak na prawdę co ma uczynić. Instynkt mówił, żeby uciekać, zaś rozumowanie, aby zobaczył co miało taką siłę. Dawka przeczu-zmysłu miała rację, coś się wydarzyło. Niespodziewanego i nagłego, zostawiającego kilka dróg wyjścia. Wyjścia? Może raczej wejścia, bądź wdepnięcia w głębokie bagno.
Dobre kilka sekund wystarczyło do subiektywnej oceny sytuacji. Co rozbitek miał do stracenia? Życie? W ostatnim czasie to chyba jedna z tych rzeczy, które nie docenia, bo nie miał okazji do utraty jego przez ostatnie trzy lata. To czy coś innego kazało mu iść tym szlakiem? Jego osobiste zamiary pozostaną wyłącznie jego sprawą, póki jakiś telepata nie będzie chciał mu grzebać we łbie wyciągając pustkę. Preludio nie dokonywał procesów myślowych tak jak inne istoty, ciężko było wyciągnąć cokolwiek z jego umysłu. Odczucie do danej osoby, sytuacji czy to nawet upodobania. Jako, że był w połowie zwierzęciem zachowywał dozę niezależności odnośnie prywatności swojego umysłu. Opadł na przednie łapy, bowiem wcześniej podczas treningu upodobał sobie twarde stanie na dwóch kończynach, a że teraz chciał prędko znaleźć źródło chaosu to zmienił swoją postawę ciała. Coś co ludziom zajęło kilka milionów lat on sobie usposobił od swojej zachcianki, woli, wygody. Jedna z zalet bycia tym kim się jest, a nie marnym ludzkim truchłem.
Kroczył przez cały ten czas wzdłuż pasu zniszczeń spoglądając na to kolejne pozostałości z krzaków czy drzew. Coś co musiało wykonać tak duże zniszczenia posiadło moc większą niż można sobie zdać. Instynkt się odzywał plącząc kierunek poruszanie się Preludio. Raz szedł swoim tempem, a następnie przez chwilę nieuwagi jego instynkt brał górę nad wolą rozumowania i nieświadom swego poczynania twór zbaczał z kierunku chodu, a potem zdawszy sobie sprawę co czyni - wracał na "ścieżkę". Nie było łatwo, jednak z czasem wykonując pełną koncentrację rozbitek opanował instynkt i jego niechciane w tym momencie odzewy.
Wreszcie dotarł do polany. Nie było tam dużo drzew ani krzaków ale Preludio szybko wypatrzył jakiś centralny obiekt za którym się krył. Była to dość wysoka trawa. Po prostu kucnął i zmniejszył swoją widoczność dla tego co właśnie dostrzegł.
Trzy istoty. Nie przypominały człowieka. Co tu dużo mówić. Nie były ludźmi i tyle, i chyba też nie należały do tutejszej sauny. Przypominały Preludio swym wyglądem niektórych przeciwników, których zastał w swym wymiarze. Przypominały, stwór miał nawet teorię, że to może jego towarzysze, którzy także wylądowali tutaj. Miał przez chwilę żmudną nadzieję, że nie jest jedynym ale ona przeminęła. Kiedy tylko usłyszał dialog. Bardzo specyficzny trzeba podkreślić, nie ruszali ustami to czym? Wydawali dźwięki przeponą brzuszną czy może odbytem? A może to jakiś rodzaj scalenia umysłów między sobą? Preludio nie wiedział dokładnie jak się porozumiewają, podejrzewał telepatię ale zważywszy na to co widział w swoim poprzednim życiu, a widział dość dużo, to nie za bardzo był pewny swego.
Idąc dalej poczynaniami istot. Preludio usłyszał to co mówiły między sobą. Zrozumiał jedynie to, że dwójka to egzekutorzy i chcą gdzieś targnąć tego trzeciego osobnika, a on najwidoczniej nie chce być targany i się nie podda. Bez sensu. Chcą go gdzieś targnąć, żeby zjeść? Czemu nie zrobią tego na miejscu? A może chcą wykarmić swoje? To też było bez sensu. Poza tym co to w ogóle znaczy egzekutor? To jakiś rodzaj określenia na polujące jednostki w plemieniu do jakiego należą ów istoty?
Oczy potwora rozszerzyły się wskutek większej dynamiki do jakiej doszło - walki. Była dość specyficzna, istoty posiadały nadzwyczajne zdolności. Teleportacje, pojawianie się i znikania w tak krótkim czasie. Nie można byłoby tego podczepić pod kamuflaż. Teleportacja pełną parą. Odnośnie tych uderzeń - Preludio analizował walkę i gdyby miał wyczepić swojego faworyta na moment, kiedy się ona zaczęła był nim Czarnołuski. Walka była dość sprawna, bez zbędnych gestów i wymieniania podczas niej słów pokroju "odpuść" "jest nas dwóch mamy przewagę liczebną". Jaką przewagę? Czarnołuski kładł ich na glebę, może raz go podrapali ale tak poza tym to zwyciężył. Faworyt Preludio wygrał walkę. Czy to dobrze? Co oznaczało to dla rozbitka? Preludio nie wiedział dużo, ale podjął ryzyko.
Profilaktycznie mógłby podejść i palnąć - dobrzeh walczyłheś, dobryhwieczórh, ale to nie ten typ obco wymiarowego stworzenia. Czarnołuski na pewno zdawał sobie sprawę ze swojej siły.
Na ten moment jednym z priorytetów zmiennokształtnego było zostać biernym obserwatorem, który nie będzie się ukrywał, bo nie ma nic do stracenia. Chęć przyjrzenia się bliżej tym istotom była silniejsza od woli zachowania życia. To odważne, ryzykowne czy może głupie? Kto wie.
Wydobywszy swoją posturę z krzaków - Preludio ruszył na czterech kończynach w przód. Poruszał się naturalnie i bez większego niepokoju, nie miał się czego obawiać. Strach to coś co było obce w starciu z ciekawością.
Obszedł się wokół Czarnołuskiego zachowując dystans. Dystans obserwatora, chciał by osobnik wiedział, że jest jedynie ciekawy i nic więcej, że nie ma w zamierzeniach walki. Ukrywanie się nie było dobrym pomysłem, czasem lepiej po prostu wyjść z ukrycia i obnażyć się wobec niespodziewanego niosąc siebie samego, własnymi siłami, niżeli któryś z nich miałby siłą go z ukrycia wyciągać. Obszedłszy Czarnoskórego, o ile mu nic nie przerwało, stanął na przeciw niego i swoimi tępymi ślepiami wpatrywał się w to co robi. Dystans jaki ich dzielił można by ocenić na cztery może pięć metrów.
Obrzęd modlenia się nad pożywieniem? Czy jak? Preludio postanowił nie przerywać samcowi tego co robi. Jak na razie najlepiej pozostawać obserwatorem, który nie ukrywa się ale też nie działa zbyt aktywnie. Bierny jak dotychczas mrugał swoimi powiekami raz to normalnie, raz to w poprzek. Mógłby zagojać ale raczej nie warto podejmować na ten czas próbę komunikacji, chociaż rzucało mu się zasadniczo kilka pytań, które powtarzał po kolei w głowie. Kim oni są? Czy będzie to jadł? Jak ich nie zje to co z nimi zrobi? Co znaczy egzekutor? Czy zostawi trochę padliny dla niego? Ostatnie pytanie wynikało z natury pierwowzoru. Był trochę głodny, a skoro istoty z którymi walczył Czarnołuski były potężne, to musiały się w miarę dobrze żywić, a ich padliną - nie pogardziłby głodny obco wymiarowy potwór.
W skrócie to patrzył i analizował poczynania Czarnołuskiego, robił to otwarcie, nic nie miał do stracenia, oprócz życia, które w jego wymiarze było czymś co posiadałeś na chwilę. Nigdy do życia nie nabierałeś dłuższego dystansu, raz je miałeś, a raz nie więc i tutaj ciężko je aż tak cenić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1519
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Wto Sty 12, 2016 8:44 pm

Ponad dwa tygodnie nieobecności.
Akcja anulowana.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 524
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Mar 15, 2018 7:42 pm

Ubrania czasami miały swoje plusy, a nazywało się to kieszenie. Oczywiście Rho gdyby się postarał to pewnie w futrze dałoby radę ukryć coś małego, tyle że większa szansa byłaby, że po drodze to zgubi. Zawsze istniała też opcja plecaka, który jest znacznie praktyczniejszy i nie utrudnia ruchu tak jak ciuchy. Zresztą na plecak chyba nie będzie narzekał, a raczej na jego zawartość. W końcu broń to ciało, a nie jakieś tam gadżety. Zawsze ciekawą opcją było wcisnąć przeciwnikowi pod łuski lub inne odsłonięte miejsce odbezpieczony granat. Trzeba to dodać do listy rzeczy „do zrobienia”. Zaraz po pobiciu rekordu na jednej z kosmicznych maszyn latających oraz pobiciu się z jakimś bohaterem ziemskim. No walki były tu dosyć modne, bo nie dość że bohaterowie prali się po gębach ze złoczyńcami to jeszcze czasami między sobą. Dlaczego więc nie mogłaby do tego grona dołączyć jakaś osoba trzecia?
Lis nie wiedział za bardzo co mógłby doradzić jako pamiątkę z tej planety. Może jakaś prymitywna broń z tej planety? Takie coś pewnie sam Rhoshan wziąłby i powiesił na swojej ścianie w kwaterze. W sumie sadzonki z roślinami to też dobry pomysł. Rudzielec drapał się po podbródku myśląc nad tą kwestią. Przebywał tutaj parę setek lat i chyba po prostu tak wielu wyjątkowych aspektów tej planety nie widzi. Prędzej na własnej rodzimej planecie robiłby jakieś zdjęcia co mogłoby wyglądać dziwnie. Eulalia za to była podekscytowana koncepcją pójścia gdzieś i zwiedzenia tego kawałka skały, na którym się znajdowali. O ile lis nie skończy znowu w szpitalu to z chęcią również zobaczy jak to miejsce wygląda. Cóż pokoje szpitalne już zwiedził, polanę też, pozostaje jeszcze miasto. Oczywiście nie zapomniał o fakcie, że trzeba jakoś uczcić pierwszą misję gepardzicy oraz tak przy okazji awans, który niedawno otrzymał. Może jakaś restauracja z bufetem mięsnym? Na samą myśl zaczął mu ogon chodzić.
Zlepek kostek, który przed sobą mieli był urządzeniem teleportacyjnym. Lis spojrzał na zbliżającego się dowódcę, który chyba nie miał zamiaru pochwalić jego chęci przygotowania się. Tylko żeby potem nie było, że rudzielec miał rację i kombinezon byłby jak najbardziej przydatny! Pazury też są prymitywną formą walki, a jednak większość densorinów wykorzystuje je. Chociaż z tym wolał powściągnąć i nie wchodzić w debatę z jaszczurem, że pewne rzeczy niezależnie od upływu czasu są tak samo skuteczne. Oczywiście nie zawsze trzeba użyć siły, by osiągnąć zamierzony skutek, chociaż zdecydowanie lis wolał te rozwiązania siłowe. W końcu po co bawić się z wytrychami i kłódką, gdy można ją po prostu oderwać i wejść do środka?
Nawet nie wiedział czy ziemskie stwierdzenie „złośliwość rzeczy martwych” byłoby tu adekwatne. Tak można określić urządzenie, które odmawia współpracy, jednak biorąc pod uwagę, że większość crathygtańskiej technologii ma jakieś AI, które myślą i są świadome to trochę obraźliwe. Zresztą to też byłoby nadepnięcie najpewniej na ogon raptorowi, którego miał obok siebie. Problemem z takimi androidami lub po prostu maszynami było to, że najczęściej nie miały serca, które biło lub nie wykazywały tak nadmiernej gestykulacji jak żywe istoty. Gdyby były tak dokładnie zreplikowane to chociażby z odgłosu bicia serca można wywnioskować czy ktoś kłamie, jest zły lub coś go ubodło. Teraz nie wiedział czy jaszczur się na niego gniewał z powodu uszkodzonego pancerza, ale jakoś specjalnie długo nie milczał. Po prostu chwilka, którą najpewniej przeznaczył na setki miliardów operacji w swoim cybernetycznym umyśle.
Skoro go to nie obchodziło to przynajmniej wiadomo, że nie wyciągnie z takiego niekonwencjonalnego użycia żadnych konsekwencji. Ciekawe jednak było to czy każdy pancerz miał w sobie jakąś funkcję uczenia się? Bo w sumie jeśli w każdym byłaby opcja rejestracji danych z pola bitwy i przesyłania ich do statku, gdzie poddawane byłyby obróbce, a następnie wracały z gotowymi wynikami to te nanomaszyny mogłyby się przystosować do każdych warunków. Takie adaptujące pancerze, które z biegiem walki przystosowują się pod przeciwnika.
Moment później teleportowali się za pomocą urządzenia do jakiegoś hangaru. Był tu tlen, mogli oddychać i nic ich jeszcze nie zaatakowało. Lis rozejrzał się, ale wszystko wyglądało na stosunkowo normalne. Mieli nawet tutaj statek kosmiczny, najpewniej w pełni sprawny. Nawet jeśli byłaby to stara maszyna to najpewniej dałby radę nią polecieć. Z ewentualnymi naprawami też pewnie sobie dadzą radę, no bo hej… mają przy sobie chodzącą bibliotekę schematów i dopóki jakiejś części nie trzeba wymienić to da radę. Rudzielec wyniuchał ten charakterystyczny odór śmierci. W pancerzu, niczym w sarkofagu zostały zamknięte resztki crathygtańskiego osobnika. Sądząc po dziurze w piersi, walnięto go czymś co dało radę przebić pancerz na wylot. Zbroja pewnie też nadaje się jedynie na złomowanie albo raczej do muzeum. Pełno tu było kurzu, a ze względu na brak przewiewu to i powietrze pewnie mniej świeże. Truposz nie miał ze sobą żadnego uzbrojenia. Musiał zginąć dosyć szybko, a w dodatku ten kto go zabił najpewniej wziął ze sobą pukawkę.
Kiedy jaszczur był przy szkielecie, Rhoshan postanowił przyjrzeć się statkowi od zewnątrz. Bardziej pod kątem dziur w kadłubie, ewentualnie innych uszkodzeń i po kilku chwilach dołączył do Dura przy truposzu, którego właśnie spopielił. Tania metoda pochówki, a i ustalili sobie punkt, w którym mają się ostatecznie spotkać.
- Ten kto go zabił zatroszczył się, by zabrać ewentualną broń – przedstawił swoje spostrzeżenia na temat tamtych zwłok. Na pewno to miejsce nie było w pełni zszabrowane. Wyglądało bardziej na to, że ktoś tu po coś wszedł, ale już nie wyszedł. W końcu po co mieliby zostawiać statek? Gdyby lis miał się gdzieś włamać i coś zabrać, to na pewno rozwaliłby środek transportu ścigających, by ci nie mogli go gonić, a sam uciekłby jedyną sprawną maszyną.
Z początku rudy myślał, że tamten po prostu zrobi swoje technologiczne czary mary na panelu kontrolnym, dlatego cierpliwie poczekał obok panelu, jednak gdy usłyszał łupnięcie i dźwięk giętej stali to jakoś tak na pysku pojawił mu się uśmiech. No tak… to miejsce mogło nie mieć zasilania, więc pozostaną kwestie manualnego otwierania drzwi i takich tam. Zdecydowanie jak w grobowcu, w którym jest masa skarbów do zdobycia. Lis w tym czasie nasłuchiwał, czy taka akcja nie uruchomiła jakichś mechanizmów obronnych tego miejsca. Bądź co bądź mogły tu być manualne pułapki, które nie wymagały zasilania. Jednak, gdy nic nie wybuchło, ani też nie spadło im na głowy to również zerknął w korytarz. Lis spojrzał na odgięte drzwi. Kawał dobrej blachy, który może się kiedyś przydać. Na pewno ziemscy złomiarze padliby ze szczęścia o ile takowych mają w Chinach. Z tego co pamiętał to ta nacja mieszkająca tutaj wygląda praktycznie tak samo. Z niewielkimi różnicami jeśli chodzi o wzrost lub kolor oczu.
- Może jest tu gdzieś jakiś komputer z dokładniejszymi planami tego miejsca – w sumie poruszanie się tak po omacku może raz, że nie przynieść korzyści, a dwa być dosyć niebezpieczne. Jeśli już to według niego powinni w pierwszej kolejności poszukać planów tego miejsca. Wtedy będą mieli pewność, że sprawdzili absolutnie każde miejsce. Chociaż wiadomo, że mogą być takie miejsca, których nie umieszcza się na schematach. Nie pasował mu tylko ten korytarz z zaułkiem. Zwykle w takich miejscach umieszczało się pewnie mniej ważne rzeczy jak schowek na miotły, ale jeśli tam niczego takiego nie było to po co istniała ta przestrzeń? Może by móc łatwiej wycofać z dłuższym ładunkiem transportowym lub po prostu tam go magazynować?
Słysząc ludzki głos lisowi zjeżyło się futro. Ktoś tutaj dotarł przed nimi, jednak nie był w stanie najwyraźniej otworzyć tych drzwi. Cały ten kurz wskazywał na to, że przez bardzo długi czas tutaj nikt nie zaglądał.
Zanim lis zareagował android cisnął fragmentem blachy, który po prostu przemielił organików jak piła tarczowa.
- Przynajmniej wiemy, że nie mają amunicji przeciwpancernej jeśli to nie oni – powiedział przyczajając się przy drzwiach i zerkając w stronę dwóch ciał. Czy ten dzień może okazać się jeszcze piękniejszy? Nie dość, że spotkał Eulalie to jeszcze będzie mógł zabić trochę ludzi. Jak za starych dobrych czasów w Londynie. Uzbrojeni byli jak tacy topowi rabusie, chociaż na pewno mieli ziemską technologię. Tamci zaś ufortyfikowali się w punkcie, gdzie mają broń, z której najpewniej nie skorzystają. Broń biała zaś to co innego, ale który normalny człowiek pójdzie na solówkę z którymkolwiek z nich?
Wtedy lisowi wpadł do głowy naprawdę ciekawy pomysł. Złapał drzwi i spróbował w nie wbić pazury, by zrobić w nich dziurę. Tak, by wykonać w miarę wygodny uchwyt do ich trzymania. Pewnie były dostatecznie grube, by wytrzymać ostrzał z takiej broni, jak również wysokie by móc odbierać ładunek, czyli pewnie trochę ponad wzrost statystycznego densorina. Wtedy po prostu spróbuje połamać połówkę drzwi na pół, w ten sposób wykonując sobie dwie tarcze. Skoro byli po obu stronach to po wejściu do środka trzeba się z obu stron bronić jednocześnie.
- Przebijamy się do środka. Nie spodziewają się 600 kilogramowego tarana. Eulalio jeśli mogłabyś rzucić czymś w tego gościa z granatnikiem i go załatwić to byłbym wdzięczny – powiedział lis poprawiając sobie drzwi w łapach. Lekko był przygarbiony, by móc się zasłonić w pełni swoją tarczą, ale przecież będzie mógł się poruszać na drgania, które jest w stanie wyczuć. Dzięki temu najpewniej usłyszy lecący granat i da radę zareagować chociażby popchnięciem go drzwiami. Ciekawe tylko czy reszta tak entuzjastycznie zareaguje na jego plan staranowania przeciwników? Drzwi pewnie swoje ważyły, a pędzący rudzielec wraz z dwójką towarzyszy może zasiać niemałe spustoszenie w ich szeregach. Jeśli oczywiście tamci się zgodzą na ten plan to pozostaje nic innego jak przygotować się. W domyśle Eulalia i Dur powinni stanąć za nim, a następnie zacząć biec za samcem, który jak rozpędzony pociąg będzie chciał się przebić do pomieszczenia w trakcie biegu zasłaniając się drzwiami przed ostrzałem. Jeśli ktoś był praktycznie tuż przy wejściu to… no troszkę słabo dla niego bo lis będzie próbował uderzyć drzwiami w obie strony, by zdjąć ewentualnych przeciwników, którzy czaili się tuż za rogiem. Naśladując pewnego bohatera w portkach wzoru flagi amerykańskiej, aczkolwiek w bardziej groteskowej, lisiej wersji. Głównie zależałoby mu na tym, by chociaż rzucić jedną połówką drzwi i przemielić tych po prawej stronie, by móc szybko zasłonić towarzyszy przed tymi strzelają z lewej. Z tego wszystkiego aż mu się przypomniała ta akcja ze Świtu, gdzie Daalkiin pokazał mu tą "cichą broń" - w postaci kamienia.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 38
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Sro Mar 21, 2018 5:52 pm

Dur-Shurrikun po chwili sprawił, że urządzenie przypominające coś do gry teleportowało ich w jakieś miejsce. Hangar, sądząc po wyglądzie pomieszczenia. A spodziewała się jakiś starożytnych ruin. No nic, zawsze to jakieś nowe miejsce. Zmarszczyła nos, czując zgniliznę w powietrzu. Musieli być gdzieś pod ziemią, lub w pomieszczenia od dawna szczelnie zamkniętym. Hangar nie wyglądał najgorzej. Podobnie statek kosmiczny, który się tam znajdował. Nie mógł jednak tego samego powiedzieć o osobniku, który leżał niedaleko pod ścianą. Widać, że zginął bardzo, bardzo dawno temu. I nikt nie zajął się jego szczątkami.
Jej uszy co jakiś czas drgały, starając się wyłapać jakiekolwiek dźwięki poza słowami obu samców. Miejsce mogło się wydawać opustoszałe, ale przecież wcale takie nie musiało być. Kiedy Rhoshan wspomniał o komputerze, samica skierowała na niego spojrzenie.
- Na pewno takie coś by nam się przydało. Błądzenie po omacku nie ma sensu, a nie wiadomo ile tu jest korytarzy. Może to tylko kilka korytarzy, a może cały labirynt. - skinęła lekko łbem. Ciekawe tylko czy komputery tu nadal działały. Chociaż. Mieli ze sobą Dura. On na pewno byłby w stanie uruchomić tutejszy komputer, gdyby ten się okazał martwy.
Ciekawe było, że nadal znajdowali się na Ziemi. W miejscu zwanym Chinami. Pod ziemią.
Kiedy usłyszała ludzkie głosy, spojrzała w stronę drzwi. Android zareagował błyskawicznie, rzucającym wcześniej wyważonymi drzwiami i miażdżąc nimi osoby. Ktoś tu chyba mówił o agresji w ostateczności, a sam nie dostosował się do własnych słów. Aż kusiło się uśmiechnąć na takie zachowanie. Jednak to nie był czas na takie rzeczy. Nie wiedziała kim jest Biała Straż, ale ze słów Dur-Shurrikun'a wynikało, że nikim przyjaznym skoro mieli na nich uważać.
Kotka ostrożnie wychyliła głowę, ale wychodziło na to, że reszta przeciwników schowała się za następnymi drzwiami. Więc nagły atak kawałkiem blachy zrobił na nich wrażenie i postanowili być ostrożni. To mogło oznaczać, że nie posiadali broni odpowiedniej do ich pokonania. Co mogło, ale niekoniecznie musiało, dać przewagę grupce z CORE.
Android zaczął im dokładnie opisywać, jak wygląda sytuacja. Ilu mieli przeciwników i jak byli uzbrojeni. Android nie dodawał, by broń była dla nich specjalnie niebezpieczna. Jedynie granatnik... Ten już mógł narobić im całkiem sporo problemów. Na przykład zakopać ich tutaj.
Samica skierowała swoje spojrzenie na lisa, patrząc co ten wyczynia. Wyglądało to trochę tak jakby tworzył sobie tarczę z blachy. I chyba faktycznie to robił.
- Albo spodziewają się nawet niespodziewanego. Ale nie ma co gdybać skoro już wyraźnie wymyśliłeś plan działania. Granatnik możesz zostawić dla mnie. - gepardzica zamierzała zgarnąć coś z trupów, które leżały powalone przez Dura. Hełm, może broń. Zależy co na sobie mieli. Wystarczyło jej coś, czym po prostu mogła rzucić z całej siły w człowieka z granatnikiem. Rhoshan zdawał się mieć wprawę w wymyślaniu planów, więc o ile Dur nie zaprotestuje, to ona podąży za przyjacielem, by w odpowiednim momencie, gdy lewa strona będzie w jej polu widzenia, rzucić mocno w swój cel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1519
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Mar 29, 2018 9:34 am

NPC Storyline - AAF|Dur-Shurrikun|Jinkusu

-Nie, nie mają.
Android potwierdził założenia lisowatego, dotyczące możliwego posiadania przez tamtych - amunicji przeciwpancernej. W innym wypadku, sytuacja zrobiłaby się bardziej nieprzyjemna dla dwójki organików towarzyszących maszynie. Lisowi nie udało się wygiąć drzwi, jednak wcześniejszy sposób wybicia ich przez androida, stworzył mu niezbyt chwytny, jednak możliwy do złapania "uchwyt". Opcja z pojedynczą, przerośniętą tarczą stała się faktem. Rhoshan poczuł przy tym, że drzwi "trochę" ważą. Trochę oznaczało, że wpierw musiał się szarpnąć, by je podnieść. A przy rozbiegu, będzie musiał wziąć pod uwagę, że raczej już z nimi nie wyhamuje. Nic jednak dziwnego, skoro miały być dopasowane do crathygtan, nie ludzi. Nie miałyby sensu drzwi, które każdy mógłby otworzyć kopniakiem lub po prostu wygiąć siłą mięśni ramion.
Dur-Shurrikun ustawił się jako trzeci. Wyciągnął lewe ramię i oparł dłoń na lewym ramieniu Eulali. Dostosował się do przyjętych procedur, a ta była najprostszym sposobem na przekazanie komunikatu "jestem za tobą". Ruszył truchtem, dopasowując się do ich tempa, nie wychylając się i nie szukając niczego wzorkiem. Tego nie musiał czynić. Rhoshan robił za pointman'a, prowadząc ich naprzód. Gepardzica podniosła po drodze jednego z leżących na ziemi kałasznikowów. Ze wszystkiego co mieli przy sobie zabici, ta część była najłatwiejsza do szybkiego dobycia, jak również w miarę ciężka. Nie do końca poręczna w rzucie, jednak sprawdzi się lepiej, niż hełm.
Przeciwnik był przygotowany. Mało tego, mieli własny plan i wydawali się bardzo ogarnięci w chęci wprowadzenia go w życie. Jak tylko dostrzegli ruch oraz wyłaniającą się "tarczę" z ciemności, granatnik wypalił. Prosto pod nogi Rhoshana. Granat wbił się w najniższą część drzwi i eksplodował natychmiast, a ładunek kumulacyjny posłał cały impet na cel, nie dookoła. W efekcie drzwi odchyliły się pod nogi lisa, ścinając go i nie dając mu innej możliwości, jak upaść na nie. A przy tym odsłonić towarzyszy na ostrzał. Android szybko nadrobił, wsuwając rękę pod ramię kocicy oraz wyrywając jej karabin z dłoni. Chwycił natychmiast za spust, a dłoń znajdująca się na jej ramieniu - cisnęła ją w dół, prosto na Rhoshana. Huk wystrzału zaczął echem odbijać się od metalowych ścian, kilka świsnęło dosłownie minimetry od uszu densorinki. Zaraz potem na dwójkę densorinów posypały się łuski, jak również odbite od ciała androida - zgniecione pociski. Dur-Shurrikun chwycił karabin prawą dłonią, wpierw wymierzył w mężczyznę z granatnikiem, posłał mu trzy kule pomiędzy oczy, następnie wziął na cel mężczyzn uzbrojonych w strzelby, wpierw eliminując tego po lewej, następnie dwóch po prawej. Wykonał kilka kroków naprzód, nie opuszczając broni oraz przechodząc nad powalonymi densorinami. Mężczyzna z pistoletem podbiegł do androida, nieświadom, że nie jest to istota organiczna. Spróbował pchnąć go wcześniej wyciągniętym nożem bojowym z lewej strony, prosto w żebra. Lewa ręka była wolna, więc maszyna chwyciła ręką człowieka, gniotąc ją oraz zmuszając do puszczenia noża. Wtedy ta sama dłoń puściła organika i chwyciła w powietrzu nóż, natomiast lewa noga uniosła się i stwór bokiem kopnął człowieka, łamiąc mu kości w klatce piersiowej oraz posyłając go na ścianę. W tym czasie, android zabił kolejnych pięciu ludzi, korzystając z resztek magazynka karabinu, po czym rzucił nim w jednego znajdującego się po swojej prawej stronie, łamiąc mu nos i ogłuszając go. Kolejnego wykończył szybkim rzutem ostrza, wbijając je prosto między oczy. Błyskawiczna, bezbolesna śmierć.
Uzbrojeni w karabiny mężczyźni cofnęli się o kilkanaście kroków pod przeciwną ścianę, nadal mierząc do trójki, jednak nie ważąc się strzelać. Pozostało ich raptem siedmiu, ich kompanów - w przeciągu kilku sekund, wyeliminował ten biały, dziwny stwór. Który teraz stał, obserwował ich i czekał. Rho i Eul mieli doskonałą okazję by się podnieść i zadecydować, co wydarzy się dalej. Przelew krwi czy... inne rozwiązanie?

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 524
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Pią Kwi 13, 2018 8:35 am

Drzwi nie dał rady połamać na pół, by mieć ich dwie pary ale przynajmniej dało radę mieć jedną porządną osłonę. Był to korytarz do hangaru, więc musiał być odpowiednio wysoki oraz szeroki, by móc chociażby dokonywać rozładunku i załadunku na statki. Zresztą skoro to budowla crathygtańska to i rozmiarowo troszkę większa była. Także lis mógł zacząć realizować swój plan. Drzwi były dosyć ciężkie, dlatego musiał napiąć muskuły, by je podnieść. Niemożność wyhamowania wiązała się z tym, że najpewniej wpadnie nimi na kogoś kto będzie miał pecha akurat stać przed nim. Cóż, pewnie skończyłoby się to jak spotkanie z ciężarówką.
Wszyscy byli gotowi, pozostało tylko brać rozbieg. Rudzielec mruknął i ruszył, a gdy tylko padł pierwszy strzał, który od razu okazał się tym z granatnika to wiedział, że plan poniekąd już wypalił. Jeśli to był taki podczepiany granatnik to mieli dwie, może trzy sekundy zanim go przeładują. Lis upadł na metalowe drzwi i szybko zaczął się podnosić, gdy została na niego rzucona Eulalia. Odruchem złapał ją i zasłonił własnym ciałem, by przypadkiem nie oberwała zbłąkaną kulą. On był znacznie większy oraz twardszy od niej, więc mniej odczuje wbite kule. Taka była zasadnicza różnica między tymi, którzy cisnęli w masę i rzeźbę, a pozostałymi, którzy mieli szybkość oraz zwinność. Bywały też dziwne hybrydy, które nie opuszczały dnia nóg. Za sobą rudy usłyszał strzały z karabinu. Zaskakujące jak skutecznie mimo swojej masy android może posługiwać się ludzką bronią. Lis w końcu podniósł się oraz postawił Eulalie. Nie było czasu, by wymienić ze sobą jakieś komentarze, trzeba było działać. Przed nimi Dur już zajął się kilkoma przeciwnikami. Widząc desperacki atak nożem, zrobiło mu się szkoda tego człowieka. To było porównywalne do walki pijanego, ślepego bezdomnego we mgle z całą jednostką GROM.
Kiedy lis wbiegł do pomieszczenia, zastał już scenkę gdzie na ziemi była krwawa posoka, a pozostała siódemka niemalże kuliła się pod ścianą z bronią. Lis spojrzał na nich drapieżnie, ale oni nie atakowali. Rozumieli, że to byłaby ostatnia rzecz, którą mogą zrobić. Jeden z nich, który leżał na ziemi nadal był żywy. Słyszał bicie jego serca, aczkolwiek najpewniej był cały połamany.
- Rzućcie broń, bo was wypatroszę! – warknął do nich, pochylając się jak do skoku. W rzeczywistości po prostu pochylał się, by móc złapać jakieś ciało i zasłonić siebie przed ostrzałem właśnie za pomocą zwłok. Mogli spełnić jego „uprzejmą” prośbę, aczkolwiek mogli też zaatakować i tym samym sprowokować lisa do tego, by zasłonił się ciałem, a potem skoczył ku nim. Efekt potem byłby taki, że próbowałby dorwać jakiegoś z nich, zasłonić się chociaż częściowo nim, złapać go za rękę, w której trzymał broń i wymierzyć w jego kompanów ze straży naciskając spust. Oczywiście zostawiłby jednego, by mieć kogo przesłuchiwać. Potem rzuciłby w niego ciałem towarzysza i rozbroił go doskakując do niego oraz przygważdżając go do podłogi. Jeśli się poddali to byłoby nawet z korzyścią dla CORE, bo mogliby zabrać ich jako więźniów i przesłuchać, zyskując tym samym trochę przydatnych informacji. Zawsze jest dobrze wiedzieć co mogą dla nich jeszcze szykować po drodze do celu. Mogli już wcześniej zbadać część tego obiektu, a jeśli tak to pewnie mieli jakieś jego plany.
Pozostała tylko kwestia, czy dowodzący operacją zaaprobuje takie działania, chociaż skrycie Rhoshan liczył, że tamci się nie poddadzą i po prostu ich pozabija.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 38
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Kwi 15, 2018 12:57 pm

Eulalia ruszyła za Rhoshanem. Nie spodziewała się natomiast, że przeciwnicy od razy wykorzystają granatnik. Musieli się porządnie przestraszyć wcześniejszego ataku skoro od razu postawili na najsilniejszą broń, jaką ze sobą mieli. Siła wybuchu skupiła się na dolnej części pseudo tarczy lisa, przez co ta się odchyliła i powaliła samca na ziemię.
Gepardzica sama nie zdążyła nic zrobić. Nawet nie miała czasu rzucić się na podłoże, by uniknąć kul. Dur okazał się szybszy, czym wcale nie była zaskoczona, popychając ją w dół na jej przyjaciela. Jej uszy zadrżały, gdy tuż przy nich przeleciało kilka pocisków. Najpierw wylądowała na brzuchu, ale szybko została obrócona na plecy kiedy lis postanowił ją zasłonić swoim ciałem. Kochany futrzak. Choć pociski nic by jej nie zrobiły. Co najwyżej by ją trochę bolało tu i ówdzie. Miło jednak, że Rho pomyślał o niej. On miał więcej mięśni, dla niego kula tym bardziej były niczym.
Nad sobą słyszała strzały. Ich android użył broni ludzi przeciwko nim. Broni, którą ona wcześniej pochwyciła. Dobrze więc zrobiła, bo teraz on mógł z tego skorzystać. I korzystał w pełni, jak było widać. I słychać.
W końcu Rhoshan się podniósł, a wraz z nim i ona sama. Dur-Shurrikun zajął się już większością przeciwników, zabijając ich na różne sposoby. Eulalia otrząsnęła się lekko i ruszyła za przyjacielem. Kiedy weszła za lisem do pomieszczenia mogła zobaczyć pod ścianą grupkę siedmiu ludzi, z bronią w ręku, ale nie atakujących. Popierała próbę samca. Ci ludzie mogli im udzielić wielu przydatnych informacji jeśli zostaną przy życiu. Chyba zdawali sobie sprawę, że atak zakończy się ich śmiercią.
Gepardzica opadła na cztery łapy, wydając z siebie głęboki warkot. Stała tuż obok rudzielca, gotowa podążyć za jego ruchem. Wzrok miała wbity w żołnierzy, by w odpowiednim momencie móc zareagować na ich najmniejszy ruch.
Jeśli przeciwnicy zaatakują, a Rho zasłoni się martwym ciała, Eulalia postara się jak najszybciej skoczyć do góry i po skosie w stronę najbliższej ściany, więc w lewo lub w prawo, by następnie odbić się od niej i dopaść do jednego z przeciwników. Dłonią będzie się starała chwycić za broń mężczyzny, przygniatając go swoim ciężarem i być może przy okazji łamiąc kilka kości. Przy tym będzie uważała, by przypadkiem nie wejść Rhoshanowi w drogę przy jego działaniu. Jeśli sam sobie poradzi z resztą to da mu pole do popisu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dżungla   

Powrót do góry Go down
 
Dżungla
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Chiny-
Skocz do: