Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dżungla

Go down 
AutorWiadomość
Black Cat
PR Manager
avatar

Liczba postów : 300
Data dołączenia : 16/10/2012

PisanieTemat: Dżungla   Pon Sie 05, 2013 11:09 pm


Las deszczowy - miejsce pełne dzikich zwierząt, pająków i przeróżnych owadów. To miejsce, w którym może zdarzyć się wszystko, a także można spotkać stawonogi gigantycznych rozmiarów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Preludio

avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 16/12/2015

PisanieTemat: Re: Dżungla   Wto Gru 22, 2015 2:24 pm

Ten wymiar, ten świat, ta planeta dawała tyle możliwości, a jednocześnie tak dużo zabrała Preludio, że czasem zastanawiał się nad samobójstwem. Nie miał tutaj sensu życia, brak większej rywalizacji, a nawet jakby znalazł coś w czym można by rywalizować to nie dawało mu to na tyle satysfakcji, aby zastąpić dawny styl życia polegający na poszczególnym przejmowaniu form. Czy tęsknił za swoim płaskim światem z małymi wzniesienia i depresjami? Nie odczuwał on zbyt dużego przywiązania do miejsca gdzie dane było mu przebywać. W swoim poprzednim życiu prowadził ciężki tryb bytu. Raz był w jednym miejscu i siedział tam kilka dni chcąc znaleźć miejsce do spania, potem spał kilka godzin, następnie przenosił się do innego miejsca. W poprzednim świecie unikał walki ze słabszymi, bo była po prostu nieopłacalna. Nie dość, że większość form już posiadał to jeszcze mógł się trochę poharatać z byle przeciwnikiem i zablokować sobie przemianę w sytuacji w której byłaby ona niezbędna do przeżycia, w sytuacji gdy dane będzie mu spotkać silniejszego lub równego względem jego mocy wroga. Wszystko się wali tak gwałtownie na głowę, wystarczyła jedna nieudana akcja. Tyle potężnych istot zostało wrzuconych do obcych wymiarów, a zapewne jedynym i to na dodatek niepewnym powrotem była dla nich śmierć. Tutaj czasem chciało się aż samemu sobie rozciąć flaki, obco wymiarowa istota nie może być pozbawiona sensu swojego jestestwa bo zacznie szukać go na siłę siejąc chaos. Preludio nie chciał siać chaosu, był dzikim stworzeniem ale nie aż tak zdesperowanym, aby krzywdzić innych, których śmierć ani go nie pożywi ani nawet nie wzmocni. Co da zabicie nic nie znaczącego człowieka, skoro i tak nie można nic zrobić z jego truchłem poza zjedzeniem, co oczywiście brzydziło Preludio. Chyba tylko ze względu na to, że mięso ludzkie mu nie smakowało. Ludzie żywili się śmieciami, to co wpadnie w dłoń. Czekoladowy batonik przeładowany chemią, sok pomarańczowy z napisem bez cukru, a w jego skład zapewne wchodziło pełno substancji pochodnie słodzących dających taki sam efekt. Ludzie byli wszystko żerni, może gdyby Preludio spotkał jakiegoś człeka, który w miarę zdrowo się odżywia i posiada dobrą przemianę materii - zjadłby go, ale pierwszy skonsumowany przez niego ludź był przykładem typowego Amerykanina, żywiącego się fast-foodami, a w wolnych chwilach popijającego cole nafaszerowaną całą tą badziewną chemią. Taki posiłek to Preludio by chyba wydalał z tydzień, jedyne co z takim grubasem można zrobić to dać dla Repugnusa, przynajmniej będzie z czego produkować zabójcze substancje chemiczne. Przechodząc do aktualnego celu jaki wypełniał Preludio. Siedział sobie w dżungli i wykonywał trening pierwowzoru w postaci ostrzenia swoich ostrzy na grubych głazach. Były w sam raz do kilku godzinnych ćwiczeń. Preludio w swoim wymiarze nie musiał niczego ćwiczyć, zawsze kiedy to jakaś forma okazywała się za słaba do danego przeciwnika to błyskawicznie ją zmieniał, a poza tym gdyby miał on przeprowadzić indywidualny trening dla wszystkich to w kilka lat nie wyrobiłby się i prędzej padł z wycieńczenia no ale nie miał wyboru w tym przypadku - miał ubogi zasób form, więc musiał każdą wytrenować.
Przechodząc do samego faktu jak znalazł się tutaj Preludio - okres godowy. Nie pamięta, mogę osobiście ze swojej strony wypuścić najtrafniejsze przypuszczenie, że dostał okresu godowego, a jako, że był na obcej planecie to jego zmysłom odbiło i jak powalony biegł przez następne dwadzieścia cztery godziny w jednym kierunku sądząc, że znajdzie jakiegoś osobnika gotowego do kopulacji.
Mówi się, że zwierzęta mają szósty zmysł, a istoty humanoidalne przeczucie do czegoś wielkiego co ma się wydarzyć. Od wstania ze snu odczuwał wewnętrzny niepokój, że to właśnie w tym dniu coś nadejdzie i coś zrobi, może zmieni czy jak? Równie dobrze może to być nadmiar hormonów albo dostosowywanie się układu immunologicznego do życia w dżungli. Chiny, inna część świata, inne bakterie, inne choroby. Czy jego mieszanka przeczucia z szóstym zmysłem go myliła, czy może na prawdę dzisiaj miało się coś zmienić? Szczerze, to teraz i tak był zbyt zajęty swoim treningiem. Stał twardo przed kamieniem w swoim pierwowzorze i wykonywał to kolejne cięcia na obiekt mech, jakaś roślinka porastająca głaz, nic nie zbiegło jego ostrzom.
Czasem Preludio się rozglądał szukając to nie wiadomo czego, mieszanka przeczu-zmysłu mimo, że była ignorowana to nadal się odzywała w postaci dekoncentracji jego uwagi na ćwiczeniach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1564
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Gru 27, 2015 10:27 pm

Zawartość usunięta przez autora.

_________________




Ostatnio zmieniony przez Dur-Shurrikun dnia Wto Lut 20, 2018 9:04 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Preludio

avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 16/12/2015

PisanieTemat: Re: Dżungla   Pon Gru 28, 2015 4:37 pm

Preludio ostrzył swoje ostrza. Wykonał ostatnie cięcie, a tu ni stąd ni zowąd kamień się rozpadł. Pierwsze co w ułamku sekundy przyszło mu do głowy, to była myśl, że może za mocno uderzył ale tutaj nasuwa się pytanie. Czy byłby w stanie cięciem spopielić kamyk na tak drobne części? Nie. To musiało być co innego. Potem nastąpił silny podmuch wiatru, stwór przyjął go na swoją klatkę piersiową prze co poleciał trochę do tyłu, ba może by go nawet lekko wybiło w powietrze, gdyby nie to, że momentalnie jego garb się otworzył i dzięki skrzydłom spokojnie skorygował swoją postawę ciała. Sytuacja zdawała się być coraz bardziej niezrozumiała dla obco wymiarowego stworzenia. Nie wiedział tak na prawdę co ma uczynić. Instynkt mówił, żeby uciekać, zaś rozumowanie, aby zobaczył co miało taką siłę. Dawka przeczu-zmysłu miała rację, coś się wydarzyło. Niespodziewanego i nagłego, zostawiającego kilka dróg wyjścia. Wyjścia? Może raczej wejścia, bądź wdepnięcia w głębokie bagno.
Dobre kilka sekund wystarczyło do subiektywnej oceny sytuacji. Co rozbitek miał do stracenia? Życie? W ostatnim czasie to chyba jedna z tych rzeczy, które nie docenia, bo nie miał okazji do utraty jego przez ostatnie trzy lata. To czy coś innego kazało mu iść tym szlakiem? Jego osobiste zamiary pozostaną wyłącznie jego sprawą, póki jakiś telepata nie będzie chciał mu grzebać we łbie wyciągając pustkę. Preludio nie dokonywał procesów myślowych tak jak inne istoty, ciężko było wyciągnąć cokolwiek z jego umysłu. Odczucie do danej osoby, sytuacji czy to nawet upodobania. Jako, że był w połowie zwierzęciem zachowywał dozę niezależności odnośnie prywatności swojego umysłu. Opadł na przednie łapy, bowiem wcześniej podczas treningu upodobał sobie twarde stanie na dwóch kończynach, a że teraz chciał prędko znaleźć źródło chaosu to zmienił swoją postawę ciała. Coś co ludziom zajęło kilka milionów lat on sobie usposobił od swojej zachcianki, woli, wygody. Jedna z zalet bycia tym kim się jest, a nie marnym ludzkim truchłem.
Kroczył przez cały ten czas wzdłuż pasu zniszczeń spoglądając na to kolejne pozostałości z krzaków czy drzew. Coś co musiało wykonać tak duże zniszczenia posiadło moc większą niż można sobie zdać. Instynkt się odzywał plącząc kierunek poruszanie się Preludio. Raz szedł swoim tempem, a następnie przez chwilę nieuwagi jego instynkt brał górę nad wolą rozumowania i nieświadom swego poczynania twór zbaczał z kierunku chodu, a potem zdawszy sobie sprawę co czyni - wracał na "ścieżkę". Nie było łatwo, jednak z czasem wykonując pełną koncentrację rozbitek opanował instynkt i jego niechciane w tym momencie odzewy.
Wreszcie dotarł do polany. Nie było tam dużo drzew ani krzaków ale Preludio szybko wypatrzył jakiś centralny obiekt za którym się krył. Była to dość wysoka trawa. Po prostu kucnął i zmniejszył swoją widoczność dla tego co właśnie dostrzegł.
Trzy istoty. Nie przypominały człowieka. Co tu dużo mówić. Nie były ludźmi i tyle, i chyba też nie należały do tutejszej sauny. Przypominały Preludio swym wyglądem niektórych przeciwników, których zastał w swym wymiarze. Przypominały, stwór miał nawet teorię, że to może jego towarzysze, którzy także wylądowali tutaj. Miał przez chwilę żmudną nadzieję, że nie jest jedynym ale ona przeminęła. Kiedy tylko usłyszał dialog. Bardzo specyficzny trzeba podkreślić, nie ruszali ustami to czym? Wydawali dźwięki przeponą brzuszną czy może odbytem? A może to jakiś rodzaj scalenia umysłów między sobą? Preludio nie wiedział dokładnie jak się porozumiewają, podejrzewał telepatię ale zważywszy na to co widział w swoim poprzednim życiu, a widział dość dużo, to nie za bardzo był pewny swego.
Idąc dalej poczynaniami istot. Preludio usłyszał to co mówiły między sobą. Zrozumiał jedynie to, że dwójka to egzekutorzy i chcą gdzieś targnąć tego trzeciego osobnika, a on najwidoczniej nie chce być targany i się nie podda. Bez sensu. Chcą go gdzieś targnąć, żeby zjeść? Czemu nie zrobią tego na miejscu? A może chcą wykarmić swoje? To też było bez sensu. Poza tym co to w ogóle znaczy egzekutor? To jakiś rodzaj określenia na polujące jednostki w plemieniu do jakiego należą ów istoty?
Oczy potwora rozszerzyły się wskutek większej dynamiki do jakiej doszło - walki. Była dość specyficzna, istoty posiadały nadzwyczajne zdolności. Teleportacje, pojawianie się i znikania w tak krótkim czasie. Nie można byłoby tego podczepić pod kamuflaż. Teleportacja pełną parą. Odnośnie tych uderzeń - Preludio analizował walkę i gdyby miał wyczepić swojego faworyta na moment, kiedy się ona zaczęła był nim Czarnołuski. Walka była dość sprawna, bez zbędnych gestów i wymieniania podczas niej słów pokroju "odpuść" "jest nas dwóch mamy przewagę liczebną". Jaką przewagę? Czarnołuski kładł ich na glebę, może raz go podrapali ale tak poza tym to zwyciężył. Faworyt Preludio wygrał walkę. Czy to dobrze? Co oznaczało to dla rozbitka? Preludio nie wiedział dużo, ale podjął ryzyko.
Profilaktycznie mógłby podejść i palnąć - dobrzeh walczyłheś, dobryhwieczórh, ale to nie ten typ obco wymiarowego stworzenia. Czarnołuski na pewno zdawał sobie sprawę ze swojej siły.
Na ten moment jednym z priorytetów zmiennokształtnego było zostać biernym obserwatorem, który nie będzie się ukrywał, bo nie ma nic do stracenia. Chęć przyjrzenia się bliżej tym istotom była silniejsza od woli zachowania życia. To odważne, ryzykowne czy może głupie? Kto wie.
Wydobywszy swoją posturę z krzaków - Preludio ruszył na czterech kończynach w przód. Poruszał się naturalnie i bez większego niepokoju, nie miał się czego obawiać. Strach to coś co było obce w starciu z ciekawością.
Obszedł się wokół Czarnołuskiego zachowując dystans. Dystans obserwatora, chciał by osobnik wiedział, że jest jedynie ciekawy i nic więcej, że nie ma w zamierzeniach walki. Ukrywanie się nie było dobrym pomysłem, czasem lepiej po prostu wyjść z ukrycia i obnażyć się wobec niespodziewanego niosąc siebie samego, własnymi siłami, niżeli któryś z nich miałby siłą go z ukrycia wyciągać. Obszedłszy Czarnoskórego, o ile mu nic nie przerwało, stanął na przeciw niego i swoimi tępymi ślepiami wpatrywał się w to co robi. Dystans jaki ich dzielił można by ocenić na cztery może pięć metrów.
Obrzęd modlenia się nad pożywieniem? Czy jak? Preludio postanowił nie przerywać samcowi tego co robi. Jak na razie najlepiej pozostawać obserwatorem, który nie ukrywa się ale też nie działa zbyt aktywnie. Bierny jak dotychczas mrugał swoimi powiekami raz to normalnie, raz to w poprzek. Mógłby zagojać ale raczej nie warto podejmować na ten czas próbę komunikacji, chociaż rzucało mu się zasadniczo kilka pytań, które powtarzał po kolei w głowie. Kim oni są? Czy będzie to jadł? Jak ich nie zje to co z nimi zrobi? Co znaczy egzekutor? Czy zostawi trochę padliny dla niego? Ostatnie pytanie wynikało z natury pierwowzoru. Był trochę głodny, a skoro istoty z którymi walczył Czarnołuski były potężne, to musiały się w miarę dobrze żywić, a ich padliną - nie pogardziłby głodny obco wymiarowy potwór.
W skrócie to patrzył i analizował poczynania Czarnołuskiego, robił to otwarcie, nic nie miał do stracenia, oprócz życia, które w jego wymiarze było czymś co posiadałeś na chwilę. Nigdy do życia nie nabierałeś dłuższego dystansu, raz je miałeś, a raz nie więc i tutaj ciężko je aż tak cenić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1564
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Wto Sty 12, 2016 8:44 pm

Ponad dwa tygodnie nieobecności.
Akcja anulowana.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 550
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Mar 15, 2018 7:42 pm

Ubrania czasami miały swoje plusy, a nazywało się to kieszenie. Oczywiście Rho gdyby się postarał to pewnie w futrze dałoby radę ukryć coś małego, tyle że większa szansa byłaby, że po drodze to zgubi. Zawsze istniała też opcja plecaka, który jest znacznie praktyczniejszy i nie utrudnia ruchu tak jak ciuchy. Zresztą na plecak chyba nie będzie narzekał, a raczej na jego zawartość. W końcu broń to ciało, a nie jakieś tam gadżety. Zawsze ciekawą opcją było wcisnąć przeciwnikowi pod łuski lub inne odsłonięte miejsce odbezpieczony granat. Trzeba to dodać do listy rzeczy „do zrobienia”. Zaraz po pobiciu rekordu na jednej z kosmicznych maszyn latających oraz pobiciu się z jakimś bohaterem ziemskim. No walki były tu dosyć modne, bo nie dość że bohaterowie prali się po gębach ze złoczyńcami to jeszcze czasami między sobą. Dlaczego więc nie mogłaby do tego grona dołączyć jakaś osoba trzecia?
Lis nie wiedział za bardzo co mógłby doradzić jako pamiątkę z tej planety. Może jakaś prymitywna broń z tej planety? Takie coś pewnie sam Rhoshan wziąłby i powiesił na swojej ścianie w kwaterze. W sumie sadzonki z roślinami to też dobry pomysł. Rudzielec drapał się po podbródku myśląc nad tą kwestią. Przebywał tutaj parę setek lat i chyba po prostu tak wielu wyjątkowych aspektów tej planety nie widzi. Prędzej na własnej rodzimej planecie robiłby jakieś zdjęcia co mogłoby wyglądać dziwnie. Eulalia za to była podekscytowana koncepcją pójścia gdzieś i zwiedzenia tego kawałka skały, na którym się znajdowali. O ile lis nie skończy znowu w szpitalu to z chęcią również zobaczy jak to miejsce wygląda. Cóż pokoje szpitalne już zwiedził, polanę też, pozostaje jeszcze miasto. Oczywiście nie zapomniał o fakcie, że trzeba jakoś uczcić pierwszą misję gepardzicy oraz tak przy okazji awans, który niedawno otrzymał. Może jakaś restauracja z bufetem mięsnym? Na samą myśl zaczął mu ogon chodzić.
Zlepek kostek, który przed sobą mieli był urządzeniem teleportacyjnym. Lis spojrzał na zbliżającego się dowódcę, który chyba nie miał zamiaru pochwalić jego chęci przygotowania się. Tylko żeby potem nie było, że rudzielec miał rację i kombinezon byłby jak najbardziej przydatny! Pazury też są prymitywną formą walki, a jednak większość densorinów wykorzystuje je. Chociaż z tym wolał powściągnąć i nie wchodzić w debatę z jaszczurem, że pewne rzeczy niezależnie od upływu czasu są tak samo skuteczne. Oczywiście nie zawsze trzeba użyć siły, by osiągnąć zamierzony skutek, chociaż zdecydowanie lis wolał te rozwiązania siłowe. W końcu po co bawić się z wytrychami i kłódką, gdy można ją po prostu oderwać i wejść do środka?
Nawet nie wiedział czy ziemskie stwierdzenie „złośliwość rzeczy martwych” byłoby tu adekwatne. Tak można określić urządzenie, które odmawia współpracy, jednak biorąc pod uwagę, że większość crathygtańskiej technologii ma jakieś AI, które myślą i są świadome to trochę obraźliwe. Zresztą to też byłoby nadepnięcie najpewniej na ogon raptorowi, którego miał obok siebie. Problemem z takimi androidami lub po prostu maszynami było to, że najczęściej nie miały serca, które biło lub nie wykazywały tak nadmiernej gestykulacji jak żywe istoty. Gdyby były tak dokładnie zreplikowane to chociażby z odgłosu bicia serca można wywnioskować czy ktoś kłamie, jest zły lub coś go ubodło. Teraz nie wiedział czy jaszczur się na niego gniewał z powodu uszkodzonego pancerza, ale jakoś specjalnie długo nie milczał. Po prostu chwilka, którą najpewniej przeznaczył na setki miliardów operacji w swoim cybernetycznym umyśle.
Skoro go to nie obchodziło to przynajmniej wiadomo, że nie wyciągnie z takiego niekonwencjonalnego użycia żadnych konsekwencji. Ciekawe jednak było to czy każdy pancerz miał w sobie jakąś funkcję uczenia się? Bo w sumie jeśli w każdym byłaby opcja rejestracji danych z pola bitwy i przesyłania ich do statku, gdzie poddawane byłyby obróbce, a następnie wracały z gotowymi wynikami to te nanomaszyny mogłyby się przystosować do każdych warunków. Takie adaptujące pancerze, które z biegiem walki przystosowują się pod przeciwnika.
Moment później teleportowali się za pomocą urządzenia do jakiegoś hangaru. Był tu tlen, mogli oddychać i nic ich jeszcze nie zaatakowało. Lis rozejrzał się, ale wszystko wyglądało na stosunkowo normalne. Mieli nawet tutaj statek kosmiczny, najpewniej w pełni sprawny. Nawet jeśli byłaby to stara maszyna to najpewniej dałby radę nią polecieć. Z ewentualnymi naprawami też pewnie sobie dadzą radę, no bo hej… mają przy sobie chodzącą bibliotekę schematów i dopóki jakiejś części nie trzeba wymienić to da radę. Rudzielec wyniuchał ten charakterystyczny odór śmierci. W pancerzu, niczym w sarkofagu zostały zamknięte resztki crathygtańskiego osobnika. Sądząc po dziurze w piersi, walnięto go czymś co dało radę przebić pancerz na wylot. Zbroja pewnie też nadaje się jedynie na złomowanie albo raczej do muzeum. Pełno tu było kurzu, a ze względu na brak przewiewu to i powietrze pewnie mniej świeże. Truposz nie miał ze sobą żadnego uzbrojenia. Musiał zginąć dosyć szybko, a w dodatku ten kto go zabił najpewniej wziął ze sobą pukawkę.
Kiedy jaszczur był przy szkielecie, Rhoshan postanowił przyjrzeć się statkowi od zewnątrz. Bardziej pod kątem dziur w kadłubie, ewentualnie innych uszkodzeń i po kilku chwilach dołączył do Dura przy truposzu, którego właśnie spopielił. Tania metoda pochówki, a i ustalili sobie punkt, w którym mają się ostatecznie spotkać.
- Ten kto go zabił zatroszczył się, by zabrać ewentualną broń – przedstawił swoje spostrzeżenia na temat tamtych zwłok. Na pewno to miejsce nie było w pełni zszabrowane. Wyglądało bardziej na to, że ktoś tu po coś wszedł, ale już nie wyszedł. W końcu po co mieliby zostawiać statek? Gdyby lis miał się gdzieś włamać i coś zabrać, to na pewno rozwaliłby środek transportu ścigających, by ci nie mogli go gonić, a sam uciekłby jedyną sprawną maszyną.
Z początku rudy myślał, że tamten po prostu zrobi swoje technologiczne czary mary na panelu kontrolnym, dlatego cierpliwie poczekał obok panelu, jednak gdy usłyszał łupnięcie i dźwięk giętej stali to jakoś tak na pysku pojawił mu się uśmiech. No tak… to miejsce mogło nie mieć zasilania, więc pozostaną kwestie manualnego otwierania drzwi i takich tam. Zdecydowanie jak w grobowcu, w którym jest masa skarbów do zdobycia. Lis w tym czasie nasłuchiwał, czy taka akcja nie uruchomiła jakichś mechanizmów obronnych tego miejsca. Bądź co bądź mogły tu być manualne pułapki, które nie wymagały zasilania. Jednak, gdy nic nie wybuchło, ani też nie spadło im na głowy to również zerknął w korytarz. Lis spojrzał na odgięte drzwi. Kawał dobrej blachy, który może się kiedyś przydać. Na pewno ziemscy złomiarze padliby ze szczęścia o ile takowych mają w Chinach. Z tego co pamiętał to ta nacja mieszkająca tutaj wygląda praktycznie tak samo. Z niewielkimi różnicami jeśli chodzi o wzrost lub kolor oczu.
- Może jest tu gdzieś jakiś komputer z dokładniejszymi planami tego miejsca – w sumie poruszanie się tak po omacku może raz, że nie przynieść korzyści, a dwa być dosyć niebezpieczne. Jeśli już to według niego powinni w pierwszej kolejności poszukać planów tego miejsca. Wtedy będą mieli pewność, że sprawdzili absolutnie każde miejsce. Chociaż wiadomo, że mogą być takie miejsca, których nie umieszcza się na schematach. Nie pasował mu tylko ten korytarz z zaułkiem. Zwykle w takich miejscach umieszczało się pewnie mniej ważne rzeczy jak schowek na miotły, ale jeśli tam niczego takiego nie było to po co istniała ta przestrzeń? Może by móc łatwiej wycofać z dłuższym ładunkiem transportowym lub po prostu tam go magazynować?
Słysząc ludzki głos lisowi zjeżyło się futro. Ktoś tutaj dotarł przed nimi, jednak nie był w stanie najwyraźniej otworzyć tych drzwi. Cały ten kurz wskazywał na to, że przez bardzo długi czas tutaj nikt nie zaglądał.
Zanim lis zareagował android cisnął fragmentem blachy, który po prostu przemielił organików jak piła tarczowa.
- Przynajmniej wiemy, że nie mają amunicji przeciwpancernej jeśli to nie oni – powiedział przyczajając się przy drzwiach i zerkając w stronę dwóch ciał. Czy ten dzień może okazać się jeszcze piękniejszy? Nie dość, że spotkał Eulalie to jeszcze będzie mógł zabić trochę ludzi. Jak za starych dobrych czasów w Londynie. Uzbrojeni byli jak tacy topowi rabusie, chociaż na pewno mieli ziemską technologię. Tamci zaś ufortyfikowali się w punkcie, gdzie mają broń, z której najpewniej nie skorzystają. Broń biała zaś to co innego, ale który normalny człowiek pójdzie na solówkę z którymkolwiek z nich?
Wtedy lisowi wpadł do głowy naprawdę ciekawy pomysł. Złapał drzwi i spróbował w nie wbić pazury, by zrobić w nich dziurę. Tak, by wykonać w miarę wygodny uchwyt do ich trzymania. Pewnie były dostatecznie grube, by wytrzymać ostrzał z takiej broni, jak również wysokie by móc odbierać ładunek, czyli pewnie trochę ponad wzrost statystycznego densorina. Wtedy po prostu spróbuje połamać połówkę drzwi na pół, w ten sposób wykonując sobie dwie tarcze. Skoro byli po obu stronach to po wejściu do środka trzeba się z obu stron bronić jednocześnie.
- Przebijamy się do środka. Nie spodziewają się 600 kilogramowego tarana. Eulalio jeśli mogłabyś rzucić czymś w tego gościa z granatnikiem i go załatwić to byłbym wdzięczny – powiedział lis poprawiając sobie drzwi w łapach. Lekko był przygarbiony, by móc się zasłonić w pełni swoją tarczą, ale przecież będzie mógł się poruszać na drgania, które jest w stanie wyczuć. Dzięki temu najpewniej usłyszy lecący granat i da radę zareagować chociażby popchnięciem go drzwiami. Ciekawe tylko czy reszta tak entuzjastycznie zareaguje na jego plan staranowania przeciwników? Drzwi pewnie swoje ważyły, a pędzący rudzielec wraz z dwójką towarzyszy może zasiać niemałe spustoszenie w ich szeregach. Jeśli oczywiście tamci się zgodzą na ten plan to pozostaje nic innego jak przygotować się. W domyśle Eulalia i Dur powinni stanąć za nim, a następnie zacząć biec za samcem, który jak rozpędzony pociąg będzie chciał się przebić do pomieszczenia w trakcie biegu zasłaniając się drzwiami przed ostrzałem. Jeśli ktoś był praktycznie tuż przy wejściu to… no troszkę słabo dla niego bo lis będzie próbował uderzyć drzwiami w obie strony, by zdjąć ewentualnych przeciwników, którzy czaili się tuż za rogiem. Naśladując pewnego bohatera w portkach wzoru flagi amerykańskiej, aczkolwiek w bardziej groteskowej, lisiej wersji. Głównie zależałoby mu na tym, by chociaż rzucić jedną połówką drzwi i przemielić tych po prawej stronie, by móc szybko zasłonić towarzyszy przed tymi strzelają z lewej. Z tego wszystkiego aż mu się przypomniała ta akcja ze Świtu, gdzie Daalkiin pokazał mu tą "cichą broń" - w postaci kamienia.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 40
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Sro Mar 21, 2018 5:52 pm

Dur-Shurrikun po chwili sprawił, że urządzenie przypominające coś do gry teleportowało ich w jakieś miejsce. Hangar, sądząc po wyglądzie pomieszczenia. A spodziewała się jakiś starożytnych ruin. No nic, zawsze to jakieś nowe miejsce. Zmarszczyła nos, czując zgniliznę w powietrzu. Musieli być gdzieś pod ziemią, lub w pomieszczenia od dawna szczelnie zamkniętym. Hangar nie wyglądał najgorzej. Podobnie statek kosmiczny, który się tam znajdował. Nie mógł jednak tego samego powiedzieć o osobniku, który leżał niedaleko pod ścianą. Widać, że zginął bardzo, bardzo dawno temu. I nikt nie zajął się jego szczątkami.
Jej uszy co jakiś czas drgały, starając się wyłapać jakiekolwiek dźwięki poza słowami obu samców. Miejsce mogło się wydawać opustoszałe, ale przecież wcale takie nie musiało być. Kiedy Rhoshan wspomniał o komputerze, samica skierowała na niego spojrzenie.
- Na pewno takie coś by nam się przydało. Błądzenie po omacku nie ma sensu, a nie wiadomo ile tu jest korytarzy. Może to tylko kilka korytarzy, a może cały labirynt. - skinęła lekko łbem. Ciekawe tylko czy komputery tu nadal działały. Chociaż. Mieli ze sobą Dura. On na pewno byłby w stanie uruchomić tutejszy komputer, gdyby ten się okazał martwy.
Ciekawe było, że nadal znajdowali się na Ziemi. W miejscu zwanym Chinami. Pod ziemią.
Kiedy usłyszała ludzkie głosy, spojrzała w stronę drzwi. Android zareagował błyskawicznie, rzucającym wcześniej wyważonymi drzwiami i miażdżąc nimi osoby. Ktoś tu chyba mówił o agresji w ostateczności, a sam nie dostosował się do własnych słów. Aż kusiło się uśmiechnąć na takie zachowanie. Jednak to nie był czas na takie rzeczy. Nie wiedziała kim jest Biała Straż, ale ze słów Dur-Shurrikun'a wynikało, że nikim przyjaznym skoro mieli na nich uważać.
Kotka ostrożnie wychyliła głowę, ale wychodziło na to, że reszta przeciwników schowała się za następnymi drzwiami. Więc nagły atak kawałkiem blachy zrobił na nich wrażenie i postanowili być ostrożni. To mogło oznaczać, że nie posiadali broni odpowiedniej do ich pokonania. Co mogło, ale niekoniecznie musiało, dać przewagę grupce z CORE.
Android zaczął im dokładnie opisywać, jak wygląda sytuacja. Ilu mieli przeciwników i jak byli uzbrojeni. Android nie dodawał, by broń była dla nich specjalnie niebezpieczna. Jedynie granatnik... Ten już mógł narobić im całkiem sporo problemów. Na przykład zakopać ich tutaj.
Samica skierowała swoje spojrzenie na lisa, patrząc co ten wyczynia. Wyglądało to trochę tak jakby tworzył sobie tarczę z blachy. I chyba faktycznie to robił.
- Albo spodziewają się nawet niespodziewanego. Ale nie ma co gdybać skoro już wyraźnie wymyśliłeś plan działania. Granatnik możesz zostawić dla mnie. - gepardzica zamierzała zgarnąć coś z trupów, które leżały powalone przez Dura. Hełm, może broń. Zależy co na sobie mieli. Wystarczyło jej coś, czym po prostu mogła rzucić z całej siły w człowieka z granatnikiem. Rhoshan zdawał się mieć wprawę w wymyślaniu planów, więc o ile Dur nie zaprotestuje, to ona podąży za przyjacielem, by w odpowiednim momencie, gdy lewa strona będzie w jej polu widzenia, rzucić mocno w swój cel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1564
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Mar 29, 2018 9:34 am

NPC Storyline - AAF|Dur-Shurrikun|Jinkusu

-Nie, nie mają.
Android potwierdził założenia lisowatego, dotyczące możliwego posiadania przez tamtych - amunicji przeciwpancernej. W innym wypadku, sytuacja zrobiłaby się bardziej nieprzyjemna dla dwójki organików towarzyszących maszynie. Lisowi nie udało się wygiąć drzwi, jednak wcześniejszy sposób wybicia ich przez androida, stworzył mu niezbyt chwytny, jednak możliwy do złapania "uchwyt". Opcja z pojedynczą, przerośniętą tarczą stała się faktem. Rhoshan poczuł przy tym, że drzwi "trochę" ważą. Trochę oznaczało, że wpierw musiał się szarpnąć, by je podnieść. A przy rozbiegu, będzie musiał wziąć pod uwagę, że raczej już z nimi nie wyhamuje. Nic jednak dziwnego, skoro miały być dopasowane do crathygtan, nie ludzi. Nie miałyby sensu drzwi, które każdy mógłby otworzyć kopniakiem lub po prostu wygiąć siłą mięśni ramion.
Dur-Shurrikun ustawił się jako trzeci. Wyciągnął lewe ramię i oparł dłoń na lewym ramieniu Eulali. Dostosował się do przyjętych procedur, a ta była najprostszym sposobem na przekazanie komunikatu "jestem za tobą". Ruszył truchtem, dopasowując się do ich tempa, nie wychylając się i nie szukając niczego wzorkiem. Tego nie musiał czynić. Rhoshan robił za pointman'a, prowadząc ich naprzód. Gepardzica podniosła po drodze jednego z leżących na ziemi kałasznikowów. Ze wszystkiego co mieli przy sobie zabici, ta część była najłatwiejsza do szybkiego dobycia, jak również w miarę ciężka. Nie do końca poręczna w rzucie, jednak sprawdzi się lepiej, niż hełm.
Przeciwnik był przygotowany. Mało tego, mieli własny plan i wydawali się bardzo ogarnięci w chęci wprowadzenia go w życie. Jak tylko dostrzegli ruch oraz wyłaniającą się "tarczę" z ciemności, granatnik wypalił. Prosto pod nogi Rhoshana. Granat wbił się w najniższą część drzwi i eksplodował natychmiast, a ładunek kumulacyjny posłał cały impet na cel, nie dookoła. W efekcie drzwi odchyliły się pod nogi lisa, ścinając go i nie dając mu innej możliwości, jak upaść na nie. A przy tym odsłonić towarzyszy na ostrzał. Android szybko nadrobił, wsuwając rękę pod ramię kocicy oraz wyrywając jej karabin z dłoni. Chwycił natychmiast za spust, a dłoń znajdująca się na jej ramieniu - cisnęła ją w dół, prosto na Rhoshana. Huk wystrzału zaczął echem odbijać się od metalowych ścian, kilka świsnęło dosłownie minimetry od uszu densorinki. Zaraz potem na dwójkę densorinów posypały się łuski, jak również odbite od ciała androida - zgniecione pociski. Dur-Shurrikun chwycił karabin prawą dłonią, wpierw wymierzył w mężczyznę z granatnikiem, posłał mu trzy kule pomiędzy oczy, następnie wziął na cel mężczyzn uzbrojonych w strzelby, wpierw eliminując tego po lewej, następnie dwóch po prawej. Wykonał kilka kroków naprzód, nie opuszczając broni oraz przechodząc nad powalonymi densorinami. Mężczyzna z pistoletem podbiegł do androida, nieświadom, że nie jest to istota organiczna. Spróbował pchnąć go wcześniej wyciągniętym nożem bojowym z lewej strony, prosto w żebra. Lewa ręka była wolna, więc maszyna chwyciła ręką człowieka, gniotąc ją oraz zmuszając do puszczenia noża. Wtedy ta sama dłoń puściła organika i chwyciła w powietrzu nóż, natomiast lewa noga uniosła się i stwór bokiem kopnął człowieka, łamiąc mu kości w klatce piersiowej oraz posyłając go na ścianę. W tym czasie, android zabił kolejnych pięciu ludzi, korzystając z resztek magazynka karabinu, po czym rzucił nim w jednego znajdującego się po swojej prawej stronie, łamiąc mu nos i ogłuszając go. Kolejnego wykończył szybkim rzutem ostrza, wbijając je prosto między oczy. Błyskawiczna, bezbolesna śmierć.
Uzbrojeni w karabiny mężczyźni cofnęli się o kilkanaście kroków pod przeciwną ścianę, nadal mierząc do trójki, jednak nie ważąc się strzelać. Pozostało ich raptem siedmiu, ich kompanów - w przeciągu kilku sekund, wyeliminował ten biały, dziwny stwór. Który teraz stał, obserwował ich i czekał. Rho i Eul mieli doskonałą okazję by się podnieść i zadecydować, co wydarzy się dalej. Przelew krwi czy... inne rozwiązanie?

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 550
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Pią Kwi 13, 2018 8:35 am

Drzwi nie dał rady połamać na pół, by mieć ich dwie pary ale przynajmniej dało radę mieć jedną porządną osłonę. Był to korytarz do hangaru, więc musiał być odpowiednio wysoki oraz szeroki, by móc chociażby dokonywać rozładunku i załadunku na statki. Zresztą skoro to budowla crathygtańska to i rozmiarowo troszkę większa była. Także lis mógł zacząć realizować swój plan. Drzwi były dosyć ciężkie, dlatego musiał napiąć muskuły, by je podnieść. Niemożność wyhamowania wiązała się z tym, że najpewniej wpadnie nimi na kogoś kto będzie miał pecha akurat stać przed nim. Cóż, pewnie skończyłoby się to jak spotkanie z ciężarówką.
Wszyscy byli gotowi, pozostało tylko brać rozbieg. Rudzielec mruknął i ruszył, a gdy tylko padł pierwszy strzał, który od razu okazał się tym z granatnika to wiedział, że plan poniekąd już wypalił. Jeśli to był taki podczepiany granatnik to mieli dwie, może trzy sekundy zanim go przeładują. Lis upadł na metalowe drzwi i szybko zaczął się podnosić, gdy została na niego rzucona Eulalia. Odruchem złapał ją i zasłonił własnym ciałem, by przypadkiem nie oberwała zbłąkaną kulą. On był znacznie większy oraz twardszy od niej, więc mniej odczuje wbite kule. Taka była zasadnicza różnica między tymi, którzy cisnęli w masę i rzeźbę, a pozostałymi, którzy mieli szybkość oraz zwinność. Bywały też dziwne hybrydy, które nie opuszczały dnia nóg. Za sobą rudy usłyszał strzały z karabinu. Zaskakujące jak skutecznie mimo swojej masy android może posługiwać się ludzką bronią. Lis w końcu podniósł się oraz postawił Eulalie. Nie było czasu, by wymienić ze sobą jakieś komentarze, trzeba było działać. Przed nimi Dur już zajął się kilkoma przeciwnikami. Widząc desperacki atak nożem, zrobiło mu się szkoda tego człowieka. To było porównywalne do walki pijanego, ślepego bezdomnego we mgle z całą jednostką GROM.
Kiedy lis wbiegł do pomieszczenia, zastał już scenkę gdzie na ziemi była krwawa posoka, a pozostała siódemka niemalże kuliła się pod ścianą z bronią. Lis spojrzał na nich drapieżnie, ale oni nie atakowali. Rozumieli, że to byłaby ostatnia rzecz, którą mogą zrobić. Jeden z nich, który leżał na ziemi nadal był żywy. Słyszał bicie jego serca, aczkolwiek najpewniej był cały połamany.
- Rzućcie broń, bo was wypatroszę! – warknął do nich, pochylając się jak do skoku. W rzeczywistości po prostu pochylał się, by móc złapać jakieś ciało i zasłonić siebie przed ostrzałem właśnie za pomocą zwłok. Mogli spełnić jego „uprzejmą” prośbę, aczkolwiek mogli też zaatakować i tym samym sprowokować lisa do tego, by zasłonił się ciałem, a potem skoczył ku nim. Efekt potem byłby taki, że próbowałby dorwać jakiegoś z nich, zasłonić się chociaż częściowo nim, złapać go za rękę, w której trzymał broń i wymierzyć w jego kompanów ze straży naciskając spust. Oczywiście zostawiłby jednego, by mieć kogo przesłuchiwać. Potem rzuciłby w niego ciałem towarzysza i rozbroił go doskakując do niego oraz przygważdżając go do podłogi. Jeśli się poddali to byłoby nawet z korzyścią dla CORE, bo mogliby zabrać ich jako więźniów i przesłuchać, zyskując tym samym trochę przydatnych informacji. Zawsze jest dobrze wiedzieć co mogą dla nich jeszcze szykować po drodze do celu. Mogli już wcześniej zbadać część tego obiektu, a jeśli tak to pewnie mieli jakieś jego plany.
Pozostała tylko kwestia, czy dowodzący operacją zaaprobuje takie działania, chociaż skrycie Rhoshan liczył, że tamci się nie poddadzą i po prostu ich pozabija.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 40
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Kwi 15, 2018 12:57 pm

Eulalia ruszyła za Rhoshanem. Nie spodziewała się natomiast, że przeciwnicy od razy wykorzystają granatnik. Musieli się porządnie przestraszyć wcześniejszego ataku skoro od razu postawili na najsilniejszą broń, jaką ze sobą mieli. Siła wybuchu skupiła się na dolnej części pseudo tarczy lisa, przez co ta się odchyliła i powaliła samca na ziemię.
Gepardzica sama nie zdążyła nic zrobić. Nawet nie miała czasu rzucić się na podłoże, by uniknąć kul. Dur okazał się szybszy, czym wcale nie była zaskoczona, popychając ją w dół na jej przyjaciela. Jej uszy zadrżały, gdy tuż przy nich przeleciało kilka pocisków. Najpierw wylądowała na brzuchu, ale szybko została obrócona na plecy kiedy lis postanowił ją zasłonić swoim ciałem. Kochany futrzak. Choć pociski nic by jej nie zrobiły. Co najwyżej by ją trochę bolało tu i ówdzie. Miło jednak, że Rho pomyślał o niej. On miał więcej mięśni, dla niego kula tym bardziej były niczym.
Nad sobą słyszała strzały. Ich android użył broni ludzi przeciwko nim. Broni, którą ona wcześniej pochwyciła. Dobrze więc zrobiła, bo teraz on mógł z tego skorzystać. I korzystał w pełni, jak było widać. I słychać.
W końcu Rhoshan się podniósł, a wraz z nim i ona sama. Dur-Shurrikun zajął się już większością przeciwników, zabijając ich na różne sposoby. Eulalia otrząsnęła się lekko i ruszyła za przyjacielem. Kiedy weszła za lisem do pomieszczenia mogła zobaczyć pod ścianą grupkę siedmiu ludzi, z bronią w ręku, ale nie atakujących. Popierała próbę samca. Ci ludzie mogli im udzielić wielu przydatnych informacji jeśli zostaną przy życiu. Chyba zdawali sobie sprawę, że atak zakończy się ich śmiercią.
Gepardzica opadła na cztery łapy, wydając z siebie głęboki warkot. Stała tuż obok rudzielca, gotowa podążyć za jego ruchem. Wzrok miała wbity w żołnierzy, by w odpowiednim momencie móc zareagować na ich najmniejszy ruch.
Jeśli przeciwnicy zaatakują, a Rho zasłoni się martwym ciała, Eulalia postara się jak najszybciej skoczyć do góry i po skosie w stronę najbliższej ściany, więc w lewo lub w prawo, by następnie odbić się od niej i dopaść do jednego z przeciwników. Dłonią będzie się starała chwycić za broń mężczyzny, przygniatając go swoim ciężarem i być może przy okazji łamiąc kilka kości. Przy tym będzie uważała, by przypadkiem nie wejść Rhoshanowi w drogę przy jego działaniu. Jeśli sam sobie poradzi z resztą to da mu pole do popisu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1564
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Wto Maj 01, 2018 6:05 pm

NPC Storyline - AAF|Dur-Shurrikun|Jinkusu

Oczy zgromadzonych pod ścianą mężczyzn skierował się na Rhoshana. To w końcu on zagroził, że ich wypatroszy. A wszystko dlatego, że odmówią rzucenia broni na ziemię. Mężczyzna wysunięty najbardziej na prawo (patrząc od strony trójki CORE) odwrócił się nagle w swoje prawo, uniósł karabin w stronę towarzyszy, a następnie pociągnął za spust. Seria z automatu powaliła pozostałą szóstkę, a kaliber zadbał o to, by już się nie podnieśli. Android uniósł prawą dłoń, otwartym gestem powstrzymując Rhoshana i Eulalię przed próbą ewentualnego zlikwidowania ostatniego z fanatyków. Lub raczej... osobnika, który zabił swych "towarzyszy".
Mężczyzna trzymał broń przy barku, drugą dłoń ujmowała kolbę zaraz za magazynkiem. Celował przez muszę, w lekko pochylonej pozycji. Bardzo profesjonalnie. Gdy jego niedoszli kompani byli już martwi, facet opuścił dłoń trzymając już tylko rękojeść karabinu. Oraz palec - poza spustem. Lewą ręką sięgnął do hełmu od kombinezonu, rozpinając zapięcia, a następnie ściągając go z głowy. Następnie złapał za kominiarkę i wyszarpał ją, ukazując im swą twarz. Krótko ścięty, biały mężczyzna wieku około trzydziestu pięciu lat, może z trzy więcej. Spojrzał na trójkę z CORE, wpierw na Rhoshana, potem Eul, a na końcu zatrzymał wzrok na Durze. Wręcz zlustrował androida spojrzeniem, nie widać było po nim strachu, ani zaskoczenia.
-Rodger Prier, służba wywiadu Federacji Alranois.
Przedstawił się mężczyzna. Android powolnym ruchem opuścił dłoń w dół, przysuwając ją na powrót do swego ciała. Następnie ruszył przed siebie, w stronę człowieka. Ten również ruszył, ale do jednego z ciał. Zatrzymał się przy nim, kucnął i zaczął je przeszukiwać. Przegrzebywać ładownice i zasobniki. Pięciotonowy metalowy stwór zatrzymał się za nim. Mężczyzna w ogóle się tym nie przejął. Z jednej z kieszeni w końcu wyjął to, czego szukał. Małe urządzenie przypominało starszą wersję ISACa. Nie było rozdzielone, nie trzymało się energetycznie. Ramka otaczała je dokładnie, dookoła.
-Uprzedzę pytania. Wysłali mnie tu, bym rozpracował tą grupę od środka. Niewielki odłam pojawił się również w Alranois.
-Mówi prawdę.
Wtrącił android, rozwiewając możliwe wątpliwości dotyczące człowieka. Niemniej nie przerywał mu, człowiek kontynuował. Zaczął od podania androidowi niewielkiego urządzenia, które wyciągnął z trupa. Dur chwycił obiekt i przyjrzał mu się uważnie. Urządzenie natychmiast zareagowało, zaświeciło, uruchomiło się i wyświetliło jakiś komunikat w języku crathygtanskim. Android przyjrzał się urządzeniu, po czym spojrzał na człowieka. Czekał na dalsze informacje.
-Dalej znajduje się korytarz oraz pomieszczenie z kriokomorą. Jeszcze jedno...
Zanim mężczyzna zdążył dokończyć swą wypowiedzi, android stworzył przed nimi hologram. Obraz ukazywał starcie kilkunastu okrętów na orbicie Densorinu. Eulalia i Rhoshan bez problemu powinni rozpoznać planetę, z której pochodzą. Jak również okręty. Z jednej strony znajdowały się jednostki floty densorinskiej, z drugiej - okręty CORE.
-Strzelają do nas! Densorinczycy do nas strzelają! Wszystkie jednostki, odpowiedzieć ogniem, zlikwidować zagrożenie.
Odezwał się głos, dochodzący z hologramu. Sztuka przesyłania informacji na wyższym poziomie, bo również głosu - poza obrazem. Choć dla CORE było to dość normalne. Niektóre jednostki CORE już zostały uszkodzone. Teraz odpowiedziały ogniem, zasypując flotę gradem pocisków, część ostrzału kierując na planetę - odpowiadając bateriom obrony planetarnej. Wtedy odezwał się drugi głos. Należał do Daalkiina, młodego admirała CORE.
-Fozok Rel. Trzydziesta pierwsza flota melduje straty. Nie mamy łączności z Densorinem, a w okolicy Ziemi doszło do starć z patrolami floty densorinskiej. Carva-Rakhshasa melduje, że mają spokój. Masz kontakt z Acrothem?
-Nie wiem, gdzie się znajduje. Był na Densorinie.
-Akarynth?
Admirał rzucił imieniem, a chwilę potem przez nadajnik słychać było strzały.
-To w ambasadzie! Odezwę się, potrzebuję raportu sytuacyjnego.
Dur-Shurrikun nic nie odpowiedział. Android po prostu wyłączył hologram, opuścił dłoń w której trzymał urządzenie. Jego wzrok wbił się w punkt na ścianie. Ciężko było ustalić czy rozmyślał, czy po prostu coś analizował. Mina nic nie zdradzała. Podobne białe, świecące oczy. Zareagował natomiast mężczyzna. Człowiek odskoczył pół metra od nich, jak poparzony. Podniósł karabin i wymierzył nim w Rhoshana, przesuwając celownik na Eulalię.
-Cofnąć się! Do tyłu, już!
Mężczyzna reagował zdrowym rozsądkiem. Może to tak nie wyglądało, choć gdy szary android podniósł lewą dłoń, otwartą stroną w jego kierunku, ten nie dał mu dojść do głosu, zaraz się wytłumaczył.
-W tamtym pomieszczeniu jest dziesięciu fanatyków oraz dwa wilki densorinskie.
-Ci tutaj są ze mną. Nie zdradzili.
-Jesteś pewien?
Odpowiedział mężczyzna, opuszczając lufę karabinu. Dur słownej odpowiedzi nie udzielił. Nie musiał. Gdyby zdradzili, android nie pozwoliłby im żyć. Dla człowieka nagle stało się to jasne. Jednak dość bolesnym mogło być, jak bardzo... spokojnie, metalowy stwór wyraził się, wypowiadając słowo "zdradzili". Bez żadnych emocji, bez gniewu. Jego żołnierze właśnie ginęli, atakowani przez sojusznika. Byłego sojusznika. Jednak oni...
-Mamy misję do wykonania.
Coś huknęło. Raz, drugi, trzeci. Coś waliło w ścianę od zewnętrznej strony. Na prawo od wejścia, którym tutaj przybyli. Człowiek i android spojrzeli w stronę ściany, która powoli zaczęła się wyginać. Ktoś... bardzo chciał do nich wejść. I nie wydawał się mile nastawiony.
-Rodger, Eulalia, Rhoshan. Odblokowałem uzbrojenie na ścianach. Weźcie czego potrzebujecie. Ktokolwiek jest w kriokomorze, macie go ewakuować. Fanatycy mają zostać zabici. Zdrajcy również. Ktokolwiek to jest. Jeśli się poddadzą, macie dokonać egzekucji. Ja zajmę się reliktem.
Mężczyzna spojrzał na androida, jak na szaleńca. Ale dobrze, skoro dowódca wydał rozkaz, to on się dostosuje. Android odwrócił się i przemieścił powoli na środek pomieszczenia. Niechciany gość powoli się do nich przebijał. Przez szpary dało się dostrzec jego wielkie pazury oraz masywne dłonie. Czymkolwiek był... był duży. Prier przemieścił się po pokoju, nie planując brać dodatkowego uzbrojenia. Otworzył sobie drzwi na korytarz, a następnie wyjrzał na zewnątrz, wystawiając przy tym lufę. Nikogo nie było. Tylko jakieś kilkanaście metrów do drzwi kolejnego pomieszczenia. Mężczyzna wyszedł z arsenału i zatrzymał się na korytarzu, oczekując na dołączenie dwójki densorinów. Działo się.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 550
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Maj 13, 2018 8:20 pm

Byli praktycznie na przegranej pozycji. Stracili broń, którą mogliby wyrządzić im większe szkody, a na dodatek pozostała ich tylko garstka. Zanim podniosą broń w ich stronę, pewnie zdążą zginąć dwa razy, więc najrozsądniejszym byłoby poddanie się. Szczerze to miał nadzieję, że trafi na jakichś fanatyków religijnych, którzy będą walczyli do ostatniego żołnierza i tych tutaj także będzie mógł wybić. Na Ziemi nic tak nie pobudzało ludzi do walki jak coś nieistniejącego, co na nich czekało po zabiciu dostatecznej ilości niewiernych. On już przeżył swoją śmierć. To tak kolorowo nie wyglądało, że umierasz i nagle trafiasz do raju bądź piekła. Chociaż… może właśnie do niego trafił? Nadal stąpał po tej planecie, gdzie człowiek człowiekowi człowiekiem.
Tego co się stało potem lis nie przewidział w swoich kalkulacjach. Zauważył, że ten podnosi broń, jednak nie w ich stronę, dlatego jeszcze na niego nie skoczył. Zamiast tego zlikwidował swoich własnych kolegów, którzy nie mogli tego przeżyć z racji kalibru broni. No tak, zdecydowanie człowiek człowiekowi zgotował taki los. Lis raczej nie planował go od razu zabić, bo założenie było takie, żeby pojmać ich oraz przesłuchać. Chociaż może tamten specjalnie ich zabił, by nie wyjawili swoich tajemnic! Wtedy nie obejdzie się bez tortur oraz bardzo długiego przesłuchiwania pozostałego przy życiu mężczyzny. Strzelał bardzo profesjonalnie, nie pasował do typowego fanatyka, który porywa się z motyką na słońce. Nie celował w nich z karabinu, a okazał, że nie ma wobec całej trójki złych zamiarów. Cóż Rhoshan natomiast widział, że niezbyt był przywiązany do swoich poprzednich „kolegów”. Wkrótce miało się wyjaśnić dlaczego, ale niesmak nadal pozostał. Dla lisa nie do pomyślenia byłoby zdradzić swoich towarzyszy broni, dlatego też z chęcią pozbyłby się tamtych zbuntowanych densorinów, którzy ośmielili się podnieść rękę na godność księcia. Nawet jeśli ten miał swoje wady – jak każdy zresztą.
Pod maską o dziwo nie było reptilianina, ani też innej rasy kosmicznej, a człowiek. Chociaż może to był reptilianin incognito, tylko o tym nie wiedzieli. Spójrzcie na taką Amelię, która jest krwiopijcą, a wygląda jak człowiek. Nigdy nie można być pewnym tego, że zachowujące się i wyglądające jak człowiek w rzeczywistości nim będzie. Lis uniósł pytająco brew, gdy tamten się przedstawił. Był z tych tutejszych, ale czy nie mógł im oszczędzić nieco kłopotów i powystrzelać tamtych, gdy oni próbowali się przebić? Może wyszedł z założenia, że takie kozaki jak oni po prostu się przez nich przebiją.
- Właściwie nie o to chciałem zapytać, ale okej. Jak na fanatyków byli całkiem nieźle uzbrojeni no i te maski. Hydra byłaby dumna, w końcu lubią podobne mundurki – skomentował lis, który posiadał troszkę wiedzy z ziemskiej historii. Bądź co bądź musiał żyć w ciele tego łowcy to mimowolnie część informacji się zachowała. Zwłaszcza tych z czasów II Wojny Światowej, w której po raz kolejny ludzie próbowali doprowadzić do samozagłady. Poszli tylko o krok dalej i budowali obozy, w których zabijali innych ludzi. Pogratulować pomysłu zabijania ludzi, którzy mogą generować kapitał i powiększać dobrobyt kraju.
Rhoshan postanowił nie zaufać człowiekowi w pełni, dlatego też uważnie obserwował co ten wyczynia przy ciałach poległych. Stary model ISAC’a. Ludzkie szczeniaki mówiłyby, że troszkę przestarzały model i siara na całego. Jednak mogło okazać się bardzo użyteczne. Android pewnie właśnie wyciągał z tego ważniejsze informacje, niż historia przeglądania poprzedniego właściciela.
Lis obstawiał, że pewnie jakiś starożytny system zabezpieczeń będzie na nich czekał tam, bądź horda przeciwników, których będzie mógł rozpruć. Misja w sumie ze zwiedzania ruin może się przekształcić w odbicie zawartości komory, w której może spoczywać jakiś dinozaur. Patrząc na fizjologię androida to nawet możliwe. Chwilę potem urządzenie wyświetliło hologram. Dobrze znana im planeta, którą Rho kiedyś widział w tej wizji i nawet z niej pochodził. Densorin – jego planeta. Toczyła się tam bitwa między jednostkami CORE, a zbuntowaną flotą. Wszystko zaczynało przybierać naprawdę zły obrót, a samiec nerwowo zacisnął łapy oraz kły, marszcząc przy tym czoło.
Kto by pomyślał, że jego rodacy postanowią popełnić grzech ludzki. Toczyć wojnę z samymi sobą, a na dodatek ze swoimi sojusznikami. Nie tylko pojedyncze jednostki, ale też obrona planetarna odpowiadały ogniem. Najwyraźniej ktoś poczuł się tam za pewnie w trakcie nieobecności księcia. Acroth zniknął. Nie wiadomo czy dobrze dla niego, czy raczej powinni się martwić. Aktualnie uwagę lisa przykuła wzmianka o jego ojcu, którego ostatnio widział na Ziemi. Na pewno nie było go na Densorinie. Chociaż… może postanowił tam wrócić, by pozałatwiać swoje sprawy? To byłoby w jego stylu powrócić i sprawdzić co się stało z Gwardią, zaś teraz sam Rho zaczął się o niego martwić. Nie zapowiadało się, by powitali go w inny sposób, niż próba aresztowania. To był jawny zamach stanu i wszyscy, którzy byli za starą władzą stanowili wrogów. Będzie musiał upewnić się czy wszystko z nim w porządku.
- Gdybym chciał byś był martwy to już byś nie żył człowieku – odwarknął do niego lis, gdy tamten zaczął do nich mierzyć. Nie pomógłby mu nawet ten karabin. Odda 5, może 10 strzałów i straci od razu głowę. Może Rhoshan był klocem, ale szybkości mu nie brakowało. Powstrzymał się za to przed skoczeniem i obiciem gęby temu człowiekowi, gdy ten zasugerował bycie zdrajcą. Było to ciężkie - tak ciężkie jak opieranie się zbawiennej mocy cętek.
- Świetnie. Załatwimy zdrajców i przy okazji tamtych fanatyków. Dwie pieczenie na jednym ogniu – skomentował odważnie futrzak. Będzie mógł odreagować na tamtych wilkach. Nie ma co się silić na publiczną egzekucję, bo przecież zrobią z nich męczenników dla swojej sprawy. Jeśli zginą w tym metalowym grobowcu, to nikogo nie będzie obchodziło jak zginęli. Po chwili rozległo się to walenie w ściany. Densorińskie wilki najwyraźniej planowały przebić się do nich. Chociaż może też mieli jakiegoś dodatkowego koleżkę, który lubił wchodzić niekonwencjonalnie. Skoro drzwi były trudne do złamania, to ściana powinna być jeszcze twardsza. Tak podpowiadała logika, chyba że ściana była cieniutka, ale wtedy jaki sens jest stawiać ścianę.
- Ktoś puka do naszych drzwi. Na Ziemi należy właściwie przywitać gościa – skomentował lis i postanowił pójść na żywioł, czyli po Nodinowemu. No może nie do końca, bo na pełnym jeszcze nie mógł, dlatego wziął ze ściany Jaariliik, tarczę która może się potem przydać. Bynajmniej nie po to, by zaimponować samicy swoją brawurą. Tak przecież nauczał Nodin, a nie będzie mu chyba miał za złe, że pójdzie jego śladami. Nawet powinien go pochwalić! W razie czego zawsze i tak miał przy sobie ostrze.
- To mi wystarczy – powiedział do Eulali, a następnie skierował się w stronę czekającego Rodgera – Uzbrojenie tylko by mnie ograniczało. Tak mawia Czarnołuski – skomentował oglądając się za siebie, zostawiając tym samym Dura wraz z czymś co właśnie próbowało się dostać do wnętrza pomieszczenia. Cóż najwyraźniej android będzie miał kupę zabawy. Wprost na swoje gabaryty. Im zaś przypadną fanatycy i wilki.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 40
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Maj 24, 2018 2:44 pm

Eulalia uważnie obserwowała przeciwników. Jej źrenice zrobiły się wąskie, jak u kota, który szykował się do polowania. Kiedy jeden z żołnierzy obrócił się w bok kotka przechyliła lekko głowę, patrząc jak zabija swoich towarzyszy. Zdrajca? Szpieg? Obie możliwości były równie prawdopodobne. W każdym razie mogli odrobinę odetchnąć. Nawet gdyby ten jeden był i przeciwko nim to, cóż. W pojedynkę nie miał z nimi żadnej szansy. Powoli podniosła się, by wyprostować swoją sylwetkę i stanąć na dwóch łapach. Wodziła wzrokiem za człowiekiem i Durem, który był blisko tego pierwszego.
Na słowo 'kriokomora' jej uszy lekko zadrgały. A więc kogoś tam trzymali. Kogoś zamrożonego, jeśli dobrze ogarnęła to słowo. Kogoś pogrążonego głęboko we śnie, zahibernowanego. Jednego z nich? Densorina? A może kogoś od Dura? Mogli jedynie zgadywać. Lub po prostu pójść tam i wyciągnąć tę istotę ze środka.
Kiedy nagle android wyświetlił hologram, Eulalia od razu przeniosła na niego swoją uwagę. Wydała z siebie niski pomruk, wyraźnie agresywny. Nie podobało się jej to, co im pokazywał Dur-Skurrikun. Doszło do zdrady. Ktoś zdradził ich. I przejął władzę nad częścią ludzi. Albo ci już dawno byli zdrajcami i wykorzystali moment. Tak czy siak jeśli będzie możliwość, powstrzymają zdrajców. Ale najpierw misja, tak jak powiedział android. Mieli misję do wykonania.
- Już dawno. - dodała do słów Rhoshana z fuknięciem, gdy człowiek zaczął do nich celować. Śmieszne, że w ogóle śmiał to zrobić. Jakby myślał, że ma z nimi jakieś szanse. Gdyby zdradzili to by ich tutaj nie było. Oby tylko książę było bezpieczny na jednym z okrętów CORE. I jej rodzice. Miała nadzieję też, że nikt z jej przyjaciół nie zdradził. Nawet nie drgnęła, nie ruszyła się z miejsca, gdy ten kazał im się cofnąć. Cały czas stała w tym samym miejscu, zaraz kierując swoje spojrzenie ponownie na androida.
Gepardzica drgnęła lekko, gdy nagle do jej uszu doszedł huk. Odwróciła głowę w tamtą stronę, widząc jak ściana się zaczyna odginać. Ktoś jeszcze wiedział o ich obecności tutaj. Ktoś, komu się to nie podobało i zapewne chciał się ich pozbyć. Kiedy android wspomniał, że odblokował obecny tam arsenał, kotka skierowała swoje spojrzenie na nie. Podeszła nieco bliżej, wodząc wzrokiem po broniach. Wszystko było takie duże, zupełnie nieodpowiednie dla niej. W końcu jednak jej oczy wychwyciły coś, co mogła wziąć. Wyciągnęła rękę, sięgając po niewielki nóż taktyczny. Podrzuciła go raz i drugi. Powinien być idealny do zlikwidowania przynajmniej jednego przeciwnika. W walce i tak najczęściej opierała się na swoim naturalnym wyposażeniu, jakim były pazury i kły. Jeśli już korzystała z broni to właśnie z czegoś w rodzaju sztyletów czy noży.
- Ja po prostu preferuję niewielką broń, pasuje do mojego stylu walki. - odparł lisowi kiedy ten się tłumaczył, czemu bierze tylko tarczę. Każdy miał swój własny styl i wiedział, jak mu się najlepiej walczy. Samica nie miała zamiaru się w to wtrącać ani nikogo oceniać. Jeśli Rhoshan tak wolał to była tylko i wyłączenie jego sprawa. Ruszyła za nim, by wraz z człowiekiem skierować się do innego korytarza, zostawiając androida samego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1564
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Cze 03, 2018 5:05 pm

NPC Storyline - AAF|Dur-Shurrikun|Jinkusu|Rodger Prier

Biała tarcza zaświeciła nieco, a następnie przygasła - reagując na dotyk w momencie, w którym Rhoshan ją chwycił. Nóż nie zareagował w żaden specjalny sposób, ponieważ - tak, jak Jaariliik - nie był stworzony na bazie energii. Dur-Shurrikun odprowadził dwójkę densorinów, dosłownie, podszedł za nimi do drzwi. Gdy znaleźli się na korytarzu, android chwycił lewą dłonią za pancerną blachę, po czym bez trudu przesunął ją i zamknął przejście. Następnie usłyszeli już tylko dźwięk topionego metalu, a szpary pomiędzy przesuwanymi drzwiami zostały zasklepione. Dur-Shurrikun wyraźnie chciał zagwarantować sobie, że cokolwiek wejdzie zaraz do niego do pomieszczenia - nie przejdzie dalej do nich. Jedyne co usłyszeli dalej, to wpierw huk sugerujący, że coś przebiło się do środka. Następnie wytłumiony ryk, po czym kolejny huk. I cisza.
Rodger odwrócił się jeszcze w stronę zaspawanych drzwi i westchnął cicho. To była ich jedyna droga wyjścia. Będą musieli znaleźć kolejną. Nic nie mówiąc, ruszyłem przodem. Szedł na szpicy, nie zamierzając dać się wyprzedzić. Jako jedyny z całej trójki, miał na wyposażeniu karabin szturmowy. Nie potrzebował, by ktokolwiek zasłonił mu linię strzału. Jak okazało się po kilkunastu krokach, korytarz zakręcał w prawo po jakichś kilkunastu metrach. Rodger podszedł pierwszy, poruszając się w miarę cicho, mimo niezbyt przyjemnego w noszeniu kombinezonu. Cała ta "biała straż" miała niezłego fioła na punkcie chorób i zarazków. Zwłaszcza względem ludzkich mutantów. Zarówno Rhoshan, jak i Eulalia byli już w stanie usłyszeć dźwięki dochodzące z za lekko nierozsuniętych, pancernych drzwi następnego pomieszczenia. Spomiędzy szpar dochodziło jasne, niebieskie światło. Dało się również wyczuć zapachy, wspominanych wcześniej dziewięciu ludzi - a raczej ich kombinezonów... oraz dwójki densorinów. Wilkowatych, o których wcześniej wspomniał mężczyzna. Od razu można było domyślić się, że w tym momencie czeka ich oczywisty problem. Nie tylko dwójka densorinów z CORE posiadała lepsze - od ludzkich - zmysły.
Można powiedzieć, że trójka zbliżających się do pomieszczenia istot miała szczęście. W środku dało się usłyszeć syk, a następnie odczuć chłód oraz zobaczyć parę ulatniającą się przez szczelinę pomiędzy dwoma płytami drzwi. Zaraz potem do nozdrzy całej trójki dotarł mocny, niezidentyfikowany zapach, pochodzący z zimnego powietrza, które pojawiło się wewnątrz pokoju. Jakby jakiś sztuczny materiał, choć raczej nie chemiczny. Zapach nie był ostry ani nieprzyjemny, choć pozostawał intensywny. Na tyle, by ci w środku nie byli w stanie wyczuć obecności zbliżających się densorinów oraz ich ludzkiego kompana.
Szpara pomiędzy dwiema pancernymi płytami rozsuwanych drzwi nie należała do największych, jednak pozostawała wystarczająco szeroka, by mogli swobodnie zajrzeć do środka. Dziewiątka ludzi, w tych samych kombinezonach co ci z poprzedniego pomieszczenia oraz ich ludzki sojusznik. Sześciu stało po bokach, przy ścianach na lewo i prawo. Trzech na stronę. Trzech znajdowało się przy kriokomorze, wraz dwójką densorinów. Samica oraz samiec. Mieli na sobie mundury armii densorinskiej. Komora została otwarta przy pomocy dziwnego urządzenia, przypominającego prymitywną wersję ISACa, wymieszanego z ziemską technologią (prawdopodobnie) oraz podłączonego do panelu dotykowego komory. Jeden z mężczyzn wskazał densorinowi, by ten wykonał ruch, na co czekać nie trzeba było długo. Stwór podszedł do komory, a następnie chwycił leżącą w niej istotę - złapał ją za krtań oraz ramię, po czym podniósł i wyrzucił z komory na ziemię, jak szmacianą lalkę. Samica o białym kolorze futra - crathygtanka - co oboje Eulalia oraz Rhoshan powinni wiedzieć z tego lub innego źródła - upadła na ziemię z łomotem. Ubrana była w brudny, nieco podarty mundur oficerski przypominający te należące do CORE. Nie wiedziała co się dzieje, jej mięśnie były zwiotczałe, pozostawała osłabiona. Jej futro miejscami było poczerniałe, brudne, zakurzone od ziemi oraz jakichś smarów. Densorinka stanęła przy niej, pochyliła się, złapała crathygtankę za kark oraz grzywę, po czym szarpnęła ją do góry i podniosła na kolana. Samica jęknęła cicho, zaciskając kły i powoli odzyskując świadomość. Rozejrzała się po pomieszczeniu, jej wzrok chyba dostrzegł ich za szparą - jeśli akurat zerkali.
-Jasna cholera, wygląda jak samica z gatunku waszego dowódcy.
Odezwał się szeptem mężczyzna. Bardzo cichym szeptem. Człowiek by nie usłyszał, ale dwójka jego kompanów nie powinna mieć problemu. I mówił prawdę. Samica bardzo przypominała Dur-Shurrikuna, na pewno była crathygtanką. Jej futro było białe, jednak wszystkie cechy się zgadzały. Długi ogon, pazury, kły, pysk. Do tego umundurowanie.
-Świetnie. Dostarczymy to do dowódcy, on ją sobie potnie i sprawdzi co uda się wyciągnąć o najeźdźcach.
Klęcząca samica podniosła wzrok do góry, zerkając na przemawiającego człowieka. Wilk złapał ją od tyłu i szarpnął do góry, by się podniosła. Crathygtanka wyrwała mu się szarpnięciem, po czym dostała pięścią w pysk, a następnie splot słoneczny od wilczycy stojącej przed nią. Wilk za nią dorzucił od siebie proste kopnięcie w plecy i białofutra wylądowała na ziemi. Ludzie w pokoju zaśmiali się, jedynie wilki zachowały powagę.
Prier przyklęknął i ustawił lufę na linii szpary, mierząc do samca stojącego za leżącą crathygtanką. Chciał interweniować, powstrzymać to, zanim niedobrzy ludzie (i wilki) zrobią coś złego. Czego pożałują bardziej, niż mogą teraz. Wtedy stało się coś, czego zapewne nikt się nie spodziewał. Leżąca na ziemi crathygtanka wsunęła prawą dłoń pod siebie, przez sekundę błysnęło spod niej czerwone światło - a następnie jej ciało przefazowało się na lewo od wejścia, prosto do trzech mężczyzn tam stojących. Zmaterializowała się przy nich, a w jej dłoniach pojawiło się ostrze, którym wykonała błyskawiczne cięcie pod kątem czterdziestu pięciu stopni, rozcinając pierwszego po prawej od ramienia i kończąc na biodrze faceta po swojej lewej. Z dziewięciu przeciwników zrobiło się trzech. Prier zaklął pod nosem i pociągnął za spust, zmieniając uprzednio cel. Trzy kule powaliły trójkę ludzi stojących na środku pokoju. Densorini obrócili się ku drzwiom, a ludzie wymierzyli w prymarchę, lecz linię strzału przesłaniali im "sojusznicy" - wilki. Crathygtanka obróciła się do przeciwników i okręciła rękojeść ostrza w prawej dłoni. Miecz świecił czerwoną energią, uwalniając ją wzdłuż ostrej krawędzi i emitując bardzo silną energią. To był doskonały moment na atak. Zwłaszcza, że wilk - densorin ruszył już w kierunku drzwi, ryknął wściekle. Samica została z tyłu, obserwując sytuację i czekając - kto wyjdzie oraz co się wydarzy.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 550
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Sro Cze 06, 2018 7:48 pm

Tarcza reagowała, była sprawna. W sumie na okręcie pewnie mieli znacznie nowocześniejszą wersję tego sprzętu tutaj, bo patrząc po całokształcie tego miejsca to weszli niemalże do muzeum. Z drugiej strony pewnie wszystko było na tyle zaawansowane, na ile ludzkość będzie za jakieś tysiąc lat przynajmniej. Odjąć oczywiście jakiegoś Starka, Pyma i McCoya. Tego pierwszego kojarzył ze względu na pijaństwo i rozrzucanie pieniędzy gdzie popadnie. Drugiego zaś pamiętał przez AI, które chciało doprowadzić do zagłady świata raz czy dwa. Ostatni zaś był pamiętany nie przez swoje czyny, a bycie futrzakiem. W sumie to kiedyś nawet się podśmiewał z niego, że w trakcie przerwy między kolejnymi wynalazkami po prostu toczy sobie włóczkę lub bawi się innym obiektem.
Eulalia zaś dokonała dosyć ciekawego wyboru. Zwykły nóż taktyczny, chociaż jeśli miała swojego ISAC’a to również powinna mieć tamto ostrze energetyczne. Chyba, że ono nie działa bez tego urządzenia, wtedy faktycznie dobrze było się zaopatrzyć w jakąś broń. Cóż pazury mogła mieć ostre, jednak do rozłupywania pancerzy potrzebna była jeszcze odpowiednia siła. Rho miał twarde jak i ostre pazury, gdyż miał okazję ćwiczyć z najtwardszym smoczym pancerzem. Nie będzie się martwił o to, że złamie sobie paznokieć okładając coś wytrzymałego, a teraz na dodatek jeszcze ćwiczył z widmem co wymuszało na nim adaptację do nowych warunków.
Walczyć bronią potrafił, strzelać też, ale to zabijanie przeciwników gołymi rękoma było o wiele bardziej satysfakcjonujące. Faktycznie coś było w tym co mówił Nodin, że o wiele lepiej jest walczyć w oparciu o własne siły. Nie polegasz na sprzęcie, który jest wadliwy. Ciało również czasami ma swoje „awarie” w postaci niespodziewanego skurczu, jednak jest to zawsze coś bardziej pewnego oraz coś czego możliwości w pełni znamy. Jeśli zacznie się za bardzo polegać na jednej rzeczy, wtedy gdy ona zawiedzie czeka zguba. Gdy ciało zawodzi umrze się tak czy siak, a jest to ostatnia linia obrony przed kostuchą. Eulalia może nie miała takich twardych szponów jak on, ale nadrabiała to szybkością i nóż w tym wypadku może się okazać równie niebezpieczny co półtonowy futrzak.
- Czyli bierze to na siebie. Deja vu mam – powiedział patrząc jak drzwi są spawane. Przypomniało mu to sytuację w świcie, gdy Daalkiin zamknął się w pomieszczeniu z Sunadem. Potem wrócił w nienajlepszym stanie, aczkolwiek na tyle dobrym by dalej walczyć. O wiele gorzej wizualnie było wtedy z Nodinem, ale nikt nie miał mu tego odwagi powiedzieć. Pewnie odpowiedziałby coś w stylu „ja się czuje dobrze. Z tobą zaraz może być gorzej, jeśli dalej implikujesz jakoby stała mi się krzywda”. O ile lis go znał, a znał go nie najgorzej to mógł przewidzieć kiedy nadepnie na minę przeciwpiechotną, a kiedy na niewypał. Częściej jednak wchodził na te miny przeciwpiechotne, a saper podobno myli się tylko raz. Na szczęście nim nie był, więc mógł popełnić więcej błędów.
Huk niczym gong na ringu zasugerował początek walki. Rodger mógł się tu trochę czuć nieswojo, będąc fizycznie najmniej sprawnym z tej trójki. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że w następnych pomieszczeniach będą ludzie jak również zdrajcy z densorinu. Tymi drugimi najpewniej zajmą się Eulalia i Rhoshan podczas gdy człowiek zajmie się tym co wychodzi mu najlepiej – czyli zabijaniem swojego gatunku. Ludzie osiągnęli w tym stopień mistrzowski, bo żadna inna rasa w galaktyce nie zabija swojego rodzaju tak sprawnie i wyrafinowanie jak ludzie.
Ta biała straż przypominała mu trochę taką futurystyczną wersję ku klux klanu. Ta sterylność ciuszków, fanatyzm oraz ogólna jakość żołnierzy idealnie pasowała na wyewoluowaną wersję tej organizacji. W sumie miał okazję spotkać jedną mutantkę, która potraktowała go granatem dźwiękowym lub czymś podobnym. Nie był czuły na magię, a ona na wiedźmę nie wyglądała (chociaż wzrostem pasowała!), dlatego założył opcję z mutacją. Będąc coraz bliżej końca korytarza, lis zaczął się coraz ciszej zachowywać. Stawiać lżej kroki, zwolnić oddech i wydawać coraz mniej dźwięków z siebie. Zbliżali się do densorińskich wilków, a one miały znacznie lepszy słuch, niż ludzie. Czuł taką naturalną wrogość wynikającą z różnicy gatunkowej względem zdrajców. Nie tylko była to kwestia samych czynów oraz rozkazów, a gdzieś wewnątrz zakodowanej nieufności wobec wilka.
Przez szpary mogli naliczyć dziewiątkę ludzi. Idealnie, by Rodger miał co do roboty. Była też samica oraz samiec. Rho weźmie na siebie samca, a gdy ukręci mu łeb będzie mógł popatrzeć jak samiczki sobie ze sobą walczą. Szkoda, że w takich okolicznościach, a nie na przykład w basenie. Kombinowali jak otworzyć kriokomorę, z której bił ten sterylny zapach. Nie był nieprzyjemny, a po prostu intensywny i sterylny. Może jakiś rodzaj azotu, który konserwował komórki zamrożonej istoty?
W lisie gotowało się na sam widok, że tamta dwójka nosiła mundury densorińskie. Nie zasługiwali na nie. Osobiście zadba o to, by jego przeciwnik stracił ten mundur. To było jak otwarte obnoszenie się z tym, że są zdrajcami i uważają swoje czyny za słuszne. Na razie nie mieli sposobności do ataku. Na linii ognia była samica, której na pewno nie mogli rozstrzelać. Nie ze względu na płeć, ani wygląd przypominający dobrze znanego raptora, a po prostu bo taki był rozkaz. Na polu bitwy każdy był równy, jednak im dłużej na to patrzył tym bardziej się w nim gotowało. Ogon poruszał mu się niespokojnie, a sierść jeżyła się w pozycji do ataku. Nie lubił patrzeć, gdy ktoś pastwiły się nad kimś słabszym. Obecnie samica była świeżo po wyjściu z komory i nie była w pełni sprawna.
Lis już gotował się do skoku, przyszykował się do niego podczas gdy Rodger szykował się do strzału. Ukręci wilkom te łapki, które postanowili podnieść na Crathygtankę. Atmosfera była tak gęsta, że mogli ją kroić nożem lub zjeść w formie budyniu, gdy stało się coś dziwnego. Samica właśnie zniknęła, by zaraz się pojawić przy mężczyznach rozcinając ich ostrzem. Dziwne, bo wcześniej lis nie zauważył tej broni. Może to była kwestia, że mogła ją przeteleportować na życzenie tak jak da się to zrobić z pancerzami na polu bitwy? To był sygnał do ataku, Prier oddał strzały, a do walki ruszył jako pierwszy Rhoshan.
- Bierz samicę. Ja biorę tego dużego i brzydkiego – zakomenderował Eulalii lis. Taktyczne zagranie, bo jakoś nie widziało mu się bić samicy, a na dodatek tamta mogła być od niego szybsza. Lepiej wysłać do takiej walki kogoś wyspecjalizowanego i niech prędkość zwycięży. Tymczasem on będzie miał okazję pobawić się z większym wilczkiem.
- Dawaj na solo grzybie! – ryknął do wilka, po czym zaczął biec w jego kierunku. Po chwili lis stanął pewnie na ugiętych kolanach i czekał, aż przeciwnik przyjdzie do niego. O wiele lepiej szło mu się bronić, jednak on zawsze był pierwszy w natarciu, także przy pierwszej okazji Rhoshan postanowił wyprowadzić z biodra prawy prosty w pysk wilka, a następnie przejść do kopnięcia lewą nogą w łydkę przeciwnika. Nawet jeśli uchyli się przed prostym to dalej pozostanie zagrożenie w postaci kopnięcia na łydkę, które może znacznie utrudnić mu walkę. Jeśli oba uderzenia sparował lub się uchylił, lis przeszedł do dalszej części ataku. Postanowił nagle zmienić formę walki i z typowo „wojskowego” sposobu walki przerzucił się na ten, który polecił mu kiedyś Daalkiin, a potem Nodin – postanowił wyskoczyć w stronę przeciwnika z pazurami i przejechać jednym szybkim machnięciem po klatce piersiowej. Celem było przeciąć część ścięgien na piersi. Zaraz potem znowu przeszedł do stabilnej pozy z ugiętymi łapami i podniósł gardę. Oczywiście wystawiając przy tym pazury, by móc parować ciosy i jednocześnie ranić przeciwnika szponami w kończynę, którą zaatakuje. Było to o tyle łatwiejsze, niż z jaszczurami bo przynajmniej nie musiał uważać teraz na ogon przeciwnika. W zależności co wlepiłby mu lis to potem miał dwie możliwości. W przypadku prostego w pysk, postanowił skorzystać z momentu dezorientacji i boksować przeciwnika po żebrach celując w wątrobę. A jeśli wszedł kopniak w łydkę to pewnie tamten będzie się zasłaniał rękoma, dlatego lis zrobi coś niespodziewanego i… włączy tarczę, by rzucić się z nią na wilka, wgniatając go w podłoże i tłukąc nią go. Tego na 100% nie byłby w stanie przewidzieć, że ktoś z CORE tak barbarzyńsko rzuci się na niego. Musiałby wtedy tylko usiąść na nim i okładać go tarczą. Wszystko zakładało to, że lis będzie szybszy ale co w momencie, gdyby Rho okazał się wolniejszy? Pozostawało wtedy podniesienie gardy i cięcie pazurami podczas parowania, tak jak uczył go Nodin.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 40
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Wto Cze 19, 2018 11:13 am

Ściskając rękojeść noża w dłoni, Eulalia przeszła kawałek dalej z Rhoshanem i ich ludzkim towarzyszem, by Dur-Shurrikun mógł zamknąć za nimi wejście do korytarza. Nie przyglądała się zbyt długo temu co robi, marszcząc lekko noc na woń spawanego metalu. Odcinał ich drogę powrotną, ale jednocześnie chronił przed kolejnymi wrogami. Pewnie będzie miał sporo zabawy, mogąc wreszcie sobie powalczyć. Gepardzica domyślała się, że z tak ważnym stanowiskiem samiec nie miał zbyt często okazji samemu się wybierać na misje.
Już po chwili korytarz przed nimi zakręcił w prawo, a gdy tam podeszli, dotarli do drzwi, które rozdzielały korytarz od pomieszczenia z kriokomorą. Ona i lis jako pierwsi byli w stanie ocenić, że ktoś się tam znajdował. Zarówno po dźwiękach, jak i tych wszystkich zapachach. Szczególnie dwa z nich były drażniąca. Densorini. Zdrajcy. Wiedziała, że dla przeciwników nie ma litości, ale liczyła, że po całym tym buncie większość zdrajców się opamięta i wróci na właściwą drogę. Drogę współpracy z CORE. Nie chciała, by wojna domowa pochłonęła wiele ofiar. Wystarczająco dużo złego nasłuchała się o starej wojnie, w której ginęli densorini. Wolałaby żeby nie doszło do powtórki.
Dotarli na miejsce akurat kiedy komora była otwierana, co poznali po dźwięku i charakterystycznym zapachu. Zajrzenie do środka pozwoliło im zauważyć wcześniej wspomniane wilki i dziewiątkę ludzi w kombinezonach. Jej spojrzenie skoncentrowało się na istocie, która została dosłownie wyrzucona z kriokomory. Białe futro, długi ogon, szpiczaste uczy. Wyglądała niemal jak ich przywódca. Z tym, że była zdecydowanie delikatniejszej budowy. Samica, co było widać. Więc to crathyganka była tutaj ukryta. Ostatnia ze swojej rasy? Zapewne. Ciekawe jak długo była tam zamknięta.
Nie było to jednak istotne. Wilki zachowywały się okropnie, zupełnie bez szacunku. Nic dziwnego, że byli zdrajcami skoro nie potrafili się zachować. Oby zostali odpowiednio ukarani. Wszyscy zdrajcy. Kotka czuła, że Rhoshan jest na granicy spokoju. Czuła, jak rwie się do przodu, by zaatakować. Sama również miała ochotę skoczyć na wilka i uszkodzić go. Wtedy jednak zdarzyło się coś niespodziewanego. Istota z kriokomory okazała się nie być tak bezbronna, jak mogli myśleć. Być może potrzebowała chwili na ocknięcie się, na rozbudzenie i ogarnięcie sytuacji. Ważne, że  z zarówno jej działania, jak i ich ludzkiego towarzysza sprawiły, że ludzie zostali zlikwidowani i teraz ich jedynymi przeciwnikami były dwa wilki. Dwaj densorini. Samiec i samica. Zupełnie jak Rho i ona.
Kiedy lis się do niej odezwał, Eulalia skierowała na niego spojrzenie, a następnie ponownie na pomieszczenie. Nie podobało się jej, że będzie miała ograniczone pole walki. Zdecydowanie wolała otwartą przestrzeń lub po prostu większe pomieszczenie. To jednak nie czas na marudzenie i wybrzydzanie. Trzeba było się pozbyć wilków jakoś.
- Czekaj na odpowiedni moment. - zwróciła się do mężczyzny. Żadne z nich nie miało przy sobie broni palnej, więc wilki szybko się zorientują, że za drzwiami jest ktoś jeszcze. Oni jednak ich zajmą. A jeśli się nadarzy taka okazja to Pier będzie mógł strzelić.
Samica nie wyskoczyła od razu za swoim przyjacielem. Odczekała te kilka/naście sekund, by samiec zaczął walczyć i dopiero wtedy dołączyła do walki. Szybko omijając walczących samców jak najszerszym łukiem, doskoczyła do wilczycy, by wykonać zamach prawą pięścią w celu uderzenia jej w lewy obojczyk. Kolejny cios był wykonany prawą łapą w prawy piszczel wilczycy. Eulalia za każdym razem starała się celować w punkty witalne ciała. Taki był jej styl. Nie była tak silna jak samce jej gatunku czy lepiej zbudowane samice, więc polegała na słabych punktach i swojej szybkości. Po każdej próbie uderzenia samica odskakiwała w razie potrzeby, gdyby wilczyca próbowała ją zaatakować. Jednocześnie starając się zasłaniać przed jej atakami. Starała się nie trzymać blisko zbyt długo. Na początek musiała ocenić czy wilkowata jest szybsza od niej, wolniejsza, czy może były sobie równe.
Choć trzymała w jednej ręce nóż to nie przeszkadzało jej to w niczym. W razie możliwości tuż po wykonaniu ciosu mogła spróbować ciąć nim. Wykonywała takie próby, gdy celowała w brzuch samicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1564
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Lip 08, 2018 6:17 pm

NPC Storyline - AAF|Aiineri Kahrahir|Dur-Shurrikun|Jinkusu|Rodger Prier

Odpowiedni moment...
Skwitował mężczyzna, zerkając za wyskakującą po Rhoshanie, Eulalią. Jego wzrok natychmiast powędrował na strzelców znajdujących się przy bocznej ścianie, po drugiej stronie względem prymarchy. Mieli swojego VIPa, którego należało stąd szybko wyciągnąć, a to jemu trafiło się współpracowanie z super-inteligentnymi kosmicznymi bestiami. Zmienili cele. Jednak to on był tutaj wyszkolony, prawdziwie - a nie pobieżnie, na szybko. Po pomieszczeniu rozległ się ogłuszający huk wystrzałów z karabinu szturmowego, a następnie prymarcha błysnęła w czerwonym świetle spod swojej ściany - i zaraz znalazła się po drugiej stronie, jednym poziomym cięcie rozcinając dwóch mężczyzna na pół. Pozostałych zabił pozostały z tyłu tajniak - Rodger Prier.
Wyskakując zza lisa oraz wilka, Eulalia kupiła sobie cenną sekundę zaskoczenia, trafiając wpierw w obojczyk. Wytrąciła swą rywalkę z równowagi, a następnie szybkim ciosem w piszczel, powaliła ją na kolano. Wilczyca warknęła coś pod nosem, a następnie szarpnęła się w górę, atakując pięścią z dołu - prosto w pysk Eulali. Ta bez problemu uskoczyła, wyraźnie mając sporą przewagę szybkości nad przeciwnikiem. Gepardzica odskoczyła, a wilczyca zaraz ruszyła na nią - prosto ku swej zgubie. Krótkie cięcie nożem - wymierzone w brzuch - dało aż za dobry efekt. Crathygtanskie ostrze rozcięło skórę, niczym rozgrzany do czerwoności nóż tnie masło, a następnie przez impet wbiło się głębiej i pocięło wnętrzności. Eul poczuła ciepłą posokę na swojej dłoni, której futro zmieniło barwę na bardziej czerwony kolor. Jeśli postanowiła odepchnąć przeciwniczkę, ta po prostu padnie na ziemię grzbietem, krztusząc się krwią. Jeśli puściła ją i odsunie się, samica wykona kilka kroków, a następnie sama padnie na ziemię, krztusząc się krwią i powoli umierając.
Wilk ze wzajemnością ruszył na Rhoshana. Miał jednak znacznie inny plan, od lisowatego. Kiedy bowiem Rho się zatrzymał, ten nadal biegł, a nawet przyśpieszył. Rhoshan sięgnął po proste uderzenie w pysk, natomiast wilk pochylił korpus, uniknął ciosu i wpadł w rudzielca, powalając go na ziemię samym impetem. Wilkowaty był dość szybki, nie dał się przeciwnikowi pozbierać. Zaraz doskoczył i dosiadł lisa, przyciskając mu biodra do ziemi oraz unosząc prawą rękę do góry. Tu popełnił błąd, chcąc wykonać cios "młotem", prosto na pysk czerwonego. Jeśli trafi, to zapewne Rhoshana bardzo zaboli. Jednak zamarkował, wziął zamach i dał tym samym czas do reakcji. Rhoshan miał nieco przyblokowane nogi, przeciwnik na nim siedział. Nie mógł więc uniknąć trafienia, jednak jego ręce pozostawały wolne. Mógł blokować, oddawać i nadal walczyć. Dodatkowo, wilkowaty nie zwracał uwagi na to, co działo się za nim. Widać nie spodziewał się, że jego towarzyszka zostanie tak szybko pokonana przez gepardzicę.
Obok stała prymarcha. Strzepnęła krew z ostrza i rozejrzała się po pomieszczeniu, chłodno oceniając sytuację. Nie widziała jeszcze, kto jest z nią - a kto przeciwko niej. Łatwo było ustalić, że obie strony się nie lubiły. Jednak dla niej - densorini zabijali właśnie densorinów. I jakiś tutejszy stwór zabił inne tutejsze stwory, najwyraźniej występując w obronie dwójki densorinów oraz jej samej. Lub się myliła - i wtedy będzie musiała ich zabić.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 550
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Lip 12, 2018 9:58 pm

Każdy miał swoje zadanie do wykonania. Człowiek zajął się swoimi pobratymcami, podczas gdy Rho i Eul mogli zlikwidować problem dwójki zdrajców. Skupił się na własnym przeciwniku, dlatego mógł nie zauważyć tego jak szybko Eulalia dała sobie radę z zagrożeniem. Zamiast tego miał swój własny problem na głowie w postaci wilka, który na niego wbiegł i go przewrócił. Uniknął wtedy tamtego ciosu, a lis padł na ziemie mając na sobie przeciwnika. Podkurczył szybko nogi, by kolanami zablokować możliwość odchylania się w tył przeciwnikowi, zaś w głowie rudego już ułożył się plan na podstawie ułożenia ciała wilczka.
Specjalnie podkulił maksymalnie nogi (na ile tylko mógł), by móc wykonać z większą szansą powodzenia cios. Widząc rękę w górze, lis od razu wyprowadził szybki cios z biodra prosto w wątrobę przeciwnika, ale nie pozostawał ślamazarą - zaraz po wykonaniu tego ciosu, poleciał kolejny prosto w splot słoneczny wilka. Uniesiona w górę ręka dawała mu czas, by punktować swojego przeciwnika w najczulsze punkty krótkimi i szybkimi ciosami, a zarazem lis będzie nadal miał jedną wolną rękę by próbować zbijać ataki wilka – przeciągając przy tym pazurami wzdłuż wnętrza jego przedramienia i tnąc tamtejsze ścięgna. Liczył trochę na to, że utrudnił przeciwnikowi na tyle możliwość uniku, by wyszło mu uderzenie w wątrobę. Znając własne ciało powinien wiedzieć mniej więcej gdzie znajduje się ten organ, a fizjologicznie pewnie 99% futrzaków była taka sama pod tym względem. Zaś co jeśli mimo braku oddechu oraz bólu, tamten chciał pociągnąć dalej ten cios na młota? Rhoshan postanowił wtedy wyjść naprzeciw temu i złapać go za nadgarstek ręki którą wyprowadzał cios, jak najwyżej by nie dać się „rozpędzić” pięści, by zaraz potem wbić kciuk prawej ręki w nadgarstek. Uciskał pazurem, by zmusić przeciwnika do otwarcia wnętrza dłoni sprawiając mu przy tym dosyć duży dyskomfort, a zarazem miał drugą wolną rękę żeby się bronić przed ewentualnymi ciosami. Wtedy postanowiłby skorzystać z tego, że najpewniej pierwszym odruchem będzie próba wyzwolenia ręki, a co za tym idzie z racji bycia trzymanym to łatwiej przeciwnika trafić, więc sprzedałby mu szybko dźgnięcie pazurami w nerkę, a potem kolejne i kolejne, szlachtując przeciwnika. O ile rzecz jasna wilk nie postanowił zaatakować jego newralgicznych punktów jak szyja, pachy czy oczy. Wtedy musiałby zbić drugą rękę, również kiereszując wnętrze przedramienia pazurami. Pozostało tylko możliwa próba gryzienia. Mało prawdopodobna, ale jednak możliwa. Na taki wypadek lis po prostu pociągnie mu z główki prosto w nos. Chroniło to jednocześnie szyję ze względu na ułożenie głowy, jak również twardy łeb lisa wreszcie na coś przydałby się.
Jeśli udało mu się wyprowadzić tamte ciosy z początku w wątrobę, a potem splot, wtedy spróbował zrzucić z siebie wilka. Na prawą stronę, kolejnym ciosem i ruchem biodrami, a zaraz potem od razu się na niego rzucić, przygniatając masą jak w zapasach. Nie planował dawać mu dodatkowych sekund. Musiał wykorzystać sekundy braku oddechu oraz szok. Jeśli udałoby mu się go obsiąść, wtedy przycisnąłby kolanem środek kręgosłupa, by utrudnić ewentualne wierzganie i od razu złapał go oburęcznie za łeb, by spróbować skręcić mu kark, jednym szybkim ruchem. To był zdrajca. Wiedział na co się pisze, gdy postanowił wystąpić przeciwko królowi. Na niego czekała tylko jedna kara – śmierć.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dżungla   

Powrót do góry Go down
 
Dżungla
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Chiny-
Skocz do: