Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Sonoran Desert

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Sonoran Desert   Nie Cze 17, 2012 8:37 am

Pustynia o powierzchni 311 tys. km², zajmująca południowo-zachodnią część Arizony i południowo-wschodniej Kalifornii oraz część meksykańskich stanów: Pustynia Sonora stanowi też część linii brzegowej Zatoki Kalifornijskiej. W jej skład wchodzą pustynie Kolorado, Yuma i Altar. Panuje tu klimat zwrotnikowy, wybitnie suchy. Roczna suma opadów wynosi poniżej 150 mm. Gdzieniegdzie występują wysychające rzeki i jeziora. Duża jej część jest nawadniana i wykorzystywana w celach rolnych. Znajdują się tu także liczne ośrodki turystyczne (jak np. Palm Springs), rezerwaty indiańskie (Gila Bend) i rezerwaty przyrody (Organ Pipe Cactus).


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 17, 2012 9:28 am

Górujące nad czystym niebem słońce, rzucało zabójcze promienie na ziemskie pustynne sklepienie. Załamując się światło słoneczne rozmywało pobliski krajobraz, a oczy nie wprawione i zmęczone dostrzegać mogły w ów momencie rzeczy które nie miałyby prawa bytu w owych zapomnianych przez świat regionach. Na pustyni Sonora od niespełna już kilku miesięcy nie spadła ani kropelka wody, suchy niedostarczający wody klimat sprawiał iż nawet tutejsza zwierzyna zaczęła powoli obumierać, a krążący wokoło padlinożercy Ci lądowi jak i górujący w niebiosach szybko się nią zajmowali.
Wędrując w skrajnym upale i suszy, odziany w stare podarte łachmany z przewieszonym przez ciało jak i głowę ciemno zielonym płaszczem mężczyzna, powolnym i wręcz ospałym krokiem szedł przed siebie. Panujący upał jednakże nie sprawiał mu najmniejszych problemów, bowiem przyzwyczajony do ciepła i bijącego słońca nie zdawał sobie nawet sprawy jakim zagrożeniem mogłoby ono być dla zwykłego śmiertelnika. Nagle jednak coś sprawiło iż ów podróżnik zatrzymał się na chwilę spoglądając skrytą za masywnym kapturem głową w nieboskłon. Chmara sępów wydając charakterystyczny dla owego ptactwa dźwięk krążyła bowiem w jednym miejscu, zupełnie jakby czekała na swą kolej w podanym przez naturę pysznym posiłku. Żebrak ów jednak najwidoczniej nie miał zamiaru brać z nich przykładu, bowiem bez namysłu ile sił w nogach ruszył w kierunku skupiska. Pędząc najszybciej jak się tylko dało z żołądka swego wydawał dźwięki jakie ludzkim uszom mogły się jedynie śnić, bowiem burczenie jego brzucha przypominało bardziej ryczenie lwa aniżeli oznakę głodu. Zatrzymując się na skraju niewielkiej przepaści zerknął łapczywie w dół dostrzegając jasno i wyraźnie pastwiącą się nad swym zmarłym bratem albo siostrą hienę. A po chwili był już na dole, zeskakując z kilku metrowego klifu jakby była to dla niego tylko i wyłącznie niewielka przeszkoda.
Wzbity podczas upadku kurz i huk, rozproszył latające ptactwo i wprowadził warczącą na nieznanego mężczyznę hienę w stan gotowości do ataku. Aczkolwiek nie powstrzymało to zagłodzonego Asgardczyka który nie jadł i podróżował od niespełna kilku dni. Balder podchodząc jednak spokojnie i powoli, wyciągnął wpierw w kierunku żyjącej zwierzyny dłoń, a z ust jego wydobyło się kilka pomruków i warknięć, sygnalizujących zwierzęciu by się nie bało. Gdy hiena w końcu powstrzymała swe zapędy i podeszła do mężczyzny, ten jedynie pogłaskał ją po łepetynie, po czym bez namysłu podszedł do padliny.
Mięso choć nieco już rozszarpane wydawało się świeże, najwidoczniej partnerka o której dowiedział się przed chwilą od nowego przyjaciela dopiero co niedawno obumarła, a ten nie chcąc również zginąć z głodu wolał sam się nią pożywić aniżeli zostawić ją sępom na pożarcie. No ale cóż taki był świat zwierząt, słabi ginęli, a silni żyli dalej. Oprawiając mięso dłonią i pozbywając się powoli, i dokładnie wnętrzności, mężczyzna rzucał resztki leżącej i czekającej na posiłek tuż za jego plecami hienie, a gdy doszedł do wniosku iż wszystko co mógł zrobić zostało wykonane rzucił mięso na pokaźnych rozmiarów nagrzany kamień, po czym karząc futrzakowi pozostać na miejscu podsmażył je własną energią. Trwało to dosłownie chwilkę aczkolwiek po niewielkim wysiłku nadszedł czas na pałaszowanie. Wgryzając się w kruche kości Balder dosłownie rozszarpywał idealnie podsmażony posiłek na kawałki, a gdy już skończył dzieląc się oczywiście z tym który był tutaj pierwszy ruszył dalej przed siebie upijając jeszcze łyk z pełnego bukłaka który napełniony został przez niego zupełnie niedawno sokami kaktusa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 17, 2012 12:09 pm

Siedząc za kierownicą jeepa, Morgana - nie, Vivian, musiała przecież zacząć myśleć o sobie w ten sposób, jeśli miała zamiar naprawdę uchodzić w tych czasach za inną osobę - zaczynała powoli żałować, że wybrała się w tę podróż. Przede wszystkim mimo zwiewnego stroju - sięgającej do połowy ud cienkiej, czarno-fioletowej sukienki na ramiączkach - było jej stanowczo za gorąco i duszno. zdawała sobie sprawę z tego, że wielu śmiertelników funkcjonuje w takich warunkach, lecz ona sama nie byłaby w stanie tego znieść; przyzwyczaiła się do niższych, przyjemniejszych temperatur i pogody zupełnie odmiennej od tej. Gdyby tylko mogła, po prostu teleportowałaby się w to miejsce i zrobiła swoje - lecz jeszcze nigdy dotąd nie miała okazji w nim przebywać, co rodziło pewne dość poważne zagrożenia. Nie chciałaby przecież skończyć uwięziona w głazie na resztę swych dni... Gdyż owszem, najprawdopodobniej przeżyłaby coś takiego, lecz niekoniecznie potrafiłaby się wówczas wydostać. Wolała więc nie ryzykować i zrobić to w typowo ludzki - i teraźniejszy - sposób.
Nieco pocieszała ją myśl, że przynajmniej jej czary działają na to diabelskie urządzenie, które śmiertelni określali mianem "samochodu terenowego". W pierwszej chwili po zdobyciu go - odrobina perswazji i już był jej; zdolność sugestii jest taka przydatna! - próbowała co prawda uruchomić go i nim pokierować, lecz bardzo szybko przekonała się o tym, że wcale nie jest to proste zadanie. Natychmiast doszła do wniosku, że woli jazdę konną lub w powozie. Jakże teraźniejsi mogli dobrowolnie skazywać się na coś takiego? Doprawdy, nie mogła tego pojąć. Czy szybkość rzeczywiście była warta tych męczarni? Z pewnością zazwyczaj nie.
Kobieta próbowała powtarzać sobie niczym mantrę, że cel powinien być tego ostatecznie wart. W końcu nie spędzi tutaj wiele czasu - znajdzie tylko potrzebny jej składnik eliksiru esencji magicznej i zaraz potem będzie mogła wrócić do swego tymczasowego lokum, które urządziła w... Ach, tak, w Nowym Jorku. Okropne miasto, prawdę mówiąc. Znienawidziła je od pierwszego wejrzenia i czasami miała wrażenie, że z wzajemnością. Nawet tereny zielone nie uratowały go w jej oczach - ta natura była ujarzmiona, martwa od wewnątrz. Chętnie by ją zresztą uratowała... Tak, ten plan pojawił się w jej głowie niemalże od razu i uparcie nie chciał od niej odstąpić. W każdym bądź razie... Jak bardzo nie przeszkadzałoby jej rezydowanie w owym zgniłym Jabłku, tak musiała przyznać, że jest to niestety w tej chwili najlepsza baza operacyjna, na jaką może sobie pozwolić. Nie zmieniało to faktu, że i tak planowała w miarę możliwości jak najszybciej przenieść się bliżej zieleni.
To był właściwie jedyny plus miejsca, w którym obecnie się znajdowała. Pustynia wbrew pozorom zdawała jej się żywsza od wielkiego miasta - przynajmniej pod tym względem, który naprawdę ją obchodził. Oczywiście nie zdecydowałaby się tutaj pozostać - klimat naprawdę ją dobijał - lecz doceniała ten fakt i wręcz się nim cieszyła. Przyroda tutaj była tak różna od tej, do której przywykła w domu... Inna, lecz mimo to jednocześnie czuła od niej to samo, co w rodzimych stronach. Dzikie i wolne serce Wielkiej Matki - Ziemi... Nieokiełznanej i potężnej, czyli takiej, jaką powinna być. Ludzie w tych czasach nie potrafili jej docenić.
Czarodziejka wyglądała przez okna machiny, starając się zlokalizować wzrokiem to, po co tutaj przybyła - saguaro, karnegię olbrzymią, gdyż właśnie pod takimi nazwami znali ową roślinę śmiertelni. Był to olbrzymi kaktus, który rósł tylko w jednym miejscu na całej planecie - dokładnie na tej pustyni. Miała nadzieję, że pora roku nie jest zbyt późna; kwiaty pojawiały się podobno już od kwietnia, a owoce w czerwcu, więc przybycie z miesięcznym opóźnieniem było ryzykowne... Liczyła na to, że zdobędzie przynajmniej nasiona, gdyż i one posiadały pewne magiczne właściwości. Rzecz jasna mogłaby zaklęciem przyspieszyć cykl, aby zebrać zarówno kwiaty, jak i owoce, lecz wolałaby nie ingerować w ten sposób w rozwój niczemu nie winnej rośliny. Obiecała sobie, że uczyni to jedynie w zupełnej ostateczności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 17, 2012 1:28 pm

Mijały godziny, a słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi. Co w niesprzyjających od jakiegoś czasu warunkach pogodowych było istnym wręcz ukojeniem dla tutejszej fauny i flory, aczkolwiek na całkowity jego zachód trzeba było poczekać jeszcze z kilkadziesiąt ładnych minut. Mężczyzna ciągle odziany w obdarty płaszcz, zasiadł na wystającej na wysokość kilku metrów skale, poprawiając godzący go w zadek bukłak odwrócił się na chwilę za siebie. Tylko i wyłącznie po to by gestem ręki wezwać towarzyszącą mu od pierwszego spotkania hienę.
- Winnem Cię chyba jakoś nazwać...-
Odparł spokojnie w kierunku kładącego się właśnie obok niego zwierzaka, po czym zarzucając dłonie za siebie oparł się o skalne podłoże, a głowę swą skierował ku górze oddając się chwilowemu podmuchowi kojącego wiatru.
- Cisza i spokój, zupełnie jakbym został sam na tym świecie...-
Westchnął głęboko wyraźnie się nad sobą rozczulając, aczkolwiek nie przeszkadzało mu to w prowadzeniu konwersacji z ową zwierzyną. W końcu świetnie się rozumieli bowiem tak jak i Baldur, zwierzak ów zupełnie niedawno stracił swą jedyną towarzyszkę zostając skazanym na samotną podróż.
- Kloen - syknął ni stąd ni zowąd, głaszcząc swego nowego towarzysz.
-...podoba Ci się? -
Dodał kierując swój wzrok na zwierzaka, który najwyraźniej zadowolony zaczął merdać ogonem. Co oczywiście doprowadziło Baldera do śmiechu i zadowolenia wynikającego z sytuacji w której się aktualnie znajdował.
Ciesząc się chwilą w oczekiwaniu na zachód słońca wygnany Bóg spostrzegł zbliżający się w oddali pojazd. Nie był jednak w stanie dostrzec z powodu wzbijanego w powietrze kurzu kto ów poruszającą się rzeczą kieruje, dlatego też postanowił się nie wychylać. Jak dla niego była to bowiem czynność dość rozsądna, bowiem chociaż potrzebował pomocy nie mógł być pewny tego jak zachowa się druga osoba widząca zatrzymującą ją postać włóczęgi. Jednakże samochód nie przestawał napierać w jego kierunku, oczywiście nieświadomy sytuacji kierowca nie wiedział, że tuż niedaleko za skałami czai się obcy jegomość i jego partner. Ryk silnika stawał się coraz głośniejszy, tak samo jak trzepot kuł oraz świst omijającego go łukiem wiatru. Co spowodowało znaczne pogorszenie stanu psychicznego zwierzaka i w efekcie jego ucieczkę, która nie została powstrzymana nawet przez próbującego zrobić wszystko co w jego mocy mężczyznę. Oczywiście cała ta sytuacja nie spodobała się Balderowi który w ów chwili emanował wręcz złością, myśląc jedynie o bliskim spotkaniu z osobnikiem który pędząc przez pustynię wystraszył właśnie jego nowego przyjaciela.
Wyskakując wprost kilkanaście metrów przed zbliżającym się w jego kierunku samochodem, wyciągnął dłoń w geście stopu, po czym spod okrytej kapturem głowy wydobył z siebie ostatkiem sił dość potężny ryk, jakiego nie miał w zwyczaju oddawać od wielu stuleci.
- STAĆ!! -
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 17, 2012 9:44 pm

Nikt nie mógłby określić Morgany mianem niecierpliwej - Wielka Bogini raczy wiedzieć, że na właściwy moment czarodziejka potrafiła spokojnie czekać tak długo, jak tylko było to konieczne, właściwie często wręcz bez słowa skargi - lecz nawet ona po pewnym czasie bezowocnych poszukiwań zaczynała odczuwać lekkie ukłucie zirytowania. Nie pomagał jej też wcale fakt, że nie miała pewności, czy w ogóle rozpozna pożądaną przez siebie roślinę - koniec końców jak do tej pory widziała ją jedynie na kartach książek. Pamięć miała co prawda świetną, lecz obrazek nie zawsze mógł w pełni oddać stan realny... Nie chciała zaś wracać do domu z pustymi rękami - lub z niewłaściwymi składnikami.
Wysoka temperatura coraz bardziej przeszkadzała kobiecie, która robiła wszystko co mogła, aby choć trochę ją obniżyć. Oczywiście potrafiła wpływać na środowisko naturalne - była to jedna z jej podstawowych umiejętności jako kapłanki Ziemi - lecz czynienie tego bez przerwy było niezwykle męczące, dlatego zarzuciła tę czynność po pierwszych godzinach podróży. Cieszyła się, że zdecydowała się wyjątkowo spleść swe długie włosy w gruby warkocz, który następnie zwinęła w kok, pozostawiając luzem jedynie krótsze pasma na przedzie. Gdyby pozostawiła swe gęste loki rozpuszczone czułaby się zapewne o wiele gorzej. Odnosiła jednak wrażenie, że od pewnego czasu robi się jakby nieco chłodniej - i miała nadzieję, że tak jest w istocie.
Przejeżdżała akurat tuż przy skalnym usypisku, przy którym zauważyła kilka sporej wielkości kaktusów, dlatego też zwolniła nieco, aby móc lepiej się im przyjrzeć. Zaledwie w parę sekund później okazało się, że słusznie uczyniła - gdyż przed jej pojazdem wylądował niespodziewanie obcy jej mężczyzna. Zaskoczenie sprawiło, że automatycznie zerwała czar, dzięki któremu wprawiała samochód w ruch - oznaczało to tyle, co szybkie hamowanie... Szczęśliwie dla nieznajomego.
Gdy tylko wóz się zatrzymał, Morgana pozwoliła sobie przyjrzeć się dokładniej obcemu osobnikowi. Pierwsze rzuciły jej się w oczy stare i zniszczone ubrania, które ten miał na sobie - tak naprawdę niewiele więcej była w stanie jednak zobaczyć, gdyż zakrywały go one dość kompletnie przed jej wzrokiem. stwierdziła tylko, że mężczyzna jest wysoki i dobrze zbudowany, lecz to wszystko, co mogła rzec.
Na temat jego psychiki miała już natomiast więcej przemyśleń... Kim bowiem trzeba by być, aby tak bezmyślnie skoczyć przed pędzący pojazd - jaki by on nie był? Te współczesne samochody potrafiły z pewnością wyrządzić krzywdę większą od wozów konnych, które znała ze swych czasów; tyle wydawało jej się co najmniej oczywiste. Dodatkowo szczerze wątpiła w to, by ktokolwiek normalny zgodził się przebywać w tych warunkach - na środku pustyni, najwyraźniej bez jakiegokolwiek środka transportu, o ile wzrok jej nie mylił. Innymi słowy sklasyfikowała nieznajomego jako szaleńca. Z tą świadomością nie miała najmniejszego zamiaru wychodzić z samochodu... Wprost przeciwnie, otoczyła go niewidzialnym polem siłowym - dla pewności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Pon Cze 18, 2012 7:31 am

Pomimo wszystkiego mężczyzna nadal stał niewzruszony aczkolwiek nie prężył się ani nie napinał swych mięśni, wyglądał raczej dość przeciętnie, przynajmniej takie pozory sprawiać winny luźne poobdzierane ciuchy i dobrze okrywająca go płachta. Co zaś tyczy się metalowego pojazdu wstrzymanego tuż przed jego skromną osobą, to widział ów nowoczesne cacka już nie raz aczkolwiek był to pierwszy gdy zdecydował się na nieco bliższe podejście i rozpoznanie Oglądając z zaciekawieniem blaszaka wyglądał na typowego szaleńca, no cóż właściciel pojazdu najwyraźniej bardzo dobrze go ocenił nie wychodząc na zewnątrz, środków ostrożności nigdy nie za wiele.
- Czy wiesz cóż żeś uczynił! -
Odparł dość wyniosłym tonem, unosząc dopiero teraz swą głowę ku kierowcy, a twarz jego nieco obrośnięta w zarost z nad wyraz długimi kasztanowymi włosami wykrzywiła się w grymasie zdziwienia i lekkiego można by rzec zakłopotania. Spowodowanego ujrzeniem bądź co bądź kobiety, z pewnością pięknej kobiety chociaż nie zdążył przyjrzeć jej się dość dokładnie gdyż samoistnie tułów jego ukłonił się w wyrazach szacunku i przeprosin.
- Wybacz mi pani...-
Wymawiając ów kilka słów wyprostował się zerkając na damę błękitnymi ślepiami jak na Asów i synów Odyna przystało. Pomimo swej postawy i początkowego nad wyraz nieuprzejmego tonu tym razem wyglądał na nieco zmieszanego, w końcu od kilkudziesięciu lat nie widział z tak bliska innego człowieka nie wspominając już o płci przeciwnej. Zsuwając z głowy kaptur cofnął się o kilka kroków wstecz, dochodząc do wniosku iż i tak naruszył już znacznie jej przestrzeń osobistą, po czym nad wyraz teatralnym wymachem dłoni wraz z towarzyszącym mu delikatnym pochyłem głowy i ukłonem przedstawił się jak należało.
- Zwą mnie Baldur -
Mówił nad wyraz spokojnie, pewnym siebie tonem, choć z gestów jakie wykonywał z całą pewnością można by wziąć go za obłąkanego.
- Raz jeszcze przepraszam lecz zapewne nieświadoma jest panna tego, iż spłoszyła przyjaciela mego. -
Skierował tym razem głowę w kierunku w którym to niedawno uciekł Kloen, a twarz jego nad wyraz posmutniała. W końcu pomimo odosobnienia odnalazł istotę rozumiejącą jego ból, a teraz, no cóż teraz skazany był ponownie na wieczną samotną tułaczkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Pon Cze 18, 2012 4:58 pm

Przez chwilę Morgana obserwowała uważnie nieznajomego, podczas gdy ten najwyraźniej poddawał inspekcji jej tymczasowy wehikuł. Nie obawiała się go ani trochę - mimo pierwszego odruchu z polem siłowym była więcej, niż pewna, że poradzi sobie w obliczu zagrożenia ze strony dowolnego człowieka - dlatego jej uwaga szybko przeniosła się na lewo, ku skałom urozmaiconym wielkimi kaktusami. Powoli przesuwała spojrzeniem pomiędzy owymi roślinami, zastanawiając się nad tym, czy któraś pasuje do opisu pożądanej przez nią karnegii. Z tej odległości nie mogła tego stwierdzić z całkowitą pewnością, jednakże podejrzewała, że to może być to. Niestety nie widziała chyba żadnych owoców... Potrzebowała znaleźć się bliżej, to pewne.
Słowa mężczyzny wyrwały ją z rozważań na temat saguaro. Ponownie skierowała na niego swój wzrok, chłodny i kalkulujący. Bardzo nie spodobał się jej ton jego głosu - przywodził bowiem na myśl sposób, w jaki zwykli wypowiadać się wysoko urodzeni i pewni siebie bufoni, Morgana zaś miała dość użerania się z tego typu osobami w swych własnych czasach. Przez większość swojego życia musiała znosić ich towarzystwo, często przybierając przy tym dobrą minę do złej gry... Aż kiedyś uznała: wystarczy tego dobrego.
O dziwo jednak czarodziejce dane było rychło ujrzeć zmiany przechodzące przez dopiero co odkrytą twarz nieznajomego. W pierwszej chwili nie domyśliła się tego, jaki stoi za nimi powód - lecz do czasu. Gdy ten skłonił się i zupełnie odmienionym głosem poprosił o wybaczenie... Wówczas już wiedziała. I nie była pewna, czy jest z tego zadowolona.
Nie lubiła samców, którzy traktowali wszystkich z góry - lecz była skłonna przyjąć do wiadomości, iż taka już jest ich natura. Byli głupcami, a choć irytującymi i czasem szkodliwymi, to jednak w ogólnym rozrachunku wskazać mogła większe zbrodnie ponad ich zachowanie. Inaczej sprawa miała się jednak z tymi, którzy w ten sposób odnosili się do mężczyzn, zaś kobietom okazywali delikatność. W nich widziała fałszywość i o wiele gorsze zepsucie. Nie uważali niewiast za sobie równe - to zaś była najcięższa zniewaga, jaka przychodziła Morganie do głowy.
Wystarczy więc powiedzieć, iż na gest ten i owe słowa w jasnych oczach potomkini Faerie pojawiły się gniewne błyski. Jej myśli nie odnalazły jednak swego odzwierciedlenia w wyrazie twarzy, który pozostał stosunkowo obojętny. Kobieta potrafiła świetnie kontrolować swą mimikę i chętnie z umiejętności tej korzystała.
Morgana przyglądała się temu, jak mężczyzna usuwa kaptur i wykonuje kolejny ukłon, w milczeniu wysłuchała także jego przedstawienia się. W duchu uznała, że przynajmniej posiadał odpowiednie maniery - nie była to zaś cecha charakterystyczna dla współczesnych. Być może to jedno mogła mu przynajmniej zaliczyć na plus... Lecz nie taki, który usunąłby poprzednie przewinienie. O to będzie musiał się bardziej postarać.
Jedną myślą czarodziejka usunęła pole siłowe, po czym - tym razem ręcznie - otworzyła drzwi samochodu, aby już po chwili wysunąć się z gracją na zewnątrz. Ponownie zmierzyła nieznajomego długim spojrzeniem.
-Imię me brzmi Vivian. Vivian Morgan- poinformowała go, rzecz jasna używając w tym celu swego fałszywego imienia i nazwiska. Pod nim właśnie mieli ją znać śmiertelnicy... Nie było innej opcji, dość wcześnie bowiem pół-Faerie przekonała się o tym, iż "Morgana le Fay" znana jest w tych czasach jako postać fikcyjna - a być może historyczna? Tego nie była pewna - w związku z czym posługiwanie się prawdziwym mianem mogło okazać się być raczej... Problematyczne.
-I nie jest mi wiadome nic na temat płoszenia kogokolwiek- dodała szczerze, gdyż rzeczywiście umyślnie nie uczyniła niczego tego pokroju. Zaraz potem jej wzrok powędrował ponownie ku kaktusom, choć jedynie kątem oka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Pon Cze 18, 2012 5:33 pm

- Nie znałem go zbyt długo, acz bliski był sercu memu. -
Wyszeptał niemalże sam do siebie nadal wpatrzony w miejsce z którego co niedawno wyskoczył, zupełnie jakby miał nadzieję iż zaraz ujrzy go wracającego. Baldurowi w końcu wiele można było zarzucić złego lecz z całą pewnością serce miał czyste, a przywiązanie i dobroć jaką okazywał wszelakim żywym istotom nie miała sobie równych. Być może dlatego występująca prawie, że w każdym regionie fauna w dość łatwy i szybki sposób stawała mu się całkowicie oddana, a on nie był wstanie wybaczyć tym którzy mogliby ją skrzywdzić.
Ruchem prawej dłoni przetarł delikatnie swe oczy zupełnie jakby uronił kilka łez i chciał się ich pozbyć, po czym kryjąc twarz ponownie za kapturem jeszcze raz zerknął w stronę kobiety, która nie mogąc skupić się na jednej rzeczy najwyraźniej czegoś poszukiwała.
- Pani szuka czegoś? -
Zapytał się z grzeczności bowiem sądził że tak wypadało, a pomimo tego iż poznał jej imię to nie znał jej na tyle dobrze by zwracać się nim bezpośrednio. Poza tym mógł pomóc, przynajmniej tak sądził w końcu na terenach owych spędził sporo czasu, wędrując pieszo z postojami na uzupełnienie zapasów wody czy też napełnienie czymkolwiek żołądka, a więc okolice znał dość dobrze. Może nie na tyle co Asgard zamieszkany w latach młodości czy chociażby Norwegię w której spędził wiele lat ale na pewno na tyle by wiedzieć w którym kierunku znajduje się największe skupisko roślin nadających się do spożycia czy też tych z których można wydobyć wodę. No cóż może to i nie za wiele ale jak dla niego było to najistotniejszą rzeczą potrzebną do przeżycia na pustyni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Pon Cze 18, 2012 11:22 pm

Morgana postanowiła nie odnosić się w żaden sposób do pierwszej wypowiedzi mężczyzny, jako że miała wrażenie, iż nie jest ona zupełnie skierowana do niej. Wolała też nie interesować się tym, kim był przyjaciel owego człowieka - kolejny szaleniec? Być może, lecz w żadnym wypadku nie była to jednak jej sprawa. W związku z tym zdecydowała się po prostu trzymać od tego tematu z daleka.
Z drugiej strony nie widziała już powodu, aby nie odpowiedzieć na pytanie mężczyzny. Nawet jeśli jego postawa w pierwszej chwili ją zirytowała - i wciąż jeszcze mu tego nie zapomniała - to czarodziejka odebrała za młodu najlepsze wychowanie i kultura bycia wymagała od niej, by zachowała względną grzeczność... O ile nie zostanie sprowokowana do zmiany swego zachowania na gorsze.
-Zaiste, lecz ośmielę się stwierdzić z nadzieją, iż odnalazłam już cel mej podróży- poinformowała więc owego osobnika, a następnie obróciła się twarzą ku roślinności, która już od dłuższej chwili przykuwała jej uwagę. Nie miała najmniejszego zamiaru tłumaczyć się ze swych powodów, więc liczyła na to, że mężczyzna o nie najzwyczajniej w świecie nie zapyta. Prawdę mówiąc nie przygotowała sobie zawczasu żadnej fałszywej odpowiedzi, której w razie czego mogłaby teraz użyć. Nie sądziła, że będzie jej potrzebowała - gdyż była praktycznie pewna, iż nie spotka nikogo na środku pustyni. Cóż, najwyraźniej się przeliczyła... Lecz nie stanowiło to w gruncie rzeczy wielkiego problemu.
-To karnegie, o ile się nie mylę- dodała, ruszając w stronę owych wysokich kaktusów. Już po kilku krokach poczynionych w ich kierunku była w stanie uznać, że rzeczywiście nie widać na nich żadnych owoców. Najwyraźniej przybyła więc zbyt późno... Szkoda, wielka szkoda. Obawiała się, że nawet jeśli w innym miejscu również natknie się na ten gatunek, to kolejni jego przedstawiciele również będą już pozbawieni upragnionego przez nią składniku. To pozostawiało jej tylko jedną opcję.
Kobieta obeszła jeden z kaktusów w taki sposób, aby ów śmiertelnik - Baldur, przypomniała sobie w myślach - nie mógł dojrzeć co robi, po czym uniosła dłonie i zatrzymała je tuż przy roślinie, nie dotykając jej jednak w obawie przed skaleczeniem się o kolce. Skoncentrowała swoją energię w palcach i w głowie dokonała krótkiej inkantacji, prosząc Danu o pomoc. Jej bogini jak zawsze jej nie zawiodła - w kilka sekund później bowiem na powierzchni saguaro zaczęły pojawiać się zmiany. W zawrotnym tempie ukazały się pąki, które przerodziły się w kwiaty - dwa pozwoliła sobie zerwać - a następnie w owoce. Szybko zebrała je wszystkie i upewniła się, że mężczyzna nie dojrzał jej czynów, po czym odstąpiła od rośliny i skierowała swe kroki ku pojazdowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Wto Cze 19, 2012 8:39 am

Po zasłyszanej na zadane pytanie odpowiedzi, mężczyzna najwyraźniej w świecie skupił się na tym co interesowało bezpośrednio tylko i wyłącznie jego osobę, a było to odnalezienie kierunku dalszej podróży. Może nie tyle byle jakiego co konkretnego celu. Ruszając powolnym wręcz krokiem nie zwracał już zupełnie uwagi na kobietę wspominającą coś o Karnegie, bowiem tylko i wyłącznie teraz uwagę jego przykuł dryfujący niezbyt wysoko na niebie sęp.
Zatrzymawszy się Baldur wsunął do ust dwa palce, gwiżdżąc po chwili w tonacji niemalże niesłyszalnej dla ludzkich uszu. Gwizd był jednak krótki i prosty, skierowany bezpośrednio w kierunku ptactwa tylko i wyłącznie po to, by to przyleciało do włóczęgi. Bóg na chwilę jeszcze odwrócił się w kierunku kobiety, a gdy spostrzegł iż ta i tak schowana jest za zieloną roślinnością, wyciągnął przed siebie swe ramię na którym wylądował sporych rozmiarów sęp. Wbijając swe szpony dość mocno w odzież mężczyzny wydawać mogłoby się iż za chwilę padlinożerca rozszarpie jego rękę, acz nie ruszało to w ogóle Baldura tak samo jak i ciężar który ramię normalnej osoby skierowałby diametralnie w dół. Kilka cichych szeptów i dźwięków wydobyło się z jego ust, a zrozumiawszy powagę swego zadania zwierzę odleciało wzniesione w powietrze silnym wymachem męskiej ręki.
Oczekując informacji na temat poszukiwań, syn Odyna postanowił usiąść oddając się obserwacji tego z czego jego jak i Kloen'a ówcześnie wyrwała jadąca pojazdem kobieta. Widok znikającego powoli za horyzontem słońca wprawiał go w dość pogodny nastrój, kojąco wpływający na jego duszę i poprawę aktualnego stanu psychicznego który stąpał po cienkiej linii smutku i rozpaczy. Nagle jednak mężczyzna poczuł coś czego winien w owej chwili nie zaznać, dziwne ukłucie w klatce piersiowej i przeszywający głowę impuls najwyraźniej sygnalizował pobliskie zagrożenie. Wypadało dodać iż nie czół go on po raz pierwszy, wcześniej odczucie owo towarzyszyło mu jedynie podczas bitew i używanej acz nie pochodzącej bezpośrednio od jego osoby magii, która może nie tyle groźna co po prostu ingerująca w życie czegokolwiek przez ów moc odbierana była widocznie za niebezpieczeństwo. Wstając bez zastanowienia, powoli i dość uważnie począł więc obserwować całe pobliskie otoczenie, aczkolwiek jedynymi istotami które aktualnie się tu znajdowały był on sam jak i napotkana niedawno kobieta. Skupiając całą swą uwagę na Vivien ruszył więc w jej kierunku chcąc dowiedzieć się co się tam dzieje, jednakże nie dane było mu tego zobaczyć gdyż ta wyszła właśnie z ukrycia kierując się w stronę samochodu. Zerkając bacznie z nad wyraz ciekawskim, można by wręcz rzec iż wścibskim wzrokiem próbował spostrzec w niej coś niezwykłego, na swój sposób magicznego acz nie niepokojącego. Bowiem w końcu nie zawsze odczucia jego pokrywały się z rzeczywistością.
- Stało się tam coś? -
Zapytał, a ciekawość jego nie znała nad wyraz granic. Wpierw był jedynie typem obłąkanego brodacza, a teraz na dodatek stawał się powoli upierdliwy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Wto Cze 19, 2012 5:01 pm

Powracając do swego wozu Morgana ponownie skierowała swą uwagę na - jakby nie patrzeć wciąż obcego sobie - mężczyznę. Jak już zostało powiedziane, nie uznawała go za zagrożenie, lecz mimo to gwoli ostrożności wypadało mieć go na oku do chwili, aż wreszcie będzie mogła opuścić to miejsce... Moment ten zaś zbliżał się szczęśliwie w zawrotnym tempie. Już niedługo będzie się stąd mogła oddalić... Właściwie najchętniej porzuciłaby subtelności i od razu teleportowałaby się do swojego mieszkania, lecz teraz obawiała się nieco, czy aby skorzystanie z tego typu mocy magicznych nie zakłóci w jakiś sposób naturalnych właściwości składników, które z takim poświęceniem zdobyła. Nie powinno - ale nie mogła z całą pewnością wykluczyć owej opcji.
-Cóż takiego miałoby się wydarzyć?- odpowiedziała spokojnie pytaniem na pytanie Baldura, wzruszając przy tym nieznacznie ramionami, a jedna z jej brwi uniosła się lekko. Nie dała po sobie poznać choćby śladu zaskoczenia. Koniec końców jego zaciekawienie niczego poważnego nie oznaczało. To wręcz naturalne, że zainteresował się tym, czego mogła chcieć od owych olbrzymich roślin... W naturze ludzkiej leżało dociekanie informacji, ona sama wiedziała o tym przecież najlepiej. Zdecydowanie nie mógł jednak niczego wyczuć.
Współcześni nie znali już magii - świadomość tego była dla czarodziejki poniekąd bolesna, lecz w pewnym sensie przynosiła jej także ulgę, dawała wyższość i przewagę nad śmiertelnikami, którzy prędzej czy później - jeśli taka oczywiście będzie wówczas jej wola - będą musieli się przed nią ugiąć. Pocieszała się również trochę myślą, że mistycyzm nie umarł zupełnie. Istniały księgi magii, natknąć można się było na przepełnione energią przedmioty, a więc wszystko było jeszcze tak naprawdę do odratowania. Ach, jakże piękne było jej obecne marzenie - ponownego zebrania wokół siebie studentów, być może wręcz pod dawną nazwą zakonu... Znów zostałaby nauczycielką. Rosłaby w siłę, otoczona osobami, które przynajmniej w pewnym ułamku mogłyby ją zrozumieć - i jednocześnie które by ją popierały i służyły pomocą w podejmowanych przez nią działaniach. Rozważała nawet odtworzenie z pamięci Darkholdu... Lecz to nie był jeszcze sprecyzowany plan. Być może kiedyś się tego podejmie.
Morgana otworzyła drzwi samochodu i przyciągnęła do siebie przygotowany zawczasu pojemnik. Ułożyła w nim najpierw zebrane owoce, a na nich dopiero kwiaty. Nie chciała ich przypadkiem uszkodzić. W takiej liczbie powinny jej w zupełności wystarczyć do wykonania odpowiedniej ilości eliksiru... I może zostanie jej nawet pewien zapas, kto wie? Byłoby miło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Wto Cze 19, 2012 5:26 pm

- Nic... -
Odparł nie spuszczając kobiety nadal z oczu, w końcu nie wiedział jak zareagowałaby na fakt iż wyczuł w okolicy coś nadprzyrodzonego, zresztą nie miał pomysłu nawet na to jakby jej to wytłumaczyć bo pewności iż magia pochodziła od niej nie miał żadnej, a Vivian niestety nad wyraz umiejętnie skrywała wiele swych tajemnic.
-...coś chwilowo tylko mnie zaniepokoiło. -
Dodał, kątem oka zerkając w niebo. Najwidoczniej niecierpliwił się strasznie lecz dopiero co wysłał sępa na zwiady, więc zapewne na interesujące go informacje musiał jeszcze poczekać. Powracając jednak do normalnego stanu rzeczy, wzrok swój skupił na starannie układającej zebrane składniki kobiecie. Zaciekawiony ponownie postawił kilka kroków w jej kierunku i zerkając niemalże przez ramię, odparł półszeptem.
- A cóż to? -
Oczekując na reakcję i odpowiedź w ogóle się nie ruszał, nie przybierał żadnej postawy sugerującej iż w każdej chwili mógłby wykonać unik czy chociażby zaatakować, teraz interesowało go jedynie to czym Vivan tak starannie się opiekowała. Zresztą nie bał się jej, a choć powinien owym znacznym naruszeniem strefy to jednak był dość twardy jak na rodowitego Asgardczyka przystało. Spora wytrzymałość w końcu zakorzeniona była w ich żyłach, tak jak i wiele innych atrybutów przekraczających znacznie te ludzkie, nie wspominając już o typowym dla owych Bóstw charakterze wojów którego akurat w tym przypadku Baldurowi brakowało. W końcu Bóg słońca znany był w całym królestwie ze swej łagodnej natury, nie lubującej w bezsensownej walce, przelewie krwi i wielu innych jego zdaniem nie mających najmniejszego sensu rzeczach i chociaż brał udział w wielu bitwach to jednak nie z każdej był dumny, nie licząc oczywiście tej ostatniej po której to został wygnany. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie mimo woli przypominając sobie dawne dzieje których wspomnienia wywołał niedawno co odlatujący ptak, gdyby mógł również i teraz postąpiłby tak samo, nawet jeśli ojciec tym razem postanowiłby go naprawdę zabić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Sro Cze 20, 2012 9:30 pm

"Coś chwilowo go zaniepokoiło"? To zdanie niemalże sprawiło, że Morgana przerwała aranżowanie kwiatów i owoców w pojemniku, lecz szczęśliwie kobieta posiadała wystarczającą kontrolę nad własnym ciałem, aby w pełni opanować ów odruch. Wciąż sprawiała wrażenie zupełnie nieporuszonej, jednakże w głębi jej ducha pojawiły się pewne wątpliwości.
Nie stało się oczywiście nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób jej zagrozić - tego była pewna. Nawet jeśli ów mężczyzna z tego czy innego powodu był w stanie wyczuć użycie magii, to i tak nie miała przecież czym się przejmować. Nie było dla niej powodem do zmartwień to, że rzadko, bo rzadko, ale jednak nawet w tych czasach zdarzali się ludzie wystarczająco otwarci, by zorientować się, że w ich pobliżu uprawiane są czary. Prawdę mówiąc nawet gdyby teraz się zdradziła - cóż takiego mogłoby się niby wydarzyć? Wątpiła, by współcześni uwierzyli słowom najwyraźniej żyjącego na pustyni szaleńca... Choć nie, być może nie była to właściwa myśl. Śmiertelnicy od zawsze uwielbiali słuchać obłąkanych - lecz niekoniecznie tych dotkniętych tego konkretnego rodzaju obłędem. Mimo to zachowanie dyskrecji było po prostu wygodniejsze i dlatego właśnie czarodziejce na tym zależało. Nie chciała marnować swego cennego czasu.
Czując, że Baldur dość nagle się zbliżył, Morgana zmusiła się do nieokazywania odczuwanego przez siebie dyskomfortu. Jej przestrzeń osobista roztaczała się szeroko i czarodziejka bardzo nie lubiła, gdy ktoś ją naruszał - lecz w tej chwili wciąż jeszcze trzymała się roli niegroźnej i z całą pewnością nic nie knującej śmiertelniczki, w związku z czym nie mogła zareagować w sposób dosadny, który jednak automatycznie sam jej się nasuwał. Zamiast tego powoli obróciła się przodem do mężczyzny, aby móc go obserwować, a tym samym w razie czego nadzorować jego poczynania.
-Kwiaty i owoce karnegii. To po nie tutaj przybyłam- wyjaśniła, mając szczerą nadzieję, że Baldur nie będzie wyrażał dalszego zainteresowania szczegółami i po prostu zaakceptuje takie wytłumaczenie. Liczyła na to, że nie przyglądał się kaktusom na tyle, aby wiedzieć, iż jeszcze przed chwilą z całą pewnością nie kwitły, ani nie owocowały. To by było... Niezręczne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Balder

avatar

Liczba postów : 14
Data dołączenia : 03/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Czw Cze 21, 2012 10:40 am

Niestety nadmierny spokój i opanowanie w obliczu kontaktu ze strony obcych,można by rzec wręcz iż obłąkanych i natarczywych. Nie było domeną ludzi, a już na pewno kobiet które z całą pewnością posiadały inne poczucie bliskości i bezpieczeństwa od mężczyzn. Działania Vivian powoli wręcz zaczęły ją zdradzać, intrygując tym samym coraz bardziej wścibskiego Bożka.
Przechylając delikatnie głowę po to by nadal móc spoglądać odwróconej w jego stronę kobiecie przez ramię, Baldur stał niewzruszony nad wyraz zainteresowany tym co widział na wozie i o czym przed chwilą został poinformowany. Kwiaty i owoce?! Dodał w myślach przypominając sobie iż nie był to niestety czas ich rozkwitu i może nie znał się zbyt dobrze na jakiejkolwiek florze to jednak podczas długiego pobytu na pustyni zauważyłby zmiany zachodzące jak dotąd na zielonych i kolczastych kaktusach.
- Jadalne? -
Odparł ni stąd ni zowąd z towarzyszącym na twarzy uśmieszkiem i cichym pomrukiem brzucha. Zmieniając tym samym z całą pewnością napiętą chwilowo atmosferę.
-...owoce oczywiście.-
Dodał robiąc delikatny krok w bok, wymijając Vivian i spotykając się tym samym bezpośrednio z żelastwem na kółkach od którego tym razem już nic go nie odgradzało. W każdym bądź razie nie podchodził bliżej niż było to konieczne, a ręce swe skrzyżowane miał tuż za plecami Będąc nieco pochylonym nad samochodem, syn Odyna przechylił delikatnie głowę by spojrzeć w stronę poznanej niewiasty. Jego dość obojętny wyraz twarzy jednak nie zdradzał zupełnie niczego, co pomóc mogłoby jej w odczytaniu jego intencji.
Nagle jednak tuż nad nimi, wydając z siebie charakterystyczne dla owego ptactwa ryki krążyć zaczął sęp, który po chwili wylądował tuż obok niewzruszonego całym zajściem mężczyzny. Baldur który przed chwilą wpatrzony był w Vivian niczym w obrazek, tym razem odwrócił się przykucając nad padlinożercą. Cała ta sytuacja mogłaby nie wydawać się dziwna, no może troszeczkę gdyby nie fakt iż mężczyzna prowadzić zaczął z nim swoistą dysputę na temat przeszukanego terenu i zaginionej niedawno hieny, po czym po zasłyszanym raporcie z niezbyt uradowaną miną odprawił zwierzę z powrotem samemu nie ruszywszy się z miejsca ani odrobinę.
Kucał najwyraźniej zasmucony, myśląc o wielu istotnych jak i tych mniej ważnych rzeczach od czasu wojny o Mitgard, wygnania do czasów teraźniejszych. Owe wizje jego dziejów niestety w okresie użalania się nad sobą były zjawiskiem nad wyraz częstym, bowiem co innego samotnik jego pokroju mógłby w takich chwilach robić.Ciężka i wyczerpująca walka z Lodowymi Gigantami przeleciała przez jego wspomnienia niczym niechciany obraz, zakończony bądź co bądź niesprawiedliwą karą i rozczarowanym wyrazem twarzy stojącego na wielkiej skale wszechojca. Następnie tułaczka i powolne zatracanie swego jestestwa, wielka podróż morska i jej koniec podczas której śmierć poniosło wielu bliskich jego sercu ludzi. W końcu całkowite odwrócenie się od świata zewnętrznego, spowodowane towarzyszącemu poczuciu niesienia śmierci i rozczarowania bliskim mu osobą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Morgana le Fay

avatar

Liczba postów : 111
Data dołączenia : 08/06/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 24, 2012 2:10 pm

[Wybacz mi proszę zwłokę, gdyż miałam pewne problemy techniczne.]

To zainteresowanie ze strony mężczyzny nie oznaczało co prawda jeszcze niczego podejrzanego, lecz nie mniej jednak wysoce irytowało czarodziejkę, skądinąd z natury bardzo cierpliwą istotę. Nie potrzebowała żadnych komplikacji, zaś na nie się właśnie póki co zanosiło. Mogłaby co prawda uciąć sprawę już teraz - w ten czy inny sposób - lecz stosowanie sugestii nie należało do najprzyjemniejszych doznań, jak to zresztą zawsze bywało w przypadku podłączania się do cudzego umysłu, zaś odwołanie się do jawnej przemocy... Cóż, powiedzmy, że po prostu mogła się bez tego świetnie obejść, więc nie chciała uciekać się do użycia siły.
Szczęśliwie wraz z pytaniem Baldura - i towarzyszącym mu burczeniem w brzuchu mężczyzny - wszystko się wyjaśniło, tym samym przynosząc Morganie niejaką ulgę. Tak więc nieznajomy był po prostu głodny... To oczywiście zrozumiałe zważywszy na warunki, w których musiał przebywać już od dłuższego czasu. Z tą świadomością zalała jednak naraz pół-Faerie kolejna fala niepokoju, wzmożona wraz z przesunięciem się Baldura o krok. O nie; za bardzo się namęczyła, aby tu dotrzeć... Nie miała zamiaru częstować nikogo swoją cenną zdobyczą. Może i była ona jadalna, lecz z całą pewnością jej magiczne zastosowania były o wiele większe - i ważniejsze. Do tego mogłoby jej się nie udać drugi raz wywołać kwitnienie i owocowanie - nie teraz, gdy nieznajomy zrobił się tak dociekliwy. Zapewne spróbowałby za nią podążyć i obserwować jej poczynania... Nie, to byłoby po prostu bez sensu. Lepiej będzie zwyczajnie wybronić zebrane już składniki.
-Owszem, lecz zapewniam, iż dysponuję pokarmem zdecydowanie bardziej wartościowym, drogi panie- najrozsądniejszym rozwiązaniem zdawało się być w tej chwili nakarmienie Baldura. Być może wówczas będzie mogła już w spokoju się oddalić... A jeśli nie, to zapewne przyjdzie jej rozważyć po raz kolejny kwestię konieczności zastosowania przemocy w tym konkretnym przypadku.
W tym momencie jednak - nim zdążyła zaproponować mężczyźnie ewentualny poczęstunek - powietrze przeciął najwyraźniej ptasi krzyk, na skutek którego Morgana uniosła swój wzrok w poszukiwaniu jego skrzydlatego źródła. Oto i ono... Zwierzę zniżyło się do lądowania i zajęło miejsce tuż obok nich, dzięki czemu czarodziejka mogła lepiej mu się przyjrzeć. Widziała je całkiem niedawno na stronicach jednej z przeglądanych ksiąg - wówczas, gdy próbowała zgłębić jak najwięcej informacji na temat współczesnego świata i spędzała swój czas przede wszystkim w bibliotekach - nim odkryła internet. Był to... Sęp, o ile się nie myliła. Niestety nie potrafiła określić konkretnego gatunku - książka nie była po prostu na tyle szczegółowa, w innym wypadku bowiem Morgana zapewne zapamiętałaby każdy detal. Kobieta nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek widziała takie stworzenie na żywo; raczej nie zamieszkiwały one okolic, w których niegdyś rezydowała, a przynajmniej nie w jej czasach... Tym większe więc było teraz jej zainteresowanie ptakiem.
Lubiła zwierzęta. Niektórzy mogliby sądzić, że ceniła je wyżej od ludzi - i w większości przypadków byłaby to zapewne prawda. Jako kapłanka Gaei posiadała oczywiście wyjątkową więź z ogólnie pojętą przyrodą, zarówno fauną, jak i florą - a także z różnymi żywiołami. Co więcej mogła wpływać na ich zachowanie... Niezależnie od tego, czy były to elementy żywe czy martwe. Nie na tym jednak polegała w rzeczywistości jej prawdziwa bliskość z naturą. W gruncie rzeczy wynikała ona bowiem z krwi Faerie, która płynęła w żyłach Morgany. Tak - le Fay, fay folk, fair folk... Faerie. Obecnie określane mianem "wróżek" - magiczne istoty żyjące w zgodzie z Matką Ziemią. Przy takim pochodzeniu naturalnym wydawało się więc objęcie przez czarodziejkę posady najwyższej kapłanki Danu.
Z zaintrygowaniem obserwowała poczynania zwierzęcia, nie odczuwając nawet większego zdziwienia w chwili, gdy Baldur rozpoczął z nim dyskusję; często widywała tego typu sztuki, a i sama była do nich zdolna, więc w pierwszej chwili nie dotarło do niej - pogrążonej we własnych rozmyślaniach - że w tych czasach i w tym wykonaniu powinno ją to zaskoczyć. Dopiero po chwili zmarszczyła lekko czoło, rozważając możliwe opcje. Trudno było jej uwierzyć w rzeczywiste posiadanie przez tego śmiertelnika jakichkolwiek wyższych zdolności - a to pozostawiało jej do wyboru prawdziwe szaleństwo, być może wynikające z samotności, oraz... Cóż, niektórzy ludzie zwykli przemawiać do swych pupili, czyż nie?
Morgana pozwoliła sobie odczekać chwilę, a gdy ptak ponownie wzbił się w powietrze i odleciał w sobie tylko znanym kierunku, zabrała wreszcie głos.
-Przyjaciel?- zagadnęła krótko, licząc na to, że zachęcony w ten sposób mężczyzna sam rozwinie temat. Z doświadczenia wiedziała, iż większość samców tak właśnie czyni; lubili w końcu mówić o sobie, chwalić się... Zarówno przed swymi towarzyszami, jak i w obliczu niewiast, choć w obu przypadkach cele mieli rzecz jasna różne.
Nagle czarodziejka odczuła dziwne ukłucie niepokoju. W pierwszej chwili nie była pewna czemu należałoby je przypisać, lecz szybko stało się dla niej jasne, iż jest to reakcja jej organizmu na naruszenie zaklęcia strzegącego, którym otoczyła swoje tymczasowe lokum. To dziwne... Nikt nie powinien być w stanie dostać się do środka, więc w grę wchodziła najbliższa okolica. Dotychczasowych sąsiadów zdążyła oznaczyć jako niegroźnych, to zaś oznaczało, iż pojawić się musiał ktoś nowy... O ile dobrze pamiętała, mieszkanie przylegające do jej własnego było puste. Być może ktoś się wprowadził? Istniała taka opcja, nawet bardzo realna, co nie zmieniało faktu, że równie dobrze jakiś natręt mógł właśnie w tej chwili próbować dostać się do jej kwatery. Wolała nie kusić losu, nie podejmować takiego ryzyka, któremu mogła zapobiec...
-Wybacz mi, drogi panie, ale zmuszona jestem się oddalić- z tymi słowami kobieta ponownie wsunęła się do samochodu i zaczęła zbierać swoje nieliczne rzeczy. Najważniejsze były oczywiście jej świeże składniki - jedzenie natomiast zostawiła, nie było jej aż tak bardzo potrzebne, a przecież i tak planowała nakarmić swego rozmówcę.
-Jeśli potrafisz poprowadzić tę machinę - jest twoja. Nie będę już miała z niej żadnego pożytku. W środku są też kanapki. Tak więc... Żegnam, a być może: do zobaczenia- to powiedziawszy, Morgana uśmiechnęła się delikatnie do Baldura, a następnie skoncentrowała się na pokoju dziennym w swym lokum. Obawiała się nieco wpływu teleportacji na właściwości magiczne zebranych kwiatów i owoców, lecz teraz musiała się pospieszyć. Nie było innego wyjścia. Dosłownie w sekundę później czarodziejka rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając po sobie szybko zanikającą, lekko fioletową aurę.

[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1400
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 9:25 am

Transportowiec K'Hara wylądował na jednym z wzniesień. Nikogo nie było w zasięgu 100km kwadratowych od tego miejsca. Nikt po za tamtą czwórką nie wiedział, że będzie gdzieś na tej gigantycznej pustyni, tak więc pozostawało czekać, zastanawiając się czy znajdą cel. Jednostka nie włączyła kamufluża by możliwe było jej odnalezienie. Okręt na orbicie cały czas monitorował okolicę, na wypadek gdyby mieli pojawić się jacyś nieproszeni goście. Kanonierki były w pełnej gotowości do startu, w każdej chwili Dur-Shurrikun był gotów by rozpętać tu piekło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 10:51 am

Podróż była długa i...nudna. Z punktu widzenia pasażera Alice było to niezwykłe doświadczenie. Nie każdy przecież leci przywiązany do Iron Mana przez kilka godzin. Widoki z pewnością były zachwycające i można było je podziwiać godzinami. Mógł w tym przeszkadzać ryk silników i wiatr, który dawał trochę w kość. Nieco inaczej było z Alice. Obciążenie wzrosło dwukrotnie...Dieta bogata w żelazo? Trzeba znaleźć rozwiązanie. W pierwszej kolejności poleciał tryb oszczędny, a w drugiej zwolnienie. Wprawdzie czas nieco się wydłużył, ale przynajmniej Black nie pożerał tyle energii. Aktualnie dawał radę, ale walka w takiej chwili niezbyt przyjemnie skończyłaby się dla nich obojga. W najgorszej sytuacji reaktor nie wyrabiałby z produkcją.
Pustynia była już widoczna po kilku...minutach? Chwilach? Alice straciła rachubę. Była zbyt zajęta kontrolowaniem Black, żeby patrzeć na zegarek. Do tego zastanawiała się czy dobrze robi. Dlatego, też dla swojego bezpieczeństwa połączyła się raz jeszcze z domem. W razie utraty kontaktu na teren pustyni miał zostać wysłany jeden z Black, który rozpocząłby jej poszukiwania.
Widok pustyni przyjęła z radością. Wiedziała jednak, że owe miejsce jest dość spore, więc przeszukiwanie go trochę zajmie. Transportowiec był na tyle duży, że nie powinna mieć problemu z odnalezieniem go. O ile nie postanowił się skryć przed ich wzrokiem. Dlatego też zniżyła lot i znów zwolniła. Rozpoczęła poszukiwania transportowca, którego odnalazła po kilkunastu minutach. Skierowała się w jego stronę i powolutku wylądowała pod wzniesieniem. Bez słowa odpięła Ravena, wciąż wpatrując się w kierunku machiny. Ruszyła w jej kierunku, a gdy odległość została zmniejszona zatrzymała się. Alice uważnie obserwowała obecną tutaj jednostkę. Nie była pewna czy dobrze robi, ale propozycja była kusząca.


Ostatnio zmieniony przez Alice dnia Nie Wrz 09, 2012 4:08 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 11:52 am

Dla Ravena podróż była ciekawym przeżyciem, a jakże. Do tej pory skakał po dachach Nowego Jorku i Chicago, ale nie latał...Do tego prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Wiedział, że Black może lecieć szybciej. Ale organizm dhampira mógłby niezbyt dobrze znieść ewentualne przeciążenie. Lot był ciekaw, ale pozbawiony większych atrakcji, poza oglądaniem Ameryki z lotu ptaka. Mijali miasta, lasy, wsie, aż nadlecieli nad pustynię Sonoran...Liczył, że Black wykryje transportowiec za pomocą skanerów, czy to źródła energii czy samego śladu cieplnego. Skąd mógł to odgadywać? To proste. Same pociski kierowane stosowane przez wojsko posiadają takie czujniki, doprowadzające je do celu czy to za śladem samej energii czy ciepła, stąd był pewien że zbroja Alice ma podobne urządzenie. A wszystko zaczęło się od torped uzbrojonych w magnesy...
Kiedy wylądowali, Raven pomógł odwiązać uprząż jaką sporządził ze stalowych lin w swoim pistolecie hakowym. Wyglądał dosyć nietypowo na tle jasnozłotej pustyni. Cały odziany w czarny pancerz z kevlaru i włókien zapewniających pełen zakres ruchów. Pełna ochrona i mobilność w lekkim. Do tego maska przypominająca anioła śmierci i peleryna z ognioodpornych materiałów, i miecz wystający zza pleców. Do tego pas ze sztyletami, dwoma pistoletami i parą granatów dymnych oraz gazowych. Wbrew pozorom ów ekwipunek nie był za ciężki, ważył ledwie 26 kilogramów, co dawało niewiele ponad 120 kilogramów licząc samego Ravena. Dhampir podszedł razem z Black do transportowca, patrząc nań przez zakryte czarną soczewką otwory na oczy....
- Jesteśmy.- Powiedział. Tylko to. Głos był lekko zniekształcony przez czarną maskę. Mieli jeszcze godzinę czasu, także spełnili prośbę, a raczej żądanie maszyny.
Powrót do góry Go down
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1400
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 4:18 pm

Maszyna unosiła się nad ziemią, trzymana przez silniki które oddziaływały na grawitację, nie było hałasu, jedynie pole magnetyczne generowane przez transportowiec pod jego spód, przez co znajdował się on około dwa metry nad ziemią.
Dolna pokrywa pancerza otworzyła się, wysuwając niewielki pomost który dotknął ziemi, umożliwiając wejście na pokład.
W środku, jednostka była podzielona na dwa segmenty. Jeden był przeznaczony dla pilotów, znajdowały się w nim cztery fotele, dwa skierowane w przód w stronę panelu kontrolnego jednostki - oraz dwa po bokach, otaczając z obu stron wejście, dając dostęp do paneli kontrolnych. Za przedziałem dla pilotów, znajdował się drugi do którego weszli oboje - przedział dla pasażerów. Po bokach przy obu ścianach znajdowały się miejsca siedzące dla załogi, nad którymi były poprzyczepiane zamknięte szafki z uzbrojeniem bojowym, medycznym czy świeżą żywnością w środku. Na pokładzie nie było nikogo, żadnej żywej istoty, wszystkie komputery były jednak uruchomione, jednostka pozostawała w pełni aktywna, informacje na ekranach były podane w nieznanym języku, a same komputery - chodź można było próbować ruszać coś na wirtualnych klawiaturach - nie reagowały na żadne polecenia, jakby zostały odcięte od systemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 5:07 pm

Raven wszedł nieśmiało do transportowca...Widział, iż maszyna została zaprojektowana do obsługi przez istoty humanoidalne, lecz nikogo nie było w środku. Czyli jednak gadał cały czas z kosmicznym komputerem...Ciekawe. Bardzo ciekawe. Mężczyzna po wejściu na pokład zajął jedno z miejsc siedzących w części dla pasażerów. Nie próbował nawet używać komputerów, i tak nie znał języka w jakim pojawiały się napisy na ich monitorach. Wszystko jednak wynikało, że kiedyś ten transportowiec miał pilotów, załogę i przewidzianych pasażerów. Zaczynało go to coraz bardziej intrygować...
- Gdzie lecimy?- Zapytał, podnosząc głowę w górę, oczekując odpowiedzi.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 5:18 pm

Black powoli podniosł maskę do góry. Jej zielone oczęta znów im się pokazały. Mimo to kolor jej włosów i druga połowa twarzyczki wciąż były zgadką. Kobieta obserwowała machinę. Była ciekawym stworzeniem, toteż badała jej każdy szczegół. Gdy wysunął się podest Alice po krótkiej chwili zastanowienia, zachęcona działaniem Ravena weszła na pokład. Jej wzrok badał wszystko. Starała sie zapamiętać jak najwięcej szczegółów, chociaż B i tak wszystko nagrywał. Stanęła na pokładzie i lustrowała go wzrokiem. Wtedy Raven zadał pytanie. Przynajmniej ona nie musiała tego robić. Powoli skierowała się ku monitorom. Przyglądała im się w poszukiwaniu informacji Było to utrudnione, ponieważ dane wypisane były w nieznanym jej języku. Jego analizą chciała zająć się później. Może znajdzie na tyle podobny, aby móc zrozumieć chociaż część słów. Zawsze warto uczyć się. Nigdy nie wiadomo kiedy coś może się przydać.
Powrót do góry Go down
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1400
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Wrz 09, 2012 5:22 pm

Właz zamknął się zaraz po tym jak oboje weszli na pokład. Wtedy też transporter włączył kamuflaż który ukrył go przed otoczeniem, a następnie wzbił się powoli w powietrze, odwrócił i zaczął nabierać prędkości, podnosząc cały czas swą wysokość, do momentu aż jednostka opuściła przestrzeń powietrzną, wchodząc w atmosferę. [zt wszyscy]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 15, 2014 6:24 pm

Antharas długo rozmyślał gdzie mógłby się wybrać na polowanie, bo w końcu jest weekend i coś powinien ze sobą zrobić. Pomysł Rippera, nie wchodził w grę, aby zapolować sobie na kilka prostytutek w mieście, dlatego wolał wybrać się na jakieś totalne zadupie. Wszystko w firmie zostawił pod dowództwem swojego asystenta, który tymi sprawami zawsze się zajmował i o dziwo był w tym całkiem dobry. Nie przedłużając zbytnio, van Halisha po prostu spakował potrzebny prowiant, bełty, miecz i wyruszył w kierunku USA marnotrawiąc przy tym niewielką kwotę z zarobków firmy. Lot pierwszą klasą, a na miejscu wynajęcie jeepa, który pozwoli mu się przemieszczać po pustyni. W końcu też zgarnie jakieś trofea zwierząt, które tam żyją bo ostatnio ścianka nad kominkiem wydawała się jakaś taka pusta. Może po prostu brakowało pustynnych okazów?
Jack: No i widzisz? Po co Ci to, skoro mogliśmy zabić kilka dziwek w mieście i ładnie je oprawić? Przecież to taka frajda no - marudził mu w głowie. Było to jak ugryzienie komara, które Anth nie chciał drapać.
Antharas: Zamknij się, przez Ciebie ostatnio wisiały za mną listy gończe i zaczęła interesować się nami policja przez to. Gdyby nie dobra łapówka bylibyśmy solidnie w dupie. Tyle lat siedzisz mi w głowie i jeszcze się tego nie nauczyłeś?
Jack: Tyle lat siedzę w tej pustej łepetynie i ani razu nie dałeś mi się porządnie zabawić! - zawarczał, co udzieliło się też Halishy. Gdyby miał pasażera w samochodzie to mógłby się nieco zdziwić.
Antharas: Nie masz i nigdy nie będziesz miał władzy nad tym ciałem. Pogódź się z tym, że prędzej sobie w łeb strzelę niż dam Ci zabijać bezkarnie.
Jack: Zobaczymy - po czym umilkł i przez resztę podróży się nie odzywał.
W końcu dojechał do celu swojej podróży. Pustynia Sonoran, gdzie znajdowały się piękne kaktusy, było w kit gorąco i dodatkowo sucho. Na szczęście zabezpieczył się na tą okazję, bo dobry myśliwy nie idzie na polowanie bez odpowiedniego przygotowania się. Szczepienia wykonane, antidotum na jadowite stworzonka przygotowane, jedzenie i woda chłodzą się w lodówce samochodu, a przewiewny strój o kroju tym samym co zwykle, chociaż innej barwie i grubości materiału gładko leżał. Miał sentyment do tego ubioru i nie chciał go zmieniać, ale wiedział że ugotuje się tutaj zakładając to co zwykle, dlatego wykonał wersję z lekkiego materiału, który przepuszcza powietrze i jest w kolorze piasku.
Wyciągnął za bagażnika Muramase i przypiął ją do pasa. Następnie uzbroił kuszę w bełt i przypiął ją do uda, tak samo czyniąc z kołczanami. Do paska przypiął sobie torebkę z ampułkami na antidotum, tak w razie czego. W końcu zamknął samochód i zaczął wędrować po pustyni zapamiętując drogę. Szukał śladów jakiegoś zwierzęcia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1400
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 15, 2014 7:08 pm

NPC Storyline - Shinsen

Środek pustyni oraz dziwny traf, być może los, a być może tylko przypadek który mniej lub bardziej trafnie postanowił skrzyżować ścieżki dwóch istot z różnych światów. Początkowo, poszukiwania śladów jakiegokolwiek stworzenia nie szły najlepiej, jednak to nie to miało być problemem. Gdy Antharas oddalił się od samochodu i przemaszerował tak kawałek drogi w absolutnej ciszy w upalnym słońcu, wydarzyło się coś dość... niecodziennego.
Dziwny, półprzezroczysty portal otworzył się w odległości jakiś piętnastu metrów od mężczyzny. Portal wydawał się energetyczną strukturę, przezroczystą, nie wyrażoną przez żaden kolor. Portal był dość szeroki oraz wysoki, spokojnie pomieściłby za jednym zamachem trzech rosłych bywalców z siłowni. Niemniej jednak tym razem nic do niego nie weszło, a wyszło - dokładniej - wyleciało.
Przez portal dosłownie wypadł - w kierunku przeciwnym do Antharasa - smok... Kto jak kto ale ten mężczyzna powinien natychmiast połapać się z czym na do czynienia. Niemniej jednak nie był to smok niczym z legend czy opowieści, ten był anthro-gadem. Gadzina wypadła z portalu, jakby ktoś nim w ten portal rzucił, by zaraz wykonać przewrót w przód przez ramię, ratując się przez niemiłym uderzeniem w ziemię. Samiec wylądował na jednym kolanie, a następnie odwrócił się natychmiast - jednak w tym momencie portalu już nie było. Zniknął on bowiem jak tylko gad z niego wypadł. Smok zamiast portalu - ujrzał więc łowcę. Powoli podniósł się z ziemi, spoglądając na niego uważnie, lekko przymrużając swe niebieskie ślepia. Najpierw wyprostował się, co dało mężczyźnie podgląd na jego wzrost - były to nie całe dwa metry - co jak na taką istotę mogło wydawać się mało. Jego ciało pokrywały głównie czarne łuski, z wyłączeniem korpusu, szyi oraz spodu ogona, jak również czoła - gdyż te elementy pokrywały szare łuski. Kolce, rogi oraz kły były koloru białego, jak na kość przystało - jednak pazury były już czarne, podobnie do kolców ciągnących się przez cały grzbiet. Smok posiadał również czarne włosy opadające mu po karku do linii ramion. Natomiast jeśli o gabaryty chodziło, nie można było go zaliczyć do typowych "wojowników" czy po prostu bestii. Trenował, to było widać po jego ciele na pierwszy rzut oka, mięśnie były dobrze ukształtowane, niemniej jednak na pewno nie należał do najsilniejszych przedstawicieli swej rasy, a raczej do jakiś adeptów. Przynajmniej pod względem masy mięśniowej.
Jaszczur zlustrował mężczyznę spojrzeniem, ukazując delikatnie kły i chyba nie ciesząc się aktualną sytuacją. Wzrok samca zatrzymał się kuszy którą dzierżył łowca. Niekoniecznie widziało mu się trafienie bełtem, zwłaszcza, że jego ciało chroniły tylko łuski. I choć Antharas jeszcze o tym nie wiedział, to jednak łuski młodego smoka - którym był ten tutaj - nie były tak twarde jak łuski dużo starszych osobników. Gdyby był czempionem lub jednym z gwardzistów, zapewne nawet by się nie wzruszył na widok takiej broni, jednak na jego poziomie - było to skuteczne zagrożenie. Samiec złożył skrzydła i przytulił je do swych pleców, czyniąc z siebie mniejszy cel, następnie lekko rozstawił nogi na boki i ugiął delikatnie kolana, ustawiając swe łapy pod kątem na znak trójkąta. Łowca zapewne od razu rozpozna, że jest to jedna z wielu pozycji walki, co oznaczało - że ten smok coś potrafił. Lewy profil wystawił do przodu, wyciągając lekko ugiętą rękę również w przód i pokazując otwartą dłoń, kiedy to prawa spokojnie opadała wzdłuż ciała.
-Nie szukam kłopotów. Nie powinno mnie tu być.
Rzucił spokojnie, bez większych nerwów. Obserwował jednak mężczyznę bardzo uważnie, czekając na najmniejszy ruch, jakikolwiek który świadczyłby o złych zamiarach. Nie wiedział gdzie się znajdował, a ostatnim czego mu w tej sytuacji było potrzeba to walka z nieznajomym. Ogon gada znieruchomiał na ziemi w oczekiwaniu na to co nadejdzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 496
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   Nie Cze 15, 2014 7:24 pm

Jack: No i co? Nic tutaj nie masz! Jedynie piasek, upał i kaktusy! Ha, lepiej było pójść zarżnąć kilka osób!
Antharas: Nadal się z Tobą nie zgadzam, więc się ucisz bo skupić się nie mogę - odpowiedział. Jego monolog wewnętrzny przerwało otwarcie się portalu oraz to, że ktoś albo coś z niego wypadło. Łowca odskoczył asekuracyjnie. Okazało się, że z tego wypadło coś smokowatego.
Jack: Dobra cofam to co powiedziałem - wymamrotał w głowie.
Portal zniknął po chwili, a gadzina stała przodem do Antharasa, dzięki czemu mógł ją zobaczyć w całej okazałości. Potężne stworzenie i pięknie by się prezentowała jego głowa nad kominkiem. Tutaj działał już instynkt łowcy. Jego mięśnie napięły się i był gotów do walki, poprawił więc maskę na twarzy. Nie wiedział kiedy wyciągnął muramase. Piękne czerwone ostrze błyszczało się w słońcu, a od samego miecza czuć było żądzę zabijania. Tak jakby sam miecz miał swoją wolę. Zawsze łowca czuł w głowie to samo uczucie jakby gadał z Ripperem kiedy dobywał ostrze.
Smok istotnie był dobrze zbudowany i pewnie sprawiłby mu sporo problemów. Jednak dla takich chwil się żyje i dlatego stawia się ciągle poprzeczkę wyżej. Majestatyczne skrzydła, które pięknie by wyglądały jako trofeum, jednak łowcę zadziwiła pozycja jaką przyjęło zwierzę. Lekko ugięte nogi oraz coś co przypominało pozycję do walki. Proszę, proszę mamy tu wojaka chyba albo zrobił to przypadkowo.
Dalsza część go troszkę zadziwiła, troszkę nie bo smok przemówił. Ha to będzie ciekawe! Smoki według opowieści zawsze siały zamęt, ale jednocześnie były istotami inteligentnymi. Antharas jednak z magicznymi stworzeniami miał niezbyt miłe doświadczenia i wolał im poucinać łby niż potem się z nimi bawić w kotka i myszkę.
Antharas: Naprawdę? Każdy tak na początku mówi - powiedział zataczając ostrzem delikatne koła, będąc cały czas gotowym do obrony.
Jack: Dowal mu i weź jego łeb! - wydarł się, po czym sam sobie przywalił. Głos podczas tego miał całkowicie inny niż wcześniej. Teraz mówił w sposób dziki i nieokrzesany. Z głowy spadł mu jego kapelusz i odsłonił lisie uszy, które wskazywały że nie jest ewidentnie normalnym człowiekiem. Po posturze i po tym jak stoi smok mógł wywnioskować, że łowca też wie co nieco o walce i mogłoby to być nawet trudne starcie.
Załapał się za szczękę i rozmasował ją. Ból był jedną z metod, aby na chwilę uciszyć Rippera.
Antharas: Sorry to na czym skończyliśmy? - potencjalny przeciwnik mógł być skołowany tym co się przed chwilą zdarzyło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sonoran Desert   

Powrót do góry Go down
 
Sonoran Desert
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Tereny dzikie-
Skocz do: