Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dżungla

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Black Cat

avatar

Liczba postów : 300
Data dołączenia : 16/10/2012

PisanieTemat: Dżungla   Pon Sie 05, 2013 11:09 pm

First topic message reminder :


Las deszczowy - miejsce pełne dzikich zwierząt, pająków i przeróżnych owadów. To miejsce, w którym może zdarzyć się wszystko, a także można spotkać stawonogi gigantycznych rozmiarów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Sie 19, 2018 11:25 am

NPC Storyline - AAF|Aiineri Kahrahir|Dur-Shurrikun|Jinkusu|Rodger Prier

Densorin przedstawił się i obje ruszyli przodem. Biała samica wyszła za nimi, trzymając pistolet nisko, oburącz. Prawie wpadła na człowieka, czekającego tuż za rogiem. Krótki rzut oka na jego postawę i uzbrojenie dał jej do zrozumienia, że miała do czynienia z żołnierzem. Lub ktoś, kto przeszedł prawidłowe przeszkolenie. Dwójka dołączyła do densorinów, akurat gdy Rhoshan męczył się z drzwiami. Męczył, bo drzwi i spawy nie zamierzały puścić, ani tym bardziej przepuścić nikogo na drugą stronę. Tarcza nie była w stanie nic na to poradzić, jej ofensywne zdolności - zwłaszcza dotyczące cięcia i wtykania jej w szczeliny - pozostawały zbyt małe. Kiedy więc lis przygotował się do rozbiegu, crathygtanka złapała go za ramię i powstrzymała.
-Saraan ahrk frolok. Poczekaj i obserwuj.
Wyjaśniła krótko, mijając wpierw lisa, a następnie odkładając pistolet do jednej z kieszeni. Czerwona poświata błysnęła przy jej dłoni, gdy zmaterializowało się ostrze stworzone przez starożytne widmo. Aiina wbiła miecz w pancerne drzwi, a ostrze przeszło przez metal, niczym rozgrzany nóż rozcinający masło. Pojawił się nieprzyjemny dźwięk ciętego metalu, a crathygtanka zaczęła wycinać w drzwiach przejście, siłując się nieco z metalem. Miecz dawał radę, choć wyraźnie drzwi stawiały opór. W tym momencie, Rodger podszedł do Rhoshana i szturchnął go ręką w łokieć, nadal trzymając broń w postawie.
-A wydawało mi się, że zawsze jesteście poważniejsi od nas. Kolega miał rację, tak samo lubicie się popisywać.
Skomentował, wskazując ruchem głowy na Eulalię, a następnie przeszedł przed rudzielca, ustawiając się zaraz za prymarchą. Lufę miał opuszczoną w ziemię, czekając, aż samica otworzy drzwi. Komentarz był jasny, bo nie tylko samce na Densorinie musiały chwalić się siłą, gdy była okazja pokazać się przed samicą. Ludzcy mężczyźni nie byli tutaj specjalnie inni. Żołnierze również nie raz rywalizowali, tylko po to by wypaść lepiej od innych kolegów - w oczach koleżanek po fachu.
Aiineri zerknęła za siebie, kątem oka dostrzegając przygotowanego Priera. Tysiące lat różnicy, a jednak skuteczne metody walki pozostały takie same. Przesunęła ostrze na środek, a następnie puściła je. Miecz błysnął czerwienią, uwalniając do metalu energię, która rozeszła się po szczelinach i zaczęła je rozrywać. Samica cofnęła się, a miecz uległ rozpadowi - wraz z nim wycięty kawałek drzwi. Na tyle duży, by wszyscy się przecisnęli - nawet Rhoshan, choć bokiem. Rodger wleciał do pomieszczenia pierwszy, omiatając całość lufą karabinu. Za nim wpadła Aiina, opierając lewą dłoń na lewym ramieniu człowieka, omiotła lufą pistoletu pomieszczenie z drugiej strony. Wzrok człowieka zatrzymał się na kupce węgla i popiołu, znajdujących się mniej-więcej po środku pomieszczenia. Sporej, wyraźnie coś zostało tutaj spalone. Samica puściła człowieka, opuściła pistolet i ruszyła szybkim krokiem w kierunku androida, którego białe futro i srebrne pazury nie nosiły nawet śladu walki. Był równie "czysty", jak w momencie, w którym go zostawili. Opcje były dwie. Zwęglił przeciwnika, jak ten tylko wszedł do pomieszczenia - lub co równie prawdopodobne, naprawił się, wykorzystując własne nanity do jednoczesnego wyczyszczenia jednostki. Dostrzegając ruch w pomieszczeniu, biały samiec podniósł się z klęku i obrócił w kierunku podchodzącej samicy. Obok niego leżały cztery sterty związanej linami broni oraz uzbrojenia. Wszystko zabezpieczone, zdjęte ze ścian. Widać okręt nie planował zostawić tu uzbrojenia przodków, sprawnego, żeby nie było wątpliwości. Ostatnie, czego by potrzebowali, to ich własna broń wykorzystana przeciwko nim.
Samica zatrzymała się przed androidem, wyraz jej pyska znacznie spoważniał. Spojrzała w dół, lustrując uważnie maszynę, od łap, przez cały korpus, po czubek łba. Android stał w tym czasie nieruchomo, obserwując samicę z lekko przekrzywionym łbem. Jego wyraz pyska był bardzo kamienny, niczego nie zdradzając. Choć ten przekrzywiony łeb mógł zdradzać, że jego "procesory" lub "mózg" - jakby tego nie nazwać, bardzo mocno pracują, analizując dostrzeżone zjawisko. Crathygtanie nie mogli żyć po kilkaset tysięcy lat. Nie było takiej możliwości. Mimo tego, nie mógł się mylić. Przed androidem stał jego twórca.
-Hi... wahlaan kopraan. Kronimaar.
Odezwała się samica, sięgając prawą dłonią w stronę maszyny. Oparła ją na korpusie androida, przeczesując futro na piersi stwora. Ten wyprostował łeb, a następnie całą sylwetkę - stając na baczność i kierując spojrzenie centralnie przed siebie. Ciało maszyny było nadal wyższe od samicy o jakieś dziesięć centymetrów. Android odezwał się, a raczej zameldował.
-Gorah Jinkusu, Dur-Shurrikun. CORE flaar. Lokoltei Crathygtan.
Samica cofnęła dłoń, spojrzała na chwilę w dół, by zaraz podnieść wzrok. Również wyprostowała się, spojrzała na pysk samca i odpowiedziała.
-Fozok Rel Aiineri Kahrahir do Lokoltei Crathygtan.
Odpowiedziała mu. Przedstawili się sobie, można to było wyłapać z kontekstu. Standardowo dla hierarchii wojskowej, choć w tym wypadku - android nie przedstawił się stopniem, lecz tym - czym był. Okrętem, crathygtanskim tytanem. Prymarcha pierwsza rozluźniła się, jeszcze raz lustrując spojrzeniem androida. Zapamiętała go dokładnie takiego, jak teraz przed nią stał. Sama przecież nadała mu ten wygląd.
-Vir pogaas... Ile lat minęło?
-Ponad osiemset tysiącleci.
Samica drgnęła lekko, a następnie opuściła łeb i przetarła oczy lewą dłonią. Nie z powodu łez, lecz zmęczenia. Jakby próbowała się obudzić, jakby to wszystko było tylko snem.
-Idziemy. Mam dość tego miejsca.
Odezwała się i odsunęła od androida, podchodząc do drzwi, którymi czwórka wcześniej tu przyszła. Człowiek zatrzymał się przy zwęglonych resztkach czegoś, co zaatakowało androida.
-To było...?
-Rodzaj symbionta. Zwęglona tkanka nie może się zregenerować.
Skomentował krótko android, a człowiek tylko skinął głową i zaraz podbiegł do wyjścia, zerkając przez dziurę na korytarz. Wolał się upewnić, że nikogo tam nie ma. Tak dla spokoju sumienia.
-Eulalia. Rhoshan. Zbierzcie przygotowane uzbrojenie.
Rzucił krótko android, odwracając się i podchodząc do wyjścia. Zatrzymał się i oczekiwał. A dwójka densorinów została tragarzami. Na szczęście android bardzo dobrze zabezpieczył całość czterech pakunków, zostawiając nawet opcję do większego splecenia ich. Mogli złączyć dwa albo trzy w jeden - wiążąc dodatkowo liny i podzielić się trzy-jeden lub dwa-dwa. Prymarcha z oczywistych względów nie będzie dźwigała takiego uzbrojenia. Przynajmniej jeszcze nie. Człowiek był na to trochę za mały, a android stanowił największą siłę defensywną i ofensywną grupy. Stąd - padło na nich.
Powrót do góry Go down
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 541
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Sob Sie 25, 2018 8:46 pm

Przynajmniej nie był sam w stwierdzeniu, że okręt był jednocześnie osobą. Prymarcha przeżyje naprawdę wielki szok, gdy spotka androida. Jakby nie patrzeć były bardzo duże podobieństwa między jej rasą, a tym jak wyglądał android. Ciekawe czy samica zdawała sobie sprawę, że być może jest ostatnią przedstawicielką swojej rasy i to na jej barkach leży przedłużenie, a raczej odbudowa swojego gatunku albo dożycie swoich ostatnich dni jako ostatnia przedstawicielka. W zasadzie to musiała być bardzo smutna myśl. Chociaż nie jest powiedziane, że kiedyś nie znajdzie sobie kogoś z „prymitywniejszej” rasy.
Plan lisa trochę spalił na panewce, bo przestrzeń była za mała, by tam wcisnąć tarczę i to podważyć, a tym bardziej inne jego próby sforsowania drzwi spełzły na niczym. Szkoda, że ich sprzęt tutaj nie działał, bo gdyby mieli ISACi to mógłby to rozciąć ostrzem energetycznym. Z drugiej strony android mówił, że nie zabierają ze sobą żadnej technologii. Wtedy z rozwiązaniem wyszła Crathygtanka i zaczęła forsować drzwi swoją metodą. No tak, przecież miała miecz, a niegrzecznym byłoby chcieć pożyczyć jej zabawkę do otwarcia drzwi. Zresztą nie było gwarancji, że to zadziała bo broń mogła i najpewniej miała jakiś rodzaj skanera biometrycznego, który pozwala używać jej tylko konkretnym osobom. Takie rozwiązanie było bardzo sensowne, nawet na technologię z czasów zamrożenia Kahrahir. Lis tylko patrzył jak stopniowo drzwi ustępują, a wtedy zagadał do niego człowiek. Futrzak parsknął śmiechem i odpowiedział – To jeszcze nic. Widziałbyś jak myśliwiec Daalkiina wychodzi ze skoku nadprzestrzennego praktycznie na poziomie ulicy. Bardzo lubimy się popisywać, ale kto nie lubi – przybliżył Prierowi to co zdarzyło się w Houston. Taki najbardziej ryzykowny skok, którego podjęło się AI, by ratować swojego towarzysza broni. Nie tylko lisy lubiły się popisywać przed samicami, ale myśliwce przed kolegami oraz swoimi pilotami również. Żadnej samicy w pobliżu, ale przecież taki myśliwiec też mógł się pochwalić przed kolegami co zrobił. Zresztą lis się niespecjalnie zastanawiał nad tym jak się popisać. Robił to poniekąd instynktownie w obecności samic, ale to nie oznaczało, że nad takim zachowaniem nie mógł zapanować. Owszem mógł, ale po co? Tak było łatwiej i lepiej.
Człowiek do pomieszczenia wszedł jako pierwszy. W zasadzie to była najlepsza decyzja, bo nie musiał się przeciskać i ze swoimi mikrymi rozmiarami mógł w razie czego szybko się wycofać. Lis musiał wejść na końcu inaczej, gdyby się zaklinował to uniemożliwiłby reszcie wejście do pomieszczenia. Na szczęście wystarczyło tylko przejść bokiem, ale gdyby nie daj boże zaklinował się to Nodin by mu urządził kurs szybkiego odchudzania gdyby tylko się o czymś takim dowiedział. To zresztą przypomniało lisowi, że mógłby coś niebawem zjeść. Nawet jakimś mięskiem by nie pogardził, chociaż to co zobaczył w pomieszczeniu trochę mu odebrało apetyt. Zwęglona materia organiczna, masa popiołu i ten smród spalenizny. Android najwyraźniej bardzo szybko skończył walkę, bo ile w rzeczywistości minęło od tamtego momentu? Z 10 minut? 20? Długo tam nie siedzieli, ale przez brak zegarów mogli stracić poczucie czasu.
Wrodzona ciekawość lisa nakazywała mu zainteresować się pakunkami, które przygotował Dur. Święta przyszły w tym roku wcześniej, czy jak? Zapewne to było wyposażenie z tego ośrodka. Teraz jednak mógł obserwować konsternację na pysku androida. Chyba przetwarzał informację o tym, kto właśnie przed nim stał. Mimo, że lis niespecjalnie rozumiał ten język to z kontekstu dał radę odszyfrować pewne rzeczy. Jej pierwsze słowa mogły oznaczać „zidentyfikuj się” czy coś takiego. Natomiast odpowiedź Dura to przedstawienie się jako Jinkusu z floty CORE. Brzmiało trochę jak fleet angielskie. Powoli zaczynał się w tym łapać, bo struktury gramatyczne chyba ten język miał bardzo podobne do tych brytyjskich. Z wyłączeniem tych czasów, których było bodajże 12, gdzie w rzeczywistości ludzie używali chyba 5-6 tak każdego dnia. Dziwne istoty, które celowo utrudniają sobie życie.
Do prymarchy chyba właśnie dotarło w jakim jest położeniu. Oto najpewniej została ostatnią ze swojego gatunku, a jej jedynym towarzyszem z tamtych czasów okręt, który chyba będzie musiał jej powiedzieć co ją ominęło. Ciekawe czyż nie? Twórca edukowany przez swój własny twór.
- Kawał czasu – powiedział Rhoshan, który przyglądał się wypalonym resztkom przeciwnika. Po wyjaśnieniu androida już wiedział dlaczego ich nie posłał tutaj. Jakby nie patrzeć to siła fizyczna nijak się miała do walki z przeciwnikiem, który nie ma stałej formy i ciągle się regeneruje. Straciliby szybko siły, a tamten by ich podobijał.
- Rozkaz. Ja wezmę trzy. Weź jedną jeśli mogłabyś– zaproponował taki układ Eulalii. W sumie przeniesienie czterech takich skrzyń mogłoby być niekomfortowe, a na kilka razy by mu się nie chciało tego nosić. Dlatego związał je ze sobą i zabrał się za przymiarkę, by to podnieść oraz wyłapać punkt równowagi, by nie wyglebać się z ładunkiem. Dur Shurrikun stanowił ich linię frontu, zaś Eulalia mogła odrzucić pozostały pakunek i w razie czego go wesprzeć. Chociaż prymarcha też jeszcze mogła walczyć, pytanie tylko w jakim stanie była psychicznie. Ciało może miała sprawne, ale tutaj potrzebowała chyba chwili spokoju, by dojść do siebie.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 31
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Wrz 02, 2018 3:32 pm

Tarcza Rho nie była chyba stworzona do otwierania drzwi, nie radziła sobie z tym. Była świetną tarczą do obrony i taranowania, ale kiepski z niej był otwieracz. Nie do tego ją stworzono.
Na szczęście na pomoc przyszła ich nowa towarzyszka ze swoim mieczem. Temu szło o wiele lepiej z drzwiami, gdy zaczęła rozcinać blachę. W końcu miecze były stworzone do cięcia. Co prawda raczej do cięcia wrogów, ale tutaj nie miało to żadnego znaczenia.
W końcu mieli przed sobą sporej wielkości dziurę, po której blacha zniknęła wraz z mieczem. Eulalia poczekała aż biała i człowiek przejdą przez nią na drugą stronę, po czym i ona zrobiła to samo. Nie było żadnej podejrzanej reakcji, więc mogła skoncentrować swoje spojrzenie na lisie. Na szczęście on również się zmieścił choć musiał przecisnąć się bokiem. Najważniejsze jednak, że dał radę.
Nieprzyjemną woń spalenizny wyczuła już na samym początku, ale ignorowała ją na rzecz przyjaciela. Dopiero kiedy i on znalazł się w tym samym pomieszczeniu co reszta, rozejrzała się za źródłem nieprzyjemnego zapachu, marszcząc nos. Szybko zauważyła kupkę zwęglonej materii, a niedaleko niej Dur-Shurrikuna, rozmawiającego już z odnalezioną samicą. Najbardziej ją zaciekawiło to, ile lat minęło odkąd pogrążyła się we śnie. Liczba była... Smutna. Po prostu smutna. Straciła tyle lat. Wydarzeń. Historii, której już nigdy nie nadrobi. Którą straciła na zawsze, nie mogąc brać w niej udziału.
W końcu zwrócono się do nich, prosząc o zajęcie się pakunkami. Rhoshan od razu zdecydował, jak się nimi podzielą, a ona nie miała zamiaru się kłócić. Taki podział jej odpowiadał.
- Jasne. Już biorę. - odpowiedziała przyjacielowi, podchodząc i podnosząc jedną paczkę z ziemi. Była zdecydowanie za ciężka, a pozostała dwójka po prostu nie mogła tego nieść. Pozostali więc tylko oni, co jej nie przeszkadzało. Role tragarzy w żaden sposób im nie uwłaczały. Podniosła pakunek z ziemi i ruszyła z lisem za pozostałą trójką.
- To smutne ile lat straciła. Tyle historii. Swoich ludzi. Nie wiem, jak ja bym na to zareagowała. - odezwała się cicho do drugiego densorina, by nie przeszkadzać innym. Ciężko jej było wyobrazić sobie, co by czuła na miejscu białej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dżungla   Pon Wrz 17, 2018 7:38 pm

NPC Storyline - AAF|Aiineri Kahrahir|Dur-Shurrikun|Jinkusu|Rodger Prier

Dur-Shurrikun ruszył przodem, zaraz po tym, jak dwójka densorinów do nich dołączyła. Prymarcha początkowo poruszała się w postawie bezpiecznej, jednak po kilkunastu krokach rozluźniła sposób poruszania i w końcu opuściła broń. Android szedł przodem, a samica znała własną technologię. W opinii crathygtan - ich maszyny nie miały sobie równych. Stąd - czuła się bezpiecznie. Zwłaszcza, że szybko dotarli do hangaru, w którym oryginalnie się pojawili. Dziura, którą Dur-Shurriun zostawił po drzwiach oraz statek transportowy, frachtowiec, zaparkowany w środku. Wielkości typowej jednostki dopasowanej rozmiarami do crathygtan, coś pomiędzy sporym vanem, a autobusem... tylko w większej rozmiarówce. I technologii dawnego imperium. Samica weszła za androidem, zaraz skupiając spojrzenie na oczekującej maszynie. Westchnęła tylko, lustrując jednostkę spojrzeniem.
-Brak uszkodzeń. Powinien być sprawny, aktywny.
Mogło to zabrzmieć dziwnie. "Po tylu latach" wręcz dziwnie brzmiało w określeniu do maszyny zaparkowanej tu na tysiąclecia. Jednak Aiineri wyraźnie dzieliła zdanie androida. Bez wahania podeszła do boku maszyny, kładąc dłoń na pancerzu. Jednostka zareagowała momentalnie, we wgłębieniu pomiędzy kokpitem, a częścią pasażerską otworzył się właz i wysunęła klapa. Towarzyszył temu błysk światła oraz coś, co przypominało "rozcięcia pancerza".
-Rynek i ekonomia pewnie tego nie lubiły...
Skomentował pod nosem Rodger, wyobrażając sobie, jak to musiało wyglądać na skalę państwową. Niepsujący się, niestarzejący sprzęt? Kto by na tym zarobił? Z drugiej strony, dla wojskowych taka technologia była śmietanką. Do środka, android wszedł przodem, sprawdzając wnętrze pojazdu. Po nim weszła Aiina, Rodger puścił densorinów przed sobą i wszedł ostatni. W środku znajdowało się sporo miejsca. Po wejściu ostatniego pasażera, klapa zdematerializowała się, właz zamknął i "zaspawał" w białym płomieniu na rogach. Struktura zmieniła się w pojedynczy, stały kawał blachy. Po niewielkiej - jedna na prawo i jedna na lewo - białofutra przeszła do kokpitu. Tam znajdowały się dwa fotele ze standardowym, znanym z jednostek CORE panelem do pilotażu. W części załadunkowej, przystosowanej dla załogi - osiem łóżek oraz dwa rzędy siedzeń, jedno obok drugiego. Łóżka, dosłownie. Jednostka była zdatna do utrzymywania załogi, niczym camper. Brakowało co prawda innych udogodnień, choć kto wie, czy gdzieś nie kryła się kuchnia albo łazienka.
Jednostka zareagowała nagle, oświetlenie uruchomiło się, maszyna uniosła się kilkanaście centymetrów nad ziemię. Kahrahir dotknęła panelu, zmuszając jednostkę do aktywacji oraz wstępnie przystosowując ją do łatwiejszego pilotowania. Samica zostawiła panel i wróciła do części dla pasażerów, zaraz zwracając się do Eulalii i Rhoshana.
-Sterowanie odblokowane. Dwa miejsca wolne, zabierzcie nas do domu.
Wyjaśniła, jasno dając do zrozumienia, kto będzie miał okazję poszaleć za sterami. Co prawda hangar pozostawał zamknięty, a densorini musieli ustalić między sobą - kto pilotuje, a kto kopilotuje, jednak prymarcha nie zamierzała tutaj niczego rozsądzać. Obsługa tego typu jednostki była dziecinnie prosta, dosłownie. Zwłaszcza ze wspomaganiem, które pozostawało tutaj aktywne. Jednostka nie rozbije się o ziemię ani nie pozwoli na żadne nieprzemyślane manewry, mogące zagrozić bohaterom. Gwarancja jakości od crathygtan. Prymarcha rozsiadła się na jednym z łóżek, dla większej wygody. Rodger usiadł na przeciwko, przy wejściu - na fotelu. Dur-Shurrikun wszedł do kabiny i stanął za prawym fotelem, oczekując na densorinów.
Powrót do góry Go down
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 541
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Czw Wrz 20, 2018 10:01 pm

Zaawansowane technologicznie, bądź też po prostu magiczne ostrza znacznie lepiej nadawały się jako zapasowy klucz do drzwi. Przetapiały się przez to jak przez masło, a lis tylko mógł obserwować jak takie cudeńka działają. Ciekawe czy kiedyś będzie na tyle zasłużony, że otrzyma podobną zabawkę? Chociaż Nodin pewnie by mu czegoś takiego nie dał. Widmo uważało, że najlepszą bronią i pancerzem są te naturalne, więc jeśli już to lis obstawiał żmudny trening, który uczyni go bronią. Dało się dojść do tego poziomu, gdzie skóra jest jak betonowa ściana, ale potrzeba było na to lat lub specjalnego treningu.
Nie musiał tylko dźwigać tego brzemienia samemu. Dosłownie, nie musiał być jedynym tragarzem bo przecież miał obok Eulalię. Gdyby pakunki były bardziej poręczne to pewnie sam by chciał to wziąć, by zaimponować samicy ale na dwa razy nie miał zamiaru tego transportować. Zresztą prymarcha chyba też chciała już opuścić to miejsce, nie wspominając już o tym, że swąd spalenizny wywoływał u lisa te mniej przyjemne uczucia. Nie dość, że spalona materia organiczna cuchnęła niemiłosiernie dla kogoś o wyostrzonych zmysłach, to jeszcze na dodatek sam jej zapach przypominał mu Houston. Zdarzenie, z którym nie do końca się jeszcze pogodził, dlatego czuł wewnętrzną trwogę. Nadal w głowie miał obraz tamtego statku, który wybuchł. Oczami wyobraźni nawet układał sobie ostatnie chwile Inezri. Nic tam nie mogli zrobić, zastał ich przeciwnik znacznie potężniejszy niż byli przygotowani. Prawie tak jak jego w trakcie misji na Ziemi zanim Onuris „zginął”. Historia lubi zataczać koła czyż nie?
Teraz na szczęście miał przy sobie kompanów, których sama obecność wystarczyła by dodać mu otuchy, ale jeszcze nie przyszedł czas na rozmowę o tym.
- Ja straciłem koło 400 lat. Myślę, że chociaż w małym stopniu jestem w stanie ją zrozumieć. Tylko w moim przypadku to było jak więzienie. Widzisz światło i kraty, ale jedyne co to możesz wyjść raz na jakiś czas na spacerniak. Takie coś, tylko bez ciała – odpowiedział Eulali. Poniekąd potrafił zrozumieć ten szok, który wpływał na prymarchę. Też „obudził się” nie mając w pobliżu nikogo bliskiego. Przez caluśkie 400 lat nie miał nikogo ze swoich, a jedynie tego głupiego człowieka, w którym był zamknięty. Po tylu latach samotności nic dziwnego, że siadła mu psychika i zabijał dla przyjemności, by odreagować. Był jak to zwierzę zamknięte w klatce i zaszczute. Ona natomiast straciła więcej czasu, ale również obudziła się w świecie gdzie poza okrętem może nie mieć nikogo ze swoich czasów. Nikogo bliskiego. Ciekawe czy miała swojego samca? Jeśli tak, to jak bardzo musiała ją zaboleć myśl, że najpewniej jego już nie ma? Chociaż może też jest zamknięty w jakiejś kapsule – nigdy nic nie wiadomo.
W końcu dotarli do hangaru, gdzie czekał na nich statek. Antyk jak antyk, ale pewnie na chodzie. Ciekawe czy w pilotażu jest taki sam jak pozostałe modele? Chociaż jeśli to rozwiązanie było najprostsze i najbardziej skuteczne, to również i z tym powinien sobie lis poradzić.
- Zawsze mogli toczyć własne wojny. Rzadko buduje się cywilizację bez nich, ale skoro sprzęt się nie psuł to mogli napędzać ją… hmmm, usługami. Kto nie chciałby mieć na statku inżyniera, który potrafi zbudować coś co się nie psuje? – odpowiedział człowiekowi. To było naprawdę ciekawe spostrzeżenie, bo jeśli nie tylko sprzęt wojskowy się nie psuł to nie również zanikała potrzeba budowania dodatkowych jednostek jako zamienników. Wiadomo, że starsze modele można było zutylizować, by kupić coś nowego i lepszego ale nie każdy będzie chętny wydać pieniądze jeśli nie musi. Zasadniczo tak sobie pomyślał z perspektywy ludzi, bo Crathygtanie mogli mieć inną mentalność pod tym względem. Z drugiej strony ten rynek usług mógł być naprawdę świetnie rozwinięty. Inżynierzy, którzy pracowali na statkach i byli w stanie naprawić praktycznie wszystko, jak również chociażby najemnicy. Na pewno znalazłoby się paru takich cwaniaków, którzy z taką technologia próbowaliby wkręcić się w biznes łowcy nagród.
Teraz tylko załadować sprzęt do środka i rozejrzeć się po tym archaizmie. W sumie jak lis się przyjrzał to tak bardzo wnętrze nie odbiegało od standardowych jednostek. Nawet nie było tu tak dużo kurzu, bo jednostkę szczelnie zamknięto a materia organiczna chyba nie była tu obecna. Inaczej byłby ten specyficzny zapach.
- Tak jest – lis zatarł ręce patrząc na stery z uśmiechem. Uhuhu, będzie mógł poszaleć antykiem i sprawdzić ile da się wycisnąć z maszyny. W zasadzie to jeśli Eulalia przechodziła szkolenie gwardii to też powinna mieć przynajmniej te podstawy pilotażu. Lis podszedł do siedzenia pilota i rozsiadł się na nim – Eul będziesz mi asystować? Rozruszamy naszego emeryta trochę – oczywiście miał tu na myśli statek, który już teraz zaczął przygotowywać do startu. Poszukał nawet czy jest jakaś opcja, by zdalnie otworzyć te drzwi hangaru, ale pewnie tą kwestią zajmie się android. Umiał robić swoje cuda z technologią, więc pewnie i otworzyć wrota dałby radę. Lis nie mógł ukryć swojej ekscytacji siadając za sterami tego cacka. Właściwie to rzadko kiedy jest okazja popilotować coś starszego. Inaczej zachowa się najnowszy i wypieszczony model myśliwca, a zupełnie inaczej taki antyk który może być nieco szorstki w obyciu. Jednostka może nie będzie tak samo sprawna jak obecne jej modele, ale nadal może mieć to coś – swoją duszę.
Właściwie to zaproponowałby Aiineri, by się zdrzemnęła skoro są tu łóżka, ale chyba dosyć przespała. Jej chyba przydałby się kubek ziemskiej kawy lub coś mocniejszego, by przetrawić to co miała przed sobą.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 31
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Wrz 23, 2018 10:49 am

Teraz kiedy już wrogowie zostali pokonani i dookoła nich nie było widać żywej duszy, Eulalia mogła się rozluźnić choć ciągle nasłuchiwała wszelkich odgłosów. Korytarz raczej nie prezentował się ciekawie z tymi metalowymi ścianami, więc nie miała nawet na co patrzeć dookoła nich. Później zdecydowanie będzie musiała poprosić o czas wolny żeby mogła sobie trochę obejrzeć tę planetę. Rhoshan już ją znał, więc będzie może mógł jej pokazać jakieś ciekawe miejsca, które warto zobaczyć.
- Czterysta lat. To prawie całe moje życie. To musiało być okropne. - potrząsnęła lekko głową na słowa przyjaciela. Nie wyobrażała sobie tylu lat w uwięzieniu. Móc patrzeć na wszystko, ale nie móc nic zrobić. Okropne. Miała nadzieję, że jej się coś takiego nigdy nie przytrafi. Nikt nie lubił być więziony. Wolność chyba była największym skarbem.
Marzył się jej już szybki powrót. Na szczęście mieli do tego statek transportowy choć przez chwilkę gepardzica myślała, że może wrócą w ten sam sposób, w jaki się tutaj znaleźli. Zmiana środka transportu jej nie przeszkadzała ani trochę. Wystarczyło, że ich nowa towarzyszka dotknęła statku, by klapa się przed nimi otworzyła. Weszła na pokład, odstawiając pakunek pod ścianą i rozglądając się po wnętrzu. Łóżka, siedzenia. Pojazd był przystosowany do bardzo długich podróży skoro wyposażono go w takie rzeczy. W końcu na komu łóżko na krótką wycieczkę? No chyba, że ktoś był strasznie leniwy i spał dużo.
Prymarcha na chwilę zniknęła, najwyraźniej idąc w stronę kokpitu. Nie spędziła tam jednak zbyt wiele czasu, wkrótce wracając i przekazując im zadanie pilotażu. Od razu zauważyła zadowolenie na pysku Rhoshana i nawet nie była zdziwiona. Wyraźnie lubił pilotować różne pojazdy. Tym bardziej nie miałaby serca pchać się na miejsce głównego pilota, oddając jemu tę przyjemność.
- Jasne. Baw się dobrze jako główny pilot. - odparła z uśmiechem, zajmując wolne miejsce obok lisa i rozglądając się po kokpicie. Niby 'emeryt', ale i tak wszystko wyglądało na w miarę nowe. Magia zaawansowanej technologii. Ciekawe ile istniało takich nie psujących się pojazdów. Mechanicy pewnie w ogóle nie byli przy tym potrzebni. Ewentualnie do ulepszania, o ile było co ulepszać.
Samica nie mogła przestać myśleć o komunikacie z wcześniej. O buncie na ich planecie. Tam zdecydowanie nie mogli już wrócić. Miała nadzieję, że jej rodzinie nic nie będzie i za jakiś czas znowu się spotkają. Oby jak najszybciej. A zdrajcy zostaną ukarani. Jak w ogóle ktoś śmiał się zbuntować przeciwko księciu. Przeciwko CORE, które przecież pomogło ich planecie. Liczyła na to, że po dotarciu statkiem na miejsce dostaną jakieś informacje na ten temat, a jeśli nie to sama poprosi kogoś o jakiekolwiek dane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Wrz 23, 2018 6:14 pm

NPC Storyline - AAF|Aiineri Kahrahir|Dur-Shurrikun|Jinkusu|Rodger Prier

Dzieląc, Rhoshan rozsiadł się w lewym fotelu, natomiast Eulalia dołączyła do niego w prawym. Zaokrąglony kokpit pozwalał na dość szeroki kąt widzenia. Dotknięcie paneli dotykowych - w pełni wybudziło maszynę. Te zaświeciły ponownie, a jednostka zapaliła przed pilotami holograficzne obrazy wypełnione informacjami. Przewinęły się informacje dotyczące stanu maszyny, wszystko zaświeciło się na niebieski - co oznaczało po prostu "ok!". Wszystkie systemy były w pełni sprawne, zaczynając od "wieżyczek", a raczej punktów pełniących taką funkcję na pancerzu - uzbrojonych w wiązki plazmowe, przez znajdujące się po bokach, bardziej z przodu - wyrzutni dronów. Do tego dochodziły wszystkie systemy obronne - od tarcz spełniających standard CORE, z systemami zapasowymi, pancerzem, technologią regeneracyjną, a do tego pokładowe WCC - weather control center.
-Jednostka tajnych operacji? Silnie wyposażony, jak na pojazd transportowy.
Dur-Shurrikun postąpił dwa kroki i stanął pomiędzy fotelami. Wyciągnął oba ramiona przed siebie, otaczając przedramiona delikatną, białą aurą energetyczną. Przekrzywił lekko łeb na bok, a podobna aura ujawniła się, obejmując potężne wrota hangaru. Android zaczął powoli rozsuwać ręce na boki, a wraz z tym ruchem - rozsuwały się wrota hangaru. Ujawniając głównie ziemię... więcej ziemi, coraz więcej ziemi i kamienia. Byli pod ziemią...
-Trzymaj tarcze na stałym poziome dookoła jednostki. Żadnego uzbrojenia.
Wyjaśnił w międzyczasie, a wrota finalnie zatrzymały się na poziomie pozwalającym w miarę swobodnie wylecieć jednostką z hangaru... prosto w ziemię. Android nie wydawał się tym faktem przerażony. Natomiast hangar zaczął być pochłaniany przez białą energię, przetapiającą wszystko w nicość, dezintegrująca całość struktury.
-Leć. Uruchomiłem system zniszczenia placówki.
Mówił poważnie. Pasażerowie z tyłu rozsiedli się wygodnie, a jednostka - na polecenie - odpaliła silniki i ruszyła do przodu. Nieodczuwalnie, niesłyszalnie. Wykonując wolę pilota oraz zasypując kokpit informacjami. Pierwszą było "KOLIZJA, KOLIZJA" przed tym, jak wbili się w ziemię i kamień, przebijając się przez niego bez większego oporu. Jednostka po prostu przewiercała sobie drogę, a przed kokpitem widoczne były białe smugi od tarcz maszyny, powstrzymujących otoczenie przed bezpośrednim naporem na pancerz. Co ciekawe, tarcze nie wskazywały żadnych problemów. Jakby kontakt z ziemią nie robił na nich wrażenia.
Dobrą minutę zajęło maszynie wybicie się spod ziemi. Gdy przebili się na zewnątrz, ich oczom natychmiast ukazało się błękitne niebo. Wraz z nim rozszalał się holograficzny wyświetlacz... pokazując jakieś tryliard - 1 000 435 000 987 163 021 003 - zagrożeń i celów. We wszystkich możliwych kierunkach. Wraz z tym uruchomił się skan i liczba ta zaczęła sukcesywnie spadać. Jednostka nie rozpoznała na tej planecie dosłownie niczego. Gdyby więc sprawdzić - a można było - to jednostka uznała za potencjalne zagrożenie lub obiekt nie znany - dosłownie wszystko. Zaczynając od ludzi na całej planecie, przez samochody, samoloty, zwierzęta, instalacje wojskowe, itd. Skan szybko naprostował tą liczbę, a informacje przekazane przez Dur-Shurrikuna pozwoliły finalnie wyłączyć ostrzeżenia o zagrożeniu.
-Ustaw drogę na CENTCOM w Alranois. Podróż powinna zająć mniej więcej pół godziny - do granicy wodnej Alranois. Stamtąd kolejne pół do dowództwa operacyjnego. Kamuflaż zerowy możesz włączyć na czas przelotu na Chinami i wodami międzynarodowymi. W okolicy Alranois wyłącz go i przedstaw się, zanim poderwą myśliwce.
Wyjaśnił, a następnie oparł dłonie na prawym ramieniu lisa oraz lewym ramieniu gepardzicy.
-Spisaliście się. Alranois zapewni wam czas na odpoczynek, a ja w tym czasie ustalę, co dzieje się na densorinie. Potem przydzielimy was do dalszych zadań.
Android puścił dwójkę densorinów, następnie odwrócił się i przeszedł do przedziału pasażerskiego, pozostawiając ich na razie samych. Mogli sobie wyobrażać, co... lub kto, będzie na nich czekał.
Powrót do góry Go down
Rhoshan
Lisi Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 541
Data dołączenia : 15/06/2014

PisanieTemat: Re: Dżungla   Nie Wrz 23, 2018 8:38 pm

- I zdecydowanie to przynajmniej 4 pełne pokolenia tutejszych mieszkańców – ziemianie żyli stosunkowo krótki zakładając, że nic wcześniej ich nie zabiło. 80 lat to była taka średnia wieku jaką zaobserwował wśród ludzi, których widział oczyma tego człowieka. Umierali, a on się nie starzał. Zawsze kombinował, by nie wyszło na jaw, że żyje trochę dłużej niż jego pobratymcy a to wszystko przez lisa, który siedział sobie w nim. Teraz pewnie wreszcie umrze ze starości o ile już go coś nie zabiło. Zresztą co to rudzielca obchodzi, skoro teraz miał swoje życie! Ciekawe jakiego wieku dożyje rudzielec? Może też przyjdzie mu zginąć w jakiejś heroicznej bitwie i wystawią mu pomnik? Fajnie by było, gdyby zapisać się w podręcznikach, a jeszcze lepiej gdyby pod pomnikiem składali ser ku pamięci. Może jakiś bezdomny najadłby się takim podarkiem. Z ziemskich rzeczy jeśli nie liczyć mięsa to właśnie ser był bardzo smaczny. Nie byle jaki ser, a taki żółty z dziurami! Bycie wszystkożercą miało swoje plusy, bo można było się delektować wszelakimi mieszankami potraw i nie mieć z tego problemów potem.
Lis natomiast bardziej od komunikatu przejmował się losem Akaryntha. Właściwie to ojciec powinien dać sobie radę, bo przecież nie jest byle kim. Szkoli gwardzistów, więc byle kto nie położy go. Najgorzej jednak, gdyby musiał stanąć do walki ze swoimi byłymi uczniami ale chyba ci którzy faktycznie wzięli sobie do serca jego nauki, nie powinni stawać z nim do walki. Najpewniej również nie byliby po stronie rebelii, ale wszędzie znajdzie się jakieś odstępstwo od reguły. Większym problemem pozostawała jednostka, którą uprowadzili i zagrożenie jakie stwarzali dla planety. Trzeba będzie zutylizować tamten okręt, ale w taki sposób by nie narobić za dużo szkód. W zasadzie to CORE pewnie wysłało kogoś, by zaczął pracować od wewnątrz. Lis nie lubił takiego podkradania się, ale czasami było to konieczne żeby móc przeprowadzić czystkę.
Lis przyglądał się kontrolką, które wyświetlały się przed nim. Sporo tego jak na zwykły transportowiec. Drony, plazma, wieżyczki. Chociaż z drugiej strony dobrze byłoby też bronić jakoś ładunku, gdyby zaszła potrzeba. Zdecydowanie jednak nie spodziewał się, aż takiej ilości uzbrojenia. Tutaj było dosłownie wszystko, by móc podtrzymać drużynę przy życiu w trakcie bitwy. Taki mobilny punkt medyczny, miejsce do spania oraz bunkier. Wszystko w jednym. Jak na antyk to naprawdę świetny sprzęt i pewnie nawet obecnym jednostkom przy dobrym pilotażu mógłby napsuć krwi. Ciekawe jak AI witają się z takim pojazdem? „Hej dziadku?”.
- To jest jak forteca albo bunkier, tylko z silnikami – skomentował lis i zgodnie z poleceniem ustawił odpowiednio tarcze. Widać android obrał opcję, którą rudzielec obstawiał czyli otworzył drzwi hangaru za pomocą swojego połączenia z tym miejscem. Trochę szkoda, by Rhoshan chciałby przetestować to uzbrojenie w praktyce, ale nie można mieć chyba wszystkiego. Właściwie to nadzieja na moment wróciła, gdy zobaczył zasypane wejście, ale zaraz przypomniał sobie sytuację z asteroidą w kosmosie. Skoro znacznie mniejsze myśliwce dawały sobie radę z takim obiektem, to większa jednostka tym bardziej się przebije.
- Wszystko się topi. Czyli nie będzie bum rodem z ziemskich filmów – wymruczał pod nosem widząc jak biała energia topiła wszystko na swojej drodze. Lisowi nie trzeba było drugi raz powtarzać, by stąd zwiewać. Nie chciał raczej zostać kolejnym elementem krajobrazu, więc od razu nakazał maszynie ruszyć i to szybko.
- Tak, wiem, wiem, ale jesteś twardym zawodnikiem czyż nie staruszku? – powiedział do siebie widząc informację o kolizji, po czym chwilę później wbili się w kamienie. Białe smugi tarcz topiły wszystko, a oni mogli w ten sposób utorować sobie drogę. Szkoda, że widoczność była bardzo słaba jak na offroadzie a i turbulencje pewnie niewielkie się pojawiły, ale odpowiednia kalibracja w postaci zwiększenia mocy silników wystarczyła, by ten problem zniwelować. Przetapiali się przez skały jak nóż przez masło, ale co się dziwić. Tutejsza gleba pewnie nie należała do najtwardszych, ani tym bardziej do rzeczy pokroju skał wulkanicznych więc problemu raczej nie powinno być.
Kiedy w końcu wybili się na zewnątrz, lisa zalała cała fala komunikatów. Przez moment myślał, że maszyna autentycznie się zepsuła po tylu latach, ale po chwili system uspokoił się. Futrzak odetchnął z ulgą, chociaż nie spodziewałby się takich ilości zagrożeń nawet jakby trafił w środek bitwy i wyskoczył z nadprzestrzeni tuż przed wrogim hangarem, z którego startują myśliwce. Za chwilę zaczął sprawdzać te zagrożenia, a była nimi ziemska fauna i flora, ogólnie życie tej planety. Widocznie maszyna odizolowano w hangarze od zewnętrznych bodźców lub baza danych była bardzo nieaktualna. Może miał w komputerze dane o organizmach, które żyły na tym terenie w momencie budowy tej bazy?
- Robi się – ustawił kurs na CENTCOM, a komputer pokładowy pokazał czas podróży. W zasadzie to lis mógłby pokusić się o podanie komputerowi właściwych instrukcji i ustawienie autopilota, ale gdzie cała zabawa w wyczuwaniu maszyny? Gdzie cała przyjemność ze sterowania maszyną? No właśnie nie ma żadnej, więc tego nie zrobił.
Kiedy poczuł dłoń androida na ramieniu, nastawił uszy i przekręcił głowę, by spojrzeć w stronę dowódcy. Pochwała od Dura no i zapewnienie, że sprawdzi co się dzieje na Densorinie.
- Dziękuję sir. Mam nadzieję, że dane mi będzie strącić z niebios trochę zdrajców przy okazji następnej misji – uśmiechnął się pod nosem. Wysłanie go na przełamywanie obrony na orbicie planety byłoby okazją do samozagłady albo pokazania swojego kunsztu pilotażu. Jedno z dwojga, zwłaszcza że lis był pewien co do swoich możliwości. Może nie pamiętał swojej przeszłości w pełni, ale na pewno czuł się pewny za sterami maszyn. Właściwie to miał wrażenie, że dałby radę polecieć czymkolwiek co może latać o ile wie jak tym sterować.
Odprowadził raptora wzrokiem, a potem zostali tylko z Eulalią w kokpicie. Spojrzał na mapę, gdy przelatywali nad Chinami i włączył maskowanie tak jak mu zalecono. Potem tylko obrać właściwą trasę, ale mieli przed sobą jeszcze resztę lotu.
- Hej, myślisz że Prymarcha sobie poradzi? Nie chodzi mi o samą walkę, a raczej psychicznie może jej być ciężko. W końcu trafiła do naszych czasów i poza okrętem może nie mieć nikogo ze swojego świata. Też myślisz, że to dobra okazja do małej imprezki w kantynie? Jest co celebrować. Twoją promocję oraz powrót dowódcy, dwie okazje więc czemu nie rozerwać się trochę bardziej?– zapytał Eulali. Oczywiście na wierzchu mogło chodzić o dobre samopoczucie dowódcy i małe spoufalenie się, ale wewnątrz lis miał plan by nieco rozluźnić wszystkich przed kluczowym uderzeniem na zdrajców. Nie można było być cały czas w gotowości, bo ta niepewność wykańczała psychicznie, a poza tym – lubił się zabawić i dobrze zjeść. Zwłaszcza, że teraz mieli ku temu okazje by mieć odrobinę luzu oraz spróbować ziemskich specjałów z różnych miejsc.
- Można ewentualnie zaproponować knajpę w Alranois. Mają pewnie jakąś, a jedzenie ziemskie jest całkiem dobre. Zwłaszcza mięso z krów podawane w marynacie z ziół, sosem robionym na wywarze z kości i wina oraz czymś co nazywają… ziemniakami. Dziwna nazwa, ale to takie warzywo całkiem smaczne – proponował, oczywiście nie wspomniał też, że nieco o ziemskich alkoholach też wie. Nie pił niczego w tej dużej formie, ale będąc w głowie łowcy mógł czuć wtedy smak różnych rzeczy. Tak jak potrawy, które tamten jadł lub alkohol, który pił. Właściwie to gdyby teraz wypił na raz jedną czy dwie butelki, to przy obecnych gabarytach raczej by tego nie odczuł. Chyba, że efekt byłby zupełnie inny i jako ktoś kto w tym życiu nie pił, od razu wylądowałby pod stołem. Nawet nie wiedział czy ma mocną czy słabą głowę, bo przecież Densorinom nie wypadało pić.
W trakcie rozmowy postępował zgodnie z instrukcjami, a gdy mapa pokazała zbliżanie się do Alranois wyłączył maskowanie i uruchomił komunikację – Tu Rhoshan wraz z resztą oddziału. Wracamy z VIPem oraz ładunkiem. Proszę o zgodę na lądowanie – rudzielec wielokrotnie się wygłupiał, ale wolał nie ryzykować zestrzeleniem jednostki przez myśliwce. Dlatego nawet jeśli to byli ludzie, to wypadało zachować pewne protokoły. Krótko, na temat, czyli mówiąc prościej w żargonie wojskowym.

_________________

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Eulalia

avatar

Liczba postów : 31
Data dołączenia : 25/06/2017

PisanieTemat: Re: Dżungla   Sro Paź 03, 2018 3:19 pm

Eulalia rzuciła spojrzeniem w stronę lisa kiedy ten nazwał ich pojazd bunkrem. Właściwie to zgadzał się z nim. Niby jednostka transportowa, a panel wskazywał całkiem niezły uzbrojenie. Z drugiej strony znaleźli go na Ziemi. Być może tu przyleciał. Musiał być odpowiednio wyposażony na długie podróże. Stąd pewnie też łóżka. By załoga mogła wygodnie wypoczywać. By podróż im mijała na tyle wygodnie, na ile było to możliwe.
- Obstawiam gotowość do dalekich podróży. W końcu nigdy nie wiadomo, na kogo wpadniesz w kosmosie, nie? Musieli być gotowi do obrony. - odezwała się do przyjaciela, zerkając jeszcze po kontrolkach informujących ich o uzbrojeniu. Ciekawe co ten pojazd mógł transportować. Lub kogo. Na pewno coś ważnego skoro miał takie wyposażenie.
Gepardzica uniosła spojrzenie na androida kiedy ten podszedł do nich i wyciągnął ramiona. A więc w ten sposób się stąd wydostaną. Obróciła głowę do przodu patrząc, jak wejście hangaru powoli się otwiera. A przy okazji do środka wlatuje ziemia. Więcej ziemi i jeszcze trochę kamieni. Przedostanie się przez całą tą ziemię na pewno nie będzie łatwe. Podejrzewała, że nic im nie groziło, ale i tak na pewno nie unikną odrobiny wstrząsów. Samica zerkała na kokpit, ale ten poza początkowym sygnałem odnośnie kolizji nie wskazywał już na nic więcej.
Statek nie miał większego problemu, by się przebić przez ziemię, która w końcu się skończyła i dookoła nich zrobiło się o wiele jaśniej. Eulalia zastrzygła uszami wpatrując się w obraz przed nią z rozszerzonymi źrenicami. Jak tylko z wyświetlacza zniknęły miliony ostrzeżeń, kocica zaczęła się nim bawić. Nie dosłownie. Jednak przybliżała sobie różne miejsca na nim, by móc się przyjrzeć elementom otoczenia. Drzewom, przelatującym ptakom, pojazdom na wodzie. Jej ciekawość była olbrzymia. W końcu była na tej planecie pierwszy raz. Chciała wszystko poznać. Nic więc dziwnego, że odczuwała podekscytowanie, które poza rozszerzonymi źrenicami ujawniało się również poprzez drganie końcówki jej ogona.
- Ja mam nadzieję, że się opamiętają po prostu. - odezwała się kiedy Rho wspomniał o strącaniu zdrajców. Nie widziało jej się zabijanie swoich. Lepiej żeby się ogarnęli i wrócili na właściwą drogę. Walka powinna być ostatecznością. Oczywiście jeśli nie będzie wyboru to bez wahania wesprze właściwą stronę. Po prostu wolała nie rzucać się od razu na głęboką wodę tylko najpierw zobaczyć, jak wygląda sytuacja. Nie odrywała spojrzenia od widoków, ale słuchem wychwyciła moment kiedy Dur-Shurrikun oddalił się od nich, zostawiając ich samych.
- Może i jest Prymarchą, ale wciąż jest żywą istotą z uczuciami. Na pewno będzie jej ciężko, ale pewnie nic po sobie nie pokaże. - odpowiedziała lisowi, w końcu chwilowo odrywając spojrzenie od wszystkiego, co ich otaczało. - Co do jedzenia to chyba wolę całą tę... Knajpę. - cokolwiek to miało oznaczać. Po prostu wolałaby wybrać się na spacer po Alranois. Kantyna jak kantyna, nic ciekawego. Spacer po kawałku tej planety? Dużo ciekawsze. Nie wiedziała, co ludzie jedzą, ale cokolwiek to było, ona sama chętnie spróbuje. Zwłaszcza, że Rhoshan chwalił ich jedzenie.
Kiedy znaleźli się w pobliżu Alranois Eulalia ucichła, by nie przeszkadzać przyjacielowi. Na to miejsce również rzuciła okiem z ciekawości choć tutaj zdąży jeszcze się rozejrzeć dokładniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dżungla   

Powrót do góry Go down
 
Dżungla
Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Chiny-
Skocz do: