Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Upper West Side

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Lightningrod

avatar

Liczba postów : 58
Data dołączenia : 23/11/2016

PisanieTemat: Upper West Side   Nie Gru 11, 2016 11:00 pm

First topic message reminder :


Upper West Side (czasem nazywane UWS) to jedna z dzielnic Nowego Jorku, zlokalizowana na wyspie Manhattan, pomiędzy rzeką Hudson a Central Parkiem (zachód-wschód) oraz od 59-tej Ulicy do 110-tej Ulicy (południe-północ, czyli na całą długość Central Parku). Niektórzy traktują Morningside Heights - osiedle na pólnoc od 110-tej ulicy - jako część Upper West Side.

Jest to dzielnica głównie mieszkalna, której rezydenci zazwyczaj znajdują zatrudnienie w innych, komercjalnych sąsiedztwach takich jak Midtown lub Lower Manhattan.
Ma reputację nowojorskiego ośrodka kultury: w jego północnej części znajduje się jeden z dwóch kampusów Empire State University, na południowej zaś wiele pracowni artystycznych oraz Lincoln Centrum - "dom" organizacji takich jak New York Philharmonic czy Metropolitan Opera.


Ostatnio zmieniony przez Rapid dnia Pon Gru 12, 2016 1:24 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Vision
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 149
Data dołączenia : 24/09/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sro Sty 03, 2018 8:30 pm

Swoimi słowami Kaplan potwierdził, iż Mściciel nie mylił się co do jego osoby. Jako swój kontakt wybrał Wiccana, gdyż wiedział, że ten ma posłuch wśród pozostałych. Nawet jeśli chłopak wolałby, by było inaczej. Młodzieniec miał odpowiedni charakter i zestaw cech, by wiele osiągnąć. Pokazał to przedstawiając tok rozumowania, który skłonił go do przybycia w wyznaczone miejsce. Nad wieloma rzeczami musi jeszcze popracować, ale ma też na to czas.
- Poprzednie rozmowy nie przebiegały w najlepszej atmosferze i trudno powiedzieć, by zdołano podczas nich osiągnąć coś konstruktywnego. Uznałem, że pora to zmienić. – odpowiedział na pytanie Wiccana, tym samym potwierdzając domysły chłopaka. Dał też niewielką sugestię tego, że spotkanie zorganizował na własną rękę. Być może bez wiedzy pozostałych członków drużyny, co było akurat prawdą. Złożyło się na to wiele powodów, lecz tym który ostatecznie skłonił go do tego kroku było to co stało się z Houston oraz przytłaczający obraz zniszczeń, który zastał na miejscu. Doszedł do wniosku, że potrzebują pomocy. Że jest ich za mało, by skutecznie odpowiadać na wszystkie zagrożenia. Potrzebują więc kogoś, kto być może przejmie od nich część obowiązków, a w przyszłości nawet w szeregach Avengers. Z tą myślą, dawno temu podsunął TARCZY pomysł utworzenia drużyny składającej się wyłącznie z przedstawicieli kolejnego pokolenia bohaterów. Plan zrealizowano, czego efektem było powstanie Young Avengers, czy też czegoś na kształt trzonu drużyny, którą grupa nastolatków miała z czasem się stać. To co wydarzyło się później, wcale nie zmieniło jego opinii na temat tego projektu. Wręcz przeciwnie. W pewnym stopniu nawet upewnił się w przekonaniu, że może coś z tego wyjść. Dlatego też nie w smak były mu wcześniejsze nieporozumienia podczas prób nawiązania kontaktu przez obie grupy. Dlatego też wziął odpowiedzialność za tę sprawę na siebie, pomijając oficjalne protokoły istniejące wewnątrz Mścicieli.
Syntezoid dostrzegł jego zakłopotanie już na początku. Do tej pory zastanawiał się jednak, czy powinien zwrócić Billy’emu uwagę na to, że nie miał żadnego powodu, by w ten sposób czuć się w obecności Visiona.
- Nim przejdziemy do konkretów… Weź głęboki oddech i rozluźnij się.. Nasze dotychczasowe doświadczenie czy pozycja nie mają najmniejszego znaczenia. Jesteśmy tu na tych samych warunkach. – to jedna z lekcji, którą chłopak musiał przyswoić. Choć respekt wobec drugiej osoby jest ważny, tak Wiccan powinien znać swoją wartość i w sytuacji takiej jak tak nie patrzeć na to kto stoi naprzeciw.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 494
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pią Sty 05, 2018 4:18 pm

Prawdę mówiąc Billy spodziewał się właśnie mniej więcej takiej odpowiedzi na swoje pytanie. Kolejna próba nawiązania pozytywnych relacji wydawała mu się być najbardziej rozsądną i oczywistą opcją, nawet jeżeli jakaś część chłopaka wciąż po cichu obawiała się, iż Mściciele mogą w końcu zadecydować, że wolą jednak ukrócić działalność nastolatków... Jak to swego czasu zrobili z Runaways, o ile się nie mylił. Pewnie przesadzał i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tyle że wrodzony pesymizm w dalszym ciągu nie chciał go do końca opuścić, a mocno rozwinięta wyobraźnia niestety tylko mu wtórowała... Ale starał się z tym walczyć. Wbrew pozorom rozumiał sporą część swoich problemów - po prostu nie było mu łatwo się ich pozbyć.
Nastolatek pokiwał więc powoli głową, gestem tym pokazując, że nie tylko przyjmował to wyjaśnienie do wiadomości, ale i zgadzał się z opinią Visiona... Pochwalał jego decyzję. Sam przecież jeszcze nie tak dawno temu próbował nawiązać kontakt z Mścicielami, a że nie skończył się on wtedy najlepiej... To już chyba nie była tylko i wyłącznie jego wina. O ile w ogóle jego. Choć może rzeczywiście za bardzo wziął sobie do siebie zachowanie Spider Woman? Ale obecnie i tak było już za późno, żeby się tym przejmować. Stało się, nie mógł tego zmienić, a w dodatku nawet z tego wyniósł coś pozytywnego - bo przynajmniej Scarlet Witch zdawała się być po stronie jego i jego drużyny.
Chłopak zastanawiał się czy powinien teraz zapytać o szczegóły, skoro najwyraźniej Vision miał jakiś pomysł albo plan, czy może lepiej byłoby jednak poczekać, aż on sam zacznie mówić, ale i ta z jego wątpliwości została prędko rozwiana. Co prawda nie nastąpiło to w sposób, którego Kaplan oczekiwał, bo kolejna wypowiedź Mściciela dotyczyła zupełnie innej kwestii... Nie mniej jednak zadziałała niezwykle skutecznie. Wręcz otrzeźwiająco.
W pierwszej chwili spojrzenie Billy'ego powędrowało prosto w dół, jak gdyby odruchowo nim uciekał, a jego ramiona lekko się wyprostowały, wysunęły się do tyłu. Nic nie mógł poradzić na to, że mimo wszystko poczuł się skarcony, jak delikatnie nie brzmiałoby to upomnienie - i choć oczywiście świadomie rozumiał, że Vision nie próbował mu zaszkodzić, tylko wręcz przeciwnie.
Dopiero w następnej sekundzie nastolatek przywołał się do porządku i zmusił się do tego, aby nieco unieść brodę, a następnie skierować wzrok na rozmówcę. Nie sądził, aby był w stanie wyjaśnić mu swój punkt widzenia, nie w sposób zrozumiały i logiczny... Bo w pewnym sensie sam wiedział, że pod tym względem nie myślał do końca rozsądnie. Na jego postrzeganie Mścicieli i nie tylko wpływały długie lata spędzone w roli wiernego fana - choć być może to określenie nie oddawało w pełni jego oddania i głębokiej wiary w bohaterów... A także tęsknoty, którą wywoływało pragnienie dołączenia do ich świata. On sam był słaby, lecz uciekanie pośród nich - w wyobraźni, przez komiksy czy doniesienia z mediów - pozwalało mu na chwilę poczuć się silniejszym. Teraz sytuacja się zmieniała, między innymi dlatego, że część z nich traciła na bliższym poznaniu, a mimo to chłopak miał trudności z całkowitym porzuceniem starego sposobu myślenia. Tyle że tłumacząc to pewnie by Visiona zanudził.
- Wiem. To... Takie przyzwyczajenie. Łatwiej mi je przełamać, kiedy się z kimś kłócę. Spider Woman chyba może coś o tym opowiedzieć - to mówiąc, Billy uśmiechnął się trochę blado, bo w końcu właśnie otwarcie przyznawał się do sprzeczki z Mścicielką, nawet jeżeli starał się to obrócić w słaby żart. Takie krótsze wyjaśnienie było zresztą o wiele prostsze, a wciąż prawdziwe, więc spokojnie mógł go użyć. Dzięki temu przynajmniej nie musiał od razu przedstawiać całej historii swojego życia, koniec końców niezbyt interesującego dla osób z zewnątrz.
- Więc... My wciąż jesteśmy chętni z wami współpracować. Rozmawialiśmy już też z X-Men i z... Runaways, choć nie jestem pewien czy oficjalnie się tak nazywają. Nie zamierzamy dołączać do nikogo na stałe i wolelibyśmy się trzymać na dystans od Tarczy, ale poza tym jesteśmy otwarci na propozycje - dodał, bo zakładał, że najlepiej będzie z góry postawić sprawę jasno. Young Avengers chcieli sami sobą rządzić. W końcu wybrali już przywódcę i podjęli sporo decyzji na własną rękę... Mimo to zależało im również na działaniu z innymi bohaterami. Wymiana informacji, wspólne misje... To wszystko byłoby korzystne dla każdej ze stron.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vision
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 149
Data dołączenia : 24/09/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sro Sty 17, 2018 2:55 pm

- I z pewnością miała w tej kwestii nie mały udział. Ma trudny charakter. Bywa wybuchowa, a dyskusje z nią nierzadko przypominając uderzanie głową w mur. Mimo to nie można odmówić jej dobrych intencji, zaangażowania oraz sporych umiejętności i doświadczenia. Jest dobra w tym co robi. – to samo można było jednak powiedzieć o wielu innych Mścicielach. To nie możliwe, by przy tylu tak różnych osobowościach wszyscy doskonale się dogadywali w sprawach innych niż służbowe, a i z tym nieraz bywały problemy. Łączy ich jednak wspólny cel: ochrona mieszkańców tej planety przed zagrożeniami. Mogą nie zgadzać się w wielu innych kwestiach, lecz gdy chodzi o los niewinnych, wtedy wszelkie spory odchodzą w niepamięć i wszyscy razem ruszają do akcji. Jak w prawdziwej rodzinie, którą po części ta drużyna była. W każdej grupie ludzi dochodzi do spięć i nieporozumień. Otwartą kwestią jest tylko to jak sobie z tym radzą, gdy dzieje się coś co wymaga ich wspólnego wysiłku. Uwzględniając to wszystko, nikt nie mógł mieć nikomu za złe za sposób w jaki przebiegły ostatnie rozmowy między Avengers oraz Young Avengers.    
Stojąc przy nastolatku, syntezoid słuchał co ten ma do powiedzenia. Nie przerywał, nie wtrącał się, pozwalał mu mówić. W tej chwili w oczach Visiona obaj byli sobie równi i tak też zamierzał się zachowywać. Dotychczasowe doświadczenie nie miało żadnego znaczenia. Obaj byli przedstawicielami swoich drużyn podczas rozmowy, która może ukształtować ich dalsze stosunki. Tylko tyle i aż tyle. Mimo bohater odnotowywał w swojej głowie co ciekawsze tematy wspomniane przez Wiccana. Choćby krótką wzmiankę o Runaways. Jego wiedza na temat tej grupy była skromna. A fakt, że Billy i YA byli z nimi w kontakcie mógł być informacją, która w przyszłości może się przydać. Gdy pojawiła się kolejna możliwość do zabrania głosu, nie czekał ani chwili. Choć to co miał do powiedzenia było czymś oczywistym i powszechnie wiadomym.
- Nasza drużyna blisko współpracuje z S.H.I.E.L.D. i o ile, biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, rozumiem waszą niechęć do współpracy z tą organizacją, tak obawiam się, że jej całkowite wykluczenie z tego równania nie będzie możliwe. Jeśli jednak teraz dojdziemy do porozumienia, to myślę, że będę mógł wam zagwarantować, iż Fury, Hill i reszta przestaną sprawiać wam kłopoty. Oczywiście jeśli wy uczynicie tak samo. – czy rzeczywiście było w zasięgu mocy sprawczej Visiona? Być może. Zakładając, że oficjalnie uznają Young Avengers za swoich sojuszników, wspomniana agencja będzie musiała przynajmniej ograniczyć wszelkie plany i ruchy związane z nastoletnimi bohaterami do minimum. Lub postarać się trochę bardziej, by je ukryć. Fury będzie mógł sobie krzyczeć, lecz ostatecznie nie będzie miał wielkiego wyboru. Jeśli oczywiście zależy mu na utrzymaniu dobrych stosunków z Mścicielami. Choć ewentualne groźby w tym względzie, będą już należały do działań ostatecznych. Vision był przekonany, że obejdzie się bez tego. Że Nick Fury pójdzie na jakiś korzystny dla siebie układ. Albo zwyczajnie przyjmie do wiadomości, że młoda drużyna od tej chwili będzie poza jego zasięgiem. Po tym mężczyźnie akurat można było spodziewać się wszystkiego.
- Nie będziemy wtrącać się w waszą działalność, podobnie jak czynimy to w przypadku pozostałych naszych sojuszników. Będziemy wam służyć radą oraz wsparciem, oczywiście wyłącznie wtedy gdy będziecie tego potrzebować. Do tego dochodzi wiele innych powiązanych z tym korzyści. Właściwie jedynym czego będziemy oczekiwać od waszej strony, będzie kontynuowanie waszej dotychczasowej misji oraz gwarancja stawiennictwa na placu boju, gdy pojawi się zagrożenie, którego powstrzymanie będzie ponad nasze własne siły. Tylko tyle i aż tyle.– warunki były proste i przejrzyste. Avengers nie mieli w zwyczaju ingerować w poczynania innych drużyn lub samotnych bohaterów. Oferowali dostęp do swojej wiedzy, baz danych i części technologii, wspólne treningi i tak dalej, a w zamian liczyli wyłącznie na pomoc, gdy uznają, że niebezpieczeństwo jest zbyt wielkie, by mogli sami stawić mu czoła. Nie wyklucza to oczywiście udziału przedstawicielu obu drużyn w innych misjach. To nawet wskazane, by do takiej współpracy dochodziło, lecz nie będą naciskać, gdy ktoś odmówi i nie wyrazi chęci skorzystania z ich pomocy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 494
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sro Sty 17, 2018 5:03 pm

Billy zdążył sobie wyrobić własną opinię na temat Spider Woman. Była ona bardzo subiektywna i opierała się właściwie tylko na jednym spotkaniu, na rozmowie, którą odbyli ze sobą nie tak dawno temu... Choć krótka, powiedziała ona nastolatkowi wiele o bohaterce. Wymieniony przez Visiona trudny charakter z pewnością się zgadzał, uderzanie głową w mur również, ale chłopak nie był już taki pewien odnośnie dobrych intencji. Prawdę mówiąc odniósł wrażenie, że kobieta wykazywała większe oddanie Tarczy niż Mścicielom, a to wydawało mu się być sporym problemem...
Tyle że to chyba nie było jego miejsce, aby o tym wspominać. Wiedział, by zachowywać przy Spider Woman ostrożność i mógł przekazać tę informację swoim koleżankom i kolegom z drużyny, a chyba to było najważniejsze. Jeżeli własna grupa Pajęczycy jej ufała... Pewnie miała ku temu jakieś powody. Nie powinien ich podważać, skoro był osobą z zewnątrz. Jego doniesienia najprawdopodobniej zostałyby zbyte, wyjaśnione niezrozumieniem, przejęzyczeniem lub czymś podobnym... Nawet jeżeli on sam rozumiał, że to nie wchodziło w grę.
Ostatecznie Kaplan westchnął więc tylko cicho i nie kontynuował - jeszcze? - tego tematu, skupiając się na istotniejszych sprawach. W kwestii Tarczy miał mieszane uczucia... Nie dlatego, że nagle ją polubił, bo do tego mu było daleko, ani nawet nie przez to, że przecież wiedział, że Mściciele posiadali z nią powiązania. Przede wszystkim słowa Visiona przywołały z pamięci chłopaka scenę z Wieży, w trakcie której Iron Man bardzo stanowczo zaprezentował swój brak sympatii względem agentów... Oraz to, że obie te organizacje najwyraźniej nie radziły sobie ze współpracą. Jak gdyby każda z nich chciała rządzić tą drugą.
Z drugiej strony od tamtego dnia Tarcza nie próbowała ingerować w sprawy Young Avengers. To było... Dziwne. I niepokojące. I sprawiało, że Billy podejrzewał, iż tak czy siak musieli być obserwowani z daleka, bo naprawdę nie wierzył w to, że agencja tak po prostu zostawiłaby ich samym sobie. Mimo to... Nie wtrącała się. Może na coś czekała? Zrozumiała swój błąd i próbowała innego podejścia? Na co dzień nastolatek starał się o tym nie myśleć, ale problem wciąż istniał i od czasu do czasu o sobie przypominał, bo chłopak nie potrafił się nie martwić i już. Wolałby mieć jakieś pojęcie czego powinni się po Tarczy spodziewać, niż stresować się ciszą.
Przynajmniej ostatnia część wypowiedzi Visiona była już przyjemna i Kaplan podsumował ją powolnym, pełnym namysłu kiwnięciem głowy. To właśnie czegoś takiego oczekiwał, taki układ wydawał mu się najbardziej korzystny dla obu stron... I jeżeli Mściciele rzeczywiście dotrzymaliby słowa, to wszystko ułożyłoby się idealnie. Jeszcze parę miesięcy temu Billy by w nich nie wątpił, ale teraz - po tym wszystkim, co widział i słyszał - stał się trochę ostrożniejszy. Dopuszczał do siebie opcję, że nie każdy bohater mówił całą prawdę, a niektórzy miewali nawet własne cele.
- O to nam chodzi. O wspólne misje i treningi, o współpracę w obliczu zagrożenia. Nikomu nie wchodzimy w drogę, pomijając przestępców, a już na pewno nie Tarczy - potwierdził, przy okazji odnosząc się też do wcześniejszego fragmentu rozmowy. Uważał, że powinien to podkreślić. Nigdy w żaden sposób nie zaszkodzili agencji... Nie w tych dobrych, legalnych działaniach. Wyrwanie się spod jej kontroli się nie liczyło, bo to Tarcza chciała ich wykorzystać, więc mieli prawo odejść. Przejęcie Victora też nie, ponieważ... Przetrzymywanie go w klatce i tak nie było właściwe. A chyba tylko to można by im zarzucić.
- Pewnie będzie musiało jeszcze dojść do jakiegoś oficjalnego spotkania? Mam na myśli... Pomiędzy przywódcami obu drużyn, tak? Bo u nas rządzi nasza Hawkeye i mógłbym z nią porozmawiać, żeby wybrała się do Wieży, jeżeli ustalimy pasujący obu stronom termin - dodał, równocześnie luźno obejmując się ramionami w pasie. Nie był pewien czy dobrze rozumował, ale taka niezobowiązująca dyskusja to wydawało mu się jednak trochę za mało. A on i tak musiał się zobaczyć z Kate i wyjaśnić jej wszystkie ostatnie wydarzenia... Nawet jeżeli trochę odkładał to w czasie. Nie obawiał się jej reakcji, ale sam nie wiedział jak dobrze streścić ich obecną sytuację. Tyle się działo, a on nie chciał niczego opuścić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vision
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 149
Data dołączenia : 24/09/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pon Sty 29, 2018 6:41 pm

To właściwie byłoby na tyle. Poszło dość szybko i łatwo. Ale nie spodziewał się niczego innego. Ich cele się ze sobą pokrywały, więc łatwo było osiągnąć porozumienie. Wiccan był też najbardziej odpowiednią osobą do przeprowadzenia tej rozmowy. Był niezwykle racjonalny i niezwykle zaangażowany w dotychczasową działalność ich młodej drużyny. Nawet jeśli niekoniecznie działo się tak z jego wyboru.
- Biorąc pod uwagę historię spotkań między naszymi grupami, to wskazane, lecz absolutnie nie wymagane. Uważam jednak, że jeśli zaakceptujecie uzgodnione tu warunki naszego sojuszu, dobrze byłoby pokazać, że wszelkie dotychczasowe niesnaski odstawiamy na bok. Nawet poprzez tak prosty gest jak spotkanie osób uznawanych za przewodzące obiema drużynami. Do tego prawdopodobnie będzie trzeba będzie opracować jakąś notkę prasową, ale tym może zająć się już ktoś od nas. Wszystko zależy także od tego jak bardzo oficjalnie zechcecie z nami współpracować. – w pewnym stopniu przytaknął więc przypuszczeniom Wiccana. Co prawda, trwające właśnie spotkanie nie było przez Visiona uzgodnione z Danvers, ani nawet Rogersem czy Starkiem, ale syntezoid był przekonany o tym, że w tej chwili przemawiał w imieniu całej drużyny. Poza tym miał pewność, że jeśli przyjdzie co do czego, zdoła przekonać resztę do swoich racji. Potrzebują nowych sojuszników, powinni rozwijać swoje stosunki z innymi grupami, a wszystko to dla większego dobra. Z każdym rokiem na Ziemi pojawia się coraz więcej zagrożeń. Zagrożeń z różnych stron świata, różnych części kosmosu, a nawet innych wymiarów… Muszą wiedzieć, że nie są w tym sami i mogą liczyć na wsparcie innych. Powinni też zadbać o przyszłość samych Avengers, a YA w tej kwestii było dobrym początkiem.
- Omów to ze swoimi przyjaciółmi i przekażcie nam swoją odpowiedź. Wtedy zajmiemy się resztą. – potrzeba poczekania na ostateczną decyzję była czymś z czym Vision się liczył. Poszanowanie hierarchii w drużynie jest ważne, zwłaszcza na początku działalności. W przypadku Mścicieli, syntezoid mógł jednak z pełną świadomością mówić o tym, że przemawiał w imieniu wszystkich członków. Każdy z wieloletnich, stałych, członków grupy cieszył się pewną autonomią w dość szerokim zakresie działalności tejże, choć na koniec wszystko wciąż powinno być przyklepane przez „górę”. Mieli do siebie ogromne zaufanie. To zostało zbudowane właśnie podczas wielu lat współpracy.
- Skoro to mamy już ustalone… Chcesz poruszyć jeszcze jakiś temat, czy zechcesz wrócić do swoich zajęć? Wiem, że moja wiadomość mogła nadejść w nienajlepszym momencie. – główny cel spotkania został osiągnięty i wcześniej nie planował na ten moment niczego więcej. Jeśli jednak chłopak ma coś o czym chciałby z nim porozmawiać, z przyjemnością to zrobi. Jeśli nie, pewnie powinien zgłosić się w Wieży, by przekazać wieści.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 494
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pon Sty 29, 2018 8:23 pm

Choć nastolatek zaczął od lekkiego i powolnego kiwania głową, w ten sposób potakując kolejnym słowom Visiona, tym o spotkaniu przywódców obu grup i o odpuszczaniu konfliktów, to w pewnym momencie chłopak zastygł w nagłym bezruchu. Notka prasowa... Tutaj pojawiał się drobny problem. Billy w dalszym ciągu nie był pewien jak bardzo otwarcie zamierzała działać jego drużyna - to znaczy, czy pozostali chcieli utrzymywać swoje tożsamości tajnymi czy nie. On sam się ku temu skłaniał, głównie ze względu na swoją rodzinę i jej bezpieczeństwo, nawet jeżeli widział też minusy takiego rozwiązania. Domyślał się, że w takim artykule i tak użyte by zostały jedynie ich pseudonimy, jeżeli w ogóle by ich wymieniono z osobna, a nie tylko zbiorczo jako Young Avengers... Ale tak czy siak musieli jak najprędzej ustalić między sobą tę kwestię. Co jakiś czas przychodziło mu to do głowy i zawsze jakoś o tym zapominał. Powinien zacząć robić sobie dokładne notatki.
- W porządku. Odezwiemy się jak najszybciej - zgodził się mimo wszystko na dotychczasowe sugestie Mściciela, nie chcąc niepotrzebnie mieszać go w ten temat. Chociaż... Może właśnie powinien? Ktoś z większym doświadczeniem mógłby się z nim przecież podzielić swoją opinią. Co prawda Vision raczej nie miał okazji zmierzyć się z tym problemem osobiście, ale znał tylu bohaterów, że na pewno orientował się w sytuacji... Nie. Najpierw należało porozmawiać z Kate i resztą, by nie poczuli się pominięci, a jeżeli nie będą się mogli zdecydować, to wtedy zaczerpną porady z zewnątrz. Przy odrobinie szczęścia nie będą do tego zmuszeni.
Wciąż stojąc tak z luźno skrzyżowanymi ramionami - a raczej obejmując się nimi w pasie, bo to właściwiej opisywało obecne ułożenie ciała chłopaka - i spoglądając z namysłem na Mściciela, Kaplan wyraźnie się zawahał. W kwestii współpracy drużyn rzeczywiście omówili już chyba wszystko, nawet jeżeli Billy miał ogromną ochotę zapytać o więcej szczegółów odnośnie możliwych treningów. Gdyby jednak zaczął ten temat, to na pewno za szybko by nie przestał, a w dodatku najprawdopodobniej znów wyszedłby z niego fanboy... Przed tym zaś starał się ze wszystkich sił powstrzymywać. Z drugiej strony nie chciał też, aby spotkanie tak prędko dobiegło końca.
- Wcale nie w takim złym. W przeciętnie kiepskim... Czyli w mniej więcej normalnym. O lepszy by było trudno - zapewnił na początek, prawdę mówiąc grając trochę na czas i szukając w głowie czegoś ważnego, o co mógłby zahaczyć, a co przy okazji nie wystawiłoby go na pośmiewisko. W porządku, skoro nie treningi i nie wspólne misje, zresztą z podobnych powodów, to może... Może... Och.
To było takie proste. Oczywiście, że miał do poruszenia istotny i równocześnie poważny temat, o którym w dodatku nie mógł swobodnie porozmawiać z osobami w swoim otoczeniu... Między innymi dlatego, że na przykład taka Kate z pewnością bezwzględnie wycisnęłaby z niego wszystkie informacje. Szczególnie te, których naprawdę nie chciał nikomu podawać, bo obowiązywała go obietnica, że zachowa je dla siebie. A Vision nie tylko powinien znać się na tej sprawie, ale i chyba nie miałby powodów, aby dociekać, jeżeli Billy'emu udałoby się odpowiednio przedstawić całą tę sytuację. Chłopak aż przygryzł na moment dolną wargę, starając się szybko ułożyć sobie w głowie swoją wypowiedź, a jego spojrzenie na kilka sekund uciekło na bok, nim powróciło ku Mścicielowi.
- Właściwie jest jedno, o co chciałbym zapytać. To... Raczej skomplikowane, więc uproszczę jak się da. I od razu zaznaczam, że nic się nie dzieje, więc nie ma się czym martwić. Czyli... Czysto teoretycznie... Gdyby ktoś miał dysponować technologią do stworzenia androida idealnie naśladującego człowieka, wliczając w to wygląd, zachowanie, myślenie, uczucia i wszystko inne, a w dodatku posiadał powody, żeby takiego androida zbudować i wypuścić w świat... Nie informując go o tym, że jest maszyną... To kto by to mógł być i dlaczego by coś takiego zrobił? - spytał. Wiedział, że strasznie się zaplątał i trochę się obawiał, że samym swoim opisem zdradził już zbyt wiele, ale z drugiej strony chciał porządnie zarysować okoliczności. Musiał zaryzykować. Jeżeli faktycznie uda mu się coś ustalić, to będzie warto przejść przez tę odrobinę stresu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vision
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 149
Data dołączenia : 24/09/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Nie Lut 04, 2018 8:03 pm

Syntezoid nie pozwalał tego po sobie poznać, lecz poruszony przez młodzieńca temat ogromnie go zaintrygował. Widział, że ten nie był pewny tego, czy postąpił słusznie podejmując tę rozmowę z Visionem. To sprawa prywatna. Znał osobę, której to wszystko dotyczyło, a przynajmniej podejrzewał taką ewentualność. Nie ulegało to żadnej wątpliwości. Inaczej zadanie pytania przyszłoby mu o wiele łatwiej. Biorąc to pod uwagę, nie zamierzał zwlekać z odpowiedzią. Nawet jeśli ta chłopaka rozczaruje. A tego właśnie się niestety spodziewał.
- Nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc. Na pewno nie w stopniu, którego oczekujesz. Mimo to spróbuję odpowiedzieć na twoje pytanie. – nie wszystkimi informacjami mógł się z nim podzielić, nie wszystkimi chciał się podzielić. Wpływ na to miało wiele różnych czynników. Jego wypowiedź może być więc nieco wymijająca, niedostatecznie rozwiewająca wątpliwości. Ale podejmie się próby odpowiedzi, ryzykując, że w ten sposób może stracić w oczach Wiccana. Zwłaszcza jeśli ten uzna, że Vision celowo zatrzymuje informacje dla siebie, lub nie ma do niego wystarczającego zaufania.
- Jeśli pytasz o konkretne nazwiska, niestety tych ci nie podam, ale myślę, że części z nich możesz się ich domyślić. Znam zaledwie kilka osób, które być może byłyby w stanie czegoś takiego dokonać. Żywych oraz tych niekoniecznie. A i tak spodziewam się, że sprawiłoby im to ogromne problemy. Stworzenie androida, zwłaszcza takiego mającego idealnie odzwierciedlać człowieka, nie jest proste. Wymaga ogromnej wiedzy i zasobów. Przy czym w tej drugiej kwestii wcale nie mam na myśli pieniędzy. Stopień skomplikowania całego procesu, zaprojektowanie i napisanie funkcjonalnego kodu, budowa ciała… Jeśli ktoś zadałby sobie tyle trudu, musiałby mieć ogromną motywację. Jakiś cel. Biorąc pod uwagę najgorszy przypadek, skoro twój teoretyczny android nie jest świadom swojego prawdziwego „ja” i prowadzi normalne życie, możliwe, że cel ten już spełnił, lub dopiero ma spełnić. Zakładając tę pierwszą wersję, nie ma czego się obawiać. Jeśli za prawdziwe przyjmiemy założenie drugie, wtedy rodzi się prawdziwy problem. Nie wiedząc czego ma dokonać, ani co i kiedy uaktywni tę część kodu, która go do tego zmusi, trudno byłoby go przed tym wcześniej powstrzymać. Bo zakładam, że jego twórca nie miałby dobrych zamiarów i chciałby go wykorzystać do czegoś złego. Dopóki ten moment nie nastąpi, właściwie niemożliwym będzie też poznanie czynnika aktywującego, bez zdradzenia tej istocie tego czym jest naprawdę. A tego pewnie wolałbyś uniknąć. Z drugiej strony istnieje też prawdopodobieństwo, choć niewielkie, że za stworzeniem w pełni działającego androida nie kryje się nic specjalnego. Nic poza chęcią wypełnienia pustki po bliskiej osobie. Pustki, która ostatecznie była na tyle duża, iż sztuczna istota okazała się niewystarczająca. Może nawet jej widok wzmacniał to uczucie braku, co ostatecznie doprowadziło do wypuszczenia swojego „dziecka” w świat. Dania mu szansy na życie. – mówił długo, choć nie był do końca pewien, czy dokładnie takiej odpowiedzi oczekiwał Wiccan. Pewnie nie. Wszystko o czym wspomniał Vision było raczej czymś do czego każdy rozpatrujący ten temat z pewnością doszedłby samodzielnie. To jednak temat dość niecodzienny, niezwykły i nawet tak proste wnioski wymagają czasem powtórzenia.
- Niezależnie od tego jakie przeznaczenie mógł dla niego zaplanować jego twórca, pamiętaj, że niekoniecznie musi się ono spełnić. Tym co napędzało Ultrona do mojego powstania była chęć zniszczenia jego stwórcy i pozostałych Avengers. Do tego też zostałem zaprogramowany. Mój ojciec nie spodziewał się jednak, że to co zobaczę, to co usłyszę, czego się dowiem sprawi, że obejdę oprogramowanie i mu się przeciwstawię. Drużyna wiedziała kim jestem, co miałem uczynić, a mimo to zaufali mi. Pokazali inną drogę, którą podążam do dzisiaj. W przedstawionym przez ciebie przypadku może być podobnie. Warto by miał przy sobie kogoś kto wskaże mu drogę. – nie należy tracić wiary, że wszystko może skończyć się dobrze. Niezależnie od tego co może nam teraz przychodzić do głowy. Każdy decyduje o własnym losie. Gdy przyjdzie odpowiednia pora, to od nas zależy czy podejmiemy walkę z przeznaczeniem, które przygotowali nam inni. Przyjaciele i bliskie osoby odgrywają w tym ogromną rolę.
- Nie będę dociekał tego skąd wzięło się twoje zainteresowanie tym tematem. Widziałem, że już samo zadanie pytania wiele cię kosztowało, dlatego uznam, że to dla ciebie ważne. Dziękuję, iż uznałeś mnie za odpowiednią osobę do tej rozmowy i jednocześnie żałuję, że nie mogę powiedzieć ci czegoś, co naprawdę mogłoby ci pomóc. Ufam, że wiesz co robisz. Jeśli jednak zauważysz coś niecodziennego, coś co wyda ci się podejrzane, nie zwlekaj z prośbą o pomoc. To jedyne o co proszę. – od jego decyzji może wtedy zależeć życie nie tylko przyjaciela, którego Wiccan pragnie chronić, lecz prawdopodobnie także wielu innych istnień. Wierzył, że chłopak da wtedy komuś szansę na udzielenie pomocy. Niezależnie od tego, czy będą to członkowie jego drużyny, czy ktoś zupełnie inny.
Choć powiedział Billy’emu, że zostawi tę sprawę w jego rękach, w wolnej chwili zamierzał się tym zainteresować. Nie ingerować, bo gdyby jego działania wyszłyby na jaw, to mogłoby poróżnić ich oraz ich drużyny. Dowie się kogo dokładnie ma na myśli chłopak i będzie się temu przyglądać. Jeśli zagrożenie okazałoby się prawdziwe, wolał trzymać rękę na pulsie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 494
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Nie Lut 04, 2018 11:25 pm

Billy słuchał tych wyjaśnień uważnie i w napięciu - już od pierwszych słów Visiona, które mimo wszystko nie pozbawiły go do końca nadziei na dowiedzenie się czegoś istotnego. Chłopak praktycznie nie spuszczał Mściciela z oczu, od czasu do czasu odruchowo poruszając potakująco głową, ale wyraz twarzy zmieniając tylko w niewielkim stopniu, a w dodatku zupełnie nieświadomie i mimowolnie. Wbrew pozorom naprawdę nie hamował swoich reakcji. Po prostu do takiego zachowania był przyzwyczajony w stosunku do dorosłych... Tego się nauczył, żeby nie niepokoić rodziców swoimi problemami. Co, patrząc wstecz, chyba przyniosło odwrotny efekt... Ale teraz i tak było już za późno, aby się tym przejmować.
Za pierwszy zawód mógł chyba uznać fakt, że Vision nie chciał - lub z innego powodu nie zamierzał - podać mu konkretnych podejrzanych. Zgoda, Kaplan potrafił to zrozumieć, nie mniej jednak zachwycony nie był... Nawet jeżeli bohater miał rację i nastolatek faktycznie posiadał kilka własnych typów. Na szczycie jego mentalnej listy znajdował się Doctor Doom, który spełniał większość wymagań - zgadzających się z tymi wymienianymi przez Mściciela.
W miarę słuchania, Billy nie do końca świadomie odhaczał w myślach kolejne punkty, nie tylko uzupełniając nimi swoje podejrzenia, ale i od razu porównując do nich Dooma. Wielka wiedza pasowała, bo w końcu władca Latverii był uznawany za jedną z najinteligentniejszych osób na Ziemi. Pieniądze również na pewno nie stanowiłyby dla niego żadnego problemu, do tego prawdopodobnie mógłby sobie pozwolić na sprowadzenie czy utworzenie nawet tych rzadkich materiałów... Ale jaką mógł mieć ku temu wszystkiemu motywację? Tego Kaplan nie wiedział. I prawdę mówiąc wolałby się mylić - szczególnie teraz, gdy po jego głowie kołatała się bardzo niewygodna refleksja. Doctor Doom słynął nie tylko z ogromnego intelektu, ale i z adekwatnych rozmiarów ego. Być może nie potrafiłby się oprzeć użyciu własnego imienia...?
Nastolatek aż przygryzł lekko dolną wargę, gdy Vision zaczął rozwodzić się nad potencjalnymi opcjami... A dokładniej nad tą drugą, że cel stworzenia Victora nie został jeszcze wypełniony i że to coś dopiero ich czekało. Tę możliwość niestety po cichu obstawiał, choć aż do tego momentu nie chciał tego przyznać - nawet przed samym sobą, szczególnie przed sobą, panicznie i uparcie. Koniec końców oznaczałoby to, że Tarcza mogła mieć odrobinę racji, a chłopak chyba nie był jeszcze gotowy, aby się z tym pogodzić. Mimo wszystko nie potrafił otwarcie myśleć o kimś znajomym, lubianym, nawet bardzo... I wiedzieć w tej osobie zagrożenie.
Ręce Kaplana przycisnęły się trochę mocniej do jego pasa, lecz z tego również nie całkiem zdawał sobie sprawę. Owszem, czuł to, rejestrował doznanie, ale najwłaściwiej byłoby chyba powiedzieć, że nie zwracał na nie uwagi, pochłonięty słowami Visiona oraz własnymi przemyśleniami. Cała jego postawa wyrażała spięcie, mogła się wręcz wydawać zamknięta, lecz nie na argumenty - przeciwnie, bo Billy przyjmował je wszystkie, a niektóre aż za bardzo brał do siebie.
W tej chwili chyba rzeczywiście mógł... Mogli tylko czekać. I mieć nadzieję, że nie wisiało nad nimi jednak nic poważnego, skoro nawet Mściciel przyznał, iż istniała taka opcja. Nastolatek starał się wmówić sobie, że - zgodnie z opowieściami Victora o jego matce - nie było to aż tak nieprawdopodobne... Że mogło chodzić właśnie o stworzenie towarzysza, członka rodziny, a nie broni. Pewnie łatwiej poszłoby mu uwierzenie w tę wersję wydarzeń, gdyby Latynos nie posiadał tylu ofensywnych zdolności. Nadludzką siłę i szybką regenerację dało się jeszcze zrozumieć, bo w końcu jego ciało składało się z innych materiałów, ale te wszystkie sztuczki z elektrycznością czy z magnetyzmem... Wydawały się zbędne u kogoś, kto nie został zaprojektowany do walki. Chyba że to tylko efekt uboczny.
Spojrzenie Kaplana uciekło na moment w dół, gdy Vision nawiązał do swojej własnej sytuacji. Znał ją, oczywiście, przynajmniej na tyle, na ile podano ją do publicznej wiadomości. Była ona zresztą jednym z powodów, dla których w ogóle zadał swoje pytanie. Nie każdemu by z tym zaufał, no i... Może w głębi ducha liczył na to, że usłyszy właśnie takie pocieszenie - że coś zaprogramowanego można było zmienić. Prawdopodobnie nie powinien się w ten sposób ustawiać, zwracać się do kogoś z nadzieją na konkretną odpowiedź, ale jeżeli nawet to zrobił, to czysto podświadomie.
Problem polegał na tym, że chłopak nie czuł się wcale lepiej. Co więcej, wiedział, że od tego momentu jeszcze bardziej będzie się tym wszystkim martwił... Ale równocześnie utwierdził się w przekonaniu, że musiał trzymać się blisko Victora, nie tylko z tych swoich własnych, egoistycznych pobudek, ale też po prostu dla jego dobra. To ostatnie było przecież najważniejsze. I przynajmniej tutaj zgadzały się ze sobą zarówno świadomość, jak i podświadomość Billy'ego. Miła odmiana.
- Dziękuję. I obiecuję. Jeżeli zacznie się coś dziać, coś istotnego, wtedy dam znać albo tobie albo innym Mścicielom. Albo X-Men, jeżeli wy wszyscy będziecie na jakiejś ważnej misji. Ale w tej chwili... Naprawdę nic na to nie wskazuje. Nie kłamałem mówiąc, że nic się nie dzieje, bo on serio nie zrobił niczego podejrzanego albo niewłaściwego, przeciwnie, jest słodki i łagodny. Tylko... - w tym miejscu Kaplan wyraźnie się zawahał. Wiedział, że w tym momencie wybitnie nie wychodziło mu ubieranie swych myśli w słowa, frustrowało go to, a w dodatku wciąż nie potrafił określić ile mógł zdradzić, a co powinien zachować dla siebie. No i... Sam nie był do końca pewien wszystkich swoich powodów.
- Tylko uznałem, że muszę przynajmniej spróbować poznać prawdę. Na wypadek, gdyby coś miało się zmienić. Albo jeżeli ktoś by po niego przyszedł - dokończył wreszcie, choć czuł, że to jedynie sam wierzchołek góry lodowej. Z drugiej strony nie musiał się przecież spowiadać z dosłownie każdej swojej pobudki, tak? Niektóre z nich były na to akurat zdecydowanie za prywatne. Chyba nadszedł czas na szybką i pewnie niezbyt zgrabną zmianę tematu...
- Więc... Jak bardzo powinniśmy się martwić tym spotkaniem w sprawie osób z mocami? - zapytał, może nieco za szybko, ale teraz już go to nawet nie obchodziło. Tak czy siak wiedział, że jego intencje będą jasne, więc co miał do stracenia? Dokładnie. Zupełnie nic. Jego ramiona trochę się rozluźniły, zeszła z niego część napięcia... Rozumiał, że ta kwestia także była poważna, a jednak wyraźnie przejmował się nią o wiele mniej niż losem Victora.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vision
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 149
Data dołączenia : 24/09/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sro Lut 14, 2018 9:06 am

- Rozumiem. Na twoim miejscu prawdopodobnie zachowałby się podobnie. Tym bardziej żałuję więc, że nie mogę ci teraz bardziej pomóc. Jestem jednak pewien, że w końcu uda ci się odkryć prawdę o twoim przyjacielu. – po wszystkim co Wiccan do tej pory pokazał podczas ich rozmowy, Vision coraz mocniej umacniał się w przekonaniu, że ten w przyszłości stanie się przykładem dla innych. Miał niemal wszystkie potrzebne do tego cechy, nad niektórymi wciąż musi popracować, inne wyrobić, ale już teraz pokazuje się z doskonałej strony. On i jego drużyna są przyszłością, której ten świat potrzebuje.
Temat androida został na ten moment wyczerpany, Billy nie chciał zdradzać nic więcej, a syntezoid nie zamierzał na niego naciskać. Dlatego też pytanie, które padło po chwili nie było dla niego ogromnym zaskoczeniem. Może nie spodziewał się poruszenia tego akurat tematu, lecz spodziewał się tego, że w końcu będą musieli zmienić przedmiot rozmowy.
Konferencja… Tyle się w ostatnim czasie działo, iż niemal o niej zapomniał. Sprawa skomplikowana, trudna, choć nie w sposób bezpośredni. Tak przynajmniej sądził on sam. Uważał, że rozmowa jest istota. Zwłaszcza na tematy tak ważne jak przyszłość tak zwanych mutantów oraz superbohaterów. Nie podobał mu się jednak sposób w jaki chce się to przeprowadzić. Gdzieś przez najgłębsze zakątki umysłu przechodziła mu nawet myśl, że całe to spotkanie zorganizowano wyłącznie po to, by sprowokować jakąś grupę do aktu terrorystycznego, który dałby władzom dodatkowe argumenty w walce przeciw posiadaczom genu X oraz pozostałym osobom uzdolnionym. Tę opinię wolał zachować dla siebie. Podzieli się za to innymi wnioskami, które same mu się nasuwają, a które mogą być równie prawdziwe. Choć w tym przypadku wolałby się akurat mylić.
- Sama konferencją? W ogóle. Ona niczego nie zmieni. To tylko przedstawienie dla mediów, obywateli i reszty świata, które ma pokazać prezydenta oraz kongres od tej lepszej strony. Jako osoby pragnące wysłuchać argumentów każdej ze stron nim podjęte zostaną ostateczne decyzje w tak ważnej kwestii. Moim zdaniem, te zapadły już dawno temu, a oficjalnie ogłoszone zostaną w najbliższych tygodniach. I nie wszystkim się spodobają. – mówił swoim normalnym, pełnym spokoju, pozbawionym większych emocji głosem, choć nie pozbawionym ich całkowicie. Obawiał się, choć odczucie to mogło być subtelne, tak dość łatwe do wyczucia przez osobę z nim rozmawiającą. To co działo się wokół kwestii praw mutantów oraz wszystkich innych uzdolnionych niezwykle go martwiło. Większość informacji, które docierały jego uszu było jedynie plotkami, lecz i w nich zawsze jest ziarno prawdy. Najpewniejszym tematem wydawał się akt rejestracji wszystkich osób obdarzonych mocami oraz tych parających się działalnością tak zwanego superbohatera. Jego uchwalenie przyczyni się do powstania ogromnego chaosu. Co do tego Vision nie miał żadnych wątpliwości. Nie wszyscy zgodzą z postanowieniami tego dokumentu, mając ku temu dobre powody które on w pełni rozumiał. To może skończyć się inaczej niż myślą osoby, które stoją za jego powstaniem. A może właśnie w sposób jaki sobie tego życzą. To też była jakaś ewentualność, którą syntezoid rozpatrywał.
- Do tego czasu nie możemy nic zrobić. Musimy czekać na oficjalne wieści. Dopiero wtedy będzie można rzeczywiście ocenić wpływ podjętych przez władze decyzji na naszą przyszłość. – choć spodziewał się, że ostateczne wnioski nie będą za bardzo różnić się od tych, które można wyciągnąć już teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 494
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sro Lut 14, 2018 3:15 pm

Takie podejście do tematu konferencji nieco Billy'ego zaskoczyło i zapewne od razu odbiło się to na jego twarzy, a już w szczególności w jego oczach oraz w lekko uniesionych brwiach. Po całym tym rozgłosie w ostatnich tygodniach spodziewał się czegoś... Istotniejszego. Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że decyzje i tak zapadały za zamkniętymi drzwiami, a polityka była czymś skomplikowanym i nieprzyjemnym, ale mimo wszystko... Sam nie wiedział.
Chyba po prostu wydawało mu się, że wydawanie tylu pieniędzy dla zwykłego przedstawienia to głupota, kiedy można je było spożytkować w znacznie lepszy sposób. Nie wspominając już o tym, że - jeżeli dobrze zrozumiał wiadomości oraz dyskusje rodziców - na tym spotkaniu zebrać się miało mnóstwo ważnych osób, nie tylko polityków, ale i właścicieli wielkich firm, produkujących rocznie ogromne przychody, a więc i podatki i... I zatrudniających całą masę ludzi... To się prosiło o problemy, a żadna ochrona nie była przecież idealna, choćby nawet do pomocy sprowadzono wszystkich Mścicieli i innych bohaterów. Zmarnowane pieniądze chłopak potrafił jeszcze zrozumieć, ale ryzykowanie zdrowiem i życiem tylu osób już go przerastało. Zarówno z moralnego, jak i praktycznego punktu widzenia. Choć wolał myśleć, że rządzący nie opierali się tylko i wyłącznie na tym ostatnim...
- Czego by nie zadecydowali, tak czy siak zrobią sobie wrogów z tej drugiej strony - zgodził się na początek, siląc się na obiektywność. Nie było to zresztą aż tak trudne, bo w końcu właśnie na tym opierała się uniwersalna prawda - że prawie nigdy nie dało się dogodzić każdemu. Pytanie tylko na kogo zamierzano postawić teraz... W stosunku do ludzi bez wyjątkowych zdolności, tych z mocami nie było wielu. Nawet dodając do nich ich rodziny, osoby, które zostały przez nich uratowane, fanów bohaterów... Ta pierwsza grupa i tak mogła przeważać. Nastolatek nie miał pod tym względem pewności. W mediach na zmianę pojawiały się materiały wymierzone przeciwko mutantom, jak i takie, które ich broniły. Wrogowie supermocy chyba po prostu krzyczeli głośniej, ale czy w rzeczywistości było ich więcej? A ilu obywateli w ogóle nie brało w tym wszystkim czynnego udziału i jedynie czekało na decyzję władz? Wrodzony pesymizm Billy'ego nastawiał go na najgorsze, ale on i tak próbował patrzeć na sprawę logicznie.
Chłopak odruchowo pokiwał głową na kolejne słowa Visiona, po czym westchnął cicho. Tak, pewnie rzeczywiście nie pozostawało im nic innego... Spojrzenie Kaplana znów powędrowało na bok, lecz tym razem nie w stronę placu pod nimi, tylko dalej, wyżej... Po granicy widoczności. Prawdę mówiąc nie rozumiał tego nagłego wybuchu paniki i niechęci. To przecież nie tak, że mutanci pojawili się niespodziewanie, więc już od lat żyli obok i jakoś ludzie bez mocy nie zostali przez to wyeliminowani. Superzłoczyńcy równie często opierali się na technologii czy zwykłej broni. Pewnie większe było prawdopodobieństwo, że ktoś agresywny czy szalony dobierze się do pistoletu niż do nadludzkich zdolności, a te ostatnie często trudniej się ukrywało, więc łatwiej nadzorowało... A Tarcza na pewno ich pilnowała.
- Nie wiem tylko co jeszcze mogliby legalnie zrobić, czego już nie praktykują. Bo praw człowieka przecież oficjalnie nie złamią, za bardzo by tym sobie zaszkodzili... A nie wierzę, żeby teraz nie wyszukiwali i nie pilnowali mutantów i innych, skoro potrafili znaleźć część członków mojej drużyny. Kiedyś chyba czytałem nawet artykuł, w którym jeden z naszych generałów praktycznie przyznał, że posiada listę osób z mocami - zauważył. Nie pamiętał już szczegółów z tego wywiadu, ale ta jedna informacja została w jego głowie, choć natknął się na nią już chyba dobrych kilka miesięcy temu. Wydawała mu się wtedy najbardziej alarmująca.
Billy nie miał dowodów na to, że on sam był w jakiś sposób śledzony przed dołączeniem do Young Avengers i prawdę mówiąc podejrzewał, że nie... Bo w końcu jego moce objawiły się dosłownie tego samego dnia, więc Tarcza musiałaby działać niesamowicie szybko. Mimo to z jednej z jego dawnych rozmów z Teddy'm jasno wynikało, że agencja zwróciła się do niego już wcześniej, zanim jeszcze przypadkowo uwikłali się w starcie z tą dziwną istotą i jej portalami... Czyli jego najwyraźniej Tarcza miała na oku. A jeżeli wojsko faktycznie posiadało jakiś spis mutantów, to agenci tym bardziej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vision
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 149
Data dołączenia : 24/09/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sob Lut 17, 2018 3:15 pm

- Oczywiście, że to robią. Ich praca jest jednak utrudniona, ponieważ wykrycie posiadaczy genu X wcale nie jest obecnie tak proste. Choć jestem pewien, że i nad tym trwają odpowiednie badania. To samo tyczy się bohaterów. Nie wszyscy decydują się na ujawnienie swoich tożsamości, nie zdradzają się nawet przed swoimi bliskimi, nierzadko mierząc się z trudami łączenia tego typu działalności z normalnym życiem. Odpowiednia ustawa, lub ustawy mogą niejako zmusić wszystkie te osoby do ujawnienia się, pod groźbą kary więzienia jeśli tego nie zrobią lub będą stawiali opór. Nietrudno się domyślić, co stanie się, gdy odpowiednie akty prawne rzeczywiście dojdą do skutku. – niektórzy pewnie ugną się pod ciężarem oczekiwań społeczeństwa, a także w trosce o dobro swoich najbliższych. Inni, którzy postanowią zignorować postanowienia rządu, staną się przestępcami, zbiegami, oficjalnie ściganymi przez wszelkie służby mundurowe. W tym, chcąc nie chcąc, ich dawnych przyjaciół ze społeczności superbohaterów. Czy może z tego wyniknąć coś dobrego? Chyba tylko szaleniec powiedziałby, że tak. Miał kontynuować swój wywód, gdy coś mu przerwało. Natychmiast rozpoznał głos, który usłyszał.
- Przepraszam. – wskazał chłopakowi, iż przez moment będzie skupiony na czymś innym. Choć nie powiedział, ani nie pokazał tego wprost, Wiccan mógł bez problemu domyślić się, że za pewne dostał wiadomość od kogoś z drużyny i jest to sprawa dość pilna. Tak też było, bo Vision właśnie został poinformowany, że Stark niestety nie może reprezentować drużyny podczas rozpoczynającego wkrótce wydarzenia i to właśnie on został poproszony przez pozostałych Mścicieli o zastąpienie Tony’ego oraz przedstawienie przed wszystkimi zgromadzonymi oficjalnego stanowiska grupy na temat omawianych podczas konferencji kwestii. Zgodził niemal natychmiast. Wbrew wygłoszonej przed paroma chwilami opinii na temat konferencji nie mógł udzielić negatywnej odpowiedzi. To mimo wszystko spora szansa, rozstrzygnięte zostać mają ważne dla wszystkich sprawy i nie można dopuścić do sytuacji, w której być może najbardziej znana drużyna bohaterów nie będzie tam reprezentowana przez żadnego z jej członków. Co prawda na miejscu zjawić miała się także Wanda, lecz ona miała być głosem X-Men oraz całej społeczności mutantów. Łączenie tego ze sprawami Avengers nie było więc wskazane.
- Wygląda na to, że będę miał przyjemność uczestniczyć w rzeczonym przedstawieniu osobiście. – krótko poinformował chłopaka, krótko przekazując mu w ten sposób dlaczego zmuszony został do przerwania ich rozmowy. – Mam nadzieję, że wkrótce będziemy jeszcze mieli okazję się spotkać. Teraz muszę cię opuścić. – uniósł się lekko w powietrze,  cały czas zwrócony twarzą ku Billy’emu.
- Odezwij się, gdy porozmawiasz z przyjaciółmi o naszych ustaleniach. I powodzenia w drugiej sprawie. Mam nadzieję, że uda ci się czegoś dowiedzieć. – po tych słowach wzbił się bliżej i odleciał wpierw w stronę Avengers Tower, skąd następnie uda się do Waszyngtony, gdzie odbyć się ma rzeczona konferencja.
[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 494
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sob Lut 17, 2018 6:33 pm

Billy doskonale potrafił sobie wyobrazić konsekwencje tego, o czym mówił Vision. Ktoś mógłby stwierdzić, że ze względu na swój wiek chłopak niewiele jeszcze wiedział o życiu oraz świecie i w pewnych kwestiach pewnie rzeczywiście tak było, ale w tym temacie siedział od dawna, interesował się nim, dosłownie od lat marzył o dołączeniu do grona bohaterów albo chociaż o poznaniu kilku z nich... Więc miał czas, aby bardzo dokładnie przeanalizować sobie problem utrzymywania tajnej czy publicznej tożsamości.
Z całą swoją wiedzą i wszystkimi przemyśleniami nastolatek tak czy siak nie potrafił jednak określić czego powinni się trzymać Young Avengers. Znał oczywiście własną preferencję, ale przy odpowiedniej argumentacji był skłonny dostosować się do reszty drużyny. Ze względu na swoją rodzinę nie chciałby otwarcie przyznawać się do swoich zdolności i przynależności do grupy, ale z drugiej strony... Gdyby alternatywą stało się zakończenie działalności albo bezprawne jej kontynuowanie, to wybór nie prezentowałby się najlepiej.
Kaplan już zaczynał otwierać usta, aby coś na to wszystko odpowiedzieć, kiedy Vision dał mu znać, by się z tym jeszcze wstrzymał. Chłopak posłusznie zachował milczenie, choć równocześnie posłał Mścicielowi pytające spojrzenie i przechylił głowę lekko na bok. Domyślał się, że Vision odbierał właśnie jakiś komunikat albo może ktoś się do niego odezwał, dlatego o nic nie pytał, żeby tego nie zagłuszyć albo nie rozproszyć uwagi bohatera... A jednak wyraźnie rozpaliły się w nim ciekawość i zainteresowanie.
By nie wpatrywać się w Mściciela natrętnie przez cały czas oczekiwania, Billy ponownie odwrócił od niego wzrok i przez chwilę znów skanował nim okolicę. Podobał mu się taki widok z góry - wcale nie tracił na uroku w miarę obserwowania. Nastolatek uznał, że naprawdę powinien częściej podróżować w powietrzu, wysoko ponad miastem... Bo w końcu w Nowym Jorku i tak robiło to sporo osób, więc nikt nie powinien się go chyba o to przyczepić, prawda?
Dopiero kiedy Vision przemówił, nastolatek obrócił głowę twarzą w jego stronę... I przez te wieści aż uniósł w zaskoczeniu brwi. To był dopiero niezły zbieg okoliczności, że dopiero co rozmawiali między sobą o konferencji, a tu Mściciel najwyraźniej został na nią właśnie oddelegowany... Mimo to Kaplan po prostu kiwnął głową, nie wyrażając swojego zdziwienia na głos. Nie było aż tak istotne.
W zaistniałych okolicznościach chłopak spodziewał się już rychłego zakończenia spotkania - i nie pomylił się, bo Vision od razu do tego nawiązał. Głowa Billy'ego musiała odchylić się trochę do tyłu, gdy w dalszym ciągu śledził spojrzeniem wznoszącego się teraz bohatera.
- Jasne, dziękuję. Będę pamiętał. I... W takim razie powodzenia na konferencji? - zwrócił się do niego na pożegnanie, z rozpędu reagując chyba w trochę niewłaściwej kolejności, ale trudno, za późno. To ostatnie wypowiedziane przez Kaplana zdanie nie było tak naprawdę do końca pytaniem, a sugerująca to nutka świadczyła bardziej o niepewności, niż o faktycznym oczekiwaniu na potwierdzenie.
Jeszcze przez krótką chwilę nastolatek obserwował oddalającego się Mściciela, lecz sam nie ruszał się z dachu. Musiał zadecydować co dalej. Powinien pewnie rozmówić się z pozostałymi, najlepiej osobiście, a w ostateczności przez telefon... To zaś oznaczało, że miał do obejścia trochę osób. Z którymi najpierw powinien się umówić, bo choć do Teddy'ego czy Kate mógł zawitać bez zaproszenia, tak na przykład Cassie lepiej było uprzedzić - ze względu na jej mamę i ojczyma... Głównie ojczyma. Billy wciąż nie rozumiał jego problemu, ale pewnie nie powinien się wtrącać.
Z tym postanowieniem Kaplan sięgnął po swoją komórkę i prędko rozesłał wiadomości o tej samej treści do koleżanek i kolegów. Kiedy tylko skończył, od razu schował urządzenie na jego poprzednie miejsce, a następnie otoczył samego siebie błękitną energią, za jej pomocą ostrożnie podrywając się z budynku do lotu.

Z/t.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar
avatar

Liczba postów : 449
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sro Maj 02, 2018 8:31 pm

| stąd

Wiedziony ciekawością - a może nawet i przeczuciem, tak znanym pozostałym Pająkom - Ben mógł kiwać się i huśtać między wysokimi budynkami. Właściwie jednymi z wyższych i bardziej reprezentacyjnych. Każdy znał 5th Avenue czy Columbus Circle w jednym z rogów Central Parku. Mniej więcej w te okolice podążał Reilly, wykorzystując niekonwencjonalną dla postronnych i zwyczajnych obywateli formę podróży. Z pewnością te kilkanaście metrów nad ziemią pozwoliło mu na to, aby swobodniej rozejrzeć się po okolicach, które mijał. Słyszał krzyk czy wybuch samochodu, ale też był w stanie zobaczyć atak jednego z superbohaterów, choć działanie było na tyle szybkie, że trudno byłoby mu zidentyfikować, kto był tym walecznym.
Ben wyleciał zza winkla, aby móc zobaczyć po prawej dalszy ciąg wysokich budynków, a po lewej dłuższy, rozciągający się jeszcze dalej (za nim) bok Central Parku. Jednak malowniczy krajobraz nie zwracał uwagi tak bardzo, jak rozproszony, spanikowany tłum ludzi przebiegających wzdłuż ulicy poniekąd na oślep. Ze względu na to, że były to godziny szczytu - był również w stanie dojrzeć porzucone pojazdy czy przewrócone rośliny lub tablice z reklamami.
Zdecydowanie gorszym widokiem były nieruchome ciała na ulicy i chodniku czy plamy krwi, które pochodziły od różnych osób i łączyły się ze sobą. Najwidoczniej roboty działały tak, jak można było przewidywać w niezbyt optymistycznych filmach z androidami - ot, zemsta. Do Columbus Circle było paręset metrów, które z łatwością mógł pokonać. Na tym odcinku znajdowały się trzy Sentinele; roboty o wysokości około dwóch metrów, których kolorystyka była szaro-fioletowa, natomiast korpus ozdobiony był okrągłym kształtem mogącym kojarzyć się z projektami zbroi Tony’ego Starka.
Roboty wykonywały sztywne, nieco wymuszone ruchy. Ramiona albo zostały wyciągnięte całkowicie, albo opuszczone. Kroki były powolne, a głuchy odgłos wskazywał na ciężar Sentineli.
Przed Pająkiem mignął kolejny robot, ale była to dosłownie chwila. Wokół maszyny pojawił się rudobrązowy okrąg, który zaraz przekształcił się w kolumnę. Istne tornado, bo gdyby przyjrzeć się dokładniej Ben był w stanie dojrzeć ruch wspomnianego słupa, który zaatakował Sentinela.
Jeśli zdecydował się przyjrzeć tej scence dłużej, mógł też dojrzeć, jak maszyna przesuwa się niezależnie od swojej woli. Ramiona robota ponownie zostały uniesione, a z nich wystrzeliły promienie energii. Spokojnie można było uznać, że działał na oślep. Przynajmniej z oddali.
Ciężko byłoby dostrzec z odległości kilkudziesięciu metrów mikroskopijnego superbohatera.


| Godzina między 15 a 16.
| Jeśli jakieś niejasności, błąd, problem, et cetera, et cetera - to śmiało pisz na PW.

_________________


This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci


Ostatnio zmieniony przez Carol Danvers dnia Pią Sie 03, 2018 7:41 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Scarlet Spider

avatar

Liczba postów : 88
Data dołączenia : 07/07/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Nie Maj 06, 2018 7:20 pm

Speed, jak to na kogoś o superszybkości przystało - po prostu zniknął, rzucając wcześniej nieśmiesznym, zaczepliwym tekstem. Ben przekręcił głowę w bok i podrapał się palcem po policzku. Przez maskę oczywiście. W końcu był w mieście. Za dnia. Podczas ataku robotów. Zdjęcie maski prosiło się wręcz o zdjęcie z jednego z aparatów ludzi, którzy dokumentowali wszechobecny chaos.
- Wygląda na to, że zostałem sam. Świetnie! Parker Luck! - zaraz po tym zarejestrował oczami ruch, który zniknął po chwili za kompleksem budynków. Scarlet Spider wzruszył ramionami, po czym wstał i zeskoczył z dachu, strzelając siecią w połowie budynku i zaczepiając się nią o ścianę następnego.
- Chcesz, żeby coś było zrobione dobrze? Zrób to sam... Albo przynajmniej spróbuj. - powiedział do siebie w myślach, bujając się zwinnie na pajęczynie przed siebie.
Podążając w stronę Central Parku, napotykał po drodze przerażające widoki, których z pewnością nie pozbędzie się z głowy przez najbliższe kilka tygodni. Ciała na chodniku leżące w kałużach krwi i tratujący siebie nawzajem ludzie, którzy uciekali w popłochu.
Wybiwszy się wysoko do góry, wylądował na kominie jednego z budynków na Columbus Circle. Na ulicy pod nim znajdowały się trzy dwumetrowe roboty, a każdy z nich działał tak, jakby zaprogramowano go na sianie totalnego chaosu, ale w bardzo nieudolny sposób.
Ciężko było ogarnąć to, co się dokładnie tam działo. Z tej perspektywy niewiele widział i nie wszystko było jasne.
Skupił swoje spojrzenie na Sentinelu, który znajdował się najbliżej niego i zeskoczył z dachu, dając nura w dół. Jego bluza wprawiona w ruch zatrzepotała charakterystycznie. Wyciągnął przed siebie obie dłonie i zaczął strzelać pociskami sieci, które przy kontakcie z celem powinny eksplodować i całkowicie pokryć go siecią. Sztuczka ta nazywała się Impact Webbing, którą podobnie jak wyrzutnie sieci i samą sieć, skonstruował samodzielnie.
W pewnej chwili lewą ręką wystrzelił "normalną" strużkę sieci, by przykleić się do ściany kamienicy i przebujać się z jednej strony ulicy na drugą. Prawa ręka wciąż ostrzeliwała Sentinela jak największą ilością sieci, by choć na chwilę go zatrzymać w sieciowym kokonie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar
avatar

Liczba postów : 449
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pon Maj 07, 2018 12:38 pm

Sentinel, który został obrany przez Bena jako cel, znajdował się w połowie odcinka między Columbus Circle a 7th Avenue, czyli całkiem niedaleko. Wciąż jednak nie było to miejsce, gdzie pojawiło się tornado, a kilka dobrych minut wcześniej jakiś kształt.
Atak z góry zdecydowanie był czymś dobrym. Reilly nie narażał się na atak maszyny, której wyprostowane ramiona ciągle uwalniały promienie energii. Jedna z nich trafiła w tylną część samochodu stojącego pod budynkiem. Scarlet Spider szybko dostrzegł, że siła uderzenia nie tylko spowodowała wywrotkę dwuśladowca, ale też odepchnęła na kilka metrów do ulicy, zza której wcześniej się wyłonił.
Widział też jak część ludzi ucieka do budynków czy w przeciwną stronę. Zgodnie nie tylko z radami, jakie można było usłyszeć w stacjach radiowych, we wiadomościach i mediach społecznościowych, ale też z ich instynktem samozachowawczym.
Pociski, które wydobyły się z wyrzutni, wylądowały na metalowych powłokach Sentinela. Jedna z nich przykleiła się do dłoni maszyny, a pozostałe oplotły białą siatką w wystarczająco szybkim tempie, żeby się ze sobą scalić i jednocześnie wzmocnić. Wciąż jednak jedno ramię było wolne, aczkolwiek dłoń skierowana była ku ulicy, w której pozostał ślad po promieniu - głębokie i dość szerokie wyżłobienie. Niestety temperatura i siła przebicia nie będą w stanie całkowicie unieszkodliwić maszyny. Chwilowo przystopowany robot, ponownie zaczął iść ulicą w poszukiwania skupiska ludzi.
Z kolei w przypadku Ant-Mana ucierpiało kilkadziesiąt mrówek tworzących tornado. Wiązka przebiła się przez fragment ruchomej kolumny. Ruchy robota były spowolnione, jakby drobne przeszkody będące pomocnikami Scotta, były w stanie wypełnić szczeliny między panelami Sentinela. Mimo wszystko, Lang musiał wymyślić coś innego, żeby zniszczyć wroga. Tuż przed powrotem do swojego wzrostu, zwiększoną pięścią wymierzył w biodrową część maszyny, co poskutkowało przechyleniem do boku jego korpusu.
Trzeci z kolei Sentinel znajdował się po drugiej stronie Columbus Circle, od którego prowadziła dwujezdniowa ulica Broadway. Tam znajdowało się zdecydowanie większe skupisko spanikowanych mieszkańców i turystów Nowego Jorku, którzy uciekali w popłochu. Przestraszone towarzystwo nieszczególnie zwracało uwagę na pozostałych; każdy z osobna starał się, by jak najszybciej opuścić ulicę. Niektórzy biegli w stronę budynków, a inni - zniecierpliwieni nagłymi tłumami przy wejściach - w zaułki lub jeszcze dalej.
Robot uniósł ramię z zamiarem wystrzelenia wiązki w stojących najbliżej niego ludzi. Wśród nich, właściwie na samym końcu, była kobieta z wózkiem dziecięcym. Być może nie myślała trzeźwo - co nie było takie dziwne - a być może brała pod uwagę to, że pojazd dla dziecka będzie jeszcze bardziej kłopotliwy. Zatrzymała się, nie próbując nawet usunąć się z linii ognia. Spanikowanymi ruchami próbowała odpiąć zabezpieczenia w siedzisku dziecka, co jej nie wychodziło. Złośliwość rzeczy martwych.


| Do sesji dołączy Rictor
| W razie co mogę dać mapkę z okolicą, żeby lepiej ogarnąć.

_________________


This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rictor

avatar

Liczba postów : 142
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pon Maj 07, 2018 10:26 pm

Po odcięciu od reszty Nowego Jorku jednego z parków, wylądowaniu na stałym gruncie i wreszcie rozstaniu się z Torchem, Ric poczuł się odrobinę rozdarty. Przede wszystkim posiadał głęboką potrzebę upewnienia się, że z Instytutem wszystko było w porządku, ale ci jego mieszkańcy, do których posiadał numery telefonów, nie odbierali połączeń. Nawet ich nie odrzucali, po prostu je ignorowali. To samo w sobie jeszcze go aż tak bardzo nie martwiło, bo mogło wynikać nie tylko z tego, że szkoła znajdowała się pod atakiem, ale też zwyczajnie z faktu, że X-Men ruszyli na pomoc zaroboconym miastom... Ale Latynos nie miał jak tego sprawdzić, bo podróż potrwałaby zbyt długo i to właśnie go irytowało.
Drugą opcję, realniejszą, stanowiło dla niego dołączenie do reszty X-Factor, ale Ric prędko przekonał się, że nie mógł złapać Longshota - który teoretycznie powinien przebywać najbliżej - a pozostałych zdążył już poinformować o tym, co się działo, więc był właściwie pewien, że gdzieś walczyli... Nie odpuściliby sobie takiej okazji, szczególnie Star. W związku z tym lepiej było im nie przerywać w trakcie, o ile w ogóle mogliby odebrać... I to wykluczało tę możliwość, chyba że Rictor miałby takie szczęście, że natknąłby się na kogoś znajomego przypadkowo.
Zazwyczaj Ric szczęścia nie posiadał, w związku z czym nawet nie liczył na taki rozwój wydarzeń. Ostatecznie mężczyzna zdecydował się ruszyć po prostu przed siebie, pomagając tam, gdzie było to konieczne i dla niego możliwe. Trzymał się z daleka od tłumów, nie mając ochoty ani zwracać na siebie uwagi, ani zostać stratowany i działał z daleka, na ogół przez wypiętrzanie kamiennych ścian, które osłaniały ludzi i przynajmniej na chwilę utrudniały robotom atakowanie. Rzadziej pozwalał sobie na generowanie wibracji, gdyż te podróżowały od jego ciała - więc skończyłoby się to źle, gdyby ktoś niechcący wpadł pomiędzy niego i jego cel. Już wolał demolować ulice, niż krzywdzić cywilnych.
W ten sposób mutant dotarł aż do okolic Central Parku, wzdłuż którego zdecydował się dalej przemieszczać. W tym celu korzystał z jednej z parkowych dróżek, nie zaś z chodnika przy ulicy - tak było wygodniej i bezpieczniej. Drzewa częściowo go osłaniały, ale pomiędzy nimi widział co się działo, a w ostateczności mógł użyć któregoś z nich jako bariery. Nie lubił robić takich rzeczy, bo mimo wszystko czuł energię życiową przepływającą przez rośliny, ale z dwojga złego lepiej jedno z nich niż on. Mężczyzna obserwował Central Park West, przy którym podróżował, po drodze pokrzykując do ludzi, aby chowali się w budynkach - aż w końcu dotarł niemalże do ronda Columbus Circle.
Tam natknął się już na roboty. Zobaczył je jeszcze z daleka, choć najbliżej miał chyba do tego przy zjeździe na Broadway, a pozostałymi i tak już się ktoś najwyraźniej zajmował. Na szczęście budynki rozmieszczone były w taki sposób, że żaden nie zasłaniał mu widoku. Prawie na linii wzroku Rictor miał metalową rzeźbę w kształcie globusa, ale ona również bezpośrednio mu nie przeszkadzała. Znajdowała się bardziej na prawo. Na szybko Latynos oceniał swoją odległość od wybranej maszyny na jakieś sześćdziesiąt metrów, może trochę więcej... Co niestety wykluczało wibracje, które rozniosłyby część otoczenia i zraniły postronnych, ale aż się prosiło o geokinezę.
Ric nie czekał na żaden znak. Nawet z tej odległości widział, że przy Sentinelu nikt nie przebywał - i nic dziwnego, bo prawdopodobnie nawet najgłupszy człowiek miałby chyba dość rozumu i instynktu samozachowawczego, aby nie pchać się pod nogi machinie zagłady - a do tego widział też, że robot zaczynał unosić ramię. Mężczyzna nauczył się już, że to oznaczało przymierzanie się do ataku. Zaobserwował takie zachowanie wiele razy. Stojąc tuż przy granicy parku, w pobliżu ostatnich drzew - aby w razie czego się za nimi schować - mutant skupił się na tym, co wyczuwał poniżej warstw asfaltu, betonu i innych materiałów.
Zniszczenie maszyny mogło poczekać. Ważniejsze było powstrzymanie tego, co planowała zrobić, dlatego Rictor bezzwłocznie zabrał się za wznoszenie kryjących się pod ziemią skał, przekonując je do gwałtownego wybicia się na powierzchnię do wysokości około dwóch czy dwóch i pół metra - czyli akurat tyle, ile wzrostu miał przeciwnik. Ściana rozciągała się na szerokość niemalże dwóch metrów, więc powinna całkowicie zasłonić Sentinelowi widok z tej strony, w którą planował posłać swój atak. Znajdowała się blisko robota, gdyż Ric nie chciał ryzykować, że ktoś nią oberwie, posiadała zaś grubość około jednego metra. Powierzchnię miała trochę nieregularną, ale stanowiła jeden kawałek skały, a nie zbitek wielu, co dawało jej większą wytrzymałość niż w przypadku alternatywy... I zaraz się okaże czy wystarczającą.
Latynos zadbał o to, aby towarzyszące wypiętrzaniu wstrząsy ograniczyć do niezbędnego minimum, dzięki czemu były ledwo wyczuwalne - ale nie mógł wyeliminować ich kompletnie. Osobiście oceniał je jednak na mniej więcej trójkę albo góra czwórkę w skali, o ironio, Richtera, dlatego zakładał, że większość osób nawet nie zwróci na nie uwagi. W końcu tak czy siak cywili zajmowało coś poważniejszego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar
avatar

Liczba postów : 449
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pią Maj 18, 2018 7:58 pm

Wstrząsy, które pojawiały się przy wybijaniu skały spod asfaltu i nieopodal podziemnego metra, nie były wyczuwalne dla spanikowanych uciekających. Łatwiej powiedzieć, że po prostu przejęci możliwością utraty życia w przeciągu kilkudziesięciu sekund nie myśleli o drżeniu jakie zdążyło się pojawić. Ponadto, byli skłonni zrzucić winę na liczne ataki, liczbę osób zmierzającą niemalże w tym samym kierunku.
Wspomnianej osłonie zajęło chwilę przebicie się przez niższe warstwy. Na szczęście nie trwało to zastraszająco długo, żeby obawiać się o osoby, których ucieczka była utrudniona. Skalista ściana zyskała pożądaną przez latynosa grubość, wysokość oraz szerokość. Powstała ona na około dwa metry od Sentinela. Ramię robota wystrzeliło wiązkę energii w następnej chwili; trafiła ona na trzech czwartych wysokości przeszkody, w sam środek. Uderzenie energii spowodowało, że wierzchnia warstwa osypała się na ziemię, a sam Rictor odczuł tego skutek w sposób pośredni; nie spowodowało to bólu uniemożliwiającego dalszego działania. Było to swego rodzaju tknięciem, jakby raptownym i irytującym ukłuciem.
W każdym razie Sentinel po chwilowej zwłoce kontynuował zniszczenie ściany. Zmienił nieznacznie taktykę, wykorzystując do tego otwór na swoim korpusie. O większej średnicy, a co za tym szło - o większym polu rażenia za jednym uderzeniem.
Scott Lang natomiast dalej walczył z robotem, który został skrzywiony na wskutek poprzedniego uderzenia Ant-Mana. Pochylony o kilka centymetrów, pod innym kątem miał wystawione ramiona, a z ich dłoni wiązki energetyczne sięgały jakieś dziesięć, może piętnaście, metrów dalej. Jedna z nich trafiła w samochód stojący podobną odległość od Rictora. Auto było już zniszczone, aczkolwiek przecięcie wiązką wzdłuż boku karoserii spowodowało wybuch dwuśladowca, który w miejscu podskoczył pod wpływem uderzenia i wylądował na chodniku, pod kilkoma drzewami. Sentinel wykonał sztywny obrót swojego korpusu, przez co energią pociągnął po pobliskich budynkach aż do pomnika Krzysztofa Kolumba, którego wysokość wynosiła około dziesięciu metrów.
Nie uszło to uwadze Ant-Mana, który zwiększając swój wzrost, doskoczył do posągu, żeby złapać go w porę, zanim ten runął na kilka osób robiących sobie skrót przez zniszczony plac do jednego z budynków.
W międzyczasie Rictor był w stanie zauważyć czerwono-brunatny ruch po lewej stronie. Nie miał najlepszego punktu widokowego, ale widział, że ciemnobrązowe podłoże w pewnych fragmentach miało jaśniejszy odcień. Scarlet Spider z kolei miał zdecydowanie lepszy widok, więc bezproblemowo on, osoby przebywające na wyższych piętrach budynków i ktoś, kto przelatywał (czy superbohater, czy dron, czy helikopter), był w stanie dojrzeć napis: "Ants Assemble!".
Ben mógł przekonać się, że będzie musiał wymyślić coś innego, skoro Sentinel był w stanie przepalić sieci, które tymczasowo przesłoniły repulsory. Młody mężczyzna mógł zaobserwować jak robot sztywnymi krokami przemierzył kolejne metry wzdłuż ulicy. Nie dbał o to czy nadepnął na jedną ze swoich ofiar. Mimowolnie do uszu Pająka szybko dotarł dźwięk pękających pod dużym ciężarem kości. Mogło to być obrzydliwe, a tym bardziej przerażające.
Osuwając się na pajęczynie, Reilly minął się z dziewczyną, która stała w oknie i przez szybę hotelową nagrywała całe zdarzenie. Miała przekłuty nos i średniej długości jasne włosy. Gdy tylko zauważyła ruch za oknem w odległości zdecydowanie niepokojącej to rozdziawiła zdziwiona usta.
Pająk mógł usłyszeć również wybuch samochodu nieopodal Columbus Circle. Ten wylądował pod częścią ulicy, od której było jedno z licznych wejść do Central Parku. Nie widział mutanta stojącego między drzewami niemalże w samym rogu parku.
Ben postanowił raz jeszcze zaatakować Sentinela. Wylądował na dachu jednego ze zniszczonych już samochodów i wystrzelił w stronę pleców robota. Sieć przyczepiła się do okolic silnika. Scarlet Spider szarpnął w swoją stronę, przez co maszyna cofnęła się o parę kroków. Kolejne sieci wylądowały powyżej silnika odrzutowego. Dzięki temu następne szarpnięcie mogło przynieść większe efekty. Ale czy na pewno? Sentinel właśnie postanowił unieść się w powietrzu.


| Jako że Ben zgłosił nieobecność, to postać tymczasowo poprowadzona będzie w charakterze NPC.

_________________


This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rictor

avatar

Liczba postów : 142
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pią Maj 18, 2018 11:15 pm

Rictor nie czekał ani chwili na dalsze pomysły i poczynania robota, nie chcąc zmarnować nawet jednej sekundy przez niepotrzebne wahanie. W pełni wystarczała mu świadomość, że jedno uderzenie promienia to było za mało, aby przebić się przez jego ścianę. Teraz miał tylko nadzieję, że wytrzyma ona na tyle długo, aby mógł zrealizować swoje własne zamiary... A jeżeli nawet nie, to oby po prostu zniszczona została jak najpóźniej.
Po tym pierwszym uderzeniu mężczyzna zarówno czuł, jak i widział, że robot zwlekał - i takie zachowanie również zdążył już wcześniej u nich zaobserwować, dlatego nie łudził się, że ten stan się utrzyma. Wiedział, że to była najwyżej kwestia sekund. Jeszcze zanim maszyna zmieniła swój plan działania, Latynos przystąpił już do przesuwania warstw skał pod ziemią wokół niej, co początkowo objawiało się niegroźnymi, niemalże niemożliwymi do wychwycenia drganiami. Nie chciał rozpoczynać ataku od razu, bo by się z nim zdradził, a przecież Sentinele potrafiły latać. O wiele rozsądniej było wszystko przygotować i odczekać do ostatniej chwili, aby wykorzystać element zaskoczenia. Roboty zdawały się rozumować na tyle wolno, że to nawet mogło zadziałać.
Dłonie mutanta, ułożone poziomo i wnętrzem skierowane w dół, znajdowały się dość blisko reszty jego ciała, lecz do niego nie przylegały - gdyż ramiona odchylił nieznacznie na boki. Nie było to tak naprawdę konieczne, bo gestów używał głównie jako ułatwienia przy ukierunkowywaniu wibracji, a teraz robił coś dużo bardziej naturalnego i zarazem obszarowego, ale szczerze mówiąc umieścił je w ten sposób odruchowo. Jego twarz zwrócona była ku robotowi, na którym utrzymywał spojrzenie... I tylko na moment oderwał od niego wzrok, zaskoczony nagłym wybuchem po swojej lewej stronie. Serce zabiło mu mocniej, nim zorientował się, że przebywał w bezpiecznej odległości od tamtego zamieszania. Wówczas ponownie skupił się już na wybranym Sentinelu.
Rictor wiedział jedno: nie mógł się rozpraszać, a już zwłaszcza denerwować... Bardziej niż zwykle. Co prawda Nowy Jork nie był jakoś szczególnie aktywny tektonicznie, ale nawet tutaj chwilowa utrata kontroli nad mutacją oznaczałaby nieprzyjemne konsekwencje. Latynos tak czy siak zamierzał dokonać świadomych zniszczeń. Przypadkowe tylko pogorszyłyby sytuację. Akcję z parku zamierzał zrzucić na Torcha, aby to on się z niej tłumaczył za nich obu. Tutaj nie posiadał takiego luksusu... Raczej. Choć kątem oka widział, że uszkodzony pomnik podtrzymywał ten nowszy Ant-Man... Ric byłby nawet skłonny mu z tym pomóc i wytworzyć kamienny filar jako oparcie, ale szybko doszedł do wniosku, że nie musiał się w to mieszać. Avenger mógł po prostu odstawić zbędny balast i wrócić do walki.
Mutant tymczasem miał na głowie coś innego. Jego atak został już przygotowany, wyciągnięty płytko pod ziemię, dzięki czemu mężczyzna mógł w tym samym momencie mocno szarpnąć w górę kilka skalnych płyt rozmieszczonych dookoła robota. Wszystkie wybiły się z podłoża po skosie, zaczynając może jakieś półtora metra od niego, z pięciu stron i w mniej więcej równomiernych odstępach od siebie. Ich zadaniem było szybkie utworzenie czegoś w rodzaju szczelnej klatki, dlatego miały się na siebie nałożyć i spotkać maksymalnie metr ponad maszyną, bez wyrządzania jej jakiejkolwiek krzywdy, by za wcześnie nie sprowokować reakcji. Z tego względu - oraz dla ułatwienia przy przebijaniu się - każda z nich na szczycie była węższa aniżeli u podstawy. Tę z przodu, stojącą na drodze promienia przeciwnika, specjalnie uczynił grubszą.
Ric zdawał sobie jednak sprawę z tego, że Sentinel najpewniej nie będzie miał dużych problemów z wydostawaniem się z takiej pułapki, dlatego na tym nie poprzestał i działał szybko. Wszystko miał już wcześniej zaplanowane i teraz tylko odhaczał kolejne punkty. Ziemia pod całą klatką natychmiast się zapadła, ciągnąc ją w dół i wytwarzając w ulicy niemalże okrągłą dziurę, lecz jedynie na moment. Zaraz potem wypadające ponad nią warstwy już się przesunęły, więc w tym samym czasie wyrwa się zamknęła - pozostawiając po sobie ślad pod postacią mocno popękanego asfaltu oraz kamieni - a robot sprowadzany był głębiej, gdzie już po paru sekundach z każdego kierunku zaczęły na niego naciskać masy skał i ziemi.
Gdyby na którymkolwiek etapie coś poszło nie tak, Rictor mimo wszystko zrobiłby co w jego mocy, aby ściągnąć maszynę pod poziom ulicy i naprzeć na nią gruntem, aby ją zmiażdżyć. Jeżeli udałoby jej się zniszczyć którąś z zakrywających ją płyt - wątpliwe, bo w końcu na pierwszej ścianie sprawdził siłę tych promieni, ale wolał być gotowy na każdą ewentualność - postarałby się szybko wewnątrz pułapki wywindować po skosie kolejne, mniejsze kamienie, układające się tak, aby jak najdłużej przytrzymać Sentinela za nogi. W najgorszym wypadku zamierzał zmusić głazy do pęknięcia, aby stały się ostre na końcach - i sięgnęły na tyle wysoko, by spróbować jak najgęściej przebić robota i uwięzić go przy ziemi... O ile dałyby radę z jego pancerzem... A następnie postępowałby zgodnie z planem wciągnięcia go pod spód. Liczył na to, że w takim wypadku przeciwnik skupi się na atakujących go mniejszych skałach i nie zareaguje wystarczająco szybko na opadanie, aby uciec z pułapki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar
avatar

Liczba postów : 449
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Nie Maj 20, 2018 6:32 pm

| Scarlet Spider i Ant-Man - NPC

Ben, chcąc nie chcąc, samego siebie wpakował w kłopoty. Wielokrotnie wystrzelone sieci, których lin było sześć (po trzy na jedną stronę), oblepiły jedną z dłoni Scarlet Spidera. Młody mężczyzna mógł widzieć jak Sentinel, którego zaatakował, coraz wyżej unosi się nad ziemią pełną ofiar. Nie tylko poświata przy dolnej części silnika o tym świadczyła. Lekki podmuch wiatru pod stopami robota także były informacją dla Reilly’ego, że lada moment będzie w stanie latać. I to nie w ten sposób, do którego był przyzwyczajony.
Pajęczy zmysł dał o sobie znać w momencie, kiedy stopy Pająka zostały oderwane od dachu samochodu. Długość przyczepionych sieci wynosiła około siedmiu metrów i tyle Sentinel potrzebował, żeby unieść balast jakim był Ben. Dla niego samego wysokość od podłoża wynosiła około pół metra od dachu samochodu. To, co mu pozostało, to rozhuśtanie się i zahaczenie o jedną z latarni. Jako że miał wolną rękę to użył jej do wystrzelenia kolejnej sieci w pobliską lampę uliczną. Sentinel natomiast leciał w stronę Columbus Circle.
Ant-Man nadal stał na samym środku placu. Wciąż w rękach trzymał pomnik Kolumba. Czekał aż ludzie przebiegną. Mimo że miał wielką ochotę to nie komentował ichniego guzdrania się. Kontrolował w międzyczasie mrówki, które ze zbitego napisu ścigały Sentinela. Chcąc go zatrzymać, utworzyły wokół jego dolnych kończyn kolejne kolumny. Może nie zastopowały go całkowicie, ale zdecydowanie spowolniły w działaniach. Robot najwidoczniej miał już częściowo zniszczone silniki, przez co - jak sąsiednia maszyna - nie podnosił się z ziemi, żeby uwolnić się od mini Mścicieli.
Leż, Krzysztof — odezwał się Scott, kładąc rzeźbę obok zniszczonego podestu. Wolał nie ryzykować, że spadnie na kolejnego zagubionego i uciekającego przechodnia. A nie wykorzysta swoich mniejszych, lecz licznych pobratymców, żeby - jakimś cudem, tak naprawdę - przytwierdzić posąg.
Lang wrócił do swojego wzrostu i sięgnął do paska, z którego wyciągnął dysk zmniejszający. Dopiero teraz oprzytomniał, że posiada takie zabawki i nie musi ciągle wykorzystywać tych małych, acz wiernych mu istot. Rzucił w stronę Sentinela, kiedy ten był bliski wystrzelenia wiązki w stronę ludzi.
Nie zdążył. Jego wzrost został wielokrotnie zmniejszony i ledwo sięgał do kostek. Był niczym zabawka przesłonięta przez tysiące mrówek, do których zmierzał Ant-Man.
Rictor był świadkiem. Jako że działo się to nieopodal niego, bez problemów mógł dostrzec zmiany, jakie spotkały Sentinela. Wracając jednak do jego przeciwnika…
Jedna ściana, która już wcześniej pojawiła się przed robotem, wciąż była przezeń atakowana. Promień z torsu wystrzelił. Nie był on jednak ciągły; maszyna najwidoczniej sprawdzała czy taki atak będzie wystarczający. Jak widać - nie był. Ponownie materiał osypał się na ziemię. Aczkolwiek zanim Sentinel był w stanie zaatakować ponownie, pierwsze skalne płyty przebiły się przez ziemię; zyskiwały na grubości i długości (jakkolwiek to brzmi), z ułożenia powoli przypominając kształt tipi. W momencie, gdy te skrzyżowały się na samej górze, Sentinel dopiero uwolnił wiązkę energii, która już silniej oddziałała na Rictora, gdy poczuł uderzenie.
Jednak nie to było problemem. Członek X-Factor mógł dostrzec grupę ludzi wybiegającą z krzykiem tuż obok globusa. Spanikowani wbiegali po schodach od stacji metro, która mieściła się pod Columbus Circle. Najwidoczniej przebijające się płyty wystraszyły osoby przebywające pod ulicą. Huk na dole był przytłumiony, ale wciąż słyszalny. Ktoś, kto miał wyostrzony zmysł słuchu z pewnością usłyszałby pisk spowodowany alarmowym hamowaniem pociągu.
W związku z tym mutantowi częściowo udało się ściągnąć Sentinela pod poziom ulicy; robot wystawał tak, że parę centymetrów nad ziemią dopiero zaczynał repulsor na korpusie. Wokół dziury powstały pęknięcia, ciągnące się w każdą stronę: placu, Rictora, globusa czy w stronę Broadwayu. Żłobienia były różnej długości i zdecydowanie nie były proste. Niewysoko nad ulicą Julio był w stanie dostrzec liczne pręty zbrojeniowe, które były wykrzywione na wskutek jego działań.
Spomiędzy wielu, drobnych szpar zaczął wydobywać się dym. Robot, który był przytwierdzony skalistymi kolcami w okolicach nóg, mimo wszystko próbować wykorzystać swoje silniki, aby wyrwać się z pułapki. Zniszczenia jednak były znaczące i mimo starań, Sentinel zaczął jedynie coraz silniej drgać.
Natasha Romanoff jechała na zdobytym motocyklu przez Central Park West w stronę Columbus Circle. Mijała liczne ofiary i gruzy czy inne elementy budynków, które na wskutek ataku wylądowały na ulicy. Sama wcześniej mogła dostrzec brunatną kolumnę przypominającą tornado tam, dokąd jechała. Miała jednak przed sobą jedną z przeszkód, a zarazem powodów tylu zniszczeń i ataków w mieście w jednym czasie.
Robot o wysokości dwóch i pół metra, stał na środku ulicy. Z jego ramion wiązka energetyczna przecięła jedną z latarni ulicznych, która z hukiem wylądowała na osypanej drodze. Sentinel wiódł ramieniem za trzema uciekinierami starającymi się - być może bezmyślnie - przedostać się na tę stronę ulicy, od której był park, w jakim można było się schować. Maszyna, póki co, nie zauważyła rudowłosej kobiety na motocyklu.
Sama Natasha nie była w stanie dojrzeć któregokolwiek z mężczyzn. Mogła domyślić się, że Scott był obecny ze względu na mrówcze tornado, jednak Rictor schowany między drzewami na ten moment nie był w zasięgu jej wzroku. Podobnie Ben, który był na ulicy prostopadłej względem tej, którą jechała Romanoff.

| Do sesji dołączy Black Widow
Jeśli będziesz miała pytania lub coś będzie niejasne - uderzaj na PW.
Pod [tym linkiem] jest mapka z mniej więcej określonym położeniem Waszych postaci, NPC i Sentineli.

_________________


This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Black Widow

avatar

Liczba postów : 166
Data dołączenia : 25/05/2012

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Nie Maj 20, 2018 7:36 pm

Rozpędzona Wdowa pędziła na "pożyczonym" Harleyu Davidsonie, manewrując między gruzem.Już szarżowała w stronę ponad dwumetrowego robota, mając ochotę roztrzaskać kolejny pojazd, ale dostrzegła trójkę cywili uciekających przed agresorem. Sentinel wyciągnął już rękę w ich stronę. Musiała szybko obmyślić nowy plan i podjąć decyzję zanim na ulicy wylądują ciała kolejnych ofiar.

W przeciągu kilku sekund wszystko rozplanowała. Dyskretnie przyczepiła materiał wybuchowy ze swojego pasa, który będzie mogła zdalnie zdetonować. Wyciągnęła lewą ręką swojego glocka i wycelowała w głowę robota. Oddała kilka strzałów w łepetynę robota jakby robiła to codziennie, choć trzeba czasem przyznać, że to się jej zdarzało.Chciała w jakiś sposób odciągnąć go od trójki uciekinierów. Gwałtownie przyspieszyła,zamierzała dalej roztrzaskać nie taki tani motocykl o robota. Wiatr i pęd rozwiewał jej rude, lekko kręcone włosy.

Wystrzeliła cały magazynek i schowała pistolet do kabury przy pasie. Wyciągnęła detonator, kiedy od sentinela dzieliło ją kilka metrów, zeskoczyła z motocyklu rozbijając go o niego. W locie jeszcze zdetonowała przyczepiony wcześniej ładunek. Przeturlała się po ziemi w celu amortyzacji upadku, jednak od razu wstała na nogi żeby rozeznać się w sytuacji i wyciągnąć drugi pistolet, gdyż lata praktyki nauczyły ją być w stałej gotowości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rictor

avatar

Liczba postów : 142
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Wto Maj 22, 2018 5:18 pm

Jeżeli Ric miałby jednym słowem określić swój obecny stan emocjonalny, najprawdopodobniej uciekłby się do "irytacji". Może nie oddawała jego nastroju idealnie, no i - umówmy się - tak czy siak towarzyszyła mu przez zdecydowaną większość czasu, ale nic lepszego raczej nie przyszłoby mu do głowy. Choć wciąż nie tolerował ludzkiej głupoty, to zdążył się do niej przyzwyczaić i zaakceptować ją na tyle, że na ogół już go aż tak bardzo nie denerwowała, chyba że akurat w czymś wyjątkowo mu przeszkadzała. Poza tym samo dawanie upustu zazwyczaj tłumionej mocy też mu trochę pomagało... Rozładowywało nagromadzone w nim napięcie.
Nie zmieniało to faktu, że Latynos nie miał ani ochoty, ani tym bardziej zamiaru zajmować się tymi, którzy wybiegali teraz na powierzchnię. Musieli sobie radzić sami, a jeżeli okażą się skończonymi idiotami... To cóż, Ric głęboko wierzył w selekcję naturalną. A choć brzmiało to pewnie okrutnie, mężczyzna nie mógł przecież dbać o każdego. Usunięcie zagrożenia było o niebo ważniejsze, bo działało szybciej i efektywniej od skupiania się na chronieniu potencjalnych ofiar, zaś ludzie podobno stanowili gatunek rozumny - więc liczył na śladowe oznaki tej ich inteligencji, nawet w sytuacji stresowej... Choć prawdopodobnie wymagał od nich zbyt wiele.
Mutant skoncentrował się więc na zmiażdżeniu robota. Nawet jeżeli nie znajdował się on tak głęboko, jak Rictor by sobie tego życzył, to taka pozycja tak czy siak powinna wystarczyć... Bo w końcu sama głowa, górna część klatki piersiowej i ramion raczej na wiele mu się nie zdadzą. Położenie maszyny na środku ulicy również działało na korzyść Rica, bo dzięki temu wokół niej było mnóstwo wolnego miejsca... A samo pękanie asfaltu mutanta nie alarmowało. Wiedział, że warstwy pod spodem miały się dobrze i mogły utrzymać ciężar nad sobą, więc gdyby nawet doszło do jakiegoś zapadnięcia się, to płytkiego - a ludzie i tak trzymali się z daleka od robota, wykazując przy tym rozsądek, o którego posiadanie normalnie Latynos by ich nie podejrzewał. Albo po prostu wpadło na to parę osób, a reszta za nimi podążyła. Lub przeważył instynkt.
Jak by nie było, Ric szacował, że miał do wykorzystania dobrych dwadzieścia metrów średnicy wokół przeciwnika albo i więcej - a to było nawet zbyt wiele, bo potrzebował dużo mniej. Sama pułapka posiadała promień w przybliżeniu półtora metra i tyle właśnie musiał przesunąć z każdej strony, aby przycisnąć ścianki do siebie wzajemnie i przede wszystkim do Sentinela, ale na wszelki wypadek zamierzał sięgnąć nieco dalej. Dwa metry powinny być w porządku. Dzięki temu obszar na środku znów powinien zostać wypełniony, a wokół niego powstałby wąski pierścień obniżonego terenu, szeroki maksymalnie na półtora metra. Miasto to kiedyś naprawi - nie jego problem.
Warstwy ziemi i skał wypadające poza tym pierścieniem mężczyzna zostawił w spokoju, w związku z czym w dalszym ciągu podtrzymywały ulicę, a jeżeli nawet podczas całego zabiegu zadrżały - tego całkowicie powstrzymać nie mógł, a jedynie ograniczyć - to na tyle słabo, że nie powinny wyrządzić nikomu i niczemu żadnych szkód. On sam wyczuwał takie drgania tylko i wyłącznie dlatego, że był na nie szczególnie wyczulony... A w tym wypadku dodatkowo się ich spodziewał.
W tym czasie Ric kątem oka zauważał poczynania Ant-Mana, ale nie poświęcał im za dużo zainteresowania. Liczyło się tylko to, że Avenger robił swoje - i że z tej strony nie nadciągało w tej chwili żadne zagrożenie, które przeszkodziłoby Latynosowi w działaniu. Jego uwagę przykuł natomiast odgłos wybuchu z prawej strony i mutant na moment obrócił głowę, aby spojrzeć w jego kierunku, szybko szukając wzrokiem źródła eksplozji. Z tej odległości i bez dłuższego się przyglądania nie był pewien co dokładnie się stało, ale na początek wystarczyła mu świadomość, że ktoś zaatakował jednego z Sentineli. Z tą informacją mógł się już skupić na własnym zadaniu.
Czego by bowiem nie myślał i jak w duchu nie narzekał, Rictor mimo wszystko nie życzył ludziom szczerze źle - jak oderwany by się od nich czasami nie czuł i jak nie złorzeczyłby na ich głupotę. Przez energię samej planety z nimi również czuł więź, choć słabszą niż z Ziemią... I potrafił określić ich położenie, gdyż wyróżniali się na tle innych form życiowych. Na tej podstawie między innymi mógł poruszać podłożem, wypiętrzać je, przesuwać czy zapadać w taki sposób, by po drodze nikogo nie uszkodzić. Bez patrzenia wiedział gdzie ktoś się znajdował.
Z tego właśnie powodu Latynos - pomimo irytacji oraz przeświadczenia o tym, że ani te pęknięcia, ani druty nie powinny zrobić nikomu krzywdy, gdyż nie manipulował terenem aż tak daleko od Sentinela - gotów był w razie czego zareagować. Skupiał się na robocie, ale na wszelki wypadek nadzorował otoczenie. Dzięki temu powinien być w stanie od razu pomóc, gdyby zaczęło się dziać coś naprawdę niepokojącego i zagrażającego życiom. A jak... To się okaże, jeżeli do tego dojdzie. Na szczęście był dobry w improwizowaniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Carol Danvers
Mistrz Gry | Captain Grammar
avatar

Liczba postów : 449
Data dołączenia : 24/03/2013

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Czw Maj 24, 2018 10:44 pm

Ani Rictor, ani Natasha nie byli w stanie dojrzeć latającego na uwięzi Bena. Scarlet Spider, wciąż uczepiony pleców Sentinela, huśtał się na sześciu sieciach. Właściwie to był niczym hamak, skoro drugą ręką wycelował wcześniej do latarni. Była ona wystarczająco solidna, żeby nie przechylić się pod ciężarem, ale jednak nie na tyle ciężka, mocna.  Prędkość, z którą leciał Sentinel (a raczej - jakiej prędkości nabierał), była na tyle duża, że latarnia sztywno skrzywiła się gdzieś w połowie. Nie było to pocieszające w żaden sposób. Reilly w odpowiednim momencie szarpnął uwięzioną ręką. Liczne sieci łączące górną kończynę z górną częścią maszyny oraz siła pająka pozwoliły na to, żeby pociągnąć robota do siebie. Jednym, porządnym ruchem Benowi udało się zmniejszyć dystans między nimi.
To, czego jednak nie przewidział, to to, że Sentinel w podobnym momencie zdecydował się obrócić korpus  wystrzelić wiązką energii w stronę młodego mężczyzny. Wyszło mu to o tyle na dobre, że uniósłszy zablokowaną rękę, umożliwił sobie uwolnienie się od maszyny. Tylko gorzej, że stał się jego głównym celem.
Ant-Man natomiast mógł chełpić się swoją pomysłowością, podczas gdy wśród mrówek nastąpił pogrom. Małe, niekończące się promienie rozbłyskiwały pośród pobratymców Scotta. Niektóre z nich rozstępowały się na boki. Inne próbowały wspiąć się na Sentinela, aby go unieruchomić. Ważnym było to, że mimo swoich działań, początkowo chaotycznych, wiedziały, co robią. Z każdym atakiem Sentinela, przybliżały robota do Langa. Wspomniany Mściciel czekał na to.
Teraz! — uniósł głos. W tym samym czasie wszystkie mrówki odsunęły się na około trzydzieści centymetrów z każdej strony. Scott zaś mógł zostać bohaterem w momencie gdy butem zmiażdżył robota.
Upewniwszy się, że ten nie działa i nie zadziała, i już nic nie zrobi, rozejrzał się po Columbus Circle. Widok po jego lewej był dość zadziwiający, skoro skalne płyty przypominały mu indiański namiot. Nie miał jednak czasu na podziwianie, bo ruszył do Bena i jego przydziału w bronieniu świata.
Co prawda, dwóch na jednego to trochę niesprawiedliwe… — zaczął, ale zaraz zniknął, zmniejszając swój wzrost. Gwizd tylko świadczył o jego obecności.
Zwrócenie na siebie uwagi, udało się Romanoff. Sentinel przystanął i ociężale odwrócił się w stronę rudowłosej superbohaterki. Był gotów zmienić swój cel i go zaatakować. Nadjeżdżająca Mścicielka nie stanowiła dla niego problemu, mimo że jego mechaniczne ramiona były innego zdania. Działały wolniej, podążały w gorszym tempie. W końcu robot postanowił utrzymać kończynę w jednej pozycji i wystrzelić stały promień w stronę podłoża, niszcząc tym ulicę. Nie było to czymś szczególnym, zważywszy na to, że Natasha zgrabnie omijała wiązkę energii.
Kobiecie bez problemu udało się rozpędzić motocykl, kierując go w stronę maszyny. Podobnie jak zdetonować ładunek. Wybuch nastąpił wystarczająco szybko. Odepchnął on jednak nie tylko Sentinela, ale także Romanoff, dla której lądowanie - mimo zapamiętanego i pewnego schematu - nie było zbyt przyjemne. Przeturlanie się po gruzie przy naporze powietrza po wybuchu było bolesne. Ból promieniował od połowy piszczeli do kolana
Robot, którym zajęła się Natasha, miał zniszczone do łokcia ramię. Kilka kabli i płytowych, metalowych części w środku ujrzało światło dzienne. Ogólnie lewa część robota była w zdecydowanie gorszym stanie niż ta druga. Powłoki były wygniecione w niektórych miejscach i pęknięte. Z miejsca można było ocenić, że jest to osłabiona część maszyny. Pozostałości motocyklu leżały gdzieś dalej. Płomienie i dym wciąż nie opuszczały zniszczonego pojazdu.
Sentinel obrócił “zdrowe” ramię do Natashy. Nim kobieta zdążyła zareagować, wystrzelił do niej metalową siatkę (około 2-3 metrów na bok) z dodatkowymi obciążnikami. Romanoff mogła odskoczyć, ale mimo to, taka blokada wylądowała na kobiecie, na wysokości jej nóg, powodując upadek i chwilowe unieruchomienie.
Mimo braku wiary ze strony Rictora, uciekający ludzie zmierzali w odpowiednim kierunku. Nikt nie narażał się na to, żeby być na linii promienia i stać się łatwym celem dla maszyn. Kierowali się w stronę Broadway (część dwujezdniową). Inni starali się dobić do wejścia jednego z licznych budynków. Zdawali się więc być najmniejszym problemem dla latynosa.
Faktycznie. Jeśli chodzi o ulicę, tereny obok niej to grunt był zabezpieczony. Nie tylko przez zdecydowanie mocniejsze i solidniejsze fundamenty, pręty zbrojeniowe. Dodatkowy materiał bądź też odpowiednie belki były podporą. Wzmacniało podłoże, dzięki czemu nie było ryzyka zawalenia się mimo setek samochodów - o różnym ciężarze - które przejeżdżały dzień w dzień przez Columbus Circle. Dodatkowe podbudowy występowały przy stacji metra czy tunelach, którymi podróżowały pociągi. Dla Rictora mogło to być o tyle kłopotliwe, jeśli chodziło o “zbieranie” ziemi, że musiał uważać, aby nie narazić za dużo. W końcu mogło to runąć w jednej chwili. A on sam nie miał pojęcia, ile osób może znajdywać się poziom niżej.
Nadmiar “wolnego” do modyfikacji terenu był wystarczający. Skalne ściany zyskały na wytrzymałości i zbliżały się stopniowo do Sentinela. Sam robot natomiast wciąż próbował unieść się, wydostać z pułapki; wykorzystywał nie tylko silniki odrzutowe na podeszwach jego stóp, ale też repulsor na klatce piersiowej. Szczeliny, które były wcześniej, zniknęły. Przynajmniej większość. Pył wciąż się wydobywał, ale było go zdecydowanie mniej. Mimo to mógł drażnić oczy czy też gardło. Jednak nie to było ważne. Zmniejszająca się pułapka wyczuła opór w postaci ramion robota, a potem jego korpusu. Początkowo ciężej było zbliżać do siebie każdy fragment, ale w ostateczności nie stanowiło to większego problemu. Julio jedynie był zmuszony do tego, żeby zużyć więcej swojej energii. Co prawda, narażał tym siebie na mocniejszy ból głowy czy ogólne zmęczenie organizmu, ale efekt był tego warty.
W pewnym momencie Rictor mógł odczuć uderzenie. Nagły impuls, który spowodowany był wybuchem robota w trakcie zmiażdżenia. Trudno powiedzieć czy to się stało ze względu na ścisk, czy w międzyczasie repulsor nie przemieścił się przez liczne kolce.
Ziemia wówczas zadrżała na Columbus Circle. Rictor to odczuł i - co mógł wywnioskować po krótkim rozejrzeniu się - Ant-Man, który zerknął w jego stronę. Nie dostrzegł jednak od razu mutanta; ten w końcu schowany był między drzewami. Wysepka i wytworzony wokół niej pierścień nie prezentowały się szczególnie, ale ważne, że spełniały swoje wymagania.
Większym problemem było to, że w trakcie wybuchu po obu stronach wysepki (jedna prowadziła do zejścia pod ziemię, zaś druga do pozostałości pomnika) zrobiły się większe wyrwy. Żłobienia nie były głębokie na metr. Gdzieś około trzydziestu, może czterdziestu centymetrów. Ich szerokość wynosiła około metra. Od nich jednak ciągnęły się kolejne pęknięcia, które tworzyły się na asfalcie.


Natasha oraz Ant-Man mogli usłyszeć głos Ms. Marvel:
Avengers, jeśli nie chcecie tracić czasu na niszczenie Sentineli przez energię i temperaturę, na którą są odporniejsze, to korzystajcie z siły i ich stawów.

_________________


This isn't a question of what I'm not. This is a question of who I could be.

I outrank that son of a bitch.
karta postaci
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Black Widow

avatar

Liczba postów : 166
Data dołączenia : 25/05/2012

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Pią Maj 25, 2018 9:29 pm

Natasha uniosła siatkę i zgrabnym ruchem wydostała nogi spod siatki wystrzelonej przez sentinela. W międzyczasie rzuciła okiem czy przechodniom udało się uciec, ale skoro ich nie widziała to uznała, że jak najbardziej udało im się oddalić od zagrożenia.
Wyciągnęła jeden z granatów przyczepnych i zaczęła biec w stronę maszyny bacznie obserwując cały czas jego ruchy, by odpowiednio szybko zareagować na wypadek jego ataku. Gdy już była wystarczająco blisko niego by przyczepić ładunek, odbezpieczyła go sprawnie i wcisnęła w uszkodzoną pokrywę robota. Realizując swój zamysł, liczyła na to, że osłabiony już fragment robota jest na tyle wrażliwy na kolejne ataki z tej strony i ten wybuch powinien jeszcze bardziej unieszkodliwić, a kto wie może nawet wyeliminować machinę.
Po błyskawicznym umieszczeniu granatu natychmiast uciekła jak najszybciej i jak najdalej się dała za niego, by być w jak najmniejszym możliwym polu eksplozji szukając przy tym czegoś za czym mogłaby się nawet schować. W momencie usłyszenia eksplozji padła natychmiast na ziemię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Emma Frost

avatar

Liczba postów : 367
Data dołączenia : 02/12/2012

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Sob Maj 26, 2018 5:01 pm

Bezpośrednio w umysłach walczących rozległ się bez ostrzeżenia kobiecy głos, spokojny i opanowany, w przypadku części z nich dublujący się z komunikatem, który - o czym Emma wiedziała - Carol nadała do członków swojej drużyny. Pannie Frost to nie przeszkadzało. Tak czy siak chciała dorzucić od siebie coś więcej, a niektóre informacje mogły się przecież powtórzyć.
"Te roboty to Sentinele. Najłatwiej uszkodzić je atakami fizycznymi, gdyż na energetyczne czy bazujące na wysokiej temperaturze są już odporniejsze. Ich słabymi punktami są stawy, zniszczenie głowy może je wyłączyć, zaś zakłócenie pracy repulsora na klatce piersiowej - doprowadzić do jego wybuchu. Avengers wysyłają właśnie do ich centrum dowodzenia grupę, która postara się je unieszkodliwić. Dopóki im się to nie uda, gramy na zwłokę."

_________________



"The rest of your life is a long time and whether you know it or not it's being shaped right now. You can choose to blame your circumstances on fate or bad luck or bad choices or you can fight back. Things aren't always going to be fair in the real world, that's just the way it is, but for the most part you get what you give. Let me ask you all a question. What's worse: not getting everything you wished for or getting it, but finding out it's not enough? The rest of your life is being shaped right now with the dreams you chase, the choices you make and the person you decide to be. The rest of your life is a long time and the rest of your life starts right now."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rictor

avatar

Liczba postów : 142
Data dołączenia : 30/12/2015

PisanieTemat: Re: Upper West Side   Czw Maj 31, 2018 10:58 pm

Gdyby miał na to czas i do tego głowę, Ric pewnie byłby teraz w głębokim szoku, że cywile - nie to, żeby sam do nich tak naprawdę nie należał, licencja prywatnego detektywa czy nie, ale z przyzwyczajenia już po prostu nie potrafił myśleć o sobie jako o jednym z nich - nie miotali się chaotycznie po okolicy, tylko całkiem sprawnie uciekali. Z jego dotychczasowych doświadczeń wynikało, iż była to rzadkość. Jak raz miał akurat szczęście i trafił na wystarczająco rozsądny tłum... Reszta X-Factor mu w to chyba nie uwierzy.
Mężczyzna nie tyle śledził uciekających czy chowających się swym wzrokiem, co orientował się gdzie mniej więcej przebywali na podstawie ich energii życiowej. Co prawda nie był w stanie w ten sposób określić dokładnej liczebności poszczególnych grup, bo przede wszystkim nie mógł sobie pozwolić na tracenie na to czasu, lecz mógł już strzelać w przybliżone wartości... Obstawiał, że pod ziemią znajdowało się jeszcze jakieś pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt osób, choć brał to z przymrużeniem oka, niechętny za bardzo polegać na takim szacowaniu. Tak czy siak, wystarczała mu świadomość, że - jak na tę godzinę i nowojorskie metro - nie była to wcale wielka liczba... Co nie oznaczało, że zamierzał te osoby niepotrzebnie narażać. Tylko na tyle, na ile absolutnie musiał.
Latynos wiedział, że musiał działać ostrożnie, skoro teren na środku ulicy już teraz został naruszony. Mimo to bardziej niepokoiła go chyba myśl, że więcej przestraszonych ludzi wybiegnie za moment na ulicę i zaliczy spotkanie z robotami - nawet jeżeli te dwa najbliższe skończyły w kawałkach, z czego jeden w sposób dość niemiły dla samego Rictora. Prawdę mówiąc był już do tego przyzwyczajony. Życie z bólem na co dzień pomagało nauczyć się w końcu go jakoś ignorować... Choć nawet po tylu latach mężczyzna nie mógł powiedzieć, aby było to przyjemne, to w ostateczności akceptował cenę swoich zdolności. Ba, za nic by ich z własnej woli nie oddał.
To właśnie ta konieczność zachowywania ostrożności sprawiła, że Ric miał trochę ograniczone pole do popisu w kwestii pękającego asfaltu. Zgodnie z jego niedawnymi przewidywaniami żłobienia nie sięgały zbyt głęboko, więc nie powinny stanowić dla nikogo zagrożenia - czy to na górze, czy na dole. W najgorszym wypadku parę samochodów osunie się te kilkadziesiąt centymetrów niżej i trzeba je będzie potem wyciągnąć, choć mężczyzna nie sądził, żeby aż do tego doszło... A mimo to stale pilnował rozwoju wyrw. Na wszelki wypadek.
Najważniejsze było zaś w tej chwili to, że spodnie warstwy tak czy siak dobrze się trzymały. Gdyby w którymkolwiek momencie mutant wyczuł, że także i one zaczynały puszczać, że przemieszczały się pod wpływem nacisku lub szkodziło im cokolwiek innego, natychmiast sprawdziłby ich położenie względem skupisk ludzi. Jeżeli ich ruchy nie mogły nikomu zaszkodzić - bezpośrednio czy nie - tylko by je nadzorował, aby nie marnować energii, przynajmniej do chwili, gdy sytuacja by się zmieniła. W przeciwnym razie - gdy cywile znajdowali się w jakimkolwiek niebezpieczeństwie - bezzwłocznie reagował, wstrzymując grunt w miejscu i w dodatku starając się to zrobić w taki sposób, aby nie przemieścić już niczego innego. Dopiero po upewnieniu się, że zniszczenia nie postępowały, ostrożnie szukał dla tych naruszonych warstw podparcia. Musiał przyznać, że to nie była jego specjalizacja, o wiele lepiej radził sobie w ofensywie, ale i tak wolał coś takiego od próby opanowania naturalnego - i potężnego - trzęsienia ziemi.
Tym razem kolejny wybuch z prawej strony już aż tak Rica nie zaskoczył. Po poprzednim spodziewał się, że mógł jeszcze usłyszeć coś więcej... Skoro toczyła się tam walka, to było to zrozumiałe, a Latynos na tyle przyzwyczaił się do współpracowania z głośnymi towarzyszami o jeszcze głośniejszych zdolnościach, że takie eksplozje już go nawet nie rozpraszały. Mutant tylko rzucił okiem w tym kierunku, ani na moment nie przestając się skupiać na swoim otoczeniu, a dokładniej na aktualnym statusie ulicy.
W następnej chwili Rictor - obok zwykłego, typowego bólu głowy - wyczuł coś jeszcze... Coś również znajomego, ale chyba bardziej irytującego, co stanowiło niemały wyczyn. Mężczyzna zmarszczył na moment czoło i gwałtownie wypuścił powietrze nosem, powstrzymując się przed komentarzem, którego i tak nikt by nie usłyszał oraz przed przewróceniem oczami. Czasem zastanawiał się kiedy telepaci nauczą się go nie ruszać. Ten konkretny przynajmniej bardzo szybko zrezygnował, a Ric nie był pewien czy powinien tego żałować. Szczerze mówiąc nie sądził, aby ktoś go atakował, podejrzewał raczej próbę nawiązania kontaktu... Więc istniała opcja, że omijało go coś ważnego. A w pobliżu nie było Stara, ani nikogo innego skłonnego przekazać mu te informacje. Cudownie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Upper West Side   

Powrót do góry Go down
 
Upper West Side
Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» West Market

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: