Marvel Universe: The Avengers PBF
 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Central Park

Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16
AutorWiadomość
Loki
Administrator
avatar

Liczba postów : 3828
Data dołączenia : 23/05/2012

PisanieTemat: Central Park   Pią Cze 08, 2012 6:19 pm

First topic message reminder :






Oaza zieleni w centrum Manhattanu. Zajmuje osiemset czterdzieści trzy akry powierzchni. Na terenie Central Parku oddawać się można wielu zajęciom, takim jak obserwowanie ptaków, pływanie po jeziorach w łódkach czy kajakach, jazda rowerami czy bryczkami konnymi, bieganie, tenis, siatkówka, kręgle, wspinaczka na skałkach, pływanie w basenie - lub zimą jazda na łyżwach oraz wiele, wiele innych.

Tutaj można znaleźć mapę.

_________________



No. Mischief is a small thing, a toy I've well used and discarded.
This isn't mischief. This is mayhem. Just watch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://theavengers.forumpolish.com

AutorWiadomość
Wiccan

avatar

Liczba postów : 490
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Sob Lip 22, 2017 10:04 pm

Po trochę panicznym teleportowaniu się do Nowego Jorku, Billy wylądował na dachu budynku, w którym mieszkał - czyli dokładnie tam, gdzie zamierzał się dostać. Wchodzenie do swojego pokoju przez okno miał już opanowane, a telekineza niewątpliwie bardzo w tym pomagała. Chłopak prędko przebrał się z kostiumu w cywilne ubranie - nic szczególnego, po prostu czarne spodnie i czerwoną koszulkę, byle nie wyróżniać się za bardzo z tłumu - dotychczasowy strój zaś odwiesił porządnie do szafy. Może i spieszyło mu się do Kate, ale matka by go zamordowała, gdyby nagle zaczął bałaganić. Musiały istnieć pewne priorytety.
W przeciwieństwie do kostiumu, normalne ciuchy posiadały przynajmniej kieszenie i nastolatek wykorzystał ten fakt, aby zabrać ze sobą portfel oraz komórkę. Jego wyjście z domu wstrzymała na moment rodzina, ale uwolnił się od niej w rekordowym tempie, praktycznie w biegu zapewniając, że nie, nie planował niczego podejrzanego, wybierał się po prostu na spotkanie z przyjaciółmi, spokojnie. Przy okazji dowiedział się za to, że pod jego nieobecność Kate próbowała się z nim skontaktować... A ta informacja sprawiła, że jeszcze bardziej podkręcił tempo.
Potem poszło już łatwo. Dotarcie do metra, krótka podróż przy akompaniamencie puszczanej z komórki muzyki, wysiadka przy Central Parku, żeby skrócić sobie przez niego drogę... Właśnie na tym ostatnim etapie chłopak się teraz znajdował, szybkim krokiem przemierzając alejki i kierując się w stronę tego wyjścia, od którego powinien mieć najbliżej do mieszkania przyjaciółki. W jego uszach wciąż spoczywały słuchawki, lecz nie poświęcał piosenkom wielkiej uwagi. Skupiał się na swoich myślach, te zaś nie należały do najprzyjemniejszych... Co w jego przypadku nie było niczym niezwykłym.
Mimo wszystko Kaplan starał się jednak jakoś panować nad swoim pesymizmem. Stres zżerał go już od środka i chłopak miał wrażenie, że ostatnio otrzymywał jedną złą wiadomość za drugą, tak jak wcześniej tę o Houston, a teraz o zniknięciu Skuld... Ale obiektywnie rzecz biorąc wiedział, że to nie była do końca prawda. Działo się też sporo dobrego, tak? Drużyna rosła, rozwijała się, mieli już własne kostiumy, Mściciele i Tarcza nie starali się stawać im na drodze... A X-Men nawet zaoferowali im pomoc. Tyle że... Ciężko było mu się skoncentrować na tych pozytywnych aspektach, gdy nie mógł sobie poradzić z negatywnymi.
Przynajmniej teraz nie musiał już martwić się o wszystko praktycznie sam. Wciąż jeszcze całkiem się do tego nie przyzwyczaił, ale i tak pomagała mu świadomość, że jego towarzysze w większości również interesowali się dobrem drużyny, a już szczególnie robiła to Kate... No i oprócz tego był również Victor, który sam w sobie stanowił właściwie osobną kategorię, nawet jeżeli nie należał przecież do Young Avengers...
Pogrążony w swoich rozmyślaniach, Billy dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że zwolnił... I teraz zatrzymał się na rozwidleniu jednej z głównych ścieżek parku. Tak naprawdę powinien iść dalej przed siebie, ale skręt w prawo doprowadziłby go w pobliże Wieży Mścicieli. W tej chwili nie posiadał żadnego konkretnego powodu, aby się tam udać, a poza tym najprawdopodobniej nie zostałby nawet wpuszczony na górę, ale chyba zadziałała po prostu siła nawyku. Ile to razy zdarzało mu się spacerować przy siedzibie jednych z największych bohaterów tego świata, marząc o spotkaniu z nimi, wymyślając niestworzone historie o tym, że kiedyś mógłby do nich dołączyć? On z tamtego czasu nigdy nie uwierzyłby jak potoczą się sprawy.
Przez krótką chwilę nastolatek stał tak na uboczu alejki, mijany przez innych przechodniów, z głową zwróconą w stronę Wieży. O ile łatwiej by było im wszystkim, gdyby po prostu dogadali się z Mścicielami... I gdyby ci traktowali ich nie jak dzieci, lecz jak młodych bohaterów, którym po prostu brakowało jeszcze doświadczenia. Będą musieli im udowodnić, że na to zasługują.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Winter Soldier

avatar

Liczba postów : 99
Data dołączenia : 21/12/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Pon Lip 24, 2017 5:58 pm

Misja w Rosji była trudna. Nie ze względu na warunki fizyczne takie jak zimno czy gęsty śnieg. Nie, do tego był przyzwyczajony. Sowieci zadbali o to, aby znosił gorsze temperatury i nieraz wahanie ich wykraczające poza możliwości człowieka. Chcieli w końcu maszynę, nie kogoś kto mógłby mieć człowieczeństwo, odczuwać niepokój czy ból. Dlatego też nie śnieg i surowy klimat były jego wrogami. Przeciwnik siedział głębiej, w psychice przypominającej ostre kawałki szkła ukryte w ciemnym worku. Winter Soldier czasem zastanawiał się kim dokładnie jest. Potworem jakiego stworzono podczas wojny? Zabójczą maskotką KGB? Pozbawionym sumienia mordercą? Kimś więcej? Ostatnie wydarzenia dawały mu cień szansy, że jest kimś innym, że znaczy więcej niż sądził. Był w końcu przyjacielem Kapitana. Nie, nie Kapitana. Steve'a Rogersa. Był też kimś kto ryzykował wiele aby uratować nie tylko siebie ale też swoich przyjaciół, a przynajmniej ludzi których takowymi nazywał.
Nadal jednak zostawała kwestia jego tożsamości. Kapitan nazywał go "Bucky", ale on się nim nie czuł. Nie był też Winter Soldierem. Utknął gdzieś pomiędzy, uznając wreszcie że jest po prostu Jamesem. Zwykłe "Bucky" niosło za sobą emocje, uczucia których już nie rozumiał. Pseudonim zaś należał do sierżanta, który zginął na wojnie, oddając swoje życie za ojczyznę i przyjaciela. Bucky był bohaterem.
Winter Soldier zawierało w sobie pustkę, niechęć do dawnego życia i niemalże niewolnictwo. Przedmiotowe traktowanie, kary za każdą nieudaną misję i napędzane strachem ryzykowne decyzje. Te dwa słowa zawierały w sobie krew, chłód i cierpienie. Winter Soldier był mordercą.
W tamtej opuszczonej bazie sowieckiej, brunet podjął pewną ważną decyzję. Nie mógł dążyć do bycia jak Kapitan. Nie mógł udawać, że chociaż może być jak on. Nie miał prawa tak oszukiwać siebie i innych, zwłaszcza siebie. Dlatego wybrał swoje imię. Było neutralne, nie niosło za sobą bagażu emocjonalnego. Było uniwersalne, anonimowe. Ilu w końcu zna się Jamesów? Zbyt wiele aby zapamiętać tego konkretnego.
Ubrany w ciemne, cywilne rzeczy, z czapką zaciągniętą na oczy przemierzał ulice, aż dotarł do parku. Chciał się udać do Tower szybciej ale właściwie nie znalazł odwagi. Tam był Stark, ten sam Stark, któremu zamordował rodziców. Tam był Steve. Ten który wierzył w jego niewinność. I była Natasha. Szpieg, która mu nie ufała. Nigdy mu nie ufała, a on nie miał jej tego za złe. Kręcąc się po parku dostrzegł po pewnej chwili wyraźnie zagubionego nastolatka i dopiero po paru minutach zajarzył, że go znał. Czasem pamięć sama płatała mu figle, czasem sam wyrzucał z niej informacje.
- Robi wrażenie, hm? - uśmiechnął się trochę krzywo, nie do końca jeszcze będąc przyzwyczajonym do takich grymasów. W jego głosie dało się słyszeć pewne naleciałości z ruskiego akcentu. Cóż, przez wiele lat wmawiano mu, że jest Rosjaninem, opanował akcent lepiej niż ten sztuczny amerykański, którym posługiwał się przy Rogersie, aby było mu lepiej mentalnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 490
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Pon Lip 24, 2017 10:33 pm

Billy nie był pewien jak długo nie mógł się zdecydować co powinien zrobić dalej... Chociaż nie, doskonale wiedział co, w końcu miał się udać do Kate i wszystko jej opowiedzieć, więc wypadałoby raczej powiedzieć, że zwyczajnie nie potrafił się zmusić do ponownego ruszenia z miejsca. Takie zatrzymywanie się na ścieżce było trochę ryzykowne, szczególnie dla kogoś, kto nie mógł się poszczycić ani wyjątkowym wzrostem, ani tym bardziej budową ciała, przez co przy zderzeniu z kimś - nawet nie ze swojej winy - najpewniej zostałby ofuczany... Ale najwyraźniej tym razem los się nad nim zlitował, bo oszczędził mu takiego nieprzyjemnego  doświadczenia.
Zamiast tego z rozmyślań wyrwał go czyjś głos, lecz w pierwszej chwili Kaplan nie zorientował się kto się do niego zwrócił. Na mieście dość często zdarzało mu się spotykać osoby, które same inicjowały rozmowę, oczywiście, że tak. Niektóre z nich robiły to z uprzejmości, inne nie miały z kim pogadać i tak to nadrabiały, a jeszcze inne po prostu nie były do końca zdrowe na umyśle lub coś kombinowały. Człowiek szybko uczył się rozróżniać te typy i albo im się odwzajemniać albo szybko się zmywać.
W tym wypadku najwyraźniej było jednak inaczej i chłopak przekonał się o tym niemalże zaraz po tym, jak tylko szybko obrócił głowę, aby namierzyć wzrokiem swojego rozmówcę. Jego czoło zmarszczyło się, podczas gdy umysł w ekspresowym tempie dopasowywał do siebie fakty... Choć szczerze mówiąc większość tego czasu spędził upewniając się, że pierwsze wrażenie było właściwe.
Rozpoznał Bucky'ego. Pewnie, że tak, w końcu jeszcze niedawno widział go na żywo, a wcześniej napatrzył się na niego na zdjęciach. No i... Mimo wszystko nie kojarzył zbyt wielu osób z takim akcentem. Po prostu zwykłe, codzienne ubranie trochę go zaskoczyło i zbiło z tropu, nawet jeżeli rozumiał, że bohaterowie również musieli je nosić. Jakoś zawsze wyobrażał ich sobie w bardziej nietypowych strojach. I... Poza tym może jeszcze wolał się upewnić, żeby nie wyjść na idiotę albo dziwaka... Przed czym od kilku lat odczuwał irracjonalny strach. Pewnie jak większość nastolatków.
Z powodu całego tego skomplikowanego toku myślowego przemówienie zajęło Billy'emu parę sekund, lecz zanim to uczynił, chłopak kiwnął jeszcze powoli i odrobinę niepewnie głową, równocześnie wyjmując słuchawki z uszu. Tak, Wieża zdecydowanie robiła wrażenie, nawet teraz, po paru latach widywania jej dość często... Oraz po jednej okazji do obejrzenia jej od środka. Co prawda zobaczył wtedy głównie jedno laboratorium, salon i serię korytarzy, ale to i tak więcej, niż miał szansę zwiedzić praktycznie każdy fan na jego ulubionych stronach. Och, jak oni by mu zazdrościli, gdyby mógł się do tego przyznać... I przy okazji jeszcze jakoś to udowodnić.
- Szkoda tylko, że jej rezydenci nie są teraz do mnie zbyt pozytywnie nastawieni. Choć chyba nie powinienem się im dziwić. Ale... Skoro jesteś tutaj, a nie pod obserwacją, to zgaduję, że przynajmniej tobie sprawy jakoś się ułożyły? - nie wspomniał, że chodziło mu o obserwację w wydaniu Tarczy, ale to właśnie po tej organizacji spodziewał się obecnie wszystkiego najgorszego. Minęło już trochę czasu od chwili, gdy wraz z innymi Young Avengers się od niej odłączył, ale wciąż czuł się pokrzywdzony i wykorzystany... I, co gorsze, agencja pokłóciła się z jego idealizmem, a tego tym bardziej nie mógł jej wybaczyć.
Mimo wszystko jednak Kaplan wiedział, że w miejscu publicznym nie o każdej sprawie można było mówić wprost. Co prawda chyba mało kto interesował się tutaj innymi ludźmi, większość przechodniów po prostu chciała dotrzeć tam, dokąd zmierzała, a po drodze zajmowała się sobą... Ale po co ryzykować. W końcu nastolatek w dalszym ciągu nie był pewien tego, na czym Young Avengers mieli stać pod kątem ukrywania czy odsłaniania swoich prawdziwych tożsamości...
Krótki namysł doprowadził Billy'ego do wniosku, że właściwie chyba mógł całkiem wyłączyć muzykę, co uczynił w ciemno, bez wyjmowania komórki z kieszeni. Zaraz potem chłopak skrzyżował już ramiona na klatce piersiowej, do którego to gestu uciekał się bardzo często, przez co praktycznie nie zwracał na niego uwagi. Taki miał po prostu odruch.


Ostatnio zmieniony przez Wiccan dnia Pią Wrz 15, 2017 6:47 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dur-Shurrikun
Mistrz Gry | NPC
avatar

Liczba postów : 1603
Data dołączenia : 25/08/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Pon Sie 07, 2017 7:55 pm

Kolejna potężna anomalia przepłynęła przez planetę. Zaburzenie magii, która powoli powracała do miejsca, skąd wcześniej została wypchnięta - Houston. Uczucie towarzyszące istotom czułym na takie zjawiska, tym razem nie kojarzyło się ze śmiercią czy pustką. Anomalia wydawała się zakłócać "balans", jaki magia oraz energia życiowa utrzymywały wszędzie tam, gdzie objawiało się istnienie. Odczucie nie było silne i pozwalało spokojnie funkcjonować, bez potrzeby bronienia się przed anomalią.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Winter Soldier

avatar

Liczba postów : 99
Data dołączenia : 21/12/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Sie 20, 2017 6:10 pm

Zdecydowanie chłopak mógłby być przyczyną i winą całego zła świata, nawet jeśli ktoś wpadłby w niego, przy okazji oblewając go kawą. Taka była mentalność ludzi, widzieli co chcieli widzieć. Dla nich to był tylko chłopak, który stanął na środku drogi, a oni przecież się tak spieszyli do swoich spraw. Dla Wintera byłoby to doprawdy żałosne, gdyby nie fakt, że jeszcze niedawno sam by go ofuczał. Jakby nie było, jeszcze kilka dni czy tygodni temu, James był jednym wielkim kłębkiem nerwów, gotowym zabić każdego kto wejdzie mu w drogę. Smutne, ale prawdziwe. Byle przypadek, lekkie dotknięcie... to wszystko było niczym zaproszenie do walki. Nie chciał tego czuć, ale właśnie taki był kiedy wszystko się waliło wokoło niego.
- Nie są? Czasem mam wrażenie, że to banda ignorantów. Nie podejrzewam abyś zrobił coś naprawdę złego, więc pewno chodzi o ich ambicje. - Wzruszył ramionami lekko. Przecież Billy był dobry, w każdym znaczeniu tego słowa. Kto pomaga całkiem obcemu człowiekowi, a jak nie obcemu to znanemu tylko z akt i to wyjątkowo niekorzystnych? Na pewno nie większość Avengers. Bohaterowie, też coś. Miał wrażenie, że już tylko z nazwy, skoro tak bali się o swoje stołki, aby nie podjąć nawet prób negocjacji z młodymi następcami. Słyszał to i owo, głownie poprzez dostęp do częstotliwości nadajnika Rogersa, przy którym starał się kręcić, zeby znowu nie władował się w jakieś problemy.
- Nie wiem czy można tak powiedzieć. Moja ostatnia misja dowiodła tylko, że nie mogę zrobić zbyt wiele, aby cokolwiek udowodnić. - odpowiedział mu jak zwykle mało precyzyjnie. Miał w bazie znaleźć akta, nie znalazł nic. Przy okazji odkrył tylko, że Natasha siedzi mu ciągle na ogonie, podążając za nim jak cień. Także raczej całkowicie wolny i pozostawiony sam sobie nie zostawał. Szkoda, że nie było jego cienia za nim, kiedy się ostatnio ukrywał.
- Nie wyglądasz jakbyś chciał tu być. Spieszysz się gdzieś? - Nauczył się już dawno odczytywać intencje w drobnych ruchach, nieznaczących gestach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wiccan

avatar

Liczba postów : 490
Data dołączenia : 15/06/2013

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Sie 20, 2017 9:33 pm

Już pierwsze słowa Bucky'ego wywołały w nastolatku istną lawinę różnych emocji, niejednokrotnie względem siebie sprzecznych. W pierwszym momencie miał nawet ochotę automatycznie zaprotestować na takie określanie jego idoli - bo w końcu po tylu latach idealizowania bohaterów wyrobił sobie odruch bronienia ich we wszelkiego rodzaju dyskusjach. W sporą część z nich w dalszym ciągu szczerze wierzył i darzył ją szacunkiem. Tylko... Po ostatnich wydarzeniach chyba patrzył na nich trochę bardziej realistycznie. Może z zaczątkami cynizmu.
Choć chłopak prędko zdusił w sobie tę chęć polemizowania, to jednak jego spojrzenie i tak powędrowało w dół, a wraz z nim pochyliła się lekko cała głowa. Wcale nie był pewien czy zasługiwał na pochwały - bo właśnie w ten sposób odbierał opinię Bucky'ego, choć w tym celu rzeczywiście musiał trochę poczytać pomiędzy wierszami - nawet pomimo wszystkich swoich jak najlepszych intencji. Czy nie mówiło się przecież, że to właśnie nimi wybrukowane było piekło? A on się starał, robił co mógł, by pomóc każdemu, komu tylko był w stanie i żeby zadbać o drużynę... Ale potem natykał się na ścianę - na przykład - w czerwono-żółtym kostiumie z pajęczym motywem. I ta ściana prezentowała mu argumenty świadczące o tym, że być może jednak wcale nie miał racji. Nie do końca się z nimi zgadzał, ale sprawiały, że zaczynał się zastanawiać... A takie wątpliwości były chyba najgorsze.
Mimo to słowa mężczyzny i tak przyjemnie połechtały ego Kaplana, chyba nawet przyprawiając go o lekkie rumieńce... Choć oczywiście sam nie mógł tego sprawdzić i opierał się jedynie na nagłym uczuciu ciepła w okolicy policzków. Miał nadzieję, że tylko na tym wrażeniu się kończyło, ale z jego szczęściem pewnie nie. Z jednej strony Billy chciał się cieszyć świadomością, że ktoś w niego - oraz w pozostałych Young Avengers - wierzył, z drugiej jednak nie dawały mu spokoju wyrzuty sumienia. Bo co będzie, jeżeli zawiodą oczekiwania?
Szczęście w nieszczęściu, że wszystkie te czarne myśli odsunęły się na dalszy plan, gdy Bucky kontynuował rozmowę. Kiedy wspomniał o swojej ostatniej misji, nastolatek zebrał się w sobie i znów ku niemu zerknął, tym razem z wyraźnym zaciekawieniem, szczególnie dobrze widocznym w jego oczach. Zastanawiał się czy mógłby zapytać o szczegóły, ale jednak jeszcze obawiał się pozwalać sobie na zbyt wiele i to w dodatku w miejscu publicznym... A ich sytuacja wydawała się przecież być tak podobna! Pomijając to, że oni praktycznie nie mieli po swojej stronie żadnego doświadczenia, a Bucky sporo, za to z błędami przeszłości było najwyraźniej dokładnie odwrotnie. Grunt, że najwyraźniej i on i Young Avengers pragnęli się wykazać. Właściwie... Poddawało to Billy'emu parę pomysłów.
- Nie bardzo. To znaczy, wybieram się do reszty drużyny, a raczej do przywódczyni drużyny, licząc na to, że akurat będzie u niej ktoś więcej... Bo mamy do omówienia parę rzeczy, ale bez obaw, one mogą trochę poczekać. Załatwiłem nam kontakty z kimś, kto może nam pomóc zamiast Mścicieli - wyjaśnił, odpuszczając sobie szczegóły, które pewnie i tak nie powiedziałyby Bucky'emu zbyt wiele. W końcu nie poznał jeszcze Kate, ani tak naprawdę nikogo innego z grupy... Victor niestety się nie liczył, bo do niej oficjalnie nie należał. Póki co. Przy najbliższej okazji Kaplan zamierzał nad tym popracować.
- Może też powinieneś tego spróbować. Wsparcie innych osób bywa niezastąpione - zasugerował, w dodatku nie mając tu na myśli jedynie starć i misji, ale też wszystkie inne aspekty bohaterowania... I po prostu funkcjonowania. Życia. Odkąd w końcu posiadał przyjaciół, dobrze widział tę różnicę po samym sobie.
Zupełnie nagle i bez ostrzeżenia przez ciało nastolatka przebiegł dreszcz, przez który aż się wzdrygnął. Billy nie był pewien co dokładnie go wywołało. Tego dnia temperatura była raczej wysoka, więc odpadał chłód... A chłopak i tak odnosił wrażenie, że w grę wchodziło coś wykraczającego poza podstawowy zestaw zmysłów - coś w rodzaju przeczucia, które ciężko byłoby logicznie wytłumaczyć. Jego głowa poruszyła się lekko na boki, gdy na wszelki wypadek rozejrzał się po parku... Ale w oczy nie rzuciło mu się nic niepokojącego. Tak czy siak wydawało mu się, że to uczucie nie było wcale negatywne, po prostu sprawiało wrażenie nienaturalnego... Dziwnego.
Nim jednak Kaplan zdążył zrobić cokolwiek innego, jak na przykład wspomnieć o tym zjawisku na głos - choć sam nie był pewien czy powinien to uczynić - z jego kieszeni rozległ się dźwięk komórki. Nastolatek odruchowo po nią sięgnął, wyjął ją i odblokował ekran, w ten sposób przerywając sygnał... A w następnej chwili jego oczom ukazała się już treść nowej wiadomości, nadanej z nieznanego numeru.
Chciałabym pogadać. Jestem w tym samym parku, co wcześniej. N.M.
Możliwych wyjaśnień było tak naprawdę kilka, ale Billy szybko wyeliminował część z nich, tą drogą ustalając kto mógł odpowiadać za ten SMS. Brzmiał... Pilnie. Nie w sposób sytuacji życia i śmierci, ale tak, jak gdyby trzeba było na niego zareagować jak najszybciej, póki zaproszenie do parku było aktualne.
- Muszę... Się zbierać. Ale pomyśl o tym. Ciężko żyć samemu - powiedział, podejmując nagłą decyzję, aby dostosować się do wiadomości. Zaraz potem pożegnał się już z Bucky'm i szybkim krokiem ruszył swoją poprzednią trasą, zamierzając znaleźć odpowiednie miejsce do teleportacji.

Z/t.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi

avatar

Liczba postów : 57
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Pią Maj 25, 2018 9:00 pm

Helbindi nie miał większych powodów, by opuścić swoje zacienione, chłodne mieszkanie. Problem w tym, że generalnie nie mając ów powodu, na przykład by robić cokolwiek, lodowy olbrzym zaczynał wpadać w nienajlepsze samopoczucie, przy okazji bardzo gnębiła go.. nuda. Mimo ciągłych wycieczek do bibliotek (zamkniętych przed zwykłym śmiertelnikiem oraz takich od poniedziałku do piątku), sporadycznych pojedynków z marnymi, midgardzkimi samozwańcami do przeróżnych tytułów czy poszukiwaniem swojego najmłodszego brata, który miał dziwne upodobanie do tej planety, nie potrafił zapewnić sobie komfortu i spokoju. Prócz wielkiej Walkirii, Hel nie bardzo miał z kim porozmawiać o swoim prawdziwym ja (co prawda Brunhilda również nie znała jego królewskiej tożsamości)  - mógł z nią chociaż nawiązać rozmowę na temat wspólny i istotny.
Ożywił się odrobinę na to wspomnienie.  Polityka Dziewięciu Królestw, a najbardziej Jotunheimu, były dla niego największym zainteresowaniem, w które wkładał całe swoje serce. Teraz nie wiedział nawet ile czasu minęło od jego okrutnej banicji.
Wrócił spojrzeniem na zmąconą przez wiatr taflę wody i starał się skupić na informacjach, które już zdobył. Wyciągnął z kieszeni płaszcza drobny notes i przeleciał wzrokiem listę zdobytych nazwisk.
[i]Doktor Strange, SHIELD, Morgana le Fay, Walkiria...[/] Z niektórymi miał już styczność, innych spisał bazując na wiedzy zdobytej z mediów, rozmów i tym podobnych. Miał kilka innych dopisków, którymi również mógł się kierować, by dowiedzieć się czegoś więcej o teleportacji i podróżach międzywymiarowych, lecz te pierwsze najbardziej wplątały mu się w myśli. Musiał się też w końcu wyposażyć w konkretniejszą broń, najlepiej jakiś boski artefakt, a nie te marne, ziemskie pistolety czy krucha  stal.
- Na  Lodowe Pustkowia. - mruknął pod nosem, wspominając utracony bilet do domu. Szalony Elf, Zielona Kobieta i niejaki Doom oraz jego roboty. Jak on tęsknił za srogim porządkiem Utgardu.
Myślał nawet czy by nie uprowadzić któregoś z "superbohaterów", protektorów tego padołu łez. Może nawet Thor by się wtedy pofatygował po swojego druha? Olbrzym puścił wodze wyobraźni i poświęcił więcej myśli najnowszemu pomysłowi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 478
Data dołączenia : 09/06/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Wto Maj 29, 2018 10:07 am

Minęło wiele czasu odkąd Fenris zaczął odgrywać rolę boga w Midgardzie. Po pierwszych kilku dniach powoli zaczęło przypominać mu to pracę bardziej, niż jakiekolwiek przygody czy mity. Nie dało się ukryć, że świat ten nie oferował zbyt wielu wyzwań dla jednej z potężniejszych Asgardzkich istot. Wilk obawiał się że jeszcze trochę i straci czujność oraz refleks. Nie przeszkadzało mu to jednak. Przywiązywał sporą wagę do tej posługi i twierdził że powinna ona być wykonywana. Mogliby się nią jednak zajmować słabsi bogowie, gdy tacy jak Fenris mogliby przygotowywać się na większe wyzwania…
Przy tym wszystkim nie był do końca pewien co o jego wybrykach myśli jego ojciec. Do tej pory nie poruszał przy wilku tego tematu, ale głupstwem byłoby zakładać że o nich nie wie. Wilk dość regularnie widywał się ze swoim ojcem. Często towarzyszył mu w eskapadach, których znaczenia do końca nie pojmował. Raz odwiedzali jakieś ludzkie uczty, innym groty hazardu. Loki często radośnie rozmawiał z różnymi ludźmi na pozornie niezwiązane i błahe tematy. Jeżeli istniał jakiś cel obecności wilka w tych wyprawach, to niestety jemu samemu on umykał. To jednak również nie przeszkadzało wilkowi. Z jednej strony mógł bliżej poznać świat ludzi, a z drugiej pełnił służbę przy swoim jarlu, jak też widział swojego ojca. Widywani razem mogli przypominać rozentuzjazmowanego ojca, który wszędzie ciągnie za sobą syna wyraźnie chcącego być w tej chwili gdzie indziej.
Wszystko miało się zmienić gdy któregoś razu Midgard, a raczej jego część zwana Zjednoczonymi Stanami została zaatakowana przez nieznanego wroga.  Zdawałoby się, że wilk powinien mieć pełne ręce roboty, tymczasem pojawienie się maszyn zmobilizowało czempionów tego świata do stawienia im oporu. W konsekwencji na większych frontach walczyła już śmietanka bohaterów z całego świata. I nie tylko. Co więcej, do przebywającego obecnie w Nowym Jorku Fenrisa nie docierało
zbyt wiele wezwań. Osobiście interweniował raz, w jednym z osiedli gdzie mieszkała rodzina emigrantów ze starej ziemi. Nie wzywali go oni bezpośrednio, ale korzenie wiary w bogów były w nich dostatecznie silne, że wilk z własnej woli zdecydował się im pomóc.
Pamiętając wydarzenia spod Houston nie chciał bagatelizować wroga. W wyniku tego pierwszy zaatakowany przez niego robot niemal odparował w miejscu od siły ciosu Thronebrakera. Nieco zawiedziony wilk pozwolił sobie więc na oszczędzanie sił, aż w końcu zrezygnował z korzystania z młota, aby nie umniejszać jego godności. Strzały robotów były odczuwalne dla wilka, jednak ich parametry celownicze miały spore trudności z nadążaniem za jego ruchami. Starał się przy tym możliwie nie prezentować swojego prawdziwego oblicza. Nie było to Arlanois, a mimo że wilk był chroniony magią ojca, zawsze istniała szansa że ktoś go rozpozna. Lepiej było dmuchać na zimne. Ukrywanie się w morzu nowopowstałych „mutantów” było w końcu aż nazbyt łatwe.
Gdy ocknął się z bitewnego amoku okazało się że przebył spory kawałek miasta poruszając się od przeciwnika do przeciwnika. Nie chcąc więcej narażać się na niechcianą uwagę wycofał się w stronę „centrum”, gdzie mieściła się obecna siedziba jego ojca. W końcu w chwili zagrożenia ochrona siedziby jarla powinna być jego priorytetem. Nawet jeśli zagrożenie dla niej było wręcz nieistniejące. Z poczucia obowiązku wilk rozprawił się z kilkoma zabłąkanymi oddziałami robotów w okolicach Central Parku, oraz siedziby ojca. Dla niego była to forma rozruszania kości, zabicia czymś czasu, a dla innych była to niespodziewana szansa ocalenia. Tak czy siak wilk stróżował przy mieszkaniu ojca starał się zachować dzielnicę w miarę nienaruszonym stanie. Nie chciał by widok z okna Lokiego był mniej wspaniały niż zazwyczaj.
Nagle poczuł znajomą woń, której jednak nie doświadczał od bardzo dawna. Zapach nieustających zim, sroższych niż cokolwiek Midgard miał do zaoferowania.
Woń Jotunu.
Zaintrygowany jak nigdy odkąd przybył do tego świata skupił całą swoją uwagę na istocie, która była źródłem tej aury, a która znajdowała się teraz kilka traktów dalej, w miejskim zagajniku.
Wyczuł zapach królewskiej krwi i woń zawiści nieco innej niż u innych lodowych gigantów. Czuł już kiedyś to konkretne pasmo, ale nie mógł przypomnieć sobie kiedy, więc musiało to być naprawdę dawno. Nagle go olśniło. Czyżby to zaginiony pretendent do lodowego tronu? Fenris słyszał od ojca co działo się w Jotunheimie od czasu jego zamknięcia i jak władza podzieliła jego lodową część rodziny. Zaintrygowany ruszył mu powoli na spotkanie.
Podszedł bezszelestnie. Nie zwracał na siebie uwagi, choć wynikało to raczej z natury, niż z celowości działań. Helbindiego zastał nad wodą jednego ze stawów. Stał spokojny, jakby w całym mieście nie szalała armia robotów. W przeciwieństwie do Fenrisa, który całe południe uganiał się za maszynami wyglądał schludnie i dostojnie. Nie było tutaj mowy o pomyłce. Gigant z pewnością ukrywał się pod płaszczem asgardzkiej magii. Zresztą wilk i tak by go raczej nie poznał. Ostatnim razem gdy się widzieli był jeszcze szczenięciem. Nos jednak nie kłamał.
-Nowy Jork staje się portem dla wygnańców. – zaznaczył swoją obecność na wypadek gdyby książę go nie poznał. – Choć ciebie spodziewałbym się ujrzeć raczej na północy niż tutaj… wuju…
Nie był pewien czy Helnindi był świadom jego ucieczki z więzienia Asgardu. Ba, nie był pewien czy książę zdaje sobie choćby sprawę z istnienia bratanka. Rzucił karty na stół, tak jak to miał w zwyczaju, choć widać w tym było nutę elokwencji charakterystyczną dla Lokiego. Z kim przestajesz, tak się stajesz.
Nie był pewien jak zareaguje wuj, więc był w gotowości. Równie dobrze mógł przybyć w wrogich zamiarach, choć Fenris tego nie wyczuwał. Część uwagi skupiał też na obecnych w mieście robotach, uważając by żaden nie zbliżył się zanadto do jego terytorium.
Nie mógł zaprzeczyć że satysfakcja z możliwości rozmowy z krajanem była dość spora. Dodatkowo w przypadkowym spotkaniu z wujem dostrzegł pojawiające się możliwości, ale wolał najpierw poznać motywacje giganta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi

avatar

Liczba postów : 57
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Wto Cze 05, 2018 6:40 pm

Coś szepnęło Helbindiemu do ucha, iż prawdopodobnie nie jest już sam. Nadal wpatrywał się przed siebie, jak gdyby nigdy nic, licząc na to, że zwykły przechodzeń po prostu zatrzymał się na chwilę nieopodal niego. Z drugiej strony wydawało mu się to zadziwiająco podejrzane, biorąc pod uwagę chaos, w którym pogrążone było całe miasto  w związku z niespodziewanym atakiem robotów (cóż za rak tej planety). Helbindi jednak nie przywiązywał do nich większej uwagi - jednego czy dwa, które śmiały mu przeszkodzić w kontemplacji, zlikwidował pojedynczymi lodowymi, ostrymi jak brzytwa pociskami; Czujny, gotowy do przemiany, postanowił nie zdradzać po sobie oznak zainteresowania nagłym intruzem.
Sprawa zmieniła się, gdy ów intruz zdecydował się przemówić do lodowego olbrzyma. Zdziwił się - zdawał sobie sprawę z "gadatliwości" i "uprzejmości" mieszkańców tego konkretnie kraju, lecz nadal nie było to dla Bindiego w żaden sposób naturalne. A co najdziwniejsze, te słowa niosły ze sobą bardzo potężną informację, której już na pewno się nie spodziewał.
"Wygnańców"
Czyli na Midgardzie jest więcej takich jak on. Nie wiedział jak zareagować na tę wieść, ale na pewno niesie ona ze sobą jakieś szanse, które wymagają odrobiny inicjatywy. I, co najdziwniejsze…
"Wuju?"
- Fenris Lokison, Pożeracz Bogów. - odwrócił się powoli do swojego rozmówcy, który okazał się dostojnie wyglądającym młodzieńcem o długich włosach. - Zaskoczyłeś mnie swoim widokiem, mój bratanku. Jak zdołałeś się oswobodzić z okowów asgardzkiego reżimu? - zagadnął, mimowolnie kreując wokół siebie chłodną aurę. To niespodziewane i niecodzienne spotkanie na tak marnej planecie wprawiło księcia w stan dziwnej ekscytacji, znów czuł adrenalinę. Jeden krok dalej od mentalnego grobu i zapomnienia.
Z drugiej strony… może to nie przypadek? Co, jeśli ktoś nasłał na niego jedną z najpotężniejszych istot, z którymi miał do czynienia, by go zwyczajnie zgładzić? Co, jeśli komuś nie pasuje jego egzystencja, nawet na wygnaniu? Pytania krążyły po jego głowie jak szalone. A może...może to przypadkowe spotkanie?
Nie był pewny intencji jego bratanka. Nie wiedział czego mógł się po nim spodziewać, w końcu to syn Lokiego. Lokiego, który mógł mieć w tym swój interes, by w jakiś sposób zaszkodzić starszemu bratu.
- Ach, na północy zbyt mało się działo, więc nie zabawiłem tam długo - dodał - tutaj, jak sam widzisz, więcej  korzyści. - rozłożył ręce na znak zakończonej wypowiedzi. Przy okazji był to też gest nie sugerujący wrogich zamiarów. Sam nie wyczuwał od Fenrisa wrogich chęci, postanowił więc wykorzystać daną mu okazję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 478
Data dołączenia : 09/06/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Wto Cze 12, 2018 9:15 am

Fenris był wyraźnie zadowolony z tego że Helbindi go rozpoznał. Ba, gdy usłyszał po raz pierwszy od dość dawna swój tytuł wypowiedziane na głos, nie mógł powstrzymać się przed uniesieniem kącika ust w górę i rozprostowania, na wzór wuja, rąk w geście „Proszę, oto jestem”. Gest ten oświadczał również że Fenris jest nieuzbrojony, co było jednak wierutną bzdurą.
Następne pytanie jednak sprowadziło go do poziomu. Prawdą było że wolność uzyskał tylko dzięki łasce swojego ojca. Odbyło się to bez jakiegokolwiek udziału wilka, tak więc nie stanowiło w jego oczach nic chwalebnego do opowiadania.
- Mój łaskawy ojciec, wraz z innymi którym nie jest miła władza Wszechojca, oswobodził mnie. Lord Loki dba o wiernych sobie. Mój los znowu jest w moich rękach. – na podkreślenie tych słów wzniósł przed siebie dłoń, po czym zacisnął ją w pięść. Uścisk, który z łatwością mógłby kruszyć diamenty.
Nie rozmawiali o niczym konkretnym, na razie, ale wilk czuł z tego niemałą satysfakcję. Wspomnienie starych dni, mimowolne kłębienie się chłodnej aury wokół wuja, a nawet jego niepewność w postępowaniu z bestią. To wszystko do czego wilk tak przywykł i czego mu teraz tak brakowało.
Fenris zdecydował się skrócić dystans i zbliżył się powoli do wuja, wciąż się uśmiechając. W wyrazie jego twarzy było coś drapieżnego, czego nie byłaby w stanie przykryć najlepsza z iluzji jego ojca. Zrównał się z wujem, stojąc do niego bokiem i zerkając na staw, na który ten patrzył niedawno.
- Do mego więzienia dotarły słuchy o sytuacji w Jotunie. Smutne wieści. Byleistr jest wielkim wojownikiem i nie jest zaskakujące czemu cieszył się miłością poddanych.  – wilk nie odziedziczył jednak chyba wszystkich cech ojca. Na pewno nie subtelności – Ja jednak uważam że wojownikom należy zostawić honor bitwy. Honor władzy, władcom. – wzniósł znowu oczy na giganta. – Zgadzasz się ze mną, wuju?
Zapatrzył się od niechcenia w taflę wody. Zwrócił uwagę jak od brzegu zaczyna pokrywać ją cieniutka warstwa szronu. Tak naprawdę jednak studiował swojego rozmówcę za pomocą wszystkich pozostałych zmysłów. Helbindi nosił cuchnący boską magią artefakt przykrywający jego oblicze, ale nic nie zdawało się przykrywać jego natury. Wilk świadom był niejako planów Lokiego co do Asgardu, jednak ojciec nigdy nie uznał potrzebnym obdarować go szczegółami. Nawet bez nich jednak można było się spodziewać się dwóch rzeczy. Nie będą one wróżyły zbyt dobrze dla Odyna, a prawdopodobnie przyda im się każda pomoc jaką będą w stanie dostać. Z powalenia tak wielkiego drzewa, jakim jest władza Wotana, rozpalić można wiele ognisk. Każdy na tym skorzysta.
Innymi słowy wilk oceniał intencje i możliwości Helbindiego, zanim zdecyduje się wspomnieć coś więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi

avatar

Liczba postów : 57
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Sro Cze 13, 2018 1:11 am

Nie podobało mu się z jaką swobodą jego bratanek zbliżył się do niego. Wilczy uśmiech był wręcz kwintesencją natury Pożeracza Bogów. Helbindi nie odczuwał lęku, lecz swego rodzaju brak respektu wobec jego osoby.  Postanowił jednak odsunąć to na dalszy plan, bacznie wysłuchując co rozmówca ma do powiedzenia.
- Czy Loki widział się z Tobą po Twoim oswobodzeniu? - spytał, wyraźnie zainteresowany tematem. Wątek jego młodszego rodzeństwa nie dawał mu spokoju, szczególnie mając przed sobą jego potomka. - Cieszę się z Twojej wolności razem z Tobą, Fenrisie. Czy będzie to zbyt personalne pytając co zamierzasz uczynić z odzyskanym darem? - Lodowy Olbrzym złączył swoje dłonie za swoimi plecami, palcem wprawiając w ruch magiczny pierścień. Nie chciał go zdejmować, aczkolwiek był on w gotowości do pełnej transformacji z powrotem do jego prawdziwego oblicza.
Wzmiankę o sytuacji w Jotunheimie oraz o wygnaniu z ojczyzny książę przyjął ze spokojem na twarzy. Jedynym dowodem na silniejszą reakcję był rozrastający się po tafli szron, tuż przy brzegu nawet  lód. Rzucił bratankowi krótkie spojrzenie, a jego wypowiedź skwitował powolnym kiwnięciem głowy. Zgadzał się z jego słowami odnośnie Byleistra - jego starszego brata. Był wyśmienitym wojownikiem ukochanym przez swój lud. Na tym jednak jego rola powinna się zakończyć. Musiał też przyznać, że złoty język Fenrisa zdecydowanie potrafił schlebiać, szczególnie po tak śmiałym ruchu. Cecha zdecydowanie po ojcu.
- Bycie władcą nie sprowadza się tylko do bycia elitarnym wojownikiem. - zaczął, lekko obracając się w stronę bóstwa - Bycie władcą znaczy być zdolnym do poświęceń, szukać rozwiązań nie tylko orężem. Oczywiście Byleistr nie wiedziałby nawet o czym rozmawiamy. - jego twarz wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Mógł kontynuować ten temat jeszcze długo, lecz nie jest to czas i miejsce na dysputy o wartościach.
Czy się zgadzał? I to jak. Pytanie tylko - co Fenris chce osiągnąć tymi słowami?
- Czy masz wobec mnie jakieś oczekiwania, mój bratanku? Dużo wspominałeś o Wszechojcu jak na tak krótką konwersację. - postanowił zaprzestać rodzącą się grę w kotka i myszkę i przejść do konkretnych problemów, jak wnioskował, zaprzątającym im głowę w równym stopniu. Zastanawiał się jaka padnie odpowiedź... Czyżby był właśnie rekrutowanym ogniwem w jakiejś większej inicjatywie?
W tym samym momencie zza drzew po drugiej stronie jeziora wyłoniły się dwa nieprzyjacielskie roboty kierujące się w ich stronę. Helbindi błyskawicznie wyciągnął przed siebie dłoń zarzucając jednego z nich długimi i wąskimi lodowymi pociskami, celując w środek "klatki piersiowej" oraz głowę. Zniszczony robot spadł bezwiednie do wody, niszcząc spokojną taflę i łamiąc szron przy brzegu.
Obie maszyny nie dzielił jakiś poważny odstęp od siebie, mógł je zniszczyć za jednym zamachem, chciał jednak zostawić odrobinę zabawy dla swojego towarzysza i przy okazji być świadkiem jego popisu umiejętności. A był bardzo spragniony takich przeżyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 478
Data dołączenia : 09/06/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Nie Cze 17, 2018 10:18 pm

Wilk przybrał wyraz twarzy jakby był wręcz oburzony pytaniem.
-Czy to nie oczywiste? - odpowiedział, choć nie wiadomo było na które z pytań - Wotan sprowadził na mój ród wiele cierpień bez żadnych podstaw. Niech więc spełni się przepowiednia, w którą był tak skory wierzyć. Nie zrozum mnie źle, wuju. Nie szukam zemsty. Szukam... -wilk zastanowił się na kilka sekund - ...satysfakcji...
Boskie zmysły wilka rejestrowały wszystko to co działo się wokół oraz zachowanie jego rozmówcy. Ten rodzaj języka był dla niego równie naturalny co mowa, którą obydwoje się porozumiewali. Nie uszło jego uwadze pocieranie przez giganta pierścienia, ani jeszcze dotkliwsze obniżenie temperatury. Innymi słowy Fenris pewien był że Jotun się z nim zgadza, zanim jeszcze otworzył usta by przemówić. Cierpliwie wysłuchał jego słów, kiwając głową na znak że słucha i się zgadza. Tak naprawdę jego uwagę przykuły też dwa kolejne roboty, które zabłąkały się w tej okolicy. Czekał jednak do ostatniej chwili. Niegrzecznym przecież byłoby przerywać taką konwersację.
Ostatnia chwila jednak w końcu nadeszła, a maszyny wyłoniły się spomiędzy listowia po przeciwnej stronie stawu. Jego wuj okazał się tak miły, że zdecydował zająć się intruzami. Gdy jednak do wody upadła tylko jedna z maszyn wymienił z gigantem porozumiewawcze spojrzenia. Nie było nic dziwnego w tym że Helbindi chciał na własne oczy przekonać się z kim rozmawia.
Wilk uśmiechnął się spokojnie do wuja. Po czym bez ostrzeżenia puścił się w stronę ocalałego wroga. Prędkość powodowała że trudno było mu się przyjrzeć. Nie obiegał jeziorka wokoło, tylko puścił się na wprost, po najkrótszej drodze do przeciwników. Mimo to nie zdawało się żeby musiał płynąć, trudno było jednak powiedzieć czy leciał, czy biegł po wodzie. Kolosa dopadł jeszcze zanim jego towarzysz uderzył z pluskiem o taflę wody. Dopadłszy go wybił się wysoko w górę, a wymijając jego głowę, jednym ciosem oderwał ją od korpusu. Wylądował nieopodal. Lekko ochlapany smarem i olejem. W powrotną drogę nie spieszył się już tak bardzo, tylko ludzkim tempem okrążał staw, starając się rękawem zetrzeć brud z połów płaszcza. Nie przyniosło to szczególnie wielkiego efektu.
- Łączy nas podniosłe przeznaczenie. Zbyt wiele czasu zmitrężyliśmy na snucie się niczym cienie własnych legend. Ja jestem wojownikiem... - nawiązał do własnych słów sprzed kilku chwil - ...ale mojemu ojcu pisane są rzeczy wielkie. Żaden z nas nie da jednak rady sięgnąć po swoje dziedzictwo zaledwie o własnych siłach.
Fenris zawisł wpół myśli. Zastanawiał się widocznie czy odkryć karty przed istotą, której przecież tak naprawdę nie znał. W końcu jednak zdecydował się na szczerość.
- Tak wuju. Mam wobec ciebie oczekiwania większe niż mógłbyś przypuszczać. Moim dążeniem jest zaprowadzić porządek w dziewięciu królestwach. Wszystkich. W tym w tak bliskim memu sercu Jotunie. Moim zdaniem zacząć powinienem od znalezienia mu prawdziwego władcy. Zanim jednak zacznę na próżno strzępić język, powiedz. Ile byłbyś w stanie poświęcić by zaprowadzić porządek w krainie wiecznych lodów?
Wilk wyraznie wpadł w podniosły nastrój. W jego oku zabłysła niebezpieczna, niemal fanatyczna iskra. Wyraźnie poświęcał teraz całą swoją uwagę reakcji wuja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Helbindi

avatar

Liczba postów : 57
Data dołączenia : 08/09/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Sob Cze 30, 2018 10:03 pm

Brew Helbindiego lekko powędrowała do góry słysząc odpowiedź dotyczącą Wszechojca. Satysfakcji? Zabawne. Cóż, nie mógł zaprzeczyć, iż śmierć Odyna nie przyniosłaby im takiego uczucia, aczkolwiek negując przy tym zemstę? W to nie wierzył. Ten przeklęty Asgardczyk powinien konać przez tysiąc lat, bez minuty wytchnienia od bólu i strachu wypełniającymi jego pustą powłokę.

Fenris skorzystał z uprzejmości Olbrzyma i zdecydował się zaznać odrobiny zabawy, przy okazji dając drobny popis swoich umiejętności. Czyli coś, na czym mu zależało. Helbindi z satysfakcją przyglądał się jak Pożeracz kończy marną egzystencję, jeśli można to tak nazwać, owych kreacji. Były bardzo kruche, a ich obecność nie przejawiała najmniejszego sensu...niczym muchy. Chociaż kto wie, może ktoś zamierzał  wprowadzić kilka zmian w owym społeczeństwie za pomocą tanich zabawek, nie oceniał. Kiwnął lekko głową na znak aprobaty, gdy jego bratanek powolnym krokiem zmierzał już z powrotem w jego kierunku. Cierpliwie poczekał na swojego rozmówcę.
To, co usłyszał następnie sprawiło, że wewnętrzny spokój księcia zmąciły ponure myśli. No tak, nie mogłoby się obejść bez haczyka w tej pięknej wizji, prawda? Wszakże tron Wszechojca nie może pozostać pusty, zagrzane miejsce nie może się zmarnować. Niesamowite, jak wielkie było uwielbienie Fenrisa do swojego ojca.
- Moje serce należy do moich ludzi, moja wola jest wolą ludu. Nie wiem co chciałbyś usłyszeć na takie pytanie. - odparł rzeczowo, acz nie obyło się bez chłodu w jego głosie. Mógłby oskarżyć go o zniewagę, zadając tak bezczelne pytanie, ale zdecydował się obarczyć tym ognistą naturę wilka.
- Czy mój brat Loki ma plany w objęciu większego tytułu niż władcy Asgardu? - zmarszczył lekko brwi, niewątpliwie zdradzając swój zepsuty nastrój. Nie darzył Lokiego miłością, ani zaufaniem. Prawdą było to, że ledwo go znał, przez większość swojego istnienia zasiadał on z mordercami przy jednym stole. Nie odczuwał nienawiści, co to, to nie. Wiedział, że Loki był narzędziem w budowaniu historii i wcale nie zazdrościł mu jego pozycji.
Co nie znaczyło, że bezproblemowo przystanie na jego chwalebną krucjatę po posadę Wszechojca. Ucisk Dziewięciu Królestw nigdy się nie skończy dopóki ten tron istnieje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fenris
Mistrz Gry
avatar

Liczba postów : 478
Data dołączenia : 09/06/2012

PisanieTemat: Re: Central Park   Pią Lip 13, 2018 9:14 pm

Zdawało by się że wilka wielce satysfakcjonowała odpowiedź giganta. Fenris powoli kiwał głową, jakby w takt potwierdzeń każdego słowa padającego z ust Helbindiego. Jego pytanie pozornie nie miało sensu, bo co mógłby mu odpowiedzieć książę Jotunu? Że nie, nie ma zamiaru walczyć o swoje prawo?
Tak naprawdę wilk przebywał jednak zbyt długo w towarzystwie obłudników i kłamców by wiedzieć że co innego można mówić, a co innego myśleć. Nie szukał w wuju tylko i wyłącznie chwilowego pionka, kolejnego środku po drodze do celu. Gdyby ich inicjatywa miała się ziścić, Helbindi zostałby ich długofalowym partnerem przy stole politycznej gry dziewięciu światów. Wilk wolał się upewnić że układa się z dobrym kandydatem na władcę, a całe przekonanie, jakie Hel włożył w swą krótką mowę, tylko utwierdziły go w przekonaniu że się nie pomylił. Miał nadzieję że uda im się razem zaprowadzić ład na wszystkich krańcach tęczowego mostu.
Asgard i Jotun jako partnerskie narody... Wiele czasu i krwi musi przepłynąć nim ta radykalna wizja miałaby choćby szansę się spełnić, lecz wilk nie miał zamiaru ustawać w założonym sobie dziele.
- Pysznie! - podsumował krótko i nieznacznie oblizał swoje wargi. - Należy zaprowadzić porządek w Asgardzie, to pewne. - zaczął odpowiadać na pytanie wuja. - Zdziwiłbym się jednak, gdyby ambicja mego ojca pozwoliłaby mu po tym spocząć na laurach. Nie żyw jednak obaw. Istnieje wiele królestw poza dziewięcioma światami, choćby kraina aniołów. Nie ma sensu marnotrawić sił na bratobójcze wojny, gdy poza nami znajduje się cały wszechświat. Niewielu byłoby w stanie stawić nam czoła...
Wilk zaniemówił na chwilę, wyraźnie zatracając się we własnej wizji. To co mówił wielu mogłoby wydawać się szalone, jednak w jednym miał rację. Gdyby bogowie, jotuni, a nawet musphele i reszta krain tęczowego mostu zjednoczyły siły, stałyby się nacją o wielkiej potędze.
A najlepsze jest to, że wspólna nienawiść do Wszechojca mogłaby tę wizję spełnić. Nawet wśród asgardczyków znajdowało się wielu, którzy wiele oddaliby za jego upadek, nie mówiąc już o zawieszeniu broni z gigantami.
- To jednak pieśń przyszłości.- wilk zastrzygł uszami i ocknął się z wizji. Widocznie usłyszał coś, co umknęło Helbindiemu. - Czeka nas wiele pracy, jeśli chcemy ją ziścić. Miałbym jednak nas obydwu za głupców, gdybym nakazał ci podjąć tę decyzję teraz. To niespokojny czas... - kolejne wzdrygnięcie uszu. Tym razem wilk nawet obejrzał się w dal, zdając się świdrować wzrokiem drzewa. - Wezwij mnie gdy przemyślisz me słowa. Ja tymczasem przedstawię twoją sprawę ojcu. Liczę na to że nie każesz nam zbyt długo czekać. Bywaj... wuju.
To mówiąc wilk uderzył się pięścią w pierś na modłę pozdrowienia asgardzkich wojowników, po czym powoli oddalił się na kilka kroków. Po chwili jednak ruszył z kopyta przed siebie, niemal rozpływając się w powietrzu.
Sojusz między Jotunem a Asgardem, dwoma rodzinnymi narodami Fenrisa, byłby dla wilka spełnieniem marzeń. Wspólna kampania przeciw innym światom nie mieściła się wręcz w jego głowie. I on, Fenrir, stojący na czele armii swego wuja i ojca.
Najpierw jednak Helbindi musiałby przystać na ten układ, a następnie należało sprowadzić go z powrotem na tron. Całe szczęście w głowie wilka zaczynał układać się już plan, jak można by było tego dokonać.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Central Park   

Powrót do góry Go down
 
Central Park
Powrót do góry 
Strona 16 z 16Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16
 Similar topics
-
» Central Park
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Marvel Universe: The Avengers PBF :: Midgard :: Stany Zjednoczone Ameryki :: Nowy Jork-
Skocz do: